Lęk

168 95 1MB

Polish Pages [178]

Report DMCA / Copyright

DOWNLOAD FILE

Polecaj historie

Lęk

Citation preview

Antoni Kępiński

LĘK

1

Wstęp Wielkie zmiany, jakie zaszły w sposobie pojmowania zaburzeń nerwicowych, a przede wszystkim chorób psychicznych, dokonały się właściwie za życia jednego pokolenia. W ślad za nimi szły rozmaite reformy teorii, a także pewien ogólny zwrot w stosunku do cierpiących na te przypadłości. Zmarłego przed dwudziestu laty krakowskiego psychiatrę, profesora Antoniego Kępińskiego zaliczyć trzeba do protagonistów tego ruchu na naszym rodzimym gruncie, a w szczególności za autorytet inspirujący zmianę klimatu wokół psychoz. Kępiński miał już za sobą ćwierć wieku praktyki klinicznej i wiele prac specjalistycznych, kiedy w kilku tomach spisał rodzaj przesłania skierowanego do wykształconej publiczności - nie zainteresowanej psychiatrią na sposób fachowy. Bardzo żywe echo jego pisarstwa bierze się niewątpliwie z połączenia w nim wysokiej próby profesjonalizmu z umiejętnościami umieszczenia opisywanych przypadków na tle społecznokulturowym oraz odsłonienia ich znaczeń głębokich (przez co rozumiem powiązanie z problematyką etyczną czy wręcz metafizyczną). Dla naświetlenia współczesnej przemiany postaw względem psychoz pożyteczne będzie cofnięcie się w czasie i przypomnienie innego przełomu. Stosunek do obłędu czy choćby do nerwicowych lęków i natręctw uwarunkowany był w ciągu dziejów ludzkości przez zmieniające się wzorce. Wszechstronnie poświadczona jest zmiana w tym względzie, jaka nastąpiła w dobie oświecenia. Związane z tym fakty i zagadnienia przedstawia książka, która nie tak dawno ukazała się w Polsce Historia szaleństwa Michela Foucault. Foucault nie był psychiatrą, intencje jego nie mają nic wspólnego z lekarską troską o chorego. W swojej książce zachowuje chłodne spojrzenie teoretyka spekulującego na temat zmienności paradygmatów kultury. Niemniej przeto, a może właśnie dlatego, umie wprowadzić w istotę różniących się "dyskursów" na temat szaleństwa. Dyskursem w języku teoretycznym nazywa się panujące stereotypy, które dotyczą jakiegoś wycinka życia i jego problemów, i które wcielone bywają w postać wypowiedzi różnych autorytetów, tkwią w potocznych wyobrażeniach, a także kryją się za przyjętymi sposobami postępowania. Pozwolę sobie zacytować tutaj fragment mego wstępu do polskiego wydania książki Michela Foucault. "Istotną cezurą między dwoma «wizjami» szaleństwa, dwoma o nim «dyskursami» jest moment, kiedy Europejczycy przestali traktować je w kategoriach nawiedzenia-grzechu, uczynili zaś zeń chorobę, według mniemań ówczesnych (nie całkiem wygasłych) wymagającą ścisłej izolacji, co oznacza śmierć społeczną dementów... Traktowanie w kategoriach nawiedzenia-grzechu pozostawiało dementów w świecie psychicznym i moralnym, który był wspólny im i całej reszcie ludzi; zakwalifikowanie ich jako niebezpiecznych chorych równało się wykluczeniu z ludzkiego uniwersum. W największym, wulgaryzującym skrócie, taka jest istota każdego z «dyskursów»." Traktowanie szaleńców w Średniowieczu miało swoje odmiany okrutne. Miewało jednak także inne oblicze. Niemal do naszych czasów w rezerwacie kultur ludowych le fou du village czy rosyjski jurodiwyj zintegrowany był ze swoją społecznością nie bez sympatii i jakiegoś szczególnego poważania. Ogólniej mówiąc, przeżycia i wyobrażenia szaleńców miały swój sens na gruncie powszechnie uznanych pojęć, choć ich wartościowanie i przyporządkowanie bywały skrajnie różne. To dopiero nowożytna, pooświeceniowa medycyna, wyodrębniając ostro psychozy, poczęła traktować ich subiektywną treść tak, jak traktuje się ból zęba. Równocześnie możliwość agresji ze strony chorych, a przynajmniej ich brak odpowiedzialności, utrwaliły przekonanie o silnym zagrożeniu z ich strony dla otoczenia. Łaskę w czasach nowożytnych zyskały sobie tylko te nerwice, które jako dysfunkcje powierzchowne, dały się akceptować na płaszczyźnie towarzyskiej w kategorii dziwactw. Te zaś zawsze były pożywką dla plotek, tak cenionych w każdym kółku. Taki mniej więcej był pooświeceniowy "dyskurs" na temat chorób psychicznych aż do wczoraj. Dopiero od kilkudziesięciu lat rewidowany jest tak silnie, że zaczynają występować zmiany paradygmatu. Oczywiście nie oznacza to powrotu do wyobrażeń i praktyk, które ów "dyskurs" poprzedzały. Nie powróciło na przykład demonologiczne traktowanie psychoz, a medycyna nie wyrzekła się właściwych sobie ambicji. Zmiana zapewne podstawowa zdaje się polegać na

2

uznaniu, że odnosząc się do psychicznie chorych nie można uważać ich przeżyć wyłącznie za symptomy, że należy przyjmować je jako fakty egzystencjalne, które należą do kategorii powszechnych zjawisk życia ludzkiego. Jak mniema się dzisiaj, po to by idea dopomożenia chorym miała najmniejsze choćby szanse realizacji, nie można pozbawiać ich kontaktów społecznych, a przede wszystkim nie wolno zabierać im związków uczuciowych z innymi ludźmi. Stąd biorą się rozmaite formy złagodzenia czy wręcz zniesienia izolacji, od przywrócenia klamek po zewnętrznej stronie drzwi szpitalnych pokoi, aż po praktykę pozostawiania psychotyków w ich własnym otoczeniu przy zapewnieniu kontroli lekarskiej i przy odpowiednim urabianiu osób, które pozostają z chorymi w codziennych związkach. Budując nową filozofię chorób psychicznych, Kępiński stał się filozofem ludzkiej egzystencji. Tak też z pewnością odczytywany był przez większość swoich czytelników, którzy nie kierowali się ciekawością patologicznych przypadków. Dwie okoliczności sprawiały, że Kępińskiemu towarzyszyła aura legendy, a jego dzieło, już w trakcie powstawania przykuwało uwagę. Autor zabrał się do jego spisywania, będąc u progu choroby, która miała go zabić. Znaczną część pracy wykonywał przykuty do łóżka, we wciąż pogarszającej się kondycji fizycznej i pełnej świadomości swego stanu, przezwyciężając słabość i cierpienie. Był na tyle znaną postacią, że "cały Kraków" o tym wiedział, niezwykłość tej sytuacji stała się też nadspodziewanie szeroko znana, także tam, gdzie przedtem o nim nie słyszano. Drugą okolicznością, która działała na korzyść odbioru dzieła Kępińskiego, był moment historyczny. Doktryny na temat społeczeństwa i człowieka, które miały w Polsce status obowiązujący, przynajmniej w swej wersji ortodoksyjnej, nie znajdowały już wówczas, na początku lat siedemdziesiątych, żadnej wiary i nie miały już niemal obrońców. Niemniej przeto cenzura nie pozwoliła uprzątnąć ich szczątków, podtrzymując ich pozorne istnienie. Krępowało to swobodę wypowiedzi, gdyż frontalna ich krytyka była niemożliwa. Stąd też dość szerokie rzesze czytelnicze były bardzo wyczulone na autentyczne głosy humanizmu. Prawdopodobnie publiczności tak spragnionej nie będzie już w czasach postkomunistycznych. Książki Kępińskiego pojawiały się pod znakiem swoistego heroizmu ich autora oraz nonkonformizmu pokonującego bariery. Okoliczności te pasowały Kępińskiego na swego rodzaju guru. Dla nowych czytelników są to w części sprawy nieznane, inne zaś (jak efekt cenzury) blakną bardzo szybko w pamięci. Wśród książek, które składają się na to, co nazwałbym przesłaniem Kępińskiego, tom zatytułowany Lęk zajmuje szczególną, być może kluczową pozycję, dzięki temu, że dał autorowi sposobność najszerszego rozwinięcia swej filozofii. Lęk nie jest poświęcony żadnej chorobie psychicznej ani nerwicy, traktuje natomiast o tym, co jest być może podłożem, a z pewnością komponentem każdej psychozy. W odróżnieniu od omamów czy natręctw, lęk znany jest wszystkim. Na przykładzie lęku najłatwiej jest pokazać to, co wspólne u "zdrowych" i "chorych". U człowieka zdrowego zdolność przeżywania lęku jest warunkiem zachowania pomyślności i zdrowia, w skrajnych przypadkach warunkiem przeżycia. Lęk jest sygnałem niebezpieczeństwa na poziomie biologicznym, ale także społecznym. Jest to dobrodziejstwo dwuznaczne, stanowi bowiem dolegliwość. W lęku nawiedzającym chorego udręka jest często spotęgowana, trwanie przewlekłe, samo zaś pojawienie się i reakcja na alarm lękowy zależne od świadomości zakłóconej, od urojeń. Powszechność i nieodzowność lęku odpowiada tragicznej prawdzie: nasza egzystencja opiera się na ruchomych piaskach, pozostaje zagrożona w sposób zasadniczy. Wszelkie azyle są kruche. Nie będąc osaczeni w tym stopniu co zwierzęta przez niebezpieczeństwa fizyczne, na planie społecznym jesteśmy wciąż wystawieni na niepewność. Ład rodzinny, ład pracy i stosunków politycznych są wywrotne. Konkurencja i niedobory samopoczucia stwarzają napięcie, które jest niczym innym jak odpieraniem lęku. Trwałym stanem człowieka cywilizowanego jest lęk latentny, utajony, który daje o sobie znać niejasnymi przypadłościami, bezsennością, "rozdrażnieniem" i "niepokojem". Reakcje na wyraźny alarm lękowy czy na lęk latentny u "chorego psychicznie" wiążą się często z utrwalonymi fałszywymi wyobrażeniami i scenariuszem życiowym. Jeśli zostały one wybrane w samoobronie przed zagrożeniami, to wskutek swej nieadekwatności względem świata realnego mogą jeszcze pogarszać sytuację. Tak

3

więc w "chorobie" tworzy się niekiedy samonapędzający się mechanizm lękotwórczy. U "zdrowych" najprostszą reakcją na zagrożenie jest ucieczka lub agresja. Schemat ten jednak, powszechny u zwierząt, ludzie realizują dosłownie tylko w obliczu zagrożenia fizycznego w prostych sytuacjach. Na płaszczyźnie społecznej jest on zawodny lub bezprzedmiotowy. Nawet metaforycznie pojęta ucieczka oznacza wypadnięcie z gry, zaś agresja stanowi zamach na jej reguły. Przy złożoności stosunków społecznych agresja daje często początek serii odwetów, którą w jej najgwałtowniejszej postaci nazywa się "spiralą przemocy". Ze względu więc na tę złożoność wrodzony nasz odruch chronienia siebie, stróż naszego przetrwania, wymaga wyrazu mniej bezpośredniego. Sojusznikiem w tej potrzebie może być - jak mówi Kępiński - inny, również wrodzony nam odruch, który jest ukierunkowany na ochronę trwania gatunku. Dzięki tej dyspozycji powściąganie ucieczki-agresji może być spontaniczne, znajduje oparcie w instynkcie. Uspołecznieniu ludzkich reakcji towarzyszy zaś przeżycie sympatii. Wszystko, co żyje, broni własnego życia, ale broni też życia istot własnego rodzaju, ściślej zaś mówiąc osłania własne potomstwo, a w przypadku wyższych form zwierzęcych chroni swoje środowisko prokreacyjne - stado. Te dwa impulsy wchodzą ze sobą w opozycję - broniąc kogoś, szkodzi się najczęściej sobie, a nawet naraża swoje istnienie. Przenosząc na innych cel, jakim jest przetrwanie, osobnik osiąga jednak per procura jego urzeczywistnienie. Bytowanie przyrody ma więc naturę paradoksalną. Kępiński z właściwym sobie talentem literackiej ewokacji maluje wizję tego koła życia i śmierci, które toczy się nieprzerwanie. Służy mu to do tego, by wyprowadzając rzecz z prawidłowości natury, utwierdzić jedyny modus przezwyciężania lęku, przezwyciężania repulsji wobec zagłady. Tę jedyną drogę nazywa on miłością. Miłość - jak powiada - jest prawdziwą alternatywą dla agresji-ucieczki. Miłość to przede wszystkim zdolność i wola lokowania swych celów poza horyzontem swojego życia, poza kalkulacją jego własnej korzyści, a nawet poza jego kresem. Tak więc miłość animuje twórczość, miłość to oddanie dziecku, to "altruizm", przyjaźń, eros, ale i skromniej - to także zdolność wysłuchania drugiego człowieka. Tak pojęta miłość nie oznacza stanu sentymentalnego. Jest to energetyczna forma pozytywnego uczestnictwa w życiu, które wymaga przekroczenia osobniczości - uspołecznienia. Miłość w sensie nadanym tu temu słowu jest trwałą dyspozycją, odznaczającą się stale gotowością konstruktywnego udziału. Nie wyczerpuje się ona w spełnieniach, ale też nie zamiera pod wpływem rozczarowań i to jest różnicą znaczenia w porównaniu z potocznym sensem tego wrażenia. Myśl Kępińskiego zdaje się zbliżać znacznie do koncepcji, które stały się głośne w późnych latach siedemdziesiątych pod nazwą biosocjologii. W największym skrócie rzecz ujmując, poglądy te wyprowadzają kategorie moralnego życia człowieka z instynktu gatunkowego. Powinowactwa idei Kępińskiego z biosocjologią niepokoiły mnie, gdyż, gdyby były poważne, musiałoby to oznaczać spłaszczenie jego filozofii. Biosocjologia miała pokonać impas doktryn moralnych, orientacji utylitywistycznej, impas, który bierze się stąd, że wyłącznym układem odniesienia jest w nich jednostka (ściślej: ogół jednostek aktualnie żyjących). Biosocjologia jest jednak skrajnie redukcjonistyczna - co znaczy, że złożone zjawiska wyższego rzędu zrównuje z prostszymi i niższymi. Powtarza tym samym trywializm utylitaryzmu z jego niezdolnością do opisu takich fenomenów jak np. godność czy ofiara. Biosocjologowie, absolutyzując dosłownie pojęty instynkt osłony prokreacji w samym jądrze swej teorii natknęli się na poważny kłopot. Oto etyka wzbrania niszczyć bezpłodnych dewiantów seksualnych. Nakazuje chronić ich tak jak innych. Ta sprzeczność między teorią a praktycznie występującą normą uznana została jednak za pozorną. W stadach zwierzęcych spotyka się osobniki, które wskutek emulacji seksualnej nie uczestniczą w rozrodzie. Są one jednak (samice) akceptowane jako pomocniczy opiekunowie potomstwa. Poszanowanie niepłodnych miałoby więc być osadzone w instynkcie. Jednakże naprawdę nie wyjaśnia to niczego. W stadzie zwierzęcym samice "wyłączone" rzeczywiście niańczą potomstwo. Pozostaje natomiast rzeczą do wyjaśnienia, dlaczego ludzie nie mordują

4

prostytutek lub przynajmniej nie wypędzają ich do lasu. Rzecz w tym, że dekalog każe nam ochraniać życie każdej osoby - jako osoby, tzn. bez względu na okoliczności (Prawo dopuszcza zdjęcie ochrony z tych, którzy zagrażają życiu innych). Chronienie życia różni się więc istotowo (a przynajmniej jakościowo) w zależności od tego czy pojawia się na planie instynktów, czy na planie etycznym. Biosocjologia nie radzi sobie z tym, a myśl, że krakowski psychiatra dzieli z nią jej redukcjonizm, musiałaby niepokoić. Myślę jednak, że skojarzenia te są powierzchowne. Kępiński w rzeczywistości jest metafizykiem, który stosuje powściągliwy język, ponieważ równocześnie reprezentuje "naukę pozytywistyczną". Swoją wizję natury roztacza po to, aby przekonać nas o jedności świata. Gdy mówi, że nawet ameba musi przekraczać własną osobniczość, ma na myśli istnienie powszechnego prawa wszelkiej egzystencji, nadrzędnego także w stosunku do naszych ludzkich osobliwości. Chce powiedzieć, że w tym świecie nie jesteśmy zupełnie obcy. Kończąc, chciałbym jakoś najkrócej nazwać to, do czego doszedł Kępiński w swoim myśleniu. Kępiński przyczynił się do humanizacji psychiatrii. Nie wiem czy wpłynął na praktykę terapeutyczną, natomiast z pewnością miał i mieć wciąż może udział w zhumanizowaniu myślenia o "chorobach" psychicznych. Przyczynił się do zmiany "dyskursu" w jaki ujmowane są psychozy. Filozofia egzystencji, na której opiera refleksje o zdrowiu i chorobie, spokrewniona jest z wielokształtnym, szerokim nurtem współczesnej myśli, w którym znajdujemy wiele znanych nazwisk. Są to przede wszystkim badacze przyrody - fizycy, biologowie - którzy w samym łonie natury napotkali fenomen duchowości. Postrzegają oni jego rolę w sposób, który każe o nim mówić nie jako o elemencie rzeczywistości, lecz raczej o jej zasadzie. Prawdopodobnie lekarskie powołanie Antoniego Kępińskiego, może jego charakter, z pewnością też szczególny talent sprawiły, że myśl swoją wypowiada on w sposób, dla którego narzuciło mi się określenie "przesłanie". Mimo formy systematyzującego wykładu, książki jego były odbierane jak mowa przewodnika przyjaciela. Miejmy nadzieję, że tej siły nie utraciły.

Marcin Czerwiński

5

LĘK NERWICOWY W praktyce psychiatrycznej lęk jest zagadnieniem głównym, zasadniczą składową prawie wszystkich zespołów chorobowych, często towarzyszą mu inne objawy psychopatologiczne; zmniejszenie lub pozbycie się lęku prowadzi więc do zniknięcia innych objawów, np. urojeń czy omamów (halucynacji). Być dobrym psychiatrą w praktyce oznacza umieć rozładować lęk swego pacjenta. Niepokój W zaburzeniach psychicznych lęk przybiera różne postacie i różne jest jego nasilenie. Najlepiej znany jest lęk nerwicowy. Nie ma chyba człowieka, który by nie doświadczył tego rodzaju lęku, przynajmniej na krótko. Różne są rodzaje lęku nerwicowego. Najpowszechniejszym jest nieokreślony niepokój. Lęk ten został trafnie określony w starożytnej księdze medycznej Żółtego Cesarza jako "podobne do choroby niespokojne napięcie"1. Nieokreślony niepokój nerwicowy polega bowiem na odczuciu napięcia wewnętrznego, napięcia, które odczuwa się w mięśniach, w narządach wewnętrznych i w psychice, napięcia, które w słabym nasileniu jest nawet korzystne, pobudza bowiem do aktywności, do większego wysiłku umysłowego i fizycznego, lecz w większym nasileniu staje się paraliżujące. Człowiek taki jest niezdolny do myślenia, do podjęcia decyzji, czuje się rozbity, fizycznie i psychicznie obolały; jest to, rzeczywiście, jak słusznie określono w starożytnej chińskiej księdze, stan podobny do choroby. Niepokój ten jest bezprzedmiotowy; nie wiemy, czego się boimy, nie wiemy, co nam dokucza, a jednak coś dokucza, chcielibyśmy wyjść z sytuacji, w której się znajdujemy, swobodnie odetchnąć, ale nie wiemy, na czym jej zło polega. Może więc zasadniczą cechą nieokreślonego niepokoju jest nieświadomość. Coś zagraża, ale nie wiadomo co. Jest w tym niepokoju oczekiwanie przyszłości; nie wiadomo, co ona przyniesie. W słabszym nasileniu taki niepokój zmusza do podjęcia akcji, do wyjścia naprzeciw czasu przyszłego. W większym nasileniu człowiek nie ma już odwagi wyjść naprzód, cofa się, zamyka w czasie teraźniejszym, a czas ten wypełniony jest niepokojem. Błędne koło zamyka się; niemożność wyjścia naprzód, wydostania się z "niespokojnego" czasu, zwiększa niepokój i czyni czas ten jeszcze trudniejszym do zniesienia, paraliżując jednocześnie odwagę potrzebną do wyjścia w przyszłość. Czas przyszły Czas przyszły jest zawsze czasem nieznanym; nie wiemy, co może nas spotkać, dlatego w zetknięciu z przyszłością zawsze doszukać się można komponentu lękowego. Nieokreślony niepokój jest więc lękiem nieznanego. Uświadamia on nam fakt, że aby żyć, musimy wciąż dążyć ku nieznanej przyszłości i przekształcać ją w znaną przeszłość. Ta zmiana nieznanego w znane, przyszłości w przeszłość, wymaga wysiłku i odwagi. Nie zawsze człowiekowi jej staje, czasem jest za słaby, a czasem sytuacja zbyt trudna. Wówczas boi się przyszłości, chce cofnąć się w przeszłość (typowa dla nerwic regresja do wcześniejszych faz rozwojowych) lub przynajmniej zatrzymać się w czasie obecnym, a to jest niemożliwe, gdyż życie polega na ekspansji w przyszłość, nie daje się zatrzymać nawet na moment. Problem nieokreślonego niepokoju jest więc też problemem ewolucji, ustawicznym zdobywaniem przyszłości, sięganiem po to, co jeszcze nieznane i niepewne. Jak powiedział kiedyś profesor Roman Ingarden2, czas może być konstruktorem, ale może być też destruktorem. Gdy mamy odwagę wniknąć w ciemność przyszłości i rozjaśnić ją własnym planem działania, wówczas czas jest konstruktywny, modelujemy przyszłość, jesteśmy jej twórcami, czas taki nas cieszy, a nie przeraża, nie jest naszym wrogiem, ale przyjacielem. Natomiast gdy stajemy bezradni wobec mroku nieznanego, gdy czas przyszły nas przeraża, gdy chcemy przed nim uciec, gdy z jego ciemności wyłaniają się potwory śmierci i katastrofy, wówczas jest on czasem wrogim, czasem destrukcyjnym, który nas bezlitośnie pożera i niszczy. __________________________________________________________________________________________________________________ 1 Pisze o tym M. D. Altschule: Roots of modern psychiatry, Grune & Stratton Inc., New York - London 1965. 2 Wg. J.Kuryłowicza: "Znak", 1971, 203, 660-668.

6

Kategoria przyszłości jest zasadniczą składową wszystkich układów samosterujących, zarówno technicznych, jak biologicznych. Przyszłość w postaci określonego celu jest "wmontowana" w układ; jest to tzw. zaprogramowanie. Dzięki sprzężeniu zwrotnemu układ jest informowany o tym, jak program jest realizowany i zależnie od tych informacji plan może ulegać modyfikacjom. Zaprogramowanie jest jakby przyszłością subiektywną układu, który nigdy w pełni się nie realizuje. By zrealizować swój plan, układ musi pokonać różnego rodzaju opory otoczenia i bezładność istniejącą w samym układzie, toteż zawsze istnieje rozbieżność między tym, co zaplanowane, a tym, co wykonane. Obok więc przyszłości subiektywnej istnieje przyszłość obiektywna, a więc już nie plan, ale to, co naprawdę się stanie. Ta potencjalna, ale nie dająca się uniknąć rozbieżność między przyszłością subiektywną (planem) a przyszłością obiektywną (jego realizacją) jest źródłem stałego napięcia wewnętrznego w ustrojach żywych, napięcia, które jest cechą życia. Istnieje jakby stała walka między subiektywną a obiektywną przyszłością. Między tym, co powinno z punktu widzenia ustroju nastąpić, a tym, co rzeczywiście następuje. Jest to walka dramatyczna, gdyż wiele planów biologicznych nie zostaje zrealizowanych, wiele marnuje się w ciągu życia, wiele ginie już u jego zarania. To wewnętrzne napięcie zmusza do czujności, do walki z otoczeniem, do trzymania się wytkniętego celu, do szukania wciąż nowych sposobów jego realizacji. W jakimś stopniu jest ono motorem ewolucji, gdy się przyjmie, że ewolucja nie jest tylko procesem biernym, ale też czynnym, procesem wymagającym zarówno indywidualnego, jak zbiorowego wysiłku ze strony istot żywych. U człowieka źródłem niepokoju jest nie tylko rozbieżność między przyszłością subiektywną a obiektywną, lecz także fakt, że oba rodzaje przyszłości są nieznane. Nie znamy swej przyszłości subiektywnej (swego "zaprogramowania" lub swego chańsma) i nie znamy przyszłości obiektywnej. Wtargnięcie w przyszłość zawsze nęciło człowieka i zdolności wróżbiarskie były zazwyczaj w cenie. Nieznana przyszłość, która tkwi w człowieku, i nieznana przyszłość świata, który go otacza - stwarzają atmosferę niepokoju i napięcia. Atmosfera ta jest tłem koniecznym do podjęcia wysiłku życia. Trzeba przemóc w sobie własny niepokój i wyjść na spotkanie przyszłości. Realizować siebie, nie wiedząc jednak, co się właściwie realizuje, gdyż nie zna się własnego planu, własnej przyszłości. Rachunek prawdopodobieństwa Nieokreślony niepokój jest więc przeżyciem związanym z samym faktem istnienia i występuje u każdego człowieka, zwłaszcza w sytuacjach, w których trzeba odrzucić zwykłe schematy życiowe i szukać nowej drogi. Niepokój nerwicowy, tzn. znacznie bardziej nasilony i mocniej utrwalony, występuje zazwyczaj wtedy, gdy człowiek odczuwa rozbicie swojej przyszłości subiektywnej lub obiektywnej albo, co najczęściej się zdarza, obu razem. Nie znamy swej przyszłości subiektywnej i obiektywnej, ale pewien istniejący w nas określony porządek rzutuje na nią i dzięki temu przyszłość nie jest nam całkowicie obca; wchodzimy w teren częściowo nam znany, gdyż zawierający projekcję naszego własnego porządku. Nie wiemy, co przyniesie nam jutro; jest ono dla nas nieznane zarówno w swym aspekcie subiektywnym, tzn. jacy my jutro będziemy, jak obiektywnym, tzn. jaki będzie jutro otaczający nas świat. Wiemy jednak, że jutro wstaniemy rano, tak jak dzisiaj, że pójdziemy do pracy, że będziemy mieć takie właśnie, a nie inne zajęcia, wiemy, że jutro będzie też świecić słońce, że będą kursować tramwaje, będą działać światło elektryczne, wodociągi, kanalizacja itp., słowem, że wejdziemy w określony porządek i sami wniesiemy jakiś porządek w dzień jutrzejszy. Niepokój więc przed nieznanym zmniejsza się dzięki wierze w określony bieg wypadków zarówno własnych, jak też otaczającego nas świata. Wchodzimy w przyszłość z określonym rachunkiem prawdopodobieństwa, że ułoży się ona właśnie w ten, a nie inny sposób. Ale może się zdarzyć, że rachunek nasz zawiedzie, że rano nie będziemy czuć się na siłach, by wstać z łóżka; może być awaria w komunikacji, w dostawie prądu elektrycznego, gazu, wody, może nas spotkać wypadek na ulicy i zamiast w pracy znajdziemy się na łóżku szpitalnym

7

itp. Są to jednak wypadki o dość małym współczynniku prawdopodobieństwa; projektując przyszłość, zwykle nie bierzemy ich pod uwagę; dzięki temu przyszłość przedstawia się w sposób pewniejszy, wchodzimy w nią jak na twardy grunt, co oczywiście nieraz jest tylko złudzeniem. Vis expectationis W nerwicy tę pewność (vis expectationis) się traci. Człowiek staje się niepewny siebie i otaczającego go świata. Nie wie, co stanie się jutro z nim samym i co mu przyniesie jutrzejszy dzień; usuwa mu się grunt spod nóg. Człowiek czuje się zamknięty w ślepej uliczce, gdyż już nie ma odwagi rzutować się w przyszłość. Różne mogą być przyczyny utraty wiary w przyszłość, tej "siły przewidywania". Mogą one tkwić na zewnątrz, w środowisku zewnętrznym człowieka (sytuacja w otaczającym świecie jest zbyt skomplikowana, by móc coś przewidywać), lub wewnątrz człowieka (nie jest on w stanie rzutować swego porządku w przyszłość, gdyż porządek ten uległ rozchwianiu). Przyszłość jest chaotyczna i niepewna, ponieważ chaos i niepewność tkwi w samym człowieku. Niepokój nerwicowy nie jest więc jakąś nową jakością; istnieje w słabym stopniu w każdym z nas i jest związany z oczekiwaniem przyszłości. W nerwicy wzrasta jego nasilenie i stopień utrwalenia. Stan wewnętrznego napięcia, typowy dla nieokreślonego niepokoju, wiąże się z mobilizacją układu wegetatywnoendokrynnego, mobilizacją potrzebną do zdobywania czasu przyszłego. Mobilizacja ta jest w nerwicy niewspółmiernie duża w stosunku do aktualnych potrzeb energetycznych ustroju. Jej wielkość nie kształtuje się bowiem proporcjonalnie do zastanej sytuacji, ale do nasilenia niepokoju. Jest to powiązanie mające charakter dodatniego sprzężenia zwrotnego (błędnego koła): im napięcie lękowe większe, tym większa mobilizacja wegetatywno-endokrynna, im mobilizacja większa, tym większe napięcie lękowe. Rzutowanie się w przyszłość Nieokreślony niepokój nerwicowy wprowadza nas w zasadnicze zagadnienie życia ludzkiego, mianowicie w zdolność człowieka rzutowania się w przyszłość. Człowiek zresztą, jak każda żywa istota, musi się wciąż mierzyć ze swoją przyszłością. To zjawisko występuje szczególnie ostro, gdyż jest częściowo uświadomione. Człowiek musi mieć odwagę rzucić się w nieznaną "czasoprzestrzeń", co ułatwia mu fakt, że przeszłość i teraźniejszość są w pewnym stopniu uporządkowane i dzięki temu określony porządek można rzutować w przyszłość. Człowiek jednak musi się czuć mocniejszy niż oczekująca go nieznana przyszłość, musi być przekonany, że ją zwycięży, a nie że sam zostanie przez nią zwyciężony. Inaczej wycofałby się bowiem z kroczenia w przyszłość, tkwiłby w czasie teraźniejszym i przeszłym, przyszłość przedstawiałaby się dla niego w postaci czarnej ściany, tak jak to się dzieje w depresji. W nerwicy sytuacja nie przedstawia się tak dramatycznie; człowiek traci swą pewność przewidywania, drepce w kółko, chwieje się, ale jeszcze ma jakąś przyszłość przed sobą. Nieokreślony niepokój byłby więc wyrazem walki, jaka istnieje w przyrodzie ożywionej między porządkiem własnym ustroju a porządkiem lub chaosem otoczenia. Żywemu ustrojowi dany jest kredyt zaufania, że z walki tej wyjdzie zwycięsko; bez tej wiary nie mógłby wyjść naprzeciw czasu przyszłego. Roślina "wierzy", że przyszłość przyniesie jej promienie słońca, tlen, dwutlenek węgla i sole mineralne potrzebne do życia. Zwierzę "wierzy", że zdobędzie powietrze, wodę i pokarm i że w swoim czasie zostawi po sobie potomstwo. A człowiek? Jego wiara nie zamyka się już w podstawowych prawach biologicznych, ale sięga w różnorodne sfery życia i dlatego jest zwiewna i niepewna, i dlatego często pojawia się niepokój i zwątpienie. Czas przeszły Niepokój jest związany nie tylko z naszym rzutowaniem się w przyszłość, lecz też z naszą przeszłością. Człowiek idąc w przyszłość nie może wyzbyć się swego bagażu przeszłości. Bagaż ten niejednokrotnie hamuje go w ekspansji w otaczający świat, tzn. w otwierającą się przed nim czasoprzestrzeń. Może u zwierząt bagaż ten jest lżejszy i dlatego na ogół swobodniej niż ludzie

8

poruszają się one w swojej czasoprzestrzeni. Niekiedy chce się uciec od przeszłości, zacząć życie na nowo (przeżycia tego typu są dość częste u histeryków); niekiedy znów czas przeszły jest obarczony silnym poczuciem winy, nie można już odczynić zła, które w nim narosło; niekiedy znów czas przeszły jest klęską, której cień pada również na przyszłość. Nasza przeszłość nadaje kształt naszej przyszłości. Powszechnie wiadomo, jak lata dziecinne rzutują na całe dalsze życie i jak od ich kolorytu emocjonalnego nieraz zależy koloryt uczuciowy całej egzystencji. Nie można swej przeszłości wyciąć, jak wycina się nieudany kadr filmu. Wprawdzie dzięki zafałszowaniom pamięci i różnego rodzaju zaburzeniom (dość typowym w histerii) można częściowo efekt ten osiągnąć, zawsze jednak większa część bagażu przeszłości pozostaje i nie ma sposobu uwolnienia się od niej. Z bagażem tym wiąże się uczucie winy; przeszłość nasza nie jest taka, jaką byśmy chcieli widzieć. Nieraz wstydzimy się samych siebie, dziwimy się sobie, że w ten sposób mogliśmy się zachować, czujemy wstręt do samych siebie, chcielibyśmy się uwolnić od ciężaru winy - oczyszczenie jest istotnym elementem w różnych systemach psychoterapeutycznych, zarówno w medycynie prymitywnej, jak i współczesnej. Do pewnego stopnia niechęć do bagażu własnej przeszłości popycha człowieka w kierunku przyszłości. Ma on nadzieję, że w przyszłości nie będzie popełniał błędów przeszłości, że przyszłość będzie lepsza. Niestety, idąc w przyszłość, ciągnie za sobą swe dawne błędy, nie może uwolnić się od ciężaru przeszłości. Gdy przyszłość nas zatrważa, cofamy się w naszą przeszłość. Często spotykany nie tylko w psychiatrii, lecz także w medycynie somatycznej objaw regresji polega na cofnięciu się w przeszłość. Formy zachowania utrwalone w przeszłości wydają się jakby pewniejsze niż te, które tworzą się w aktualnej sytuacji. Ale gdy bagaż przeszłości budzi lęk, człowiek znajduje się w sytuacji zamknięcia. Chce uciec przed przyszłością w przeszłość, a przed przeszłością w przyszłość. Przed nim i za nim droga jest zamknięta. Stoi w miejscu, kręci się w koło, zamknięty w ślepej uliczce. Niepokój nerwicowy jest często niepokojem zamknięcia. Chory by chciał, aby coś się stało, aby coś wyrwało go z zamknięcia, w którym się znalazł. Wśród różnych objawów wegetatywnych towarzyszących stanom niepokoju charakterystyczna jest duszność. Kojarzy się ona z zamkniętą przestrzenią, z ciasnym miejscem, z którego nie ma wyjścia. Ataki lękowe Drugą formą lęku nerwicowego są ataki lękowe. Tutaj lęk występuje jakby w skoncentrowanej postaci. Bez uchwytnych przyczyn chorego ogarnia paroksyzm lęku. Ponieważ jego nasilenie jest bardzo duże, nie ma on charakteru ciągłego, jak w przypadku nieokreślonego niepokoju, ale występuje jakby w formie wyładowania. Taki atak lękowy trwa różnie - od kilku minut do kilku godzin. Warto może wspomnieć, że analogiczne ataki lękowe występują czasem jako postać padaczki skroniowej, co tłumaczy ich napadowy charakter. Przeżycie lękowe w czasie nerwicowego ataku jest niejednokrotnie znacznie silniejsze niż przeżycie lęku w sytuacji realnego zagrożenia, np. niebezpieczeństwa śmierci. Chory ma wrażenie, że lada chwila coś strasznego się z nim stanie, że umrze, że zwariuje; wszelkie próby wytłumaczenia sobie, że przecież nic się nie dzieje, zawodzą. Chciałby gdzieś uciec,skryć się, do kogoś przytulić, szuka opieki innych osób, potwornie boi się samotności. Obecność drugiej osoby zwykle zmniejsza napięcie lękowe, co jest znamienne dla i tego rodzaju lęku. Napadowi towarzyszy zwykle gwałtowne wyładowanie wegetatywne. Jak zwykle w stanach lęku i agresji, wyraźnie zaznacza się przewaga układu sympatycznego. Źrenice są rozszerzone, szpary powiek większe, obserwujemy lekki wytrzeszcz oczu, skóra twarzy blednie lub lekko czerwienieje, często występuje silne pocenie się, tętno jest przyspieszone, ciśnienie krwi rośnie, usta wysychają, chory z trudem przełyka ślinę, niekiedy odczuwa parcie na pęcherz i na odbytnicę itp. Ze zmian biochemicznych najbardziej typowych należy wspomnieć o skróceniu czasu krzepnięcia krwi, o wzroście adrenaliny i noradrenaliny we krwi, o podwyższeniu się poziomu cukru. Mobilizacja endokrynno-wegetatywna zwiększa nasilenie lęku (objaw błędnego koła).

9

Lęk, tak jak powstał, mija bez uchwytnej przyczyny, stopniowo lub nagle przychodzi uspokojenie, połączone zwykle z uczuciem dużego zmęczenia i, oczywiście, ulgi, że koszmar minął. Otoczenie, widząc, że choremu nic złego się nie dzieje, na ogół nie przejmuje się zbytnio jego stanem lękowym. Atak lęku, który nie ma określonej przyczyny, jest dla otoczenia czymś teatralnym, sztucznym, przesadnym. Człowiek jest tak przyzwyczajony do przyczynowego myślenia, że gotów jest negować autentyczność zjawiska, dla którego nie ma wytłumaczenia. Stanowisko takie nie jest słuszne, gdyż stan psychiczny jest faktem - niezależnie od tego, czy znamy jego przyczyny, czy nie. Dopiero gdy samemu przejdzie się atak lękowy, wówczas na pewno nie lekceważy się podobnych stanów u osób drugich. W psychiatrii, niestety, własne doświadczenie najlepiej uwrażliwia człowieka na cudze cierpienia. Atak lękowy jest przeżyciem niezwykle przykrym, które nieraz pamięta się przez całe życie. Nierzadko chorzy żyją w obawie przed powtórzeniem się ataku. Ataki występują w różnych odstępach czasu, niekiedy zdarzają się tylko kilka razy w życiu, to znów występują dość regularnie, nawet codziennie. Jak dotąd nie udało się ustalić jakichś prawidłowości w ich występowaniu. Lęk niezależnie od swego rodzaju wiąże się z oczekiwaniem, a więc z czasem przyszłym. Z tym, że inny jest ten czas przyszły i oczekiwanie w nieokreślonym niepokoju, a inny w atakach lękowych. W nieokreślonym niepokoju czas przyszły jest tylko nieznany i dlatego budzi niepokój. W ataku lęku jest on groźny, zagrażający zagładą. Dlatego siła lęku jest szczególnie duża. Jak wytłumaczyć, że lęk raz występuje w formie rozlanej, dość spokojnej, to znów w formie niezwykle burzliwej: gwałtownego, wstrząsającego całym ustrojem ataku? Pewne wskazówki, pozwalające choć w przybliżeniu odpowiedzieć na to pytanie, możemy uzyskać znając genezę lęku. Na przykład w wypadku lęków tzw. biologicznych, tzn. powstałych w wypadku zagrożenia pierwszego lub drugiego prawa biologicznego, natężenie lęku może odpowiadać stopniowi biologicznego zagrożenia. Natężenie lęku staje się większe przy nagłym uszczupleniu dopływu tlenu, jak w astmie oskrzelowej lub w zawale serca, niż w wypadku braku wody czy pokarmu. Nie zawsze jednak jest to regułą; atak lęku nierzadko występuje, gdy nie ma konkretnego zagrożenia ustroju. Klasycznym przykładem są ataki lękowe występujące w różnego rodzaju trudnościach seksualnych, np. u kobiet cierpiących na anorgazmię. Nie ma tu bezpośredniego zagrożenia życia, można by najwyżej myśleć o naruszeniu praw zachowania życia gatunku, choć anorgazmia w zasadzie tego prawa nie narusza. Zresztą występowanie ataków lękowych w wielu nerwicach, w których życie przecież nie jest zagrożone, przeczy koncepcji biologicznego zagrożenia. W wielu natomiast sytuacjach, gdy niebezpieczeństwo to realnie istnieje, ataki lęku nie występują. Sygnały alarmowe: ból i lęk Jeśli lęk jest sygnałem nadciągającego niebezpieczeństwa, to jest to sygnał bardzo zwodniczy. Ustrój ludzki - to samo zresztą odnosi się najprawdopodobniej do ustrojów zwierzęcych - dysponuje dwojakimi sygnałami alarmowymi: bólem i lękiem. Ból występuje, gdy zagrożenie styka się z ustrojem i dochodzi do jego uszkodzenia, natomiast lęk, gdy jeszcze do bezpośredniego zetknięcia nie doszło. W czasoprzestrzennych wymiarach lęk jest dalej, a ból bliżej ustroju. Jak wiadomo, percepcja bólu zależy od wielu czynników, nie tylko od podrażnienia receptorów bólowych. Są osoby wrażliwsze i mniej wrażliwe na ból; przez odpowiednie wychowanie (ćwiczenia) można znacznie zwiększyć tolerancję bólową; w hipnozie można w ogóle znieść percepcję bólu, zmienia się też ona pod wpływem sugestii; w pogodnym nastroju na ogół znosi się ból łatwiej niż w nastroju przygnębienia; silne zaangażowanie psychiczne, zwłaszcza emocjonalne, może całkowicie wyłączyć odczuwanie bólu (żołnierz w czasie walki nie odczuwa, że został zraniony); brak zaangażowania w świecie otaczającym zwiększa odczuwanie bólu (np. w nocy, w postawie hipochondrycznej). Nie można więc na podstawie bólu ocenić obiektywnie niebezpieczeństwa zagrażającego ustrojowi.

10

Zwodniczość sygnałów alarmowych Co się tyczy lęku, to niewspółmierność między obiektywnym zagrożeniem a jego natężeniem jest jeszcze większa. Nie ma tu bowiem bezpośredniego zetknięcia z niebezpieczeństwem, jest ono jeszcze oddalone w przestrzeni i czasie. Wiele więc czynników może wpłynąć na to, że zostanie ono wyolbrzymione lub pomniejszone. Natężenie lęku więcej nam mówi o stanie ustroju niż o zagrażającym niebezpieczeństwie. Należy przypuszczać, że u człowieka na skutek bogactwa potencjalnych struktur czynnościowych wahania w percepcji bólu i w reakcjach lękowych będą znacznie większe niż w świecie zwierzęcym. Ból i lęk u zwierząt jest bardziej konkretny, tj. silniej związany z realną sytuacją, a u człowieka bardziej abstrakcyjny, tj. oderwany od obiektywnej rzeczywistości. Fakt, że lęk nerwicowy może występować w formie nieokreślonego niepokoju lub gwałtownych ataków lękowych, można by też tłumaczyć konstytucjonalną skłonnością do reakcji rozlanych, długotrwałych, o dość słabym natężeniu lub do reakcji gwałtownych, o napadowym charakterze. Te dwa typy reakcji obserwuje się w wielu zjawiskach, np. są ludzie, u których choroby się "ślimaczą", u innych znów przebiegają gwałtownie; jedni pracują systematycznie i powoli, inni zrywami; u jednych procesy myślowe biegną mniej więcej jednakowym nurtem, a u innych mają wyraźne wzloty i upadki; u jednych życie nastrojowo-uczuciowe jest raczej spokojne, u innych burzliwe i zmienne itp. Istnieje więc tendencja do gwałtownych lub do stabilnych przebiegów. Pojęcie osobowości histerycznej kojarzy się zazwyczaj z przebiegami burzliwszymi. Według Hipokratesowskiego podziału temperamentów, temperament choleryczny i sangwiniczny wykazywałby tendencje do procesów gwałtownych, a flegmatyczny i melancholiczny - do procesów spokojnych. To samo odnosi się do podziału Pawłowowskiego, który zresztą opiera się na Hipokratesowskiej typologii. Lęk a samotność Niepokój nerwicowy na ogół nie zmniejsza się w obecności innych ludzi, często, całkiem przeciwnie, obecność innych działa rozdrażniające. Jeśli niepokój zmniejsza się w towarzystwie, to dzięki temu, że jest się aktywnym, coś się mówi, robi, a wszelka aktywność rozładowuje napięcie lękowe. Natomiast w ataku lękowym obecność drugiego człowieka zwykle przynosi ulgę; człowiek choć trochę czuje się pewniejszy; już samo poczucie, że ktoś jest obok niego, zmniejsza nasilenie lęku. Samotność jest więc czynnikiem, który w atakach lękowych występuje wyraźnie jako czynnik zwiększający natężenie ataku. Lęk jest uczuciem związanym z naszą przyszłością, z oczekiwaniem tego, co ma nastąpić. Przy słabym nasileniu lęku nie odgrywa większej roli, czy człowiek jest sam, czy razem z innymi wobec nie znanej mu przyszłości. Natomiast przy większym nasileniu zagadnienie to nie jest obojętne. Łatwiej zmierzyć się z przyszłością opierając się na drugim człowieku, niż być wobec niej całkiem samotnym. Problem przyszłości jest dla człowieka najtrudniejszy i najbardziej go angażuje. Człowiek zawsze stoi wobec nieznanego i wciąż próbuje ten nieznany, obcy, a czasem wrogi czas przyszły kształtować, rzutować weń swoje marzenia i plany, a życie plany te burzy. Wysiłek życia koncentruje się w zdobywaniu przyszłości, w przemaganiu własnego lęku wywoływanego przez nieznane. W tej walce człowiek nie zawsze jest samotny, łatwiej podjąć mu nieraz wysiłek życia we wspólnym "my" niż w samotnym "ja". Różne modele kulturowe pomagają rzutować się w przyszłość, dając gotowe struktury czynnościowe. Ale może jeszcze ważniejsza jest sama obecność drugiego człowieka; w okresach dużych napięć lękowych, np. w czasie wojny, duch wspólnoty odgrywa zasadniczą rolę. Droga w przyszłość nie jest prosta i równa. Przychodzą chwile, gdy człowieka ogarnia paroksyzm lęku, ponieważ nie czuje się na siłach sprostać temu, co przed nim jest zasłonięte. W tych momentach koncentruje się jakby tajemnica przyszłości. Normalnie przyzwyczajamy się do tego, że przed nami jest nieznane, wrastamy tak w nasze stereotypy zachowań, że wydaje się nam niemożliwe, by nie miały one też obowiązywać w przyszłości. Droga, którą wyżłobiło się przez życie, wydaje się tak pewna i jedyna, iż trudno przyjąć, by przyszłość układała się inaczej. Ta pewność jednak niejednokrotnie zawodzi, nieokreślony niepokój jest jakby dyskretnym sygnałem, że przyszłość

11

jednak może się różnie ułożyć, a napad lękowy jest już zetknięciem się z groźbą przyszłości. Lęk anankastyczny Lęk anankastyczny jest trzecim rodzajem lęku nerwicowego. Przejawia się on przede wszystkim w nerwicy natręctw (neurosis anancastica), najwyraźniej w fobiach, ale też w myślach natrętnych i czynnościach przymusowych. Charakterystyczną cechą lęku anankastycznego jest to, że krystalizuje się on wokół tematów absurdalnych, obojętnych lub tylko luźno związanych z genezą lęku. Człowiek boi się więc np. zabrudzenia, dotknięcia jakichś rzeczy, ostrych przedmiotów, otwartej lub zamkniętej przestrzeni, pewnych zwierząt (np. myszy), zaczerwienienia się, natrętnych myśli, które nachodzą go wbrew jego woli, czynności przymusowych, które musi wykonać, mimo że z nimi walczy. Krystalizacja uczuć Występuje tu zjawisko charakterystyczne dla wszystkich silnych uczuć, zwłaszcza negatywnych; są one luźne, z niczym nie związane i nieraz jest kwestią przypadku, że znajdę sobie właśnie ten, a nie inny punkt zaczepienia. Zjawisko to oddaje dobrze angielski termin free floating anxiety. To samo określenie można by użyć w stosunku do agresji: free floating agression. Nieraz przypadkowo właśnie dany przedmiot staje się punktem krystalizacyjnym lęku, agresji lub miłości. W tym ujęciu uczucie byłoby czymś, co z człowieka wychodzi, co jest niezależne od sytuacji w otoczeniu. Jest to oczywiście sytuacja skrajna, gdyż uczucie jest zawsze relacją w odniesieniu do otoczenia i nie może istnieć bez interakcji z otoczeniem. Jeśli więc uczucia odszczepiły się od sytuacji zewnętrznej, to należałoby przypuszczać, że związki uczuciowe danego człowieka z otoczeniem uległy zaburzeniu, że żyje on w pewnego rodzaju uczuciowej izolacji i uczucia jego, nie mając punktu zaczepienia, krystalizują się wokół tematów zgoła obojętnych. Nerwica anankastyczna (nerwica natręctw) występuje zwykle u osób o charakterystycznej sylwetce psychicznej: obsesyjnej, psychastenicznej lub infantylnej. Dla tych typów osobowości charakterystyczną cechą jest niemożność nawiązania właściwego stosunku uczuciowego z otoczeniem. Ludzie o osobowości obsesyjnej (anankastycznej) boją się własnych uczuć. Miłość jest dla nich "skażona" seksem, a uczucia negatywne - silnym ładunkiem agresji. W obronie przed własnymi uczuciami budują sobie oni obronę w formie nakazów i zakazów, których boją się przekroczyć, by żywiołowe uczucia nie rozbiły ich swoistego i patologicznego porządku życia. Psychastenicy są na ogół luźno związani z życiem, żyją z poczucia obowiązku, rzadkim zjawiskiem jest u nich radość istnienia. W związku z tym i uczucia są u nich anemiczne. Związki uczuciowe są często wymuszone, brak im spontaniczności. Ludzie o osobowości infantylnej, tj. niedojrzali uczuciowo, zatrzymali się w swym rozwoju uczuciowym w okresie zależności. Ich stosunek uczuciowy do otoczenia ma charakter symbiotyczny: "nie mogę żyć bez tej osoby, bo jestem od niej zależny", co oczywiście stwarza postawę buntu: "chciałbym się od niej uwolnić". Uczucia są silne, ale ambiwalentne i zamknięte w ciasnym kręgu zależności. Człowiek taki boi się wybuchu swych własnych uczuć, nadaje im często formę dziecinnej ekspresji, jakby starając się w ten sposób zmniejszyć tkwiące w nich niebezpieczeństwo. Magiczna formuła Problemem ludzi należących zarówno do typu obsesyjnego, psychastenicznego, jak infantylnego jest zaleganie uczuć. Jest to ładunek często ponad ich siły. Objawy z grupy anankastycznej są wentylami, przez które uczucia te mogą się uzewnętrznić. Jak wszelkie "wentyle" emocjonalne są one zabezpieczone magiczną formułą. Magiczna formuła chroni przed niebezpieczeństwem tkwiącym w danej sytuacji. Podobnie jak pierwotny myśliwy, który, wyruszając na polowanie, wykonuje różne magiczne czynności mające go ochronić przed niebezpieczeństwami

12

i zapewnić powodzenie, tak człowiek bojący się własnych uczuć stwarza szereg rytuałów zabezpieczających przed ich grozą. Nie czyni tego świadomie; objawy anankastyczne tworzą się poniżej progu świadomości, dlatego ma się wrażenie, że "one do nas nie należą", że są obce, jakby nasłane. W wielu sytuacjach, w których lęk może przekroczyć przeciętną wytrzymałość człowieka, on sam stwarza różnego rodzaju zabezpieczenia, chroniące jego drogę do sytuacji o znacznym napięciu lękowym. Tego rodzaju zabezpieczenia są od dawna znane w życiu społecznym. Uświęcony tradycją rytuał, np. religijny, wojskowy, dyplomatyczny itp., osłania człowieka w sytuacji wyzwalającej lęk. Jednocześnie lęk zostaje częściowo przynajmniej przeniesiony z samej sytuacji na rytuał, człowiek nie boi się już tego, co mu naprawdę zagraża, ale naruszenia rytuału. Jeszcze wyraźniej powyższe przeniesienie lęku występuje w różnego rodzaju totemach i tabu. One bronią człowieka przed otaczającym niebezpieczeństwem. Obrona ta jest tak silna, że człowiek pierwotny niejednokrotnie mniej się obawia realnego niebezpieczeństwa niż naruszenia tabu czy totemu. Abstrakcyjność (oderwanie od konkretnej sytuacji) Istnieje, jak się zdaje, wyraźna różnica w umiejscowieniu lęku między światem zwierzęcym a ludzkim. Lęk zwierzęcy na ogół odpowiada realnemu zagrożeniu. Natomiast u człowieka niejednokrotnie budzą lęk przedmioty bezpośrednio niczym nie zagrażające. U zwierząt lokalizacja lęku jest trafna i konkretna, u ludzi natomiast nieraz bywa fałszywa. Człowiek przesuwa swój lęk z realnego zagrożenia na nierealne i to nierealne zagrożenie budzi w nim nierzadko większy lęk niż realne. Np. człowiek pierwotny może znacznie bardziej bać się przekroczenia tabu niż ryzyka zetknięcia się ze śmiercią. W zespołach anankastycznych bardzo wyraźnie występuje to przesunięcie lęku na przedmioty nie przedstawiające realnego zagrożenia. Ewolucja świata ożywionego zmierza do coraz większego uniezależnienia się od środowiska. Zwycięstwo postawy abstrakcyjnej nad konkretną, co u człowieka dokonuje się dzięki niezwykłemu rozwojowi neocortex, oznacza wyzwolenie się od otoczenia; dotyczy to przede wszystkim struktur myślowych i aktywności twórczych (postawa "nad"), czyli drugiej fazy metabolizmu informacyjnego.3 Niemniej w pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego (życie uczuciowo-nastrojowe) istnieje także pewne oderwanie się od konkretności życia, co powoduje, że uczucia nie mając swego punktu zaczepienia krążą swobodnie i koncentrują się nieraz na obiektach zgoła przypadkowych. Traktując uczucia jako zasadniczą orientację w świecie otaczającym (postawa "do" i "od"), należałoby stwierdzić, że orientacja ta u człowieka w porównaniu ze zwierzętami jest nieraz zwodnicza, że człowiek zamiast przybierać postawę odpowiednią do konkretnej sytuacji przyjmuje postawę odpowiadającą raczej jego własnym konstrukcjom myślowym. Żyje w świecie urojonym, stworzonym z własnych konstrukcji, zbudowanych na uczuciach nie mających oparcia w konkretności życia. Perseweracja Perseweracja jest dalszą cechą lęku anankastycznego. Występuje on z pewną regularnością, zupełnie niezależnie od sytuacji zewnętrznej, bądź to w formie fobii, bądź myśli natrętnych albo czynności przymusowych. Pojawia się w określonym rytmie, mając swoje przypływy i odpływy. Można by o takim rytmie mówić też w atakach lękowych, występowanie ich jest jednak rzadsze i mniej regularne. Nieokreślony niepokój ma również swój spontaniczny rytm, sprawiający, że jego natężenie raz narasta, to znów słabnie. W lękach natrętnych rytmiczność uwidacznia się jednak z całą wyrazistością. __________________________________________________________________________________________________________________ 3 Zagadnienia dotyczące tzw. metabolizmu informacyjnego zostały najbardziej wyczerpująco przedstawione w książce pt. Melancholia (PZWL, Warszawa 1974).Tutaj trzeba tylko wyjaśnić, że wymianę informacji z otoczeniem, czyli metabolizm informacyjny, można podzielić na dwie fazy. W pierwszej fazie zapada decyzja odnosząca się do zasadniczej orientacji uczuciowej w stosunku do świata otaczającego (postawa "do" lub "od") i dynamiki życiowej (zwiększenie lub zmniejszenie). Decyzja ta zapada poniżej progu świadomości. Nie potrafimy kierować swymi uczuciami i nastrojami. Faza ta prawdopodobnie jest sterowana przez starsze filogenetycznie części mózgu (diencephalon, rhinencephalon). W drugiej fazie zapadają decyzje odnoszące się do wyboru różnych form aktywności w świecie otaczającym, w których człowiek swój plan działania stara się narzucić otoczeniu (postawa "nad"). Decyzje są tu przeważnie świadome, tj. zależne od naszej woli. Niezwykłe możliwości tworzenia różnorodnych struktur czynnościowych w tej fazie wynikają prawdopodobnie z niezwykłego rozwoju nowej kory mózgu (neocortex) u człowieka.

13

Można by przypuszczać, że nastrój i uczucia mają swoistą oscylację. Co się tyczy nastroju, to oscylacja ta w formie patologicznej pojawia się w cyklofrenii. Uczucia też oscylują, narastają i słabną, niezależnie od wywołującej je przyczyny. Im bardziej uczucia są oderwane od realnej sytuacji, tym silniej zaznacza się tendencja oscylacyjna. Dla perseweracji charakterystyczną cechą jest nie tylko rytmiczność zjawiska, ale też powtarzanie się jego formy. Uczucia i nastroje nigdy na ogół nie są identyczne. Mimo dość znacznego ubóstwa struktur czynnościowych pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego (życia nastrojowo-uczuciowego) w porównaniu z drugą fazą (intelektualną) subiektywnie odczuwa się niezwykłą różnorodność własnych stanów uczuciowych. Nigdy właściwie w subiektywnym odczuciu stan emocjonalny nie jest identyczny ze stanem przeżywanym uprzednio. Każde przeżycie emocjonalne jest inne i niepowtarzalne. Identyczne powtórzenie jakiegoś przeżycia jest już zjawiskiem patologicznym, zdarza się ono w padaczce jako zjawisko deja vu lub deja vecu. Wywoływał je Panfield, drażniąc korę skroniową w czasie operacji z powodu padaczki. Niekiedy treść obrazów (wizji) sennych składa się z luźnych fragmentów przeżytych epizodów, powtórzonych z fotograficzną dokładnością. Niekiedy też "nachodzi" człowieka wspomnienie z żywością i świeżością bezpośredniego przeżycia. Zdarza się to częściej u ludzi starszych. Niekiedy takie żywe wspomnienie występuje pod wpływem bodźców węchowych lub smakowych (por. początek powieści Prousta: W poszukiwaniu straconego czasu). Niepowtarzalność kolorytu emocjonalnego Na ogół jednak nastroje i uczucia nie powtarzają się. Koloryt emocjonalny życia jest zawsze świeży, zawsze się zmienia i zawsze zachodzi w nim coś nowego. Natomiast powtarzają się nasze myśli, plany, marzenia, słowa, czyny, tj. aktywności, którymi staramy się wpływać na świat otaczający (postawa "nad"). Perseweracja nie jest w nich zjawiskiem rzadkim. Pierwsza faza metabolizmu informacyjnego byłaby więc bardziej niepowtarzalna niż faza druga. Pierwsza faza wiąże się bardziej bezpośrednio ze środowiskiem zewnętrznym i wewnętrznym ustroju, natomiast faza druga obejmuje przede wszystkim struktury czynnościowe związane z narzucaniem otoczeniu określonego porządku i sprawdzaniem, jak własna aktywność została zrealizowana. Ponieważ w drugiej fazie chodzi o "przeforsowanie" własnych planów czy własnego modelu rzeczywistości, zrozumiałe jest więc, że pewne zasadnicze struktury muszą się powtarzać aż do zwycięstwa lub klęski. W pierwszej fazie chodzi natomiast o szybkie zorientowanie się w sytuacji zewnętrznej i wewnętrznej, bo od tej orientacji zależy zasadnicza postawa - zbliżenia, ucieczki lub walki ("do" - "od") i ustalenie dynamiki ustroju (nastrój). Zasada analogowa i cyfrowa Można by pewnych analogii doszukiwać się w modelu neurofizjologicznym układu nerwowego. Układ ten pracuje równocześnie na dwóch zasadach: analogowych i cyfrowych. Zasada analogowa (potencjały generacyjne) pozwala na ilościowe odtworzenie bodźca. Dzięki niej znajdujemy odpowiedź na pytanie: "w jakim stopniu". Natomiast zasada cyfrowa (potencjałów iglicowych) pozwala na odpowiedź: "tak" lub "nie". Pierwszą określa się jako essential discrimination, a drugą jako differential discrimination. Pierwsza oznacza nasilenie danej jakości, np. białe, bielsze itp., druga - samą jakość: białe czy czarne itp. W wypadku pierwszego rodzaju różnicowania ustrój jest nastawiony na odbiór określonej jakości, określa tylko jej nasilenie. Jest tu ściślejsze związanie się z bodźcem. Siła reakcji odpowiada sile bodźca. Natomiast w wypadku dyskryminacji różnicującej ustrój przedkłada otoczeniu gotową propozycję: białe czy czarne, i daje odpowiedź tak lub nie. Rzuca w otoczenie gotową strukturę czynnościową (w formie pytania), która zostaje przyjęta lub odrzucona. Nie ma tu już takiego zespolenia ze środowiskiem jak w wypadku zasady analogowej. Nasza znajomość procesów neurofizjologicznych jest jeszcze zbyt nikła, by

14

kusić się o analogie między obiektywnym a subiektywnym aspektem życia. Wydaje się jednak, że ustrój stosuje dwie metody podejścia w stosunku do swego otoczenia: metodę związania się z nim i metodę dystansu. Metabolizm informacyjny charakteryzowałby się swoistą pulsacją: złączeniem się ze środowiskiem zarówno zewnętrznym, jak wewnętrznym ustroju w pierwszej fazie i nabraniem w stosunku do niego dystansu w drugiej. W niej ustrój daje już gotową strukturę czynnościową w formie pytania i zależnie od rodzaju odpowiedzi ("tak" lub "nie") kształtuje się dalsza interakcja z otoczeniem. Mimo więc niezwykłego bogactwa potencjalnych struktur czynnościowych w drugiej fazie metabolizmu informacyjnego ustrój musi stale powtarzać pewne struktury, występować stale z nimi w stosunku do otoczenia. Odpowiedź na przedstawioną propozycję decyduje bowiem często o dalszych losach ustroju, np. czy dany pokarm jest jadalny, czy trujący itp. Dlatego perseweracja jest koniecznym warunkiem drugiej fazy metabolizmu informacyjnego. Ustrój musi uparcie dążyć do swego celu. Otoczenie jest tylko środkiem do celu, pasuje lub się jemu sprzeciwia, dlatego obowiązuje tu język binarny: "tak" lub "nie". Należy przypuszczać, że perseweracja w drugiej fazie metabolizmu informacyjnego jest w pewnym stopniu zdeterminowana filogenetycznie, a w pewnym - ontogenetycznie, tzn. pewne struktury czynnościowe mają już na skutek filogenezy większe szanse realizacji (wyższy współczynnik prawdopodobieństwa) lub jeśli się przedstawi to zagadnienie w języku neurologicznym - są już genetycznie lepiej utorowane. Jeszcze inne w ciągu życia osobniczego zależnie od warunków i jego kolei zyskują większe szanse niż inne struktury. W ten sposób - wbrew twierdzeniom niektórych filozofów (Locke) - mózg nigdy nie jest tabula rasa. Perseweracja w lęku anankastycznym polegałaby w przedstawionym ujęciu na przesunięciu mechanizmów drugiej fazy do fazy pierwszej. To, co jest odpowiednie w drugiej fazie, gdy chodzi o utrzymanie pewnej linii zachowania się (celu), nie jest odpowiednie w fazie pierwszej, której zadaniem jest odbicie, możliwie wierne, otaczającej rzeczywistości. Odbicie to wprawdzie obejmuje tylko koloryt emocjonalny, ale jest wierniejsze niż konstrukcje fazy drugiej, które oddają raczej plany aktywności ustroju, a otoczenie jest ważne tylko o tyle, o ile spełnia warunki do realizacji tych planów (odpowiedź tak lub nie), bądź też ich nie spełnia. Obu procesów nie da się od siebie odłączyć, ustrój musi przedstawiać określone propozycje swemu otoczeniu. Pierwsza faza jest jednak konieczna do nawiązania bezpośredniego kontaktu z otoczeniem. Zagadnienie związku z otoczeniem w umyśle ludzkim, jak się zdaje, ulega schematycznemu wypaczeniu, polegającemu na tym, że podmiot oddziela się ostro od przedmiotu (otoczenia). W rzeczywistości związek jest bliższy, człowiek - jak i wszystkie istoty żywe - jest ściśle ze swym otoczeniem zespolony. Nieraz z góry wie, co w nim jest dla niego dobre, a co złe. Skąd np. pies czy kot wie, która trawka jest dla niego dobra, a która wywołuje przeczyszczenie lub wymioty, tak jakby był doświadczonym farmaceutą? Wiele tzw. instynktowych zachowań u zwierząt tłumaczyć można zespoleniem ustroju z otoczeniem. Problem lęków anankastycznych polegałby między innymi na zerwaniu związku z otoczeniem, na zawieszeniu uczuć w próżni. Rytm perseweracyjny, charakterystyczny dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, gdzie chodzi o konsekwentne utrzymanie pewnej linii postępowania, ogarnia życie uczuciowe, a w każdym razie tę jego część, która jest sygnałem nadchodzącego zagrożenia. W zespołach anankastycznych bezsens lęku jest zjawiskiem zgoła uderzającym. Ale bezsens ten istnieje też w innych rodzajach lęku, choć w mniej jaskrawej formie. W przeciwieństwie do świata zwierzęcego lęk u człowieka nieraz traci swój biologiczny sens sygnału grożącego niebezpieczeństwa. Potrzeba bólu i lęku (system alarmowy) Lęk i ból są dwoma podstawowymi stanami uczuciowymi należącymi do grupy uczuć o negatywnym znaku, i to nie tylko u człowieka, ale prawdopodobnie w całym świecie zwierzęcym. Wydawać by się mogło, że bez nich życie byłoby rajem na ziemi. Tak jednak nie jest; z obserwacji klinicznych wiadomo, czym grozi brak bólu (np. w syringomielii). Środowisko człowieka, jak zresztą wszystkich istot żywych, nie jest "środowiskiem macierzyńskim", tzn. takim, w którym wszystkie potrzeby są zaspokojone i w którym nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Gdyby

15

życie było rajem, można byłoby obejść się bez lęku i bólu. Ponieważ jednak życie niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw, każda żywa istota musi dysponować systemem alarmowym, który sygnalizuje zbliżające się niebezpieczeństwo i pozwala go uniknąć. "Mądrość" przyrody polega na właściwym rozmieszczeniu sygnałów niebezpieczeństwa na współrzędnych czasu i przestrzeni. Są tu jakby dwa zabezpieczenia; jedno, tj. lęk, działa z większej odległości przestrzennej i czasowej, a drugie, tj. ból, z mniejszej, w bezpośrednim już zetknięciu z czynnikiem szkodliwym. Sygnały niebezpieczeństwa działają w określonej czasoprzestrzeni. Odcinek przyszłości w wypadku bólu jest krótki, niebezpieczeństwo już osiągnęło granice organizmu. Ból jest sygnałem, że trzeba się jak najszybciej z danej sytuacji wycofać (jak np. w wypadku oparzenia) lub podjąć jakieś środki zaradcze (jak np. w wypadku bólu narządów wewnętrznych). W wypadku lęku niebezpieczeństwo jest dalsze zarówno przestrzennie, jak i czasowo. Nie sięga ono jeszcze granic organizmu, a odległość czasowa może się wahać u człowieka od ułamka sekundy do wielu lat. Również na współrzędnych przestrzennych odległości mogą się wahać od bliskich do bardzo dalekich. W ten sposób lęk u człowieka może dotyczyć konkretnej sytuacji, określonego "tu" i "teraz" lub dotyczyć sytuacji oderwanej od konkretu (a więc abstrakcyjnej), gdzie odległości czasowe i przestrzenne są bardzo duże. Nawet dochodzi do tego, że odległości sięgają nieskończoności (używa się nawet pojęcia "lęku kosmicznego", "egzystencjalnego", a więc lęku związanego z samym faktem istnienia). Ból z natury rzeczy jest u człowieka bardziej od lęku konkretny, musi w tym bowiem wypadku dojść do bezpośredniego zetknięcia się czynnika szkodliwego z ustrojem. Niemniej u człowieka przybiera on także formy bardziej abstrakcyjne, tzn. nie jest proporcjonalny do stopnia uszkodzenia, ale zależy od wielu czynników, które sprawiają, że nieproporcjonalnie wzrasta lub maleje, przedłuża się lub skraca. Jego wymiary ulegają więc różnorodnym przekształceniom na siatce czasoprzestrzennej ustroju. W świecie zwierzęcym nie ma tej swobody poruszania się w wymiarach czasu i przestrzeni. Zwierzę jest bardziej niż człowiek ograniczone do konkretnej sytuacji, nie może wyjść poza własne "tu" i "teraz". Dzięki temu sygnał niebezpieczeństwa jest dla zwierząt bardziej realny niż dla człowieka. Ból jest na ogół u zwierząt proporcjonalny do stopnia zagrożenia, a lęk zwykle zwiastuje realne niebezpieczeństwo (oczywiście u zwierząt też zdarzają się fałszywe alarmy, gdy np. bodziec nieszkodliwy jest traktowany jako zwiastun niebezpieczeństwa). To oderwanie się od konkretu, tak dla człowieka charakterystyczne, dzięki któremu człowiek ma poczucie wolności, a jednocześnie i skrępowania, gdyż nigdy zupełnie swobodnie w wymiarach czasu i przestrzeni poruszać się nie może, ma swoją ujemną stronę w tym, że tak ważne z biologicznego punktu widzenia sygnały niebezpieczeństwa przestają spełniać swą biologiczną rolę. Działają niezależnie od realnej sytuacji, alarmują nieraz bez uchwytnej przyczyny i bez uchwytnego celu. Lęk i ból ludzki mają więc cechy specyficzne, nie spotykane w świecie zwierzęcym, a wynikające ze swoiście ludzkiej swobody poruszania się w czasie i przestrzeni. Sztuczne sygnały alarmowe Człowiek z lękami typu anankastycznego porusza się w świecie jakby w ogrodzie udręczeń, w którym na każdym kroku stoją tablice ostrzegawcze, a przekroczenie nakazów i zakazów grozi strasznymi cierpieniami. Lęk, który nie ma określonego przedmiotu i który przez oderwanie się od konkretu życia stał się pustym sygnałem, wywołuje ogólny stan alarmowy, człowiek wszędzie dopatruje się niebezpieczeństwa i "tablice ostrzegawcze" mają go przed nim uchronić. Człowiek o anankastycznym typie osobowości przeżywa różnego rodzaju "powinno się" i "trzeba", zatraca spontaniczność typową dla każdego przejawu życia. Spontaniczność jest cechą pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, a pewna sztywność (tendencja do perseweracji) - cechą drugiej fazy. Sparaliżowanie pierwszej fazy przez drugą jest więc cechą charakterystyczną dla ludzi tego typu. W lękach anankastycznych doznanie lęku traci biologiczne znaczenie sygnału

16

ostrzegawczego i może dlatego człowiek stwarza sztuczny system sygnałów ostrzegawczych (sztuczny, a tym samym drugofazowy) w postaci nakazów i zakazów, które mają go ochronić przed grożącym niebezpieczeństwem. W pewnej mierze analogiczne zjawisko można obserwować w życiu społecznym. Gdy w pewnych okresach historycznych z tych czy innych powodów ulegnie zachwianiu naturalne poczucie porządku, które istnieje w każdym człowieku, wówczas obsesyjny gąszcz różnego rodzaju norm, nakazów i zakazów ma stworzyć sztuczny porządek, mający zastąpić naturalne rozeznanie między dobrem a złem (między dobrem a złem, gdyż porządek moralny jest filogenetycznie najwyższą formą porządku i z nim człowiek ma największe kłopoty). Dla przykładu warto wspomnieć o mnóstwie pedantycznych norm, przepisów i opisów stosowanych w okresie inkwizycji, o przerażającej biurokracji hitlerowskich obozów zagłady, a wreszcie choćby o tak dobrze nam znanej powodzi aktów normatywnych, w których nikt już zorientować się nie jest w stanie. LĘK HIPOCHONDRYCZNY Tajemnica ciała Ciało jest nierzadko przyczyną różnego rodzaju niepokojów i lęków, pozostaje zawsze dla człowieka tajemnicą. Jest źródłem przyjemności i bólu; świadomość czekającej człowieka śmierci wiąże się z jego rozpadem. To ciało sprawia, że człowiek czuje się z życia zadowolony lub jest złamany bólem i cierpieniem. Od niego zależy w znacznej mierze obraz własnej osoby. Ono przyciąga lub odpycha innych ludzi. Od ciała zależy dobór naturalny. Ciało nadaje realność życiu; jako istoty bezcielesne stalibyśmy się nierzeczywiści. Nieraz człowiek, gdy mu własne ciało zbytnio dokucza, chciałby się go pozbyć, stać się istotą bezcielesną, niematerialną. Ale pragnienie takie jest nierealne, bo życie jest cielesne. Jądro życia tkwi właśnie w ciele. Jeśli człowiek marzy o tym, by być duchem, to wyraża się w tym jego tęsknota do swobody, do wolności poruszania się w czasie i przestrzeni, do realizowania własnych najśmielszych koncepcji. Ciało bowiem, wiążąc człowieka z bezwzględnymi prawami życia, ściąga go na ziemię. Ciało jest przeszkodą, stawia opór naszym marzeniom, zniekształca je przy próbach realizacji. Rozdział między psyche i soma, typowy dla wszystkich przeżyć człowieka, nie jest tylko wynikiem rozdziału między podmiotem a przedmiotem, jaki tworzy się w trakcie każdej aktywności, lecz rozdziału między wolnością a skrępowaniem, między strukturą czynnościową potencjalną a realizowaną. Duch wszystko może, a ciało jest "mdłe". Rozbrat między planem a rzeczywistością znajduje swój wyraz w dualistycznej koncepcji człowieka. Fakt, że ciało nasze jest dla nas nieznane, a jego percepcja jest inna niż świata otaczającego (interoceptory), że jest źródłem uczuć przykrych, a także przyjemnych, źródłem największych cierpień i największych rozkoszy, że stawia opór przy realizacji naszych planów i tym samym ściąga nas na ziemię - sprawia, że nasz stosunek do własnego ciała nie jest jednoznaczny. Wywołuje ono uczucia pozytywne, gdyż jest źródłem przyjemności, a jednocześnie negatywne, gdyż jest źródłem różnorodnych cierpień i rozczarowań. A ponieważ nigdy nie wiadomo, co będzie, jak się nasze ciało zachowa, co nam przyniesie, jak odebrane zostanie przez otoczenie, czy nie zawiedzie w decydującym momencie, czy wreszcie nie ulegnie zagładzie, gdy najmniej się tego spodziewamy, jest też ono źródłem ustawicznego niepokoju. Jeśli projekty dotyczące świata otaczającego możemy z pewnym stopniem prawdopodobieństwa rzutować w przyszłość, przerzucając w nią pomost przeszłości, to jeśli chodzi o własne ciało, projekcja ta jest zgoła niepewna. Nie znamy naszego ciała i nie wiemy, jak się ono w przyszłości zachowa. Gdy człowiek czuje się zdrowy, gdy nic mu nie dolega, gdy ciało jest sprawne i podległe jego woli, wówczas jak najwierniejszy niewolnik nie sprawia ono żadnego kłopotu i "dusza" jest zadowolona ze swego wygodnego "mieszkania" ciała. Ale gdy się zaczyna coś psuć, gdy pojawią się jakieś bóle i cielesne niepokoje, gdy ciało nie jest nam posłuszne, gdy z jego powodu nie możemy zrealizować naszych planów, gdy nie jest aprobowane przez otoczenie, gdy jest

17

źródłem poczucia winy - wówczas z dobrego niewolnika staje się buntownikiem, źródłem cierpienia, niepokoju i agresji. Psyche i soma Z biologicznego punktu widzenia przedział między psyche a soma jest całkowitą fikcją. Ciało jest obiektywnym aspektem tego, co subiektywnie przeżywa się jako psychikę. Traktując wymianę energetyczno-informacyjną (metabolizm) jako podstawowe zjawisko życia, można by zjawiska cielesne przypisać metabolizmowi energetycznemu, a zjawiska psychiczne - metabolizmowi informacyjnemu. W wymianie energetycznej decyduje ilość energii, a w wymianie informacyjnej - jej znaczenie (liczba informacji). Metabolizm energetyczny jest bardziej "materialny", a informacyjny - bardziej "psychiczny". Dualistyczna koncepcja natury ludzkiej (soma i psyche) jest koncepcją raczej uniwersalną, występującą powszechnie w różnych kręgach kulturowych i w różnych epokach, niezależnie od poziomu rozwoju kulturalnego danego społeczeństwa i niezależnie od wyznawanych poglądów religijnych i filozoficznych. Można by ją więc uznać za koncepcję charakterystyczną dla natury człowieka. Nie wiemy i prawdopodobnie nie potrafimy się dowiedzieć, czy zwierzęta, analogicznie jak człowiek, swoją naturę przeżywają w sposób rozdzielony na procesy fizyczne i psychiczne (ciało i dusza). Można tylko przypuszczać, że przedział ten, jeśli u nich istnieje, występuje w stopniu znacznie słabszym niż u ludzi. Metabolizm informacyjny jest bowiem u zwierząt znacznie słabiej rozwinięty niż u człowieka, u którego ewolucja skoncentrowała się głównie na jego rozbudowie. Metabolizm informacyjny jest wstępnym krokiem, przygotowaniem do metabolizmu energetycznego. Właściwe zetknięcie się z prawami życia (zachowania własnego życia i życia gatunku) dokonuje się w metabolizmie energetycznym. Na tym dopiero etapie czerpie się energię ze środowiska, by budować własne struktury, a jednocześnie niszczy się je, by dysponować energią potrzebną do procesów życiowych. Wprawdzie w metabolizmie informacyjnym struktury czynnościowe ulegają też zniszczeniu, w miejsce starych tworzą się nowe, ale proces niszczenia i budowy nie jest tak dramatyczny, tak bardzo namacalny i bardzo materialny jak w metabolizmie energetycznym. Dlatego tak charakterystyczny dla przyrody ożywionej rytm śmierci i zmartwychwstania (rytm pór roku) jest rytmem cielesnym, a nie duchowym. Duchy nie umierają ani nie zmartwychwstają. Ciało a rytm śmierci i zmartwychwstania Z ciałem więc związana jest śmierć i już ten sam fakt wystarcza, by tworzyła się wokół niego atmosfera lęku. Ale z ciałem związane jest też zmartwychwstanie. Świadomość ludzka nie odbiera wyraźnie rytmu budowy i niszczenia, typowego dla wszystkich procesów życia. Rytm ten odczuwamy w postaci tylko nieokreślonych nastrojów, zmniejszonej lub zwiększonej dynamiki życiowej, nieokreślonego niepokoju. Nieśmiertelność gatunkową osiąga człowiek w zespoleniu seksualnym, dzięki któremu odradza się w nowym pokoleniu. Duchy są bezpłciowe. Płeć jest cielesna. Nie można sobie wyobrazić aktu seksualnego bez udziału ciała. Istnieje wprawdzie miłość "duchowa", platoniczna, nieraz niezwykle piękna, ale nigdy nie jest ona pełną miłością. Śmierć więc i miłość są cielesne. Podobnie jak drugie prawo biologiczne, tak i pierwsze nie może się wypełnić bez udziału ciała. Zaspokojenie potrzeby powietrza, wody i pokarmu jest ściśle zależne od ciała. Jądro życia jest cielesne. Ciało jest źródłem rozkoszy, ale i cierpienia, w nim jest śmierć, ale też nadzieja zmartwychwstania (akt seksualny jako akt tworzenia nowej żywej istoty). Nie mamy pełnej świadomości naszego ciała, do naszej świadomości docierają tylko niewyraźne echa tego, co w nim się dzieje; nie uzmysławiamy sobie niezwykle skomplikowanych procesów, które w nim bez przerwy zachodzą, a w których tak wyraźnie zaznacza się rytm umierania i rodzenia (niszczenia i budowy). Nie zdajemy sobie też sprawy z siły drugiego prawa biologicznego, z faktu, że każda komórka ustroju ma swój seksualny imprinting i nie ma komórek bezpłciowych poza rzadkimi aberracjami chromosomalnymi. W świecie własnego ciała jesteśmy zagubieni, jest ono dla nas mrokiem i tajemnicą. Nie wiemy, co w nim

18

się dzieje i co nas z jego strony może spotkać. Struktury czynnościowe dotyczące metabolizmu energetycznego tworzą się i giną przeważnie poniżej progu naszej świadomości. Nie wiemy, co się dzieje na tym poziomie aktywności naszego ustroju. Dzięki naukom medycznym dysponujemy wprawdzie pewną wiedzą obiektywną o aktywności ustroju, ale nigdy nie może ona zastąpić wiedzy subiektywnej, tj. osobistego doznania, jakie odczuwamy wobec otaczającego świata. Nasza świadomość zwrócona jest na zewnątrz, a nie do wnętrze ciała. Nawet w marzeniach sennych zawsze dzieje się coś w otaczającym świecie, a nie w nas samych. Świadomość a interocepcja Sygnały pochodzą jednak nie tylko z otaczającego świata (eksterocepcja), lecz też z wnętrza naszego ciała (inerocepcja). Metabolizm informacyjny obejmuje więc zarówno środowisko zewnętrzne, jak i wewnętrzne człowieka; struktury morfologiczne układu nerwowego zawiadujące metabolizmem informacyjnym wewnątrzustrojowym są równie bogate, jak te, które sterują przede wszystkim sygnałami pochodzącymi z otaczającego świata. Nie wiemy jeszcze, dlaczego i w jaki sposób tak się dzieje, że sygnały wewnątrzustrojowe są do tego stopnia upośledzone pod względem swego rezonansu w naszej świadomości w porównaniu z sygnałami zewnątrzustrójowymi. Co się tyczy receptorów, to wiemy tyle, że eksteroceptory adaptują się szybko, tzn. gdy bodziec się powtarza, przestają działać. Gdyby np. ludzkie oczy nie wykonywały stałych drobnych ruchów, to człowiek, podobnie jak żaba, widziałby tylko poruszające się przedmioty, one bowiem drażniłyby nowe receptory, natomiast to, co nieruchome, byłoby czarne. W odniesieniu do otaczającego świata nastawieni jesteśmy na ustawiczną zmienność, nie obchodzą nas, jak dobrych reporterów, stare wiadomości, żyjemy w pogoni za nowym. Natomiast interoceptory nie adaptują się tak szybko; działają one raczej na zasadzie urządzeń alarmowych, tzn. tak długo wysyłają sygnał, aż zaszła zmiana (bodziec) nie zostanie należycie uregulowana. Z eksteroceptorów tylko receptory bólowe trzymają się opisanej zasady; ból utrzymuje się tak długo, aż jego przyczyna (bodziec) zostanie usunięta. Istnieje więc odwrotna zasada w odbiorze sygnałów z otoczenia niż w odbiorze z wnętrza ustroju. W stosunku do otoczenia ustrój dąży do nowości, odrzuca to, co stare, lub w ogóle tego nie przyjmuje. Natomiast w stosunku do własnego wnętrza ustrój jest zaalarmowany każdą nowością, receptory sygnalizują dopóty, dopóki nie zostanie ona umieszczona w starym porządku. Świat zewnętrzny jest zmienny; świat własny, tj. ciało, jest stały. Wśród zmieniającego się wciąż otoczenia ustrój żywy musi zachować swoje constantia, swoje "prawdy", jeśli za istotę prawdy uważa się jej niezmienność. Własne ciało jest "prawdziwe", a świat otaczający jest "złudą", gdyż cechą złudy jest ustawiczna zmienność. To, czego możemy dotknąć, zetknąć z naszym ciałem, nabiera cech prawdziwej rzeczywistości. Już maleńkie dziecko jest "niewiernym Tomaszem" i bierze widziany przedmiot do rączki, a potem wpycha do ust. Chce w ten sposób wchłonąć otaczający świat w siebie - jest to jednocześnie najlepszy sprawdzian jego rzeczywistości. To, co nie jest w bezpośrednim kontakcie z naszym ciałem, ma zawsze cechy ułudy, abstrakcji, nierzeczywistości. Symbol Ciało ściąga nas na ziemię, duch jest "lekki", flat ubi vult. Struktury czynnościowe, jakie człowiek w ciągu swego życia wytwarza, mogą być całkowicie oderwane, abstrakcyjne, nie związane z rzeczywistością. Im bardziej są one oderwane od konkretnej sytuacji, tym bardziej ich charakter jest ponadczasowy. W wymianie energetyczno-informacyjnej między ustrojem a jego środowiskiem istnieje odwrotna zależność między ilością energii a trwałością struktury. Im ilość energii większa, tym struktura mniej trwała, a im mniejsza - tym struktura trwalsza. Metabolizm energetyczny jest nietrwały, bez przerwy ginie to, co powstało przed sekundą; metabolizm informacyjny jest trwały, w nim bowiem odgrywa rolę nie ilość energii, ale jej znaczenie; ważny jest symbol, a nie rzecz sama w sobie, tj. jakość i ilość energii. Umiera człowiek, ale zostaje po nim słowo, specyficzny dla niego gest, klimat uczuciowy, który wokół siebie

19

roztaczał, a więc jego symbole, które zostały swego czasu rzucone w otaczający świat i w tym świecie się zatrzymały, podczas gdy ciało przestało istnieć. Struktury czynnościowe związane z metabolizmem energetycznym istnieją w granicach ciała. Ustrój pobiera różne substancje z otoczenia, zmienia je na własne struktury, by z kolei znów je niszczyć i czerpać z procesu niszczenia energię potrzebną do życia. Otoczenie liczy się tylko jako układ zasilający ustrój w energię i od niego energię odbierający. Liczą się realne wartości energetyczne, a nie ich znaczenia. Również w wypadku drugiego prawa biologicznego, gdy kontakt z otoczeniem nie polega na niszczeniu się jak przy zachowaniu własnego życia, lecz na zespoleniu z otoczeniem, relacja między ustrojem a jego otoczeniem nie ma charakteru symbolicznego, nie liczą się już znaki, które mają coś oznaczać, choć znaki te przed momentem złączenia mogły odgrywać decydującą rolę; liczy się zespolenie dwóch ciał ze sobą, liczy się energia wyzwolona przez akt zespolenia, a subiektywnie - płynąca z cielesnego złączenia rozkosz. Cielesna jest miłość i cielesne jest samo życie (samo - tzn. sama wymiana energetyczna z otoczeniem). Jest to jakby jądro życia. Ale nie można do niego dojść bez przygotowania, bez zorientowania się w znaczeniach otaczającego świata. Za pomocą różnego rodzaju znaków, symboli, domyślamy się, co może nas z jego strony spotkać. Z kolei sami wysyłamy w otoczenie różnego rodzaju znaki, które są wyrazem naszej aktywności, a dla otoczenia - symbolem tego, co z nami się dzieje. W miarę ewolucji ta warstwa ochronna, broniąca przed bezpośrednim zetknięciem się z prawami życia, znacznie się rozrasta. Śladowy metabolizm informacyjny istnieje nawet na najniższych szczeblach rozwoju filogenetycznego. U tych najprostszych istot żywych zetknięcie się z otaczającym światem jest jednak bardziej bezpośrednie; bez dłuższego wstępu wchodzą one w wymianę energetyczną ze swoim otoczeniem i w aktywność reprodukcyjną. Również rozwój ontogenetyczny koncentruje się na rozbudowie metabolizmu informacyjnego. Potrzeby biologiczne niemowlęcia są zaspokajane bez większych wstępów orientacyjnych (metabolizmu informacyjnego); taka sytuacja możliwa jest tylko dzięki zapewnieniu optymalnych warunków środowiskowych (środowisko macierzyńskie), które nie obowiązuje już w stosunku do osobników dorosłych. Można sobie pozwolić na wejście w "jądro" życia, gdy warunki życia są optymalne, gdy środowisko nie zagraża śmiercią. Interesujący jest fakt, że wędrówki ryb i ptaków są prawdopodobnie uwarunkowane szukaniem środowiska macierzyńskiego jako odpowiedniego miejsca dla własnego potomstwa. Zwierzęta przemierzają tysiące kilometrów, by znaleźć się z powrotem w miejscu swego urodzenia, gdyż tylko tam ich potomstwo może być bezpieczne. Jest wciąż tajemnicą, jak trafiają one do tak odległych miejsc. Niektóre ptaki orientują się po gwiazdach. Daleka podróż jest jakby w zwierzętach tych "zaprogramowana"; byłby to jeden z przykładów związania ustroju z otoczeniem i sztuczności granicy, jaka w umyśle człowieka tworzy się między nim a otaczającym światem. W wypadku wędrówek zwierząt mamy do czynienia z typową strukturą czynnościowoinformacyjną. Zasadniczą rolę odgrywa tu kompleks sygnałów - wprawdzie nie wiemy jeszcze jakich - a nie ilość energii. Sygnały te są ponadczasowe, gdyż wiele pokoleń zwierząt orientuje się według takiego samego kodu. Inne kompleksy sygnałów pozwalają zwierzętom zorientować się i pokierować swym zachowaniem w odniesieniu do potencjalnego partnera seksualnego, potencjalnego wroga itp. Otaczający świat jest również dla zwierząt przede wszystkim światem symboli, które muszą odpowiednio odcyfrować. Odcyfrowanie to jest prawdopodobnie możliwe dzięki temu, że symbol mieści się zarówno w otaczającym świecie, jak w samym żywym ustroju. Może na tym polega zespolenie żywych istot z ich otoczeniem. To, co określamy wygodnym, ale właściwie niewiele oznaczającym pojęciem instynktu, byłoby w zasadzie określonym systemem symboli, którym żywa istota łączy się ze swym otoczeniem i który determinuje jej zachowanie. Sygnał (informacja, symbol) może istnieć tylko wówczas, gdy dwa układy są połączone ze sobą związkiem komunikacyjnym. W układach całkowicie odizolowanych sygnał nie miałby racji bytu, bo cóż miałoby te układy z sobą łączyć. Prawdopodobnie tylko nikły odsetek potencjalnych sygnałów otaczającego świata dociera do człowieka, jeszcze mniejszy - do poszczególnych przedstawicieli

20

świata zwierzęcego. Z otaczającego świata odbieramy tylko to, co jest nam potrzebne. Pomostem łączącym świat zewnętrzny z nami jest symbol, jest znak, który daje nam otaczający świat i który dla nas coś oznacza. Człowiek może rozszerzyć zakres swoich symboli - dzięki technicznemu udoskonaleniu swych oczu, uszu, węchu itd. zwiększa zakres percepcji sygnałów otoczenia, a jednocześnie głębiej wnika w ich znaczenie. Możliwe to jest dzięki tkwiącej w ludzkim układzie nerwowym zdolności tworzenia najrozmaitszych struktur czynnościowych. Świat symboli człowieka nie jest zamknięty, ma on wciąż możliwości tworzenia nowych. Natomiast w świecie zwierzęcym układ symboli jest zamknięty i szansę tworzenia nowych są niewielkie. Tworzenie symboli jest funkcją metabolizmu informacyjnego. Mają więc one raczej charakter psychiczny niż somatyczny. Nie wymagają dużych nakładów energetycznych, są w pewnej mierze niezniszczalne, ponadczasowe i ponadprzestrzenne. Ten sam symbol w różnych okresach i w różnym odcinku przestrzeni to samo może oznaczać, jest ponad konkretnym "tu i teraz". Symbol jest też ponadjednostkowy, gdyż dla wielu przedstawicieli tego samego gatunku oznacza to samo. Doświadczenie życiowe sprawia, że pewne symbole nabierają indywidualnego znaczenia, na zasadzie odruchów warunkowych stają się sygnałami określonej sytuacji, podczas gdy dla innej jednostki nie posiadającej analogicznych doświadczeń życiowych tego znaczenia nie mają. Istnieją jednak symbole, które są jakby z góry dane, "odziedziczone" i działają niezależnie od życiowego doświadczenia. Metabolizm informacyjny jest ściśle zespolony z metabolizmem energetycznym, jeden bez drugiego nie może istnieć. Symbol, mimo że jest czymś abstrakcyjnym, w pewnym sensie "duchowym", sięga głęboko w cielesność. Steruje najbardziej cielesnymi funkcjami ustroju i wyznacza ich zasadniczy kierunek. Sam jako taki, bez ciała, istnieć nie może, straciłby swój sens i istotę bytu. Odnosi się to zarówno do ustroju, jak i do otaczającego świata. Symbol pozbawiony podłoża materialnego, tj. desygnatu, pozbawiony oparcia w świecie zewnętrznym, przestaje być symbolem, staje się złudą, majakiem, sennym marzeniem. Symbol więc, mimo że jest abstrakcyjny, "bezcielesny", wiąże się ściśle z ciałem i z materialnym otaczającym światem. Dwa układy: żywy ustrój i jego środowisko, są więc z sobą złączone w dwojaki sposób: bezpośrednio - przez metabolizm energetyczny i seksualne zespolenie, i pośrednio przez określony układ symboli (metabolizm informacyjny). Pierwszy sposób stanowi "jądro" życia, bez niego życie nie może istnieć. Natomiast drugi jest przygotowaniem do wejścia w istotę procesów życiowych, swoistą nadbudową. W stosunku do otaczającego świata dysponujemy więc dwoma zbliżeniami: jedno, "duchowe", to symboliczne lub informacyjne z nim złączenie, drugie, "cielesne", to bezpośredni kontakt, w którym zaspokojone są dwa podstawowe prawa biologiczne. Układ nerwowy zbiera informacje nie tylko z otaczającego świata (eksterocepcja), lecz też z wnętrza ustroju (interocepcja). Ektoderma nerwowa stoi na granicy dwóch światów, zewnętrznego i wewnętrznego, z obu czerpie informacje i do obu informacje wysyła. Nie można jednak układu nerwowego w ten sam sposób oddzielać od świata wewnętrznego, jak oddzielony on jest od świata zewnętrznego: jest on przecież częścią naszego ciała, tj. świata wewnętrznego. Układ symboli, który łączy świat zewnętrzny z otaczającym światem, traci swój sens, gdy chodzi o połączenie poszczególnych części świata wewnętrznego, a więc w tym wypadku układu nerwowego z resztą ciała. Znaczenie informacji jest inne w odniesieniu do świata zewnętrznego niż w odniesieniu do własnego ciała. Stąd może pochodzić nasze niezrozumienie własnego ciała; jest ono zawsze dla nas tajemnicą, nie wiemy, co się w nim dzieje. Nie docierają do naszej świadomości wszystkie pochodzące z niego sygnały. Nie dysponujemy jego symboliczną koncepcją, i gdy jakiś sygnał z naszego ciała dociera do naszej świadomości, często nie wiemy, co on oznacza, budzi w nas niepokój i lęk. Wiele sygnałów pochodzących z naszego ciała może zdeterminować nasze zachowanie, np. gdy pod wpływem informacji interoceptywnych zmieniamy sposób naszego odżywiania (przestajemy jeść lub jemy tylko niektóre pokarmy); wówczas nasza świadomość znaczenia sygnału jest ograniczona; odczuwamy tylko przyjemność lub przykrość, nieokreślony niepokój, rozkosz zaspokojenia podstawowych potrzeb itp.

21

Obraz naszego ciała (jego wnętrza, gdyż obraz zewnętrzny jest w pewnej mierze analogiczny do obrazu otaczającego świata, choć niepełny) nie ma zatem formalnego ukształtowania, które tworzy się dzięki systemowi symboli. Jest mglisty, niejasny, składa się z odczuć, a nie ze sprecyzowanych myśli. Ciało więc nie jest "uduchowione" w tym sensie, że nie dysponujemy w stosunku do niego odpowiednim układem symboli. Duch jest formą, nadaje kształt rzeczywistości, bez niego życie jest bezkształtne, żywiołowe i chaotyczne, przynajmniej w naszym odbiorze, bo obiektywnie ma ono swoje określone formy i prawa. Życie psychiczne Nasz świat duchowy odczuwamy jako coś bardzo osobistego i wewnętrznego, a w rzeczywistości dotyczy on przede wszystkim naszych relacji ze światem zewnętrznym. Psychika, pojęta jako swoisty układ symboliczny, nie jest wewnątrz, ale na zewnątrz nas. Stąd może bierze się poczucie, że dusza nie jest związana z ciałem, że nie ginie z jego śmiercią, że w czasie snu, jak wierzą niektórzy przedstawiciele tzw. ludów pierwotnych, wędruje nieraz w dalekie miejsca, że może się swobodnie poruszać w czasie i w przestrzeni. Dusza jest wolna, a ciało przywiązane do ziemi. Poczucie wolności, swobody ruchu, niezależności od określonej pozycji w strukturze czasoprzestrzennej, jest koniecznym atrybutem metabolizmu informacyjnego. Im większe są możliwości tworzenia różnorodnych struktur czynnościowych, tym większe musi istnieć poczucie swobody. Bez niego bowiem nie mogłyby się tworzyć swobodne struktury czynnościowe. Byłyby one z miejsca stłumione przez konkretność życia. Wspólnota metabolizmu informacyjnego Struktury czynnościowe metabolizmu informacyjnego wskutek samego faktu, że są łącznikiem (systemem komunikującym) między ustrojem a jego otoczeniem i że są wyrzucone we wspólną dla istot żywych przestrzeń, tracą swój indywidualny charakter. Są dostępne dla innych istot żywych, zwłaszcza tego samego gatunku, inaczej zresztą nie mogłyby być nośnikami informacji. Mogą też być użyte przez inne istoty żywe. Tworzą jakby wspólny język, którego wspólnota jest oczywiście najwyraźniejsza w tym samym kręgu rodzinnym, a stopniowo coraz słabiej widoczna w kręgu szczepowym, narodowym, kulturowym, gatunkowym itd. Dzięki symbolom wchodzimy w różne kręgi wspólnoty, zacząwszy od wspólnoty rodziny generacyjnej i wspólnoty związku erotycznego, a więc wspólnot bezpośrednio związanych z prawem zachowania gatunku, poprzez kręgi szersze, tworzące się dzięki wspólnym celom, wspólnemu obcowaniu, wspólnej zabawie itd., do kręgów obejmujących jeden gatunek, jeden rząd świata ożywionego, a w końcu wszystkie istoty ożywione. Możemy między odrębnymi nawet gatunkami obserwować wymianę swoistych dla nich form zachowania (struktur czynnościowych), np. pies przybiera nieraz struktury czynnościowe swego pana, a i jego panu się zdarza, że w pewnych szczegółach zachowania naśladuje psa. Jeśli konsekwentnie akceptujemy zasadę ewolucji, powinniśmy też przyjąć, że człowiek jako jej najwyższy efekt mieści w sobie wszystkie struktury czynnościowe, jakie się rozwinęły w ciągu milionów lat w świecie ożywionym. Koncepcja ta zresztą tkwi w świadomości człowieka; zdarza się, że we śnie czy w psychozie schizofrenicznej czuje się on przemieniony w jakieś zwierzę lub jakaś forma zwierzęcego zachowania staje się jego własną; w wielu religiach i mitach łączność form ludzkich ze zwierzęcymi występuje już bardzo wyraźnie. Choć nieraz wydaje się nam, że nasze myśli, uczucia, marzenia, plany itp. są jak najbardziej własne, to jednak gdy przeanalizujemy ich genezę, własność ta i autentyczność staje pod znakiem zapytania - powstały one bowiem ze struktur czynnościowych do kogo innego przynależnych. Nieraz struktury te w całości zostają przyjęte za własne (internalizacja). Jednocześnie w momencie, gdy zostaną one wyrzucone na zewnątrz, przestają być własne, a wchodzą we wspólnotę społecznego świata, i im dłużej są w tej wspólnocie, tym mniej są własne, można nawet z czasem stracić całkowicie poczucie ich własności. Dystans sprawia, że to, co było najbardziej nasze, przestaje być nasze. Istnieje wyraźna różnica w poczuciu własności między metabolizmem energetycznym a informacyjnym. W wypadku metabolizmu energetycznego granica

22

między własnym światem a otaczającym jest ostra. To, co nie weszło jeszcze do wnętrza ustroju, nie jest własne, a to, co wyszło z niego, staje się już obce. Natomiast w wypadku metabolizmu informacyjnego ustrój łączy się z otaczającym światem tak skomplikowaną siecią związków, iż trudno ustalić granice między nimi. W takim ujęciu duch jest bardziej wspólny, a ciało bardziej samotne. Lęki związane z problematyką ciała są też lękami samotności. Człowiek staje wówczas sam wobec otaczającego świata, który może go bezlitośnie zniszczyć. Świat symboli wprowadza nas we wspólną ludzką przestrzeń; już nie jesteśmy tak samotni, bo odczuwamy, cierpimy, cieszymy się i myślimy jak inni ludzie. Pomoc psychiatry w znacznej mierze polega na tym, by chorego uwolnić z jego samotności, by to, co było najbardziej własne i odizolowane, wprowadzić do wspólnego świata symboli. "Przylgnęło do ziemi ciało nasze" (Ks. Psalmów, 43:25). Metabolizm energetyczny ściąga nas na ziemię, do konkretności, określonych granic, zniszczalności i przemijalności. Metabolizm informacyjny wprowadza nas w świat symboli, świat bez określonych granic czasowych i przestrzennych, gdyż symbol na ogół nie zmienia swego znaczenia mimo zmiany konkretnej sytuacji. Jest to świat wspólny dla innych żywych istot, w którym nie ma już tragicznej samotności, gdyż symbole-znaki czasem łączą żywe istoty z sobą, a czasem znów oddalają; tworzą się różnorodne układy, delikatna sieć osłaniająca jądro życia. Świat nasz nie jest tylko zbudowany z różnorodnych układów energetycznych (materialnych), lecz także z układów informacji (symboli). Ale ten drugi świat musi być już światem istot żywych, informacja nie może bowiem istnieć bez istot zdolnych do jej odbierania i wysyłania. Symbol, który już nikogo nie reprezentuje i do nikogo nie trafia, przestaje być symbolem; staje się pustym znakiem, minimalną cząsteczką energii, z której wywietrzało wszelkie znaczenie. Pustka Kosmosu przeraża nas nie tylko swoim bezmiarem, ale też brakiem żywych istot, a przede wszystkim zewnętrznej warstwy życia, która tworzy jego bogactwo i różnorodność, warstwy delikatnej, "duchowej", zbudowanej z różnorodnych znaków i symboli. Równowaga między metabolizmem, energetycznym a informacyjnym Przedstawiony tu podział świata żywego na warstwę energetyczną i warstwę symboliczną (sygnalizacyjną) jest sztuczny, gdyż nie da się tych dwóch warstw od siebie oddzielić, wymiana energetyczna ze środowiskiem musi iść w parze z wymianą informacyjną, jedna bez drugiej istnieć nie może. U człowieka dzięki niezwykłemu rozwojowi metabolizmu informacyjnego równowaga między światem cielesnym a duchowym (symbolicznym) ulega niejednokrotnie zachwianiu. Zachwianie to może przejawiać się w dwóch kierunkach: człowiek chce być tylko duchem, ciało mu ciąży i przeszkadza, lub też chce zerwać ze swą duchową warstwą, pogrążyć się we własnej cielesności i w niej znaleźć rozkosz i jedyny sens życia. Obie tendencje prowadzą do powstawania lęku. Gdy człowiek chce być tylko wolnym, swobodnym, od ciała niezależnym duchem, odtrącone ciało przypomina o swoich prawach, tłumione podstawowe potrzeby dochodzą z tym większą siłą do głosu, stwarzając napięcie lękowo-agresywne, nieraz nie do zniesienia. Natomiast gdy na pierwszy plan zostanie wysunięte ciało, człowiek gubi się w chaosie płynących z niego doznań, odrzucając porządek charakterystyczny dla świata symboli; staje bezradny wobec tajemnicy własnego ciała i samego siebie, gdyż identyfikuje ciało z sobą. Walka ciała z duszą, materii z duchem, tak charakterystyczna dla człowieka i tak wyraźnie występująca w różnych kręgach kulturowych, jest wyrazem zachwiania równowagi między cielesnością a duchowością, czyli między metabolizmem energetycznym a informacyjnym. Prawdopodobnie wahań tego rodzaju nie ma u zwierząt, większa jest u nich harmonia , a ich symbole, wyrażające się np. w postawach i zachowaniach charakterystycznych dla pieszczoty, groźby, lęku itp., są blisko podstawowych praw biologicznych - zachowania życia własnego i gatunku; nie odbiegają tak daleko od jądra życia, jak się to dzieje u człowieka. Warstwa izolująca człowieka od sedna życia jest tak rozległa, że cielesność nieraz się w niej rozpływa. Symbol staje się ważniejszy od jego materialnego podłoża, tzn. tego, co powinien reprezentować. Symbol w świecie zwierzęcym nie odbiega daleko od podłoża, tzn. blisko wiąże się z podstawowymi

23

prawami życia. Na przykład bez trudu można dojść do tego, co oznacza dany ruch, dźwięk, zapach itp., czy wiąże się on z prawem zachowania własnego życia, czy z prawem zachowania gatunku. U człowieka odległość symbolu od podstawowych praw życia jest już bardzo wielka i nieraz nie można dojść ich genezy, choć na pewno tak jak w świecie zwierzęcym wywodzą się one pierwotnie także od dwóch podstawowych praw. Rozwój metabolizmu informacyjnego jest jednak u człowieka tak niezwykle silny, że metabolizm energetyczny (a z nim dwa prawa biologiczne, z których metabolizm informacyjny się rozwinął), ten rdzeń życia, jest przezeń przysłonięty. Ważniejszy od niego staje się nieraz symbol. Człowiek dla symbolu poświęca swe życie, może nawet umrzeć przekroczywszy symbole mające znaczenie tabu (śmierć voodoo, śmierć po zjedzeniu zakazanego pokarmu opisana w Talmudzie itp.). Opleceni jesteśmy siecią znaków i różnorodnych znaczeń i już nie możemy dojść do "nagiego" życia. Nawet w warunkach ekstremalnych, gdy liczy się tylko walka o przeżycie, np. w obozach zagłady, wytwarza się specyficzny układ symboli (słowa pogardliwe i słowa życzliwe, gesty złe i gesty dobre), co więcej, nawet w takich warunkach człowiek może przeciwstawić się okrutnej walce o przetrwanie i ukazać bardziej ludzki i szlachetny, niż jest w warunkach normalnych (na tym polega wielkość ojca Kolbego). Bogactwo struktur czynnościowych, którymi człowiek dysponuje, daje mu poczucie niezwykłej swobody. Jego duch czuje się wolny. Swobodnie wędruje w miejscu i czasie, może całkowicie oderwać się od konkretnej sytuacji, np. we śnie. Struktury czynnościowe bezpośrednio związane z potrzebami ciała ograniczają swobodę struktur bardziej od potrzeb cielesnych oddalonych. Ciało ściąga człowieka na ziemię. Chcąc uwolnić swą duszę, człowiek niejednokrotnie poddawał ciało różnym umartwieniom i cierpieniom. Asceza jest warunkiem uduchowienia. Umartwienia były również środkiem przygotowującym człowieka do odpowiedzialnych funkcji, wymagających większej niż przeciętna siły duchowej. Umartwieniom poddawał się człowiek, który chciał zostać prorokiem czy czarownikiem; obrzędy inicjacji połączone były zwykle z różnymi umartwieniami i cierpieniami. Funkcje kapłańskie w wielu religiach są połączone z obowiązkiem wstrzemięźliwości seksualnej. Służba wojskowa wymaga nieraz dużej wytrzymałości fizycznej na głód, pragnienie, ból itp. Człowiek chcąc przeprowadzić swoje cele, nieraz odległe od konkretności życia, musi nauczyć się przezwyciężać doraźne potrzeby ciała, inaczej byłby ich niewolnikiem. Struktury czynnościowe związane bezpośrednio z potrzebami ciała mają dużą dynamikę, tzn. wypierają łatwo inne struktury, nie związane z ciałem tak bezpośrednio. Gdy człowiek jest głodny lub spragniony, myśli tylko o tym, by zaspokoić swą potrzebę. To samo dotyczy popędu seksualnego. Gdy człowieka boli ząb, trudno mu myśleć o czymkolwiek innym. Ale struktury te są krótkotrwałe i zmienne. Gdy głód zostanie zaspokojony, gdy ból ustąpi itp., tak silna przed chwilą struktura czynnościowa natychmiast przestaje egzystować. Człowiek kierujący się tylko potrzebami swego ciała byłby bardzo zmienny: raz zadowolony, a raz nieszczęśliwy, raz chcący tego, to znów tamtego, byłby kłębkiem sprzecznych uczuć, myśli, nie sprecyzowanych pragnień. Dopiero oddalanie się od bezpośrednich potrzeb cielesnych nadaje przeżyciom ludzkim większą stabilność; tworzą się trwalsze struktury czynnościowe, mniej zmienne, gdyż bardziej oderwane od konkretności życia. Ta właśnie ich niezmienność jest niekiedy przez człowieka odczuwana jako "nieśmiertelność" jego duszy czy pewnych ludzkich postaw i idei. Odejście od struktur bezpośrednio wiążących się z potrzebami ciała stwarza jednak pewną jałowość. Koloryt struktur abstrakcyjnych jest mdły, brak im miąższu życia. Człowiek żyjący tylko w abstrakcjach jest nudny, nienaturalny wskutek swej "nieziemskości" i zawsze gdzieś spod szaty przesadnej duchowości przeziera tłumiona cielesność, która przez fakt tłumienia nabiera monstrualnych kształtów. Człowiek, który odrzuca świat abstrakcji, idei, symboli oraz zdaje się na odczucia własnego ciała i stara się kierować głównie jego potrzebami, odczuwa chaos uczuć, nie może uporządkować swoich przeżyć, często ulega znudzeniu. Zaspokojenie potrzeb ciała działa bowiem na krótką metę, a on sam traci to, co

24

w życiu wydaje się najważniejsze, co stanowi cel ludzkiego życia, tj. dążenie dokądś. To dążenie właśnie umożliwiają struktury czynnościowe bardziej oddalone od cielesności i dzięki temu bardziej "nieśmiertelne". Problem ciała i duszy jest specyficznie ludzki, jest problemem śmiertelności i nieśmiertelności, zmienności i niezmienności, miłości zmysłowej i duchowej, porządku i chaosu, spontaniczności i sztywności (perseweracji). Człowiek nie może przejść obok tego problemu, musi ustawić go jakoś w swoim życiu. Zbytnie przechylenie zarówno w stronę duchowości, jak też cielesności mści się uczuciami niepokoju, lęku, niezadowolenia z własnego życia itp. Człowiek średniowiecza, jak też ludzie wyznający niektóre systemy religijne, żył w trzech jakby płaszczyznach: Ziemi, Nieba i Piekła. Psychoanalitycy zamknęli ten trójwymiarowy świat w obrębie własnej psychiki człowieka; w ten sposób odizolowali go od reszty świata. Człowiek został zamknięty w samym sobie wbrew obowiązującej w całej przyrodzie zasadzie o łączności ustroju żywego ze środowiskiem. Id stało się piekłem, superego niebem, a ego ziemią. Inwentarz symboli przyrody ożywionej Może w przyszłości, gdy nasza wiedza o strukturach czynnościowych świata ożywionego będzie większa niż obecnie, uda się stworzyć rodzaj inwentarza symboli istniejących w świecie ożywionym: zapachów, gestów, tańców, głosów, śpiewów, kolorów itd. Są to znaki, którymi zwierzęta przywabiają samicę, odstraszają wroga, oznaczają granice swego terytorium, wskazują towarzyszom, gdzie znaleźć można pokarm, sygnalizują niebezpieczeństwo, którymi kwiaty przywabiają owady lub ptaki, by dokonały aktu zapylenia. Trudno sobie wyobrazić świat przyrody ożywionej ogołocony z tej symbolicznej sfery życia do nagich praw zachowania życia własnego i życia gatunku. Byłoby wtedy wszystko bardzo proste i niezróżnicowane, trudno byłoby odróżnić jedną istotę żywą od drugiej, tak jak trudno jest odróżnić plemnik czy jajo człowieka od plemnika czy jaja zwierzęcia stojącego znacznie niżej w drabinie filogenetycznej. Nie można życia zredukować do jego podstawowych praw - świat przyrody stałby się wówczas niezwykle ubogi, nużący swoją monotonią. Straciłby swoje bogactwo, koloryt, indywidualność. Bezsprzecznie życie zarówno człowieka, jak zwierząt i roślin obraca się wokół dwóch podstawowych celów: zachowania własnego życia i życia gatunku. Aby jednak te cele osiągnąć, istoty żywe stwarzają niezwykłe bogactwo różnego rodzaju struktur zarówno morfologicznych, jak czynnościowych. Wiele z nich służy bezpośrednio zdobyciu danego celu, np. dzięki pewnym strukturom morfologicznym i czynnościowym można zdobywać pokarm i go asymilować, inne znów służą do prokreacji itp. Ale wiele struktur jest tylko pośrednio z celem związanych, mogłoby się bez nich ostatecznie obejść, bez ich pomocy osiągnąć podstawowe cele biologiczne. Zniknęłoby wówczas jednak całe bogactwo kolorów i kształtów, śpiewy ptaków, tańce godowe i tańce wskazujące położenie pokarmu, pieszczoty, ostrzeżenia itp. Świat ożywiony składa się więc jakby z dwóch warstw: wewnętrznej - jądra życia, którym jest metabolizm energetyczny i spełnienie dwóch praw biologicznych, i warstwy zewnętrznej - metabolizmu informacyjnego, stwarzającego wokół jądra życia sferę symboli, a więc sferę duchową. Interesujące jest to, że ewolucja życia i wysiłek z nią związany koncentrują się nie tylko na spełnieniu dwóch praw biologicznych, lecz także na rozwoju sfery symbolicznej. Powstają symbole coraz bogatsze, coraz bardziej odległe od podstawowych potrzeb, i odnosi się wrażenie, jakby istoty żywe znajdowały radość w ich tworzeniu. Nieraz właściwy cel, tj. zachowanie własnego życia i życia gatunku, schodzi nawet na dalszy plan. A więc ptaki śpiewają dla samego śpiewania, tańczą dla samego tańca itp. W miarę rozwoju ewolucyjnego metabolizm informacyjny staje się coraz bogatszy w porównaniu z metabolizmem energetycznym, a u człowieka znacznie go przewyższa. W związku z tym coraz szersza staje się sfera symboliczna. Człowiek oddala się od sedna życia, tzn. spełniania podstawowych celów biologicznych, i coraz bardziej żyje dla samego symbolu. Celem staje się sam symbol. Można by przytoczyć wiele przykładów poświęcenia celów podstawowych (zachowania własnego życia i życia gatunku) dla celów symbolicznych. Człowiek nie może już zamknąć

25

swego życia w samym jego sednie, musi żyć na jego obwodzie, w sferze duchowej, w sferze symbolu. Wprawdzie w świecie zwierzęcym też nie można życia zredukować wyłącznie do jego podstawowych celów i świat symboli (a więc świat w jakimś sensie duchowy) przenika życie wszystkich istot żywych, to jednak poniżej poziomu człowieka sfera symboliczna jest ściśle związana z podstawowymi prawami życia i łatwo od symbolu dojść do jego biologicznego znaczenia. U człowieka natomiast odległość między symbolem a jądrem życia jest większa i nieraz nie da się prześledzić powiązania symbolu z jego biologicznym podłożem. W ten sposób u człowieka świat ducha (symbolu) odszczepia się od świata cielesnego; stąd walka między obu światami, którą człowiek nieraz tak boleśnie odczuwa. Wspomniany inwentarz wszystkich symboli istniejących w przyrodzie ożywionej pozwoliłby nam na ich klasyfikację np. wedle tego, czy wiążą się one z pierwszym, czy też drugim prawem biologicznym. Prawdopodobnie okazałoby się wówczas, że symbole wywodzące się z prawa zachowania życia gatunku są znacznie bogatsze zarówno liczebnie, jak i jakościowo od symboli dotyczących prawa zachowania własnego życia. To, co odczuwamy w przyrodzie jako jej piękno, bogactwo, różnorodność, wiąże się przede wszystkim z prawem zachowania życia gatunku. Jeśli prawo to jest źródłem postawy "do", tj. uczuć miłości, miłość stwarza piękno w przyrodzie. Nie wiemy na razie, czym jest poczucie piękna, ale przypuszczać należy, że jest nim obdarzony nie tylko człowiek, że mają je w jakiejś zalążkowej formie istoty żywe stojące w rozwoju ewolucyjnym nawet znacznie niżej od człowieka, i ta właśnie tendencja do miłości i piękna, wynikająca z dążenia do zaspokojenia drugiego celu życiowego (zachowania życia gatunku), jest motorem rozwoju świata symbolicznego, sfery duchowej życia. Lęk jest uczuciem negatywnym, o ujemnym znaku, wiąże się on z postawą "od" i należy do uczuć koncentrujących się wokół pierwszego celu biologicznego, tj. zachowania własnego życia. Pierwsze bowiem prawo biologiczne wyraża się w formule: "zniszczę lub zostanę zniszczony". Lęk jest sygnałem zagrażającego niebezpieczeństwa, sygnałem, że "mogę być zniszczony". Warstwa symboliczna tworząca się wokół tego sygnału jest dość bogata. Wiele przeróżnych oznak pochodzących ze świata otaczającego ostrzega przed grożącym niebezpieczeństwem, a z drugiej strony każda istota żywa dysponuje określonym arsenałem znaków (ruchów, głosów, kolorów, zapachów), które mają ostrzec inne żywe istoty, że zbytnie zbliżenie się może być niebezpieczne, tzn. że trzeba zachować postawę "od". Nie można właściwie zetknąć się bezpośrednio z samym niebezpieczeństwem, gdyż takie zetknięcie w wielu wypadkach oznaczałoby własną zagładę. Można zetknąć się z sygnałem niebezpieczeństwa i odpowiednio do sygnału zareagować. Na tym polega ochronne działanie lęku; jest to uczucie, które wychodzi naprzeciw grożącemu niebezpieczeństw, sięga w przyszłość opierając się na informacjach pochodzących ze świata zewnętrznego, a także z własnego ciała. Na podstawie tych informacji tworzy się obraz przyszłości, obraz groźny, prowokujący do przyjęcia postawy ucieczkowej ("od"). Samo zetknięcie z niebezpieczeństwem wyzwala raczej ból, ogólny szok ustroju lub powoduje śmierć. Nie zawsze jest nawet czas na to, by zmobilizować się do postawy lękowej. Sygnał bólowy może też przybrać postać symbolu, tzn. nie działać wedle swej siły, ale wedle swego znaczenia. Na przykład ból serca jest dla człowieka ważniejszy niż ból pięty o tym samym natężeniu. Inne jest bowiem znaczenie lokalizacyjne. Funkcja serca jest warunkiem życia, a bez pięty żyć można. Ból serca może być przyczyną silnego lęku, a ból pięty może być tylko przykry. Na ogół jednak świat symbolu rozbudowuje się w większej odległości czasoprzestrzennej między ustrojem a jego środowiskiem. Niebezpieczeństwo jest dalej, nie stykamy się z nim bezpośrednio. To samo dotyczy innych sytuacji niż grożące niebezpieczeństwo, np. zdobywania pokarmu, zaspokojenia popędu seksualnego itp. Symbole tworzą się w odległości czasoprzestrzennej od konkretnej sytuacji. Gdy zdobędzie się pożywienie, partnera seksualnego, gdy dochodzi do konsumpcji, tj. spełnienia podstawowych potrzeb biologicznych, symbol jest już niepotrzebny, człowiek jest wówczas w samym sednie życia. Symbol jest sygnałem tego, co ma nastąpić, jest jakby kartą z propozycjami tego, co otoczenie może nam ofiarować. Kartą, którą trzeba odczytać odpowiednio, by przygotować się do czekającej nas sytuacji. Symbol sięga w przyszłość, ale

26

jednocześnie sytuacje przeszłe są zwykle streszczone do symbolu. Rzadko można coś przeżyć drugi raz ze świeżością pierwszego przeżycia (zjawisko deja vu i deja vecu). Ekonomia pracy układu nerwowego wymaga, by operować skrótami, symbolami. W tym sensie układ nerwowy jest układem "duchowym", a nie "materialnym". Symbol wnika głęboko w strukturę i funkcję ustroju i bez niego nie można sobie wyobrazić przebiegu procesów życiowych. To więc, co odczuwamy jako ciało, jako naszą "materię", jest przepojone symbolicznymi znaczeniami, swoistym "duchem". Nie da się "żywej materii" oddzielić od "ducha". Może właśnie na tym jej "uduchowieniu" zasadza się fakt jej życia. Lęk nieznanego Lęk powstaje nie tylko wówczas, gdy dany symbol oznacza zbliżające się niebezpieczeństwo, lecz też wtedy, gdy symbolu odczytać nie można. Jest to lęk nieznanego. "Nieznane" inaczej się kształtuje, jeśli chodzi o świat otaczający, a inaczej, jeśli idzie o własne ciało. Głównym kanałem komunikacji z otaczającym światem jest system symboli; to, co nie ma znaczenia, co nie jest symbolem, nie trafia do ustroju. Możemy poznawać to tylko, co ma dla nas jakieś znaczenie. Człowiek potrafi za pomocą urządzeń technicznych znacznie rozszerzyć zakres swoich receptorów, dzięki temu powiększa się u niego świat symboli, ale i on nie może wyjść poza to, co w jakimś stopniu jego dotyczy, nie może spojrzeć na świat innym niż ludzkie spojrzeniem. Analogicznie zwierzęta nie mogą wyjść poza swój zakres znaczeń. Koń patrzy na świat oczyma konia, pies - psa, żaba - żaby itd. Pies nie widzi świata jak my, a my nie potrafimy popatrzeć na świat tak jak pies. To, co jest poza zasięgiem systemu symbolicznego łączącego daną żywą istotę z jej środowiskiem, nie liczy się, nie wchodzi zupełnie w rachubę, choćby mogło być dla ustroju korzyścią czy niebezpieczeństwem. Promienie kosmiczne, mimo że dla ustroju są bardzo szkodliwe, nie wchodzą w układ ludzkich symboli; dopiero dzięki udoskonaleniu środków technicznych mogą być dostępne naszym receptorom i przy dysponowaniu odpowiednią wiedzą fachową mogą stać się symbolem grożącego niebezpieczeństwa. Czerwony sygnał na jezdni oznacza niebezpieczeństwo dla życia i każdy przytomny człowiek go respektuje. Biologicznie jest to sygnał obojętny; dla kogoś kolor czerwony może być równie przyciągający jak zielony i nie oznacza on wcale niebezpieczeństwa śmierci. Jest to sygnał umowny, tj. taki, który na drodze społecznej umowy nabrał specjalnego znaczenia. Sygnałów tego typu jest bardzo wiele w życiu każdego człowieka. Nie mając biologicznej genezy, działają one tak silnie jak sygnały biologiczne, prowadząc do analogicznych zachowań (ucieczki, agresji, zbliżenia), w skrajnych wypadkach natomiast wywołując rozstrój organizmu, a nawet jego śmierć. Nawet w świecie zwierzęcym obok symboli biologicznych istnieją symbole społeczne, powstałe jakby na zasadzie społecznej umowy. Na przykład u psów przewrócenie się na grzbiet oznacza poddanie się i przerywa najzaciętszą nawet walkę. Nie można zresztą ostro odgraniczać symboli biologicznych od symboli społecznych. Grupa społeczna jest najważniejszym środowiskiem biologicznym nie tylko dla człowieka, ale też dla zwierząt. Komunikacja symboliczna wytwarza się przede wszystkim między jednostkami tego samego gatunku. Jak np. określić taniec pszczół, którym dają one wskazówki swoim towarzyszkom co do położenia pokarmu, czy też różne sposoby puszenia się i nastraszania, którymi zwierzęta starają się odpędzić rywali od własnych terenów czy własnej samicy. W pewnej mierze są to symbole powstałe na zasadzie umowy społecznej, umowy, która utrwaliła się nieraz na przestrzeni bardzo wielu pokoleń, równocześnie jednak nie można zaprzeczyć ich biologicznego znaczenia. Nie znamy jeszcze historii symbolu, tzn. nie potrafimy prześledzić jego genezy. Czasem możliwe jest to u człowieka. Symbole ludzkie na ogół mają krótszą historię niż zwierzęce, są bardziej zmienne i bardziej zależne od uwarunkowań społecznych; w różnych epokach i kręgach kulturowych tworzą się odmienne systemy symboli. Istnieją jednak i u człowieka symbole trwałe i niezależne od określonych warunków czasu i przestrzeni. Sygnały z wnętrza na ogół nie mają znaczenia symbolicznego, a jeśli mają - to nieznaczne (np. ból serca oznacza niebezpieczeństwo dla życia, bo serce jest symbolem życia). Przede wszystkim sygnały interoceptywne przeważnie działają

27

poniżej progu świadomości. Trafiają tam, gdzie trzeba, i wywołują potrzebną w danym momencie zmianę w funkcjach ustroju. Przeważnie nic o tym nie wiemy. Wnętrze ciała ma swoje własne sprawy i samo je sobie załatwia. Do świadomości zazwyczaj dociera tylko nieokreślone uczucie albo przyjemności, dosytu, zaspokojenia, rozkoszy, albo przykrości, napięcia wewnętrznego, niepokoju, niedosytu, bólu, albo - już bardziej szczegółowo - duszności, pragnienia, głodu, pobudzenia seksualnego (to ostatnie uczucie, jeśli niezbyt silne, jest raczej przyjemne i często pobudza do wzmożonej aktywności). Sygnały interoceptywne pobudzają albo do aktywności wewnętrznej na zasadzie różnego rodzaju mechanizmów samoregulujących, albo pobudzają też do aktywności zewnętrznej, determinując odpowiednie zachowanie się, które może przeciwdziałać niekorzystnej sytuacji, w jakiej znalazło się ciało, np. braku powietrza, wody, pokarmu, partnera seksualnego. W wypadku symbolu istnieje zawsze mniejszy lub większy margines niejasności, symbol trzeba najpierw odczytać, zrozumieć jego znaczenie, a dopiero później odpowiednio zareagować. Oczywiście można sygnał pochodzący z wnętrza ciała też traktować jako symbol (tj. oznaczenie określonej sytuacji) i nim organizm zareaguje na niego, musi "zrozumieć" jego znaczenie; fałszywe zrozumienie sygnału może doprowadzić do sytuacji awaryjnej. Na przykład gdy sygnał podwyższonej temperatury ciała zostanie fałszywie odczytany, wówczas ustrój, zamiast wydalać ciepło, może je magazynować, co doprowadza do niebezpiecznego dla życia przegrzania. Sygnały z otaczającego świata też wyzwalają niejednokrotnie różne formy automatycznego zachowania (mówimy wówczas o działaniu odruchowym, instynktownym itp.) i nie ma wtedy czasu na "zrozumienie" symbolu, działają one jak mechanizm spustowy rewolweru. Można więc każdy sygnał zarówno z wnętrza ciała, jak z otaczającego świata traktować jako symbol określonej sytuacji. Wówczas jednak należałoby symbole sklasyfikować wedle marginesu niejasności i tym samym wątpliwości, jakie w sobie zawierają. Jedne symbole są pewne, nie ma wątpliwości co do ich znaczenia, do nich należą przede wszystkim te, które operują we wnętrzu ciała. Ich stopień pewności jest tak duży, że nie docierają one zazwyczaj do świadomości. Świadomość jest jakby zarezerwowana dla tego, co niepewne, dla struktur czynnościowych, których stopień prawdopodobieństwa realizacji nie jest stuprocentowy. Ale też pewne sygnały otaczającego świata działają na zasadzie całkowitej pewności i symbole te mogą nieraz wywołać nasze reakcje bez angażowania naszej świadomości. Bez przyjęcia koncepcji ewolucji trudno zrozumieć znaczenie sygnałów czy symboli, które tworzą układ informacyjny ustroju. To, co w procesie ewolucji utrwaliło się zarówno w kręgu informacji wewnątrzustrojowych, jak i informacji między ustrojem a jego otoczeniem, stwarza struktury czynnościowe pewne, o wysokim współczynniku prawdopodobieństwa realizacji, natomiast to, co jest nowe, w stadium tworzenia się, należy do struktur czynnościowych wątpliwych, o stosunkowo niskim współczynniku prawdopodobieństwa realizacji. W ten sposób nie tylko człowiek, ale też niższe istoty żywe nigdy nie żyją całkiem pewnie, zawsze istnieje margines niepewności i wahania, kartezjańskie cogito ergo sum. W tej bowiem sferze niepewności i wahania koncentruje się wszystko to, co nowe, tam mieści się główny nurt ewolucji. Właśnie w tej sferze symbol nabiera specjalnego znaczenia i musi być właściwie odczytany, gdyż inaczej reakcja ustroju będzie fałszywa, co może grozić jego zagładą. W tej sferze niepewności dokonuje się selekcja; to, co mniej "rozgarnięte", sztywniejsze, niezdolne do wyjścia ze stereotypowych postaw, ginie, a utrzymują się przy życiu i rozmnażają jednostki elastyczniejsze, łatwiej zmieniające swe struktury czynnościowe (na niższych szczeblach filogenezy także struktury morfologiczne), mniej pewnie tkwiące w życiu. Świat symboli (świat ducha) wchodzi zatem w głąb świata cielesnego i całkowicie go przenika. Symbole "pewne", działające na zasadzie mechanizmu spustowego, znajdują się bliżej świata cielesnego, a symbole "niepewne" - bliżej otaczającego świata. Wysiłek ewolucji koncentruje się jednak na tym, co niepewne, a więc bliżej świata zewnętrznego; by żyć, żywa istota musi coraz dalej sięgać w otaczający świat. Im dalej sięga, tym wyższy jej stopień ewolucji.

28

Istnieje odwrotna proporcjonalność między przyswajalnością danego symbolu przez nasze ciało i naszą świadomość. Te sygnały (symbole), które są ciału dobrze znane i na które reaguje ono automatycznie, są dla naszej świadomości tajemnicze, przeważnie do tej świadomości nie docierają lub docierają w formie śladowej. Natomiast symbole otaczającego świata, jasne i zrozumiałe dla naszej świadomości, są nieraz obojętne, a więc nie są wcale sygnałami dla naszego ciała, a jeśli są, to na zasadzie innych powiązań warunkowych niż na poziomie świadomym. Na przykład jakiś znak matematyczny ma określone znaczenie na poziomie świadomym i wywołuje określoną reakcję myślową. Natomiast na poziomie cielesnym jest bez żadnego znaczenia, nie wywołuje żadnej reakcji albo jeśli ma znaczenie, to na innej zasadzie niż na poziomie świadomym, np. kojarzy się z jakimś emocjonalnym przeżyciem i wywołuje reakcję wegetatywną. Można by więc symbole podzielić na cielesne i bezcielesne, tzn. bliżej i dalej operujące w stosunku do zasadniczych procesów życiowych. Podział taki byłby jednak bardzo sztuczny, gdyż nigdy nie wiadomo, w którym miejscu najbardziej "bezcielesny" symbol dotyka cielesności. Niepokój naszego ciała jest w znacznej mierze niepokojem nieznanego. Nasza świadomość nie przenika naszej cielesności. Koncentruje się na warstwie symboli "niepewnych", tzn. bliższych otaczającego świata niż własnego ciała. To, co pewne dla ciała, jest niepewne dla świadomości i nasza świadomość nie ma na to wpływu lub jej wpływ jest nieznaczny. Cielesność bowiem w ciągu milionów lat ewolucji utrwaliła się, ma swoje doświadczenie sięgające daleko wstecz poza ludzką świadomość; mieszczą się w niej doświadczenia tysięcy pokoleń żywych istot stojących niżej od człowieka na drabinie filogenetycznej. To, co w człowieku jest naprawdę ludzkie, jest w historii milionów lat ewolucji bardzo świeżego pochodzenia. To cienka i delikatna warstwa, pokrywająca jądro życia. A jednak ta warstwa, dzięki temu, że w niej właśnie skupia się aktualny wysiłek ewolucji, stanowi istotę ludzkiego życia i przenika jego cielesność. Ta mieszanina cielesności i duchowości, jaką człowiek stanowi, burzy harmonię ludzkiego życia. Wprawdzie w człowieku rodzą się szlachetne myśli i piękne uczucia, ale też potworne zbrodnie, okrucieństwo, nienasycona żądza władzy. Człowiek rozdarty jest między dobrem i złem, nie może być ani aniołem, ani szatanem. Znacznie harmonijniej przedstawia się życie zwierząt, ich "kodeks moralny" jest uczciwszy. Lęk przed śmiercią Z ciałem wiąże się świadomość śmierci. Ciało jest śmiertelne, duch nieśmiertelny. Im dalej świat symboli odbiega od cielesności, tym bardziej uwalnia się on od cech związanych z ciałem, a więc przede wszystkim od śmierci. Nasze słowa i uczucia są nieśmiertelne. Nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż ludzie zamienili się dawno w proch, a ich idee wciąż trwają i zapładniają innych. Lęk przed śmiercią, typowy dla różnego typu stanów nerwicowych, wiąże się ściśle z naszą cielesnością. Jest to zwykle sygnał zwodniczy. Gdy człowiek jest w obliczu prawdziwego niebezpieczeństwa śmierci, wówczas często, ale nie zawsze, perspektywa śmierci zostaje oddalona, człowiek zachowuje się tak, jakby śmierć była bardzo daleko. Zjawisko to jest dość typowe u ludzi starych, którym już niewiele z życia pozostało, a którzy jednak zamartwiają się o swoją przyszłość, jakby jeszcze mieli żyć nie wiadomo jak długo. Niekiedy chorzy ze śmiertelną chorobą nowotworową nie przyjmują do świadomości faktu jej istnienia, łudzą się, że jest to inna choroba. Na froncie żołnierz zazwyczaj nie myśli o swojej śmierci, tego rodzaju myśli porażałyby jego zdolność bojową. Więźniowie obozów zagłady, tych potwornych kombinatów śmierci, nie myśleli o śmierci, ale o tym, jak przetrwać. Sprzężenie zwrotne dodatnie i ujemne Logicznie sprawę traktując, lęk przed śmiercią powinien występować w każdej sytuacji zagrożenia życia. Jeśli zagrożenie życia pochodzi z zewnątrz, sytuacja zwykle jest jasna, widzimy niebezpieczeństwo przed sobą, zmieniać się mogą najwyżej jego proporcje, zwiększać lub zmniejszać, zależnie od nasilenia lęku ("strach ma wielkie oczy"). Istnieje więc ścisła zależność w formie sprzężenia zwrotnego między podmiotem odczuwającym lęk a przedmiotem wywołującym

29

lęk. Sprzężenie to może mieć znak dodatni lub ujemny. W pierwszym wypadku lęk wzrasta, a w miarę jego wzrastania niebezpieczeństwo wydaje się coraz większe, co z kolei prowadzi do wzrostu uczucia lęku. Jak zawsze w dodatnim sprzężeniu zwrotnym układ traci swą stabilność i dąży do wybuchu, np. paroksyzmu lęku, który może się nawet skończyć śmiercią. Nie trzeba uzasadniać, że w takich sytuacjach nasilenie lęku zupełnie nie jest proporcjonalne do obiektywnej miary niebezpieczeństwa. W sprzężeniu ujemnym lęk stopniowo maleje, dzięki czemu zmniejszają się także proporcje niebezpieczeństwa, przez co reakcja lękowa staje się coraz słabsza i w końcu może w ogóle zniknąć. Człowiek podobnie jak zwierzęta przyzwyczaja się do niebezpieczeństwa, w końcu przechodzi obojętnie obok, jakby nie zdając sobie z niego sprawy. Jazda samochodem, przejście przez jezdnię jest w obecnych warunkach komunikacyjnych połączone ze znacznym zagrożeniem dla życia, o czym świadczy wysoka liczba śmiertelnych wypadków na drogach. A jednak większość ludzi lekceważy sobie to niebezpieczeństwo i wsiadając do samochodu lub wchodząc na jezdnię, na ogół w ogóle o nim nie myśli. A gdy ktoś o tym myśli, kieruje się go do psychiatry, uważając taki lęk za nerwicową fobię. Analogicznie przyzwyczaja się człowiek do niebezpieczeństwa w niektórych zawodach, np. lotnika, kierowcy, górnika; w niektórych sportach, np. w alpinizmie; w czasie wojny itp. Powiązanie lękowe z otoczeniem może służyć za przykład, jakim zmianom ulega w subiektywnym odbiorze obiektywna sytuacja; zależnie od znaku sprzężenia zwrotnego zostaje ona wyolbrzymiona lub pomniejszona, toteż w końcu trudno jest określić jej obiektywne wymiary. Biologiczne znaczenie sygnału lękowego Można przypuszczać, że lęk przed śmiercią jest jednym z najbardziej pierwotnych przeżyć w świecie ożywionym. Na podstawie zachowania zwierząt, stojących nawet na bardzo niskich szczeblach rozwoju, można przyjąć, że owo uczucie nie jest im obce. Jest to zasadniczy sygnał dla zachowania własnego życia, świat ożywiony wyginął by rychło bez niego. Sygnał ten mobilizuje do ucieczki lub ataku. Pod jego wpływem ustrój przyjmuje postawę "od" otoczenia. Otoczenie nie jest przychylne, trzeba je zniszczyć lub przed nim uciec. Otaczający świat pokazuje swe groźne oblicze. Sygnał niebezpieczeństwa dla życia nie mobilizuje jednak tylko do ucieczki lub agresji, lecz też do zmiany dotychczasowych struktur czynnościowych, a także morfologicznych (te ostatnie bowiem na niższych szczeblach rozwoju, jak się zdaje, łatwiej ulegają zmianom), tak by w nowej formie być lepiej przystosowanym do niebezpiecznych warunków życia. W ten sposób sygnał lękowy odgrywa niewątpliwie ważną rolę w procesie ewolucji. Dzięki niemu żywe ustroje przystosowują się coraz lepiej do trudnych warunków życia. Za tym, że sygnał niebezpieczeństwa dla życia działa pobudzająco na naszą aktywność, świadczy i to, że wszelka aktywność zmniejsza nasilenie lęku, a brak aktywności je powiększa. Na przykład w czasie spania, gdy możność działania spada właściwie do zera, różnego rodzaju zagrożenia występujące w treści snu przeżywa się znacznie silniej niż na jawie. Nie możemy bowiem przeciwstawić się niebezpieczeństwu. Człowiek skrępowany, pozbawiony możliwości swobodnego ruchu, odczuwa lęk znacznie silniej niż ten, kto może się bronić. Sama świadomość posiadania broni, a nawet możności pozbawienia siebie życia dodaje człowiekowi odwagi. W czasie okupacji posiadanie trucizny dawało ludziom poczucie pewnego bezpieczeństwa, w sytuacjach skrajnego zagrożenia nie czuli się już całkowicie bezbronni - mogli w ostateczności popełnić samobójstwo. Nawet ta skrajna forma aktywności, której rezultat jest identyczny z niebezpieczeństwem grożącym ze strony otoczenia, jest lepsza niż całkowita bezsilność. Wspomniane sprzężenie zwrotne zmienia swój znak z dodatniego na ujemny, gdy istnieje tylko możność aktywności. W ten sposób aktywność przyczynia się do stabilizacji układu. A przeciwnie, niemożność działania doprowadza układ do katastrofy: działa wówczas sprzężenie dodatnie, którego efektem końcowym może być rozbicie całego układu. Istnieją więc dwa zasadnicze sposoby zachowania się

30

w obliczu niebezpieczeństwa życia: wzrost aktywności, co stwarza powiązanie z otoczeniem typu sprzężenia zwrotnego ujemnego i tym samym zmniejsza napięcie lękowe i zwiększa stabilizację układu, oraz porażenie aktywności, przy czym powiązanie z otoczeniem jest typu dodatniego sprzężenia zwrotnego, lęk narasta do granic paroksyzmu, co może się skończyć całkowitym rozstrojem, a nawet śmiercią. Sygnał niebezpieczeństwa dla życia jest bronią obosieczną; może pobudzić do tworzenia nowych struktur czynnościowych, spełnia wówczas dodatnią rolę w procesie ewolucji, ale może też porazić dotychczasowe struktury czynnościowe, doprowadzić do zahamowania i rozbicia naturalnego porządku ustroju. W pierwszym wypadku negatywna entropia ustroju wzrasta, a w drugim maleje; w ten sposób niebezpieczeństwo dla życia może stymulować proces ewolucji lub go zahamować. Zgoła inaczej przedstawia się sytuacja w wypadku niebezpieczeństwa zagrażającego z wnętrza ciała. Tutaj rodzaj zagrożenia jest zazwyczaj nieznany, nie wiemy, czy niebezpieczeństwo polega na wewnętrznym krwotoku, zawale serca, zahamowaniu dopływu tlenu, braku wody i koniecznych do życia substancji. Wiedza lekarska pozwala nam uchwycić te wewnętrzne zagrożenia i w pewnej mierze im przeciwdziałać, ale w stosunku do samego siebie na ogół trudno być lekarzem. Niektóre zagrożenia pobudzają automatycznie do pewnych typów aktywności, np. szukania dopływu powietrza, szukania wody lub pożywienia, przyjmowania bezpiecznej i osłaniającej zagrożone miejsce ustroju pozycji itp. Na ogół jednak człowiek stoi wobec tajemnicy własnego ciała. Może w lepszej sytuacji są zwierzęta, u nich potrzeby cielesne łatwiej niż u człowieka determinują odpowiednie formy zachowania. Zagrożenie życia pochodzące z wnętrza ciała działa dwuetapowo. W pierwszym etapie ustrój stara się sam sobie z nim poradzić, włączone zostają pod wpływem sygnału zagrożenia odpowiednie mechanizmy samoregulacyjne, które mają zadanie doprowadzić ustrój do stanu równowagi. Istnieje więc sytuacja analogiczna jak w wypadku niebezpieczeństwa pochodzącego z zewnątrz, gdy można być wobec niego aktywnym. Wszystko jednak dzieje się poniżej progu świadomości, na zasadzie automatyzmów fizjologicznych, do świadomości dociera tylko niejasne uczucie niepokoju lub lęku skoncentrowanego w formie ataków, złe samopoczucie, ewentualnie ból, który może służyć jako niezbyt precyzyjny wskaźnik lokalizacji zagrożenia. Jeśli ustrój poradzi sobie z zagrożeniem, wszystko wraca do dawnego porządku. Jeśli nie może sam sobie poradzić, sygnał alarmowy (lęk) jest coraz silniejszy, wzrasta też złe samopoczucie i różnego typu dolegliwości wywołane wewnętrznym zagrożeniem ustroju. Zwykle dopiero w tym drugim etapie szuka się pomocy fachowej, a więc człowieka, który zna się na wewnętrznych czynnościach ustroju i może je w jakiś sposób z powrotem uregulować. W tym drugim etapie ustrój może dojść do pewnego stanu równowagi, ale już nie do takiego jak z okresu zdrowia; jest to jedynie stan ograniczonej adaptacji do życia. Może jednak zdarzyć się, że tendencje entropiczne wezmą górę, porządek ustroju ulegnie rozpadowi i wówczas przychodzi śmierć. Widzimy więc, że świadoma aktywność w wypadku zagrożenia z wnętrza ciała jest raczej znikoma. W pierwszym etapie ustrój radzi sobie sam dzięki fizjologicznym mechanizmom samoregulacyjnym, w drugim etapie szuka się pomocy fachowej, wytwarza się nowy, znacznie uboższy stan równowagi lub gdy ten zawiedzie, zwycięża nad porządkiem ustroju entropia. Zagrożenie drugiego prawa biologicznego Sygnał niebezpieczeństwa z wnętrza ciała może być wywołany naruszeniem pierwszego lub drugiego prawa biologicznego. W wypadku zagrożenia własnego życia lęk jest uczuciem zrozumiałym. Natomiast gdy chodzi o prawo zachowania życia gatunku, znaczenie sygnału jest mniej jasne. Niebezpieczeństwo dla życia nie zagraża już jednostce, ale całemu gatunkowi. Jednostka występuje wówczas jako przedstawiciel całego gatunku. Mimo że niebezpieczeństwo nie dotyczy bezpośrednio jednostki, reaguje ona analogicznie jak w wypadku zagrożenia własnego życia. Przynajmniej u człowieka nie da się odróżnić lęku wywołanego zagrożeniem prawa zachowania własnego życia od lęku wywołanego zagrożeniem życia gatunku.

31

U człowieka nieokreślone uczucie niepokoju, a zwłaszcza ataki gwałtownego lęku nierzadko mają podłoże seksualne. Nie zawsze lęki tego typu są wyzwolone brakiem współżycia seksualnego, raczej częściej ich przyczyną jest brak orgazmu przy pozornie prawidłowym współżyciu seksualnym. Nie wpływa też na nie fakt, czy wynikiem stosunku seksualnego będzie potomstwo, tj. czy zostanie zachowane drugie prawo biologiczne, czy też stosunek nie będzie uwieńczony tym biologicznym efektem. Nierzadko zdarza się np., że kobieta ma już wiele dzieci, a więc złożyła swą daninę prawu zachowania gatunku, a mimo to cierpi na ataki lęku o podłożu seksualnym. Trudno więc sądzić, by geneza ich tkwiła bezpośrednio w naruszeniu drugiego prawa biologicznego. Działają tu inne czynniki, nie tylko potrzeba prokreacji. Należałoby raczej przyjąć, że prawo zachowania gatunku obok zasadniczego czynnika - tworzenia potomstwa - obejmuje cały zespół przeżyć i zachowań związanych z prokreacją. Może się zdarzyć, że sam akt prokreacji jest spełniony, a tym samym cel prawa zachowania gatunku osiągnięty, a jednak przez niewypełnienie różnego rodzaju warunków towarzyszących temu prawu sytuacja przedstawia się tak, jakby prawo to zostało naruszone. Samo osiągnięcie celu nie wystarcza, razem z nim musi być osiągnięte wszystko to, co celowi temu towarzyszy, a więc cały zespół zachowań i przeżyć związany z prawem zachowania gatunku. Zdarza się więc często, że ktoś prowadzi na pozór normalne życie erotyczne, a mimo to ma lęki o wyraźnym podłożu seksualnym. W trakcie rozmów okazuje się, że życie seksualne nie przynosi mu zadowolenia, że jest nieraz źródłem konfliktów, że nie może wyzbyć się negatywnych postaw uczuciowych w stosunku do partnera, że traktuje go jako przedmiot, że marzy o pełniejszym wyżyciu się erotycznym itp. Prawo zachowania gatunku nie ogranicza się, jak się wydaje, do samego aktu zapłodnienia, ale obejmuje bogaty i skomplikowany wachlarz przeżyć związanych zarówno z aktem seksualnym, męską i kobiecą w nim rolą, jak i z macierzyństwem. Wydaje się też, że wachlarz przeżyć jest bogatszy u kobiety niż u mężczyzny, choćby z tego względu, że macierzyństwo jest źródłem uczuć, które z natury rzeczy są mężczyźnie obce. Dlatego na ogół trudniej kobiecie niż mężczyźnie objąć całość przeżyć związanych z własną płcią i dlatego lęki o podłożu seksualnym są częstsze u kobiet. Trudniej być kobiecie kobietą niż mężczyźnie mężczyzną. Prawdziwa "kobiecość", którą tak często obserwujemy wśród zwierząt, czy w trakcie ich seksualnych zachowań, czy w ich macierzyństwie, u człowieka jest zjawiskiem stosunkowo rzadkim. Czasem wyzwala się ona dopiero w macierzyństwie, często jednak i ono nie pomaga, przeżycia z nim związane są skarlałe i wykrzywione, co na pewno rzutuje ujemnie na formowanie się zasadniczej struktury emocjonalnej dziecka. Nieraz jesteśmy świadkami jak niekobiecość matki przenosi się na jej córkę na zasadzie nie tyle dziedziczenia biologicznego, co społecznego. Z kolei u syna niedostatek środowiska macierzyńskiego wywołuje nieraz bardzo poważne zaburzenia życia uczuciowego. Sfera "duchowa" dwóch praw biologicznych I znów wracamy do zagadnienia duchowości i cielesności. Prawa zachowania własnego życia i życia gatunku są de facto prawami cielesnymi, dotyczą bowiem zachowania cielesności własnej i gatunku, a jednak nie da się ich oddzielić od sfery "duchowej", od tego wszystkiego, co człowiek w swym symbolicznym świecie stwarza, i przez to są one tak trudne u człowieka do zachowania. Patrząc, ile cierpień, zmartwień, okrucieństw itp. te zasadnicze prawa życia wywołują u człowieka, i porównując życie człowieka ze stosunkowo harmonijnym życiem zwierząt, często trudno powstrzymać się od uczucia zazdrości. Również prawo zachowania własnego życia jest przeniknięte sferą symboliki, tj. duchowości. Człowiekowi nie wystarcza zaspokojenie podstawowych potrzeb, dąży do władzy, znaczenia, rozszerzania swej przestrzeni życiowej itp., a więc do celów, które tylko pośrednio wiążą się z prawem zachowania własnego życia, i te cele pośrednie stają się nieraz ważniejsze od celów bezpośrednich. Dla ich spełnienia człowiek jest gotów poświęcić życie. Dochodzi się w ten sposób do sytuacji paradoksalnej, w której dla zachowania własnego życia (w tym szerszym, ludzkim ujęciu) poświęca się je, a więc celowi temu się sprzeniewierza.

32

Prawa zachowania własnego życia i zachowania życia gatunku obowiązują w całym ożywionym świecie, ale na każdym szczeblu rozwoju są realizowane inaczej. Zwierzę nie może realizować ich tak, jak czynią to rośliny; zwierzęta niższe tak jak wyższe; roślinożerne jak mięsożerne itp. Każdy gatunek ma swój sposób ich realizacji, a nawet w obrębie jednego gatunku występują różnice w zależności od warunków otoczenia, sposobów wychowania (np. zwierzęta domowe i zwierzęta żyjące na wolności). Ta różnorodność jeszcze wyraźniej ujawnia się u człowieka, który dysponuje prawie nieograniczonymi możliwościami w tworzeniu potencjalnych struktur czynnościowych. Zależnie od wpływów kulturowych, wychowania, wpływów otoczenia itp. inaczej kształtują się sposoby wypełnienia dwóch podstawowych praw biologicznych. Dlatego człowiek, choćby tego bardzo pragnął, nie potrafi żyć tak jak jego zwierzęcy przodkowie. Może najwyżej marzyć o "powrocie do natury", sam na skutek skomplikowanego i rozbudowanego systemu symboli, tj. świata duchowego, jest nieraz tej natury zaprzeczeniem. Zwodniczość sygnałów zagrożenia Znaczenie sygnału nie zawsze odpowiada realnemu niebezpieczeństwu. Co się tyczy otaczającego świata, nie zawsze istniejące w nim zagrożenia są komunikowane w postaci określonego sygnału, a z drugiej strony sygnały odbierane jako zwiastuny zagrożenia nie zawsze są z jakimkolwiek zagrożeniem powiązane (np. różnego rodzaju tabu). W ten sposób symbole grożącego niebezpieczeństwa są w pewnej mierze zwodnicze. Ta zwodniczość szczególnie wyraźnie występuje u człowieka dzięki bogactwu jego świata symbolicznego. W zakresie sygnałów ze świata wewnętrznego również można obserwować brak właściwej proporcji między realnym niebezpieczeństwem a zwiastującymi je sygnałami. Zdarza się, że drobna niedyspozycja fizyczna wywołuje gwałtowny alarm lękowy, a poważna choroba, zwłaszcza w początkowych fazach, nie wyzwala żadnego sygnału docierającego do świadomości. Człowiek poważnie chory, przynajmniej w pierwszych stadiach choroby, może czuć się zupełnie zdrowy, a człowiek z błahą niedyspozycją lub nerwicowym rozchwianiem wegetatywnym może czuć się zagrożony i mieć silne lęki przed śmiercią, nie będące w żadnej proporcji z realną sytuacją jego ustroju. Lęki na podłożu seksualnym można też traktować jako reakcje niewspółmierne do istotnego zagrożenia. Rozpatrując związki między realnym niebezpieczeństwem a jego sygnałem (lękiem), nie można się oprzeć wrażeniu, że są one wyjątkowo niepewne i pokrętne. Nigdy nie wiadomo, jaka realna sytuacja w otaczającym świecie lub we wnętrzu ciała wyzwoli sygnał alarmowy, a jego brak nie zawsze oznacza, że wszystko jest w porządku. Czyżby więc lęk, będąc tak zwodniczy, okazał się sygnałem zgoła zbytecznym? Na pewno tak nie jest; człowiek pozbawiony lęku byłby niezdolny do unikania sytuacji niebezpiecznych, analogicznie jak człowiek pozbawiony uczucia bólu jest niezdolny do unikania ciągłych uszkodzeń powierzchni swego ciała. Ból też jest sygnałem zwodniczym, tj. nieproporcjonalnym do realnego uszkodzenia ustroju, a jednak spełnia swą rolę. Interesującym zjawiskiem, występującym na skalę ogólną w przyrodzie ożywionej, jest to, że przyroda właściwie nigdy nie posługuje się urządzeniami w stu procentach pewnymi. We wszystkich jej urządzeniach dopuszczalny jest duży margines błędu. Gdyby tego typu urządzenia były stosowane w technice, ludzie na pewno mieliby powód do narzekań. Naczynia krwionośne przepuszczają, kable mielinowe, izolujące włókna nerwowe, silnie przebijają, plemniki tylko w jednej milionowej mają szansę spełnienia swej biologicznej roli, tj. zapłodnienia komórki jajowej, receptory reagują tylko na niektóre sygnały, i to nie we wszystkich warunkach itp.; przykładów takich można by znaleźć znacznie więcej. Wszystkie nieraz bardzo skomplikowane urządzenia przyrody ożywionej są zawodne. Ich zawodność rekompensowana jest ich dużą liczbą, w naszym ludzkim pojęciu rozrzutnością, brakiem ekonomii. Gdy jeden mechanizm zawiedzie, zastępuje go drugi lub trzeci. Prawie zawsze istnieją, zdawałoby się, niewyczerpane rezerwy. Ta zawodność urządzeń przyrody ożywionej może ma takie znaczenie, że ułatwia dostosowanie do zmiennych warunków życia. Gdyby jej urządzenia były całkowicie pewne i niezawodne, stosunek do istniejącej rzeczywistości byłby bardziej sztywny, zmiana byłaby trudniejsza.

33

To, co pewne, jest mniej labilne niż to, co zawodne. Patrząc historycznie na rozwój różnych form życia, widzimy, jak formy, które stały się zbyt pewne, stabilne - co często wiązało się z ich niezwykłym rozrostem (gigantyczne wprost rozmiary) - były skazane na zagładę, nie wytrzymywały zmian środowiska. Utrzymywały się zaś formy słabe, zawodne, niepewne. Przykładem może być zwycięstwo słabych i drobnych ssaków nad gigantycznymi gadami. Smok jest symbolem siły, pewności siebie, niezawodności, a ssak - słabości, lęku niepewności. Niepewność własnego istnienia, poczucie własnej omylności, wahanie, poczucie błędów własnej natury itp. są typowymi cechami ludzkimi. Człowiek jest prawdziwie paskalowską trzciną chwiejącą się na wietrze. Ale właśnie może dzięki tej chwiejności jest tak niezłomny w swym rozwoju, dostosowuje się wciąż do nowych sytuacji, wciąż się zmienia, a jednak zostaje takim samym, wymyśla wciąż nowe struktury interakcji ze swym otoczeniem, a nie może się oderwać od struktur filogenetycznie i ontogenetycznie najstarszych, walczy z otaczającym światem i z samym sobą, wiecznie niezadowolony, wiecznie szukający nowego, pascalowski "zbieg sprzeczności", w którym skoncentrował się cały wysiłek ewolucji. Zwodniczość sygnałów niebezpieczeństwa dla życia mieści się zatem w ogólnej niepewności urządzeń przyrody ożywionej. Istnieją jednak też inne czynniki, które niepewność tę tłumaczą. Bezpośrednie zetknięcie się z niebezpieczeństwem dla życia właściwie oznacza śmierć, bo takie jest jego znaczenie; sygnał zagrożenia życia jest właściwie sygnałem śmierci, która czyha w pewnej oddali zarówno przestrzennej, jak i czasowej, i przed którą należy uciec. Dlatego sygnał ten gwałtownie mobilizuje postawę "od" otoczenia (ucieczki lub agresji). Sygnału tego, który jest w pewnym znaczeniu symbolem śmierci, nie można jednak sprawdzić. Sprawdzenie oznaczałoby śmierć, już więcej sygnały byłyby niepotrzebne. Lęk jest więc sygnałem niesprawdzalnym. Nie opiera się on na sytuacji rzeczywistej, ale na swoistym dla każdej jednostki rachunku prawdopodobieństwa. Jest prawdopodobne, że jeśli się nie cofnę lub jeśli niebezpieczeństwa nie zniszczę, wówczas sam zginę; ale sprawdzić tego nie mogę, gdyż zginąć nie chcę. Jest to rachunek bez dowodu, zawsze tylko probabilistyczny. Do pewnego stopnia analogiczna sytuacja istnieje w wypadku sygnałów bólowych. Tutaj ustrój styka się wprawdzie bezpośrednio z niebezpieczeństwem (tj. czynnikiem uszkadzającym), ale zetknięcie to jest powierzchowne, w rodzaju ostrzeżenia "uwaga, zły pies, gryzie" lub "uwaga, coś w środku się popsuło". Ale pies jeszcze nas nie pożarł ani zepsucie nie ogarnęło nas w całości. Gdy sygnał niebezpieczeństwa nie wywoła odpowiedniej reakcji, której następstwem powinno być usunięcie źródła zła, gdy sygnał staje się coraz bardziej alarmujący, dochodzi się w końcu do pewnej granicy, poza którą sygnał bólowy traci swój sens; człowiek traci zwykle przytomność, rezygnuje z walki. Walka ustroju o życie rozgrywa się już poniżej progu świadomości, prawdopodobnie w tej agonii (agonia - walka) nie odczuwa się już bólu, sygnał ten staje się zbyteczny. Podobnie jak sygnał lękowy, sygnał bólowy nie jest proporcjonalny do stopnia zagrożenia. Ból zęba może być dotkliwszy niż ból występujący przy uszkodzeniu nieodzownych do życia narządów. Jak wspomniano, zarówno ból, jak lęk są sygnałami zagrożenia. Różnica sprowadza się do odległości zagrożenia na współrzędnych czasoprzestrzennych. W wypadku sygnału bólowego zagrożenie jest bardzo blisko, już zetknęło się z ustrojem. W wypadku lęku jest dalej. Sygnał lękowy rzutuje więc znacznie dalej w przyszłość niż sygnał bólowy. Jeśliby zdolność rzutowania w przyszłość uznać za jedną z zasadniczych cech ewolucji, należałoby przyjąć, że siła i znaczenie sygnału lękowego wzrasta w miarę rozwoju filogenetycznego. W najprostszych formach życia mielibyśmy przede wszystkim do czynienia z sygnałami bólowymi, a dopiero na ich tle – w miarę postępu ewolucyjnego - rozwijałyby się sygnały lękowe. Są to oczywiście wydedukowane hipotezy, wymagające empirycznego potwierdzenia. Fakt, że tak zasadnicza dla życia informacja, jak sygnał zagrożenia życia bólowy czy lękowy, jest zwodnicza, zmusza nas do zastanowienia się nad sensem rzeczywistości. W jakiej mierze nasz świat - a podobnie też światy innych istot żywych - jest rzeczywisty. To znaczy, w jakiej mierze to, co przeżywamy, jest wiernym odbiciem sytuacji rzeczywistej. Jeśli odbiór niebezpieczeństwa dla życia jest tak zwodniczy u różnych jednostek, a nawet u tej samej może tak rozmaicie

34

się przedstawiać zależnie od sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej ustroju, to jak przedstawia się realność (sprawdzalność) innych sygnałów, mniej dla życia istotnych; a może zwodniczość właśnie jest największa w wypadku informacji o zasadniczym dla życia znaczeniu. Gdyby informacje te były pewne i zawsze prawdziwe, może żywe istoty nie miałyby odwagi żyć. Gdy zbliżamy się do jądra życia, tzn. do zagadnienia śmierci (prawo zachowania własnego życia) i nieśmiertelności (prawo zachowania życia gatunku), coraz więcej otacza nas tajemnic i pytań bez odpowiedzi. Byłoby interesujące poznać wszystkie sygnały zagrożenia życia występujące w świecie zwierzęcym. Prawdopodobnie okazałoby się wówczas, że zestaw tych sygnałów jest znacznie uboższy od zestawu sygnałów związanych z drugim prawem biologicznym. Sygnały te byłyby mniej urozmaicone i różnorodne niż sygnały otaczające prawo zachowania gatunku. Lęk i ból właściwie u wszystkich zwierząt mają zasadniczo formę pokrewną, tak że obserwatorowi łatwo zorientować się w treści ich przeżycia. Zachowanie seksualne i macierzyńskie wykazuje znacznie większą rozmaitość w zależności od gatunku. Czego jednak zwierzęta się boją i na co reagują bólem? Odpowiedź jest tu znacznie trudniejsza. Sygnał bólowy jest na ogół bardziej jednoznaczny niż sygnał lękowy. Ból jest zawsze sygnałem naruszenia integralności ustroju. Nasilenie bólu może być różne, ale jakość, a szczególnie jego powiązanie z uszkodzeniem są przypuszczalnie podobne w całym świecie zwierzęcym. Lęk, jak się zdaje, jest sygnałem bardziej zróżnicowanym. Mogą go wywołać różnorodne sytuacje, zależy to zarówno od predyspozycji gatunkowej, jak i osobniczej. Poza tym zestaw sytuacji wyzwalających u danej jednostki sygnał lękowy nie zawsze, jak już wspomniano, odpowiada realnemu zagrożeniu. Sytuacje zupełnie nieszkodliwe mogą wywoływać silną reakcję lękową, a szkodliwe mogą jej nie wywoływać. Ta zwodniczość jest większa w wypadku lęku niż bólu, może dlatego, że w wypadku bólu musi dojść do bezpośredniego zetknięcia się z czynnikiem szkodliwym, a więc sytuacja jest zawsze bardziej konkretna niż wówczas, gdy niebezpieczeństwo znajduje się w pewnej odległości czasowej i przestrzennej od ustroju. Choć i w wypadku sygnału bólowego istnieje pewna zwodniczość, poważne uszkodzenie może nie wywołać tego sygnału, a błahe może wyzwolić nieproporcjonalnie silny sygnał. Najłatwiej opisaną zwodniczość wytłumaczyć w kategoriach odruchowości warunkowej. Powiązania czasowe (warunkowe) powodują, że te, a nie inne konstelacje bodźców wyzwalają sygnał bólowy czy lękowy. Sygnał lękowy w procesie ewolucji pojawił się prawdopodobnie później niż sygnał bólowy. W wypadku sygnału lękowego czasoprzestrzeń żywego ustroju sięga daleko poza granice ciała, a w wypadku sygnału bólowego poza nie nie wychodzi. A miarą ewolucji jest ekspansja czasoprzestrzeni. Należy więc przypuszczać, że na niskich szczeblach ewolucji, na których ekspansja "czasoprzestrzenna" jest minimalna, sygnałem zasadniczym jest ból, który ostrzega o niebezpieczeństwie. Natomiast dopiero w miarę rozszerzania się własnej czasoprzestrzeni sygnały niebezpieczeństwa rozdzielają się na dwie kategorie: bólu i lęku. Za wspólnym pochodzeniem obu sygnałów przemawia też to, iż mają one dużo cech wspólnych i niejednokrotnie łączą się ze sobą. Oba sygnały stanowią przeżycia najprzykrzejsze, z których każdy chce się jak najrychlej wyzwolić, zmienić istniejącą sytuację na inną, mniej przykrą, stąd może ich biologiczne znaczenie jako silnego bodźca do aktywności. Ból zwykle łączy się z lękiem, a lęk wskutek swojego przykrego tonu efektywnego - jest nieraz przeżyciem prawie bólowym. Różnica zasadnicza między obu sygnałami polega na tym, że ból jest czymś konkretnym, do jego powstania konieczne jest uszkodzenie ciała wywołujące zadrażnienie receptorów bólowych, a lęk jest abstrakcyjny, powstaje, nim jeszcze nastąpi uraz. Granica między obu sygnałami nie jest jednak tak ostra, jak by się zdawało. Istnieją, przynajmniej u człowieka, bóle powstające bez zadrażnienia receptorów bólowych przez jakiś czynnik szkodliwy, np. bóle histeryczne lub fantomowe itp. Jest to ból jakby abstrakcyjny, bo nic konkretnego w ustroju się nie dzieje, tkanka nie jest uszkodzona. Patologicznie zmieniona jest struktura czynnościowa, a więc cała dynamika impulsów nerwowych, związana z sygnałem bólowym.

35

Sygnał lękowy rozwija się w procesie ewolucji prawdopodobnie równolegle z rozwojem funkcji motorycznych. Dzięki ruchowi bowiem istoty żywe rozszerzają swą czasoprzestrzeń. Sygnał lękowy straciłby swój sens biologiczny, gdyby istoty żywe pozbawione były możliwości ruchu. Wówczas sygnał trafiałby w próżnię, nie mógłby wywołać typowej dla siebie reakcji, tj. ucieczki lub ataku. W wypadku sygnału bólowego reakcja ruchowa nie odgrywa tak decydującej roli, reakcja występuje głównie wewnątrz ustroju, polega na różnego rodzaju zmianach fizjologicznych, ruch jest tu zjawiskiem wtórnym, nie tak istotnym jak w wypadku sygnału lękowego. Mimo wspomnianej zwodniczości sygnał lękowy na ogół spełnia swoje biologiczne zadanie, ostrzega ustrój przed grożącym niebezpieczeństwem. Cała sytuacja nie jest tak prosta, jakby się pozornie zdawało. Przede wszystkim niebezpieczeństwo jest oddalone w czasie i przestrzeni, więc jak je właściwie ocenić? Można snuć tylko hipotezy i opierać się na własnym rachunku prawdopodobieństwa. Poza tym trzeba wybrać odpowiedni rodzaj reakcji na sygnał lękowy, zadecydować: ucieczka czy atak. Trzeba więc porównać własne siły z siłami zagrażającej sytuacji. Dalej trzeba wybrać rodzaj ataku czy ucieczki. Sygnał lękowy pociąga za sobą szereg decyzji nieraz trudnych i skomplikowanych. A wszystko dzieje się niejednokrotnie w bardzo krótkich odcinkach czasu, nawet w ułamkach sekundy. Nie ma tu mowy o logicznej, świadomej analizie zjawiska. Z codziennego zresztą doświadczenia wiadomo, jak mało skuteczne są tego typu analizy w wypadku przeżywania uczucia lęku. Nierozerwalność ustroju i jego czasoprzestrzeni Sygnał lękowy wychodzi daleko poza aktualne "tu i teraz" ustroju. Sięga w przyszłość i poza granice ciała. Działanie tego sygnału staje się bardziej zrozumiałe, gdy rozpatrujemy żywy ustrój w ścisłym powiązaniu z jego otoczeniem, tj. gdy nie oddzielamy go od jego czasoprzestrzeni. Sygnały pochodzące ze środowiska i sygnały wychodzące z ustroju do środowiska tworzą jakby integralną całość z ustrojem. Ustrój i jego czasoprzestrzeń stanowią więc pewną całość. Wprawdzie działając na otoczenie musimy oddzielić siebie od niego, musimy naszą czasoprzestrzeń rozdzielić na działający podmiot i odbierający nasze działanie przedmiot. Nawet gdy w danej sytuacji czasoprzestrzeń ta zamyka się w granicach naszego ciała, nadal dokonujemy tego podziału, przedmiotem staje się część naszego ciała lub część naszej świadomości, które chcemy przekształcić (tzn. wydajemy im jakiś rozkaz, np. naszym rękom, myślom itp.). Bardzo silnie przez człowieka odczuwany przedział między podmiotem a przedmiotem, między "ja" a światem otaczającym, w rzeczywistości może być sztuczny, konieczny w każdej sytuacji, w której występuje działanie. Działanie bowiem zmusza do podziału rzeczywistości na działający podmiot i odbierający działanie przedmiot. Człowiekowi trudno uwolnić się od widzenia siebie i otaczającego nas świata inaczej niż w kategoriach tego właśnie przedziału, gdyż życie ludzkie składa się z różnych form działania. Gdyby udało mu się jednak spojrzeć na rzeczywistość bardziej "panteistycznie", tzn. tak jakby się roztapiał w otaczającym go świecie, i przekroczyć granice oddzielające "ja" od otoczenia, wówczas łatwiej byłoby mu zrozumieć powiązania istniejące między istotami żywymi a ich otoczeniem. Wtedy każda żywa jednostka tworzyłaby wraz z otoczeniem względnie spoistą całość, którą określono tu jako jej czasoprzestrzeń. Sygnał lękowy, który stanowi jedno z ważnych biologicznych powiązań ustroju z otaczającym go środowiskiem, rozpatrywany w całości czasoprzestrzennej nie jest czymś tak dziwnym jak wtenczas, gdy rozpatruje się go w dwóch oddzielnych układach: podmiotu i przedmiotu. Nie trzeba wówczas wykrywać znaczenia sygnału przychodzącego z zewnątrz, tkwi on bowiem w tej samej czasoprzestrzeni, należy w tym samym stopniu do ustroju, co do otaczającego go środowiska. Nie trzeba się zastanawiać, jak zareagować na sygnał, bo reakcja jest ściśle z sygnałem związana. Część tych powiązań tworzy się w ciągu ontogenezy (odruchowość warunkowa), a część w ciągu filogenezy. Niektóre sygnały zagrożenia działają u wszystkich jednostek danego gatunku, i w znacznym stopniu są niezależne od historii ich życia. Zwierzęta w miarę ewolucji rozszerzają swą czasoprzestrzeń, która wraz

36

z nimi ewoluuje. Ewoluują struktury czynnościowe, które łączą zwierzęta z otaczającym je światem i one właśnie tworzą to, co określono tu jako własną czasoprzestrzeń. Ewoluuje też odbiór sygnałów zagrożenia życia; z czasem giną te sygnały, które są niezdatne, zbyt zwodnicze, a utrzymują się te, które rzeczywiście spełniają swe biologiczne zadanie. Na naszej planecie niebezpieczeństwa są jednak różne i wciąż się zmieniają, dlatego też ewolucja sygnału zagrożenia, czyli lęku, nigdy nie ustaje, sygnałami lękowymi stają się wciąż nowe konstelacje bodźców. Na przykład, co innego zagrażało ssakom w epoce gigantycznych gadów, a co innego obecnie, gdy największe niebezpieczeństwa grożą im ze strony najwyżej stojącego w drabinie ewolucyjnej ssaka - człowieka. Dla człowieka też inaczej przedstawiały się niebezpieczne sytuacje w epoce lodowcowej, a inaczej w dobie atomowej. Ponieważ jednak ewolucja sygnałów niebezpieczeństwa dokonuje się prawdopodobnie wraz z rozwojem pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, bo właśnie w tej fazie, która jest podstawą życia uczuciowo-nastrojowego, łączność z otoczeniem jest najściślejsza, przeto pozostaje ona daleko w tyle za ewolucją drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, dzięki której przekształca się otaczający świat (sfera działania wolicjonalnego). W ten sposób łatwiej utrzymują się w pierwszej fazie stare, już często nieaktualne formy interakcji z otoczeniem. Dlatego też sygnały lękowe nie zawsze są dostosowane do aktualnej sytuacji, a wiele z nich pochodzi z zamierzchłych epok ewolucyjnych, i to nie tylko ewolucji człowieka, ale całego świata zwierzęcego. Lęk ludzki mieści w sobie całą historię ewolucji gatunku i odzywają się w nim archaiczne formy, niedostosowane już zupełnie do dzisiejszych warunków życia człowieka. Może dlatego człowiek boi się nieraz pająków, niektórych gadów i płazów, które obecnie są dla niego niegroźne, ale w czasach, gdy był tylko małym ssakiem, przedstawiały nieraz śmiertelne zagrożenie życia. W marzeniach sennych przeżywa się niejednokrotnie sytuacje, które nie odpowiadają obecnym zagrożeniom, a są jakby reminiscencją z dawnych epok ewolucyjnych. Śnią się nam różne bajkowe potwory i gady, sceny wzajemnego pożerania itp. Trudno tłumaczyć tego typu sny wpływem bajek, raczej trzeba przyjąć Jungowską koncepcję archetypów. Oczywiście także teraźniejsze wydarzenia nasycone grozą wchodzą w treść wizji sennych, mimo że mogły one nie być faktycznie przez daną osobę przeżyte. W ten sposób dla ludzi naszej epoki i dla następnych pokoleń Oświęcim i Hiroszima stały się symbolem makabrycznej zagłady i trapią w snach niejednego człowieka. Każda epoka ma takie kataklizmy, które mogą zasilać treść snów w tym i w dalszych pokoleniach. W ten sposób sygnał lękowy prócz indywidualnego znaczenia ma znaczenie kolektywne. Człowiek w swym repertuarze sygnałów lękowych prócz własnych ma te, które należą do historii całej ludzkości, a nawet całego świata zwierzęcego. Stąd częściowo wywodzi się zawodność sygnałów lękowych, część z nich nie odpowiada już współczesnym zagrożeniom, ale zagrożeniom o znaczeniu obecnie historycznym. Człowiek obciążony jest nie tylko własną historią życia, lecz także historią całej ludzkości i prawdopodobnie też całego świata zwierzęcego. Można by nawet spróbować sklasyfikować sygnały lękowe według ich historycznej hierarchii; byłyby to sygnały powstałe w trakcie ewolucji świata zwierzęcego, sygnały związane z historią ludzkości i wreszcie sygnały jakby osobiste, związane tylko z własną historią danego człowieka. Sygnał zagrażającego niebezpieczeństwa nie trafia na teren nie przygotowany. W każdym człowieku, a prawdopodobnie też u zwierząt istnieje pogotowie lękowe, które jest oczekiwaniem "złego", jakie może nas ze strony otaczającego świata spotkać. Prawdopodobnie pogotowie to jest mniejsze w latach dziecinnych, gdyż człowiek, a także zwierzęta stojące wyżej w filogenezie są osłonięte od niebezpieczeństw macierzyńskim środowiskiem. Już u niemowląt można jednak zauważyć reakcje lękowe, np. przy nagłej zmianie pozycji ciała (tzw. odruch Moro), a w późniejszym nieco okresie, gdy już rozwinie się percepcja wzrokowa, reakcje lękowe na nieoczekiwany widok, np. na obcą twarz. Każda zmiana w strukturze metabolizmu informacyjnego wywołuje tzw. odruch orientacyjny, w którym w mniejszym lub większym stopniu zawsze występuje komponent wegetatywny. Ten rodzaj lęku określono jako dezintegracyjny, wywołany jest

37

bowiem dezintegracją, tj. zniszczeniem dotychczasowej struktury czynnościowej. Jeśli każde zjawisko niszczenia (dezintegracji) traktujemy jako cień śmierci w przeplatających się procesach budowy i niszczenia, jakie tworzą życie, wówczas lęk dezintegracyjny można uważać za swoisty lęk przed śmiercią, choćby występował on w tak śladowej postaci jak w odruchu orientacyjnym. Patrząc na życie jako na proces budowy i niszczenia lub, bardzo wzniosie, jako na proces śmierci i zmartwychwstania, możemy łatwiej zrozumieć fakt pogotowia lękowego, śmierć bowiem czyha na każdym kroku i nigdy nie wiadomo, czy konieczny dla życia proces niszczenia nie zamieni się w zniszczenie całkowite, w pełną dezintegrację, która jest już śmiercią całego ustroju. Pogotowie lękowe Poziom pogotowia lękowego różnie się przedstawia, zależnie od aktualnej sytuacji, historii osobniczej, a w szczególności od klimatu wczesnego dzieciństwa, od cech konstytucjonalnych (genetycznych). Różnie też przedstawia się u zwierząt; wiadomo, że są gatunki zwierząt z natury odważne i gatunki tchórzliwe. W obrębie tego samego gatunku poszczególne jednostki wykazują różny poziom pogotowia lękowego. Stąd pochodzi tak duża rozmaitość reakcji na sygnał zagrożenia życia; u jednych wywoła on bardzo silną reakcję, a u drugich - tylko jej ślad. Należy też pamiętać o powiązaniach warunkowych, które, jak zawsze w wypadku struktur czynnościowych filogenetycznie i ontogenetycznie starszych, są silne i trwałe. Gdy sytuacja o obiektywnie nieznacznym stopniu niebezpieczeństwa trafi na duże pogotowie lękowe, stanie się silnym sygnałem zagrożenia życia i na zasadzie utrwalenia będzie już zawsze - a w każdym razie przez długi czas - wywoływać nieproporcjonalnie silną reakcją lękową. Plamka życia istniejąca w nieogarniętych rozmiarach Kosmosu jest naprawdę czymś niezwykłym i delikatnym, toteż trudno nawet zrozumieć, jak potrafiła się w ciągu milionów wieków nie tylko utrzymać, ale też wspaniale rozwinąć. Może pogotowie lękowe jest ceną, którą żywe istoty płacą za fakt utrzymania się w Kosmosie przyrody nieożywionej, przynajmniej te żywe istoty, które są zdolne do odczuwania, co - zakładając, że przeżycie jest subiektywnym aspektem życia należy przypisać im wszystkim, przynajmniej w formie śladowej. W tym sensie lęk byłby jakimś doznaniem najpierwotniejszym, bo wynikającym z samego procesu życia i jego przeciwstawienia się entropii panującej w przyrodzie nieożywionej. A prawdopodobnie dopiero później tworzyłyby się uczucia bardziej pozytywne, związane z zaspokojeniem pierwszego i drugiego prawa biologicznego. Nie znamy i nie wiadomo, czy poznamy historię naturalną, tj. ewolucję naszych przeżyć, możemy się opierać jedynie na bardzo mglistych przypuszczeniach, ale fakt, że uczucia negatywne (lęk, nienawiść) u człowieka są zazwyczaj silniejsze i trwalsze niż uczucia pozytywne, przemawia także za ich filogenetycznie starszym pochodzeniem. Stare struktury czynnościowe są zazwyczaj lepiej utrwalone od nowych. Utrzymanie życia na naszej planecie wymagało olbrzymiego wysiłku, odwagi i walki, z każdej strony zagrażała zagłada. Uczucie lęku byłoby więc immanentnie związane z życiem. Oczywiście na każdym stopniu filogenezy lęk ujawniał się w innej postaci i trudno nam sobie wyobrazić, jakie formy przybierał na znacznie niższych od naszego stopniach rozwoju. Mimo całej zwodniczości sygnału lękowego musiał on w trakcie ewolucji spełniać swoją obronną rolę, inaczej bowiem istoty żywe nie potrafiłyby uniknąć czyhających na nie niebezpieczeństw. Fałszywe sygnały musiały być z czasem wyeliminowane. Ponieważ nasze środowisko wciąż się zmienia i w związku z tym powstają wciąż nowe niebezpieczeństwa, muszą też się tworzyć nowe sygnały i tu rachunek prawdopodobieństwa niejednokrotnie zawodzi. Dzięki metabolizmowi informacyjnemu żywe ustroje są oddzielone od otaczającej je rzeczywistości warstwą ochronną, warstwą sygnałów czy symboli, tą swoistą sferą duchową, dzięki czemu żyją one w świecie stworzonym przez siebie, we własnej czasoprzestrzeni. W tym świecie własnym jest już na ogół wiadomo, co bezpieczne, a co niebezpieczne; wiadomo, jak się w nim poruszać i gdzie dążyć. Ten własny świat tylko w pewnym stopniu odpowiada prawdziwej rzeczywistości, gdyż wytworzony jest wyłącznie ze struktur informacyjnych (sygnałów, symboli). Do poszczególnych ustrojów docierają różne informacje; zależy to od stopnia ewolucji. Z rzeczywistością otaczającą łączy żywe istoty metabolizm informacyjny

38

(określony tu jako "warstwa duchowa" życia), a jednocześnie od niej oddziela. Bo nie stykają się właściwie z tą rzeczywistością bezpośrednio, ale tylko z jej sygnałami. Dzięki tej warstwie ochronnej żywe istoty czują się pewniejsze, "na swoim gruncie" w bezkresnych obszarach Kosmosu. Własny światek jest zawsze przytulniejszy niż prawdziwy wszechświat. Prawa przyrody nieożywionej mają inną jakość niż prawa przyrody ożywionej. Są to prawa fizyki, ścisłe i bezwzględne, prawa, dla których nie liczy się jednostka, ale statystyczne wielkie liczby. Statystyczne prawidłowości stwarzają prawdopodobnie określony porządek w dążeniu materii do bezwładnego ruchu cząsteczek (entropii). Powstanie życia na naszym globie było niezwykłym przeciwstawieniem się materii nieożywionej. Wprawdzie przyrodę ożywioną obowiązują też prawa dotyczące przyrody nieożywionej, bo jest ona jej wykwitem, to jednak wytworzyły się w niej nowe prawa, swoiste dla życia i nie mające odpowiednika w przyrodzie nieożywionej, tj. prawo zachowania życia własnego i życia gatunku. Najważniejszy jest tu porządek indywidualny, a nie statystyczny; porządek ten, w najprostszej formie zawarty w kodzie genetycznym, przeciwstawia się entropii przyrody nieożywionej. Walka o ten porządek stanowi zasadniczy cel życia. Lęk byłby sygnałem ostrzegającym przed chaosem, entropią panującą w przyrodzie nieożywionej, sygnałem przed utratą własnej indywidualności (własnego porządku). Tkwiłby zatem w istocie życia, wynikałby z przeciwstawienia się prawom przyrody nieożywionej. Byłby zjawiskiem powszechnym w przyrodzie ożywionej, przybierając różne formy, zależnie od stopnia ewolucji. Lęk przed chorobą psychiczną Częstym tematem napięcia lękowego w nerwicach oprócz lęku przed śmiercią jest lęk przed chorobą psychiczną. Chory ma uczucie, że lada moment zwariuje, w głowie jego panuje chaos, nie potrafi uporządkować myśli i uczuć. Rodzą się jakieś potworne przeczucia, a uczucia lęku, nienawiści, pokrzywdzenia, winy itp. przerastają zwykłe wymiary, nabierają wymiarów przerażających samego chorego. Boi się on sam siebie, tego, co w środku niego się znajduje. Ma wrażenie, że lada moment coś w nim pęknie, że straci resztki panowania nad sobą, że zacznie wyć jak szaleniec. Podobnie jak w lęku przed śmiercią, chciałby gdzieś uciec, schować się w bezpieczne miejsce, uciec przed samym sobą, byle nie być w tym samym miejscu. Podobnie też jak w lęku przed śmiercią, obecność drugich osób przynosi zazwyczaj ulgę. Lęk nieco maleje. W poczuciu ludzkiej solidarności chory czuje się silniejszy. W samotności lęk przed śmiercią i lęk przed chorobą psychiczną wzmagają się. Może w ten sposób objawia się fakt, że oba te rodzaje lęku należą filogenetycznie do przeżyć bardzo dawnych i że wiążą się z samym życiem, którego porządek (negatywną entropię) łatwiej jest utrzymać kolektywnym wysiłkiem niż indywidualnie. Lęk przed dezintegracją metabolizmu informacyjnego Jeśli życie traktujemy jako tendencję do utrzymania indywidualnego porządku ustroju wbrew panującemu w przyrodzie nieożywionej prawu entropii, to lęk przed śmiercią i lęk przed chorobą psychiczną są zjawiskami pokrewnymi. W wypadku lęku przed śmiercią chodzi o zagrożenie rozbicia porządku ustroju zarówno energetycznego, jak informacyjnego, a w lęku przed chorobą psychiczną odgrywa rolę porządek informacyjny. Lęk więc przed chorobą psychiczną jest bardziej typowy dla człowieka niż lęk przed śmiercią. Jest on sygnałem zagrożenia metabolizmu informacyjnego, a zatem tej warstwy życia, która osłania je przed bezpośrednim zetknięciem się z otaczającym światem. Metabolizm informacyjny jest tą sferą duchową, która otacza i przenika metabolizm energetyczny. Rozbicie jej pociąga za sobą rozbicie porządku energetycznego. Bez należytego porządku informacyjnego porządek energetyczny ulega stopniowemu rozprzężeniu, prowadzącemu w końcu do śmierci. Istotą życia jest wymiana energetyczno-informacyjna z otoczeniem. Jest to może najbardziej charakterystyczna różnica między przyrodą nieożywioną a ożywioną. W przyrodzie ożywionej regułą jest ustawiczna wymiana (metabolizm), z jej przerwaniem ustaje życie, przychodzi śmierć. W przeciwieństwie do przyrody

39

nieożywionej w przyrodzie ożywionej obowiązuje zasada układu otwartego, tzn. takiego, który powstaje dzięki wymianie energetyczno-informacyjnej ze środowiskiem. Dlatego dla jednostek przyrody ożywionej najważniejsze jest zachowanie specyficznego dla każdej z nich porządku. Jego zakłócenie jest zwycięstwem przyrody nieożywionej nad fenomenem życia. Choroba psychiczna jest zaburzeniem porządku w wymianie informacyjnej, a więc częściową śmiercią, zwycięstwem entropii w sferze znaków i symboli, w sferze ducha. Człowiek nie troszczy się o metabolizm energetyczny w tym znaczeniu, że porządek w nim ustala się bez jego świadomego udziału; nawet - jeśli nie jesteśmy w tej dziedzinie fachowcami - nie wiemy, w jaki sposób energie do nas dochodzące z otoczenia zostają zmienione na swoiste dla ustroju struktury energetyczne i morfologiczne. Dzieje się to całkowicie bez naszej wiedzy i bez aktywnego (w sensie świadomego wysiłku) udziału; natomiast w metabolizmie informacyjnym utrzymanie swoistego porządku wymaga wysiłku, i to nieraz znacznego. Nie możemy poradzić sobie z naszymi myślami, uczuciami, marzeniami; jakże często są one chaotyczne, sprzeczne, bezsensowne. Nieraz mamy wrażenie, że skomplikowana struktura naszego życia psychicznego chwieje się i lada chwila całkiem się rozpadnie. Nasza świadomość w znacznej mierze koncentruje się na utrzymaniu porządku w jego wymianie sygnałów z otaczającym światem. Lęk przed dezintegracją struktury metabolizmu informacyjnego jest bardziej uświadomiony niż lęk przed dezintegracją metabolizmu energetycznego. Często w nerwicach lęk przed śmiercią przeplata się z lękiem przed chorobą psychiczną, co też może przemawiać za ich wspólnym pochodzeniem. Człowiek walczy o zachowanie swego życia w sensie materialnym, czyli metabolizmu energetycznego, i w sensie duchowym, czyli metabolizmu informacyjnego. Jego świadomy wysiłek koncentruje się na walce o zachowanie integracji metabolizmu informacyjnego. Na skutek niezwykłego skoku ewolucyjnego, jakim był niewiarygodny wprost rozwój metabolizmu informacyjnego u człowieka w porównaniu z jego zwierzęcymi antenatami, utrzymanie w nim swoistego porządku nie jest łatwym zadaniem i na nim koncentruje się cały świadomy wysiłek człowieka. Choroba psychiczna byłaby więc przejściowym lub długotrwałym zachwianiem zdolności integracyjnych człowieka; wskutek czy to wewnętrznej słabości, czy też warunków zewnętrznych człowiek poddałby się inercji (entropii) tkwiącej w naturze przyrody nieożywionej, nie miałby już sił do dalszej walki w obronie własnego porządku. Jest to oczywiście koncepcja choroby psychicznej bardzo ogólna, ale oddaje ona to, co człowiek odczuwa w swym lęku przed chorobą psychiczną. Człowiek boi się chaosu, boi się tego, co w nim drzemie. Nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkich tkwiących w nim możliwości, musielibyśmy w tym celu stać na znacznie wyższym poziomie niż przeciętna jednostka. Staramy się człowieka określić w obrębie typów osobowości, zdajemy sobie jednak sprawę, jak zakres ten jest ciasny i jak często człowiek niespodziewanie wykracza poza te ramy. Z historii ludzkości, choćby nie tak dawnej, znamy aż nadto dobrze rozpiętość zła i dobra, które w pewnych warunkach może się wyzwolić w przeciętnym człowieku. Zdarza się, że człowiek zaskakuje nas, a czasem i przeraża różnymi obliczami, które ujawnia w ciągu swego życia. Jakże często jest on na pograniczu choroby psychicznej. A nawet, traktując sen jako fizjologiczną psychozę, można by życie człowieka określić jako oscylację między normą jasnego dnia a psychozą nocy. Lęk przed chorobą psychiczną jest też lękiem przed ciemnością, przed nocą i samotnością. Lęki te tematycznie stoją bardzo blisko siebie. Metabolizm informacyjny u zwierząt jest znacznie uboższy niż u człowieka, bardziej też bezpośrednio związany z prawami zachowania własnego życia i życia gatunku, toteż jego równowaga jest znacznie stabilniejsza, a niebezpieczeństwo dezintegracji znacznie mniejsze. Lęk zwierzęcy jest przede wszystkim lękiem przed śmiercią. Sygnał lękowy ostrzega przed zagrożeniem tego, co w życiu jest najcenniejsze, tj. przed utratą życia. Dla człowieka jednak samo życie w jego "nagim", wegetatywnym aspekcie nie jest czymś wystarczającym. Nie może on uwolnić się od swego świata duchowego, tj. całego bogactwa metabolizmu informacyjnego. Utrzymanie w nim swoistego porządku jest dla niego nieraz ważniejsze niż uratowanie życia. Dlatego choroba psychiczna może być dla niego czymś straszniejszym niż śmierć. Dołącza się do tego lęk społeczny, lęk przed

40

ostracyzmem i psychicznej.

ośmieszeniem,

jakie

zwykle

pociąga

za

sobą

fakt

choroby

Ambiwalentne nastawienie do śmierci i do choroby psychicznej Nastawienie uczuciowe do śmierci u człowieka nie jest jednoznaczne; człowiek boi się śmierci, ale też śmierć go pociąga. Pociąga go nadzieja uwolnienia się od wysiłku życia, nadzieja pełnego złączenia się z otaczającym światem, zatracenia swej indywidualności; ludzi głęboko wierzących może pociągać pragnienie złączenia się z bóstwem. Analogicznie, nastawienie do choroby psychicznej jest także ambiwalentne: człowiek boi się jej, ale zarazem tęskni za szaleństwem, za oderwaniem się od wspólnego świata jasnego dnia, tęskni za nocą tajemnicy, nieznanego, ekstazy, spazmów rozkoszy, sennych majaków, za tym wszystkim, co w nim samym jest nieznane i niezbadane, a jednak, jak odczuwa, najbardziej własne. W tym ambiwalentnym nastawieniu do spraw w życiu najistotniejszych, tj. do utrzymania własnego życia biologicznego i życia duchowego, przejawia się typowa ludzka chwiejność. Wszystko w człowieku jest niezwykle labilne, zmienne, jego równowaga, z trudem utrzymywana, jest zawsze niepewna. W porównaniu z nim zwierzęta są ideałem stabilności, trzymają się pewniej ziemi niż człowiek. W związku z tą niepewnością istnienia pogotowie lękowe u człowieka jest chyba większe niż u zwierząt. Z niepewnością w sprzeczności pozostaje zdolność adaptacyjna znacznie większa u człowieka niż u zwierząt. Wiadomo, że żadne zwierzę nie wytrzyma tego, co wytrzymać potrafi człowiek. Im układ, zarówno techniczny, jak biologiczny, jest bardziej skomplikowany, tym bardziej jest on labilny, tym trudniej mu utrzymać stałą równowagę - jest chwiejny i delikatny. Prawdopodobnie właśnie takie układy w procesie ewolucji wysuwają się jednak na pierwsze miejsce, gdyż ich zdolność adaptacji jest większa niż układów bardziej stabilnych. Ewolucja podąża w kierunku form coraz bardziej skomplikowanych, coraz bogatszych, mniej stabilnych i delikatniejszych. Rozwój metabolizmu informacyjnego a wzrost pogotowia lękowego Jeszcze jeden czynnik wpływa na to, że pogotowie lękowe u człowieka jest większe niż w świecie zwierzęcym; czynnikiem tym jest niezwykły rozwój metabolizmu informacyjnego. Dzięki niemu człowiek swymi strukturami czynnościowymi daleko wykracza poza konkretność życia; jego świat fantazji jest znacznie bogatszy niż u zwierząt. Lęk nie jest tylko sygnałem konkretnego zagrożenia, ale tego, które w tym świecie fantazji się tworzy. Człowiek więcej boi się tworów własnego umysłu niż konkretnej rzeczywistości. Powstaje u człowieka sytuacja zgoła paradoksalna: warstwa ochronna metabolizmu informacyjnego, która chroni żywe istoty przed bezpośrednim kontaktem z otaczającą rzeczywistością, staje się przez swój niezwykły rozrost nieraz traumatyzująca, w niej bowiem powstają abstrakcyjne struktury czynnościowe, które same stają się źródłem sygnałów lękowych. Świat, który człowiek dzięki metabolizmowi informacyjnemu sam sobie stwarza, jest dla niego nieraz głównym źródłem lęku. Świat ten niejednokrotnie daleko odbiega od świata realnego i im bardziej od niego się oddala, im bardziej staje się światem własnym, a nie wspólnym, podobnym do światów innych ludzi, tym bardziej zmienia się ze świata dnia w świat nocy, tym bardziej zapełnia się strukturami normalnie tkwiącymi poniżej progu świadomości, tym bardziej jest tajemniczy, nieodgadniony i straszny. Źródło lęku ludzkiego nie tkwi tylko na zewnątrz, w otaczającym świecie, ale w samym człowieku, w tym, co tworzy on jako warstwę ochronną przed bezpośrednim zetknięciem się z otaczającą go rzeczywistością. W aspekcie historycznym warstwa ochronna (sfera duchowa) zawiera różnego rodzaju struktury czynnościowe, które niegdyś były sygnałami grożącego z zewnątrz niebezpieczeństwa; obecnie wprawdzie się zdezaktualizowały, nadal jednak straszą w obrazach sennych i w psychozach. Pamięć ludzka nie jest prawdopodobnie tylko pamięcią ontogenetyczną, tj. obejmującą indywidualne życie danej jednostki, ale też pamięcią filogenetyczną, mieszczącą w sobie przebieg całej ewolucji. Ta pamięć znajduje się poniżej progu świadomości, jak wszelkie struktury stare, i tylko przelotnie i fragmentarycznie

41

ujawnia się powyżej progu świadomości, w treści marzeń sennych, w treści przeżyć psychotycznych, a także w niezwykłych napięciach lękowych. Te niezbadane warstwy psychiki, które znajdują się poniżej progu świadomości, nie poddają się wysiłkowi integrującemu człowieka, zawsze są chaotyczne, nieokiełznane i grożą rozbiciem normalnego porządku dnia. Człowiek jest zagrożony nocą swej podświadomości i to jest jednym ze źródeł jego pogotowia lękowego, a zwłaszcza lęku przed chorobą psychiczną. Lęk przed samotnością Dla ludzi skażonych nerwicą lęk przed samotnością jest zjawiskiem dość powszechnym. Boją się oni zostać sami, w samotności ogarnia ich uczucie niepokoju, dochodzące nieraz do paroksyzmu panicznego lęku. Ich fantazja pracuje gorączkowo w takich sytuacjach. Z otaczającej rzeczywistości wyłaniają się koszmary grożącego niebezpieczeństwa, zarówno zewnętrznego, jak wewnętrznego. Mają obawy, że ktoś ich napadnie, zgwałci, zabije; zamykają skrzętnie drzwi i okna, sprawdzają zamknięcie, barykadują się, ale to wcale nie zmniejsza ich napięcia lękowego. Nie mogą zasnąć, bo wciąż są napięci, budzi ich każdy szmer, gdyż najmniejszy szelest jest sygnałem zagrażającego niebezpieczeństwa. Poczucie zagrożenia może pochodzić z wewnątrz. Człowiek taki w samotności wsłuchuje się w odgłosy swego ciała; drobne dolegliwości, doznania cielesne bez większego znaczenia nabierają w jego fantazji katastroficznych rozmiarów, są zwiastunami choroby nowotworowej, zawału, choroby wenerycznej itp. W samotności odchodzi się mimo woli od porządku dnia, integracja życia psychicznego na ogół słabnie, wychodzą z podświadomości tkwiące tam struktury, nieraz potworne i zatrważające, nie można uporządkować swych myśli i uczuć. Odczuwa się chaos, człowieka ogarnia lęk przed chorobą psychiczną. Obecność drugiej osoby zazwyczaj zmniejsza napięcie lękowe cierpiących na nerwicę, czują się oni spokojniejsi, bezpieczniejsi. Często unikają samotności, szukają towarzystwa, starają się być rozmowni. Nieraz własny potok wymowy łagodzi ich napięcie lękowe. Nerwicowa hiperaktywność, rzucanie się w wir życia, nadmierne życie towarzyskie i społeczne, ustawiczne podróże, unikanie skupienia i samotności, typowe dla naszej cywilizacji, w znacznej mierze wywodzą się z nerwicowego lęku przed samotnością. Człowiek współczesny z trudem toleruje własną samotność, może dlatego, że bardziej niż w innych epokach zachwiane są jego zdolności porządkowania własnego życia psychicznego, zagraża mu większe niebezpieczeństwo rozbicia tegoż porządku, ponieważ w samotności silniej odczuwa się własną dezintegrację. Dziecko a samotność Dzieci nieraz odczuwają dotkliwie lęk przed samotnością, a zwłaszcza przed samotnością w ciemności. Do pewnej granicy samotność pociąga dzieci, snują w niej swoje marzenia, zaludniają tworami własnej fantazji, samotność jest dla nich wolną przestrzenią, w której mogą realizować swobodnie swe bogate struktury czynnościowe. Dzieci zbyt towarzyskie, nie spędzające ani chwili w odosobnieniu, na ogół mają uboższe życie duchowe niż te, które są bardziej samotne. Powyżej pewnej granicy samotność zaczyna być jednak straszna, wypełnia się niesamowitymi tworami fantazji. Człowiek chce się przed nią schronić w bezpieczne miejsce, między ludzi. Szczególnie zmrok i noc są porami, w których wyłaniają się z podświadomości ukryte struktury czynnościowe i zapełniają pustą przestrzeń samotnego człowieka. Wyobraźnia dziecka jest żywsza niż człowieka dorosłego, dzieciństwo jest bowiem okresem życia, w którym najintensywniej tworzą się nowe struktury czynnościowe; jest to najbardziej dynamiczny okres metabolizmu informacyjnego, a kontakt z rzeczywistością jest jeszcze za słaby, by potencjalne struktury czynnościowe o niskim współczynniku prawdopodobieństwa uległy całkowitej eliminacji, jak to się dzieje w późniejszych okresach życia. W dzieciństwie zatem obok struktur realnych istnieją nierealne (tj. o niskim współczynniku prawdopodobieństwa). Dziecko łatwiej niż dorosły wkracza w krainę baśni, ale baśń ta bywa nieraz przerażająca. Dziecko boi się ciemności i nocy, bo w nich właśnie najłatwiej przekracza się granicę, poza którą samotność przestaje być pociągająca, a przeraża tylko tym, co nieznane, straszne, zatrważające. Dziecko, kładąc się do snu, nie chce zerwać kontaktu z realną

42

rzeczywistością, trzyma za rękę matkę lub ojca, a gdy ich nie ma, przytula do siebie swego misia. Oni są reprezentantami świata rzeczywistego, macierzyńskiego środowiska, które otacza dziecko. Społeczny charakter życia Częstym tematem snów wielu ludzi jest wątek zagubienia; są zagubieni w wielkich miastach, w hotelach z tysiącami drzwi, w korytarzach, z których nie można się wydostać, błąkają się po pustkowiach, wśród skał, wąwozów, w tajemniczych zamkach, gdzie drzwi same się otwierają i zamykają, i z których w żaden sposób nie można znaleźć wyjścia. Gubią najdroższe im osoby, nigdzie nie mogą ich znaleźć, osoby te w ostatniej chwili gdzieś znikają: na pustkowiu, w tłumie, w zaklętych budowlach, w pociągach, które mkną w nieznane. Śniący zostaje sam w swym poszukiwaniu bliskiego człowieka. Z ulgą budzi się i stwierdza, że znajduje się z powrotem wśród ludzi. Lęk przed samotnością wskazuje na istotną cechę człowieka, a także prawdopodobnie innych żywych istot, mianowicie, na społeczny charakter życia. Życie jest niemożliwe w samotności, indywidualny wysiłek jest zbyt słaby, by mogło się ono indywidualnie utrzymać. Utrzymanie życia stało się możliwe dzięki jego kolektywnemu charakterowi. Niezwykła rozrzutność prokreacyjna przyrody ożywionej wskazuje między innymi na jakby z góry powzięte założenie, że o przetrwanie walczyć się będzie razem, że żadna żywa istota nie będzie zostawiona sobie samej. W walce z niebezpieczeństwami otaczającego środowiska szczególnie wyraźnie występuje zjawisko większej siły kolektywu od siły poszczególnej jednostki ("my" silniejsze niż "ja"). Prawo zachowania życia gatunku ma charakter wyraźnie społeczny, nie można go zaspokoić w indywidualny sposób, do jego spełnienia konieczne jest złączenie z przedstawicielem tego samego gatunku i z niego wywodzą się pierwotne grupy społeczne (rodzina, szczep itp.). Jeśli metabolizm energetyczny spełnia się indywidualnie, to otoczenie społeczne potrzebne jest tylko do zdobycia koniecznych do życia substancji; zwłaszcza we wczesnym okresie rozwoju, gdy się jest jeszcze niesamodzielnym (środowisko macierzyńskie), metabolizm informacyjny jest zjawiskiem całkowicie społecznym. Wymiana informacji dokonuje się przede wszystkim między przedstawicielami tego samego gatunku. Tworzą oni wspólny świat znaków i symboli, który ułatwia kontakt z otaczającą rzeczywistością. Odizolowanie więc od kontaktów ze społecznym otoczeniem godzi bezpośrednio w życie, a szczególnie w prawo zachowania gatunku i w metabolizm informacyjny. Lęk przed samotnością byłby zatem zbliżony do lęku przed śmiercią. Pośrednio bowiem samotność równa się śmierci. Dlatego noc, gdy człowiek z konieczności staje się samotny, kojarzy się tak często ze śmiercią. Noc jest symbolem śmierci. Śmierć jest snem wiecznym. Prawdopodobnie lęk przed samotnością tkwi głęboko w człowieku, występuje on wyraźniej w dzieciństwie, a także we wszystkich stanach nerwicowych. W dzieciństwie człowiek z natury rzeczy jest słabszy, a w nerwicy siła jego słabnie na skutek nerwicowej dezintegracji. Non timebis a timore nocturno. Noc zbliża człowieka do nieznanego, do tego, co w nim i w otaczającym świecie skryte, co ginie w świetle dnia, a odsłania swą twarz dopiero w nocy. Lęk przed samotnością nocy jest lękiem przed nieznanym. Jest lękiem przed zagładą bytu. Lęk sumienia Sygnał lękowy odgrywa rolę jakby urządzenia sterowniczego, pod którego wpływem zmienia się kierunek ruchu żywego ustroju. Pojęcie ruchu użyte jest tu w najszerszym zakresie, jako wszelkiej formy przeżycia i zachowania. Sygnał lękowy steruje aktywnością ustroju zależnie zarówno od sytuacji zewnętrznej (zagrożenie z zewnątrz), jak i sytuacji wewnętrznej ustroju (zagrożenie z wewnątrz). Istnieje jednakże jeszcze trzecie pole, z którego może pochodzić sygnał lękowy. Polem tym jest własny układ sprzężenia zwrotnego, układ samokontroli, który sygnalizuje, czy dana czynność została wykonana właściwie czy niewłaściwie.

43

Różne rodzaje i poziomy układów kontrolujących Układy samokontroli w ustrojach żywych mają rozmaite poziomy integracyjne, od najniższych, obejmujących wybiórcze funkcje ustroju, do najwyższych, kontrolujących całe zachowanie ustroju. U człowieka ten najwyższy poziom integracyjny odczuwany jest jako "głos sumienia". Samokontrola dotyczy wówczas najwyższych i najbardziej skomplikowanych relacji człowieka z jego otoczeniem i z samym sobą, relacji w aspekcie porządku moralnego. Sumienie jest najczulszą częścią autoportretu. Autoportret, czyli obraz własnej osoby, można uważać za świadomą część układu samokontroli. Powstaje on na zasadzie sprzężenia zwrotnego, część informacji wychodzących z ustroju wraca do niego, stając się w ten sposób informacjami zwrotnymi, dającymi obraz tego, jak aktywność ustroju została przyjęta w otoczeniu. Dzięki tym zwrotnym informacjom plan aktywności zostaje odpowiednio zmodyfikowany, by stać się bardziej dostosowany do sytuacji. Autoportret nie jest czymś jednolitym, składa się z wielu fragmentów, częściowych obrazów aktywności człowieka. Tworzą one jak mozaika całościowy obraz. Przypominają się niezwykłe rysunki genialnego schizofrenika, Edmunda Monsiela, który obrazy swoich groźnych postaci budował z niekończącej się liczby brodatych, poważnych twarzy. Kontrolujemy się w różnych rolach, do których zmusza nas życie. W jednych możemy być lepsi, w innych gorsi; scalenie poszczególnych opinii o samym sobie daje całościowy obraz własnej osoby. Zadania i role człowieka zmieniają się z wiekiem, toteż i autoportret ulega zmianie, ale jak się wydaje, zasadniczy jego schemat pozostaje niezmienny. Prawdopodobnie na skutek wpływów genetycznych, a także wczesnych doświadczeń życiowych utrwalają się określone mechanizmy sprzężenia zwrotnego, tak iż nasz autoportret ma zawsze pewne skrzywienie, nigdy nie widzimy siebie całkiem obiektywnie. Każda nasza aktywność jest kontrolowana; gdy wykonujemy ruch ręką, strumień sygnałów płynących z mięśni i ścięgien informuje odpowiednie ośrodki ruchowe w rdzeniu i w wyższych sektorach ośrodkowego układu nerwowego o tym, jak dany plan ruchowy został wykonany. Gdy na coś patrzymy, strumień sygnałów biegnący w odwrotnym kierunku, tj. z wyższych ośrodków nerwowych do obwodowego analizatora, dopasowuje dopływ informacji z otoczenia do aktualnego planu czynnościowego ustroju. W ten sposób widzimy to, co jest nam potrzebne. Większość sprzężeń zwrotnych w układzie nerwowym operuje poniżej progu świadomości. Dotyczy to tych aktywności, które dzięki częstemu powtarzaniu uległy automatyzacji. Świadomość jest zarezerwowana dla aktywności nowych, trudnych, wymagających stałej korekcji. Nie wiemy jeszcze dokładnie, jak tworzy się nasz autoportret. Każda aktywność jest kontrolowana. W ten sposób otrzymujemy stale szereg raportów o poziomie wykonania różnych czynności, z których składają się nasze zachowanie i nasze przeżycia. Znaczna część tych sprawozdań nie dociera w ogóle do świadomości. Należy zatem przypuszczać, że autoportret składa się z części świadomej i nieświadomej. Część kontroli dokonuje się powyżej progu świadomości, ale znacznie większa poniżej. Rodzaje ludzkiej aktywności są tak różnorodne, że podzielenie ich systemów kontroli według sektorów aktywności nie jest łatwym zadaniem. Każda aktywność dobrze wykonana poprawia autoportret i tym samym samopoczucie, a źle wykonana - pogarsza. Większość aktywności związanych z wnętrzem naszego ciała jest kontrolowana poniżej progu świadomości, do świadomego autoportretu dociera tylko cień wydarzeń wewnątrzustrojowych w postaci ogólnego samopoczucia dobrego lub złego. Prawdopodobnie ten nieświadomy strumień informacji autoregulacyjnych z wnętrza ciała wpływa na ogólny koloryt autoportretu. Wiadomo, że przy dobrym fizycznym samopoczuciu człowiek ma lepszy obraz samego siebie, z przyjemnością przegląda się w lustrze, jest zadowolony wewnętrznie, a odwrotnie dzieje się w wypadku złego samopoczucia fizycznego. Dokładnie jednak, nawet będąc lekarzami, nie potrafimy określić, w którym miejscu kontrola pracy naszego organizmu dała negatywne wyniki, możemy najwyżej snuć na ten temat mniej lub bardziej słuszne hipotezy. Organizm sam, "na własną rękę", stara się skorygować własne błędy. Ruch zewnętrzny, tj. wywołany skurczem mięśni szkieletowych, znajduje się już pod częściowo świadomą kontrolą. Każdy ruch składa się z wielu elementów, z których tylko pewne znajdują się w polu świadomości. Na przykład zginając

44

rękę, nie zdajemy sobie sprawy, że mięśnie antagonistyczne ulegają rozluźnieniu, że postawa ciała ulega odpowiedniej do danego ruchu zmianie itp. Całe tło ruchowe rozgrywa się więc poza naszą świadomością. W miarę powtarzania danej aktywności ruchowej błędne jej formy zostają wyeliminowane, system kontroli jest coraz mniej obciążony i czynność, która wymagała dawniej świadomej kontroli, jest kontrolowana poniżej progu świadomości. Sygnalizowane świadomości jest tylko złe jej wykonanie, np. gdy jakaś litera napisze się nam krzywo lub gdy, idąc, źle postawimy nogę itp. Analogicznie jak kontrola czynności wegetatywnych, tak i kontrola zautomatyzowanych czynności ruchowych dociera w śladowej formie do naszej świadomości. Gdy czynności te przebiegają sprawnie, "w nagrodę" odczuwamy zadowolenie z siebie, nasz autoportret poprawia się. Może na tym między innymi polega poprawa nastroju, jaka zwykle występuje po fizycznym wysiłku, w czasie wycieczki, na nartach, podczas pływania itp. Ciało nasze wydaje się nam piękniejsze, sprawniejsze, młodsze. Jeśli chodzi o ruchy bardziej skomplikowane, np. związane z mową, z pracą ręki (artystyczną, rzemieślniczą itp.), to zwykle nie dochodzi w nich do całkowitej automatyzacji, są bowiem skomplikowane, wymagają wciąż innowacji, a tym samym wnikliwej kontroli. Tu też obowiązuje ogólna zasada, że dobrze wykonana czynność jest "nagradzana" dobrym samopoczuciem, koloryt autoportretu rozjaśnia się, a złe wykonanie jest "karane" złym samopoczuciem, koloryt autoportretu zaciemnia się. Obok jednak tego ogólnego tonu afektywnego, który dochodzi do świadomości także przy kontroli funkcji autonomicznych i zautomatyzowanych, w czynnościach świadomych, a tym samym wolicjonalnych, do świadomości dociera również obraz wykonanej czynności, tak iż świadomie można ją skorygować. Niezależnie więc od stopnia uświadomienia układ samokontrolujący dysponuje swoistym systemem nagród i kar. Nagrodą jest dobre samopoczucie, jakaś ogólna poprawa autoportretu, a karą złe samopoczucie związane z ogólnym zaciemnieniem autoportretu. System nagrody i kary System nagrody i kary oparty jest, jak na ogół wszystkie ważne aktywności ustroju, na zasadniczych uczuciach przyjemności i przykrości. Uczucia te skierowane są do własnej osoby, ale że uczucia nie mają ostrych granic, więc zwykle promieniują one na zewnątrz (jestem z siebie zadowolony, cały świat mnie cieszy). Można by w ich wypadku myśleć o zalążkach autoerotyzmu i autoagresji. Pozytywny wynik autokontroli wskazuje na zwycięstwo własnego planu nad entropią własną i otoczenia, własna entropia ustroju maleje. Nagrodą za to zwiększenie stopnia własnego porządku jest pozytywna ocena samego siebie, pozytywne uczucie w stosunku do własnej osoby (człowiek bardziej kocha samego siebie). Natomiast negatywny wynik samokontroli wskazuje na własną klęskę, porządek otoczenia i własna inercja zwyciężyła nad własnym planem aktywności, struktura czynnościowa została źle zrealizowana lub w ogóle nie zrealizowana, została tym samym w sferze struktur potencjalnych, prawdopodobnych, ale nie zrealizowanych, człowiek sam siebie nie sprawdził lub sprawdzenie to wypadło niedostatecznie. Znak uczuć żywionych do własnej osoby zmienia się na negatywny. Człowiek odczuwa niechęć do samego siebie, która może wzrastać aż do wyraźnej agresji, a własna inercja i bezsilność wobec otoczenia budzi w nim lęk. Ale jak w Chatce Puchatka jest powiedziane: "bo kiedy się jest Misiem o bardzo Małym Rozumku i myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą". Nigdy realizacja nie odpowiada planowi. Potencjalna struktura czynnościowa jest zawsze inna od struktury zrealizowanej. Zawsze więc układ samokontroli ma coś do sygnalizowania. Świadomość nasza byłaby więc stale nękana informacjami o błędach w wykonaniu planu. Co się tyczy czynności wegetatywnych i zautomatyzowanych, liczba błędów jest tu prawdopodobnie znacznie mniejsza, bo w przebiegu ewolucji złe wykonania zostały wyeliminowane. Natomiast w czynnościach świadomych margines błędu jest znacznie większy, gdyż są to aktywności trudniejsze i przeważnie nowe. W tym sektorze aktywności człowiek odczuwa najsilniej swoje błędy i niedociągnięcia, stale musi siebie korygować. Możliwe, że właśnie na tym polega indywidualny wysiłek ewolucyjny. Przyjmując za prawdziwą tezę Puchatka

45

o niedoskonałości wykonania, należałoby współczuć człowiekowi, że wciąż jest nękany swoistymi "wyrzutami sumienia", iż daną rzecz nie dość dobrze wykonał. Układ samokontroli nie działa jednak jak automat, jego ocena zmienia się zależnie od sytuacji wewnętrznej ustroju i od warunków otoczenia. Czasem jest bardziej tolerancyjny, a czasem znów surowy. Poza wahaniami związanymi z aktualną sytuacją wewnętrzną i zewnętrzną ustroju istnieje jakby stały poziom samokontroli u jednych wyższy, u innych niższy. Dzięki temu spotyka się ludzi stale z siebie niezadowolonych i takich, którzy są sobą zachwyceni. Poziom ten zależy od ogólnej dynamiki życiowej, która w znacznej mierze jest uwarunkowana konstytucjonalnie, a także od wcześnie nabytych doświadczeń życiowych. Między dynamiką życiową a poziomem samokontroli istnieje kolista zależność. Podwyższona dynamika osłabia układ samokontroli, a obniżona go zwykle podwyższa, i na odwrót, niski poziom samokontroli zazwyczaj zwiększa dynamikę życiową i poprawia nastrój (na tym między innymi polega euforyzujące działanie środków odurzających). Wysoki poziom samokontroli hamuje dynamikę życiową i tym samym pogarsza nastrój. Trzy fazy aktywności Każdą aktywność można by rozbić na trzy odcinki: plan, realizację i sprawdzenie. Każdy z tych odcinków rozgrywa się w różnych punktach czasowych. Plan dotyczy przyszłości, oczywiście uwzględniona w nim jest przeszłość (dotychczasowe doświadczenia w danej dziedzinie aktywności) i teraźniejszość (analiza aktualnej sytuacji), ale głównym terenem działania jest przyszłość. Realizacja dokonuje się głównie w teraźniejszości, oczywiście jest w niej też przeszłość i przyszłość, ale najważniejsze jest to, co dzieje się aktualnie samo dzianie się. W trakcie realizacji potencjalna struktura czynnościowa zamienia się w zrealizowaną, czyli przyszłość w przeszłość, jest to więc odcinek aktywności najbardziej dramatyczny. Domeną czasową sprawdzania jest przeszłość, plan już został zrealizowany, trzeba sprawdzić jego wykonanie, by następna aktywność wypadła lepiej. Powyższy trójdzielny schemat aktywności obowiązuje na różnych poziomach integracji, zarówno w stosunkowo prostych funkcjach autonomicznych, rozgrywających się poniżej progu świadomości, jak i w funkcjach najbardziej skomplikowanych, obejmujących całość ludzkiego zachowania się i wymagających świadomego wysiłku. Nawet całe ludzkie życie można by podzielić na trzy sektory: marzeń i planów, realizacji oraz bilansu. Rytm rozwojowy (rytm pór roku) w zależności od swego okresu przedstawia różne proporcje tych trzech sektorów: w dzieciństwie i wczesnej młodości przeważają plany i marzenia, w późnej młodości i w wieku dojrzałym realizacja, a na starość bilans. Młodość jest przesycona przyszłością, wiek dojrzały teraźniejszością, a starość przeszłością. W każdym sektorze odmienny jest stosunek do otaczającej rzeczywistości, w planowaniu jest ona przed nami, jeszcze nie znana, w działaniu jesteśmy w niej, a w bilansowaniu jest już za nami, odsłoniła nam swoją tajemnicę. W ten sposób działanie w otaczającym świecie łączy się zawsze z jego poznawaniem, nie można obu procesów od siebie oddzielić. Również rozmieszczenie przestrzenne w trzech sektorach aktywności jest inne. W planowaniu człowiek jest we własnej przestrzeni, przestrzeń ta jest zawsze bezpieczniejsza od przestrzeni wspólnej, zewnętrznej, w której ścierają się różne plany aktywności. Dlatego łatwo jest zazwyczaj planować, a trudno plan wykonać. W działaniu człowiek wkracza w przestrzeń zewnętrzną, wspólną dla wszystkich ludzi, z którymi jest w bezpośrednim i pośrednim kontakcie. Plan z chwilą wejścia w tę przestrzeń podlega dużemu ściśnieniu zewnętrznemu, aktywność innych ludzi, a także opór otoczenia, które ma ulec przekształceniu, ścierają go i deformują. Wreszcie w trzecim sektorze człowiek znów zamyka się we własnej przestrzeni, ale jest to już przestrzeń "skażona" zetknięciem ze wspólną przestrzenią i nigdy nie jest już własna i indywidualna jak w pierwszym sektorze działania. W sektorze sprawdzenia część otaczającego świata została jakby wchłonięta, ulega ona teraz "przetrwaniu". W ten sposób przestrzeń własna rozszerza się o przestrzeń wspólną, dokonuje się ekspansja w przestrzeni. Analogiczna ekspansja dokonuje się w czasie, gdy czas przyszły zostaje zamieniony na przeszły.

46

Nadzieja W związku z różnorodnym rozmieszczeniem trzech sektorów aktywności na współrzędnych czasu i przestrzeni inaczej w każdym z nich przedstawia się koloryt emocjonalny. Dla sektora planowania charakterystyczny jest kolor nadziei. Czasoprzestrzeń jest otwarta, można w nią śmiało rzutować swe plany i projekty. Uczucie nadziei wiąże się z poczuciem swobody poruszania się w tej czasoprzestrzeni. Gdy tej swobody nie ma, gdy nie mamy się gdzie poruszyć, gdy już nie ma wyjścia, wówczas nadzieja słabnie, aż w końcu znika zupełnie, jak to np. dzieje się w depresji. Zagadnienie nadziei jest sprawą istotną dla utrzymania życia. Nie wiemy, czy to uczucie występuje świadomie u zwierząt, ale założenie, że życie zwycięży, jest jakimś podstawowym aksjomatem przyrody ożywionej. Zjawisko życia jest czymś tak niezwykłym we wszechświecie i, logicznie biorąc, z góry skazanym na zagładę, że wytłumaczenie, dlaczego życie rozpleniło się na naszej planecie, wymaga irracjonalnej wiary w samo życie. Ta wiara jest swoistą biologiczną nadzieją w zwycięstwo własnego porządku nad porządkiem otoczenia. Nie znając subiektywnego aspektu życia (z wyjątkiem przeżyć ludzkich, których znajomość jest i tak wciąż nikła), nie możemy wniknąć w zasadnicze jego aspekty, traktujemy je zbyt mechanistycznie, jak przedmioty martwe lub urządzenia techniczne, którymi można swobodnie operować. Przy takim ujęciu stajemy bezradni wobec przepaści między przyrodą nieożywioną i ożywioną; jak dotąd nie potrafimy jej przeskoczyć. Gdybyśmy dysponowali znajomością subiektywnego aspektu życia, gdybyśmy wiedzieli, co i w jaki sposób przeżywają istoty żywe, nawet na najniższych szczeblach rozwoju, prawdopodobnie łatwiej byłoby nam zrozumieć, na czym polega życie. Ponieważ jest to jednak niemożliwe, jesteśmy skazani na domysły i nie dające się zweryfikować hipotezy. Przez biologiczną nadzieję można rozumieć tkwiącą w każdym żywym układzie zaprogramowaną przyszłość. W jakimś odsetku musi się ona zrealizować. Ta zaprogramowana własna przyszłość zakłada zwycięstwo porządku ustroju nad porządkiem otoczenia, zwycięstwo własnej negatywnej entropii. W rytmie pór roku największe nasycenie tą biologiczną nadzieją przypada na wiosnę, czyli na dzieciństwo i młodość. W każdym jednak poszczególnym działaniu nadzieja występuje w śladowej formie. Bez niej nie podejmowałoby się żadnego działania, z góry przyjęłoby się własną klęskę i nie ruszałoby się z miejsca. Każde działanie ma swoją "wiosnę", "lato" i "jesień", a w końcu "zimę", tzn. ten etap końcowy, gdy już nawet nie ocenia się zrealizowanej struktury czynnościowej, gdy została ona odłożona do lamusa pamięci, by może kiedyś być znów reaktywowana (rytm śmierci i "zmartwychwstania" przyrody ożywionej). Pierwszy więc sektor aktywności musi być z natury rzeczy optymistyczny, musi w nim tkwić wiara we własne zwycięstwo. Musi też istnieć poczucie wolnej czasoprzestrzeni, w którą można projektować własne plany aktywności. W miarę przybywania doświadczeń życiowych obszar wolnej czasoprzestrzeni zacieśnia się. Istnieje odwrotna korelacja między czasoprzestrzenią potencjalną, tzn. tą, w którą rzutuje się plany aktywności, a czasoprzestrzenią zrealizowaną, tzn. tą, którą już się przeżyło, która należy do czasu przeszłego, w której porównuje się dawne plany z ich wykonaniem. Im czasoprzestrzeń potencjalna, tj. przyszła, jest większa, tym mniejsza jest czasoprzestrzeń zrealizowana, tj. przeszła. Czyli w miarę ekspansji w otaczający świat rozszerza się czasoprzestrzeń przeżyta kosztem czasoprzestrzeni potencjalnej (przyszłej). Gdy czas i przestrzeń przed nami się kurczą, to rozszerzają się za nami. W ten sposób idzie się naprzód w czasie i przestrzeni. Realizacja Drugi sektor aktywności jest najważniejszy, gdyż w nim dokonuje się realizacji planu. Wychodzi się z własnej czasoprzestrzeni w otaczający świat i próbuje się własnych sił w pokonaniu przeszkód, jakie napotyka w nim realizacja własnych planów. Jest to sektor sprawdzenia siebie i otaczającego świata. Dzięki własnemu działaniu człowiek ma poczucie rzeczywistości, zarówno własnej osoby, jak i otoczenia. Żyjąc tylko w czasie przyszłym lub przeszłym i tylko we własnej czasoprzestrzeni, straciłby on kontakt z rzeczywistością, żyłby tylko marzeniami i wspomnieniami, jeśliby miał co wspominać. Przeszłość

47

bowiem może tylko tworzyć się z przyszłości i teraźniejszości. A nawet przyszłość subiektywna, gdy nie jest zasilana stałym stykaniem się z rzeczywistością i nie jest przekształcana w teraźniejszość i przeszłość, ulega stopniowo atrofii, marzenia i plany kurczą się, ostaje się tylko pustka bez granic czasowych i przestrzennych. Przykładem takiej pustki jest schizofreniczny "bezstan". Jeśli w pierwszym i trzecim sektorze aktywności człowiek porusza się przede wszystkim w czasie, w czasie przyszłym w planowaniu, a w czasie przeszłym w ocenianiu własnej aktywności, to w sektorze działania porusza się on głównie w przestrzeni. Czas jest mniej ważny, ważna jest przestrzeń, którą się aktualnie pokonuje, która z przestrzeni obcej staje się własną, przeżytą. Cechą bowiem drugiego sektora aktywności jest ruch, a pierwszego i trzeciego spoczynek. Planuje się i wspomina w skupieniu, działa w ruchu. Przestrzeń zdobywa się aktywnością zewnętrzną, tj. ruchem, czas - aktywnością wewnętrzną, tj. planowaniem i wspominaniem. Czas jest miernikiem ciągłości, trwania życia, jest w nim nadzieja na to, co będzie, i wspomnienie tego, co było, ma on w sobie coś z zadumy i spokoju. Czas jest młody i stary zarazem i tak go się zresztą zwykle symbolizuje w postaci starca lub małego dziecka. Sektor drugi, czasu teraźniejszego, aktywności, jest przede wszystkim przestrzenny. Tutaj nie są już ważne czas przyszły ani przeszły, ale samo dzianie się; wychodzi się z przestrzeni własnej, zamkniętej w przestrzeń otaczającego świata; realizuje się własne plany aktywności przez wyrzucenie ich z przestrzeni własnej w przestrzeń otaczającego świata, która dzięki temu z obcej staje się przestrzenią przeżytą. Opór rzeczywistości, tj. przestrzeni otaczającego świata, zmusza do stałej korekcji planów aktywności. W trakcie działania aktywność zostaje więc rozbita na bardziej fragmentaryczne plany, które są korygowane w zależności od ich wykonania. Ten więc środkowy sektor (działania) zostaje rozbity na mniejsze sektory planowania, działania i oceniania. Ale w nich odcinki czasu są już bardzo krótkie, mieszczą się w odcinku czasu teraźniejszego. Aktywność ruchowa, która dominuje w drugim sektorze, przeżywana jest z pewnym uczuciem odprężenia, wyładowania napięcia. W trakcie ruchu metabolizm energetyczny przesuwa się w kierunku procesów katabolicznych, to samo można by powiedzieć o metabolizmie informacyjnym. Wewnętrzny porządek zostaje wyrzucony na zewnątrz i w zewnętrznej przestrzeni ulega większemu lub mniejszemu rozbiciu. Plan jest zawsze bardziej spoisty niż jego realizacja. Realizacja planu wymaga nakładu energetycznego, część zmagazynowanej w ustroju energii w postaci zorganizowanej substancji ustrojowej musi ulec rozbiciu, by dostarczyć potrzebnej energii do wykonania ruchu. Zasadniczy rytm życia: budowy i niszczenia, śmierci i zmartwychwstania, jest uchwytny też w poszczególnych fazach aktywności. Pierwsza i trzecia są zbliżone do procesów anabolicznych, wzrasta w nich negatywna entropia ustroju, druga zaś bliższa jest procesom katabolicznym, negatywna entropia ustroju maleje, a powinna wzrastać negatywna entropia otoczenia. Aktywność zewnętrzna ustroju bowiem stwarza, a przynajmniej powinna stwarzać pewien porządek w otoczeniu. Interakcja żywego ustroju z otoczeniem ma charakter jakby pulsujący: faza skupienia się w sobie, planowania, faza wyrzucenia planu aktywności na zewnątrz, zetknięcie się i starcie z zewnętrznym środowiskiem, ekspansja w otaczającą przestrzeń i znów faza zamknięcia się w sobie, przeżuwania tego, co się dokonało, robienie bilansu. Bilans W fazie trzeciej, sprzężenia zwrotnego, analizuje się informacje dotyczące sposobu wykonania planu aktywności. Stosownie do nich plan ten się modyfikuje i ewentualnie podejmuje się aktywność na nowo lub z niej rezygnuje. Jeśli pierwsza faza sięga w czas przyszły, to trzecia zatrzymuje się nad czasem przeszłym. W pierwszej fazie czas przyszły jest jeszcze nie znany, budzi niepokój, w trzeciej fazie przemienia się on w czas przeszły, jest już czasem dokonanym, którego zmienić nie można; jeśli budzi uczucia negatywne, co zresztą nierzadko się zdarza, to nie jest to niepokój związany z nieznaną przyszłością, ale niepokój, niezadowolenie, niechęć do siebie i do otoczenia, że realizacja

48

wypadła inaczej niż się planowało; niepokój jest wypadkową uczuć negatywnych wywołanych oceną wykonania planu. Analizując genezę lęku, należy rozróżnić lęki związane z przyszłością od lęków związanych z przeszłością. Trzecia faza jest fazą przetrawiania, w niej czas niegdyś przyszły i przestrzeń niegdyś obca, z którymi ustrój zetknął się bezpośrednio w fazie drugiej, zostają uporządkowane, przekształcone na czas przeżyty i na przestrzeń własną, w której są jednak elementy przestrzeni wspólnej; porządek otoczenia zostaje tu włączony w porządek własny ustroju. Koloryt emocjonalny trzech faz aktywności Kontrola nigdy nie jest sprawą przyjemną, zwłaszcza gdy z góry trzeba założyć, iż wykonanie nie dorówna planowi, co wynika z samego charakteru zetknięcia się z rzeczywistością, stawiającą opór i mającą swoisty porządek, który trzeba przezwyciężyć. Dlatego w trzeciej fazie przeważają na ogół uczucia o znaku ujemnym. Każda faza ma nieco inny odcień uczuciowy. W pierwszej fazie dominuje nadzieja i lęk przyszłości. Przyszłość nęci, ale też przeraża tym, co jest nieznane. Trzeba stale przezwyciężać swój lęk, by iść naprzód. Faza druga jest fazą wyładowania, działając na zewnątrz odczuwa się ulgę wyładowania; to, co nagromadziło się w środku, zostaje wyrzucone, plan aktywności przenika cały organizm, działa się całą swoją osobą. Ta faza jest jakimś odbiciem aktu prokreacyjnego; własny plan, wprawdzie nie genetyczny, ale będący strukturą czynnościową, zostaje wyrzucony na zewnątrz, tworzy się z niego coś nowego w otaczającym świecie. Ten element twórczy stanowi o jego pozytywnym tonie afektywnym. Drugim elementem jest sam ruch, który zawsze zmniejsza wewnętrzne napięcie, już przez sam fakt przesunięcia równowagi w kierunku procesów katabolicznych. Zbyt długie trwanie procesów anabolicznych prowadzi do stopniowego wzrostu wewnętrznego napięcia, po którym musi dojść do wyładowania, czyli do przejścia na stronę przewagi procesów katabolicznych. Oba rytmy bardzo wyraziście występują w czasie aktu seksualnego: narastanie podniecenia, gdy przeważa układ parasympatyczny (a wiec przewaga procesów anabolicznych), i wyładowanie, gdy przeważa układ sympatyczny (a więc przewaga procesów katabolicznych). Model ten jednak stosuje się właściwie do każdej aktywności, tylko że wówczas nie manifestuje się tak dramatycznie. Uczucia ujemne w czasie drugiej fazy działania wiążą się przede wszystkim z oporem stawianym przez otoczenie. Opór budzi agresję, przeszkodę, która utrudnia, a nieraz uniemożliwia realizację własnego planu; chciałoby się ją zniszczyć, niechętnie przyjmuje się własną klęskę i zwycięstwo otoczenia, a jednak wymaga tego kontakt z rzeczywistością. W drugiej fazie aktywności nie jest ważne to, co było i co będzie, ale to, co jest. Człowiek rzutuje się wtedy przede wszystkim w przestrzeni, a nie w czasie. Zwycięża i jest zwyciężany. Podnieca go samo działanie, walka z oporem środowiska. W tej dopiero fazie odczuwa się cały smak życia. Marzenia bowiem o przyszłości i wspomnienia przeszłości są tylko cieniem rzeczywistości, czymś na kształt snu. Prawdziwą rzeczywistość odczuwa się tylko w drugiej fazie aktywności. Trójfazowy charakter impulsu nerwowego Trójfazowy model aktywności wskazuje na to, że żywy ustrój musi się przygotować do bezpośredniego zetknięcia ze swoim otoczeniem, a następnie to zetknięcie jakby przetrawić. Jest to dość powszechny model w przyrodzie ożywionej. Wspomniano, że szczytowe zespolenie się z otoczeniem, jakie osiąga się w akcie seksualnym, też przebiega w trzech fazach, odpowiadających fazom aktywności. Analogiczną fazowość można prześledzić w tworzeniu się impulsu nerwowego. W pierwszej fazie komórka nerwowa zbiera informacje dochodzące do niej z różnych części układu nerwowego i z receptorów; tworzą się miejscowe zmiany potencjału elektrycznego (tzw. potencjały generacyjne). Z tych licznych informacji tworzy się ostateczna decyzja neuronu, przyjęcie postawy "do", czyli otwarcie się w stosunku do otoczenia, tj. zmniejszenie nieprzepuszczalności błony komórkowej (depolaryzacja), lub przeciwnie, przyjęcie postawy "od", jeszcze większe odcięcie się od otoczenia, tj. zwiększenie nieprzepuszczalności błony komórkowej

49

(hiperpolaryzacja). Jest to faza maksymalnego wyładowania neuronu na zasadzie mechanizmu "wszystko lub nic". Zasada ta obowiązuje zresztą w każdym działaniu i odczuwana jest subiektywnie jako wyładowanie własnej energii. W trzeciej fazie komórka nerwowa znów "zamyka się w sobie", staje się nawet bardziej oporna na sygnały zewnętrzne niż w fazie pierwszej (tzw."okres refrakcji). W tej fazie znów mają przewagę procesy anaboliczne, komórka buduje z powrotem swój porządek, chwilowo rozbity przez przewagę procesów katabolicznych w drugiej fazie. Charakterystyczne dla pracy komórki nerwowej jest to, że druga faza przebiega w niej na zasadzie reakcji spustowej ("wszystko lub nic"). Wyładowanie jest takie samo niezależnie od działających na komórkę bodźców. Istnieje tylko alternatywa "do" (depolaryzacja) lub "od" (hiperpolaryzacja). Innych możliwości nie ma. Częściowa utrata indywidualności w drugiej fazie aktywności Nie można tego modelu zastosować do analizy całościowego zachowania człowieka czy zwierzęcia. Aktywność zewnętrzna bowiem różne przybiera formy i na pewno jest zależna od działających bodźców i sytuacji. Niemniej w drugiej fazie aktywności, gdy dochodzi do zwarcia się z otoczeniem, występują reakcje, które są niezależne od aktualnej sytuacji, są dawniej już wypracowaną formą, a wyrzuconą w tej fazie maksymalnego wyładowania. Reakcje i przeżycia, które trudno nam zmienić w trakcie samego działania, zostają wyrzucone na zewnątrz nieraz wbrew naszej woli, trudno nam nad nimi zapanować. Starcie z otoczeniem zewnętrznym rozgrywa się na scenie, nad którą nie mamy już w pełni władzy, ponieważ nie tylko nie panujemy nad "aktorami" świata zewnętrznego, ale też nad własnymi, tj. nad realizowanymi strukturami czynnościowymi. W fazie pierwszej wydawało się nam, że te struktury są nam posłuszne, że potrafimy pokierować nimi wedle naszej woli, teraz w fazie drugiej, w wolnej przestrzeni otaczającego świata, wyzwalają się one spod naszej władzy, stają się do pewnego stopnia niezależnymi jednostkami. Często patrząc na siebie z boku dziwimy się, że zachowywaliśmy się właśnie w ten sposób, że w ten sposób kształtowały się nasze przeżycia, mamy nieraz wrażenie, jakby siedział w nas ktoś inny i nami kierował. Dzieje się tak zwłaszcza w tych wypadkach, gdy zderzenie z otaczającym światem ma przebieg dramatyczny i jest połączone z silnym wyładowaniem emocjonalnym. Gdy bowiem zaangażowanie w starciu z rzeczywistością jest słabe, z większą łatwością udaje się zachować postawę planowania, charakterystyczną dla pierwszej fazy aktywności, a także kontrolę nad sobą, typową dla fazy trzeciej. Gdy jednak zaangażowanie emocjonalne w starciu z otaczającą rzeczywistością jest duże, elementy planowania i kontroli, charakterystyczne dla pierwszej i ostatniej fazy, ustępują całkowicie przed dynamiką samego działania. Czas przyszły i czas przeszły zostają wyparte, liczy się tylko przestrzeń, w której rozgrywa się starcie. Człowiek rozpływa się w chwili teraźniejszej i przestrzeni otaczającego świata. Wychodzi poza swoje granice i tym samym zatraca w pewnej mierze poczucie swojej indywidualności, zespala się z otaczającym światem. By utrzymać swoją indywidualność, swoją zasadniczą strukturę, trzeba się zamknąć w swoich granicach, w swoim "zamku", w którym snuje się plany przyszłości i rozważa przeszłość. Indywidualność bowiem zawarta jest przede wszystkim w planie i w pamięci, one mają strukturę indywidualną ustroju, gdyż są rezultatem procesów budowy (anabolicznych). Struktura czynnościowa, która w drugiej fazie zostaje wyrzucona w przestrzeń zewnętrzną, jest całką procesów anabolicznych pierwszej i trzeciej fazy aktywności, ma więc tez charakter indywidualny. Indywidualność ta jednak nie jest wynikiem jednego tylko planu aktywności ani jednej kontroli, ale jakby sum wszystkich planów i kontroli. Struktura czynnościowa wyrzucona w drugiej fazie aktywności jest więc sygnałem swoistym dla danego ustroju, ale jest to swoistość sumaryczna, składająca się zarówno z planu genetycznego, jak i z różnych planów powstałych w ciągu dotychczasowego życia, a także z różnorodnych korekcji, które po każdym wykonaniu planu następowały. W tej całce gubi się nieraz indywidualny plan zastosowany do aktualnej sytuacji. Stąd pochodzi między innymi typowe dla każdej aktywności uczucie, że przecież inaczej chcieliśmy, a inaczej to wypadło. Stąd też rozbieżność między obrazem, jaki sami tworzymy o własnej osobie,

50

a obrazem, jaki otoczenie wytwarza o nas. Własny obraz jest oparty na strukturze czasowej, na tym jakimi chcielibyśmy być i jakimi widzimy siebie we wspomnieniu. Obraz naszej osoby wytworzony przez otoczenie oparty jest przede wszystkim na strukturze przestrzennej. Tworzy się z tych sygnałów, które zostały przez nas w otoczenie wyrzucone. Które struktury czynnościowe są bardziej autentyczne, tj. prawdziwiej odtwarzają to, co w danym człowieku jest najistotniejsze, czy te, które tworzą się w strukturach czasowych, planowania i samokontroli, czy też te, które powstają w bezpośrednim zetknięciu z otoczeniem, w strukturze przestrzennej? Pierwsze odczuwamy sami jako bardziej nasze, a drugie są prawdziwsze przez to, że stanowią syntezę dotychczasowych struktur czynnościowych. W każdym bowiem ruchu, czy będzie to słowo wypowiedziane, czy napisane, czy gest, czy skrzywienie twarzy, czy postawa ciała, zawiera się dany człowiek. Możemy go bez trudności rozpoznać po charakterze pisma, po sposobie chodzenia lub mówienia. W każdym szczególe zawarta jest całość, dotychczasowe plany i doświadczenia. Z drugiej jednak strony wejście w przestrzeń wspólną, w której obok naszych struktur czynnościowych znajduje się wielka liczba struktur czynnościowych innych ludzi - zarówno tych, z którymi obecnie się spotykamy, jak i tych, których ślad zachował się w tej wspólnej przestrzeni, mimo że sami już dawno odeszli (dziedziczenie społeczne) - a także struktur czynnościowych świata zwierzęcego, gdyż one też nie są bez wpływu na nasze formy zachowania, zwłaszcza wówczas, gdy żyje się bliżej świata przyrody - powoduje, iż wyrzucone przez nas we wspólną przestrzeń nasze struktury czynnościowe ulegają, jak kamienie w wartkim prądzie rzeki, wygładzeniu, dopasowują się do struktur przeważających w danej chwili w tej wspólnej przestrzeni. Poza tym ustrój, analogicznie jak w wypadku sygnałów dochodzących do niego z otoczenia, dokonuje selekcji. Na zewnątrz wypuszczone są tylko te sygnały (struktury czynnościowe), które mogą być akceptowane we wspólnej przestrzeni. Na skutek tego często się zdarza, że to, co w planowaniu i w kontrolowaniu jest oryginalne i nieraz wielkie, po wyrzuceniu na zewnątrz staje się zwykłe i banalne. Zazwyczaj człowiek czuje się w strukturze czasowej (planu i jego kontroli) większy i oryginalniejszy, niż jest nim w strukturze przestrzennej swego wyładowania w zewnętrznej aktywności. Przestrzeń wspólna, w przeciwieństwie do własnej, jest przestrzenią spraw drobnych i codziennych; wprawdzie i tu zdarzają się wielkie, oryginalne i zaskakujące otoczenie czyny, jednak wspólny charakter tej przestrzeni wymaga, by patos sygnałów indywidualnych został zamieniony na drobną monetę sygnałów dla każdego przystępnych. "Bo ludzie - jak pisze Zawieyski - mogą żyć tylko przez wspólnotę tego, co w nich jest małe i pospolite." I zdarza się niestety nierzadko, że człowiek zostaje z czasem starty i spłycony przez pospolitość wspólnej przestrzeni, jest coraz mniej sobą, a coraz bardziej przyjmuje obiegowe w niej struktury jako własne. Ma wówczas poczucie frustracji własnego życia, nigdy nie czuje się w pełni sobą, ma wrażenie, że stale musi grać kiepską komedię. Typologia a trzy fazy aktywności Wiele typologii ludzkich opiera się na podziałach wywodzących się z trzech faz aktywności. Introwertycy, schizotymicy byliby ludźmi, u których przeważa pierwsza lub trzecia faza działalności, czyli ludźmi, których aktywność koncentruje się w czasie, a mniej we wspólnej przestrzeni. U schizotymików koncentruje się raczej w czasie przyszłym, plany i marzenia są ich ulubioną aktywnością, a u psychasteników i ludzi o osobowości obsesyjnej (anankastycznej) - raczej w czasie przeszłym; przeżuwają oni każdą swą aktywność, system samokontroli jest zwykle u nich przesadnie rozbudowany. Ekstrawertycy, syntonicy, cyklotymicy byliby tymi, u których druga faza aktywności przeważa nad innymi, silniej łączą się oni ze swoim otoczeniem i bezpośrednie z nim zetknięcie stanowi dla nich istotny smak życia. Żyją bardziej przestrzenią niż czasem, ważniejsza jest dla nich chwila obecna niż przyszłość i przeszłość. Ludzie o histerycznym typie osobowości stanowiliby klasę pośrednią; istotne jest dla nich bezpośrednie zetknięcie z rzeczywistością, możność wyładowania się w działaniu, ale to wejście we wspólną przestrzeń ma u nich swoisty charakter;

51

plan i kontrola są w nim tak silne, że nigdy nie jest ono całkowicie spontaniczne, ale trochę sztuczne i teatralne. Histeryk wchodzi we wspólną przestrzeń jak aktor na scenę, chce wywrzeć wrażenie na otoczeniu, wykonać swój piruet. Nie jest to starcie struktur własnych ze strukturami przestrzeni wspólnej, w którym zwycięża się i zostaje zwyciężanym, ale manipulowanie sobą i otoczeniem jak lalkami w szopce, zarówno obraz własny, jak otoczenia jest nieprawdziwy, zgodny z żywionymi pragnieniami, a nie z rzeczywistością. W niektórych kręgach kulturowych kładzie się większy nacisk na pierwszą i trzecią fazę aktywności, są to kultury bardziej kontemplacyjne, skupione, w innych znów - na drugą fazę, gdy główny wysiłek ich członków koncentruje się na zewnętrznej aktywności i nieustannym przekształcaniu otoczenia. Także pewne zawody są bardziej kontemplacyjne, a inne bardziej aktywne. Warunki wychowania w dzieciństwie, atmosfera domowa, możliwość ekspansji w otaczającą przestrzeń itp. wpływają na to, że jedni ludzie koncentrują swą aktywność raczej na drugiej fazie, a inni - na pierwszej i trzeciej. W młodości, jak wspomniano, przeważa faza pierwsza, w wieku dojrzałym - druga, a na starość - trzecia. Wiele różnorodnych czynników wpływa więc na to, że rytm poszczególnych faz u każdego człowieka przedstawia się inaczej. Nie można jednak uwolnić się od tego rytmu, jest w nim bowiem pulsowanie granic oddzielających żywy ustrój od jego otoczenia; ustrój zamyka się we własnej przestrzeni, by znów otworzyć się do otaczającego świata. Jest też w tym rytmie dialektyka budowy i niszczenia (śmierci i zmartwychwstania); by coś nowego powstało, stare musi być zniszczone. Inaczej grozi skostnienie i zaskorupienie. To, co odczuwamy jako psychopatyczną osobowość, jest właśnie następstwem braku entropii, pewne struktury czynnościowe nie ulegają zniszczeniu i przeszkadzają człowiekowi w jego kontakcie z rzeczywistością, która wymaga zarówno budowy, jak i niszczenia struktur czynnościowych. W życiu społeczeństw też można obserwować kostnienie pewnych struktur czynnościowych, wskutek czego zostaje zahamowana ewolucja kultury. Dopiero gwałtowne wybuchy entropii w postaci rewolucji, wojen burzą starą strukturę, by w jej miejsce z czasem mogła wytworzyć się nowa, bardziej dostosowana do życia. Fakt, że wszystko, co żyje, musi umrzeć, i to nie tylko w życiu jednostki, ale całych społeczeństw, nie jest miły dla naszej świadomości. Niszczenie bywa okrutne i tragiczne; pocieszeniem jest to, iż życie toczy się dalej, po śmierci następuje zmartwychwstanie, po zimie wiosna. Przestrzeń indywidualna i wspólna Wejście w przestrzeń wspólną zmusza do wymiany siebie "na drobne"; to, co w nas wielkie, oryginalne, niezwykłe, musi być zamknięte w przestrzeni własnej, gdyż zazwyczaj przestrzeń wspólna nie może tego zaakceptować. Skazani jesteśmy na swą strefę intymności, nie możemy wyśpiewać tego, co czujemy, i zawsze jest w nas trochę z ogórka Gałczyńskiego, ogórka, "który nie śpiewa". Ale jednak są sytuacje w przestrzeni wspólnej, które zmuszają nas do zasadniczych decyzji i wypowiedzi; wtedy zdarza się sytuacja odwrotna; ta sytuacja nas przerasta, nie możemy zdobyć się na wyrzucenie w nią struktury czynnościowej odpowiedniej do niezwykłości stojącego przed nami zadania; czujemy się zbyt mali, brak nam odwagi, niekiedy jedynym wyjściem wydaje się śmierć i zdarza się, że po człowieku zostaje gest, słowo, czyn lub inna struktura czynnościowa wyrzucona we wspólną przestrzeń, ten znak rzucony otoczeniu staje się nieśmiertelny. Przestrzeń wspólna nie zawsze zatem obniża walor struktur czynnościowych, czasem zmusza ona człowieka do wyjścia poza swe własne granice, do okazania się większym, niżby sam przypuszczał. Przestrzeń wspólna jest przestrzenią sprawdzenia. W niej sprawdzają się struktury czynnościowe zaplanowane w fazie pierwszej, a z nimi sprawdza się cały człowiek, każda bowiem struktura jest jego całką, całką jego dotychczasowych planów i doświadczeń. W przestrzeni wspólnej wiele struktur własnych zostaje zniszczonych, przekształconych, jest w niej duży potencjał niszczenia. Jeśli proces entropii określamy symbolem śmierci, to w przestrzeni wspólnej czyha śmierć. Dlatego wejście w nią budzi lęk, ale jednocześnie pociąga, człowiek musi bowiem wciąż siebie sprawdzać, a poza tym ekspansja w otaczający świat jest podstawowym dążeniem wszystkiego, co żyje. Nie można uciec przed tym prawem

52

życia. Gdy lęk przed wspólną przestrzenią weźmie górę, jak to się dzieje np. w schizofrenii (izolacja od otoczenia, autyzm, występujące zazwyczaj jeszcze przed wybuchem ostrej psychozy), zamknięte w przestrzeni struktury czynnościowe zostają w sposób dramatyczny wyrzucone na zewnątrz. Świat wypełnia się wizjami, które dostały się z wnętrza na zewnątrz. Po tej erupcji świata własnego zostaje nieraz pustka, gdyż nie można już wrócić do wspólnej przestrzeni. Bywają też mniej dramatyczne wypadki wycofywania się ze wspólnej przestrzeni. Na przykład może ona być za ciasna, nie dawać człowiekowi możliwości rozwinięcia swych tendencji twórczych, czuje się w niej skrępowany, sfrustrowany; struktury czynnościowe w niej obowiązujące mogą być tak sprzeczne ze strukturami własnymi danego człowieka, iż stałe naginanie się do nich, noszenie maski, zakłamanie, które przenika aż do wnętrza, wszystko to sprawia, że człowiek coraz bardziej wycofuje się do własnej przestrzeni, zamyka się we własnym świecie, stosuje metodę tzw. emigracji wewnętrznej. Dla ludzi starych przestrzeń wspólna przestaje już być ich przestrzenią; ich formy myślenia i przeżywania nie pasują do tego, co ich otacza, wycofują się oni do krainy wspomnień, żyją czasem minionym. Można by rozróżnić dwa zasadnicze sposoby poruszania się we wspólnej przestrzeni: sposób otwarty i opancerzony. W pierwszym wypadku człowiek rzeczywiście się otwiera, rozbija granicę oddzielającą go od świata otaczającego, wchodzi w wir życia, nie boi się zetknięcia z rzeczywistością, śmiało wyrzuca z siebie własne struktury czynnościowe, nie czuje się skrępowany, łatwo przyjmuje za własne struktury otoczenia i nie rozpacza zbytnio, gdy w jego starciu z rzeczywistością ulegają zniszczeniu. W drugim podejście do otoczenia ma charakter instrumentalny, człowiek dąży tu jedynie do tego, by w nim zrealizować tylko swoje plany, reszta go nie obchodzi, otoczenie jest tylko przedmiotem służącym ewentualnie do wykorzystania we własnym dążeniu do celu. Człowiek nie otwiera się na działanie wspólnej przestrzeni, ale jeszcze silniej się opancerza, a otoczenia używa jako instrumentu do osiągnięcia celu. Podejście tego typu jest dość charakterystyczne dla ludzi o schizoidalnym typie osobowości, ale wynikać ono też może ze swoistych warunków środowiskowych, które paraliżują kontakt emocjonalny z otoczeniem. Zdarza się tak zazwyczaj, gdy płaszczyzna kontaktu z otoczeniem jest pochyła, gdy dąży się przede wszystkim do uzyskania nad nim władzy; przedmioty otoczenia stają się wówczas pionkami, którymi człowiek stara się manipulować. Podejście tego typu jest charakterystyczne dla współczesnej kultury technicznej (techniczne spojrzenie na świat). Postawa taka może zaspokajać tendencje twórcze (władza bowiem umożliwia przekształcanie środowiska wedle swego planu), ale nie zaspokaja tendencji do rozbicia granicy oddzielającej własny świat od otaczającego. Człowiek pozostaje właściwie nadal zamknięty w swoich granicach, nie otwiera się na działanie wspólnej przestrzeni, ale przeciwnie, jeszcze bardziej się opancerza, bo chce w ten sposób doprowadzić do bezwzględnego przeprowadzenia własnej struktury czynnościowej. Kontakt taki zubaża go o to, co w zetknięciu z rzeczywistością jest bardzo istotne, a mianowicie wzajemne ścieranie się struktur czynnościowych środowiska i własnych. Wchodząc w przestrzeń wspólną, musi się być gotowym do wyrzucenia w nią własnych struktur czynnościowych, ale też na przyjmowanie z niej struktur otoczenia; w starciu z otoczeniem proces wymiany musi być obustronny. Dlatego powinna przeważać postawa otwarta w stosunku do otoczenia, postawa "do", o dodatnim znaku uczuciowym. Gdy przeważa postawa "od", gdy człowiek jeszcze bardziej chroni granicę oddzielającą go od otaczającego świata, przestrzeń wspólna staje się przestrzenią martwą, którą wykorzystuje się jako materiał do osiągnięcia własnego celu. Traci się to, co w kontakcie z rzeczywistością jest najbardziej pasjonujące i zapładniające: jej żywy, dynamiczny, nieprzewidzialny charakter. Przestrzeń wspólna jest przede wszystkim społeczną, najważniejsze bowiem w niej są sygnały, które pochodzą od innych żywych istot tego samego gatunku. W wypadku człowieka są to struktury czynnościowe wyrzucone w tę przestrzeń przez innych ludzi i mieszające się w niej z naszymi. Jedne zwyciężają i mnożą się, inni je bowiem przejmują, drugie zaś giną i człowiek chcąc nie chcąc musi z nich

53

rezygnować. Z niektórych rezygnuje już z góry, wiedząc, że nie znajdą one aprobaty we wspólnej przestrzeni, że spotkają się z ośmieszeniem lub potępieniem. Już w tej bowiem fazie aktywności działa mechanizm kontrolny, charakterystyczny dla fazy trzeciej. Tylko gdy w fazie trzeciej mieści się on w granicach ustroju, tworząc system kontroli, w fazie drugiej jest jeszcze na zewnątrz, we wspólnej przestrzeni. Tym zewnętrznym systemem kontroli jest zwierciadło społeczne. Człowiek wchodząc we wspólną przestrzeń musi wyrzec się swojej intymności; od momentu wejścia w ludzką wspólnotę jest on skazany na to, że każdy jego ruch, każde słowo i każdy gest będą oceniane przez innych ludzi. Dlatego też wspólna przestrzeń ma w sobie coś ze sceny, jesteśmy na niej aktorami. Gdy liczymy na przychylną ocenę otoczenia, nasze zachowanie jest swobodniejsze, bez oporu rzutujemy w tę przestrzeń nasze struktury czynnościowe. Gdy zaś liczymy się z surową oceną, hamujemy wyrzucanie struktur własnych do otaczającej przestrzeni, zachowanie nasze jest skrępowane, staramy się narzucić sobie te struktury, które są na pewno aprobowane w tej przestrzeni. Wejście więc w przestrzeń wspólną, pod osąd otoczenia, zmusza nas do fałszu, nie możemy być całkowicie wierni temu, co w nas tkwi, musimy nasze struktury czynnościowe dopasować do praw obowiązujących we wspólnej przestrzeni, inaczej bowiem z miejsca zostaną one potępione przez społeczne zwierciadło. Poczucie rozszczepienia między tym, co jest w nas, a co wolno nam na zewnątrz okazać, w znacznym stopniu zależy od uczuciowego nastawienia do otoczenia. Gdy przeważają uczucia pozytywne (postawa "do", poczucie tego rozszczepienia jest znacznie mniejsze niż wówczas, gdy przeważają uczucia negatywne (postawa "od"). Problem ten szczególnie ostro występuje w schizofrenii. Poczucie rozszczepienia jest wyraźniejsze u ludzi należących do typu schizotymicznego, introwertywnych niż u syntoników, cyklotymików czy ekstrawertywnych. Element kontroli istniejący już w drugiej fazie aktywności hamuje jej spontaniczność, pod jego wpływem przestrzeń się kurczy, już nie tak łatwo realizować w niej własne plany aktywności, trzeba je modyfikować stosownie do wymagań wspólnej przestrzeni. W ten sposób nigdy nie ma się do czynienia z czystymi fazami, w każdej z nich istnieją domieszki innych faz. I tak w fazie zewnętrznej aktywności zawsze istnieje domieszka planowania i kontroli. Nasilenie metabolizmu informacyjnego jest największe w fazie drugiej, przepływ informacji jest w niej najobfitszy. W fazie pierwszej i trzeciej, planowania i kontroli, przepływ ten ograniczony jest raczej do minimum, gdyż tego wymaga konstrukcja i rekonstrukcja planów dokonująca się w tych fazach. Są to fazy anaboliczne, budowy, a więc wymagające większego spokoju, zamknięcia się we własnej czasoprzestrzeni. Natomiast otwarcie granic oddzielających świat własny od otaczającego wzmaga gwałtownie przepływ informacji w obu kierunkach. Struktury własne są wyrzucane na zewnątrz, a struktury otoczenia przyjmowane z zewnątrz. Nigdy fazy nie są ostro od siebie oddzielone. Każda faza jak mozaika rozbija się na fazy drobniejsze, składające się z kolei też z trzech faz, a te z kolei na jeszcze drobniejsze. Określenie fazy zależy od długości odcinka czasu. W każdym odcinku czasowym można rozróżnić fazę planowania, zewnętrznej aktywności i kontroli. Jeśli rozpatrujemy więc wydarzenia w dłuższym odcinku czasu, to każdą fazę możemy z kolei rozbić na trzy fazy, gdy zastosujemy skalę czasu o krótszych odcinkach. W fazie planowania znajdziemy wówczas trzy fazy: planowania, zewnętrznej aktywności i kontroli; to samo w fazie zewnętrznej aktywności i w fazie kontroli itd. Metabolizm informacyjny jest procesem ciągłym, ma swoje nasilenia i depresje (typową depresją fizjologiczną metabolizmu informacyjnego jest sen) i przebiega trójfazowo; jego trójfazowość można prześledzić nawet w najmniejszych odcinkach czasu. Maksimum nasilenia metabolizmu występuje w fazie drugiej, gdy otwiera się granica między światem własnym a otaczającym. Potrzeba metabolizmu informacyjnego Zredukowanie metabolizmu informacyjnego prowadzi do poważnych zaburzeń. U zwierząt chowanych w izolacji rozwój psychiczny i fizyczny jest zahamowany, a kora mózgu cieńsza niż u zwierząt kontrolnych. Ludzie poddani izolacji lub

54

działaniu monotonnych bodźców bądź bodźców zniekształconych, nie dających się rozróżnić wykazują szereg zaburzeń psychicznych, jak dezorientacja czasowa i przestrzenna, zaburzenia w logicznym myśleniu, zaburzenia w strukturowaniu wrażeń (np. nie potrafią odrysować figury geometrycznej), zaburzenia w schemacie własnego ciała, iluzje i halucynacje, niepokój dochodzący do stanów paniki, zaburzenia wegetatywne itp. Podkreśla się, że kontakt z rzeczywistością jest konieczny do strukturalizowania przeżyć, bez niego przestrzeń i czas zaczynają się rozpływać, a także zaciera się granica między "ja" a otaczającym światem (wrażenie półsnu, łatwość tworzenia się iluzji i halucynacji, łatwość projekcji urojeniowych). Dalecy jeszcze jesteśmy od zrozumienia, w jaki sposób tworzy się obraz otaczającej nas rzeczywistości. Ale na pewno jego istotnym elementem jest określona struktura czasoprzestrzenna. Struktura ta ulega stosunkowo szybko rozbiciu w izolacji od otaczającego świata, należy więc przypuszczać, że do jej powstania i utrzymania jest konieczny stały kontakt z rzeczywistością (druga faza aktywności). Człowiek w odosobnieniu szybko zatraca poczucie czasu i przestrzeni, szuka jakichkolwiek wskazówek, które by mu ułatwiły orientację czasową i przestrzenną, gdyż brak tej orientacji wyzwala uczucie niepokoju. Rozbicie struktury czasoprzestrzennej powoduje, że myśli tracą swój logiczny porządek, biegną tu i tam, uczucia stają się bardziej rozlane i nieokreślone, człowiek zatraca swe granice (czasem odczuwa się to przyjemnie jako roztopienie w otaczającym świecie). Przepływ informacji jest równie konieczny dla ustroju jak przepływ energii i przerwanie go grozi dezintegracją struktur czynnościowych, a w dalszej kolei rzeczy - struktur morfologicznych. Natężenie przepływu informacji stale oscyluje, a przykładem tego są omawiane trzy fazy aktywności. Nawet w czasie snu przepływ informacji istnieje w formie śladowej, mimo że dopływ informacji ze świata zewnętrznego zredukowany jest do minimum, za to bogatszy jest wówczas strumień informacji pochodzących z wnętrza ciała. Do stworzenia porządku czasowego, przestrzennego i przyczynowego konieczny jest kontakt z otaczającym światem. Porządek ten tworzy się we wspólnej przestrzeni. Nie jest to porządek wyłącznie jednostkowy, ale wytworzony wspólnym ludzkim wysiłkiem. Tworzy się on ze starcia własnych struktur czynnościowych ze strukturami innych ludzi. Tutaj można doszukać się zasadniczej różnicy między metabolizmem energetycznym a informacyjnym. Struktury czynnościowe metabolizmu energetycznego są wyłącznie własne, wprowadzenie obcej struktury wywołuje gwałtowną i nieraz śmiertelną reakcję (szok anafilaktyczny). Natomiast struktury czynnościowe metabolizmu informacyjnego są wspólne, gdyż maksymalne ich natężenie występuje we wspólnej przestrzeni. Ciało jest własne, a duch jest wspólny. Człowiek nie może być samotny, izolacja rozbija jego porządek czasowy, przestrzenny i przyczynowy. W samotności czuje się niepewny, ogarnia go niepokój, zatraca poczucie rzeczywistości itp. Wspólna przestrzeń ma też duże znaczenie dla uporządkowania naszego życia uczuciowego. Uczucia, które w przestrzeni własnej nabierają nieraz katastroficznych proporcji, maleją, gdy wejdzie się we wspólną przestrzeń, stają się łatwiejsze do zniesienia, a nawet zmieniają swój znak z ujemnego na pozytywny. Wiadomo z codziennych doświadczeń, jak narasta lęk w samotności, jak aktywność zewnętrzna, kontakt z innymi ludźmi znacznie zmniejsza jego nasilenie. Uczucia negatywne żywione do jakiejś osoby zwykle zmniejszają swe nasilenie, a zdarza się, że nawet zmieniają swój znak, gdy jesteśmy z daną osobą w kontakcie, gdy z nią spokojnie porozmawiamy itp. Bywa też odwrotnie, że uczucia wielkiej miłości bledną w codziennym kontakcie z ukochaną osobą. Wspólna przestrzeń zmniejsza na ogół napięcia uczuciowe, z zimnych i gorących uczucia stają się w niej letnie. Problem ten szczególnie ostro występuje w schizofrenii, w której wycofanie się ze wspólnej przestrzeni prowadzi do niezwykle silnych przeżyć emocjonalnych. Chory jest nimi owładnięty i gubi się w ich chaosie. Dlatego koloryt emocjonalny schizofrenii jest tak niezwykły i nieraz groźny.

55

Niewiadome w pierwszej i drugiej fazie aktywności Zarówno pierwsza, jak i druga faza aktywności rozgrywają się w polu niewiadomego: nie wiadomo, co z planowania wyniknie, i nie wiadomo, jaki będzie efekt starcia z rzeczywistością. Może właśnie ta niewiadoma jest czymś w życiu fascynującym. Odczuwamy przed nią lęk, ale zarazem ona nas pociąga i zmusza do wejścia w wir życia. Trudno sobie wyobrazić, jak kształtowałoby się nasze życie, gdyby zamiast znaku zapytania przed nami był już widoczny efekt naszej aktywności. Wyobrażamy sobie, jaką męką jest życie ludzi, którzy wiedzą, że będą musieli w określonym czasie pożegnać się ze swoim życiem, w porównaniu z tymi ludźmi, którzy wprawdzie też zdają sobie sprawę, że muszą umrzeć, ale nie znają ostatecznego terminu. Dzięki niewiadomemu może rodzić się nadzieja. Jest ona optymistyczną projekcją w teren nieznany. Gdy coś jest znane, nadzieja traci sens swego istnienia. W trzeciej fazie aktywności nieznane zmienia się w znane, przyszłość w przeszłość. Pole, które było przed nami, jest już za nami. Teraz przychodzi kolej na analizę tego, co się dokonało, na porównanie planu z rzeczywistością, przyszłości z przeszłością. Porównanie to zazwyczaj nie wypada korzystnie. Wykonanie jest gorsze od planowania. Dzięki tej niedoskonałości wykonania rodzą się uczucia negatywne, które są do pewnych przynajmniej granic bodźcem do ulepszania planu. W ten sposób dąży się do doskonałości, która jest w zasadzie nieosiągalna. Nierzadko jednak uczucia negatywne wywołane rozbieżnością między planem a wykonaniem przekraczają granicę, do której ich działanie jest mobilizujące; zamiast mobilizować, hamują wówczas człowieka w jego aktywności, powodują, że redukuje on swe plany i izoluje się od otoczenia. We wszystkich trzech fazach aktywności głównym nurtem uczuć negatywnych jest lęk. Na jego tle mogą występować inne uczucia, np. agresji. Fakt, że w pierwszej i drugiej fazie aktywności dominuje uczucie lęku, jest, jak się zdaje, zrozumiały, gdyż człowiek staje wobec nieznanego, a nieznane zawsze budzi lęk. Nie wiadomo, co nastąpi, co się stanie, jaki będzie wynik naszego wysiłku, czy zwyciężymy, czy też zostaniemy pokonani. Natomiast w trzeciej fazie stoi się wobec przeszłości, wobec dokonanego, kiedy już wszystko jest znane. Lęk w tej fazie ma więc inny charakter niż w dwóch fazach poprzednich. Jest to lęk czasu przeszłego, wywodzący się z poczucia winy, że czas ten nie został należycie zużyty, że zamiast stać się konstrukcyjny, stał się destrukcyjny, że zamiast posunąć się na tym odcinku czasu naprzód, cofnęliśmy się; czas, zamiast stać się naszym zyskiem, stał się naszą stratą, stał się czasem utraconym. Lęk jest sygnałem niebezpieczeństwa. W pierwszej i drugiej fazie niebezpieczeństwo kryje się w czasie przyszłym, a w trzeciej fazie w czasie przeszłym. Niebezpieczeństwo czasu przeszłego polega na tym, że czas ten został zepsuty, tj. nie został tak wykorzystany jak należy. Czas biologiczny (ewolucja) To, że niebezpieczeństwo kryje się w czasie przyszłym lub przeszłym, każe nam zastanowić się nad specyficznym znaczeniem czasu w przyrodzie ożywionej. W przeciwieństwie do przyrody nieożywionej i świata technicznego, które egzystować mogą poza czasem, tzn. mogą funkcjonować niezależnie od tego, w jakich układach czasowych zostaną umieszczone, w przyrodzie ożywionej czas stanowi zasadniczą składową każdego ustroju, tj. każdy żywy ustrój ma swój indywidualny czas, czas biologiczny. W ustrojach żywych czas tkwi wewnątrz, w martwych (nieożywionych) - na zewnątrz. Czas biologiczny oznacza rozwój, nic nie może stać w miejscu, wszystko się zmienia i dąży do zmiany na lepsze. Ewolucja jest zasadniczą cechą przyrody ożywionej i dlatego czas stanowi tak ważną jej część składową. Lęk związany z czasem przeszłym jest sygnałem, że prawo ewolucji zostało w którymś miejscu naruszone. Ten sygnał zmusza ustrój do skontrolowania swych planów aktywności i w ten sposób do poprawy linii ewolucji. W tym znaczeniu można by mówić o biologicznym "sumieniu", czyli o układzie samokontroli, który prowadzi ustrój w kierunku maksymalnego rozwoju. Niestety, nie dysponując subiektywnym obrazem życia w świecie zwierzęcym, nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, czy zwierzęta mają coś podobnego do ludzkiego sumienia. Na pewno jednak

56

dysponują one, jak zresztą wszystkie ustroje żywe, a nawet wszelkie układy samosterujące łącznie z technicznymi, systemami samokontroli, tj. sprzężeniami zwrotnymi. Należy przypuszczać, że na najwyższym stopniu integracji systemy te docierają przynajmniej częściowo do świadomości, gdy się oczywiście założy, że zwierzęta ją posiadają, i prawdopodobnie stanowią one ważną część przeżyć świadomych. Obserwując zresztą zachowanie się zwierząt można przypuszczać, że wykazują one pewne cechy świadczące o istnieniu w nich sumienia czy poczucia winy, wstydu, lęku przed karą itp. Na jakich zasadach opiera się ocena własnej aktywności? Stwierdzenie, że ocenia się jej wkład w proces ewolucji, ma charakter ogólnikowy i stawia nas wobec tylu nowych pytań, choćby w rodzaju "do czego zmierza ewolucja", że trudno na tym stwierdzeniu się oprzeć. Bezsprzecznie jest to stwierdzenie prawdziwe, bo dzięki działaniu układów samokontroli zostają z czasem wyeliminowane fałszywe formy zachowania, tj. struktury czynnościowe mniej przydatne z punktu widzenia ewolucji. Zjawisko to szczególnie wyraźnie występuje na niższych szczeblach integracji, gdzie proces eliminacji ma się już za sobą. Na przykład kontrola aparatu ruchowego na ogół wyeliminowała w ciągu rozwoju filogenetycznego i ontogenetycznego struktury czynnościowe zbyteczne, fałszywe, niezręczne itp. To samo dotyczy różnego rodzaju układów autonomicznych samoregulujących. Gdy jednak ma się do czynienia z całościową analizą zachowania, określenie funkcji układu samokontrolującego staje się znacznie trudniejsze, gdyż mamy do czynienia ze zjawiskiem in statu nascendi, nie wiemy jeszcze, jaki będzie wynik kontroli i eliminacji, co ma okazać się dobre, a co złe. Celowość procesu ewolucji potrafimy ocenić ex post, ale nie w trakcie jego działania. Ocena zjawisk z punktu widzenia procesu ewolucji jest metodą historyczną i da się ją stosować jedynie w tych wypadkach, gdy dysponujemy większą perspektywą czasu, jak np. w wypadku struktur czynnościowych dawno już utrwalonych (autonomicznych, automatyzmów ruchowych itp.). Metoda ta okazuje się zawodna w wypadku tworzących się dopiero stereotypów zachowania, gdy nie wiemy jeszcze, jak będzie przebiegać ewolucja. Geneza układu samokontroli Jeśli nie jesteśmy w stanie określić ogólnego kierunku (celu), do jakiego zmierza układ samokontroli ("biologiczne sumienie"), spróbujmy prześledzić jego genezę. Z nieprzerwanego strumienia sygnałów (informacji), które krążą między ustrojem a jego środowiskiem, zasadnicze znaczenie dla modyfikacji czynności ustroju (tj. dla tworzenia nowych struktur czynnościowych, dla zmiany planów aktywności itp.) mają sygnały zwrotne. Informują one o tym, jak dana aktywność została wykonana i jaką wywołała reakcję w otoczeniu. Jest to strumień informacji najważniejszy, gdyż modeluje on aktywność ustroju. Fakt, że spośród różnorodnych informacji dochodzących z otaczającego świata do ustroju informacje zwrotne są najważniejsze, implikuje, iż obraz świata wytwarzany przez ustrój jest w głównej mierze zdeterminowany przez aktywność tego ustroju w tym świecie. Jest to w pewnym sensie zamknięte koło. Poznajemy taki świat, jakim go stwarzamy. Sygnały zwrotne mają jednak swoją hierarchię ważności. Najważniejsze z nich są te, które dotyczą świata społecznego, tj. osobników tego samego gatunku. Na społeczny charakter wymiany sygnałów składa się wiele czynników, a przede wszystkim ten, że sygnał wytworzony przez jednostki tego samego gatunku jest zawsze bliższy i zrozumialszy niż sygnały wytwarzane przez jednostki należące do innych gatunków czy przedmioty świata nieożywionego. Drugim czynnikiem jest to, że świat społeczny jest rozszerzeniem grupy rodzinnej, a więc grupy powstałej na zasadzie drugiego prawa biologicznego (zachowania życia gatunku), zatem jest to środowisko biologicznie najbliższe. Trzecim czynnikiem jest rola zwierciadła społecznego. Ta rola sprawia, że świat społeczny ma zawsze inny charakter niż reszta otaczającego świata. Jest on naszym obserwatorem, podczas gdy w stosunku do reszty świata my jesteśmy obserwatorami i nie bierzemy pod uwagę możliwości, że świat ten może nas obserwować i sądzić. W stosunku do świata społecznego też jesteśmy jego obserwatorami, ale jeszcze mocniej odczuwamy fakt, że sami jesteśmy przezeń obserwowani i oceniani. Dlatego sygnał ze świata społecznego jest z natury

57

rzeczy kontrolujący. System kontroli jest więc przede wszystkim systemem społecznym. Fakt ten ma zasadnicze znaczenie dla zrozumienia genezy struktur czynnościowych. Tworzą się one i modyfikują pod wpływem sygnałów zwrotnych (sprzężenia zwrotnego), a te składają się głównie z sygnałów społecznych, czyli wytwarzane przez nas struktury czynnościowe nigdy nie są w pełni własne, ale są wynikiem wpływów struktur czynnościowych otaczającego świata społecznego. W przeciwieństwie do indywidualnego charakteru metabolizmu energetycznego, metabolizm informacyjny ma charakter społeczny. Ciało jest moje, ale duch jest nasz, wspólny. Poczucie własności w trzech fazach aktywności Poczucie własności różnie się kształtuje w poszczególnych fazach aktywności. W pierwszej fazie mamy wrażenie, że plany aktywności są nasze, mimo że w rzeczywistości istnieją w nich struktury czynnościowe wzięte z otaczającego świata. W drugiej fazie dochodzi do starcia własnych struktur czynnościowych ze strukturami otoczenia, w starciu tym nasila się poczucie własności: struktury własne przeciwstawiają się strukturom otoczenia; jednocześnie jednak w starciu tym scalają się struktury własne ze strukturami otoczenia, tak że to, co przynależy do otoczenia, staje się własne. W trzeciej fazie główny strumień informacji pochodzi ze zwierciadła społecznego. Jest on zawsze czymś obcym, nawet wówczas, gdy wchłonięty przez naszą świadomość staje się jej integralną częścią w postaci "głosu sumienia". Obserwator zewnętrzny zmienia się w obserwatora wewnętrznego, on nas śledzi, ocenia, krytykuje, ale zawsze pozostaje jakby drugą osobą, która w nas tkwi. "Jemu", "on" przeciwstawia się "ja". Lęk trzeciej fazy aktywności jest lękiem przed tym sędzią, który znajduje się na zewnątrz (zwierciadło społeczne) lub wewnątrz (sumienie). Jest to więc lęk w zasadzie o charakterze społecznym, lęk przed potępieniem społecznym, przed wykluczeniem z grupy społecznej. W miarę ewolucji zależność jednostki od środowiska społecznego staje się coraz większa, a tym samym zagrożenie utraty więzi społecznej jest równoznaczne z zagrożeniem śmiercią biologiczną. Znaczenie sygnału zagrożenia w miarę ewolucji przesuwa się z lęku biologicznego na lęk społeczny. Lęk sumienia (moralny) można by traktować jako zinternalizowany lęk społeczny. W ten sposób część otaczającego świata - jako część najważniejsza, bo nas oceniająca - znajduje się stale w nas i nas stale krytykuje. Niebezpieczeństwo nie jest już na zewnątrz, ale wewnątrz, w nas samych. Ewolucja lęku Można by prześledzić, jak na skutek internalizacji zwierciadła społecznego w miarę ewolucji ciężar zagrożenia przesuwa się z zewnętrznego niebezpieczeństwa na niebezpieczeństwo tkwiące w otoczeniu społecznym, a wreszcie na niebezpieczeńswo tkwiące w nas samych. Ewolucja lęku postępuje od zewnątrz do środka. Najpierw boimy się tego, co na zewnątrz nas, a w końcu tego, co w nas. W skrócie: tę ewolucję przechodzi się w trzech fazach aktywności. W pierwszej fazie boimy się tego, co będzie, tego, co jest na zewnątrz, poza własną czasoprzestrzenią. W drugiej fazie, tj. aktywności zewnętrznej, zwykle napięcie lękowe maleje, gdyż lęk wiąże się ze współrzędnymi czasu, a w tej fazie dominują współrzędne przestrzenne. W drugiej fazie zagrożenie nadal pozostaje w przestrzeni zewnętrznej, ale w tej fazie przestrzeń ta nie jest przed nami ani za nami, ale my jesteśmy w niej. W trzeciej fazie przestrzeń wspólna jest już za nami, ale część jej w postaci sygnałów zwrotnych pozostaje w nas i ona jest właśnie głównym źródłem lęku. Lęk trzeciej fazy, czyli lęk czasu przeszłego, jest przede wszystkim lękiem przed potępieniem. Mimo że potępienie to może wyłącznie być głosem sumienia, to jednak ma ono zawsze charakter zewnętrzny, co wynika z genezy układu samokontroli, i mimo że lęk trzeciej fazy odnosi się do czasu przeszłego, ponieważ wywodzi się z lęku przed środowiskiem społecznym, jest on też lękiem przed przyszłością. Tą nieznaną przyszłością jest kara, jaka spotkać nas może ze strony tego środowiska. Lęk zawsze jest związany z kategoriami czasu, i to czasu przyszłego, nawet

58

wówczas gdy - jak w trzeciej fazie - dotyczy on wyraźnie przeszłości. W rzeczywistości jest on lękiem przed przyszłością. W fazie pierwszej wkraczamy w przyszłość "niewinni", planowane struktury czynnościowe nie zostały jeszcze wypróbowane. Natomiast w trzeciej fazie wkraczamy w przyszłość obciążeni winą, gdyż nasza struktura czynnościowa została już wyrzucona we wspólną przestrzeń, czekamy na wyrok otoczenia; wyrok ten, mieszcząc się na zewnątrz czy wewnątrz nas, mimo że częściowo wiadomy, nigdy nie jest całkowicie odsłonięty, gdzieś czeka nas "sąd ostateczny", nagroda lub potępienie. Nawet więc w czasie przeszłym, w tym, co się dokonało i co jest poza nami, kryje się czas przyszły, czas ostatecznego rozrachunku, który zawsze pozostaje niewiadomą. Tak więc czas przeszły nigdy nie jest całkowicie przeszły, dokonany i zamknięty, zawsze kryje się w nim czas przyszły i nieznane, które budzi w nas lęk. Na czym polega ocena naszej aktywności, jakie elementy tej oceny są dla nas najważniejsze i najsilniej wpływają na modyfikację dalszych planów aktywności? Biorąc jako kryterium oceny ewolucję świata ożywionego, należałoby przyjąć, że "nagradzane" są struktury czynnościowe, dla procesu ewolucji korzystne, a "karane" są szkodliwe. Jak wspomniano jednak, w trakcie tworzenia się struktur czynnościowych zgoła niemożliwa jest ich ocena z tego punktu widzenia, możliwe to jest dopiero ex post. Podchodząc do zagadnienia genetycznie, należałoby najpierw zanalizować, jakie kryteria oceny stosuje grupa społeczna, w której dana jednostka egzystuje, grupa ta bowiem tworzy zwierciadło społeczne, które w pewnej przynajmniej mierze jest twórcą sumienia. Kryteria oceny stosowane przez grupę społeczną są oczywiście zmienne i zależne od wielu czynników. Niemniej jednak można prześledzić w nich pewne prawidłowości. Prawidłowości te wynikają stąd, że grupa musi utrzymać pewną stabilność i spoistość. W tym celu musi ona pewne struktury czynnościowe pochwalać, a inne potępiać. Stabilność podtrzymują te struktury czynnościowe, które mają szansę częstego powtarzania się, czyli o dużym czynniku perseweracji, a spójność te, które zmniejszają napięcia emocjonalne między członkami grupy, które dążą do złagodzenia wzajemnych stosunków. Potępia się to, co jest niezwykłe, niestosowne, zaburzające dotychczasowy porządek, zbyt gwałtowne, rozbijające związki istniejące w grupie. W grupach społecznych, podobnie jak w poszczególnych ustrojach, istnieje rytm śmierci i zmartwychwstania. Jedne grupy giną, by w miejsce ich powstały nowe. Gdy dana grupa zbliża się do unicestwienia, górę w niej biorą czynniki dezintegracyjne, tzn. zmniejszające jej stabilność i spoistość. Wówczas kryteria oceny mogą ulec zmianie, gdyż w takiej grupie wytwarza się inna hierarchia wartości. W okresie takiego kryzysu dodatnio może być oceniane to, co normalnie oceniane jest ujemnie, i na odwrót, sposoby zachowania normalnie potępiane mogą być gloryfikowane w takich okresach. Rozpatrując jednak wpływ zwierciadła społecznego na tworzenie się sumienia, nie można ograniczać się wyłącznie do aktualnych wpływów środowiska społecznego. Zwierciadło społeczne nie tworzy się tylko z aktualnej grupy społecznej, w której dany człowiek żyje, ale też z historycznych grup społecznych, tj. z różnorodnych wzorów kulturowych, którym dany człowiek podlega. We wczesnych okresach rozwoju, więc przede wszystkim w dzieciństwie, ale też w młodości, proces internalizacji przebiega łatwiej niż w okresach późniejszych, gdy granica oddzielająca świat wewnętrzny od otaczającego staje się coraz mniej przenikliwa. Silniej też na ogół działają osoby, z którymi dziecko czy młody człowiek jest w bezpośrednim kontakcie, niż osoby z dalszych kręgów otoczenia społecznego lub osoby fikcyjne, tj. postacie historyczne, bohaterowie powieści i poematów itp. Zasadniczy zrąb układu samokontroli tworzy się w dzieciństwie i postacie rodziców odgrywają w nim zasadniczą rolę. Układ samokontroli nie jest jednak czymś statycznym, stale zmienia się i modyfikuje pod wpływem zwierciadła społecznego. Jak wspomniano, każdy żywy ustrój dysponuje wieloma systemami samokontroli o różnym poziomie integracji, najwyższy poziom - świadomy - określamy jako sumienie. Wiele jednak czynności jest kontrolowanych poniżej progu świadomości. Jest to oczywiste w wypadku czynności częściowych, nie obejmujących zachowania się ustroju w całości, np. czynności autonomicznych i zautomatyzowanych. Nawet w wypadku gdy kontrola ich wejdzie na jakiś czas do świadomości, np. gdy

59

świadomie kontrolujemy nasze kroki lub sposób wyrażania się itp., nie odczuwamy tej uświadomionej kontroli jako głosu sumienia. Głos sumienia jest związany z poczuciem winy. Negatywny wynik kontroli połączony jest z silnym ładunkiem uczuć negatywnych, z których lęk jest uczuciem dominującym. Ocena więc struktur czynnościowych, odczuwana jako głos sumienia, dotyczy tych, które mogą być obarczone poczuciem winy. Są to struktury, które godzą w nasze relacje ze środowiskiem społecznym i tym samym narażają nas na społeczne potępienie. Jeśli autokontrola wykaże, że wykonaliśmy fałszywy ruch ręką, to nawet gdy jest ona uświadomiona, nie poruszy sumienia. Ale jeśli ten sam fałszywy ruch ręką spowoduje upadek małego dziecka, to poczucie winy może być silne, sumienie nasze jest poruszone, gdyż został naruszony nasz związek ze otaczającym światem. Opieka nad młodymi jest bowiem prawem społecznym, obowiązującym nawet w świecie zwierzęcym, przynajmniej na wyższych szczeblach filogenezy. Narażenie dziecka na uraz, nawet nieumyślne, jest naruszeniem tego prawa. Nasilenie wyrzutów sumienia zależy od związku uczuciowego z otoczeniem. Im jest on silniejszy i ma wyraźniejszy znak pozytywny, tym nasilenie ich jest większe. Wyrzuty sumienia maleją, gdy związek uczuciowy jest słaby lub gdy ma znak ujemny. Krzywdzenie tych, których nienawidzimy, mieści się już w planowaniu odpowiednich struktur czynnościowych. Krzywda, którą wówczas określamy jako zemstę lub sprawiedliwość, na ogół nie wywołuje u nas niepokoju sumienia. Wyrzuty sumienia może spowodować wyrządzenie krzywdy zwierzęciu, a nawet zepsucie martwego przedmiotu. Co się tyczy zwierząt, to do pewnego stopnia mieszczą się one w naszym świecie społecznym, czujemy się za nie odpowiedzialni, staramy się je zrozumieć i pozwalamy im żyć. Jeśli chodzi o przedmioty martwe, to są one częścią naszego środowiska, wprawdzie nie społecznego, niemniej jednak wchodzącego w skład ludzkiego porządku. Nawet wówczas, gdy nie dotknęła ich ludzka ręka, określone są przez człowieka nazwami, pojęciami, mitami, historią itp. Niszcząc je, niszczymy jakiś określony porządek otaczający człowieka. Wydaje się jednak, że sumienie jest jak gdyby zarezerwowane dla stosunków z innymi ludźmi. Jest to najtrudniejszy i najdelikatniejszy rodzaj interakcji z otoczeniem i jego kontrola wymaga największego wysiłku, dlatego jest przeważnie świadoma. Sumienie podświadome Świadome sumienie jest jednakże tylko zewnętrzną warstwą skomplikowanego systemu naszych związków z otoczeniem społecznym. Koncepcja sumienia nieświadomego (superego) jest, jak wiadomo, zasadniczym punktem teorii psychoanalitycznych i jak się zdaje, nie jest to koncepcja fałszywa. Znaczenie związku z otoczeniem społecznym jest dla człowieka szczególnie istotne, co wiąże się z jego bardzo długim w porównaniu ze zwierzętami okresem niezaradności, w którym przerwanie związku z otoczeniem społecznym (ze środowiskiem macierzyńskim) jest równoznacze z biologiczną śmiercią. Poza tym związek ten jest konieczny do rozwoju metabolizmu informacyjnego, który u człowieka jest w porównaniu ze światem zwierzęcym niepomiernie bogaty. Zasadnicza struktura układu samokontroli, jak zresztą wszystkie inne zasadnicze struktury (np. struktura osobowości, uczuciowo-nastrojowa itp.), tworzy się w dzieciństwie. Należy jednakże pamiętać, że w dzieciństwie otoczenie społeczne, a tym samym i zwierciadło społeczne, przedstawia się zupełnie inaczej niż w późniejszych okresach życia. Typowy dla okresu pokwitania bunt społeczny jest między innymi objawem przejścia z dziecinnego do dorosłego spojrzenia na otoczenie społeczne. Zasadnicza różnica w spojrzeniu na otoczenie społeczne dziecka i osoby dorosłej sprowadza się do różnicy kąta widzenia. Dziecko patrzy na otaczający je świat społeczny pod ostrym kątem do góry, co z konieczności prowadzi do zniekształcenia proporcji. Dorosły patrzy mniej więcej poziomo, choć i u niego nierzadko zdarza się dziecinny sposób spojrzenia w górę. Na tej zasadzie opiera się zresztą hierarchia władzy. Spojrzenie w górę wyolbrzymia dany przedmiot, jesteśmy przezeń przytłoczeni, czujemy się wobec niego mali i bezradni. Podobne uczucie odczuwa się wobec ogromu gór. Wyolbrzymiony przedmiot nabiera cech jakby boskich. Góry kojarzą się człowiekowi z boskością, na górze objawiał się Bóg, na Olimpie mieszkali bogowie. Patrząc

60

w górę, traci się zdolność krytycznej oceny. By móc coś krytycznie ocenić, trzeba na dany przedmiot popatrzeć z góry, a przynajmniej w płaszczyźnie poziomej, gdyż tylko wtedy ogarnia się go w całości. Dziecko nie jest zdolne do krytycznego spojrzenia na dorosłych, gdyż brak mu poza tym układów porównawczych. Rodzice są bez skazy, sprawiedliwi, dzielni, mądrzy, dobrzy itd. Mają w sobie atrybuty boskości: wszechmoc, dobroć, sprawiedliwość, a nawet nieśmiertelność. W wielu religiach kult rodziców i przodków czyni ich w jakimś sensie nieśmiertelnymi. Rodzice w życiu prawie każdego człowieka są postaciami najbliższymi i nawet gdy on sam zbliża się do śmierci, stają się jeszcze bliżsi, pojawiają się nie tylko w żywych wspomnieniach, ale w snach, w ten sposób osiągając swoistą nieśmiertelność. Zasadnicza struktura zwierciadła społecznego, która tworzy się w dzieciństwie, ma więc jakby pewne atrybuty boskości - bezwzględnej sprawiedliwości, dobroci, wszechmocy i nieśmiertelności. Człowiek wobec takiego zwierciadła społecznego czuje się całkowicie bezsilny, jego wyroki są nieodwołalne. Dzięki temu utrwaleniu w pierwszych latach życia układ samokontroli nabiera niezwykłej siły, jest on w jakimś sensie niezniszczalny. Nie można mu się przeciwstawić, jest on ostateczną instancją. Interakcja ze światem społecznym stwarza wciąż nowe normy zwierciadła społecznego, na skutek czego ocena własna postępowania ulega ciągłym zmianom, niemniej system samokontroli powstały w dzieciństwie odgrywa rolę zasadniczego schematu, na którego tle budują się aktualne systemy samokontroli. Schemat ten, jak wszystkie przeżycia z wczesnego okresu życia, mieści się poniżej progu świadomości i dzięki temu jego siła jest też większa niż systemu świadomego. Nie znamy naszego sumienia podświadomego; objawia się ono w naszych snach, nękając nas obrazami kar, męczarni, niemocy itp.; często występuje w treści psychozy w postaci urojeń i omamów; sumienie nieświadome może nadto wpływać na nasze postępowanie, zwłaszcza w sytuacjach granicznych; zdarza się wówczas, że postępujemy wbrew logice i wbrew świadomym zamierzeniom, popychani przez jakąś nie znaną nam siłę wewnętrzną. W sumie jednak nie wiemy, jak ta archaiczna instancja nas oceni, jakie są jej kryteria dobra i zła. I w tym można by się doszukiwać, metaforycznie rzecz ujmując, jeszcze jednego atrybutu "boskości" nieświadomego systemu samokontroli, mianowicie - jest on niepoznawalny. Występująca w wielu systemach religijnych wiara w sąd ostateczny i w boską sprawiedliwość może być wyrazem wspomnianego wyolbrzymienia i niepoznawalności nieświadomej części sumienia. Porządek moralny Ocena naszego zachowania w stosunku do środowiska społecznego dokonuje się przede wszystkim w kategoriach dobra i zła, tj. w kategoriach moralnych. Mimo że każdy chyba człowiek posiada wyczucie dobra i zła, a nawet doszukać się go można u ludzi określanych przez psychiatrów mianem moral insanity, tzn. takich, u których świadome sumienie uległo swoistej atrofii, to jednak jest niesłychanie trudno zdefiniować oba pojęcia. W najogólniejszym ujęciu dobrem można nazwać te wszystkie oddziaływania, które zwiększają w otoczeniu człowieka swoisty porządek, które zmierzają do zwiększenia jego negatywnej entropii; dotyczy to przede wszystkim porządku uczuciowego, tj. wzrostu uczuć o znaku pozytywnym, a zmniejszania uczuć o znaku negatywnym. Dobro w tym ogólnym ujęciu byłoby stymulacją procesów budowy, tworzenia, w jakimś sensie kontynuacją drugiego prawa biologicznego. Struktury czynnościowe związane z macierzyństwem i troską o młode pokolenie są przepojone dobrocią. Dobro tkwi w budowie gniazda, w miłości, w opiece, w trosce o słabszego. U człowieka dochodzą struktury czynnościowe bardziej skomplikowane, ale genetycznie też wywodzące się z drugiego prawa biologicznego; wiążą się one z budową wartości społecznych i kulturalnych. Troska i miłość macierzyńska rozszerza się na większe grupy ludzkie. Zło natomiast polegałoby na pobudzaniu procesów niszczenia. Akt niszczenia zwykle wiąże się z negatywnymi uczuciami. Niszczenie przeciwstawia się negatywnej entropii, która stanowi istotę życia. Jednakże bez niszczenia nie może istnieć budowa. Oba procesy idą równolegle z sobą. Dobro i zło wiązałoby

61

się z rytmem śmierci i zmartwychwstania, i jak śmierć i odnowa tkwią w istocie przyrody ożywionej, tak tkwi w niej dobro i zło. Jeśli takie ujęcie jest zbliżone do prawdy, należałoby przyjąć, że najwyższy system samokontroli, odczuwany przez człowieka jako sumienie, dzięki któremu odróżniamy dobro od zła, mieści się w istocie przyrody ożywionej. To znaczy nie tworzy się on wyłącznie dzięki wpływom otoczenia społecznego, ale jest człowiekowi dany w postaci naturalnego porządku moralnego. Śladów tego systemu można doszukać się w świecie zwierzęcym, przynajmniej u zwierząt wyżej w rozwoju stojących, czy to w postaci opieki nad potomstwem, osłaniania młodych, należących nawet do innych gatunków, czy też oszczędzania wroga należącego do tego samego gatunku (np. w walkach o samicę, choć nieraz bardzo zaciętych, samiec nie dąży do zabicia swego rywala, znak poddania się, np. położenie się na plecach, przerywa najbardziej zaciekłą walkę). Wydaje się, że istnieje jakaś naturalna moralność przyrody, której także człowiekowi naruszyć nie wolno. W typologii ludzkiej syntonicy lub cyklotymicy są jakby bliżej natury, ich stosunek do otaczającego świata jest współbrzmiący, poczucie rzeczywistości jest u nich silniejsze niż u ludzi z kręgu przeciwnego autystycznych, schizotymnych, którzy przeciwstawiają się otaczającemu światu, walczą z nim i chcą go przekształcać. Te dwa przeciwstawne nastawienia do otaczającego świata: współbrzmienia i przeciwstawiania się - odzwierciedlają się do pewnego stopnia w budowie fizycznej; u cyklotymików przeważa kulista budowa (pyknicy), u schizotymików podłużna i kanciasta (leptosomicy, astenicy). Już Szekspir ostrzegał przed ludźmi chudymi, o ostrych rysach twarzy. Kretschmer ostrzeżenie to dał jako motto swego dzieła o budowie ciała i charakterze. Schizotymicy muszą nieraz bardzo z sobą walczyć, by być dobrymi, natomiast cyklotymikom dobroć jakby sama przychodzi. Trzy warstwy sumienia Możliwe więc, że rozpatrując genezę ludzkiego układu samokontroli dałoby się rozróżnić w nim trzy warstwy: konstytucjonalną, wczesnego okresu rozwoju i aktualną. Warstwa konstytucjonalna odpowiadałaby naturalnemu porządkowi moralnemu, jeśli taki istnieje. Za istnieniem jej przemawia też to, że niezależnie od kręgów kulturowych, epok, społecznych zwyczajów jest jakiś zasadniczy ogólnoludzki zrąb moralności. Dekalog we wszystkich religiach jest podobny. Lęk sumienia byłby w tym wypadku wywołany przez naruszenie praw natury, byłby analogiczny do lęku biologicznego. Jak wszystkie struktury czynnościowe zmierzające do zwiększenia negatywnej entropii ustroju, czyli zgodnie z rytmem życia (budowy), dobro byłoby nagradzane uczuciami o znaku dodatnim, tj. przyjemności. Natomiast zło, jako związane z rytmem śmierci, tj. obniżeniem negatywnej entropii ustroju, byłoby "karane" uczuciami negatywnymi, tj. przykrości i bólu. Niebo i piekło mieściłoby się w samym systemie samokontroli, za dobro człowiek byłby nagradzany "niebem" pozytywnych uczuć i nastrojów, a za zło karany "piekłem" uczuć negatywnych (przykrości i bólu). Jest to oczywiście bardzo uproszczony schemat naturalnego porządku moralnego, ale jak się zdaje, porządek taki nie jest tylko fikcją. Naturalny układ samokontroli rozbudowuje się w dzieciństwie dzięki pierwszemu zetknięciu ze środowiskiem społecznym, które w tym okresie życia jest środowiskiem macierzyńskim. Typowe dla tego okresu życia wyolbrzymienie zwierciadła społecznego stwarza swoistą atmosferę "boskości" wokół układu samokontroli, przepojoną wiarą w nieomylność, sprawiedliwość i wieczność nagrody i kary. Jest to wiara w "sąd ostateczny". Nie chodzi tu o wiarę religijną, choć fakt, że w wielu religiach motyw sądu ostatecznego występuje, może przemawiać za tym, że wiara ta istnieje w psychice ludzkiej. W praktyce psychiatrycznej nierzadko spotykamy się z lękiem przed tą ostateczną karą. Nie zawsze poczucie winy występuje świadomie, czasem tkwi ono poniżej progu świadomości, ale "kara" działa jako np. urojona choroba, objaw histerycznej konwersji, w postaci uporczywych bólów, choroby psychosomatycznej, nieświadomego kierowania swego życia do społecznej degradacji przez alkoholizm, narkomanię, wkroczenie na drogę przestępstwa itp. Psychiatrzy jako lekarze i przyrodnicy nie są skłonni do myślenia w kategoriach moralnych, prawa życia są dla nich amoralne. Jest to bezsprzecznie stanowisko słuszne, gdyż myślenie takie

62

pociąga za sobą automatycznie tendencję do wydawania sądów moralnych, a lekarze nie są w żadnym wypadku do tego powołani. Niemniej jednak można na wiele zagadnień, zwłaszcza z terenu tzw. małej psychiatrii, spojrzeć z moralnego punktu widzenia. Gdy spojrzymy w ten sposób na nerwice, psychopatie, choroby psychosomatyczne, narkomanie itp. ukazują się nam jako w pewnej przynajmniej mierze efekt naruszania porządku moralnego. Ludzie dotknięci tymi zaburzeniami znoszą piekło za życia za przekroczenie tkwiącego w przyrodzie prawa moralnego, za swoje zapiekłe negatywne uczucia, za swe lenistwo i niechęć podjęcia wysiłku życia, za swój egoizm itp. Oczywiście nie mamy prawa za to ich potępiać, zło bowiem, jak i śmierć, tkwi w procesie życia. Niemniej, przebywając z takimi chorymi i często z nimi rozmawiając, nieraz trzeba w sobie tłumić ludzką tendencję do wydawania moralnych sądów i stale przypominać sobie, że zawód psychiatry jest jak najdalszy od zawodu sędziego. W tzw. dużej psychiatrii, a więc przede wszystkim w wypadku psychoz, tendencje moralizatorskie są na ogół uśpione, nie odczuwamy chęci wydawania sądów moralnych. Psychotycy bowiem są już wykluczeni z kręgu ludzkiej wspólnoty i tym samym nieodpowiedzialni za swe zachowanie i swe przeżycia. Poza tym w psychozach, zwłaszcza typu schizofrenicznego, niejednokrotnie można obserwować znaczne podwyższenie hierarchii wartości moralnych. Zdarza się nawet, że to podwyższenie jest przyczyną hospitalizacji chorego. Na przykład Brzezicki opisuje chorego leczonego w krakowskiej Klinice Psychiatrycznej, który dostał się do niej dlatego, że rozdawał wszystkie pieniądze biednym, i to zaniepokoiło rodzinę, która przedtem nie zwracała uwagi na objawy schizofrenii, trwające już od dobrych kilku lat. Jedna z pracownic służby zdrowia zgłosiła się zaniepokojona do ambulatorium klinicznego, gdyż jej brat, z którym razem mieszkała, zostawił drzwi mieszkania otwarte, twierdząc, że wszyscy ludzie są dobrzy. Takie stwierdzenie było dla niej ewidentnym objawem choroby psychicznej; należy dodać, że jej brat chorował na schizofrenię od wielu lat, tylko innych objawów do tej pory nie zauważała. Jeden z dziennikarzy, o moralności, jak większość dziennikarzy, raczej giętkiej, o typie osobowości pikolaka, w psychozie maniakalnej stał się człowiekiem autentycznym, mówił ludziom prawdę w oczy, narażając się w ten sposób na nieprzyjemności, i to w końcu spowodowało jego hospitalizację. Życie codzienne zmusza człowieka do dewaluacji własnej hierarchii wartości moralnych i często dopiero w psychozie przychodzi swoiste oczyszczenie, człowiek staje się w niej wielki. W nerwicach natomiast żyje się wartościami codziennego życia, które zostają patologicznie wyolbrzymione. Dlatego grzechy codziennego życia w małej psychiatrii rażą i denerwują, są one karykaturalnie przesadzone, uporczywe, widzimy często ich genezę i ich chorobowe skutki. Z punktu widzenia teorii moralności analiza zaburzeń psychiatrycznych pod kątem ich etycznego znaczenia byłaby przedsięwzięciem zgoła ciekawym i mogącym rzucić wiele nowego światła na zagadnienie genezy moralności. Analiza taka nie powinna być jednakże podejmowana przez psychiatrów z powodów już przedstawionych. W drugiej warstwie sumienia, tworzącej się w dzieciństwie na skutek utrwalenia pierwszych zetknięć ze zwierciadłem społecznym, zasadą jest wyolbrzymienie proporcji. Jeśli prawo naturalne stwarza harmonijne podstawy moralności, to ta warstwa zniekształca naturalną harmonię między dobrem a złem. Nakazy i zakazy urastają nieraz do monstrualnych rozmiarów. Nabierają cech nieskończoności ("boskość" układu samokontroli z okresu dzieciństwa), nigdy nie wiadomo, kiedy i jaka nagroda czy kara nastąpi. Ma się przed sobą groźbę "sądu ostatecznego", losowe wydarzenia są nieraz odczuwane jako kara za niegdyś popełnione "grzechy". Dzięki temu wyolbrzymieniu, jakiemu prawdopodobnie ulega układ samokontroli w pierwszym okresie życia, tj. w pierwszych zetknięciach ze zwierciadłem społecznym, nabiera on niezwykłej siły, która jest konieczna do korygowania niezliczonych potencjalnych struktur czynnościowych, tworzących się wciąż u człowieka. Trzecia, powierzchowna warstwa układu samokontroli rozgrywa się już powyżej progu świadomości i składa się głównie z aktualnych sygnałów zwrotnych, tj. z aktualnego odbicia w zwierciadle społecznym. W świadomości ludzkiej zawsze mieści się obserwator, który krytykuje nasze zachowanie. Ten aktualny obserwator jest całką informacji zwrotnych pochodzących od otoczenia społecznego. Przede

63

wszystkim liczą się tu aktualne oceny naszego zachowania, ale też nie bez znaczenia są dawniejsze zapisy pamięciowe, które mówią nam, jak analogiczne postępowanie zostało niegdyś ocenione. Aktualność nie jest tu tylko pojęciem czasowym, tj. odnoszącym się do określonego odcinka czasu, lecz raczej pojęciem świadomościowym; aktualne jest to, co się aktualnie mieści w świadomości. Mogą to być nie tylko informacje zwrotne dotyczące ocenianej bieżąco struktury czynnościowej, ale też te wszystkie informacje, które w jakimś stopniu wiążą się z aktualną sytuacją, mimo że powstały w innych warunkach i w innym czasie. Swoboda rzutowania się w czasie i przestrzeni, charakterystyczna dla ludzkiego metabolizmu informacyjnego, występuje też w układzie samokontroli. Aktywność trzech warstw samokontroli stale z sobą się zazębia. Pierwsze dwie rozgrywają się poniżej progu świadomości, a ostatnia jest świadoma, ale włącza struktury samokontroli podświadomej. Nieraz oceny w poszczególnych warstwach samokontroli są z sobą sprzeczne. Na przykład nakazy i zakazy okresu dzieciństwa mogą być w sprzeczności z moralnością naturalną. Samokontrola aktualna może nie zgadzać się z tabu utrwalonym w dzieciństwie lub z naturalnymi nakazami moralnymi. Nasze sumienie nie jest więc jednolitą całością, ma ono charakter wyraźnie dynamiczny, składa się z różnorakich elementów, działających nieraz antagonistycznie, ostateczna ocena jest wypadkową tych różnych sił samokontroli działających zarówno powyżej, jak i poniżej progu świadomości. Geneza lęku w każdej warstwie układu samokontroli jest inna. W pierwszej warstwie, naturalnej lub konstytucjonalnej, lęk wywodzi się z naruszenia praw przyrody ożywionej, jej dążenia do stwarzania swoistego porządku (negatywnej entropii) i z naruszenia drugiego prawa biologicznego, porządek moralny bowiem, jak należy przypuszczać, stanowi rozszerzenie prawa zachowania życia gatunku, zwycięstwa życia (dobra) nad śmiercią (złem). W drugiej warstwie - zwierciadła społecznego okresu dzieciństwa, czyli w terminologii psychoanalitycznej superego - lęk sumienia jest w istocie lękiem społecznym. Jest on szczególnie silny na skutek swoistego dla tego okresu życia wyolbrzymienia zwierciadła społecznego i na skutek znaczenia środowiska społecznego dla życia człowieka; oderwanie od tego środowiska jest równoznaczne ze śmiercią, lęk społeczny w tym okresie życia jest równocześnie lękiem biologicznym. W trzeciej, aktualnej lub świadomej warstwie układu samokontroli lęk sumienia jest – podobnie jak w warstwie drugiej - lękiem społecznym, lękiem przed zwierciadłem społecznym, ale nie ma katastroficznych rozmiarów jak w warstwie drugiej, jest bardziej związany z realną sytuacją. Oczywiście, jak już wspomniano, układ samokontroli trzeciej warstwy wciąga w siebie warstwy poprzednie, bardziej archaiczne. Warstwy te są bardziej zautomatyzowane, działają przeważnie poniżej progu świadomości nie zastanawiamy się, co jest dobre, a co złe, wybór następuje automatycznie. Gdy człowiek ma silnie rozwiniętą warstwę pierwszą, a więc naturalnego porządku moralnego, wówczas jego postępowanie jest harmonijne z prawami świata otaczającego i jego naturalnym porządkiem. Człowiek taki nie ma tylu wewnętrznych sprzeczności jak ten, u którego warstwa ta jest słabo rozwinięta, jego świadome sumienie jest dość spokojne. Gdy przerostowi ulegnie warstwa druga, to wówczas wskutek charakterystycznego dla niej wyolbrzymienia proporcji człowiek taki zawsze odczuwa zło w sobie, oczekuje kary, nigdy nie jest z siebie w pełni zadowolony, w nocy nękają go senne koszmary. Wreszcie gdy dwie pierwsze warstwy nie są należycie rozwinięte, ciężar kontroli spada przede wszystkim na warstwę trzecią, co wywołuje jej zbytnie obciążenie. Ludzie tacy żyją w stałym lęku przed sądem otoczenia; "co o mnie ludzie pomyślą" jest dla nich naczelnym pytaniem życia. Są to zwykle ludzie o typie osobowości psychastenicznej lub histerycznej. Ich autoportret jest niedojrzały, szukają oni potwierdzenia w otoczeniu i nie potrafią siebie bez niego należycie ocenić. Lęk sumienia jest sygnałem ostrzegawczym układu samokontroli. Kontrola wypadła dla nas ujemnie i to wywołuje w nas niepokój czy paroksyzm lęku. Układ kontroli ma prawdopodobnie, jak starano się to tutaj przedstawić, trzy warstwy o różnej głębokości. Im warstwa jest głębsza, tym lęk jest zwykle silniejszy, bardziej irracjonalny i trudniejszy do opanowania. Gdy człowiek boi się oceny otoczenia, wiele spraw może sobie sam wytłumaczyć, skorygować, starać się wpłynąć na tę ocenę itp. Nie jest to ocena ostateczna i nie czujemy się wobec

64

niej całkowicie bezsilni. Natomiast w dwóch pierwszych warstwach układu samokontroli fakt, że ocena formuje się poniżej progu świadomości, powoduje, iż nie mamy na nią wpływu; jest to ocena ostateczna, której nawet w pełni nie jesteśmy w stanie poznać, ma ona w sobie coś z sądu ostatecznego. Spokój sumienia Model techniczny pozwolił nam lepiej zrozumieć znaczenie sprzężenia zwrotnego w układach samosterujących. W żywych ustrojach spotykamy bardzo wiele przykładów sprzężeń zwrotnych o różnych poziomach integracji. Traktowanie sumienia jako sprzężenia zwrotnego o najwyższym poziomie integracji jest oczywiście znacznym uproszczeniem, ale ułatwia zrozumienie tego niezwykle skomplikowanego zagadnienia. Spokój sumienia nie jest tylko poetycką czy moralną metaforą. Doświadczenie psychiatryczne uczy nas, jak wielką rolę w genezie zaburzeń psychicznych odgrywa niepokój sumienia. Psychoterapia w znacznej mierze polega na procesie oczyszczania; to, co obciąża sumienie, zostaje wyrzucone na zewnątrz, staje się dzięki temu cząstką wspólnego świata i dzięki tej wspólnocie ciężar winy staje się lżejszy. Nie jest wykluczone, że najwyższy układ samokontroli może wpływać na układy samokontroli o niższym poziomie integracji i tym samym zakłócać procesy fizjologiczne. Zjawisko to zapewne odgrywa pewną rolę w genezie chorób psychosomatycznych; choroba, jak to dawniej uważano, byłaby pewnego rodzaju "karą za grzechy". Oczywiście dziś tego typu myślenie wydaje się nam całkowicie absurdalne. Ale nawet w absurdzie tkwi niekiedy ziarno prawdy. Dyskusyjną też sprawą jest problem porządku moralnego tkwiącego w przyrodzie ożywionej. Na ogół skłonni jesteśmy sądzić, że moralność jest tworem specyficznie ludzkim, że przyroda jest amoralna. Prawa przyrody ożywionej staramy się zredukować do prostych praw obowiązujących w przyrodzie nieożywionej, a więc wyłącznie fizycznych i chemicznych. Technizacja nauk biologicznych ułatwia to zadanie i rzeczywiście rozwój biologii w fizykochemicznym aspekcie jest niezwykły. Nie wiadomo jednak, czy takie ujęcie nie zacieśnia naszego zrozumienia przyrody ożywionej, czy nie tracimy w ten sposób z oczu tego, co w niej jest najistotniejsze. Może właśnie jednym z takich istotnych zagadnień przyrody ożywionej jest problem układów samokontrolujących, swoistego "sumienia", istot żywych. Życie jest wciąż dla nas wielką niewiadomą, którą powinniśmy jednak starać się poznawać, choćby dlatego, by siebie lepiej rozumieć, gdyż sami jesteśmy cząstką przyrody ożywionej. LĘK DEPRESYJNY Lęk a dynamika życiowa Subiektywnym objawem obniżenia dynamiki życiowej obok smutku jest niepokój przechodzący zwykle w lęk. Lęk jest istotną składową każdego zespołu depresyjnego. W lżejszych depresjach ma on jeszcze charakter nerwicowy, jest niepokojem często połączonym z uczuciami agresywnymi, w głębszych natomiast charakter jego jest już psychotyczny, ma w sobie elementy podświadome ciemnej przestrzeni nocy. Jeśli nastrój smutku jest w depresji zrozumiały, gdyż obniżenie dynamiki życiowej subiektywnie objawia się obniżeniem nastroju, to geneza lęku w depresji jest mniej jasna. Dlaczego przy obniżonej dynamice życiowej występuje to uczucie, a przy podwyższonej zazwyczaj znika? Człowiek radosny nie odczuwa lęku, nawet zdarza się, że ewidentne niebezpieczeństwo nie budzi w nim takiego uczucia. Podwyższenie dynamiki życiowej znacznie osłabia działanie tak ważnego biologicznego sygnału, jakim jest lęk. Jest to zresztą jeden z powodów, dla których musimy leczyć ludzi o patologicznie podwyższonym nastroju; przestają się oni liczyć z zagrożeniami zarówno natury biologicznej, jak i społecznej; w stanie manii czy organicznie wyzwolonej euforii łatwo mogą zaszkodzić sobie, nie dysponując tak ważnym sygnałem ostrzegawczym, jakim jest lęk. Psychologiczny fakt, że podwyższenie nastroju zmniejsza lęk, był znany od dawna wszystkim wodzom wojskowym. Prowadząc żołnierzy na rzeź, starali się zawsze polepszyć ich nastrój muzyką, śpiewem,

65

większą ilością jedzenia, wódką, środkami chemicznymi itp. Przeciwnie się dzieje w obniżonym nastroju; wówczas zazwyczaj sygnał lękowy staje się silniejszy. Ta sama sytuacja, która w nastroju wyrównanym wywoła mierne uczucie lęku, w nastroju obniżonym spowoduje lęk znacznie silniejszy, a w nastroju podwyższonym może w ogóle lęku nie wyzwolić. Jest tu wyraźna analogia z drugim sygnałem ostrzegawczym, mianowicie bólem. Odczucie bólu wzrasta przy obniżonym nastroju, a maleje przy nastroju podwyższonym. Ta dosyć dziwna korelacja dwóch biologicznych sygnałów ostrzegawczych z dynamiką życiową pozwala nam lepiej zrozumieć związek zachodzący między dynamiką życiową a stosunkiem do otoczenia. Warunkiem życia jest nawiązanie kontaktu z otoczeniem, gdyż bez metabolizmu informacyjnego (wymiany ze środowiskiem) i energetycznego ustaje wszelkie życie. Biologiczne sygnały zagrożenia - lęk i ból - zmuszają ustrój do wycofania się z kontaktu z otoczeniem, do przerwania dotychczasowego procesu interakcji. Są to w zasadzie sygnały ucieczki, a w wypadku, gdy dana żywa istota czuje się silniejsza niż otoczenie, do ataku. Zarówno jednak w ucieczce, jak i w ataku kontakt z otoczeniem zostaje właściwie zerwany; gdy uciekamy, oddalamy się od niego, a gdy atakujemy, niszczymy go. Sygnał lękowy i bólowy przeciwstawia się zatem zasadniczemu warunkowi życia, jakim jest utrzymanie kontaktu z otoczeniem. Ostrzega on nas przed aktualnym otoczeniem jako złym i zagrażającym; zwiastuje, że trzeba przed nim uciec lub je zniszczyć; ale nigdy otoczenie nie jest tylko "dobre", zawsze nawet w środowisku macierzyńskim jest coś w nim "złego", i sygnał zagrożenia, tj. ból czy lęk, nie ma wartości obiektywnej, nie jest tylko zależny od zagrożenia istniejącego w otoczeniu, ale też od aktualnego stanu ustroju. Im dynamika życiowa jest żywsza, tym żywy ustrój ma większe tendencje do ekspansji w otaczającą przestrzeń, tym łatwiej znosi się "zło" w niej istniejące i tym samym sygnał ostrzegawczy jest słabszy. Człowiek o dużej dynamice życiowej, w dobrym nastroju, szuka nawet sytuacji wzbudzających lęk. Przezwyciężenie lęku ma dla niego coś podniecającego. Dzieci lubią słuchać strasznych baśni, chłopcy chętnie narażają się na niebezpieczeństwa nie tylko dlatego, by zaimponować rówieśnikom, lecz także by w sobie zwalczyć uczucie lęku. Chęć zwalczania lęku i sprawdzenia siebie jest silnym motywem w alpinizmie. Ryn1 ten rodzaj lęku nazwał integracyjnym, gdyż zmusza on człowieka do wysiłku, do wyższego poziomu integracji. Zwalczanie lęku uświadamia nam fakt, iż życie wymaga wysiłku i odwagi. Życie wymaga rozszerzenia przestrzeni życiowej, a przestrzeń ta zawsze najeżona jest niebezpieczeństwami; by ją zdobyć, trzeba w sobie przemóc uczucie lęku. Łatwiej to człowiekowi przychodzi, gdy jest radosny i pełen życiowej energii, niż gdy smutny i apatyczny, bo wówczas świat otaczający przytłacza go swoimi niebezpieczeństwami, swoim złem, bólem i cierpieniem, człowiek taki zamyka się w sobie, wycofuje się z kontaktów z otoczeniem. Obniżenie nastroju zawsze łączy się z lękiem przed życiem. Przeciwnie dzieje się w osłabieniu dynamiki życiowej, gdy zagrożenia istniejące w otoczeniu urastają proporcjonalnie do jej osłabienia. Lęk i ból są sygnałami powstającymi jako efekt działania dwóch przeciwstawnych sił, jednej skierowującej ustrój do ekspansji w świat otaczający, tj. dynamiki życiowej, a drugiej kierującej go w stronę przeciwną, tj. wycofania się z kontaktu z otoczeniem, zacieśnienia swej czasoprzestrzeni. W pierwszym wypadku otoczenie przyciąga, jest życzliwe, w drugim odpycha, jest wrogie. Świadomość nasza jest zwrócona w kierunku świata otaczającego i to prawdopodobnie powoduje, że źródła lęku i bólu szukamy przede wszystkim w świecie otaczającym. W nim tkwi źródło "zła", bólu i lęku. Tymczasem sygnały bólu i lęku nie są tylko zależne od świata otaczającego, ale i od samego ustroju. Gdy ustrój dysponuje większą dynamiką życiową, sygnały zagrożenia ustępują przed jego ekspansją w świat otaczający, stają się znacznie słabsze niż wówczas, gdy dynamika życiowa słabnie. Dynamika życiowa stale oscyluje. Typową jej oscylacją jest rytm dnia i nocy. W nocy na ogół silniej odczuwamy lęki i ból niż w ciągu dnia. Intensywna aktywność psychiczna zmniejsza przeżycia bólowe i lękowe. Już Emanuel Kant zwracał uwagę na to, że jego bóle związane z podagrą zmniejszały się znacznie, gdy intensywnie myślał nad jakimś filozoficznym problemem. Ból _____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________ 1

Z. Ryn — autor pionierskich prac z zakresu psychopatologii alpinizmu, częściowo wymienionych w piśmiennictwie.

66

zęba zmniejsza się na interesującym przedstawieniu teatralnym czy filmowym. W wirze walki żołnierz może nie odczuwać bólu zadanej mu rany. Lęk i ból mogą także wystąpić na skutek samego obniżenia dynamiki życiowej. W depresjach niepokój i lęk są zjawiskiem powszechnym, a skargi hipochondryczne nie należą do rzadkości. Jeśli ból i lęk uznajemy za sygnały zagrożenia, to należałoby przyjąć, że obniżenie dynamiki życiowej samo w sobie stanowi zagrożenie dla żywego ustroju. Jest ono bowiem czynnikiem wystarczającym do wyzwolenia tych sygnałów. Zapala się czerwone światło, gdyż z samym ustrojem jest coś nie w porządku. Wynikałoby stąd, że ustrój powinien pracować na pewnym poziomie aktywności; poniżej tego poziomu jego działanie staje się niewłaściwe i dlatego aktywowane są mechanizmy alarmowe. Na czym ta niewłaściwość polega? Prawdopodobnie na zbytnim obniżeniu poziomu integracji. Z obniżeniem bowiem dynamiki życiowej łączy się obniżenie procesów integracyjnych. Swoisty porządek ustroju zostaje zachwiany. Zjawisko to wyraźnie występuje w depresji, myśli są w niej porwane, krążą wokół jednego przykrego tematu, uczucia zalegają, mają znak ujemny, w głębszych depresjach dochodzi do rozchwiania porządku wegetatywnych i biochemicznych czynności ustroju. Ale nawet w zwykłych wahaniach nastroju, występujących codziennie u każdego człowieka, można obserwować obniżenie zdolności integracyjnych w smutku, a ich podwyższenie w nastroju pogodnym. Z doświadczenia wiemy, jak łatwo przychodzą pomysły i nowe skojarzenia, gdy człowiek jest pogodny, a jak ciężko mu myśleć, decydować, kojarzyć, gdy jest mu smutno. Stany obniżonego nastroju, apatii, zwykle łączą się z obniżeniem poziomu procesów integracyjnych. Niepokój, lęk, a nieraz dolegliwości fizyczne typu hipochondrycznego, które im towarzyszą, należałoby traktować jako sygnały zagrożenia wynikającego z przekroczenia dolnej granicy dynamiki życiowej. Janet stwarzając pojęcie psychastenii, którego używał w znacznie szerszym zakresie, niż to jest przyjęte ogólnie we współczesnej psychiatrii, pierwszy, jak się zdaje, zwrócił uwagę na fakt, że obniżenie sił życiowych ustroju (to bowiem dosłownie znaczy "psychastenia", psyche - dusza, asthenos - słaby), a w związku z tym także procesów integracyjnych, prowadzi do powstawania lęków. Między żywym ustrojem a jego środowiskiem istnieje ścisła zależność. Środowisko przedstawia zawsze dla ustroju szereg niebezpieczeństw, liczba ich jednak i natężenie nie mają wartości obiektywnej, zależą od dynamiki ustroju. Im dynamika większa, tym bardziej maleją zewnętrzne niebezpieczeństwa, a gdy dynamika słabnie, wówczas automatycznie wzrasta zagrożenie ze strony otoczenia. Wydaje się, że ten brak obiektywności w ocenie niebezpieczeństw tkwiących w środowisku jest w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, niemniej rzuca on światło na problem nierozerwalności związku ustroju ze środowiskiem. Drugim czynnikiem wpływającym na występowanie lęków w depresjach jest powiązanie depresji z zasadniczymi rytmami biologicznymi, tj. rytmem pór roku i rytmem dnia i nocy. Zagadnienie to zostało szerzej omówione w książce pt. Melancholia. Oba rytmy mieszczą w sobie zalążki lęku. Oba rytmy tworzą zasadniczy rytm życia, rytm śmierci i zmartwychwstania, tj. rytm niszczenia i budowania, umierania i odradzania się. Rytm dnia i nocy jest skróconym rytmem pór roku. Sen i śmierć - noc i zima - byłyby zjawiskami do siebie zbliżonymi, a poranek i wiosna okresem największej dynamiki życiowej. Wskutek swego obniżenia dynamiki życiowej depresja zbliża człowieka do śmierci, zimy (w rytmie pór roku), a przez swą ciemność - do nocy (w rytmie pór dnia i nocy). Zbliżenie do śmierci wywołuje uczucie lęku. Człowiek w depresji ma uczucie, że wszystko dla niego się skończyło, nie ma już nadziei, nie ma przyszłości, czeka go tylko śmierć. Śmierć jest jedynym wyjściem z beznadziejnej sytuacji, ale śmierci człowiek się boi. By popełnić samobójstwo, trzeba zwalczyć w sobie uczucie lęku, czyli trzeba mieć na tyle siły życiowej, by podjąć tę najtrudniejszą w życiu decyzję. Dlatego chorzy w głębokiej depresji na ogół nie popełniają samobójstw. Jak zima ogołaca przyrodę z jej bogactwa i piękna, tak depresja czyni świat otaczający pustym, zimnym, odpychającym. Świat taki nie pociąga do siebie, lecz odpycha, budzi lęk i grozę. Nie ma już ekspansji w otaczający świat, człowiek jest zamknięty w swojej ciemnicy, za swoim murem płaczu nie do przebycia. Nie ma przyszłości, a przeszłość przygniata poczuciem

67

winy. Jesień i zima są porami roku, w których robi się bilans z aktywności całorocznych. W depresji bilans ten wypada ujemnie, układ samokontroli nastawia się w ten sposób, aby z przeszłości wyciągać tylko to, co złe, człowieka może czekać tylko kara. Lęk sumienia jest dla depresji zjawiskiem typowym. Zarówno więc przyszłość, jak i przeszłość w depresji obciążone są lękiem. Czerń kolorytu emocjonalno-nastrojowego depresji wprowadza chorego w psychotyczną przestrzeń nocy. Jest to przestrzeń, do której swobodnie rzutują się struktury podświadome. Człowiek wyrzuca w nią to, co w nim tkwi głęboko, czego sam nie rozumie, co budzi w nim nieraz lęk i grozę. Struktury własne, wyrzucone w zewnętrzną przestrzeń, nabierają cech rzeczywistości i przez to urzeczywistnienie tym większy budzą lęk. Przestrzeń jasna, dnia, jest wspólna, ludzka, ścierają się w niej struktury własne ze strukturami innych ludzi. Własne struktury trzeba podporządkować prawom obowiązującym w tej przestrzeni. Rzeczywistość ma tu charakter społeczny, rzeczywiste jest to, co przez innych jest za rzeczywistość przyjmowane. Ten społeczny charakter przestrzeni jasnej (dnia) powoduje, że lęk przed nią jest mniejszy. Człowiek wobec niej nie jest pozostawiony sam sobie, lecz zdobywa ją wspólnie z innymi ludźmi. Natomiast przestrzeń nocy jest indywidualna, człowiek wobec niej jest samotny. Czasoprzestrzeń w depresji jest zamknięta, przed człowiekiem jest tylko śmierć (tak jest w rytmie pór roku), jednocześnie jest przestrzenią ciemną, niewiadomą, w której człowiek jest samotny i rzutuje w nią swe własne, przeważnie podświadome struktury czynnościowe (tak jest w rytmie dnia i nocy). W pierwszym wypadku dominuje lęk przed końcem wszystkiego, przed śmiercią, a w drugim przed nieznanym, przed tajemnicą kryjącą się w samym człowieku i w otaczającym go świecie. Na nasilenie się lęków w depresji wpływa swoista dla obniżenia dynamiki życiowej inercja procesów psychicznych, która subiektywnie jest odczuwana jako ciężkość. Przy normalnej dynamice życiowej człowiek może przezwyciężyć swój lęk i wkroczyć w sytuację zagrożenia lub może z tej sytuacji się wycofać. Poza okresami szoku, gdy jest tym uczuciem sparaliżowany, i poza stanami nerwicowymi, w których postawa lękowa ulega utrwaleniu, lęk nie jest uczuciem długotrwałym, co zresztą wynika z jego charakteru - sygnału niebezpieczeństwa. Sygnał działający zbyt długo przestaje być sygnałem, traci swój celowy sens, nie ostrzega, ale jest tylko objawem dezorganizacji układu. Wyobraźmy sobie urządzenie alarmowe, które stale buczy lub wydaje inny dźwięk mający zaalarmować właściciela. Sytuacja tego typu istnieje w nerwicach. Zmienność życia powoduje, że po sygnale lękowym wytwarza się nowy stan równowagi, w którym sygnał ten staje się już zbyteczny. To samo dotyczy sygnałów bólowych. Utrwalenie się sygnału bólowego świadczy bądź o patologii samego układu sygnalizacyjnego, co może się zdarzyć w pewnych zaburzeniach neurologicznych i psychiatrycznych (np. w zapaleniu wielonerwowym, w newralgiach, przy uszkodzeniu dróg bólowych, w nerwicach, zwłaszcza typu konwersji histerycznej), bądź o niemożności wyjścia z sytuacji zagrożenia, jak to się dzieje w chorobach chronicznych, którym ból już zwykle towarzyszy do końca, choć występuje pewna do niego adaptacja. Swoista ciężkość depresji sprawia, że struktury czynnościowe nie ulegają normalnej wymianie i że uporczywie zalegają. Człowiek nie może oderwać się od nękających go myśli i uczuć. Myśli te zazwyczaj są smutne i budzą lęk. Ponieważ nie można się od nich oderwać, toteż lęk nie opuszcza chorego. Wzrost lęku przy obniżeniu dynamiki życiowej w znacznej mierze wynika z występującej wówczas inercji. W zwiększonej dynamice życiowej wzrasta zmienność struktur czynnościowych (typowa dla stanów maniakalnych gonitwa myśli) i dzięki temu lęk nie ma szans utrzymać się dłużej. To samo zjawisko obserwujemy w okresach bezczynności, wówczas lęk, jak również ból, zwykle wzrasta, a maleje, gdy jesteśmy czymś aktywnie zajęci. Różne rodzaje lęku w depresjach U młodych ludzi lęk dotyczy przeważnie przyszłości; jest to lęk przed nicością, bezsensem, tajemnicą, która przed nimi stoi. U starych ludzi natomiast częściej dotyczy przeszłości. Źródłem lęku stają się wówczas poczucie winy, ujemny bilans życia, poczucie jego zmarnowania itp. Formy lęku przyjmują różne postacie. W lżejszych depresjach lęk ma charakter nieokreślonego niepokoju,

68

niekiedy z domieszką uczuć agresywnych. Dość często nieokreślony niepokój koncentruje się wokół realnych sytuacji, które na skutek depresji ulegają znacznemu wyolbrzymieniu (typowe dla depresji trapienie się). W głębszych depresjach zdarzają się już paroksyzmy lęku (np. w depressio agitata), a tematyka lęków staje się zwykle psychotyczna. Człowiek wchodzi wówczas w przestrzeń psychotyczną nocy; znajdujące się poniżej progu świadomości struktury czynnościowe zostają wyrzucone w tę ciemną przestrzeń, nabierając wskutek tego realności halucynacji, iluzji i urojeń. Nie wiemy, w jakim stopniu struktury czynnościowe znajdujące się poniżej progu świadomości są modelowane przez przeżycia świadome, w jakiej mierze odzwierciedlają one przeżytą przeszłość. Dlatego trudno odpowiedzieć na pytanie, w jakim stopniu "zło", które ujawnia się w psychotycznej nocy depresji, jest "złem" rzeczywistym, które swego czasu zostało zepchnięte poniżej progu świadomości, a w jakim jest ono fikcyjne, wytworzone przez samą patologię przestrzeni ciemnej. Przestrzeń ciemna (nocy) w przeciwieństwie do przestrzeni jasnej (dnia) jest najbardziej własna i intymna, w niej ujawnia się to, co w człowieku skryte, z czego sam często nie zdaje sobie sprawy. Jeżeli słuszna jest koncepcja o istnieniu dobra i zła w naturze, to w tych najgłębszych warstwach znajdują one swe źródło. W psychotycznej ciemności depresji ujawnia się ta najgłębsza i najsurowsza moralność, która jest moralnością natury i wczesnego okresu życia, gdy tworzą się zręby układu samokontroli. Najstarsze, znajdujące się poniżej progu świadomości warstwy tego układu mają w sobie, jak wspomniano, cechy nieskończoności i ten charakter "sądu ostatecznego" ujawnia się w psychotycznej ciemności, depresji. Ostateczna ocena, która dla człowieka zawsze pozostaje nieznana, ujawnia się w psychotycznych przeżyciach, depresji. Na krańcach ludzkiej czasoprzestrzeni mieszczą się znaki nieskończoności, człowiek mieści się w przyszłości i w przeszłości. W depresji zbliżamy się do tych krańców. W przyszłości widzimy nicość śmierci, a z przeszłości wyłania się perspektywa sądu ostatecznego. Świat psychozy jest światem spraw ostatecznych, gdyż w niej na powierzchnię się wydobywa to, co w człowieku najtajniejsze, a ponieważ przestrzeń psychotyczna jest nieograniczona, człowiek w psychozie musi zmierzyć się z nieskończonością. Pascal, pisząc o ludzkim lęku, mówi o nieskończoności makrokosmosu i mikrokosmosu, która otacza człowieka. Nieskończoność mieści się też w przeżyciach ludzkich, co między innymi uwydatnia się w depresji. LĘK SCHIZOFRENICZNY Jeśli w depresji smutek jest osiowym objawem, a lęk raczej wtórnym, to w schizofrenii zajmuje on centralną pozycję w przeżyciach chorego. Analiza lęku schizofrenicznego jest zadaniem niezwykle trudnym, gdyż zarówno geneza jego jest różnorodna, jak i nasilenie przekracza granice wyobraźni człowieka tzw. normalnego. Trzeba właściwie samemu przejść epizod schizofreniczny, by zrozumieć, czym jest lęk w tej chorobie. Przekracza on znacznie wymiary sygnału lękowego występujące w sytuacjach nawet największego zagrożenia. Byli schizofrenicy na ogół łatwo znosili piekło obozów zagłady, gdyż w porównaniu z tym, co przeżyli w trakcie swej psychozy, przeżycia obozowe nie były dla nich tak straszne. Wielu też byłych schizofreników spisało się dzielnie w działaniach wojennych ostatniej wojny, ich reakcje lękowe w realnej sytuacji zagrożenia nie dorównywały reakcjom lękowym wobec zagrożenia fikcyjnego przeżytego w psychozie. Obserwowane u większości chorych w ostrej schizofrenii silne rozchwianie wegetatywne i biochemiczne ustroju, a także stany zahamowania ruchowego i skrajnego podniecenia przemawiają za siłą przeżyć lękowych. Lęk prowadzi też do przekształcenia obrazu otaczającego świata i własnej osoby, z niego tworzą się struktury urojeniowe i omamowe. Lęk społeczny Jeśli tematykę lęków w depresji można by w przybliżeniu określić jako

69

metafizyczną, sięga ona bowiem w nieskończoność przyszłości i przeszłości człowieka, to w schizofrenii jest ona przede wszystkim społeczna. Dominuje w niej lęk przed drugim człowiekiem; wskutek psychotycznego wyolbrzymienia człowiek ten może przyjąć apokaliptyczne wymiary Szatana, Boga, potężnego wroga, tajemniczych organizacji itp. Depresja stawia człowieka wobec problemu czasu przyszłego i przeszłego, a schizofrenia wobec problemu jego środowiska społecznego. Można by przyjąć, że depresja jest patologicznym wyrazem normalnej oscylacji dynamiki życiowej, a schizofrenia - wyrazem zaburzeń metabolizmu informacyjnego. Ponieważ wymiana informacyjna dotyczy przede wszystkim sygnałów pochodzących ze środowiska społecznego, więc w relacjach z nim trzeba szukać genezy patologii schizofrenii. By zrozumieć genezę lęku schizofrenicznego, trzeba nieraz cofnąć się do wczesnego dzieciństwa, gdyż wówczas zawiązują się pierwsze relacje ze środowiskiem społecznym i tworzy się zasadniczy schemat metabolizmu informacyjnego. Natomiast zrozumienie lęku depresyjnego na ogół nie wymaga takiego historycznego podejścia, koreluje on bowiem wyraźnie z obniżeniem dynamiki życiowej, a jej oscylacje mogą wystąpić w różnych okresach życia. Zasadniczym warunkiem wejścia w wymianę informacyjną z otoczeniem jest przyjęcie postawy "do", nie można bowiem wymieniać informacji z czymś, od czego chce się uciec lub co chce się zniszczyć. Opieka macierzyńska, która otacza młode istoty, ułatwia im przyjęcie takiej postawy, środowisko dzięki tej opiece staje się przychylne i przyciągające, nie zagraża ono niebezpieczeństwami, nie trzeba się go bać i przed nim uciekać. Obserwując niemowlęta, można zauważyć znaczne różnice w poziomie ich postawy "do" otoczenia. Jedne wyciągają rączki do otoczenia, uśmiechają się, inne są zalęknione, często płaczą, widać, że już w tym wieku otaczający świat jest dla nich przykry. Nie potrafimy na razie odpowiedzieć, co wpływa na to, że u jednych ludzi już od wczesnego okresu rozwoju przeważa postawa "do", a u innych "od" otoczenia. U zwierząt, jak się zdaje, też można od wczesnego okresu rozwojowego obserwować różnice w poziomie postawy "do", nie są one jednak tak wyraźne jak u człowieka, na ogół przeważa u nich postawa "do". We współczesnej psychiatrii dominuje pogląd, że przyszli schizofrenicy są delikatniejsi i drażliwsi, wskutek czego czynniki patologiczne tkwiące w środowisku rodzinnym łatwiej wywołują u nich wycofywanie się z kontaktów z otoczeniem. Nie wiadomo jednak, na czym ma polegać ta genetycznie uwarunkowana większa drażliwość przyszłych chorych na schizofrenię. Określenie genetycznego uwarunkowania jakiejkolwiek cechy psychicznej jest niezwykle trudne, gdyż nigdy nie da się w niej odizolować czynników genetycznych od środowiskowych. A dotychczas nie wiemy, jakie odzwierciedlenie w życiu psychicznym znajduje plan genetyczny. Na razie musimy zadowolić się posiadanymi informacjami o odzwierciedlaniu planu genetycznego na najniższym, tj. biochemicznym poziomie integracji czynności ustroju. Nie wiemy, jaka jest zasadnicza struktura życia psychicznego człowieka. Gdybyśmy ją znali, można by z pewnym przybliżeniem przyjąć, że jest ona uwarunkowana genetycznie. Na razie obracamy się w kręgu nie sprawdzonych hipotez: jako jedną z nich można przyjąć, że przewaga postawy "do" lub "od" jest elementem tej zasadniczej struktury życia psychicznego człowieka. Cechą przyrody ożywionej jest ekspansja w otaczający świat. Każda żywa istota dąży do powiększenia swej przestrzeni życiowej, gdyż to jest warunkiem jej egzystencji. Ekspansja natomiast jest możliwa przy przyjęciu postawy "do" otoczenia. W ten sposób przewaga postawy "do" jest proporcjonalna do tendencji ekspansywnych ustroju, czyli do jego dynamiki życiowej. Ten schemat jest zgodny z subiektywnym obrazem procesów życiowych. Pogodny nastrój, który jest subiektywnym odpowiednikiem wzmożonej dynamiki życiowej, koreluje ze wzrostem uczuć pozytywnych, tj. ze wzrostem postawy "do". A przeciwnie, nastrój obniżony koreluje ze wzrostem uczuć negatywnych do otoczenia. Jeśli przyjąć, że tendencja do ekspansji stanowi zasadniczą cechę wszelkich żywych istot, a tym samym i człowieka, to należałoby przypuszczać, że w znacznej mierze jest ona uwarunkowana genetycznie, a tym samym zasadnicza orientacja w otaczającym świecie, tj. przewaga postawy "do" lub "od", w znacznej mierze zależy od czynników genetycznych.

70

Struktura rodzinna Od przeszło ćwierćwiecza wiele uwagi w piśmiennictwie psychiatrycznym poświęca się analizie struktury rodzinnej, a zwłaszcza postaci matki przyszłych chorych na schizofrenię. W różny sposób, przeważnie niezbyt pochlebnie, opisywano matkę przyszłego schizofrenika. Należy zaznaczyć, że w miarę postępu badań nad tym zagadnieniem opisy stawały się stopniowo coraz łagodniejsze i dziś już na ogół nie straszy nas obraz schizofrenogennej matki, swego rodzaju "potwora", zimnego, władczego, często nienawidzącego swego dziecka. Również ojciec nie zawsze jest taki bezradny i marginesowy, jak go początkowo przedstawiano. W badaniach psychiatrycznych często sprawdza się przysłowie: "gdy kto chce uderzyć psa, to znajdzie kij". Psychiatra zawsze potrafi doszukać się patologii w badanym przedmiocie. Nie należy zapominać o tym, że nie ma środowiska "dobrego", tzn. takiego, w którym nie działałyby żadne szkodliwe czynniki. Każde środowisko jest dobre i złe zarazem. Zresztą idealnie "dobre" środowisko okazałoby się może najbardziej szkodliwe, gdyż nie przystosowywałoby ustroju do walki, obrony, wysiłku. Ta ogólna zasada, odnosząca się do każdego środowiska, stosuje się też do tego środowiska, które w życiu człowieka odgrywa najważniejszą rolę, tj. do jego rodziny wyjściowej. Badania prowadzone w ostatnich latach mogą dość wyraźnie wskazywać na to, że jeśli w rodzinach dzieci i młodzieży nerwicowej lub przestępczej występuje wyraźna patologia rodziny, to w rodzinach młodzieży schizofrenicznej ta patologia jest ukryta i pozornie te rodziny przedstawiają harmonijny obraz. Często jednak pod pozorami "dobrej" rodziny kryje się pustka uczuciowa lub niemożność wyrażenia swych uczuć. Należy się spodziewać, że stosowana obecnie psychoterapia całej rodziny chorego na schizofrenię pozwoli w przyszłości lepiej zrozumieć jej strukturę emocjonalną i uchwycić ewentualne czynniki patogenne. Na razie trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, co w rodzinie przyszłego schizofrenika działa ujemnie na jego rozwój. Sami chorzy odczuwają nieraz atmosferę rodzinną jako szkodliwą. W ostrej fazie choroby nierzadko w sposób niezwykle gwałtowny, a niekiedy i brutalny formują swe zarzuty w stosunku do rodziców. Dynamika życia uczuciowego w schizofrenii, burzliwa w ostrej fazie, powoduje znaczne wypaczenie obrazu rzeczywistości. Trudno więc na podstawie wypowiedzi chorych wytworzyć sobie obiektywny obraz stosunków uczuciowych panujących w ich rodzinach. Nie można jednak pomijać pretensji, jaką większość chorych na schizofrenię ma do swych rodziców o to, że nie czuli się w domu dobrze, że dom ten nie był dla nich dostatecznie "ciepły", że matka nie okazywała im dostatecznego uczucia, że ojciec był obojętny, zbyt surowy lub nie zajmował się w ogóle rodziną itp. Środowisko macierzyńskie - tak ważne dla normalnego rozwoju nie tylko człowieka, ale też wyższych zwierząt w odczuciu chorych na schizofrenię nie miało dostatecznego ciepła. Środowisko rodzinne tworzy swoistą warstwę ochronną przed niebezpieczeństwami normalnego środowiska. Prawo zachowania życia gatunku wymaga, by istoty młode i jeszcze do samodzielnego życia niezdolne były otoczone opieką rodzicielską. Prokreacja polega bowiem nie tylko na zapłodnieniu, lecz także na wychowaniu. Sam akt seksualny nie wystarcza do wypełniania drugiego prawa biologicznego. U ssaków najwcześniejszy okres rozwoju jest przymusowo otoczony opieką macierzyńską dzięki temu, że nowo powstała istota jest nierozerwalnie związana z organizmem matki. Nie można inaczej wyzwolić się z obowiązków opieki niż przez zabicie płodu. Od momentu narodzin organiczne zespolenie zostaje wprawdzie zerwane, ale nadal opieka matki jest koniecznym warunkiem życia, bez niej dziecko skazane jest na śmierć. Naturalne środowisko bez warstwy izolacyjnej, jaką stanowi macierzyńska opieka, jest dla niego środowiskiem grożącym bezwzględnie zagładą. Dlatego pierwsze sygnały lękowe powstają w związku z zagrożeniem utraty środowiska macierzyńskiego, a więc gdy np. małe dziecko zostawi się samo, w ciemności, gdy nagle ujrzy ono obce twarze, gdy nie widzi matki i jego krzyk jej nie przywołuje. Mimo opieki matki środowisko może nie spełniać warunków macierzyńskości, dziecko może cierpieć z powodu choroby, niedożywienia, pragnienia, zimna, nagłej utraty oparcia ciała (reakcja lękowa wywołana przez nagłe usunięcie becika spod pleców dziecka) itp. W tych wypadkach osoba matki nie jest czynnikiem zapewniającym

71

bezpieczeństwo. Poczucie bezpieczeństwa, które środowisko macierzyńskie ma stwarzać, zostaje zachwiane. Zamiast pewności powstaje niepewność. To pierwsze zachwianie wiary może rzutować na tworzący się w tym okresie rachunek prawdopodobieństwa, więcej będzie w nim minusów niż plusów. W momencie narodzin zostaje zerwana organiczna łączność z matką, ale miejsce jej zajmuje swoista łączność uczuciowa, która w miarę kontaktu z dzieckiem i jego rozwoju coraz bardziej się rozbudowuje i wzbogaca i która nie ma żadnego odpowiednika w innych uczuciach ludzkich. Miłość ta na pewno istnieje też u zwierząt, przynajmniej wyższych, i ma nawet formy bardziej harmonijne i dynamiczne niż u człowieka. Człowiek wskutek swego oderwania się od konkretności życia (przewaga postawy abstrakcyjnej) nieraz zatraca to, co określiłem jako moralność naturalną, której miłość macierzyńska jest najpiękniejszym przejawem. Związek matki z dzieckiem już po fakcie narodzin pozostaje nadal bardzo ścisły, i prawdopodobnie ta ścisłość związku, która wynika z drugiego prawa biologicznego, sprawia, że kobieta nie zawsze jest w stanie go znieść. Człowiek bowiem w przeciwieństwie do zwierząt nie wytrzymuje zbytniego zrośnięcia z otoczeniem, zbyt silna jest u niego tendencja do oderwania się, do wolności (przewaga postawy abstrakcyjnej nad konkretną). Łączność uczuciowa wynika z postawy konkretnej, ze zrośnięcia się z otoczeniem. Konieczne ruchy, gesty, słowa, różnego rodzaju formy macierzyńskiego zachowania przychodzą same, nie trzeba się nad nimi zastanawiać, nie trzeba ich planować. Obserwując macierzyńskie zachowanie zwierząt, niejednokrotnie nie można oprzeć się wrażeniu, że jest ono znacznie mądrzejsze niż ludzkie. Zwierzęta wiedzą, czego ich potomstwu najbardziej potrzeba w danym okresie rozwoju, umiejętnie przygotowują je do życia, uczą zdobywać pokarm i unikać niebezpieczeństwa, a w odpowiednim czasie spokojnie, a nie tak boleśnie, jak to przeważnie bywa wśród ludzi, rozstają się z potomstwem, zostawiając mu pełną swobodę. U człowieka macierzyństwo nie przebiega tak harmonijnie. Może wynika to stąd, że człowiek dysponuje w porównaniu ze zwierzętami niezwykłą mnogością struktur czynnościowych i wybór między nimi nie zawsze jest łatwy. Tam gdzie związek z otoczeniem ma być jak najściślejszy, nie ma na ogół czasu na wybór świadomy, dokonuje się on automatycznie (tego rodzaju wybór dotyczy np. podstawowych postaw uczuciowych "do" i "od"). Człowiekowi trudno zachować tego typu związek z otoczeniem, przeszkadza mu nadmiar potencjalnych struktur czynnościowych; by móc je należycie rozwinąć, musi zachować pewien dystans w stosunku do otoczenia. Człowiek nie wytrzymuje zbyt dużego zbliżenia do swego środowiska, i gdy jest w takiej sytuacji jak macierzyństwo, świadomie czy nieświadomie buntuje się przeciw niej, aż w końcu wytwarza dystans między sobą a przedmiotem, z którym jest związany. Dzięki wytworzonemu dystansowi mogą zmieścić się struktury czynnościowe, które by w bezpośrednim kontakcie z otoczeniem nie znalazły dla siebie miejsca, i tak np. w wypadku macierzyństwa obok struktur czynnościowych naturalnych i w znacznej mierze automatycznych wspólnych dla człowieka i dla wyższych przedstawicieli świata zwierzęcego występują struktury już typowo ludzkie, bardziej skomplikowane, często świadomie planowane. Decyzja wyboru właściwych form zachowania macierzyńskiego staje się coraz trudniejsza, gdyż jest już między czym wybierać. Matka staje się niepewna, dziecko skutkiem tego budzi w niej lęk i agresje i nie pomoże jej szukanie rady w najbardziej fachowych podręcznikach. Wiele uwagi w piśmiennictwie psychologicznym i psychiatrycznym poświęca się tzw. dojrzałości psychicznej do macierzyństwa. By być zdolnym do macierzyństwa podobnie zresztą jak do życia erotycznego, gdyż obie te formy życia wywodzą się z drugiego prawa biologicznego - trzeba być zdolnym do dawania uczuć, a nie tylko do ich brania, postawa altruistyczna musi równoważyć postawę egoistyczną, jeśli nie nad nią przeważać. Jest to problem jak najbardziej istotny nie tylko dla dojrzałości do życia erotycznego i macierzyństwa, ale w ogóle do życia. W wypadku uczuciowej dojrzałości do macierzyństwa jesteśmy świadkami paradoksalnego raczej zjawiska, a mianowicie struktury czynnościowe określane jako dojrzałe są bardzo zbliżone do struktur występujących w świecie zwierzęcym, podczas gdy struktury określane jako niedojrzałe są bardziej ludzkie,

72

przynajmniej w tym sensie, że występują tylko u człowieka. Czyżby więc dojrzałość uczuciowa była cechą bardziej zwierzęcą niż ludzką? Mimo wewnętrznego sprzeciwu wypada na to pytanie odpowiedzieć twierdząco. Dojrzałość uczuciowa polega, jak wspomniano, przede wszystkim na zdolności do dawania uczuć. A zdolność ta jest z kolei zależna od stopnia złączenia (zrośnięcia) z otoczeniem. W wypadku przewagi postawy abstrakcyjnej granica między "ja" a światem otaczającym występuje wyraźnie. Wynika to z większej odległości, jaka tworzy się między obu układami. Dzięki niej możliwe staje się rozwinięcie drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, tzn. tej, w której przeważają struktury czynnościowe związane z przekształcaniem otaczającego świata (postawa "nad"), a więc w subiektywnym odczuciu struktury myślowowolicjonalne. Natomiast w pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego przeważają struktury czynnościowe związane z naszym życiem uczuciowo-nastrojowym, a więc z dynamiką życiową i zasadniczą orientacją w świecie otaczającym (postawa "do" i "od").1 Gdy przeważa postawa konkretna, zaciera się granica między "ja" a otaczającym światem. Człowiek jest zrośnięty z otoczeniem, jego uczucia i nastroje promieniują na zewnątrz, a uczucia i nastroje otoczenia udzielają się jemu samemu. Cechą życia uczuciowego (pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego) jest właśnie to zespolenie z otoczeniem (przewaga postawy konkretnej). W wypadku nastrojów i uczuć niepodobna oddzielić podmiotu od przedmiotu. Koloryt emocjonalny przechodzi bowiem przez granicę oddzielającą "ja" od otaczającego świata. Gdy jest ciemno, to zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz tej granicy, a gdy jasno, to też po obu jej stronach. Przeciwnie jest w wypadku naszych aktów woli, myśli, planów itp.; tu przedmiot wyraźnie przeciwstawia się podmiotowi. Wynika to z samego charakteru działania: ja działam na coś, coś przekształcam, działam i obserwuję efekt swego działania. Swoją strukturę czynnościową narzuca się tu otoczeniu. Granica między działającym podmiotem a odbierającym działanie przedmiotem musi być bardzo wyraźna. O ile w pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego następuje zbliżenie do otaczającego świata (przewaga postawy konkretnej), o tyle w drugiej fazie - oddalenie od niego (przewaga postawy abstrakcyjnej). W procesach metabolizmu informacyjnego występuje stała oscylacja między tymi dwiema postawami, zbliżanie i oddalanie się od otoczenia. Dojrzałość uczuciowa, która w głównej mierze polega na zdolności dawania uczuć i właściwej wymianie uczuciowej z otaczającym światem, wymaga przede wszystkim zbliżenia do otoczenia, zmniejszenia dystansu dzielącego "ja" od otaczającego świata, czyli pewnej przewagi pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, która jest ontogenetycznie i filogenetycznie starsza niż faza druga, intelektualnowolicjonalna. Paradoks tzw. dojrzałości emocjonalnej polegałby na tym, że w rzeczywistości stanowi ona regresję do bardziej pierwotnych form związku z otoczeniem. Co się tyczy macierzyństwa, to często jesteśmy świadkami tragikomicznych efektów, do jakich prowadzi intelektualizacja związku uczuciowego z dzieckiem. Natura jest tu zawsze mądrzejsza od ludzkich pomysłów. Wszelkie naukowe próby regulowania stosunku uczuciowego matki do dziecka, w czym przodują niektórzy psychoanalitycy, okazują się zwykle zgubne zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Związek uczuciowy matki z dzieckiem jest czymś niezwykle subtelnym, pięknym i trzeba szczerze powiedzieć - dotychczas tajemniczym. Jak wszelkie procesy uczuciowe, związek ten niełatwo poddaje się naukowej obserwacji, gdyż obserwacja taka z reguły go zakłóca, jeśli w ogóle nie niszczy. Dla rozwoju dziecka zarówno psychicznego, jak i fizycznego - odgrywa on decydującą rolę, jest może nawet ważniejszy niż zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych, tj. należących do metabolizmu energetycznego. Klimat uczuciowy, w jakim przebywa dziecko, determinuje rozwój metabolizmu informacyjnego, a od niego zależy dalszy rozwój człowieka. W tym metabolizmie sygnał lękowy jest jednym z pierwszych sygnałów. Od klimatu uczuciowego zależeć więc będzie, w jaki sposób ukształtuje się tolerancja na tenże sygnał oraz to, czy pogotowie lękowe będzie duże czy małe. ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

Zagadnienie obu faz metabolizmu informacyjnego zostało szczegółowo omówione w książce pt. Melanchoiia (PZWL, 1974, s. 89 i nast). 1

73

Lęk jest uczuciem, które chyba najsilniej rezonuje się w układzie endokrynnowegetatywnym, co może wpływa też na to, że jest on uczuciem najłatwiej przenoszącym się, najbardziej "zaraźliwym". Zjawisko to występuje u dorosłych, klasycznym przykładem jest panika. Najwyraźniej jednak występuje w wieku niemowlęcym, gdy dziecko nie dysponuje jeszcze innymi środkami komunikacji. Stan psychiczny, a zwłaszcza lęk matki, przenosi się z łatwością na jej dziecko. Uczucia przenoszą się też w odwrotnym kierunku, tzn. z dziecka na matkę, ale osoba dorosła jest zawsze mniej podatna na ten rodzaj komunikacji niż dziecko, choćby z tego względu, że jest to u niego na razie jedyna forma metabolizmu informacyjnego. W tym okresie życia nie wytworzyła się jeszcze druga faza metabolizmu informacyjnego i kontakt z otaczającym światem jest bardziej bezpośredni, nie ma bowiem granicy między "ja" a otaczającym światem, wszystko łączy się w jedną całość. Pogotowie lękowe matki z łatwością więc przenosi się na jej dziecko, nie pomogą tu różne sposoby maskowania się. Małe dziecko, podobnie zresztą jak domowe zwierzęta, odczytuje na ogół bezbłędnie to, co kryje się pod maską. Maska powstaje dopiero później, w miarę komplikowania się stosunków międzyludzkich i konieczności zachowywania określonych form interakcji. Z wiekiem tępieje zmysł psychologiczny, większą uwagę zwraca się na formę niż na kryjącą się pod nią treść. Celem środowiska macierzyńskiego jest oddzielenie młodej istoty od niebezpieczeństw zagrażających jej ze strony otaczającego świata. Idealne zatem środowisko macierzyńskie nie powinno w ogóle wywoływać sygnału zagrożenia, a więc lęku i bólu. Jak dobrze wiadomo, ideał taki nigdy się nie realizuje. Młode stworzenie nie jest wolne od obu tych sygnałów, lęk i ból towarzyszą żywym istotom od zarania ich istnienia. Nie wiemy, czy przeżycia te występują już w najwcześniejszych okresach życia, np. w życiu płodowym u ssaków, w każdym razie należą do najwcześniejszych przeżyć w życiu pozapłodowym. Sygnał zagrożenia może być wywołany niebezpieczeństwem utraty środowiska macierzyńskiego, np. gdy małe dziecko jest zostawione samo lub w ciemności. Może być wywołany niedostatecznym zabezpieczeniem przez środowisko macierzyńskie przed niebezpieczeństwami życia, np. gdy małe dziecko jest narażone na ból, głód, zimno itp. i wreszcie może być wywołany bezpośrednim przeniesieniem pogotowia lękowego z matki na dziecko. A zatem środowisko macierzyńskie, które ma odizolować młodą istotę od niebezpieczeństw środowiska naturalnego, nie stanowi idealnego zabezpieczenia. Ból i lęk pojawiają się już w tym najwcześniejszym okresie życia. Prawdopodobnie cierpienie jest większe u młodych istot ludzkich niż u zwierzęcych, choćby z tego powodu, że człowiek bardziej odbiega od naturalnych form zachowania i przeżywania i wskutek tego nie stwarza tak dobrego środowiska macierzyńskiego jak zwierzęta. Gdyby nawet istniało idealne środowisko macierzyńskie, to nie byłoby ono wolne od uczucia lęku. Ewolucja indywidualna wymaga bowiem ekspansji w otaczający świat, a więc opuszczenia środowiska macierzyńskiego. Istnieją więc jakby dwie tendencje - jedna w kierunku bezpieczeństwa, spokoju, złączenia się całkowitego ze środowiskiem macierzyńskim, powrotu do okresu życia płodowego, a druga, jej przeciwstawna, do opuszczenia bezpiecznego azylu, wyjścia w otwarty świat, zmierzenia swych sił z niebezpieczeństwami otaczającego świata. Samo trwanie w środowisku macierzyńskim, zredukowanie do niego swej czasoprzestrzeni, zrezygnowanie z ekspansji, a tym samym z ewolucji - wywołuje uczucie niepokoju. Jest to bowiem stan sprzeczny z prawami życia, które wymagają ruchu, zmiany, walki, rozszerzania swej czasoprzestrzeni. Bezpieczeństwo środowiska macierzyńskiego ma w sobie coś ze spokoju śmierci, nie grozi już żadna zmiana, nie może stać się już nic więcej. Tęsknota za śmiercią jest niejednokrotnie tęsknotą za powrotem do bezpieczeństwa najwcześniejszego okresu życia. Istotą środowiska macierzyńskiego jest bezpośredniość powiązania matki z dzieckiem. Ta bezpośredniość, jak wspomniano, jest u człowieka naruszona przez samo bogactwo potencjalnych form czynnościowych. Złączenie to jest jednak sprzeczne z prawem indywidualności, które cechuje wszystko, co żywe. Każdy ustrój żywy ma swoją niepowtarzalną indywidualność i nie może być złączony z innym ustrojem. Dążenie do indywidualności zmusza więc do zerwania więzi ze środowiskiem macierzyńskim. W samym złączeniu z drugą istotą tkwi mrok

74

niepewności i lęku. Trzeba bowiem wtedy stanąć w bezpośrednim kontakcie z tajemnicą drugiej osoby, z tym, co w niej najgłębsze i najskrytsze, bez zwykłych osłonek i masek, którymi człowiek oddziela się od drugiego człowieka i przy pomocy których broni się przed nim, gdy dystans kontaktu jest większy. Tu kontakt jest najbliższy. Nie ma miejsca na rozwinięcie struktur czynnościowych typowych dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, nie można swego zachowania zaplanować i pokierować nim racjonalnie, jest ono spontaniczne, wynika z bezpośredniości powiązania się z otaczającym światem, typowej dla pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego. Wchodzi się tu w podświadomość drugiej osoby. A ma ona wiele tajemnic, sama budzi lęk. Nie wiemy, jak kształtuje się u małego dziecka jego odczucie związku z matką. Obracamy się w tym wypadku w sferze fantazji i domysłów. Nie jest jednak wykluczone, że w tym najwcześniejszym okresie, gdy zawiązuje się pierwsze związki z otaczającym światem, bliższe siebie są głębsze warstwy psychiki, gdyż właśnie one tworzą pierwszą fazę metabolizmu informacyjnego. A więc dziecko najpierw odbiera podświadomie warstwy psychiki swej matki, a warstwy świadome dopiero w późniejszym okresie życia, gdy metabolizm informacyjny bardziej się wykształci i wytworzy się jego druga faza. Można by w ten sposób tłumaczyć przenoszenie się pogotowia lękowego z matki na małe dziecko. Bezpośredniość kontaktu, jaką stwarza macierzyństwo, jest więc źródłem lęku dlatego, że przeciwstawia się dążeniu wszystkich żywych istot do ekspansji w otaczający świat i do wytwarzania własnej indywidualności, oraz dlatego, że zbyt duże zbliżenie do drugiej osoby otwiera warstwy psychiki, które normalnie pozostają ukryte. Otwarcie takie jest zwykle źródłem lęku. W pewnej mierze podobne zjawisko występuje w kontaktach erotycznych, gdzie - podobnie jak w macierzyństwie - zbliżenie do drugiej osoby znacznie przekracza normalny dystans dzielący ludzi od siebie. Przekroczenie strefy intymności drugiego człowieka, otarcie się choćby o podświadome nurty jego życia, wytwarza napięcie lękowe. W schizofrenii przed chorym odsłania się często "prawdziwe" oblicze drugiego człowieka. W wytwarzaniu tego nowego obrazu bezsprzecznie największą rolę odgrywają własne projekcje uczuciowe. Lęk, nienawiść czy też miłość i uwielbienie odpowiednio zmieniają postać obserwowanego przez niego człowieka. Zdarza się jednak, że ten urojeniowo przekształcony obraz jest wyjątkowo prawdziwy, że chory trafia w najistotniejsze cechy danego człowieka, które dla otoczenia, a często dla niego samego są ukryte. Tak jakby przed chorym odsłaniały się w chorobowym spostrzeganiu świata najgłębsze warstwy psychiki ludzkiej, to, co przed normalnym ludzkim wejrzeniem jest skryte. Dla przedchorobowej linii życia chorych na schizofrenię zjawiskiem typowym jest niedostatek interakcji z otoczeniem społecznym. Wskutek tego chorzy ci nigdy nie są dość biegli w noszeniu maski, jakiej wymaga codzienne stykanie się z ludźmi, ani też w odczytywaniu tychże masek u innych osób. Pewniej czują się oni w bardziej archaicznych formach komunikacji międzyludzkiej, w których odczuwa się bezpośrednio - bez słów, gestów itp. normalnych sposobów wzajemnej informacji - cudzy stan psychiczny. W pewnej mierze odczuwają oni drugiego człowieka tak, jak dziecko odczuwa swą matkę. Dlatego bardzo istotne jest w podejściu do chorych na schizofrenię zachowanie autentyczności swych postaw uczuciowych; maskowanie zawsze wzmaga niepokój chorego. Normalnie człowiek nie wytrzymałby dłuższego kontaktu z innymi ludźmi opartego wyłącznie na pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego, tzn. na bezpośrednim odczuwaniu cudzego stanu psychicznego. Kontakt z drugim człowiekiem byłby bowiem wtedy zbyt bliski; zatraca się granica oddzielająca podmiot od przedmiotu, a poza tym cechą tej fazy jest znak nieskończoności; przedmiot nie ma określonych granic czasowych i przestrzennych, jak w fazie drugiej, tylko rozpływa się w nieskończoności. Dlatego spostrzeganie w tej fazie jest mgliste, niejasne, przedmioty nie mają określonych konturów, ponieważ forma i granice czasoprzestrzenne przedmiotu tworzą się w działaniu. Uczucia są zawsze płynne i bez granic. Komunikowanie się więc z innymi ludźmi tylko w obrębie pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, tj. wyłącznie uczuciowo-nastrojowe, byłoby źródłem niezwykłego napięcia emocjonalnego, gdyż drugi człowiek byłby zawsze niezgłębioną tajemnicą, mieściłaby się w nim nieskończoność. Może dlatego chory

75

na schizofrenię wycofuje się z kontaktów z innymi ludźmi, nie dysponuje on bowiem zwykłą warstwą ochronną (maską), która broni nas przed zbytnim zbliżeniem do naszego bliźniego, a bezpośredni kontakt, dla niego bliższy i bardziej naturalny, wywołuje tak duże napięcie uczuciowe, że lepiej trzymać się z dala od ludzi, by napięć tych uniknąć. Nie jesteśmy w stanie poznać, w jaki sposób kształtują się pierwsze formy spostrzegania otoczenia społecznego, a więc przede wszystkim, jak małe dziecko odbiera swą matkę. Można jednak z pewnym prawdopodobieństwem domyślać się, że obraz jej ma cechy nieskończoności, tajemniczości i wszechmocy, a więc w pewnym przynajmniej stopniu przypomina obraz otoczenia społecznego, jaki wytwarza się w schizofrenii. W obu bowiem wypadkach obraz drugiego człowieka tworzy się na bazie pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, a jej znakiem jest nieskończoność. Już od początku swego życia człowiek za sobą i przed sobą musi zmierzyć się z własnym lękiem. Lęk tkwi w samym środowisku macierzyńskim i poza jego granicami. Nie można cofnąć się, zatrzymać ekspansji w otaczający świat, gdyż wówczas lęk narasta. Wyjście naprzód natomiast, w nieznaną przestrzeń, opuszczenie bezpiecznego schronienia, w jakim się wzrasta, wymaga przezwyciężenia lęku. Od przodu jest nieznane otaczającego świata, a od tyłu nieznane środowiska macierzyńskiego, mroki podświadomości, które wynurzają się przy tak bliskim zetknięciu dwu istot ludzkich. U nieco starszych dzieci można obserwować zjawisko swoistego igrania z lękiem. Dzieci dla zabawy wystawiają się na sytuacje lękowe, chętnie, jak wspomniano, słuchają strasznych baśni, bawią się w duchy, zbójców, wybierają się w nocy na cmentarz. Fascynację tego typu zabawy stanowi zwycięstwo nad własnym lękiem. Z punktu widzenia indywidualnej ewolucji jest to zabawa ze wszech miar pożyteczna, uczy bowiem walki z własnym lękiem, a przezwyciężanie lęku jest warunkiem ekspansji w otaczający świat. Zabawa, bardzo istotna dla normalnego rozwoju człowieka (a także prawdopodobnie dla rozwoju zwierząt, przynajmniej wyższych), polega często na stwarzaniu fikcyjnych niebezpiecznych sytuacji, które wyzwalają u uczestników zabawy przejściowe uczucie lęku; pokonywanie tego lęku jest częścią gry. W ten sposób zabawa, ucząc różnych form interakcji z otoczeniem, uczy też pokonywania własnego lęku. Dla przedchorobowej historii życia przyszłych schizofreników zjawiskiem typowym jest mały udział w grupach zabawowych. Wskutek tego przyszły chory nie tylko dysponuje mniejszym zasobem potencjalnych struktur czynnościowych interakcji z otoczeniem społecznym, ale jest też mniej przygotowany do pokonywania własnego lęku. Często u przyszłych chorych na schizofrenię obserwuje się lękowe nastawienie do życia. Łatwo przyjmują postawę wycofującą, gdy trzeba wejść w otaczający świat, zwłaszcza w świat społeczny. Boją się nowych ludzi, nowego środowiska. Z jednej strony mają już dość środowiska rodzinnego, chcieliby uwolnić się z jego więzów, z drugiej strony boją się panicznie wyjść poza jego granice. Stąd bierze się ambiwalentne nastawienie do rodziców, typowe u chorych na schizofrenię. Szukając genezy lęku społecznego u chorych na schizofrenię, można oczywiście znaleźć wiele momentów patologicznych w ich relacjach z otoczeniem społecznym, które mogły się przyczynić do powstania tegoż lęku. Często traktowani są oni przez swych rówieśników jako trochę "inni", jako "maminsynkowie", "prymusy", "kujony". Często są wyśmiewani w grupach zabawowych. Przedmiotem drwiny może być ich nieśmiałość wobec rówieśników płci przeciwnej. Kurczowe trzymanie się środowiska rodzinnego dyskwalifikuje ich z góry jako partnerów zabawy. Są oni na ogół wykluczeni ze swoistej intymności grup zabawowych, nie pasują bowiem do wczesnomłodzieńczego stylu - u chłopców agresywnego, a u dziewcząt erotycznego. Wydaje się jednak, że pierwotnego źródła lęku społecznego należy szukać w pierwszych relacjach ze środowiskiem społecznym, tj. w związku dziecka z matką. Od tego bowiem związku w głównej mierze zależy nasz późniejszy stosunek do wszystkich ludzi. Stosunek do matki jest matrycą stosunku do świata społecznego i w ogóle do świata. Nie potrafimy dotychczas odpowiedzieć, w jakim stopniu patologia tego pierwszego związku z otaczającym światem jest uwarunkowana genetycznie, a w jakim stopniu zależy od patologii samego środowiska, tj. matki (schizofrenogenna matka). Starano się tu tylko wykazać, że

76

już w tym pierwszym środowisku istnieje pogotowie lękowe. Gdy przekroczy ono pewne dopuszczalne granice, może dojść do zahamowania normalnego procesu rozwoju interakcji z otoczeniem społecznym. Lęk społeczny będzie stopniowo narastał, aż dojdzie do poziomu psychozy. Przezwyciężanie lęku Ekspansja w otaczający świat wymaga przezwyciężania własnego lęku. Ma ona charakter progresywny, tj. stopniowo sięga coraz dalej. Skutkiem tego dawkowanie lęku jest stopniowe i na ogół nie jest on tak duży, by nie móc go przezwyciężyć. Przyszły chory na schizofrenię, wycofując się z poszczególnych etapów ekspansji w otaczający świat, staje w końcu wobec sytuacji, które znacznie przekraczają jego tolerancję na lęk. Nie ma on dostatecznego doświadczenia z przezwyciężaniem własnego lęku. Jego dawka jest zbyt duża; sytuacja, która dla człowieka progresywnie rozszerzającego swą przestrzeń życiową jest codzienna, dla niego staje się katastrofalna. Każde wejście w otaczający świat, w nową sytuację, jest sprawdzeniem samego siebie. Pokonując lęk, człowiek czuje się silniejszy, jest zwycięzcą. Przeciwnie, gdy nie jest w stanie opanować lęku i wycofuje się zamiast iść naprzód, wówczas czuje się zwyciężony przez otaczający świat. Jeśli przeważa wycofywanie się, obraz własnej osoby staje się coraz bardziej pesymistyczny. To z kolei wpływa na zwiększenie się lęku przed ludźmi. Lęk jest tym większy, im większą dysproporcję odczuwa się między własnymi siłami a mocą otoczenia. Człowiek przyzwyczajony do zwycięstw nad otoczeniem może bez lęku wkraczać w sytuację ocenianą przez człowieka, któremu brak takich doświadczeń, jako niezwykle trudną i niebezpieczną. Człowiekowi, który wycofał się z ekspansji w otoczenie, świat wydaje się najeżony niebezpieczeństwami. Świat taki jest źródłem lęku, nie przyciąga, lecz odpycha. Zdobywanie takiego świata dokonuje się na zasadzie heroicznej. Każdy krok naprzód wymaga bowiem przezwyciężenia lęku nieproporcjonalnie silnego do obiektywnego zagrożenia. Na ogół jednak zwycięża tendencja do wycofywania się od otoczenia, struktury czynnościowe nie realizują się w otaczającej rzeczywistości, ale w świecie marzeń i planów. Więcej dzieje się tu in potentia niż in realitate. Swoistość lęku schizofrenicznego Nie można jednak żyć w świecie pustym, nie można bez końca kurczyć swej czasoprzestrzeni, jest to sprzeczne z naturalną tendencją do ekspansji i do stałej wymiany energetyczno-informacyjnej z otoczeniem. W końcu dochodzi do wybuchu psychozy, świat wewnętrzny zostaje wyrzucony na zewnątrz i ten fikcyjny świat staje się teraz realnym światem chorego. Jest to swoiste przeistoczenie świata, wszystko się zmienia i wokół chorego, i w nim samym. Wkracza on zupełnie w nową rzeczywistość; czasem wkroczenie to jest gwałtowne, jak w ostrych psychozach, a czasem łagodne, skryte, jak w schizofrenii prostej. Lęk jest tu proporcjonalny do gwałtowności zmiany. Nagła zmiana interakcji z otoczeniem, zaburzenie dotychczasowej struktury metabolizmu informacyjnego wywołuje z reguły lęk, który określić można jako dezintegracyjny, gdyż ulega rozbiciu to, co było dotychczas uporządkowane. W słabym nasileniu taki lęk występuje przy każdym zadziałaniu nowego bodźca; bodziec rozbija strukturę interakcji z otoczeniem, dotychczasowa aktywność zostaje przerwana i dopiero po krótszej lub dłuższej chwili wytwarza się nowa aktywność, nowa integracja w miejsce starej. Odruch orientacyjny ma zawsze komponenty lękowy i wegetatywny, wyładowanie wegetatywne jest na ogół współmierne do natężenia lęku. Każda zmiana interakcji z otoczeniem jest naruszeniem porządku, tj. swoistej struktury metabolizmu informacyjnego. Stara struktura ulega zniszczeniu, a w jej miejscu powstaje nowa. Ten proces budowy i niszczenia trwa od urodzenia aż do śmierci. Nawet we śnie, gdy wymiana informacji z otoczeniem zredukowana jest do minimum, powstają nowe struktury i giną stare. Nie ma więc ani chwili wytchnienia w procesie budowy i niszczenia, integracji i dezintegracji. Życie ma charakter pulsujący, negatywna entropia ustroju raz wzrasta, raz maleje. Każdy bodziec stanowi naruszenie dotychczasowego porządku, w miejsce starej powstaje nowa struktura metabolizmu informacyjnego. Komponent lękowy, który w śladowej formie towarzyszy każdemu bodźcowi informacyjnemu, jest sygnałem zagrożenia,

77

jakie niesie za sobą burzenie starego porządku i konieczność tworzenia nowego. Chwilowy wzrost nieporządku (entropii) jest tym zagrożeniem, które wywołuje sygnał lękowy. Im większa zmiana, im większe zniszczenie dotychczasowego porządku, tym lęk staje się silniejszy. Na ogół zmiany zachodzące w naszej interakcji z otoczeniem są dawkowane w minimalnych ilościach. Dzięki temu łatwo możemy je znieść, gdyż większa część struktury metabolizmu informacyjnego pozostaje niezmieniona. Słyszymy nagle jakiś hałas, wywołuje to reakcję orientacyjną połączoną z nieznacznym uczuciem niepokoju, ale dalej widzimy ten sam pokój, te same ściany, tych samych ludzi wokół siebie, sami też nie ulegliśmy większej zmianie, na chwilę przerwaliśmy tylko dotychczasową aktywność, do której wracamy, jeśli się okaże, że bodziec słuchowy nie miał większego znaczenia. Wyobraźmy sobie sytuację, w której zmiana jest znacznie głębsza. Nagle widzimy, że wszystko się zmieniło, dochodzą nas dziwne głosy, twarze ludzkie są inne, odsłaniają się jakieś tajemnicze wyrazy twarzy, słońce świeci inaczej, przedmioty zmieniają swą formę i kolor, my sami nagle stajemy się kimś innym itp. Dotychczasowy świat uległ zburzeniu, w jego miejsce tworzy się nowy. Kataklizm taki nie może nie wywoływać niezwykle silnego uczucia lęku. Ten typ lęku wysuwa się na czoło w ostrej schizofrenii. Podniecenie i zahamowanie katatoniczne, które w filogenetycznym ujęciu są chyba najstarszą formą ekspresji lękowej, są zewnętrznym wyrazem tego, co przeżywa chory, a w co ludziom, którzy sami nie przeszli schizofrenii, wczuć się niepodobna. Świat schizofreniczny powstaje przez rzutowanie świata wewnętrznego, w znacznej mierze znajdującego się poniżej progu świadomości, w przestrzeń zewnętrzną, która u chorego na schizofrenię jest pusta wskutek lękowego nastawienia. Zburzenie dotychczasowego świata, jakkolwiek byłby on niepociągający i przykry, i powstawanie nowego jest źródłem lęku w ostrej schizofrenii. Lęk działa tu na zasadzie błędnego koła. Lęk zwiększa projekcję w przestrzeń zewnętrzną, pod jego wpływem narastają urojenia i omamy. A tworzące się w ten sposób struktury czynnościowe w przestrzeni zewnętrznej są z kolei źródłem lęku. Chory nie może wyzwolić się ze swego lęku, gdyż lęk jest głównym czynnikiem stwarzającym świat psychotyczny. Nawet w rzadkich chwilach, gdy nastrój chorego jest podwyższony, gdy czuje on swą wszechmoc, swoje posłannictwo, gdy zachwycony jest odkrywaniem piękna swego nowego świata itp., na dnie czai się lęk. Lęk w ostrej schizofrenii jest czymś tak swoistym, że trudno znaleźć dla niego jakikolwiek odpowiednik w przeżyciach tzw. normalnych. Jest to bowiem lęk niszczenia i lęk budowy. Powstaje on na skutek burzenia dotychczasowego świata i na skutek budowania nowego. Ten nowy świat jest przerażający, gdyż powstaje z tego, co tai się w najgłębszych warstwach psychiki, co nie ma kresu i oznaczoności. Lęk w ostrej schizofrenii jest tragicznym ostrzeżeniem, że nie można bezkarnie opuszczać świata, w który się wrastało od urodzenia, choćby ten świat był jak najbardziej nieprzychylny. Nie można też dowolnie tworzyć światów własnych. Życie polega na wymianie ze światem otaczającym, nie można żyć w pustce ani też w świecie powstałym przez wyrzucenie treści wewnętrznych na zewnątrz, jak to się dzieje w schizofrenii. Zrozumiałe jest, że lęk towarzyszy procesowi burzenia; wzrasta wówczas entropia układu i lęk odgrywa tu rolę sygnału niebezpieczeństwa (entropii). Procesy budowy łączą się jednak z uczuciami pozytywnymi, wymagają one wysiłku integracyjnego, a nagrodą za ten wysiłek jest subiektywny stan dobrego samopoczucia. Dlaczego więc gwałtowna budowa świata psychotycznego, jaka dokonuje się w ostrej schizofrenii, połączona jest z tak silnym uczuciem lęku? Dlatego że budowa ta nie jest realna, tj. nie dokonuje się dzięki interakcji ze światem zewnętrznym. Jest to budowa sztuczna, powstała z tego, co w człowieku kryje się najgłębiej, tak jakby człowiek syntetyzował białko z zasobów własnego białka. Budowa ta jest "zjadaniem" samego siebie i dlatego między innymi po ostrym okresie choroby przychodzi schizofreniczna pustka. Otaczający świat budzi nasz lęk i od najmłodszych lat uczymy się go przezwyciężać, by móc wciąż iść naprzód we własne otoczenie. To, co głęboko w nas się mieści i czego sami nie znamy, budzi też w nas lęk. Wprawdzie nieznacznie rzutujemy nasz świat wewnętrzny i jego warstwy znajdujące się poniżej progu świadomości w otaczającą przestrzeń, dzięki czemu nabiera ona

78

swoistego kolorytu emocjonalnego, choć nie przestaje być rzeczywista, zbudowana z realnych elementów otaczającego świata, dostępnych spostrzeganiu innych ludzi, a nawet w ogóle innych żywych istot. Dlatego jest to przestrzeń wspólna, przestrzeń dnia. Przestrzeń psychotyczna, jak wspomniano, jest przestrzenią nocy, jest przestrzenią indywidualną, w którą rzutuje się to, co w człowieku najbardziej skryte i własne. Człowiek jest jakby dwiema nieskończonościami: jedna jest w nim samym, druga poza nim. Rzeczywistość, tzn. miejsce, gdzie wymiana informacji z otaczającym światem jest najżywsza, rozgrywa się w płaszczyźnie zetknięcia się obu nieskończoności: Kosmosu i własnego świata. Obie nieskończoności budzą lęk, człowiek boi się siebie i otaczającego świata. Względnie pewnie czuje się tam, gdzie obie nieskończoności się spotykają, tam może wyznaczyć granice, tam może sam działać i być pod wpływem działania otoczenia, tam ma poczucie rzeczywistości, która właśnie się tworzy w ciągłej interakcji z otoczeniem. Wybuch ostrej psychozy jest wystrzeleniem siebie w kosmos własnej nieskończoności i dlatego wywołuje tak silnie uczucie lęku. Świat psychotyczny, powstały przez wyrzucenie elementów wewnętrznej nieskończoności w przestrzeń zewnętrzną, budzi lęk już przez sam fakt, że elementy te zawiera. Analogicznie budzi lęk nieskończoność otaczającego świata, z nią nigdy tak bezpośrednio się nie stykamy. Chory na schizofrenię, wycofując się z interakcji z otoczeniem, wprowadza się w sytuację bez wyjścia. Czuje się niepewnie na płaszczyźnie zetknięcia własnego świata z otaczającym światem i jest z niej zepchnięty w kierunku nieskończoności własnej i Kosmosu. Częsty w schizofrenii nurt metafizyczny (spraw ostatecznych) jest treściowym wyrazem tego zepchnięcia w kierunku nieskończoności. Lęk schizofreniczny ma więc w sobie też cechy lęku metafizycznego, lęku nieskończoności. Oczywiście w każdym człowieku istnieją tendencje do sięgania w nieskończoność, ale sięganie to jest na ogół bardzo ostrożne, człowiek kurczowo trzyma się gruntu realności, wspólnego świata, zrozumiałego dla niego i dla innych ludzi. Cechą geniuszu jest zdolność i odwaga sięgania poza kres zwyczajności codziennego świata, musi on jednak zdobytą przez siebie cząstkę nieskończoności zawrzeć w kategoriach obowiązujących w świecie rzeczywistym, tj. w świecie wspólnym dla innych ludzi, w przestrzeni jasnego dnia, w której obowiązują prawa codziennej logiki. Nie można bezkarnie wędrować w nieskończoność zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną. Lęk jest sygnałem ostrzegawczym, żeśmy się zbyt daleko w tej wędrówce posunęli. Lęk społeczny, typowy dla okresu przedchorobowego w schizofrenii, gwałtownie narasta z chwilą wybuchu psychozy. Narasta wskutek psychotycznej projekcji. Otoczenie społeczne nabiera niezwykłych cech, które potęgują uczucie lęku. Działa tu też mechanizm błędnego koła. Nasilony lęk zwiększa zniekształcenie obrazu świata społecznego. Ludzie otaczający chorego stają się pod wpływem lęku groźni, obdarzeni niezwykłymi siłami - odczytują myśli, działają różnymi promieniami, tworzą tajemnicze spiski, podsłuchują, wydają na odległość rozkazy, którym chory nie jest w stanie się przeciwstawić, osądzają, wciąż patrzą i obserwują, znają każdą najskrytszą myśl. Z chwilą wybuchu psychozy ożywają i potęgują się wszystkie dotychczasowe lęki przed ludźmi. Na powierzchnię wychodzą zapomniane urazy, wyolbrzymione postacie osób ważnych, zwłaszcza z dzieciństwa, gdy widzi się dorosłych w zniekształconych proporcjach. Lęk przed drugim człowiekiem nie jest cechą swoistą w schizofrenii. Człowiek boi się drugiego człowieka. Drugi człowiek zwiększa zarazem poczucie bezpieczeństwa; wiadomo, że lęk zmniejsza się, gdy ktoś jest przy nas, ale drugi człowiek stanowi też potencjalne zagrożenie, budzi lęk i agresję. Z biologicznego punktu widzenia takie ambiwalentne nastawienie do bliźnich jest zrozumiałe, gdyż z jednej strony w wyniku drugiego prawa biologicznego istnieje ludzka wspólnota, ludzie wzajemnie się wspierają, razem z innymi człowiek czuje się silniejszy, zmniejsza się jego lęk przed otaczającym światem, z drugiej jednak strony drugi człowiek jest niejednokrotnie przeszkodą w ekspansji w otaczający świat, w narzucaniu otoczeniu własnych struktur czynnościowych, trzeba stale się do niego naginać, podporządkowywać, walczyć z nim o "przestrzeń życiową", być narażonym na jego krytyczne spojrzenie itd. Dlatego w grupach społecznych -

79

nie tylko zresztą ludzkich, bo analogiczne zjawiska obserwuje się też u zwierząt - tworzą się spontanicznie określona hierarchia i określone normy, regulujące pozycję w grupie i wzajemne relacje. Każdy ma określony status społeczny i określoną rolę w grupie, do której należy, dzięki temu wie mniej więcej, jak ma się zachowywać i czego po innych ludziach może się spodziewać. Gdy dojdzie do rozbicia określonego porządku społecznego, jak np. u ludzi w czasie rewolucji lub u zwierząt, gdy zmiesza się ze sobą osobniki należące do różnych stad, wówczas występuje chaos, a w grupie dominują sposoby zachowania o wyraźnie lękowym i agresywnym charakterze. Określony porządek społeczny jest ważnym czynnikiem redukującym lęk człowieka przed człowiekiem. Człowiek uczy się tego porządku od najmłodszych lat dzięki swemu udziałowi w różnych grupach społecznych. W miarę rozwoju jego świat społeczny staje się coraz szerszy, początkowo stanowi go tylko matka, potem oboje rodzice, cała grupa rodzinna, pierwsze grupy zabawowe, grupa szkolna, grupa erotyczna, grupa pracy, własna rodzina itp. Dzięki uczestnictwu w różnych grupach społecznych wytwarza się i utrwala swoisty rachunek prawdopodobieństwa, to znaczy z góry wiadomo, co w danej grupie może nas spotkać. Człowiek nie wyrusza w świat społeczny jak w podróż w nieznane, ale w przybliżeniu wie, czego można się spodziewać. W historii przedchorobowej chorych na schizofrenię obserwuje się zwykle znaczne luki w udzielaniu się w grupach społecznych, dość typowy jest nikły udział w grupach zabawowych. Udział w grupach jest często tylko formalny i powierzchowny, przyszły schizofrenik jest "idealnym synem" czy córką, "przykładnym" uczniem, ale zasadniczo trzyma się na uboczu życia danej grupy, spełnia tylko przypadające na niego obowiązki, by w ten sposób zabezpieczyć się przed krytyką i potępieniem. Przykładność i dobroć są tu często wynikiem lęku przed otoczeniem społecznym. Brak doświadczenia w życiu społecznym odbija się ujemnie na wspomnianym rachunku prawdopodobieństwa. Otoczenie społeczne jest wielką niewiadomą, nie wiadomo, co może spotkać ze strony drugiego człowieka. W takiej sytuacji braku jasnego rozeznania wkradają się cienie nocy. Niewiadoma wypełnia się tajonymi lękami i wyobrażeniami, wywodzącymi się z najwcześniejszych okresów rozwoju, gdy kontakt z otoczeniem społecznym był znacznie bardziej bezpośredni i wskutek tego zbliżenia i wypaczenia perspektywy postacie z otoczenia społecznego nabierały znaku nieskończoności. Truizmem jest twierdzenie, że każdy człowiek przedstawia wielką niewiadomą i nigdy nie wiemy, jakie formy zachowania i przeżycia może w nim wyzwolić określona sytuacja. Skala możliwości jest olbrzymia - od nie spotykanego w świecie zwierzęcym okrucieństwa, żądzy zniszczenia i mordu, do najpiękniejszych przykładów ludzkiego altruizmu. Udział w różnorodnych grupach społecznych redukuje te możliwości do określonych i dopuszczalnych w danych środowiskach społecznych form zachowania i przeżywania. Inne formy, nie mieszczące się w normach grupowych, zostają wyeliminowane, ulegają stłumieniu, ich prawdopodobieństwo realizacji spada prawie do zera. Analogicznie jak w przypadku lokomocji eliminacji ulegają formy nie przyjęte powszechnie przez człowieka, np. raczkowanie, skakanie na jednej nodze itp., które w trakcie uczenia się chodzenia mogły być wypróbowane. W okresach znacznego rozprzężenia norm społecznych, np. w czasie wojny, zwłaszcza domowej, w czasie rewolucji, klęsk żywiołowych itp., mogą częściowo wyzwolić się stłumione formy i człowiek zaskakuje wówczas swoje otoczenie, a nawet siebie niespodziewanym okrucieństwem albo odwagą i bohaterstwem. Lęk niejednokrotnie wyzwala tłumione i niezwykłe formy zachowania, zwłaszcza o charakterze ujemnym. Za wszelką cenę bowiem człowiek ogarnięty lękiem chce ratować siebie i jest gotów wszystko zniszczyć, by ten cel osiągnąć. Prawo zachowania własnego życia działa w tym wypadku destrukcyjnie na wytworzone w ciągu dotychczasowego życia formy ludzkiego współżycia i nie tłumi form nie akceptowanych. Lęk wprowadza człowieka w świat nocy, istniejący przeważnie poniżej progu świadomości, gdzie panuje znak nieskończoności i niczego nie da się przewidzieć. Rachunek prawdopodobieństwa, dzięki któremu możemy w przybliżeniu przewidzieć zachowanie naszych bliźnich w przestrzeni jasnej, przestaje obowiązywać w przestrzeni nocy. Człowiek wobec drugiego człowieka traci zdolność orientacji, staje się całkowicie bezradny. Zetknięcie się ze

80

światem nocy drugiego człowieka, z jego najgłębszymi warstwami psychiki, normalnie kryjącymi się poniżej progu świadomości, a fragmentarycznie wydobywającymi się w marzeniach sennych, w psychozie, pod wpływem silnego lęku itp. - zwiększa lęk przed drugim człowiekiem, choćby na tej zasadzie, że staje się on bardziej nieprzewidywalny, że nie pasuje do rachunku prawdopodobieństwa, jaki wytworzyliśmy sobie w stosunku do innych ludzi. Problem ten ma duże, praktyczne znaczenie w psychiatrii, w której częściej niż w innych zawodach stykamy się z głębszymi warstwami psychiki ludzkiej. Redukcja własnego lęku przed chorym psychicznie jest pierwszym i zasadniczym obowiązkiem psychiatry. Przeżycia i formy zachowania chorych na schizofrenię są często paragnomeniczne (paragnomen - termin wprowadzony przez Brzezickiego dla określenia zachowania się nieprzewidywalnego - actio praeter exspectationem). Ta dziwność chorych na schizofrenię jest główną przyczyną lęku, jaki budzą na ogół w otoczeniu. Dziwne jest to, co nie mieści się w zwykłym obrazie życia, co jest niezwykłe, tajemnicze, w czym tkwi pierwiastek boskości (według etymologów słowa "dziw" i "divinus" - boski - mają wywodzić się z tego samego pnia). Przy powtarzaniu się dziwność zmienia się w dziwaczność, zamiast lęku budzi śmiech. Wiele czynników wpływa na to, że przeżycia i formy zachowania chorych na schizofrenię są praeter exspectationem, wbrew oczekiwaniu, że nie mieszczą się w normalnym rachunku prawdopodobieństwa. Jedną z ważnych przyczyn jest lęk. Lęk z różnych ludzkich uczuć najłatwiej rozbija normalny porządek przeżyć i zachowań. Pod wpływem lęku odżywają formy przeżyć i zachowań dawno stłumione. Otaczający świat, a w szczególności świat społeczny - gdyż on jest główną składową naszego otoczenia - ulega pod wpływem lęku znacznemu zniekształceniu. Postacie ludzkie są wyolbrzymione do monstrualnych rozmiarów, zatraca się zwykły dystans spojrzenia, patrzy się na swoich wrogów w górę, tak jak patrzyło się na otoczenie społeczne w dzieciństwie, tylko że wówczas dominowało uczucie miłości, a teraz lęku. Lęk upraszcza skomplikowane związki społeczne do prostego schematu: muszę się bronić, bo inaczej będę zniszczony. W takim schemacie każdy bliźni staje się potencjalnym wrogiem. Nie wiemy, w jakim stopniu człowiek człowiekowi jest wrogiem, a w jakim przyjacielem. W codziennym życiu okazuje i jedno, i drugie oblicze. Normalne warunki życia społecznego na ogół zmuszają nas do tłumienia złych nastawień w stosunku do innych ludzi, a w każdym razie do łagodzenia własnej agresji. W społecznym życiu zwierząt obserwuje się też pewne tłumienie agresywnych form zachowania. Ale to, co stłumione tkwi w człowieku, zwykle zepchnięte poniżej progu świadomości, objawia się w snach, gdy w koszmarach sennych kogoś mordujemy lub gdy nas mordują, objawia się też fragmentarycznie pod wpływem środków oszałamiających, gdy np. pod wpływem alkoholu stajemy się agresywni. Wreszcie pewne sytuacje społeczne, jak np. wojny, rewolucje, absolutna władza itp., pozwalają na swobodniejsze wyładowanie własnej nienawiści do ludzi. Gdybyśmy rachowali własne myśli jak czyny, nie byłoby chyba człowieka, który nie miałby przynajmniej tuzina swych bliźnich na sumieniu. Każdy jest potencjalnym mordercą, tylko jego żądza mordu ukryta jest pod powierzchnią obowiązujących norm zachowania społecznego. Zdarcie z człowieka tej warstwy normalnej i przewidywalnej interakcji z otoczeniem społecznym, np. pod wpływem silnego lęku, lub jej niepełne wytworzenie się, jak np. w schizofrenii, powoduje, że człowiek styka się z drugim człowiekiem od razu głębszymi, podświadomymi warstwami psychiki i wskutek tego jego przeżycia i formy zachowania przestają być przewidywalne. Rachunek prawdopodobieństwa, obowiązujący w stosunkach między ludźmi i wytwarzający się stopniowo w miarę dorastania i wchodzenia w różne kręgi społeczne, zawodzi: człowiek styka się z nieznanym i z nieprzewidywalnym. Przestrzeń, w której rozgrywają się związki międzyludzkie, z jasnej zmienia się w ciemną. Przestaje ona mieć określone granice, w szczególności zaciera się granica między podmiotem a przedmiotem. To, co przeżywa podmiot, staje się atrybutem przedmiotu. Osoby z otoczenia chorego przybierają koloryt emocjonalny i formy przeżyć, które są jego własnymi przeżyciami. Pod wpływem lęku przedmiot wyzwalający uczucie nabiera cech, które uczucie to w pełni usprawiedliwiają, mimo że w rzeczywistości wcale ich nie musi mieć.

81

Wielkie dziś znaczenie przywiązuje się do humanitarnego stosunku wobec chorych psychicznie. Przy najbardziej humanitarnym podejściu do tych chorych trudno pokonać jednak uczucie obcości, jakie w nas wywołują formy zachowania nie objęte społecznym rachunkiem prawdopodobieństwa. Zachowanie tego typu z miejsca dyskwalifikuje człowieka, przenosi go do grupy ludzi "innych". Zmienia się w stosunku do niego nasze nastawienie, z człowieka bliskiego staje się kimś obcym, niezrozumiałym itp. Nierzadko zdarza się, że rodzina przez długi okres, czasem przez kilka lat, nie przyjmuje do świadomości faktu choroby psychicznej jednego z jej członków, natomiast dalsze otoczenie dostrzega niezwykłe zachowanie chorego. Najbliższym trudno wykluczyć osobę kochaną ze wspólnoty ludzkiej, wolą nienormalność zachowania tłumaczyć "zdenerwowaniem", przemęczeniem, wadami charakteru itp. Jeden z bardzo doświadczonych psychiatrów, profesor Eugeniusz Minkowski, opowiadał o swojej reakcji, gdy jego przyjaciel nagle zaczął wypowiadać urojenia prześladowcze. Mimo, że jako psychiatra był aż nadto przyzwyczajony do urojeniowych wypowiedzi, poczuł nagle powstałą przepaść między nim a jego przyjacielem, stał się on innym człowiekiem, nie mógł już na niego patrzeć tak jak dawniej. Trudno byłoby profesorowi Minkowskiemu zarzucić niehumanitarny stosunek do chorych psychicznie, wszystkie jego prace przepojone są głębokim humanizmem, ale nawet tej miary psychiatra nie potrafił się uwolnić od automatycznego wykluczenia człowieka, którego zachowanie nie mieściło się w rachunku prawdopodobieństwa. Praca każdego układu samosterującego, do którego zaliczają się wszystkie żywe istoty łącznie z człowiekiem, jest nastawiona przede wszystkim na przyszłość. W związku z tym musi wytwarzać się hipotetyczny obraz otoczenia w przyszłości. Musi istnieć jakiś stopień pewności, że to otoczenie zachowa się w określony sposób. Jest to wspomniany rachunek prawdopodobieństwa. Podobnie jak reagujemy lękiem, gdy ziemia zacznie drgać pod naszymi stopami lub gdy słońce ulegnie zaćmieniu, tak też zachowanie ludzkie, które wykracza poza granice przyjętych norm i jest niewytłumaczalne i nieprzewidzialne, budzi w nas lęk. Ponieważ nasz metabolizm informacyjny koncentruje się głównie na wymianie sygnałów z otoczeniem społecznym, więc tym samym rachunek prawdopodobieństwa musi być w kontaktach z otoczeniem społecznym ściślejszy niż w kontaktach z innymi rodzajami środowiska. Dla chorego świat społeczny jest też nieprzewidywalny. Chory bowiem nie ma dostatecznego doświadczenia w kontaktach społecznych. Nie wytworzyła się u niego dostateczna warstwa ochronna, która umożliwia względnie bezpieczne poruszanie się w świecie społecznym dzięki zachowywaniu odpowiedniego dystansu i odpowiednich norm zachowania. Bez tej warstwy ochronnej drugi człowiek jakby za bardzo się do chorego zbliża. Chory na schizofrenię styka się ze swym społecznym otoczeniem głębszymi, przeważnie podświadomymi warstwami psychiki, a zatem w przestrzeni ciemnej. Drugi człowiek budzi w nim lęk, unika więc z nim kontaktów, coraz bardziej izoluje się od społecznego otoczenia, zamyka się w sobie. W ten sposób tworzy się przepaść, o której tak szczerze mówił profesor Minkowski. Człowiek nie może jednak żyć w przestrzeni pustej; jeśli wskutek izolacji stała się ona pusta, to zaraz zapełnia się tworami własnego umysłu, a zwłaszcza jego warstw podświadomych. Świat społeczny zmienia się w świat urojeniowy. Chory na schizofrenię skazany jest więc na samotność, wynikającą z jego lęku przed ludźmi i lęku ludzi przed nim. Samotność jest jednym ze źródeł schizofrenicznego lęku. Człowiek nie znosi samotności. Jest ona bowiem w sprzeczności z prawem zachowania życia gatunku. Z niego wywodzi się dążenie do zbliżenia, którego rezultatem może być spełnienie tegoż prawa, i z tego też prawa wywodzi się poczucie wspólnoty grupowej, bezpieczeństwa środowiska macierzyńskiego, tak ważne w początkowych okresach rozwoju. Samotność pozostaje też w sprzeczności z zasadniczym warunkiem metabolizmu informacyjnego, który aby się rozwinąć, musi opierać się na zbliżeniu do otoczenia społecznego. Metabolizm ten składa się bowiem przeważnie z sygnałów społecznych. Wykluczenie z kontaktów społecznych u zwierząt, których początkowe fazy rozwoju wymagają opieki ze strony otoczenia, jest równoznaczne ze śmiercią. Dotyczy to szczególnie człowieka, u którego okres bezradności jest szczególnie długi.

82

Istnieją więc istotne przyczyny, dla których samotność wywołuje uczucie lęku. Wiadomo też, że lęk na ogół zmniejsza swe nasilenie, gdy człowiek jest w towarzystwie innych ludzi. Chory na schizofrenię jest z dwóch stron zagrożony lękiem: boi się ludzi i przed nimi ucieka i boi się samotności, gdyż ona wzmaga lęk. Dlatego schizofrenik nieraz bardzo przywiązuje się do swego lekarza, gdyż jest on niejednokrotnie jedyną osobą, która nie budzi w nim lęku i która broni go przed schizofreniczną samotnością. Inna jest samotność schizofreniczna przed wybuchem psychozy, a inna po jej wybuchu. W przedchorobowej linii życia schizofreników prawie zawsze zauważa się trudności kontaktu z innymi ludźmi, przewagę postawy "od" nad "do". Zwykle zaczyna się ta ucieczka od otoczenia społecznego już w najwcześniejszych okresach rozwoju, zazwyczaj nasila się w okresie dojrzewania, gdy gwałtownie rozszerza się środowisko społeczne. Lęk przed ludźmi jest najczęściej wynikiem braku wiary w siebie, poczucia własnej inności, "gorszości", obawy przed oceną i ośmieszeniem itp. Problem sprowadza się do zdolności pokonywania lęku społecznego. Każdy człowiek w mniejszym lub większym stopniu odczuwa bowiem lęk przed swym otoczeniem społecznym. Lęk ten zresztą odgrywa ważną rolę w przystosowaniu się do norm życia społecznego. Nie może on jednak hamować tendencji do ekspansji w świat społeczny, w coraz to nowe grupy społeczne, natomiast powinien działać hamująco na struktury czynnościowe niedopuszczalne w życiu społecznym, a budzić te, które są przez grupę aprobowane. Patologia przedchorobowego lęku społecznego w schizofrenii polega na tym, że jest on zbyt silny i zamiast działać wybiórczo na niektóre tylko formy zachowania i przeżywania, hamuje w sposób generalny interakcję z otoczeniem społecznym i powoduje wycofywanie się z kontaktów z innymi ludźmi. Wskutek izolacji coraz trudniej wejść w grupę społeczną, budzi ona coraz większy lęk i większą tendencję do izolacji. Izolacja jest zjawiskiem przeciwstawnym ekspansji, która jest warunkiem życia, gdyż życie jest ustawiczną wymianą informacji i energii między organizmem a jego środowiskiem. Gdy więc lęk społeczny - zamiast kształtować proces metabolizmu informacyjnego między człowiekiem a jego otoczeniem społecznym - wywołuje wycofywanie się z kontaktów z nim, a tym samym spadek metabolizmu informacyjnego, wówczas z pozytywnego zmienia się w czynnik wybitnie szkodliwy. Ten dwojaki charakter - korzystny i szkodliwy - jest dość typowy dla biologicznych sygnałów zagrożenia. Zarówno lęk, jak i ból jest zjawiskiem pozytywnym i negatywnym zarazem. Bez sygnału lękowego niemożliwa byłaby selekcja struktur czynnościowych, pod wpływem lęku zostają stłumione te struktury, które utrudniają adaptację do warunków środowiskowych (w wypadku lęku społecznego chodzi o adaptację do środowiska społecznego). Zbyt silny jednak sygnał lękowy wywołuje zahamowanie tworzenia nowych struktur czynnościowych lub regresję do struktur ontogenetycznie starszych, prymitywniejszych i tym samym mniej przystosowanych do realnej sytuacji. Sygnał bólowy, jak wiadomo, ostrzega przed niebezpieczeństwem działającym bezpośrednio na ustrój. Bez tego sygnału dochodziłoby do rozległych uszkodzeń ustroju, którym dzięki niemu można na czas zapobiec. Gdy sygnał ten przekroczy pewne granice, działa destrukcyjnie nie tylko na metabolizm informacyjny, prowadząc nawet do utraty przytomności, lecz też na metabolizm energetyczny, wiodąc do różnego rodzaju zaburzeń biochemicznych i fizjologicznych. Dlatego obowiązkiem lekarza nie tylko ze względów humanitarnych, ale czysto lekarskich (w sensie medycyny somatycznej) jest redukowanie do minimum bólu u chorego. Sygnały niebezpieczeństwa mają więc jakby charakter wahadłowy: po przekroczeniu pewnej amplitudy ich efekt z korzystnego zmienia się na szkodliwy. Nie wiemy dotychczas, na czym polega przesunięcie znaczenia sygnału lękowego w kierunku szkodliwości, jakie obserwujemy w schizofrenii od dzieciństwa, a bardzo wyraźnie od okresu pokwitania, czy jest to wrodzona wada układu sygnalizującego niebezpieczeństwo, układu ważnego z biologicznego punktu widzenia, czy też wada nabyta wskutek przeciążenia tego układu we wczesnych okresach rozwojowych. Lęk schizofreniczny przedchorobowy nie jest w istocie zjawiskiem różnym od lęku społecznego spotykanego w rozmaitym nasileniu u każdego człowieka. Różnica jest

83

tu ilościowa, u przyszłego schizofrenika lęk ten prowadzi do izolacji, a u większości ludzi do selekcji struktur czynnościowych. Przyszły schizofrenik nie ma dość siły, by lęk ten pokonać, a zwykły człowiek stara się go pokonać i nie rezygnuje z jego powodu z ekspansji w świat społeczny. Również samotność schizofrenika z jego przedchorobowego okresu życia nie jest zjawiskiem jakościowo różnym od samotności spotykanej u przeciętnych ludzi pod wpływem lęku społecznego. Każdy człowiek wycofuje się w miarę możności z kontaktów społecznych, które mu nie odpowiadają. Lęk jest uczuciem, które najsilniej działa w kierunku ucieczki od otoczenia społecznego. Lęk społeczny prowadzi więc do autyzmu, ale jest to autyzm fizjologiczny, wybiórczy, odnoszący się tylko do określonych sytuacji społecznych. W jednych sytuacjach społecznych człowiek staje się autystyczny, a w innych - syntoniczny. Na tym zresztą polega bogactwo interakcji z otoczeniem społecznym. Człowiek, który w każdym środowisku społecznym czułby się jednakowo dobrze i był jednakowo syntoniczny, sprawiałby równie nienormalne wrażenie, jak człowiek wycofujący się przed każdym kontaktem społecznym, stale autystyczny. Zjawisko nadmiernej syntonii występuje w stanach maniakalnych i jest ono równie patologiczne, jak typowe dla tych stanów wzmożenie dynamiki życiowej. W autyzmie psychicznym już nie ma poczucia fikcyjności; to, co zostało wyrzucone w zewnętrzną przestrzeń, staje się rzeczywistością. Różnica więc między autyzmem prepsychotycznym a psychotycznym sprowadza się do poczucia realności. Czym jest poczucie realności? Powstaje ono z ustawicznego ścierania się z otaczającym światem, z ustawicznego ścierania się własnych struktur czynnościowych ze strukturami otoczenia, z oporu, który stawia otoczenie i który trzeba pokonać. Gdy człowiek ucieka przed swym otoczeniem, rezygnuje wówczas z interakcji z nim, rezygnuje tym samym z rzeczywistości, żyje w świecie marzeń, planów, ale zdaje sobie sprawę, że to są jego własne struktury czynnościowe, że na skutek izolacji od otoczenia nie urzeczywistniają się, gdyż urzeczywistnienie jest możliwe tylko w przestrzeni zewnętrznej. Natomiast w autyzmie psychotycznym zaciera się granica między światem własnym a psychotycznym. Własne struktury zostają swobodnie rzutowane w przestrzeń zewnętrzną i dzięki temu nabierają cech realności. Już nie odczuwa się ich odrębności i przeciwstawności do tego, co dzieje się na zewnątrz nas. Wchodzi się w inną rzeczywistość. W czasie marzenia sennego struktury własne nabierają również cech rzeczywistości dzięki projekcji w przestrzeń zewnętrzną. W czasie snu interakcja z otoczeniem spada do zera. Metabolizm informacyjny nie może jednak ustać, nie znosi on pustki i przestrzeń zewnętrzna zapełnia się strukturami własnymi, które w ciągu dnia nie mogą wyjść poza granice oddzielające "ja" od otaczającego świata, mieszczą się one zresztą najczęściej poniżej progu świadomości. Granica ta znika, gdy słabnie interakcja z otaczającym światem. Jest ona wynikiem działania, w działaniu bowiem podmiot musi przeciwstawić się przedmiotowi. Biologiczne sygnały zagrożenia operują na zasadzie dodatniego lub ujemnego sprzężenia zwrotnego. Lęk wyzwolony przez sytuację zagrożenia zmienia percepcję tejże sytuacji, pod wpływem lęku ulega ona wyolbrzymieniu, wskutek czego z kolei lęk wzrasta itd. Zdarza się jednak, że działa ujemne sprzężenie zwrotne. W tych wypadkach występuje przyzwyczajenie do sytuacji zagrożenia, sygnał lękowy jest coraz słabszy. To samo dotyczy sygnałów bólowych; pod ich wpływem próg percepcji bólowej może maleć (dodatnie sprzężenie zwrotne) lub rosnąć (ujemne). W pierwszym wypadku będzie występować przeczulica, a w drugim adaptacja do bólu. Ujemne sprzężenia zwrotne, jak wiadomo, prowadzą do stabilizacji układu, dodatnie - do rozchwiania równowagi. Na razie nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, od jakich czynników zależy decyzja żywego ustroju, czy zostanie włączone ujemne czy dodatnie sprzężenie zwrotne. Konieczność ekspansji w świat otaczający wymaga przezwyciężenia lęku i bólu. Z punktu więc widzenia indywidualnej ewolucji koniecznym jej warunkiem jest istnienie ujemnego sprzężenia zwrotnego w odniesieniu do biologicznych sygnałów zagrożenia. Gdyby jednak istniało tylko ujemne sprzężenie zwrotne, żywy ustrój przestałby w końcu reagować na sygnały zagrożenia i tym samym skazany byłby na zagładę. Gdyby istniało tylko dodatnie sprzężenie zwrotne, wówczas wycofywałby się coraz bardziej z kontaktów z otaczającym światem, co doprowadziłoby w końcu

84

do ustania wymiany z otoczeniem (metabolizmu informacyjno-energetycznego), a tym samym do śmierci. Między obu mechanizmami (dodatniego i ujemnego sprzężenia zwrotnego) musi więc istnieć określony stan równowagi. Wiadomo, że ten stan równowagi wykazuje duże indywidualne i gatunkowe różnice. U niektórych gatunków zwierząt próg lękowy jest niższy (np. zając), u innych wyższy (np. lew). Prawdopodobnie analogiczne różnice gatunkowe istnieją w odniesieniu do progu bólowego. Poza tym istnieją różnice jednostkowe. Wiadomo, że są ludzie odważni i tchórzliwi, wrażliwi i mało wrażliwi na ból. Takie same różnice indywidualne istnieją w świecie zwierzęcym. Na ekspansję żywych ustrojów w świat otaczający można za Darwinem patrzeć jako na walkę między żywą jednostką a jej środowiskiem. Kto zwycięży, jest zagadką każdego indywidualnego życia. W walce tej sygnały zagrożenia odgrywają zasadniczą rolę, gdyż pozwalają się orientować, czy można iść naprzód czy trzeba się wycofać. Mechanizm ujemnego sprzężenia zwrotnego świadczy o możliwości zwycięstwa żywego ustroju nad środowiskiem; jest on na tyle silny, że może mimo sygnałów lękowych i bólowych iść naprzód. Mechanizm zaś dodatniego sprzężenia przemawia za klęską żywego ustroju wobec jego środowiska, sygnały zagrożenia prowadzą do coraz większej dezintegracji czynności ustroju. Prawdopodobnie istnieje jakiś zasadniczy próg, w którym sprzężenie zwrotne ujemne zmienia się w dodatnie; fakt, że istnieją tu wyraźne różnice gatunkowe i indywidualne, przemawiałby za tym, że próg ten zależy od czynników genetycznych. Ale bezsprzecznie wpływają też na niego doświadczenia nabyte, zwłaszcza we wczesnych okresach rozwojowych. Wiadomo, że za pomocą odpowiednich metod wychowawczych można zarówno u ludzi, jak i u zwierząt zmniejszyć lub zwiększyć próg percepcji lękowej i bólowej. Wiadomo też, że pewne sytuacje życiowe, np. związane z prawem zachowania gatunku lub z obroną terytorium władzy, mogą znacznie zwiększyć próg percepcji sygnałów zagrożenia. Samiec łatwo pokonuje swój lęk i ból dla zdobycia partnerki, a samica - dla obrony swego potomstwa. W obronie swego terenu posiadania zwierzę lękliwe może stać się odważne itp. Walka o życie ma przebieg niezwykle urozmaicony, raz się zwycięża, to znów ponosi klęski. Sygnały zagrożenia muszą zatem zachować różnorodne modulacje. System sygnalizacyjny operujący sprzężeniem dodatnim lub ujemnym musi być dlatego odpowiednio plastyczny. Nie wiadomo, czy problem lęku społecznego w schizofrenii i wywodzącego się z niego autyzmu nie wywodzi się właśnie z usztywnienia tegoż systemu, co mogłoby być uwarunkowane genetycznie. Z chwilą wybuchu psychozy schizofrenicznej stajemy się świadkami, do jakiego nasilenia lęku i dezintegracji czynności psychicznych prowadzi przejście na mechanizm dodatniego sprzężenia zwrotnego. Lęk prowadzi do rozchwiania struktury metabolizmu informacyjnego, a nawet energetycznego. W minimalnym stopniu takie rozchwianie występuje przy każdym nowym bodźcu; wywołuje on reakcję orientacyjną, która zwykle jest połączona z dyskretnym komponentem lękowym i wegetatywnym. Zaburzenia wegetatywne i biochemiczne towarzyszące przeżyciom lękowym są wyrazem rozchwiania równowagi metabolizmu energetycznego. Na skutek przejścia na mechanizm dodatniego sprzężenia zwrotnego, lęk prowadzi w schizofrenii do coraz większej dezintegracji czynności psychicznych, a nawet wegetatywnych i biochemicznych, a ta z kolei go zwiększa (lęk dezintegracyjny). Zwłaszcza gdy psychoza przychodzi nagle i cały otaczający świat, i sam chory ulega w niej przekształceniu, rozbity zostaje dotychczasowy porządek, a tworzy się nowy, psychotyczny, nasilenie lęku na zasadzie błędnego koła (dodatniego sprzężenia) nabiera niewyobrażalnych rozmiarów. Redukcja lęku Redukcja lęku jest głównym zadaniem w leczeniu schizofrenii. Osiąga się ją za pomocą neuroleptyków i oddziaływania psychoterapeutycznego i socjoterapeutycznego. Broniąc się przed swą samotnością, chory na schizofrenię szuka drugiego człowieka, ale jednocześnie się go boi, gdyż na skutek psychotycznej projekcji przybiera on nieraz postać groźną i wrogą. Umiejętność zdobycia zaufania chorego jest w psychiatrii sprawą podstawową, szczególnie jednak w schizofrenii decyduje ona o powodzeniach czy niepowodzeniach leczenia. Żeby zredukować cudzy lęk, trzeba samemu być odważnym. Lęk bowiem, jak wszystkie

85

silne uczucia, zwłaszcza o znaku ujemnym, irradiuje. Z jednej osoby przenosi się na drugą. Psychiatra musi przeciwstawić się tej irradiacji lęku, który w schizofrenii osiąga apokaliptyczne wymiary. Redukcja lęku nie jest zadaniem łatwym. Przede wszystkim należy pamiętać o tym, że lęk wzrasta w przestrzeni ciemnej, a zmniejsza się w przestrzeni jasnej. Dlatego trzeba starać się zrozumieć chorego, wczuć się w jego przeżycia, przenieść je z ciemności nocy na światło dnia, do wspólnego ludzkiego świata. Człowiek nieznany jest dla nas zawsze groźniejszy niż znany. To, co nieznane, jest dla nas ciemne, łatwo zapełnia się tworami naszych własnych nastawień uczuciowych i fantazji. Fale nienawiści plemiennej, rasowej, narodowej, religijnej, klasowej, ideologicznej, które chyba od początku historii ludzkości są źródłem nieskończonego pasma okrucieństw i cierpień, wzmagają się wskutek tworzenia się przepaści między nienawidzącymi się grupami społecznymi. Zrozumienie drugiego człowieka, wczucie się w jego przeżycia, a nawet sam kontakt z nim, zmniejszają zazwyczaj napięcie uczuć negatywnych. Dlatego tak ważne w leczeniu schizofrenii jest zredukowanie przepaści, jaka tworzy się między chorym a jego otoczeniem społecznym, o której tak szczerze miał odwagę powiedzieć profesor Minkowski. Przepaść wytwarza samo pojęcie choroby psychicznej; człowiek naznaczony tą etykietą jest już po innej stronie granicy. Psychiatra znajduje się tu w sytuacji dwuznacznej, nie może bowiem swego pacjenta traktować jako zdrowego psychicznie, a traktując go jako chorego pogłębia przepaść między sobą a nim. By zrozumieć chorego, trzeba się do niego zbliżyć i pokonać przepaść dzielącą "zdrowych" od "chorych" psychicznie. By pokonać lęk chorego, trzeba mieć do niego dużo sympatii. Postawa "do" musi być na tyle silna, by pokonała dominującą u chorego w stosunkach z ludźmi postawę "od". Prawdziwa życzliwość niejednokrotnie rozładowuje lękowe i agresywne nastawienie chorego do otoczenia. Wchodząc w świat przeżyć, lekarz styka się nieraz z najgłębszymi, zwykle znajdującymi się poniżej progu świadomości warstwami psychiki. Do pewnego stopnia podświadomość chorego styka się z podświadomością lekarza. Człowiek niełatwo znosi mroki swojego życia podświadomego. Dlatego z tak bliskich kontaktów chętnie wycofuje się na bardziej pewne pozycje ludzkiej wspólnoty, jasnego dnia, w którym obowiązują określone normy ekspresji własnych stanów psychicznych. W zetknięciu więc ze światem psychotycznym trzeba mieć odwagę stawić czoło własnej ciemności psychiki. Lęk wreszcie budzą w otoczeniu lękowe i agresywne, a także nieprzewidywalne sposoby zachowania się chorego; trzeba mieć dużą tolerancję na różnorodność ludzkiego zachowania, by temu lękowi sprostać. Lęk schizofreniczny nie jest zjawiskiem w pełni poznanym, wiele w nim tai się jeszcze spraw nie odkrytych i niezrozumiałych. Problematyka jest bardzo szeroka, jak starano się to przedstawić, choć na pewno pominięto jeszcze wiele zagadnień. LĘK PSYCHOORGANICZNY Zespoły psychoorganiczne dzielimy na trzy grupy kliniczne: ostre (zamąceniowe), przewlekłe (otępienne) i charakteropatyczne. W ostrych i przewlekłych zespołach psychoorganicznych na pierwszy plan wysuwają się zaburzenia pamięci. Gwałtownie przebiegają one w ostrych, prowadząc do rozbicia struktury czasoprzestrzennej, co klinicznie objawia się stanem splątania. Stopniowo występują w przewlekłych zaburzeniach pamięci; tworzenie engramów pamięciowych staje się coraz trudniejsze, wytworzone engramy ulegają stopniowo wymazaniu, poczynając od engramów najświeższej daty. W grupie charakteropatycznej na czoło wysuwają się zaburzenia procesów hamowania, formy zachowania i przeżywania są wybuchowe, impulsywne, emocjonalne, a wskutek tego często nie dostosowane do ogólnych norm współżycia. Tak zwani psychopaci impulsywni i socjopaci rekrutują się w znacznej mierze z tej grupy. Procesy hamowania jako delikatniejsze szybciej ulegają uszkodzeniu niż procesy pobudzenia. Można by tu też myśleć o zaburzeniach pamięci, gdyż zapisy pamięciowe odgrywają często rolę hamulca i moderatora w stosunku do tworzących się struktur czynnościowych, nadają im one kształt; bez zapisu pamięciowego struktura czynnościowa jest prymitywna, jakby naga.

86

We wszystkich trzech grupach zespołów psychoorganicznych spotykamy się z lękiem, który w zależności od charakteru zespołu może mieć różną postać i genezę. W ostrych zespołach psychoorganicznych lęk przede wszystkim jest wyzwolony nagłą dezorganizacją metabolizmu informacyjnego. Jest to więc lęk typu dezintegracyjnego, jaki spotyka się w nowej, niezwykłej sytuacji (w śladowej formie przy każdym bodźcu orientacyjnym), a w skrajnym nasileniu – w schizofrenii. Zapis pamięciowy odgrywa rolę porządkującą wobec metabolizmu informacyjnego. Dzięki pamięci otrzymywane informacje zostają uporządkowane na współrzędnych czasu i przestrzeni. Pamięć odgrywa rolę nitki, na którą nanizane są poszczególne wydarzenia. W ostrym zespole psychoorganicznym nitka ta pęka, paciorki zapisów pamięciowych rozsypują się w nieładzie, powstaje chaos przestrzenny i czasowy. Typowa dla tych stanów jest dezorientacja w czasie i przestrzeni. Określony porządek jest warunkiem orientacji i działania w otaczającym świecie; gdy porządek ten ulegnie rozbiciu, człowiek staje się bezradny. Obok poczucia chaosu i wynikającego stąd poczucia zagrożenia bezradność jest drugim czynnikiem wyzwalającym lęk w ostrych zespołach psychoorganicznych. Trzecim czynnikiem jest przenikanie przestrzeni ciemnej w przeżycia chorego. Granica między jawą a marzeniem sennym zaciera się w tych zespołach, na co wpływają zaburzenia poziomu świadomości, które zawsze towarzyszą rozbiciu porządku czasoprzestrzennego. Struktury czynnościowe dnia - przestrzeni jasnej mieszają się ze strukturami czynnościowymi nocy - przestrzeni ciemnej. Powstaje chaos. Chory traci orientację, co jest rzeczywistością, a co majakami. Jak zwykle w wypadku lęku, widoczny jest w ostrych zespołach psychoorganicznych mechanizm błędnego koła. Lęk wzmaga dezorganizację przeżyć psychicznych, a ta z kolei wpływa na wzrost lęku. W niektórych ostrych zespołach psychoorganicznych (np. w deliriach) lęk może być bardzo silny i prowadzić do poważnych zaburzeń wegetatywnych i biochemicznych, kończących się nawet śmiertelnie. Przebieg przewlekłych zespołów psychoorganicznych jest mniej dramatyczny i lęk w nich jest na ogół słabszy. Głównym źródłem lęku jest tu poczucie bezradności. Tworzenie zapisu pamięciowego, czyli utrwalenie informacji, jest procesem koniecznym do wytworzenia sobie obrazu otaczającego świata, a także własnej osoby w stosunku do tegoż świata. Jeśli tworzenie się engramów pamięciowych szwankuje, w obrazie tym powstają białe plamy. Człowiek zaczyna nie rozumieć tego, co wokół niego się dzieje, nie wiąże poszczególnych informacji w całość. Patrzy na otaczający świat jak na mapę z białymi plamami. Również czynności wykonawcze ulegają upośledzeniu, wypadają ich poszczególne elementy, toteż wytworzona struktura czynnościowa staje się zniekształcona, zubożała i nie pasująca ani do tego, co chory chciał wyrazić, ani do sytuacji w otaczającym świecie. Chory w otępieniu organicznym żyje w stałym niepokoju, że może nie zrozumieć tego, co wokół niego się dzieje, i nie podołać zadaniom, które przed nim stawia codzienne życie. Niepokój ten może być maskowany brawurową postawą, jak to się dzieje w wypadkach podwyższenia nastroju (euforii), albo też może go zmniejszyć kurczowe trzymanie się utrwalonych stereotypów i unikanie nowych sytuacji. Chory porusza się wówczas na terenie dobrze mu znanym. Gdy jednak znajdzie się w nowej sytuacji, trudnej, wymagającej większego wysiłku, wówczas łatwo występuje tzw. reakcja katastroficzna Goldsteina. Chorego ogarnia silny lęk, który z kolei prowadzi do gwałtownej dezorganizacji jego procesów psychicznych, czyli do ostrego zespołu psychoorganicznego. W ostrych zespołach psychoorganicznych granica między jawą a marzeniem sennym nie jest ostra. Elementy jednego mieszają się z elementami drugiego. Wpływa to oczywiście na nasilenie się lęku. W zaburzeniach hamowania łatwo dochodzi do gwałtownych reakcji lękowych i agresywnych, które normalnie są tłumione przez działanie hamulcowe różnorodnych zapisów pamięciowych. Zapisy te nie giną, jak dzieje się to w ostrych i przewlekłych zespołach psychoorganicznych, bo gdy taki chory jest w normalnym nastroju, łatwo może je wywołać, ale w chwilach napięcia emocjonalnego zostają wyłączone, toteż reakcja emocjonalna występuje jakby w "nagiej" postaci. Każde silne uczucie redukuje do pewnego stopnia bogactwo struktury czynnościowej i zmywa z niej engramy pamięciowe, które normalnie ją wzbogacają. W charakteropatiach ta redukcja jest

87

znacznie silniejsza. Zasadniczy ruch w świecie otaczającym sprowadza się do dwóch postaw "do" i "od". Przy tym ta druga jest bardziej dynamiczna, gdyż ucieczka i atak wymagają większego wyładowania energii niż zbliżenie. W miarę rozwoju metabolizmu informacyjnego te zasadnicze kierunki ruchu wzbogacają się w coraz to nowe i bardziej skomplikowane formy zachowania, które stanowią ich osłonę i upiększenie. Osłona ta działa hamująco na zasadnicze postawy ruchowe, nie dopuszcza do ich pełnej ekspresji. Człowiek, któremu brak tej osłony, narażony jest na ciągłe potykanie się ze swoim otoczeniem, łatwo wpada w konflikty, co z kolei zwiększa impulsywność jego reakcji. Obserwuje się tu też przejście z ujemnego do dodatniego sprzężenia zwrotnego. Zachowanie lękowe czy agresywne wyzwala odpowiednią reakcję otoczenia, która zamiast działać jak normalnie hamująco (ujemne sprzężenie zwrotne), jeszcze bardziej wzmaga lęk i agresję chorego. Osłabienie czynników hamujących powoduje, że prymitywne (bo pozbawione warstwy ochronnej) struktury czynnościowe są natychmiast realizowane. Na ogół skrajne formy postawy "do" i "od" pozostają w stadium potencjalnym, mają stosunkowo niski współczynnik prawdopodobieństwa realizacji, przed którą bronią hamulce natury społecznej. Każdy człowiek może być potencjalnym mordercą i gwałcicielem, ale swoje potencjalne struktury na szczęście rzadko realizuje. U charakteropaty czynniki hamulcowe są słabsze i potencjalne struktury stają się realnymi. Łatwiej realizuje on swe zasadnicze postawy emocjonalne ("do" i "od"). Myśl jest u niego od razu czynem. Prawdopodobnie w związku z natychmiastową realizacją potencjalnych struktur czynnościowych pozostaje występowanie reakcji agresywnych, u których podłoża tkwi lęk. Wejście bowiem w przestrzeń zewnętrzną wymaga pewnej dozy agresji. Trzeba tę przestrzeń zdobyć, a w tym mieści się sens słowa agresja. Postawa lękowa skłania do wycofywania się z ekspansji w otaczający świat, wskutek czego przeważają struktury czynnościowe potencjalne nad zrealizowanymi. Człowiek dusi w sobie lęk. Gdy lęk jest na tyle silny, że prowadzi do zewnętrznej aktywności, zwykle dołącza się do niego agresja. Jest ona bowiem potrzebna do wyjścia w otaczający świat. Nawet wówczas, gdy zewnętrzne zachowanie polegać będzie wyłącznie na ucieczce, to jednak w tej ucieczce będzie element agresji i walki. Jeśli więc na skutek upośledzenia procesów hamowania dochodzi do zbyt łatwej realizacji struktur czynnościowych, przeważać będą agresywne formy zachowania, mimo że ich źródłem jest lęk. Otoczenie społeczne źle toleruje agresję, na agresję zwykle odpowiada agresją, co z kolei zwiększa u chorego potencjał lękowy prowadzący do zachowania agresywnego. Ważnym czynnikiem hamującym realizację potencjalnych struktur czynnościowych jest zwierciadło społeczne, zarówno w swej formie zewnętrznej, jak i wewnętrznej, zinternalizowanej. Zapisy pamięciowe powstałe na skutek oceny zwierciadła społecznego modulują nasze potencjalne struktury czynnościowe, zwłaszcza te, które powstają bezpośrednio pod wpływem zasadniczych postaw emocjonalnych ("do" i "od"), mających największą dynamikę i najłatwiej mogących zakłócić harmonię interakcji z otoczeniem społecznym. W wypadku charakteropatii te zapisy pamięciowe nie działają należycie, toteż zasadnicze postawy emocjonalne łatwo ulegają uzewnętrznieniu. Na ogół przyjmuje się, że upośledzenie hamowania jest spowodowane organicznym uszkodzeniem ośrodkowego układu nerwowego, ale wydaje się, że nie bez znaczenia są wpływy genetyczne, a także wychowawcze. Wychowanie w znacznej mierze polega bowiem na wypracowaniu i wzmocnieniu procesów hamowania. Lęk w padaczce jest zjawiskiem częstym i jego nasilenie dosięga ekstremalnych granic. Może on wystąpić po pełnym napadzie padaczkowym, gdy chory wraca do przytomności. Należy o tym zawsze pamiętać, gdyż reakcje chorego pod wpływem lęku bywają niezwykle gwałtowne i mają zwykle cechy agresji. Nierzadko atak lęku poprzedza napad padaczkowy - mówimy wówczas o aurze lękowej. W padaczce skroniowej lęk może być jedynym objawem padaczkowego wyładowania. Analogicznie jak w charakteropatiach, tylko w znacznie silniejszym stopniu, lęk padaczkowy łatwo ulega eksternalizacji, tj. potencjalna struktura czynnościowa zostaje natychmiast zrealizowana, dlatego też zachowanie typu agresywnego jest często jego zewnętrzną formą. Prawdopodobnie działa tu mechanizm analogiczny jak w uwarunkowanych organicznie

88

zaburzeniach procesów hamowania. Padaczkowe wyładowanie komórek nerwowych niweluje bardziej skomplikowane struktury czynnościowe, tak że odsłaniają się w nagiej postaci zasadnicze postawy emocjonalne, które, pozbawione hamulców, dochodzą do ekstremalnych biegunów (gwałtu i mordu). W subiektywnym odczuciu istnieje pewna analogia między biegunami postawy "do" i "od", tj. doznaniami w chwili aktu seksualnego lub skrajnej agresji czy panicznej ucieczki, a przeżyciami w czasie napadu padaczkowego. Przeżycia te są niezwykle silne, mają swój autonomiczny rozwój, nie można nimi kierować, podobnie jak nie można kierować napadem padaczkowym. Obraz świata i własnej osoby upraszcza się znacznie. Niczego się nie widzi, tylko przedmiot swej miłości czy lęku lub nienawiści, własny obraz też jest uproszczony do jednego, niezwykle silnego uczucia. Człowiek staje się ładunkiem pożądania, lęku czy nienawiści. Często widzi wszystko na czerwono, tak jakby palił się od środka. Badania elektroencefalograficzne wykonane w czasie stosunku seksualnego wykazały występowania rytmów padaczkowych. Padaczka jest dysfunkcją ośrodkowego układu nerwowego, polegającą na synchronizacji bioelektrycznych rytmów komórek nerwowych. Normalnie każda komórka ma swój własny rytm. Miliardy komórek nerwowych, z których zbudowany jest ludzki układ nerwowy, z tych poszczególnych rytmów tworzą wspólną melodię, którą nazywamy strukturą czynnościową. Gdy komórki nerwowe zaczną bić jednym rytmem, gdy w układzie nerwowym zapanuje swoisty totalizm, wówczas bogactwo struktur czynnościowych redukuje się do zasadniczych postaw emocjonalnych, do ekstremalnych biegunów postawy "do" i "od". Są to bowiem postawy głęboko wdrożone nie tylko w ustrój ludzki, ale też zwierzęcy, występujące na różnych szczeblach filogenezy, związane bezpośrednio z zachowaniem życia własnego i życia gatunku; nawet przy tak głębokiej dysfunkcji układu nerwowego, jaką jest napad padaczkowy, nie mogą one zniknąć. Przeciwnie, wskutek wymazania innych, bardziej subtelnych struktur czynnościowych ulegają odhamowaniu i występują w nagiej, nieposkromionej postaci. Przy ekstremalnej synchronizacji rytmów bioelektrycznych nawet i te zasadnicze struktury czynnościowe ulegają wymazaniu i dochodzi do utraty przytomności. W każdym razie lęk padaczkowy wskazuje na fakt, że lęk jest uczuciem podstawowym, utrzymującym się nawet przy tak daleko posuniętej dysfunkcji układu nerwowego, jaką jest napad padaczkowy. Wszystko inne znika, a pozostaje lęk. LĘK OLIGOFRENICZNY Oligofrenia polega na obniżeniu pułapu wydolności ośrodkowego układu nerwowego. Możliwości wytwarzania struktur czynnościowych są mniejsze, metabolizm informacyjny jest uboższy. Wytwarzają się struktury najprostsze, filogenetycznie i ontogenetycznie najstarsze; struktury młodsze, bardziej skomplikowane, w ogóle nie powstają. Możliwości tworzenia struktur czynnościowych są proporcjonalne do głębokości niedorozwoju. W najgłębszych niedorozwojach (idiotyzm) liczba ich jest minimalna. W lżejszych wystarczająca, by móc prowadzić proste, nieskomplikowane życie. Ubóstwo struktur czynnościowych ma swe dodatnie strony. Mianowicie stosunek do życia niedorozwiniętych umysłowo staje się prostszy, mniej wyrafinowany. Często są to ludzie szczersi, życzliwsi, o wrażliwszym sercu. Warto wspomnieć, że stara nazwa "kretyn" pochodzi od chretien - chrześcijanin. Widocznie już dawno zauważono, że ludzie niedorozwinięci mają coś z ideału chrześcijańskiej dobroci. Z drugiej jednak strony brak czynników hamulcowych łatwo prowadzi do występowania reakcji asocjalnych, impulsywnych, wybuchów złego humoru, agresji. Analogicznie jak w charakteropatii i padaczce występują tu zasadnicze postawy emocjonalne w nagiej postaci. Reakcje lękowe i lękowo-agresywne są więc w znacznej mierze wynikiem zubożenia w możliwościach tworzenia struktur czynnościowych. Lęk w oligofrenii ma też swe źródło w niemożności zrozumienia otaczającego świata, zwłaszcza świata społecznego, jest więc podobny do lęku występującego w przewlekłych zespołach psychoorganicznych. To, co niezrozumiałe, ciemne, budzi niepokój, łatwo w puste miejsca rzutować twory własnej fantazji podsycane lękiem. W wielu sytuacjach życiowych niedorozwinięty umysłowo czuje

89

się bezradny, nie wie, jak im sprostać, postawa ucieczki lub prymitywnej agresji jest nieraz dla niego jedynym wyjściem z sytuacji. LĘK UROJENIOWY Społeczne uwarunkowanie urojeń Większość zespołów urojeniowych zalicza się do psychoz. Urojeniowy obraz świata i własnej osoby nie zgadza się bowiem ze społecznie akceptowanym obrazem i dlatego jest wyłączony ze wspólnoty ludzkiej. Człowiek w taki indywidualny sposób widzący otaczający świat czy siebie samego odrzuca tym samym normy widzenia obowiązujące w przestrzeni wspólnej, w której własne struktury czynnościowe ścierają się ze strukturami innych ludzi. Jest to przestrzeń jasna, przestrzeń dnia, w przeciwstawieniu do przestrzeni ciemnej, przestrzeni nocy, w której dominują własne struktury czynnościowe. Zwykle zespoły urojeniowe omawia się razem ze schizofrenią, jedną bowiem z zasadniczych cech schizofrenii jest zmiana struktury otaczającego świata i własnej osoby. Jeśli lęk urojeniowy omawia się na pograniczu lęków występujących w zaburzeniach psychicznych i lęków występujących w tzw. życiu normalnym, to czyni się tak dlatego, iż właśnie w wypadku urojeń granica między tzw. normą a patologią nie zawsze jest wyraźna i często właśnie na tym terenie styka się świat nocy ze światem dnia. Z tego też względu skoncentrujemy się przede wszystkim na tych urojeniach, które stoją dość blisko tzw. normalnego świata przeżyć. Lęk jest jedną z zasadniczych przyczyn urojenia i jest reakcją na urojeniowe przekształcenie świata (lęk dezintegracyjny, analogiczny do występującego w schizofrenii). Fakt, że urojenie jest przeciwstawieniem się ogólnoludzkiemu (w sensie ludzkiej wspólnoty) widzeniu świata i własnej osoby, uświadamia nam społeczny charakter metabolizmu informacyjnego. Struktury czynnościowe, z których budujemy obraz świata czy też własnej osoby, są w znacznej mierze wspólne, dzielone z innymi ludźmi. Nie można z tej wspólnoty się wyłamać. Ten społeczny charakter metabolizmu informacyjnego każe nam przypuszczać, że w wypadkach, gdy człowiek wyłamuje się z jego norm i przechodzi na bardziej indywidualny sposób widzenia, przyczyna leży w relacjach danego człowieka z otoczeniem społecznym, i rzeczywiście często u podłoża urojenia tkwi lęk społeczny. Również tematyka urojeń najczęściej obraca się wokół grupy społecznej lub jej przedstawicieli. Ale nawet tam, gdzie jest inna, gdy np. dotyczy własnego ciała, jak w urojeniach hipochondrycznych, w genezie urojenia lęk społeczny jest najczęstszą przyczyną (urojona choroba jest karą za rzekomo lub naprawdę popełniony grzech lub obroną przed społecznym potępieniem itp.). Lęk społeczny, jak już mówiono, jest zjawiskiem powszechnym i odgrywa ważną rolę w socjalizacji człowieka. Dlatego warto się zastanowić, dlaczego tylko niekiedy prowadzi on do urojeniowego wypaczenia obrazu rzeczywistości, a przeważnie takiego efektu nie wywiera. W różnych grupach społecznych lęk społeczny przybiera inne formy i ma inny charakter. Rola matki Pierwszym reprezentantem świata społecznego jest matka lub osoba sprawująca jej obowiązki. Jak już powiedziano, jest to najintymniejszy związek międzyludzki. Zerwanie więzi z matką jest równoznaczne z biologiczną śmiercią. Ponieważ metabolizm informacyjny jest jeszcze w tym okresie w stadium zalążkowym, kontakt między matką a dzieckiem dokonuje się nie za pomocą zwykłych środków komunikacji, jak słowa, gesty, a nawet wyraz twarzy (we wczesnym okresie rozwoju dziecko nie jest w stanie percepować twarzy), lecz prawdopodobnie na zasadzie bezpośredniego przenoszenia stanów uczuciowych. Dotychczas nie wiemy, na czym ten sposób (empatia) polega, ale sądząc po tym, jak niepokój matki przenosi się na niemowlę, należy przypuszczać, że tego rodzaju bezpośrednie przenoszenie stanów uczuciowych istnieje rzeczywiście. Przemawiają za tym również zjawiska bezpośredniego przenoszenia stanów uczuciowych, zwłaszcza negatywnych, obserwowane u osób dorosłych, które można

90

traktować jako swoistą regresję do najwcześniejszych form komunikacji. Tego rodzaju bezpośrednie przenoszenie stanów uczuciowych można obserwować u ludzi dorosłych w silnych napięciach emocjonalnych, zarówno o dodatnim, jak ujemnym znaku, w miłości, nienawiści, lęku. Obserwuje się je też w zjawiskach grupowych, gdy silne uczucia, zwłaszcza negatywne, z jednego człowieka przenoszą się jak płomień na drugiego. Tego rodzaju komunikacja istnieje też zapewne w psychozach, zwłaszcza typu schizofrenicznego i paranoidalnego. Chory wyczuwa np. lęk lekarza i reaguje nań własnym lękiem. Matka zapewnia swemu dziecku podstawowe warunki życia, stwarza wokół niego środowisko macierzyńskie, które izoluje je od niebezpieczeństw normalnego środowiska. Osoba matki powinna więc wyzwalać w dziecku uczucia bezpieczeństwa, sytości, zadowolenia, i rzeczywiście tak bywa, dziecko wita matkę uśmiechem, jej widok uspokaja atak płaczu; gdy czuje się nieszczęśliwe, przywołuje ją płaczem i krzykiem itp. Ale zdarza się też, że osoba matki nie uśmierza bólu ani złego samopoczucia, że lęk matki przenosi się na dziecko, że w późniejszym już okresie tworząca się komunikacja mimiczna i słowna nie zgadza się z bezpośrednim przenoszeniem uczuć, wskutek czego dziecko jest zdezorientowane co do prawdziwego nastawienia uczuciowego matki itp. Ogólnie więc można stwierdzić, że w tym pierwszym kontakcie społecznym lęk rodzi się w związku z możliwością utraty matki, co jest równoznaczne ze śmiercią, a także wiąże się z różnorodnymi sytuacjami, w których matka nie spełnia warunków środowiska macierzyńskiego. Już w tym wczesnym okresie rozwoju zarysowuje się zasadniczy schemat stosunku do otoczenia społecznego: z jednej strony nadzieja, że środowisko to zaspokoi podstawowe potrzeby, da poczucie bezpieczeństwa, słowem, że w nim będzie człowiekowi dobrze; z drugiej zaś strony zawiedzione nadzieje, gdy matka nie może czy też nie umie lub nie chce stworzyć wokół swego dziecka dostatecznie ciepłej atmosfery emocjonalnej. Nie wiemy oczywiście, jak w tak wczesnym okresie życia przeżywa się nadzieję, chodzi tu raczej o "nadzieję" w sensie biologicznym, związaną z zaprogramowaniem każdego żywego ustroju, tzn. z jego projekcją w przyszłość. Wypadki nagłej i niewytłumaczalnej śmierci z lęku, występującej nie tylko u ludzi, ale też u zwierząt, tłumaczy się całkowitą utratą nadziei. Zasadniczy więc schemat pierwszego stosunku do otoczenia społecznego można by przedstawić w formie dwubiegunowej, nadziei "raju", czyli środowiska macierzyńskiego, i lęku przed brakiem tegoż środowiska, przed samotnością i pustką, i utratą wszelkiej nadziei. Występują dwie przeciwstawne tendencje: "do" i "od" środowiska społecznego, które właściwie utrzymują się przez całe życie. U jednych ludzi będzie przeważać postawa "do", u innych natomiast postawa "od". Jednym jednak z warunków metabolizmu informacyjnego jest poczucie pewności. Nie można się poruszać w świecie jednocześnie białym i czarnym. Ambiwalencja postaw emocjonalnych W miarę rozwoju metabolizmu informacyjnego rozwija się swoisty rachunek prawdopodobieństwa, dzięki któremu nie wkracza się w niepewność, ale do pewnego stopnia oczekuje się określonych propozycji ze strony otaczającego świata; chodzi przede wszystkim o świat społeczny, gdyż on jest głównym źródłem metabolizmu informacyjnego. Rachunek prawdopodobieństwa nie może być dwuznaczny, nie można mieć dwóch odpowiedzi na jedno pytanie, świat nie może być biały i czarny, choćby takim był w rzeczywistości. Odpowiedź musi być jednoznaczna: biały lub czarny. W pierwszym związku ze światem społecznym ambiwalencja jest wyraźna, matka jest źródłem nadziei, ale jednocześnie źródłem lęku. Już w tak wczesnym okresie rozwoju musi wytworzyć się struktura urojeniowa, gdyż jest ona konieczna do stworzenia rachunku prawdopodobieństwa. Oczywiście nie jest to urojenie w sensie klinicznym, ale w sensie zniekształcenia obrazu rzeczywistości i usztywnienia określonego na nią spojrzenia. Coś musi zwyciężyć: albo nadzieja, albo lęk. Obie postawy emocjonalne nie mogą jednocześnie występować, wówczas bowiem obraz świata byłby jednocześnie przyciągający i odpychający. Na tak biegunowo przeciwstawnych postawach emocjonalnych nie można by budować struktur czynnościowych interakcji z otoczeniem. To tak, jakbyśmy zakładali, że ziemia pod naszymi nogami będzie pewna i twarda, a jednocześnie będzie drgać

91

i zapadać się. Trzeba na jedno lub na drugie się zdecydować, na tym polega rachunek prawdopodobieństwa, który umożliwia eliminację struktur czynnościowych mniej prawdopodobnych. Urojenie polega na dokonaniu jednoznacznego wyboru; przyjmując jeden obraz świata, odrzuca się, a w każdym razie znacznie osłabia obraz przeciwstawny. Pierwsze urojenie dotyczy emocjonalnej postawy w stosunku do świata społecznego, tj. do matki, która jest pierwowzorem stosunku emocjonalnego do otaczającego świata w ogóle. Wybierając nadzieję, przyjmuje się postawę optymistyczną, świat będzie pociągał, jego czarne strony będą mniej wyraziste. Wybierając lęk i brak nadziei, przyjmuje się postawę pesymistyczną, widzi się złe strony tego świata, chce się go zmienić lub przed nim się ucieka. Na ogół ta zasadnicza postawa emocjonalna, na której ukształtowanie ma niemały wpływ stosunek do matki, choć czynniki genetyczne nie są bez znaczenia, utrzymuje się przez całe życie. Tylko na skutek bardzo silnych przeżyć, choroby psychicznej itp. może ona ulec zmianie. Jest to zasadnicze urojenie, od którego nie jest wolny żaden człowiek, ale jego nastawienie emocjonalne do świata zniekształca obraz tegoż świata, a w każdym razie odpowiednio zmienia jego koloryt. Przez urojenie rozumiemy zawsze struktury myślowe, ale ich tłem jest stale struktura emocjonalna. Rachunek prawdopodobieństwa, związany z emocjonalnym nastawieniem do otoczenia, kształtuje się prawdopodobnie bardzo wcześnie; od tego zasadniczego wyboru zależy dalsze ustrukturalizowanie obrazu świata i własnej osoby. Są to zasadnicze struktury, niezwykle trwałe i wypaczające obiektywność naszego widzenia rzeczywistości. Nie traktujemy ich jako urojeń, gdyż występują one u każdego człowieka. Zarówno jednak swoją trwałością, jak i stopniem wypaczenia obrazu rzeczywistości niedaleko one odbiegają od klinicznych urojeń. Lęk i nadzieja w psychozach endogennych W dwóch psychozach endogennych - w cyklofrenii i w schizofrenii - omawiany tu problem urojenia optymizmu lub pesymizmu występuje tak jaskrawo, że nie ma już wątpliwości, iż ma się do czynienia z urojeniem. W depresji chory jest odcięty od środowiska macierzyńskiego, nadzieja zmienia się w brak nadziei. W manii - przeciwnie, chory staje się bardziej zrośnięty ze środowiskiem macierzyńskim, jego nadzieje są zbyt duże, nierzadko mają klinicznie urojeniowy charakter. W schizofrenii środowisko macierzyńskie nie stwarza dość silnej podstawy optymistycznego stosunku do rzeczywistości; przyszli chorzy czują się słabo związani z życiem, więcej jest u nich lęku przed życiem niż nadziei. Dlatego żyją oni trochę jakby na marginesie, uciekając w świat nierealnych marzeń, broniąc się przed kontaktem z otoczeniem przez przyjmowanie postawy konformistycznej (idealny syn, uczeń itp.). Wybuch psychozy jest próbą ucieczki od beznadziejności życia realnego przez wejście w świat nierealny, który jednak daje większe szansę realizacji własnych struktur czynnościowych niż dotychczasowa rzeczywistość. Dla chorego jego struktury urojeniowe są bardziej rzeczywiste niż to, co dotychczas przeżywał i co było zasnute mgłą beznadziei. W cyklofrenii mielibyśmy do czynienia z oscylacją środowiska macierzyńskiego, jego zbliżeniem w manii i jego oddaleniem w depresji. Natomiast środowisko macierzyńskie nigdy nie było wystarczające, o co nie zawsze należy winić matkę, bo na pewno działają tu czynniki natury genetycznej, utrudniające przyjęcie postawy "do"; w psychozie pustka zapełnia się strukturami urojeniowymi, które sprawiają, że świat, wprawdzie urojony, staje się bliższy, chory jest z nim w pełniejszym kontakcie niż ze światem rzeczywistym. Świat rzeczywisty nie daje choremu nadziei realizacji własnych struktur czynnościowych, natomiast nadzieje te daje mu świat psychotyczny. Nadzieja jest zasadniczym warunkiem kontynuacji życia; od niej zależy spełnienie zarówno pierwszego, jak drugiego prawa biologicznego, a u człowieka od niej zależy też rozwój kultury. Postawy optymistyczna i pesymistyczna, które ujęto tu jako pierwsze i zasadnicze urojenie, zależą na pewno od wielu czynników, ale niewątpliwie ich zasadniczy schemat kształtuje się na modelu stosunku z pierwszym przedstawicielem świata społecznego, tj. z matką. Z innych czynników kształtujących należy wymienić wpływy genetyczne, formy wychowania, panujące w danym kręgu społecznym poglądy filozoficzno-religijne, doświadczenia

92

w kontaktach społecznych, klęski i sukcesy itp. Z codziennego doświadczenia i codziennych obserwacji wiadomo, jak bardzo postawa optymistyczna lub pesymistyczna wpływa na nasz obraz świata i własnej osoby, jak od niej zależy nasza aktywność w otoczeniu i ekspansja w otaczający świat, jak kształtuje ona nasz stosunek do ludzi itp. Całkowity brak nadziei jest sytuacją skrajną, rzadko w życiu się zdarzającą, przejściowo występuje w depresjach. Zwykle u największych nawet pesymistów istnieje choćby cień nadziei. Nadzieja bowiem jest warunkiem życia; musi istnieć wiara w przyszłość, gdyż życie jest ustawicznym dążeniem do przyszłości. Postawy optymistyczna i pesymistyczna określają ilościową różnicę w nasileniu nadziei. Nasilenie to jest duże w postawie optymistycznej, a małe - w pesymistycznej. Jak na ogół wszystkie zasadnicze zjawiska w przyrodzie ożywionej, tak i nasycenie nadzieją wykazuje stałe oscylacje zgodne z oscylacjami dynamiki życiowej. Wahania te jednak dokonują się wokół zasadniczego poziomu, który jest trwały i niezmienny, ponieważ tak silnie wpływa na zniekształcenie obrazu świata; określono ten poziom jako podstawowe urojenie. Rola ojca Rodzice a zwierciadło społeczne Drugim z kolei przedstawicielem świata społecznego, który wchodzi w świat przeżyć dziecka, jest ojciec. Oczywiście rola ojca w rodzinie może się przedstawiać różnie; zdarza się, że spełnia on funkcję matki, że nie ma go w ogóle, że żyje całkiem na marginesie swej rodziny i mało z dzieckiem się styka itp. W świecie zwierzęcym spotykamy się też z różnymi modelami rodziny. U morskiego konika ojciec spełnia rolę matki, u wielu zwierząt ojciec nie interesuje się swym potomstwem itp. Przeważa jednak u zwierząt wyższych model rodziny, w którym ojciec ma określone funkcje w stosunku do potomstwa i troskę o nie dzieli ze swą partnerką. W naszej cywilizacji w ostatnich dziesiątkach lat zaczyna dość silnie zarysowywać się model rodziny bezojcowskiej, w której rolę ojca spełnia matka. Wydaje się jednak, że trudno taki model traktować jako normalny, odbija się on zwykle ujemnie na rozwoju dziecka, a także na psychice matki, i dlatego określić by go należało jako model patologiczny. Wydaje się więc uzasadnione omawianie wpływu rodziców na dziecko na przykładzie klasycznego modelu rodziny składającej się z obojga rodziców. Jest zasadnicza różnica między obu pierwszymi przedstawicielami świata społecznego. Od matki dziecko wychodzi w otaczający świat, a ojciec z tego świata przychodzi. Związek z matką jest najwcześniejszy; na podłożu tego związku rozwijają się biologiczna i psychologiczna indywidualność dziecka i jego pierwsze relacje z otaczającym światem. Wejście w otaczający świat dokonuje się na drodze stopniowego zrywania tego pierwotnego związku. W przyrodzie ożywionej obserwuje się ścisłe powiązanie ustroju żywego z jego środowiskiem, często określane tajemniczym słowem "instynkt"; dotychczas nie znamy istoty tego związku. Nie jest jednak wykluczone, że przynajmniej u zwierząt wyższych, u których opieka macierzyńska jest wyraźnie wykształcona, odgrywa ona w genezie tego związku istotną rolę. W stosunku do człowieka rzadko używamy pojęcia "instynkt", choć wydaje się, że analogicznie jak w świecie zwierzęcym wiele jego związków z otoczeniem ma silnie utrwalony charakter. Trudno powiedzieć, czy jest to utrwalenie na podłożu genetycznym, czy też uwarunkowane pierwszymi relacjami z otaczającym światem, w każdym razie są to związki z otoczeniem stanowiące zasadniczą strukturę metabolizmu informacyjnego. Od nich zależy stosunek do otoczenia i formowanie się własnej osobowości. Między innymi postawa optymistyczna lub pesymistyczna należy do takich podstawowych struktur. We wczesnym dzieciństwie świat otaczający nie jest jeszcze oddzielony od osoby dziecka, razem tworzą one całość. Postać matki jest też w tę całość włączona. W miarę formowania się różnego rodzaju sposobów działania i odbierania efektów tegoż działania tworzy się granica między "ja" a otaczającym światem. W tym mniej więcej okresie wchodzi na scenę postać ojca. On jest pierwszym reprezentantem tego, co na zewnątrz, symbolem otaczającego świata, jego nowinek, tajemnic, cudowności, a także jego porządku, norm, systemu nagród i kar. Jeśli związek z matką odgrywa decydującą rolę w formowaniu się struktury emocjonalnej

93

dziecka, tj. jego uczuciowego nastawienia do otaczającego świata, to związek z ojcem wpływa w sposób zasadniczy na formowanie się podstawowego porządku otaczającego świata. Od niego w znacznym stopniu zależy, czy świat będzie sprawiedliwy czy niesprawiedliwy, przychylny czy potępiający, bezwzględny w swym despotyzmie czy tolerancyjny, ciekawy czy nudny itd. Zwłaszcza związek z ojcem niewątpliwie wpływa na ukształtowanie swoistej dla każdego człowieka hierarchii wartości, co w życiu jest najważniejsze, jak dokonywać wyboru, jakie stawiać sobie cele itp. U człowieka hierarchia wartości koncentruje się wokół problemów związanych ze stosunkiem do innych ludzi, tj. do problemów natury etycznej, gdyż ocena, co jest dobre, a co złe, jest zasadniczą decyzją w naszych stosunkach z ludźmi. Porządek moralny jest najważniejszy zarówno w hierarchii wartości, jak i w ustrukturalizowaniu otaczającego świata i własnej osoby. Postać ojca wkracza na scenę później (matka właściwie na scenę nie wkracza, jest na niej od samego początku) i bardziej jest od dziecka oddalona. Skutkiem tego ona przede wszystkim tworzy zwierciadło społeczne. Matka jest zbyt blisko, by mogła patrzeć względnie obiektywnie na własne dziecko. Oczywiście i matka odgrywa rolę w tworzeniu się zwierciadła społecznego i systemu samokontroli u dziecka, ale rola jej w tym wypadku jest mniej wyrazista niż ojca. W literaturze psychoanalitycznej wiele rozważań poświęcono procesowi introjekcji, dzięki któremu postacie rodziców zostają jakby wchłonięte przez dziecko i tworzą zrąb jego superego. Na ogół psychoanalitycy uważają, że rola ojca w tworzeniu się superego jest ważniejsza niż matki, co wydaje się słuszne, choćby z tego względu, że ojciec jest bardziej niż matka reprezentantem w odniesieniu do otaczającego świata. W zespołach urojeniowych często można się doszukać postaci ojca ukrytej w kształcie czy to groźnych istot, które obserwują, osądzają i karzą, czy też nemesis, która ściąga jako karę nieuleczalną chorobę, czy wreszcie potężnego wroga, któremu przeciwstawić się nie sposób, gdyż władza jego jest nieograniczona. Oczywiście postacie te nie wywodzą się bezpośrednio z obrazu własnego rodzica. Na powstanie ich nakłada się zwykle wiele obrazów, ale też wczesnodziecięcy lęk przed sprawiedliwością i wszechmocą ojca. Różni są ojcowie i na pewno nie wszyscy budzą lęk u dziecka, wielu z nich daje więcej ciepła dziecku niż matka. Niemniej w pewnym stopniu, niezależnie od obiektywnej sytuacji, lęk jest osobnym czynnikiem w formowaniu się układu samokontroli. Sumienie i jego część nieświadoma - superego - muszą działać na zasadzie lęku. Lęk jest potrzebny i powstaje niezależnie od zewnętrznej sytuacji. To, że koncentruje się na osobie ojca, nie jest jego winą, ojciec w przeżyciach świadomych dziecka może wcale lęku nie budzić, ale gdzieś poniżej progu świadomości tkwi lęk przed społecznym potępieniem, "jak będę sądzony", i ojciec jako pierwszy reprezentant otoczenia społecznego jest też pierwszym sędzią. W etiologicznych rozważaniach psychiatrycznych często zbyt logicznie staramy się powiązać przyczynę ze skutkiem. Na tej zasadzie uważamy, że surowy ojciec wyzwala u dziecka większy potencjał lęku społecznego niż ojciec łagodny i tolerancyjny. Na pewno tak jest w większości wypadków, ale nie zawsze związki przyczynowe układają się tak prosto. Nasz świat przeżyć nie tworzy się w prostych relacjach, dzięki którym świat subiektywny jest wiernym odbiciem świata obiektywnego. Jak wspomniano, u dziecka istnieje zapotrzebowanie na lęk społeczny, jest on istotnym czynnikiem w formowaniu się sumienia, i lęk ten, istniejący potencjalnie, może skrystalizować się na osobie ojca, gdyż jest on postacią z kręgu rodzinnego najbardziej do tej roli predysponowaną. Świadomie dziecko może ojca się nie bać, ale poniżej progu jego świadomości postać ojca może przybierać rozmiary zgoła groźne. Objawia się to w snach i treści urojeń w psychozie. To wyolbrzymienie postaci ojca jest zjawiskiem koniecznym do sformowania się układu samokontroli. Wyolbrzymiona postać ojca skupia w sobie rolę władcy i sędziego. Interakcję z otoczeniem można przedstawić sobie w formie walki o władzę. Z jednej strony "ja" walczy o zdobycie władzy nad cząstką otaczającego świata, z drugiej strony otaczający świat walczy o zdobycie władzy nad "ja".

94

Otaczający świat ulega swoistej personifikacji, ktoś nim rządzi. Bóg, los, przypadek, konieczność itp. Ktoś porusza, manewruje wypadkami otaczającego świata, analogicznie jak "ja" manewruje zachowaniem własnej osoby. Występuje tu swoista projekcja: otaczający świat działa na tej samej zasadzie, na jakiej my działamy. Jakaś "osoba", jakieś "ja" porusza nim, tak jak my sobą poruszamy. Wydaje się, że właśnie postać ojca jest predysponowana do występowania w roli tego "ja" otaczającego świata. Przychodzi ona bowiem z zewnątrz, jest tegoż świata pierwszym żywym reprezentantem. Człowiek jest istotą społeczną, toteż jego interakcja z otoczeniem (metabolizm informacyjny) ma zawsze cechy personalne, tzn. musi się dokonywać z drugą osobą. Gdy jej aktualnie nie ma, stwarzamy osobę fikcyjną. Na przykład rozkoszując się pięknem natury, odczuwamy bliski kontakt z Naturą, Bogiem, Pięknem itp. To, z czym obcujemy, nabiera do pewnego stopnia cech ludzkich, zwierzę domowe ma przeżycia podobne do nas, nawet maszyna, z którą stale obcujemy i ją lubimy, trochę do nas się upodabnia (przykładem jest prawie erotyczny stosunek do samochodu, jaki można obserwować u wielu rozmiłowanych w swoim wozie właścicieli aut). Charakter metabolizmu informacyjnego jest społeczny, gdyż każda informacja jest rezultatem wysiłku ludzkiej społeczności; jest choćby w minimalnym stopniu kulturalnym dorobkiem, nic więc dziwnego, że przy społecznym charakterze informacji odnosi się wrażenie, że ich nadawcami są postacie do nas zbliżone. Animizm, który uważa się za formę myślenia prelogicznego, typową dla dziecka i dla ludów tzw. pierwotnych, jest w istocie cechą charakterystyczną ludzkiego odbioru rzeczywistości, wynikającą ze społecznego charakteru metabolizmu informacyjnego. Jeśli świadomie bronimy się przed przyjęciem animistycznego sposobu widzenia rzeczywistości, to dzieje się tak na zasadzie wtórnej racjonalizacji, analogicznie jak odrzucamy wiele naszych emocjonalnych nastawień, by zachować rzekomą obiektywność spojrzenia, choć w rzeczywistości niewiele w ten sposób zyskujemy, gdyż nastawienia te nadal istnieją, a nawet zepchnięte poniżej progu świadomości działaja jeszcze silniej. Symbol ojca w strukturze urojeniowej W zespołach urojeniowych często jesteśmy świadkami tego, jak zepchnięte poniżej progu świadomości wyobrażenia animistyczne dochodzą z powrotem do świadomości. Otaczający świat zapełnia się tajemniczymi postaciami, które nas śledzą, prześladują, obserwują, chcą zniszczyć itp. Świat z powrotem staje się "żywy", żywy, tj. wypełniony ludzką duszą - anima. W formowaniu się tej anima otaczającego świata decydującą, jak się zdaje, rolę odgrywa postać ojca. Tajemnicza postać kryjąca się za działaniami otaczającego świata może być do nas przychylnie lub wrogo nastawiona. Najczęściej obraz jej jest dwubiegunowy, Bóg i Szatan rządzą światem. Rozwarstwienie otaczającego świata na dobry i zły, biały i czarny jest dość typowe dla zespołów urojeniowych, nie tylko klinicznych, lecz też występujących jako zjawisko normalne u jednostek i w grupach społecznych. Pod wpływem lęku i nienawiści otaczający świat polaryzuje się na dwa kolory, czarny i biały. Ludzie dzielą się na przyjaciół i wrogów. Tylko z pierwszymi utrzymuje się kontakt, drugich się unika. Na skutek braku interakcji wytwarza się pusta przestrzeń, do której łatwo już rzutować własne negatywne postawy uczuciowe; pod ich wpływem tworzą się przerażające obrazy obozu wrogów. Tego rodzaju formowanie się nastawień urojeniowych najłatwiej można obserwować w zjawiskach grupowych, np. w czasie wszelakich wojen, gdy świat dzieli się na towarzyszów broni i wrogów. Ten sam mechanizm działa jednak w psychozach urojeniowych. Obraz urojeniowy świata jest już wyraźnie animistyczny, nie działa wspomniana racjonalizacja, którą bronimy się przed zniekształcającym obraz rzeczywistości działaniem silnych uczuć. Otaczający świat zamienia się w swoisty teatr kukiełek, nie ma wydarzenia przypadkowego, każdym wydarzeniem jak kukiełką za pomocą tajemnych nici porusza groźna postać wroga. Każdy fakt ma swoje znaczenie, pod każdym kryje się działanie przeciwnika. Otaczający świat jest nasycony wrogiem. I tu znów przypomnieć się może obraz otaczającego świata okresu dzieciństwa, gdy otaczający świat nasycony jest postacią ojca. Nie znaczy to oczywiście, by postać wroga kształtowała się z postaci ojca. Wróg jest personifikacją tych wszystkich czynników działających w otaczającym świecie,

95

które są nam przeciwstawne, które mogą nas zniszczyć. W postaci ojca tego rodzaju czynniki negatywne istnieją także (np. gdy występuje on w roli ojca karzącego), ale obok nich istnieją czynniki pozytywne, dzięki którym otaczający świat jest dla nas przyjazny, pomaga nam i wspiera. Istnieje tu analogia z postawą optymistyczną i pesymistyczną, którą starano się tu wywieść od stosunku dziecka do matki. Akceptacja i negacja Dwa obrazy świata, z których jeden tworzy się na matrycy stosunku do matki, a drugi na matrycy stosunku do ojca, są do siebie podobne i w wielu miejscach się pokrywają, ale jest jednak między nimi zasadnicza różnica, pierwszy powstaje jakby od wnętrza, matka dla dziecka jest czymś wcześniejszym niż otaczający świat, dlatego jest on bardziej emocjonalny, gdyż uczucia rodzą się z naszego wnętrza. Natomiast drugi powstaje bardziej od zewnątrz, ojciec przychodzi bowiem z zewnątrz, wskutek tego jest dalszy, bardziej obiektywny. Obraz świata kształtujący się na matrycy stosunku dziecka do ojca jest bardziej racjonalny. Koloryt naszego świata wywodzi się ze stosunku do matki, a jego forma ze stosunku do ojca. Cechą charakterystyczną dla zespołów urojeniowych jest swoista wszechmoc wroga. Może on wszystko, jego potęga nie ma granic. Wszystkim potrafi pokierować, na wszystko wpłynąć, nic bez jego wiedzy się nie dzieje itp. Jest to wszechmoc wroga, obca, tajemnicza, niezrozumiała. Obok niej istnieje druga wszechmoc, wszechmoc własnego wodza, który wszystko potrafi, wszystkiemu zaradzi, który w końcu doprowadzi do zwycięstwa. W klinicznych zespołach urojeniowych człowiek zwykle sam występuje naprzeciw wrogiego świata, dlatego w nich ma się do czynienia przeważnie ze wszechmocą wroga. Czasem sam chory odczuwa własną wszechmoc, identyfikuje się nawet z Bogiem; tego typu urojenia są dość typowe w ostrej schizofrenii. Zasadniczy schemat świata społecznego w klinicznych zespołach urojeniowych układa się w przeciwstawieniu "ja" - "oni", "oni" są wrogami. Natomiast w grupowych zespołach urojeniowych problem wszechmocy wodza występuje wyraźnie, odgrywa ważną rolę w konsolidacji zadań grupowych. Schemat grupowych urojeń układa się w dwubiegunowość: "my" i "oni". Dla dziecka postać ojca ma też cechy wszechmocy, wszechmocy zarazem dobrej i złej. Jest to sprawa dla rozwoju osobowości zasadnicza, człowiek chcąc nie chcąc musi się bowiem stosować do porządku otaczającego świata. Otaczający świat jest w stosunku do niego wszechmocny, gdyż gdyby takim nie był, nie mógłby stwarzać norm postępowania, swoich nakazów i zakazów. Człowiek walczy z wszechmocą otaczającego świata, przeciw niej się buntuje, jej się przeciwstawia, ale w końcu jeśli chce żyć w tym świecie, musi jego porządek przyjąć, uznać go za własny (tzw. internalizacja), wtedy już nie walczy z nim, ale współpracuje. Tylko dla chorych na schizofrenię "królestwo ich nie jest z tego świata", nie mogą oni tego porządku akceptować, a tym bardziej go zinternalizować. Podporządkowują się mu wbrew woli, a w psychozie następuje bunt. Małe dziecko odczuwa własną wszechmoc w tym przynajmniej okresie, gdy jeszcze nie zdążyła się wykształcić granica między nim a otaczającym światem. Możliwe, że to poczucie własnej wszechmocy w późniejszym okresie, gdy otaczający świat się już oddzielił, jest rzutowane na zewnątrz; dziecko nie czuje się już wszechmocne, ale tym atrybutem obdarza swoje otoczenie. Podobnie jak istnieje dla każdego człowieka charakterystyczny poziom optymizmu i pesymizmu, tak samo jest w nim określony poziom akceptacji porządku otaczającego świata. Są ludzie ze światem pogodzeni i są ludzie stale z nim skłóceni, i jedna, i druga postawa jest potrzebna, akceptacja jest konieczna do procesu identyfikacji, a negacja do przekształcania porządku otaczającego świata. Całkowita akceptacja byłaby równoznaczna z zastojem, nic by się już w świecie nie zmieniało. Z kolei całkowita negacja oznaczałaby wycofanie się z kontaktów z otoczeniem lub stałą z nim walkę. Dziecko nie walczy ze swym ojcem, ojciec jest zbyt wielką postacią (wpływa na to też perspektywiczne zniekształcenie na skutek typowego dla dzieciństwa spojrzenia w górę), by można było mu się przeciwstawić. Wprawdzie u wielu dzieci

96

- zwłaszcza naszego kręgu kulturowego - można obserwować rywalizację z ojcem o uczucia matki, do której Freud, a za nim wszyscy psychoanalitycy przykładali tak wielką wagę (kompleks Edypa). W rywalizacji tej jednak dziecko z góry zakłada swą klęskę; dziecko może marzyć o zdobyciu pozycji ojca przy matce, podobnie jak marzy o zdobyciu jego siły, znaczenia, umiejętności, ale zdaje sobie sprawę, że jest to tylko marzenie. Mimo silnie rozwiniętych tendencji marzycielskich dzieci zazwyczaj zachowują równie silny zmysł rzeczywistości. Nie znaczy to jednak, by ich ojcoburcze marzenia nie miały wywoływać poczucia winy. W wypadku nie zrealizowanych struktur czynnościowych bywa ono nawet silniejsze, niż wówczas gdy nastąpi ich realizacja. Na skutek poczucia winy jeszcze bardziej wzrasta "potęga" ojca, występuje on jako ten, który ma pełnię władzy karania za złe myśli. Wątek kary jest częstym elementem klinicznych urojeń i w jego genezie należy prawdopodobnie doszukiwać się dziecięcego lęku przed karzącym ojcem. W tradycyjnym modelu rodziny ojciec niejednokrotnie występuje jako pierwszy przedstawiciel społecznej sprawiedliwości, on karze i nagradza. Jest w ten sposób zalążkiem zwierciadła społecznego. Na przykładzie zwierciadła społecznego dobrze widać fikcyjność naszego obrazu świata społecznego. Człowiek ma poczucie, że każdy jego czyn, a nawet myśl czy uczucie są przez otoczenie społeczne w jakiś sposób zauważane i odpowiednio oceniane. Stara się on nakładać różnego rodzaju maski, by nie pozwolić otoczeniu na odczytanie swych prawdziwych intencji. W rzeczywistości nie jesteśmy pod tak baczną obserwacją naszego otoczenia. Spojrzenie ludzkie, które na sobie odczuwamy i które tak wyraźnie wpływa na nasze postępowanie, jest w znacznej mierze wyłącznie naszą konstrukcją myślową. Wyobrażamy sobie, że w ten sposób ludzie na nas patrzą. Mamy wrażenie, że znajdujemy się w centrum ludzkiej społeczności, zamknięci w jej kręgu i ze wszystkich stron padają na nas krytyczne spojrzenia. Zdajemy sobie oczywiście sprawę, że tak naprawdę nie jest, ale trudno nam zwalczyć to złudzenie. Złudzenie to odgrywa rolę w układzie samokontroli; właśnie te spojrzenia są sprzężeniem zwrotnym regulującym zachowanie układu. Jak wiadomo, częściowo ulegają one internalizacji, tworząc świadome i podświadome sumienie (superego). Samo jednak spojrzenie pochodzące z zewnątrz nie zawsze odpowiada rzeczywistemu zachowaniu społecznego otoczenia. Ulega ono samoistnie wzmocnieniu, a nieraz wypaczeniu wskutek tego, że odgrywa tak ważną rolę w procesach samoregulacji. Samokontrola ustroju nie jest tylko zależna od reakcji otoczenia, ale też - i to może w większym stopniu - od tendencji samego ustroju. Zależnie od tych tendencji zmieniać się będzie sprzężenie zwrotne regulujące nasze postępowanie. Do pewnego stopnia sami kształtujemy nasze zwierciadło społeczne. Opisaną subiektywność zwierciadła społecznego najłatwiej można spostrzec, gdy działają nastroje i uczucia. Pod ich wpływem zwierciadło społeczne zmienia się nieraz w decydujący sposób. W nastroju pogodnym jest ono tolerancyjne, w smutnym potępiające, w uczuciach pozytywnych przyjazne, w negatywnych wrogie i zagrażające. Te same oscylacje zależne od kolorytu emocjonalnego obserwuje się też w osądzie sumienia. Jest to jeden więcej przykład łączności ustroju ze środowiskiem. Zwierciadło społeczne jest jakby kwintesencją środowiska społecznego, ale mimo to nie można go odłączyć od ustroju i związek obu układów z sobą jest bardzo ścisły. Zjawisko to występuje wyraźnie w wielodzietnych rodzinach. Ten sam ojciec może zupełnie inaczej wpłynąć na formowanie się zwierciadła społecznego i sumienia u poszczególnych dzieci, mimo że jego odnoszenie się do każdego z nich jest podobne. Mimo wielkiej rozmaitości naszych związków z otoczeniem społecznym - dzięki czemu przez jednych ludzi jesteśmy chwaleni, a przez innych ganieni zwierciadło społeczne przy całej swej kalejdoskopowej różnorodności ma jednak u każdego człowieka określoną strukturę. U jednych ludzi jest ono bardziej tolerancyjne, a u innych bardziej karzące. U jednych wskutek tego przeważa przekonanie, że postępują stale dobrze, a u drugich, że stale źle. Jest to jakby stały błąd konstrukcji układu samokontrolującego, błąd, który utrwala się już we wczesnych okresach rozwoju i dla jego powstania związek uczuciowy z ojcem odgrywa decydującą rolę. W zależności od tego, czy jego postać w umyśle dziecka kształtuje się w formie ojca karzącego, czy też ojca przebaczającego,

97

odpowiednio też przedstawiać się będzie obraz zwierciadła społecznego. Lęk przed karą i potępieniem Zwierciadło społeczne odgrywa decydującą rolę w tworzeniu się porządku moralnego, tj. najwyższej hierarchii wartości, dotyczącej naszych najbardziej skomplikowanych związków z otoczeniem. Lęk przed karą modyfikuje nasze struktury czynnościowe i sprawia, że wiele struktur potencjalnych nie zostaje zrealizowanych. Klasycznym przykładem takiej potencjalnej struktury czynnościowej jest maksymalne wypełnienie postawy "od", czyli mord; normalnie nie dochodzi on do realizacji, ale w pewnych sytuacjach, np. w czasie wojny czy rewolucji, gdy jest on tolerowany, a nawet aprobowany przez zwierciadło społeczne, łatwo się realizuje i po pewnym okresie adaptacji nie wywołuje poczucia winy. Zwierciadło społeczne jest zmienne, w ciągu życia ludzkiego różne czynniki wpływają na jego ukształtowanie. Te same czyny w jednej grupie społecznej są aprobowane, w drugiej potępiane. Względną stabilność zwierciadła społecznego zawdzięczamy pierwszym engramom świata społecznego, które jakby na zasadzie imprinting pozostawiają trwały i niezatarty ślad. A te pierwsze zapisy wiążą się przede wszystkim z postacią ojca. Lęk przed społecznym potępieniem jest u człowieka bardzo silny i zdarza się, że przeważa nad lękiem biologicznym. Z obawy przed potępieniem czy ośmieszeniem człowiek naraża się na śmierć, jak np. w czasie wojny, a wykluczony ze swej grupy społecznej nieraz odbiera sobie życie. Znaczenie lęku społecznego w tworzeniu się układu samokontroli jest bezsporne. Otoczenie społeczne, występujące jako "sędzia sprawiedliwy", jest ważnym czynnikiem modulującym i porządkującym nasze formy zachowania, a także przeżywania. Jest to zasadnicze sprzężenie zwrotne regulujące nasz metabolizm informacyjny. Nieraz w psychozach typu urojeniowego otoczenie społeczne wyraźnie występuje w roli surowego sędziego. Problem kary jest jednym z zasadniczych wątków w psychozach, a w formie bardziej zakamuflowanej - w nerwicach. Z problemem kary i nagrody wiąże się sprawa ludzkiej odpowiedzialności. Dla przyrodnika jest to raczej problem nie istniejący, dąży on bowiem do ułożenia rzeczywistości w tego rodzaju związki przyczynowe, w których odpowiedzialność ustroju jest pojęciem zgoła pustym. Obserwując jednak, jak wielką rolę w rozwoju człowieka, a także zwierząt, przynajmniej wyższych, odgrywa układ samokontroli i system nagrody i kary, nie można tak łatwo odrzucić koncepcji odpowiedzialności. System kary i nagrody opiera się na koncepcji odpowiedzialności. Człowiek nieodpowiedzialny nie może być karany ani nagradzany, nie jest bowiem jego zasługą czy winą, że w ten, a nie inny sposób postępuje. Życie nie jest procesem wyłącznie automatycznym, potrzebny jest w nim wysiłek; wysiłek ten między innymi musi się koncentrować na wyborze odpowiednich form zachowania. Zły wybór może się kończyć klęską zarówno własną, jak i nawet grupy, w której się żyje. Życie wymaga wysiłku decyzji i za nią jesteśmy karani lub nagradzani. Zwierciadło społeczne jest jednym z najważniejszych czynników oceniających nasz wysiłek. Sędzia może być sprawiedliwy lub niesprawiedliwy. Wyidealizowanie postaci ojca (spojrzenie w górę) sprawia, że jest on w oczach dziecka sędzią sprawiedliwym. Sprawiedliwość i wszechmoc są atrybutami, którymi dziecko obdarza pierwszego reprezentanta świata społecznego. Późniejsze życie uczy człowieka, że z tą sprawiedliwością otoczenia społecznego bywa różnie. Nieraz czuje się on pokrzywdzony wyrokiem otoczenia, nieraz musi walczyć o sprawiedliwość dla siebie lub z niej w ogóle zrezygnować. Mimo wszystkich zawodów nie znika jednak całkiem wiara w absolutną sprawiedliwość, wiara zaszczepiona w dzieciństwie. Wiara ta może się przenosić na przyszłe życie, jeśli nie ma już żadnych możliwości zaspokojenia jej w tym życiu. Wierzy się wówczas w sprawiedliwość boską lub historii. Wiara ta, jak się zdaje, jest ważnym czynnikiem w formowaniu się układu samokontroli i moralnego systemu wartości; gdyby jej nie było, wartości byłyby względne, te same czyny raz byłyby nagradzane, a innym razem karane. Cały układ wartości byłby bardzo chwiejny i zmienny, co w końcu utrudniałoby, a nawet uniemożliwiało podejmowanie decyzji. System wartości musi być możliwie stabilny.

98

W rzeczywistości wartości naszych czynów, a tak samo akcji otoczenia są raczej względne, można raz tak, a raz inaczej, zależnie od okoliczności je oceniać. Ale system wartości wchodzący w skład układu samokontroli musi być stabilny, inaczej układ ten nie mógłby działać. Dlatego urojeniowa wiara w sprawiedliwość jest koniecznością. Człowiek żyje nadzieją, że jego zwierciadło społeczne jest sprawiedliwe; gdy traci wiarę w jego sprawiedliwość, prowadzi to nieraz do głębokiego załamania. Wszechmoc i sprawiedliwość - dwie cechy, które w dzieciństwie są przypisywane otoczeniu społecznemu (przede wszystkim ojcu jako tego otoczenia najważniejszemu przedstawicielowi) - mimo swej fikcyjności odgrywają ważną rolę w formowaniu się interakcji z otoczeniem społecznym, w szczególności w tworzeniu się układu samokontroli. Gdyby obraz otoczenia społecznego był bardziej realny, tzn. gdyby nie było ono ani wszechmocne, ani sprawiedliwe, człowiek pozbawiony byłby względnie stabilnego układu odniesienia, nie miałby norm, wedle których może się kierować przy wyborze odpowiednich struktur czynnościowych, jego decyzje byłyby jeszcze bardziej przypadkowe i nieprzewidziane niż są normalnie. Władza i posiadanie Postawa animistyczna ("od") i instrumentalna ("do") Z drugiej jednak strony cechy wszechmocy i sprawiedliwości nadane w dzieciństwie otoczeniu społecznemu, mimo że w trakcie dalszego rozwoju są wyraźnie stłumione przez bardziej realne spojrzenie na nie, tkwią nadal w świadomości ludzkiej, a częściej poniżej jej progu, i w formie już chorobliwej ujawniają się, gdy związki z otoczeniem społecznym są niepewne, zagrażające itp. Jeśli otoczenie społeczne budzi lęk, to w myśl powiedzenia "strach ma wielkie oczy" ulega ono wyolbrzymieniu, spojrzenie jak w dzieciństwie kieruje się w górę, co prowadzi do zniekształcenia proporcji. Z powrotem otoczenie społeczne nabiera cech wszechmocy i absolutnej sprawiedliwości. Wskutek wyolbrzymienia staje się ono nieludzkie. Człowiek rozumie podobnych sobie; tylko oni podobnie jak on odczuwają i reagują, ma z nimi wspólny język. Jest to animistyczna postawa wobec otoczenia, gdyż wspólny rodzaj przeżywania (anima) łączy jednostkę z jej otoczeniem. Przeciwieństwem jej jest postawa instrumentalna. Otoczenie jest tylko instrumentem do osiągnięcia jakiegoś celu. Nie ma się już z nim wspólnoty duchowej, przypomina ono raczej skomplikowany mechanizm, na który odpowiednio działając możemy osiągnąć upragnione przez nas efekty. Postawa instrumentalna pojawia się wtedy, gdy nie możemy znaleźć ze swoim otoczeniem wspólnego języka, gdy jest ono zbyt małe lub duże, by można je było zrozumieć, by można z nim czuć wspólnotę przeżycia (anima communis). Traktujemy wówczas otoczenie jako przedmiot, przedmiot mały, który łatwo możemy opanować i obezwładnić, lub jako przedmiot duży, który może nas zgnieść, ale który, odpowiednio działając, można sobie do pewnego stopnia podporządkować. Zamiast wczuwać się w otoczenie, staramy się nim manipulować. Próbujemy nacisnąć to tu, to tam, i czekamy na efekt. Nie obchodzi nas, co przedmiot przeżywa, ale jak reaguje. Obie postawy są ściśle powiązane z zasadniczymi postawami emocjonalnymi. Postawa animistyczna wymaga zbliżenia do otoczenia, postawa "do" musi przeważać nad postawą "od". Musimy się do otoczenia zbliżyć, lubić je, by móc je zrozumieć, by móc się w nie wczuć. Postawa "do" jest konsekwencją drugiego prawa biologicznego. Potrzeba zachowania życia gatunku zmusza do zbliżenia się do otoczenia, ona wytwarza wspólnotę, człowiek (czy zwierzę) nie czuje się sam, ale złączony z innymi. Postawa instrumentalna jest wynikiem przewagi postawy "od", przed otoczeniem chcemy uciec lub je zniszczyć. U jej podłoża leży pierwsze prawo biologiczne: zachować własne życie za wszelką cenę. W pierwszym prawie biologicznym kryje się lęk przed zagładą, trzeba walczyć, by nie zostać przez otoczenie zniszczonym. Nie dąży się tu do złączenia z otoczeniem, jak w wypadku drugiego prawa biologicznego, ale do jego wykorzystania do własnych celów. Należy tak na nie zadziałać, by odnieść dla siebie korzyści. Jeśli przyjmiemy, że uczucia o znaku pozytywnym (postawa "do") wywodzą się z drugiego prawa biologicznego, a uczucia o znaku ujemnym (postawa "od") z pierwszego prawa, to łatwiej można zrozumieć, iż pierwsze wiążą się

99

z animistycznym, a drugie z instrumentalnym podejściem do otoczenia. Gdy głównym celem jest zachowanie własnego życia, wówczas otoczenie spełnia tylko rolę środka do tego celu, podejście do niego jest instrumentalne, jest ono przedmiotem służącym do zaspokojenia potrzeb, lub gdy otoczenie góruje nad nami, my stajemy się z kolei dla niego przedmiotem. Natomiast gdy celem jest zachowanie życia gatunku, wówczas otoczenie przestaje być przedmiotem, staje się podmiotem, takim jak my, z którym mamy się złączyć dla prokreacji i którym mamy się opiekować, by wzrastało na nasze podobieństwo. Otaczający świat staje się nam bliski i do nas podobny, łączy go z nami wspólnota wynikająca z drugiego prawa biologicznego. Nie jest on przedmiotem, którym staramy się manipulować w ten sposób, by przynosił nam jak najwięcej korzyści (egoizm pierwszego prawa biologicznego), ale podmiotem, dla którego jesteśmy gotowi poświęcić nawet własne życie (altruizm drugiego prawa biologicznego). Dla uczuć pozytywnych charakterystyczne jest podejście animistyczne, a dla negatywnych - instrumentalne. Nawet przedmioty martwe ożywają pod wpływem uczuć pozytywnych, nabierają cech niemal ludzkich, są nam bliskie, rozumiemy je, prawie z nimi rozmawiamy. Dziecko ożywia w ten sposób swoje ukochane zabawki, a człowiek dorosły - mimo krytycznego nastawienia do animistycznego podejścia do rzeczywistości - traktuje nieraz swój ukochany przedmiot niczym najdroższą osobę (np. auto, namiot, narty itp.). W stosunku do zwierząt domowych podejście animistyczne jest prawie regułą. Człowiek jednak wstydzi się swych uczuć względem otoczenia, podejście animistyczne jest traktowane jako dziecinny i raczej prymitywny sposób spojrzenia na nie. Natomiast za odpowiadające godności ludzkiego rozumu uznaje podejście instrumentalne. Obiektywnym spojrzeniem na świat jest to, które widzi go tylko jako przedmiot. Światem takim można swobodnie operować i władać, jest on bowiem "bezduszny", nie łączy go z nami wspólnota doznań (anima), bo my jesteśmy panami świata, a świat jest jakby plastyczną materią, którą mamy kształtować. Sytuacja odwraca się, gdy poniesiemy klęskę, wówczas sami stajenny się plastycznym materiałem dla otoczenia. Mądrość a nauka Może nie jest kwestią przypadku, że w naszej cywilizacji szczególnie ostro potępia się i wyśmiewa postawę animistyczną, która jest dość typowa dla kultur tzw. pierwotnych. Ideałem naszej cywilizacja, zwłaszcza od okresu renesansu, jest władanie światem; otaczający świat ma służyć człowiekowi, wysiłek koncentruje się na podboju, na podporządkowaniu świata człowiekowi. Trzymając się schematu przyjętego w naszych rozważaniach, tego rodzaju cywilizację należałoby określić jako typową dla pierwszego prawa biologicznego. Otoczenie jest tu środkiem do zaspokojenia własnych potrzeb. Taki egoistyczny stosunek do otoczenia jest jednak potencjalnym źródłem lęku. Obowiązuje tu bowiem zasada "zwyciężę lub zostanę zwyciężony", a nie zawsze jesteśmy zwycięzcami, często ponosimy klęskę i wówczas sami stajemy się przedmiotem dla otoczenia. Jeśli nauka potępia i ośmiesza podejście animistyczne, to dzieje się tak między innymi dlatego, że nauka wywodzi się z dążenia do panowania nad światem, jest ona kontynuatorką magii. Dzięki nauce zdobywamy władzę nad otoczeniem. W tym sensie nauka jest przeciwstawna mądrości, mądrość bowiem nie dąży do władzy, ale do większego zbliżenia się i tym samym lepszego zrozumienia otaczającego świata, wczucia się w jego tajemny rytm. Pod wysiłkami naukowymi kryje się dążenie do władzy, a pod szukaniem mądrości miłość do otoczenia. Człowiek, który kocha, nie chce władać przedmiotem swoich uczuć, chce być z nim razem, złączyć się z nim we wspólnocie przeżyć. Złączenie jest celem miłości, i to nie tylko złączenie fizyczne, lecz też psychiczne. Natomiast człowiek, który chce przede wszystkim zachować własne życie i dla tego celu gotów jest wszystko poświęcić, raczej boi się swego otoczenia, ono mu stale zagraża, chce nad nim panować, gdyż tylko wtedy czuje się bezpieczny, gdy ma nad nim pełną władzę. Gdy owładną nami uczucia negatywne, przestajemy rozumieć nasze otoczenie, nie potrafimy się już w nie wczuć, jest dla nas obce i dalekie. Widzimy tylko jego przeróżne działania, nie wszystkie rozumiemy, staramy się je rozszyfrować, boimy się, że mogą nam zaszkodzić, sami staramy się tak na

100

otoczenie zadziałać, by je unieszkodliwić, by uczynić je sobie powolnym. Okres analny Według psychoanalityków podejście instrumentalne do otoczenia jest typowe dla analnego okresu rozwoju (mniej więcej 2-5 roku życia). Dziecko za pomocą różnych sposobów chce zdobyć dla siebie otoczenie społeczne, tj. wywołać korzystne dla siebie reakcje u rodziców. Może być przymilne lub złośliwe, posłuszne lub krnąbrne, porządne lub niedbałe itp., próbuje różnych sposobów zachowania, by z ich pomocą zbadać reakcję matki i ojca. Stara się nimi manipulować, jeśli wolno użyć terminu stosowanego często we współczesnej psychoterapii. Nawet typowe dla tego okresu kłopoty z nocniczkiem są wykorzystywane do manipulacyjnych celów. Kupa zrobiona do nocniczka budzi radość otoczenia, a zrobiona w mniej odpowiednim miejscu spotyka się z potępieniem. Można więc z jej pomocą wywoływać pozytywne lub negatywne reakcje otoczenia. W tym okresie obserwuje się też u dzieci tendencje sadystyczne; z wyraźną przyjemnością wyrywają muszkom skrzydełka, ciągną psy czy koty za ogon itp. Może określenie "sadyzm" nie jest tu właściwe. Znęcanie się nad zwierzętami wynika raczej z ciekawości i chęci ujarzmienia zwierzęcia, zdobycia nad nim pełniejszej władzy. Muszka pozbawiona skrzydeł nie może latać, łatwiej ją schwycić i obserwować. Psa ciągnie się za ogon, by zobaczyć jego reakcję. Dziecko silnie chwyta domowe zwierzątko, stara się je unieruchomić, gdyż to, co nieruchome, łatwiej podlega obserwacji. Jest to okres pierwszej naukowej penetracji otaczającego świata; dziecko chce go uchwycić, podporządkować swojej woli, obserwować jego reakcję na własne poczynania (pierwszy eksperyment). Do cech okresu, a także charakteru analnego zalicza się również upór i skąpstwo. By potencjalna struktura czynnościowa zmieniła się w zrealizowaną, trzeba do tego pewnego uporu. O uporze możemy mówić nie tylko w świecie ludzkim, ale też zwierzęcym, a może nawet roślinnym. Każda żywa istota musi z uporem dążyć do realizacji swych życiowych planów (swego biologicznego zaprogramowania); od jej uporu w znacznej mierze zależy zwycięstwo nad otoczeniem; gdy nie stać jej na upór, musi się mu poddać. Okres analny jest okresem gwałtownej realizacji różnego rodzaju struktur czynnościowych. Kształtują się wtedy ruchy manipulacyjne (ręki) i mowa, tj. najbardziej skomplikowane formy ruchu. Do realizacji struktur czynnościowych potrzebny jest upór; jeśli go brak, struktury pozostają tylko potencjalne. Upór jest więc cechą potrzebną w tym okresie życia. Jest to też okres gwałtownej ekspansji w otaczający świat. Ekspansja łączy się z chęcią posiadania. Czuję się pewny na tym terenie, który jest mój. Zaimek "mój" podkreśla, że świat należy do mnie, nikt nie ma do niego prawa. Wiadomo, jak zwierzęta zacięcie bronią granic swego terytorium. A u człowieka agresja, zabijanie, okrucieństwo mają główną przyczynę w chęci obrony lub poszerzenia granic "mojego". Z posiadaniem wiąże się problem władzy - nad tym, co jest "moje", mam pełną władzę. "Moje" jet mi ślepo posłuszne, jest przedmiotem, na którym urzeczywistnia się marzenie o wszechmocy. Skąpstwo jest karykaturalnym skoncentrowaniem się na posiadaniu. W okresie życia, w którym po raz pierwszy wyrusza się na podbój świata, jest ono cechą zrozumiałą. Dziecko chce zdobyć świat, chce, by stał się on jego światem. Chęć władzy i skąpstwo, które razić mogą w późniejszych okresach życia, w tym czasie są zjawiskiem normalnym i potrzebnym. Władza i posiadanie są potencjalnymi źródłami lęku. Człowiek boi się, że może stracić to, co ma, że ktoś może mu to odebrać. Ludzie wokół są zawsze potencjalnymi wrogami, gdyż nie można wykluczyć, iż dybią na naszą władzę i na nasz stan posiadania. Trzeba ich pilnie śledzić, uczyć się nimi manewrować tak, by nam nie szkodzili, by nad nimi panować, zawczasu ich unieszkodliwić. Człowiek czuje się bezpieczniejszy, gdy oni też stają się przedmiotem jego posiadania i władzy. Gdy występują jako niezależny podmiot, wówczas nam zagrażają, gdyż nigdy nie wiadomo, co taki podmiot może myśleć i czy nas nie zaatakuje. Potrzeba władzy i posiadania jest biologiczną potrzebą nie tylko człowieka, ale wszystkich żywych istot. Nawet rośliny muszą mieć swój teren posiadania i władzy. Dążenie do posiadania i władzy jest konsekwencją pierwszego prawa biologicznego. By żyć, żywe ustroje muszą przekształcać swoje otoczenie wedle swego porządku,

101

narzucać mu swoją negatywną entropię. Taki jest cel metabolizmu, zarówno informacyjnego, jak i energetycznego. Ażeby coś przekształcić na własną modłę, trzeba to najpierw opanować, zdobyć, ta część otoczenia musi stać się "moja". Nie jest to jednak "moje" całkiem pewne, tę pewność uzyskuje się dopiero w efekcie procesów metabolicznych, gdy część otaczającego świata zostaje przekształcona w strukturę ustroju, strukturę bądź informacyjną, bądź energetyczną. Naprawdę "moje" jest własne ciało, własne uczucia, myśli, marzenia itp. Istnieją więc dwa stopnie własności; w pierwszym to, co obce i nieraz wrogie, dostaje się pod moją władzę i staję się właścicielem tej części otaczającego świata. Ten zdobyty teren może być jednak łatwo odebrany, moja własność może się przeciw mnie zbuntować, odejść, a nawet mnie zniszczyć. Pierwszy stopień własności jest zatem źródłem nieustającego lęku, lęku wywodzącego się z prawa zachowania własnego życia, gdyż perspektywa "zniszczę lub zostanę zniszczony" zawiera w sobie zarówno lęk, jak i agresję, a więc podstawowe uczucia negatywne. W drugim stopniu własności nie ma już obawy przed oderwaniem się "mojego", stało się ono integralną częścią całości fizycznej i psychicznej ustroju. Oczywiście cały ustrój może ulec zniszczeniu, wówczas przestaje być "moim", staje się częścią otaczającego świata, ale razem z nim znika też "ja", ustrój traci swą indywidualność. "Moje" silniej zaznacza się w metabolizmie energetycznym niż informacyjnym. Wartości energetyczne otoczenia zostają całkowicie przekształcone w strukturę ustroju, tak że nie można dojść nawet, skąd one pochodzą (do pewnego stopnia jest to możliwe dzięki podawaniu pożywienia ze znakowanymi atomami, tj. radioaktywnymi). Natomiast wartości informacyjne, mimo że tworzą strukturę świata psychicznego danego ustroju, zachowują ślady swego pochodzenia i zwykle można doszukać się ich źródła wśród informacji pochodzących z otaczającego świata. Różne więc są stopnie własności: najpierw ustrój wchodzi w kontakt informacyjny ze swoim otoczeniem, potem stara się go zdobyć, by ostatecznie go wchłonąć. Gdy wartości informacyjne i energetyczne otoczenia zostały wchłonięte i przekształcone na strukturę ustroju, wówczas nie ma już obawy utraty posiadania, "moje" jest pewne. Natomiast część otoczenia, która jest "moja" tylko na zasadzie władzy, budzi zawsze niepokój. Lęk, że władzę nad nią można utracić, pobudza do jeszcze większego rozszerzania terenu władzy, by w ten sposób czuć się bezpieczniejszym. Dążenie do władzy jest dlatego nienasycone, że im większy jej teren, tym większy niepokój, a ten z kolei pobudza do dalszej ekspansji. Ekspansja w otaczający świat jest biologiczną koniecznością żywego ustroju. Bez niej ustrój skazany jest na zagładę, ale z kolei ona sama niesie z sobą szereg niebezpieczeństw: w trakcie ekspansji łatwo może być zniszczony przez otaczający świat. Tu, jak się zdaje, tkwi przyczyna lęku i agresji. Walka o władzę występuje w świecie zwierzęcym, a nawet, jak wspomniano, w świecie roślinnym. Najsilniej jednak ujawnia się ona u człowieka. Może dzieje się tak dlatego, że postawa "nad", tj. narzucania własnych struktur czynnościowych otoczeniu, jest specyficzna dla człowieka. A postawa ta wiąże się z koniecznością zdobycia terenu, któremu chce się narzucić własną strukturę czynnościową. Z drugiej strony człowiek sam jest pod stałym naciskiem struktur czynnościowych innych ludzi i sam musi się im podporządkowywać. Dlatego zaimek "mój" jest dla człowieka tak ważny. Tragizm tego zaimka polega na tym, że jego granice nie są określone. Nie można ściśle oddzielić "mojego" od "nie mojego". "Moje" raz się rozszerza, a raz kurczy, taki bowiem jest rytm ekspansji w otaczający świat. Żywy ustrój nie zadowala się tym, co wchłonął ze swego otoczenia, co stało się integralną jego częścią, ale wciąż dąży do dalszego zdobywania, do zmieniania "cudze" na "moje". Granice tego posiadania nie są więc nigdy ściśle oznaczone. Stwarza to atmosferę walki i niepewności. Lęk przed otoczeniem koncentruje się na tym terenie, który jest "mój"; ale jeszcze nie całkiem "mój", który nie został jeszcze wchłonięty. Najpierw przyswaja się go z pomocą metabolizmu informacyjnego, staje się on częścią naszego świata. Pełne jednak wchłonięcie zawdzięcza się metabolizmowi energetycznemu; wówczas tego, co przyswojone nie da się odróżnić od reszty ustroju. Władza ustawia stosunek do otoczenia w płaszczyźnie pochyłej. Jestem nad nim,

102

mogę nim kierować, otoczenie jest mi posłuszne, poruszam nim jak figurkami w teatrze lalek. Jest to instrumentalne podejście do rzeczywistości. Podejście takie jest źródłem lęku, gdyż nigdy nie wiadomo, co naprawdę w sobie kryje przedmiot, którym manipulujemy, czy nie zrobi nam jakiejś niespodzianki. Otaczający świat budzi nieufność, gdyż za słabo go znamy, a tylko staramy się nim operować. Lęk budzi też świadomość, że płaszczyzna pochyła może ulec odwróceniu, że możemy znaleźć się na dole, a otoczenie na górze, wówczas to my staniemy się przedmiotem, na którym otoczenie dokonuje różnorodnych operacji. Okres analny jest okresem gwałtownego zdobywania otaczającego świata, występuje w nim ostro problem posiadania i władzy. Pojawiają się w tym okresie u dziecka cechy charakterystyczne dla walki o władzę i posiadanie, jak upór, agresywność, przechodząca nawet w sadyzm, zachłanność i skąpstwo. Zabawa Przed utrwaleniem się tych cech broni dziecko wejście w środowisko swych rówieśników, w którym dominuje zabawowy stosunek do rzeczywistości. Środowisko to może składać się z rodzeństwa, wówczas nabiera ono większej stabilności, ale jednocześnie związki uczuciowe są w nim bardziej powikłane, lub z doraźnych towarzyszy zabawy - związki uczuciowe są wtedy luźniejsze i prostsze, grupa jest bardziej labilna, jej skład zmienia się, a hierarchia władzy w grupie ulega różnorodnym wahaniom. Zabawa łagodzi w znacznym stopniu walkę o władzę i posiadanie. Uczy dziecko, że raz rządzi się samemu, a innym razem jest się przez kogoś rządzonym, że raz coś się zdobywa, to znów traci. Charakterystyką zabawy jest zmienność, a zmienność jest zasadniczą cechą życia. Zabawa zmniejsza lęk przed otoczeniem społecznym, gdyż ma się tu do czynienia z rówieśnikami, płaszczyzna kontaktu jest pozioma, a nie pochyła jak w stosunku do rodziców. Poza tym w zabawie zawsze istnieje coś "nie na serio", "na niby", ma ona w sobie więcej teatru niż realności życia. Wprawdzie na całe życie można spojrzeć jako na swoisty teatr, ale prawdopodobnie właśnie to spojrzenie zawdzięczamy okresowi zabawy, który jest tak ważny dla prawidłowego rozwoju osobowości. Okres zabawy bardzo łagodzi skutki pierwszego starcia z otoczeniem społecznym i jego normami. Wspomniane przykre cechy okresu analnego ulegają złagodzeniu i stopniowo znikają. Dziecko staje się bardziej elastyczne, nie przeżywa tak silnie problemu władzy i posiadania, uczy się przegrywać i dostosowywać do norm otoczenia. Norma i patologia struktury rodzinnej Z psychopatologii klinicznej wiadomo, jak ujemnie odbijają się na rozwoju luki w okresie zabawowym. Dzieci pozbawione kontaktów zabawowych niekiedy wyrastają na chorych na schizofrenię lub psychopatów. Kontakt z otoczeniem społecznym w płaszczyźnie poziomej stwarza też pewne niebezpieczeństwa, wyzwalające postawy lękowe, a nawet urojeniowe. Łatwiej patologię tego typu kontaktów obserwować w grupie rodzinnej, gdy rówieśnikami jest rodzeństwo, gdyż dzięki temu struktura wzajemnych związków jest trwalsza niż w dorywczych grupach zabawowych, gdzie rówieśnicy wciąż się zmieniają i struktura socjalna jest tym samym chwiejniejsza. Specyficzne cechy osobowości jedynaków mogą wskazywać na to, że inne znaczenie dla rozwoju osobowości ma grupa rówieśników rodzinna, a inne grupa zabawowa czy szkolna, z którą dziecko jest emocjonalnie słabiej związane. Jedynacy są na ogół bardziej egocentryczni, mają większe trudności w dostosowaniu się do norm życia społecznego, zazwyczaj dłużej zachowują cechy charakteru właściwe dla okresu oralnego lub analnego (tzw. niedojrzałość emocjonalna). Ich rozwój osobowości przebiega trudniej i burzliwiej. Lęk przed otoczeniem społecznym jest u nich zazwyczaj większy niż u dzieci z rodzin wielodzietnych. Fakt, że istnieje osobowość jedynaków, przemawia za tym, że nie można stawiać znaku równości między grupą rówieśników w obrębie tej samej rodziny a grupą rówieśników przypadkową (zabawową, szkolną itp.). W rodzinie kontakt z rówieśnikami (rodzeństwem) jest koniecznością, nie można przed nim uciec. Natomiast w innych grupach, np. zabawowych czy szkolnych, jest on dobrowolny, dziecko może zawsze izolować się, wycofywać z kontaktu z tymi grupami.

103

Poza tym dystans jest znacznie mniejszy w grupie rodzinnej niż w grupach luźnych. Skutkiem tego związki emocjonalne są dynamiczniejsze i silniej się utrwalają. Większa też jest stabilność w grupie rodzinnej niż w grupach luźnych, dzięki czemu stosunki w płaszczyźnie poziomej stają się lepiej uformowane niż wówczas, gdy ograniczają się tylko do grup luźnych, w których członkowie grupy często się zmieniają. Z trójcy twórców psychoanalizy Adler, jak wiadomo, zajmował się głównie układem stosunków emocjonalnych między rodzeństwem. Freud zaś koncentrował się przede wszystkim na wzajemnym stosunku dziecka i rodziców. Trafnie też, jak się zdaje, Adler w swojej poziomej analizie rodziny (analiza pozioma - analiza stosunku dziecka do rodzeństwa, analiza pochyła - stosunku dziecka i rodziców) skupiał się na problemie władzy i znaczenia. W płaszczyźnie pochyłej władza jest już ustalona, tkwi ona w samej strukturze interakcji z otoczeniem społecznym. Otoczenie to jest zawsze wyżej, ma nawet cechy wszechmocy i absolutnej sprawiedliwości, o czym była już mowa. Natomiast w płaszczyźnie poziomej na czoło wysuwa się walka o władzę, o zajęcie pierwszego miejsca w grupie. Hierarchia władzy jest istotnym czynnikiem stabilizującym strukturę grupy, bez niej struktura ta ulega rozpadowi, występuje chaotyczna i nieraz bezwzględna walka o władzę. W społeczeństwach zwierzęcych hierarchia władzy odgrywa ważną rolę w uporządkowaniu życia społecznego. Gdy zostanie ona rozbita, np. na skutek pomieszania zwierząt z różnych grup, wówczas w grupie występuje chaos, zwierzęta bez przerwy walczą o zdobycie wyższej pozycji w grupie. W historii ludzkości, jak wiadomo, różnie kształtowała się hierarchia władzy. Były okresy, w których jej struktura była niezwykle trwała, np. w hinduskich systemach kastowych, ale też i okresy, gdy ulegała ona gruntownemu przewarstwieniu, np. w czasie rewolucji, wojen itp. We współczesnej cywilizacji jest ona raczej mało stabilna, władzę trzeba wciąż zdobywać, walczyć o jej utrzymanie, łatwo ją stracić. Ten stan ustawicznej walki o władzę przyczynia się do wzrostu napięcia lękowo-agresywnego w stosunkach między ludźmi. Zgoła inaczej przedstawia się problem władzy we wspomnianej już płaszczyźnie pochyłej, tj. w stosunkach dziecka z rodzicami, a inaczej w płaszczyźnie poziomej, tj. w stosunkach dziecka z rodzeństwem lub rówieśnikami. W pierwszym wypadku władza jest czymś przychodzącym z zewnątrz, ze świata społecznego, którego dziecko jeszcze nie zna, a którego reprezentantem jest ojciec. Wskutek spojrzenia w górę władza jest wyolbrzymiona, jest wyrazem tajemniczego świata społecznego, jest w niej wszechmoc, niepoznawalność i nieodwołalność. Ten rodzaj władzy "od Boga pochodzi" (choć patrząc, do jakich wynaturzeń ludzkiej natury władza prowadzi, chciałoby się raczej powiedzieć, że nie od Boga, ale raczej od Diabła). Można się przeciw niej buntować, ale w ostatecznym rachunku ona zawsze zwycięża, człowiek jest wobec niej bezsilny. Dziecko nie może zwyciężyć swego ojca. W płaszczyźnie poziomej nie ma już spojrzenia w górę; ci, co chwilowo mają władzę, są rówieśnikami lub rodzeństwem. Ich władza nie ma już cech absolutu, jest czymś przystępnym, można realnie starać się ją odebrać swym towarzyszom zabawy czy rodzeństwu. Można samemu być władcą. Absolut władzy zostaje rozbity na mozaikę różnych stopni władzy już całkiem realnej i osiągalnej. Tutaj walczy się o władzę i ta walka jest całkiem realna. Walka rozładowuje drzemiące uczucie lęku. Lęk jest uczuciem, które mobilizuje ustrój do tego, co ma nastąpić; mobilizacja ta, jak wiadomo, bywa nieraz gwałtowna i w skrajnych wypadkach może nawet doprowadzić do śmierci. Gdy świat społeczny jest nieznany, wyolbrzymiony, nie można z nim walczyć, cała mobilizacja lękowa uderza w próżnię. Nie wyładowany lęk wpływa na jeszcze większe wyolbrzymienie zewnętrznego niebezpieczeństwa. Wzrasta pogotowie lękowe, a z nim pogotowie urojeniowe. Pod wpływem bowiem lęku obraz otoczenia społecznego ulega znacznym zniekształceniom. W płaszczyźnie pochyłej lęk nie pozwala wejść w kontakt z otoczeniem społecznym; jest ono zbyt potężne, by stanąć z nim do walki. Można najwyżej działać nań z pomocą środków magicznych, tak jak człowiek pierwotny, obezwładniony lękiem wobec ogromu otaczającego świata, starał się go ujarzmić z pomocą magii. Okres analny jest też okresem myślenia magicznego, dziecko wymyśla różne rytuały, którymi zaklina i odczynia nieprzyjazne moce otaczającego je świata. Podejście instrumentalne do otaczającej rzeczywistości jest w istocie magiczne. Naciskamy

104

to tu, to tam, i osiągamy pożądane, magiczne wprost efekty. Ale otaczający świat pozostaje nadal tajemniczy i niezrozumiały, jest on tylko przedmiotem, którym możemy wprawdzie nieraz pokierować z pomocą magicznych sztuczek, ale który w zasadzie przytłacza nas swoim ogromem i tajemnicą. Natomiast w płaszczyźnie poziomej można pokonać własny lęk przed społecznym otoczeniem. Na to otoczenie nie musimy już bowiem patrzeć w górę, jest ono do nas podobne, możemy je zrozumieć. Nie potrzeba już magicznych rytuałów, bo znamy jego mechanizmy, są one takie jak nasze. To nie jest już obcy i przytłaczający przedmiot, ale zrozumiały dla nas podmiot. Może on nami rządzić, ale my też potrafimy nim kierować. Mobilizacja ustroju nie trafia w próżnię, ale w różnych formach zostaje wyzyskana w aktywności ustroju: w ścieraniu się, walce, ucieczce, zwycięstwie i klęsce. Lęk jest postawą uczuciową sięgającą w przyszłość, w nieznane. W walce przyszłość zmienia się w teraźniejszość i przeszłość, nieznane zmienia się w znane. Jest to sprawdzenie siebie i otaczającego świata. Pogotowie lękowourojeniowe w płaszczyźnie poziomej kontaktów z otoczeniem jest znacznie słabsze niż w płaszczyźnie pochyłej, niemniej i tu ono istnieje. Przekształcenie potencjalnej struktury czynnościowej w strukturę zrealizowaną połączone jest zawsze z redukcją lęku i wyzwoleniem energii mobilizowanej przez postawę lękową. Redukcja lęku zmniejsza też urojeniowe wypaczenie obrazu rzeczywistości. W płaszczyźnie poziomej pogotowie lękowo-urojeniowe tworzy się wówczas, gdy pewne struktury interakcji z otoczeniem ulegają zbytniemu utrwaleniu. Nie można ich zmienić, trzeba się im podporządkować, nabierają one tym samym cech absolutu, charakterystycznych dla pochyłej płaszczyzny kontaktu z otoczeniem. Takie utrwalenie łatwiej zdarza się w środowisku rodzinnym niż w grupach dorywczych (zabawowych, szkolnych itp.). Ktoś z rodzeństwa może być silniejszy i trzeba mu zawsze ustępować. Inny znów jest lepszy i bardziej przez rodziców faworyzowany, co staje się źródłem zazdrości. Jeszcze inny jest odważniejszy, wskutek czego samemu zawsze wychodzi się na tchórzliwszego. W każdej wielodzietnej rodzinie rozmaicie układają się stosunki zależności między rodzeństwem. Są one niejednokrotnie trwałym modelem związków zależności z innymi ludźmi w późniejszym wieku. Dwie warstwy lęku społecznego Lęk społeczny w swej genezie ma jakby dwie warstwy. Pierwsza warstwa wywodzi się ze stosunku uczuciowego do rodziców, a zwłaszcza do ojca, który jest bardziej niż matka przedstawicielem porządku zewnętrznego, tj. społecznego. Jest to lęk przed absolutem; walka z narzuconym z zewnątrz porządkiem jest z góry przegrana. Ponieważ ten pierwszy kontakt ze światem społecznym rozgrywa się w okresie życia, który w większej swej części zostaje później pokryty niepamięcią, powstałe wówczas zapisy pamięciowe znajdują się przeważnie poniżej progu świadomości. A teren podświadomości jest zawsze terenem nocy, wszystko ulega w nim wyolbrzymieniu i wypaczeniu. W obrazach sennych i w psychozach wydobywają się na powierzchnię ukryte tam treści, wywołując nieraz paniczny i nieuzasadniony lęk przed karą, potępieniem, ośmieszeniem, totalnym zniszczeniem itp. Jak już wspomniano, wyolbrzymienie to jest w pewnym sensie konieczne do ustabilizowania się układu samokontroli. Układ ten musi być względnie stabilny i mieć w sobie coś z absolutu. Pierwszy zarys zwierciadła społecznego ma cechy absolutnej sprawiedliwości, jest okiem wszystkowidzącym i ręką karzącą za przewinienia. Ekspansja w otaczający świat wymaga stałego pokonywania lęku. W tym sensie życie wymaga odwagi. Są jednak lęki zbyt silne, by można je było w sobie przemóc. Do nich, jak się zdaje, należy zaliczyć lęki społeczne powstałe we wczesnym okresie rozwoju i wskutek tego drzemiące w podświadomości, lęki odgrywające ważną rolę w ukształtowaniu się układu samokontrolującego. Natomiast druga warstwa lęku społecznego powstaje głównie w interakcjach z otoczeniem dokonujących się w płaszczyźnie poziomej, a więc z rówieśnikami. Tworzące się w tej interakcji zwierciadło społeczne nie ma już cech absolutu; przeciwnie, można na nie wpłynąć, walczyć z nim, próbować je zmienić. Jest ono bardziej zmienne, i tym samym jego rola w procesach samokontroli jest bardziej

105

plastyczna. Jego reakcje na nasze zachowanie są zmienne, raz takie, a raz inne, zależnie od sytuacji. Tego typu zwierciadło społeczne nie może służyć za zasadniczą konstrukcję układu samokontroli, gdyż ta musi być jak najbardziej stabilna, ale za to znacznie lepiej spełnia swą rolę w kontrolowaniu ustawicznie zmieniających się naszych relacji z otaczającym światem. Lęk społeczny w poziomej płaszczyźnie kontaktów z otoczeniem jest znacznie mniejszy, nie są tu bowiem aktywowane struktury podświadome. W dalszym biegu życia człowiek wkracza w coraz to inne środowiska społeczne i w związku z tym jego aktualne zwierciadło społeczne ulega ustawicznym zmianom. Gdyby nie zasadnicza konstrukcja układu samokontroli, to ta zmienność zwierciadła społecznego spowodowałaby chaos w tworzeniu się struktur czynnościowych. Decyzje stałyby się przypadkowe, nie byłoby stałej hierarchii wartości, tylko taka, która by się zmieniała zależnie od zmian w zwierciadle społecznym. Człowiek straciłby zupełnie orientację w tym, co jest dobre, a co złe. Jego postępowanie stałoby się impulsywne, chaotyczne i konformistyczne. Jeśli w naszej cywilizacji spotyka się niekiedy tego typu kryzys systemu wartości, to w znacznej mierze wynika on z dezintegracji współczesnej rodziny. Stabilna bowiem warstwa układu samokontroli tworzy się w atmosferze rodzinnej i postać ojca odgrywa w jej genezie istotną rolę. Tendencja do szukania genezy wszystkich podstawowych mechanizmów psychicznych w dzieciństwie jest może zbytnim uproszczeniem. Człowiek rozwija się przez całe życie, ale jednak to, co nabył w dzieciństwie, pozostaje zasadniczą wytyczną na dalszy ciąg jego nieraz zmiennej i burzliwej historii. Lęk społeczny występuje głównie w dwóch sytuacjach: władzy i oceny. Boimy się władcy i sędziego. Jest to więc ten sam schemat, który już zarysował się przy pierwszym zetknięciu ze światem społecznym. Ojciec występuje w oczach dziecka jako absolutny władca i absolutny sędzia. Ten obraz jakby się odradza w późniejszym życiu w wypadku konfliktów z otoczeniem. Wydaje się bowiem, że najwięcej konfliktów ze środowiskiem społecznym powstaje właśnie na tle władzy i osądzania. Wprawdzie Pismo Święte uczy: "nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni", to jednak nie ma człowieka, który by się w sędziego nie bawił, nie oceniał i nie potępiał swoich bliźnich. A władza nad drugim człowiekiem jest jedną z najsilniejszych, i najniebezpieczniejszych ludzkich żądz. Od zarania historii ludzkości rola władcy i sędziego przysparzała ludziom ogromu cierpień i krzywd, z niej rodziły się okrucieństwa, pozbawianie życia, wolności i godności, i przyjąć raczej trzeba, że władza nie od Boga, ale od Szatana pochodzi... Lęk wobec władcy i sędziego jest może nawet silniejszy niż lęk przed śmiercią. W obliczu bowiem zagrażającej śmierci człowiek stosuje różnego rodzaju mechanizmy obronne. Najczęściej nie dostrzega grożącego niebezpieczeństwa, tzn. nie dostrzega go świadomie, gdyż w głębszych warstwach psychiki lęk ten występuje bardzo wyraźnie i ujawnia się czy to w treści obrazów sennych, czy to w chwilowych panicznych reakcjach. A więc ludzie dotknięci nieuleczalną chorobą (np. nowotworową) nie przyjmują tego faktu do świadomości, ludzie starzy bronią się przed perspektywą rychłej śmierci przesadnym zajmowaniem się sprawami dnia codziennego; żołnierz na froncie czy lotnik przed lotem bojowym na ogół nie zdają sobie w pełni sprawy z grożącego niebezpieczeństwa, wsiadając do samochodu na ogół nikt nie myśli o tym, że istnieje dość duża możliwość wypadku itp. Ocieramy się o śmierć, zachowując się nieraz tak, jakby ona nie istniała. Lęk przed śmiercią ulega dość łatwo redukcji i dzięki temu możemy go przezwyciężyć i iść naprzód po naszej drodze życia, inaczej musielibyśmy się stale wycofywać. Natomiast w wypadku lęku społecznego mechanizmy obronne są słabiej ukształtowane. Mechanizmy obronne można by traktować jako ujemne sprzężenie zwrotne, a ich brak - jako dodatnie. W wypadku lęku biologicznego (tj. lęku przed śmiercią) działanie sprzężenia zwrotnego polegałoby na tym, iż pod wpływem lęku zniekształcenie obrazu rzeczywistości pomniejsza przedmiot lęku, a nawet doprowadza do usunięcia go z pola widzenia. Reguła ta ma wiele wyjątków; choćby w nerwicach lęk biologiczny nieraz wzrasta do katastroficznych rozmiarów. Na ogół jednak tam, gdzie istnieje realne zagrożenie życia, działa mechanizm ujemnego sprzężenia zwrotnego. Pod wpływem

106

lęku redukuje się dopływ bodźców lękowych. Na przykład w nerwicach lęk biologiczny zwykle maleje, gdy zaistnieje rzeczywiste niebezpieczeństwo dla życia. Natomiast w wypadku lęku społecznego działa raczej mechanizm dodatniego sprzężenia zwrotnego. Urojeniowe wypaczenie obrazu rzeczywistości zamiast zmniejszać zwiększa dopływ bodźców lękowych. Powiedzenie, że strach ma wielkie oczy, odnosi się szczególnie do tego typu lęku. Pod wpływem tego lęku wyolbrzymiamy moc i zdolność oceny otoczenia społecznego, robimy z niego absolutnego władcę i absolutnego sędziego, choć w rzeczywistości daleko mu do tego. To urojeniowe wyolbrzymienie prowadzi do zwiększonej reakcji lękowej, która na zasadzie błędnego koła prowadzi do dalszego wyolbrzymiania przedmiotu lęku. Oczywiście i lęk społeczny musimy nieraz przezwyciężyć, inaczej bylibyśmy zupełnie przytłoczeni przez nasze społeczne otoczenie i indywidualny rozwój byłby niemożliwy, stalibyśmy się podobni do społeczeństwa mrówek czy termitów, w którym nie ma odwołania od wyroku społeczności. W tym przezwyciężaniu lęku społecznego pomaga nam druga jego warstwa, tworząca się w poziomej płaszczyźnie kontaktów społecznych, która w przeciwieństwie do warstwy pierwszej, bardziej pierwotnej, jest zmienna i elastyczna. Należy tu może przypomnieć, że lęk, jak i inne uczucia, stanowi pierwszą fazę metabolizmu informacyjnego (zagadnienie to zostało szczegółowo omówione w Melancholii). A pierwsza faza - w przeciwieństwie do fazy drugiej (intelektualno-wolicjonalnej) - nie ma ostrych granic przestrzennych i czasowych ani też granic między podmiotem a przedmiotem; obowiązuje w niej zasada: "wszędzie i zawsze". Reakcji lękowej nie można rozpatrywać w izolacji od przeszłości i przyszłości. Wspomniane dwie warstwy lęku społecznego (lęk przed ojcem i lęk przed rówieśnikami) modelują każdą reakcję lękową. Jeśli przeważać będzie warstwa pierwsza (głębsza), lęk społeczny będzie zwykle narastał, człowiek z trudnością może go pokonać i zwykle ustępuje pod naciskiem zwierciadła społecznego (zarówno zewnętrznego, jak zinternalizowanego, tj. sumienia). Jeśli przeważa warstwa druga, bardziej powierzchowna, łatwiej jest pokonać swój lęk i przeciwstawić otoczeniu społecznemu własne stanowisko. Zniekształcenie urojeniowe otoczenia społecznego jest znacznie słabsze niż w pierwszym wypadku. Przedstawione tu schematy należy stosować z dużą dozą sceptycyzmu, gdyż wszelkie schematy w wypadku analizy życia uczuciowego na ogół zawodzą. Również projekcja w przyszłość odgrywa rolę w formowaniu się reakcji lękowej. Gdy projekcja ta jest silna, tj. gdy człowiek ma wyraźny cel przed sobą, wtedy znacznie łatwiej mu pokonać swój lęk niż wówczas, gdy projekcja ta jest słaba, gdy celu nie widać. Dlatego w redukcji lęku przed śmiercią dość istotną rolę odgrywają momenty natury transcendentnej, gdy cel mieści się poza kresem życia ludzkiego. Również w wypadku lęku społecznego znacznie łatwiej jest się przeciwstawić zwierciadłu społecznemu, gdy ma się jasny cel przed sobą. Są to zjawiska powszechnie znane zarówno z życia indywidualnego, jak i społecznego. Sytuacja lękowa prowadzi też do zatarcia się granicy między podmiotem a przedmiotem. Boimy się nie tylko przedmiotu naszego lęku (w tym wypadku otoczenia społecznego), ale też nas samych, boimy się własnego lęku, własnej reakcji, odczuwamy własną słabość, przypominają się nam nasze grzechy, które usprawiedliwiają karzący stosunek otoczenia społecznego, ma się nawet wrażenie, że źródło lęku jest bardziej wewnątrz niż na zewnątrz. Ten brak granic ("wszędzie i zawsze") bardzo utrudnia analizę sytuacji lękowej, czyniąc ją jednocześnie nieprzewidzialną. Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak zachowa się dany człowiek w konkretnej sytuacji zagrożenia biologicznego czy socjologicznego. Podane tu schematy mogą służyć tylko jako bardzo ogólne dane orientacyjne. Urojenie a rzeczywistość Społeczne kryteria urojenia Może wydawać się dziwne, zatytułowano: "Lęk urojeniowy". rzeczywistości. Nie jest to ścisła rzeczywistości nie wypaczony i czy wypaczeniem. Na ogół przyjmuje się

107

że rozdział poświęcony lękowi społecznemu Istotą urojenia jest wypaczenie obrazu definicja, gdyż nie wiemy, jak wygląda obraz nasze tzw. normalne jej widzenie nie jest już consensus opinii publicznej: to, co większość

ludzi uważa za rzeczywistość, nie jest traktowane jako urojenie. Łatwo zdarzyć się może, że sposób widzenia rzeczywistości w jednym kręgu kulturowym uważany za normalny, w innym może sprawiać wrażenie urojeniowego. Na ogół też dla społecznie aprobowanych sposobów widzenia rzeczywistości nie stosujemy terminu "urojenie". Urojenia ma poszczególny człowiek, gdy jego sposób widzenia rzeczywistości przeciwstawia się temu, co przez otoczenie jest aprobowane. Już w ograniczeniu terminu "urojenie" do życia psychicznego jednostek uwidacznia się społeczny charakter tego określenia. Człowiek cierpiący na urojenia jest zwykle wykluczony z ludzkiej wspólnoty, grupa społeczna wyrzuca go poza krąg normalności, jest on "inny". W psychopatologii przyjmuje się na ogół, że urojenia świadczą o psychozie, tj. o chorobie psychicznej. W ten sposób grupa społeczna broni się przed innością. Trzeba widzieć świat tak, jak widzą go inni. Oczywiście każdy człowiek widzi świat trochę inaczej, ale zasadniczy schemat pozostaje wspólny i nie można poza ten schemat wyjść, nie narażając się na etykietę paranoika. Zmienność rzeczywistości i niezmienność urojeń Człowiek ustawicznie zmienia swoje sposoby widzenia otaczającej go rzeczywistości, to widzi ją tak, to znów inaczej; wiadomo, jak nastroje i uczucia wpływają na nasz sposób widzenia rzeczywistości. Otóż istotną cechą charakterystyczną urojenia jest jego niezmienność. Obraz rzeczywistości jest tu utrwalony. Nie zmienia się on pod wpływem perswazji otoczenia ani pod wpływem chwilowych wahań nastroju i uczuć. To utrwalenie jest może najbardziej charakterystyczną cechą urojenia i świadczy ono o emocjonalnym podłożu urojenia. Tylko utrwalona postawa uczuciowa może prowadzić do utrwalenia się sposobu widzenia rzeczywistości. Normalnie bowiem wciąż korygujemy obraz rzeczywistości i jego koloryt zmienia się pod wpływem naszych nastrojów i uczuć. Dzięki tej zmienności ten obraz coraz bardziej się wzbogaca, staje się coraz dokładniejszy. W ten sposób człowiek z wiekiem mądrzeje. Utrwalenie się obrazu rzeczywistości, jakie zachodzi w przypadku urojeń, hamuje proces ewolucji naszego widzenia świata, jest zatrzymaniem się w jednym punkcie, nasz obraz świata już się nie zmienia i w tym, jak się zdaje, tkwi główna patologia urojenia. Przeciwstawia się ono rozwojowi, obraz świata staje się martwy, zastygły w jednej formie i kolorze, a taki w rzeczywistości nie jest, bo cechą jego, tak jak i nas samych, jest ustawiczna zmienność. Zniekształcenie, uzupełnianie obrazu świata jest cechą naszego spostrzegania. Obraz rzeczywistości nigdy nie jest pełny, zawsze znajdują się w nim białe plamy. Tych białych plam nie tolerujemy; w myśl zasady natura horret vacuum (natura nie znosi próżni) zapełniamy je tworami naszej fantazji, własnymi strukturami czynnościowymi, które przestajemy traktować jako własne, ale bierzemy je za zewnętrzną rzeczywistość. Są to właściwie urojeniowe projekcje, zniekształcające i uzupełniające nasz obraz rzeczywistości, ale nie traktujemy ich jako urojenia, gdyż bez nich nasz obraz rzeczywistości byłby jak mapa, na której więcej białych plam, nie odkrytych lądów niż tego, co znane i odkryte. W naszych kontaktach z rzeczywistością na ogół więcej się domyślamy, niż wiemy. Posługujemy się bez przerwy hipotezami roboczymi, które stopniowo sprawdza życie; jedne odrzucamy, a inne utrzymują swą moc. Patologia zaczyna się wówczas, gdy nie potrafimy naszej hipotezy odrzuci, gdy staje się ona jakby ośrodkiem krystalizacyjnym, wokół którego kształtuje się reszta obrazu rzeczywistości. Lęk a kultura i cywilizacja Otaczająca nas rzeczywistość ma różne stopnie nasycenia białymi plamami czy znakami zapytania. Są tereny, które można w końcu odkryć, a są i takie, które chyba zawsze zostaną nie odkryte. Dzięki wysiłkowi własnemu i wielu pokoleń odkrywamy stopniowo prawa przyrody ożywionej i nieożywionej, nasz obraz świata staje się coraz pełniejszy i to, co dawniej zapełnialiśmy tworami fantazji, dziś ma już charakter sprawdzalny i naukowy. Chociaż dzięki wspólnemu ludzkiemu wysiłkowi obraz świata staje się coraz pełniejszy, to jednak zawsze pozostają na mapie świata białe plamy, tereny nieznane, które łatwo zapełniają się tworami fantazji. Nasze robocze hipotezy sprawdzamy w działaniu, weryfikując w ten sposób

108

stworzony przez nas obraz świata, jednak nie wszędzie to sprawdzenie jest możliwe. Możemy sprawdzać to, nad czym mamy pełną władzę, czym możemy kierować wedle naszej koncepcji (hipotezy roboczej); nie możemy sprawdzić tego, co wymyka się spod naszej kontroli. Dzięki rozwojowi nauki człowiek zdobył prawie pełną władzę nad światem nieożywionym i częściowo nad ożywionym, ale władza nad drugim człowiekiem wymyka mu się z rąk. Wprawdzie od początku historii ludzkości właśnie o nią walczy najsilniej i najuporczywiej; chęć podporządkowania sobie drugiego człowieka wyzwala w nim nieobliczalną bezwzględność i okrucieństwo może właśnie dlatego, że na tym polu czuje się bezsilny. Można drugiego człowieka zniewolić, zdeptać, zniszczyć, ale nie można go opanować, nie można nim kierować tak, jak kieruje się przedmiotami należącymi do przyrody nieożywionej. Nie można też drugiego człowieka poznać bez reszty, przewidzieć, jak się zachowa, pozostaje on zawsze dla nas częścią świata niepoznawalną i nie ujarzmioną. To, co nieznane i nieujarzmione, budzi w człowieku lęk. Te białe plamy jakby koncentrują na sobie nagromadzony w człowieku lęk przed otaczającym światem. Człowiek tzw. pierwotny, żyjący wśród tajemnic i niebezpieczeństw przyrody ożywionej i nieożywionej, którego obraz świata miał znacznie więcej białych plam niż u człowieka naszej cywilizacji, koncentrował swój lęk przed otaczającym światem na tych samych białych plamach, nadawał im cechy absolutu, zmieniał je w demony i bóstwa. Tajemnice przyrody nabierały cech boskich, tajemnica zwierząt łączyła się z tajemnicą drugiego człowieka, bóstwa przybierały postać ludzko-zwierzęcą. Lęk wywołany bezradnością wobec zjawisk przyrody został zwielokrotniony na skutek ich deifikacji. Działałby tu wspomniany mechanizm błędnego koła: lęk wyolbrzymia przedmiot lęku. Rozwój cywilizacji szedł w kierunku pokonywania tego lęku, przede wszystkim przez jego dedeifikację. Gdy tajemnica została pozbawiona nimbu absolutu, łatwiej już było pokonać lęk przed nią. Pierwszym krokiem w zawładnięciu groźnym i niedostępnym terenem było stosowanie praktyk magicznych, dzięki którym zyskiwało się władzę nad absolutem. Z magii rozwinęła się nauka, gdzie władzę zdobywało się dzięki środkom bardziej racjonalnym. Natomiast rozwój kultury szedł w kierunku sublimacji lęku. Przedmiot lęku stawał się coraz świętszy i doskonalszy. Bóg Starego Testamentu jest groźny, budzi lęk; teologiczna rewolucja chrystianizmu polegała, jak się zdaje, przede wszystkim na tym, że Bóg stał się miłością. Lęk został zredukowany przez miłość. Dzięki cywilizacji zdobywamy świat podporządkowując go sobie, dzięki kulturze zbliżamy się do niego przez jego uświęcenie i ukochanie. Cywilizacja - to władza nad światem, kultura - to miłość do świata. Oczywiście można inaczej też definiować oba pojęcia, cywilizacji i kultury; chodziło tu o przeciwstawienie sobie dwóch sposobów poznawania świata. Jeden polega na podporządkowaniu, na władzy, a drugi - na zbliżaniu się, na miłości. Poznanie drugiego człowieka nie mieści się w pierwszym (cywilizacyjnym) sposobie. Poznać go możemy tylko przez zbliżenie, a nie przez podporządkowanie. Prawdopodobnie te trudności poznawcze sprawiają, że wobec świata społecznego czujemy się w końcu mniej pewni niż wobec reszty naszego otoczenia. Drugi człowiek zawsze pozostaje dla nas tajemnicą, nie możemy nim zawładnąć, tak jak udało się nam już zawładnąć resztą świata. Dlatego świat społeczny jest terenem, na którym z łatwością tworzą się struktury urojeniowe. Biała plama zapełnia się tworami lęku społecznego. Swoje lęki i agresje rzutujemy w nasze społeczne otoczenie, w ten sposób ulega ono łatwo wyolbrzymieniu i zniekształceniu. Świat społeczny poznać można tylko metodą zbliżenia (postawa "do"), metodą określoną tu jako kulturowa. Człowiek jednak czuje się pewniejszy stosując metodę panowania (postawa "nad"), określoną tu jako cywilizacyjna, dzięki niej bowiem osiągnął panowanie nad swym otoczeniem, i w swoich relacjach z otoczeniem społecznym chętnie ucieka się do tej metody. Niestety, metoda ta w zastosowaniu do ludzi zamiast redukować lęk społeczny, znacznie go wzmacnia. Człowiek bowiem wymyka się spod władzy drugiego człowieka, co wywołuje tym większe wywieranie presji na niego, pobudza do większej agresji i bezwzględności. Atmosfera lęku i agresji nie sprzyja poznaniu drugiego człowieka, które wymaga przede wszystkim zbliżenia (postawa "do"). W płaszczyźnie pochyłej uczucia negatywne narastają w sposób lawinowy, człowiek

109

broni się przed naciskiem drugiego człowieka, a ten znów nacisk swój wzmaga. Lęk, nienawiść, okrucieństwo itp. są rezultatem tej walki o władzę nad bliźnim. Pod wpływem tych uczuć obraz otoczenia społecznego wypacza się w rozmaity sposób. Z codziennego doświadczenia wiadomo, jak nasze nastawienia urojeniowe do bliźnich słabną i w końcu znikają, gdy mamy sposobność się do nich zbliżyć i lepiej ich poznać. Fakt ten jest zresztą od wieku wykorzystywany w polityce; w celu zwiększenia uczuć agresywnych u swoich poddanych władcy starają się jak najbardziej odizolować ich od rzekomych wrogów. Urojeniowa symplifikacja rzeczywistości Stworzenie struktury urojeniowej zwykle osłabia napięcie lękowe. Znika bowiem komponent nieznanego, który zawsze jest źródłem lęku. Nieznane zmienia się w znane, struktura urojeniowa zmienia białą plamę w już ukształtowane pole. Powstanie urojenia łączy się z uczuciem odkrycia, olśnienia; nagle to, co było ciemne, staje się jasne i zrozumiałe. Patologiczna cecha urojenia, tj. jego utrwalenie, wywodzi się stąd, że u jego podłoża tkwi lęk. Lęk ten może być zredukowany dzięki stworzeniu struktury urojeniowej; jej zanik wyzwoliłby utajony lęk. Struktura urojeniowa zmniejsza napięcie lękowe, jest ona pewnego rodzaju mechanizmem obronnym i jak wszystkie na ogół mechanizmy obronne wykazuje cechy patologicznego utrwalenia i przerostu (hipertrofia i stabilizacja mechanizmów obronnych). Obraz urojeniowy świata społecznego jest zniekształcony i wyolbrzymiony, ale w zasadzie uproszczony. Znika w nim różnorodność ludzkich indywidualności, świat społeczny dzieli się na wrogów i przyjaciół. Z jednymi jest się we wspólnocie, z drugimi się walczy. Problem decyzji, tak trudny w stosunkach między ludźmi, zostaje tu znacznie uproszczony; wybór redukuje się do dwóch kolorów: białego i czarnego. W wypadku urojeń społecznych, tj. obejmujących całe grupy społeczne, miejsce decyzji indywidualnej zajmuje decyzja zbiorowa lub decyzja wodza. Ma się jasny cel przed sobą, a to zawsze redukuje uczucie lęku. Resztki pogotowia lękowego zostają rozładowane w aktywnościach agresywnych. Lęk zostaje przeniesiony na zgoła inną sytuację, mianowicie na wykluczenie z grupy, która zapewnia bezpieczeństwo. W urojeniach indywidualnych nie ma wzmocnienia społecznego; człowiek musi sam stworzyć swój obraz rzeczywistości, w którym niewiadome zostaje zastąpione wiadomym (treścią urojeniową), ma przeciw sobie całe otoczenie społeczne, które uważa go za nienormalnego, musi sam o swoją prawdę walczyć. Prawda ta pozwala mu wyjść w otaczający świat, pokonać swój lęk społeczny, bez niej musiałby się wycofać z kontaktów społecznych, uciec przed społecznym środowiskiem. Chorzy na schizofrenię bez wyraźnie usystematyzowanych urojeń zwykle wycofują się ze społecznych kontaktów, natomiast paranoicy są nieraz nawet nadmiernie aktywni społecznie, w każdym razie wycofywanie się u nich jest mniej wyraźne niż u chorych na schizofrenię. Postacie matki i ojca a geneza lęku społecznego Z codziennego doświadczenia wiadomo, że obecność drugiego człowieka zmniejsza napięcie lękowe. Jednocześnie ten sam człowiek jest źródłem lęku społecznego i wokół niego tworzą się urojeniowe obrazy. Jak tę sprzeczność wytłumaczyć? Świat otaczający człowieka - to przede wszystkim drugi człowiek. Jak starano się przedstawić, z łączności z drugim człowiekiem (z matką) wychodzi się w otaczający świat, a pierwszym reprezentantem otaczającego świata i jego norm jest też drugi człowiek (ojciec). Zasadnicze postawy uczuciowe ("do" i "od" - kocham i nienawidzę) realizować się mogą tylko w stosunku do drugiego człowieka. Z nim można złączyć się w akcie seksualnym i jego można pozbawić życia, osiągając w ten sposób szczytowe punkty tychże postaw. Dlatego stosunek do drugiego człowieka ma w sobie utajoną ambiwalencję (kocham i nienawidzę). Dlatego drugi człowiek zmniejsza napięcie lękowe, a jednocześnie je mobilizuje. W wielu mitach religijnych bóstwa rodzaju żeńskiego reprezentują ziemię, siły natury, płodność itp. Natomiast bóstwa rodzaju męskiego przedstawiają niebo, prawa rządzące światem, wyższy porządek moralny itp. Mówiąc językiem psychoanalitycznym, bóstwa żeńskie są raczej przedstawicielami id, a męskie superego. Oczywiście jest to daleko idące uproszczenie, ale oddaje ono

110

w przybliżeniu tendencję dającą się obserwować w różnych kręgach kulturowych, tendencję do przedstawiania natury, ziemi, w formie pierwiastka żeńskiego, a nieba, świata ducha, norm porządku - w formie pierwiastka męskiego. Doświadczenie psychiatryczne zdobyte dzięki analizie bardzo wielu historii życia niewątpliwie także wskazuje na to zasadnicze rozwarstwienie psychiki ludzkiej. Kontakt uczuciowy z matką warunkuje stosunek emocjonalny do życia, to, co popularnie określa się jako radość życia. Natomiast kontakt uczuciowy z ojcem wpływa na ukształtowanie się stosunku do porządku otaczającego świata, do wytworzenia hierarchii wartości. Ludzie, którzy z tych czy innych powodów mieli ubogi lub w ogóle niezadowalający związek uczuciowy ze swą matką, rzadko w późniejszym życiu potrafią rozwinąć należyty stosunek uczuciowy do otaczającego świata. Nieraz uczucia zamiast do matki są skierowane przede wszystkim w stronę ojca, on wypełnia pustkę uczuciową dziecka. W takich wypadkach w późniejszym życiu obserwuje się niejednokrotnie pewnego rodzaju przerost normatywnej strony życia, tzn. radością dla tych osób jest przestrzeganie porządku otaczającego świata, jego hierarchii wartości, a nie sam kontakt z nim. Matka przenosi radość życia, ojciec - radość moralności. Omawiając tu genezę lęku społecznego, zwrócono uwagę na jego dwie warstwy: macierzyńską i ojcowską, co w zarysie odpowiada różnym stosunkom do otaczającej rzeczywistości, uwarunkowanym pierwszymi kontaktami społecznymi. Oba rodzaje stosunku do rzeczywistości (macierzyński i ojcowski) mogą być źródłem lęku. Człowiek ma przed sobą jakby dwie drogi; jedna wiedzie z powrotem do złączenia się z matką, jest to powrót do natury, do ziemi, do tajemnicy własnego ciała. W tym zespoleniu traci się własną indywidualność, wchodzi się w rytm przyrody, w ostateczności jest to zespolenie się z niebytem, ze śmiercią. Druga droga, ojcowska, prowadzi do wejścia w otaczający świat, w jego prawa i obyczaje, w jego normy i tabu; jest to przede wszystkim świat społeczny, gdyż tylko w społecznej formie świat zewnętrzny może się nam objawić, ponieważ system komunikacji z otoczeniem zewnętrznym jest głównie systemem społecznym, ukształtowanym przede wszystkim z pomocą najwyższych form ruchu, tj. symboli słownych. Bezsłowne i aspołeczne jest połączenie z naturą, z własnym ciałem, z tym, co określono tu jako drogę macierzyńską. W świecie społecznym, zewnętrznym, też grozi utrata własnej indywidualności, człowiek może przestać być sobą i tak zidentyfikować się ze swym otoczeniem społecznym, że staje się żywą normą czy tabu. Dlatego nie można zbyt daleko wejść na jedną czy na drugą drogę, zahamowałoby to indywidualny rozwój jednostki. Dla rozwoju konieczne jest oderwanie się od środowiska macierzyńskiego, a jednocześnie zachowanie własnej indywidualności w otaczającym świecie społecznym. Sygnał lękowy, sygnał zagrożenia ostrzega przed zbytnim zapuszczaniem się na jedną z tych dróg. Złączenie z rytmem przyrody jest otoczone strefą lęku. Ten lęk towarzyszy tajemnicom naszego ciała, prawom seksu i macierzyństwa. W wielu kręgach kulturowych odpowiednie rytuały, tabu, zakazy i nakazy bronią wejścia w sferę intymności natury, w szczególności w dziedzinę życia seksualnego. W niektórych kręgach kulturowych seks zostaje obarczony silnym poczuciem winy (grzechu). W innych znów okazyjne święta rozpusty pozwalają lęk ten przełamać. Przed zbytnim złączeniem się ze światem społecznym broni znów jego deifikacja. Normy tego świata zostają wyolbrzymione do absolutu, który staje się nieosiągalny. Człowiek wobec nich czuje się zbyt mały, by móc się z nimi złączyć, odczuwa lęk przed swoim Bogiem, który jest abstrakcyjną kwintesencją norm i tabu świata społecznego. Lęk więc jest jakby strażnikiem zmuszającym człowieka do wybrania własnej drogi rozwoju, broniącym go przed zatraceniem własnej indywidualności na drodze matki czy drodze ojca, przed roztopieniem się w "naturze" wszechświata lub w "duchu" wszechświata. Pierwsza droga wiąże się bardziej z naszym życiem uczuciowo-nastrojowym, od niej zależy zasadniczy koloryt emocjonalny naszego życia. Druga wiąże się bardziej z życiem intelektualno-wolicjonalnym, od niej zależy uformowanie się hierarchii wartości i tym samym - systemu tworzenia się decyzji. Wpływa ona na ukształtowanie się formy otaczającego świata; wypaczenie obrazu świata ma charakter urojeniowy. Natomiast zachwianie równowagi kolorytu emocjonalnego

111

odpowiada zaburzeniom o charakterze cyklofrenicznym. LĘK BIOLOGICZNY Tajemniczość ciała Jak starano się przedstawić w poprzednim rozdziale, urojenie tworzy się przede wszystkim na tych polach pustych (nieznanych), które dotyczą życia społecznego. Szansę poznania drugiego człowieka są bowiem mniejsze niż poznania reszty otaczającego świata. Nie znaczy to jednak, by nie było innych białych plam na naszej mapie świata. Do takich terenów nieznanych należy nasze własne ciało, jego potrzeby, cierpienia, lęki, radości i rozkosze. Pogotowie urojeniowe wokół własnego ciała jest jednak znacznie słabsze niż wokół świata społecznego. Wynika to ze społecznego charakteru urojeń. Do ich powstania konieczny jest system symboli słownych, a ten tworzy się w kontaktach społecznych; ciało jest w znacznej mierze niedostępne komunikacji słownej. Doznania cielesne wpływają na nastrój uczucia, ale właściwie nie mają określonej formy pojęciowej. Mowa jako najwyższa forma ruchu jest zwrócona do świata zewnętrznego, a nie wewnętrznego i tworzy się w ludzkiej wspólnocie, ciało natomiast jest zawsze indywidualne, jego doznania są najbardziej osobiste i mimo zewnętrznego podobieństwa nie da się ich podporządkować prawidłowościom grup społecznych. Dlatego urojenia tworzące się wokół własnego ciała są stosunkowo ubogie w porównaniu z urojeniami dotyczącymi świata społecznego, mimo że lęk związany z własnym ciałem nie jest mniejszy od lęku społecznego. Poznanie budowy i mechanizmów ciała, jakie zawdzięczamy naukom medycznym, nie rozwiewa wcale tajemnicy, która je otacza. Poznajemy ciało jako skomplikowany mechanizm, jeden z mechanizmów otaczającego świata, ale nadal nie wiemy, dlaczego jest ono źródłem cierpień i rozkoszy, w jaki sposób jego aktywność wpływa na nasze nastroje i uczucia, dlaczego właśnie w nim przeżywa się zespolenie z otaczającym światem (szczytowy punkt postawy "do") w akcie seksualnym czy w miłości macierzyńskiej i analogicznie też szczytowy punkt postawy "od", gdy przenikają nas miłość i nienawiść. Czujemy, że nasz świadomy nurt życia jest tylko powierzchowną warstwą tego, co dzieje się w głębi, co jest cielesne, chaotyczne i nieznane, czym nie umiemy pokierować; jesteśmy zdani na jego łaskę i niełaskę. Żyjemy w lęku, że coś w środku może się popsuć, że gdzieś w głębi czyha na nas śmierć. Sygnał zagrożenia, bólowy czy lękowy, często jest wyzwalany przez dysfunkcję naszego ciała (lęk biologiczny). Sygnał bólowy ostrzega przed działającym na nasze ciało szkodliwym czynnikiem, a sygnał lękowy - przed zachwianiem pierwszego lub drugiego prawa biologicznego (zagrożenie życia własnego lub życia gatunku). Przeważnie jesteśmy nieświadomi charakteru zagrożenia, badanie lekarskie może czasem wyjaśnić jego tło, ale zwykle siła sygnału nie jest proporcjonalna do stopnia zagrożenia; w tym sensie sygnał lękowy czy bólowy nie jest wiarygodny; nie bardzo wiemy, dlaczego tak jest. Wiedza fachowa, w tym wypadku lekarska, jest kolektywna, tzn. opisująca prawidłowości wszystkich, a nie tylko jednego ciała ludzkiego, tymczasem nasze doznania cielesne są jak najbardziej indywidualne i w żaden sposób nie można postawić znaku równości między doznaniami jednego i drugiego człowieka. Dlatego wiedza naukowa niewiele się przydaje do rozświetlenia tajemnicy własnego ciała. Najlepiej o tym świadczy fakt, że najbardziej fantastyczne koncepcje i urojenia hipochondryczne mają właśnie lekarze, a więc ludzie dysponujący z racji swego zawodu pewną wiedzą o budowie i mechanizmach ludzkiego ciała. Ciało kolektywne, rodzaj skomplikowanej maszyny, jest czymś innym niż ciało indywidualne, które jest źródłem najbardziej intymnych i przeważnie nie dających się określić doznań. Medycyna a lęk biologiczny Różne choroby trapią człowieka i zagrażają jego życiu. Gdy medycyna zwalczy jedne, inne przybierają na sile. Walka medycyny z chorobami i śmiercią nie składa się tylko ze zwycięstw, ale też z wielu klęsk. Lęk związany z własnym ciałem (lęk biologiczny) często koncentruje się na wybranej chorobie. Zależnie od epoki czy kręgu kulturowego jedna z chorób staje się swoistą "miss lęku

112

biologicznego", sama jej nazwa budzi strach wśród ludzi. Dotknięty taką chorobą człowiek już za życia ma znak śmierci na swym czole, stronią od niego ludzie. Inne powody zagrożenia życia bledną w porównaniu z tą chorobą - "upiorem". Na przykład w naszym kręgu kulturowym ludzie znacznie bardziej boją się raka niż wypadków samochodowych, choć traktując ryzyko śmierci statystycznie, powinni znacznie bardziej bać się tych ostatnich. Rak jest bowiem chorobą - zmorą naszego wieku, jak dawniej były nią gruźlica, trąd, choroby weneryczne itp. Samo słowo "rak" wywołuje panikę; zapomina się o tym, że z punktu widzenia lekarskiego nie jest to choroba tak beznadziejna, że istnieje wiele chorób znacznie gorszych prognostycznie, które nie budzą takiej zgrozy w społeczeństwie. Lekarz mający do czynienia z pacjentem cierpiącym na chorobę nowotworową stoi wobec niesłychanie trudnego problemu psychologicznego i moralnego, jak właściwie podejść do swego chorego. Trudno tu dać ogólne wskazówki. Lekarz musi polegać na własnym wyczuciu psychologicznym i jego postępowanie musi być odmienne w różnych wypadkach. Istnieją też różnice związane z tradycjami lekarskimi, np. w Stanach Zjednoczonych obowiązkiem lekarza jest powiadomić chorego o istnieniu choroby nowotworowej, by dać mu szansę zarządzenia swoim majątkiem, przyszłością rodziny itp. Natomiast w Polsce na ogół fakt ten ukrywa się przed chorym, co też ma swoje ujemne strony, gdyż żyje on w atmosferze domysłów, lęku, a wiadomo, że strach ma wielkie oczy. Tworzenie instytutów onkologicznych na pewno jest celowe z punktu widzenia organizacyjnego i naukowego, ale czy nie jest ono traumatyzujące dla pacjentów? Już sam fakt skierowania do takiego instytutu może u pacjenta wywołać reakcję paniczną, co nie zawsze wpływa dodatnio na przebieg leczenia. Możliwe, że ściślejsza współpraca onkologów z psychiatrami i psychologami pozwoli na wypracowanie bardziej humanitarnych sposobów podejścia do osób dotkniętych chorobą nowotworową i przyczyni się do rozładowania atmosfery lęku otaczającego tę chorobę. Lekarz styka się stale z zagrożeniem życia u swego pacjenta, dlatego różnego typu reakcje lękowe, jakie pacjenci demonstrują, nie są dla niego zjawiskiem niezwykłym, lecz przeciwnie, nieraz do nich się przyzwyczaja i nawet obojętnieje. Musi on jednak umieć zmniejszać lęk swego chorego. Fachowe wyszkolenie w tej dziedzinie jest właściwie jak dotychczas żadne, lekarz jest zdany na własną intuicję i na własną "wrodzoną" wiedzę psychologiczną. Są lekarze, którzy samą swą obecnością zmniejszają pogotowie lękowe chorego. W ich obecności chory czuje się spokojniejszy, zmniejsza się jego lęk przed śmiercią i cierpieniem, czuje się bezpieczny. Są też, niestety, i tacy lekarze, którzy swym zachowaniem mobilizują pogotowie lękowe u swych pacjentów. Możliwe, że w małych dawkach lęk działa mobilizująco na procesy integracyjne ustroju, ale w dawce zbyt dużej na pewno dezintegruje, i dlatego obowiązkiem lekarza i pielęgniarki jest zmniejszać lęk pacjenta, a nie powiększać. Wydaje się, że konieczna jest ściślejsza współpraca psychiatrów i psychologów z lekarzami innych specjalności, by przynajmniej w przybliżeniu ustalić, jakie czynniki mobilizują, a jakie zmniejszają napięcie lękowe u chorych. Jest to zagadnienie istotne dla samopoczucia chorego i dla procesu leczenia. Lekarze chętnie szafują lekami zmniejszającymi napięcie lękowe i poprawiającymi nastrój chorego, co, oczywiście, jest drogą najwygodniejszą, ale nie zastąpi ona nigdy bezpośredniego wpływu człowieka na człowieka. Śmierć Śmiertelność człowieka a "nieśmiertelność" życia Narodziny i śmierć są granicami zamykającymi życie wszelkich żywych istot, a także człowieka. Świat ludzki, to, co widzimy, przeżywamy, czym się cieszymy i co wywołuje w nas lęk i cierpienia, zaczyna się budować od momentu narodzin (a może już od momentu poczęcia), a ulega całkowitej destrukcji w chwili śmierci. Śmierć jest końcem wszystkiego, kończy się nasze życie, a z nim nasz świat. Dlatego słusznie uważa się, że lęk w swej istocie - mimo różnych postaci, jakie przybiera - jest zawsze lękiem przed śmiercią. Człowiek nie może zwyciężyć śmierci, jest ona silniejsza od niego, jest kresem wszystkiego, wszystko traci swój sens. W tym aspekcie czekającej nas śmierci dewaluują się wartości budowane

113

przez nas w ciągu życia. Nasz świat, który wydaje się tak rzeczywisty i stabilny, staje się bańką mydlaną, złudą, która rozpływa się w momencie śmierci. Może więc słusznie uważa się, że tłem ludzkiej egzystencji jest lęk przed śmiercią. Stanowisko takie jest słuszne, gdy patrzy się na życie człowieka jako na fenomen jednostkowy, w izolacji od reszty świata. Człowiek samotny ma przed sobą jedynie perspektywę śmierci, gdyż ze śmiercią kończy się życie jednostki. Ale samotność jest pojęciem sprzecznym zarówno z biologicznym, jak i kulturowym charakterem życia ludzkiego. Z biologicznego punktu widzenia nie można życia jednostki odizolować od ogólnego nurtu życia, który ma cechy nieśmiertelności. Dla genetyka jesteśmy tylko nośnikami planu genetycznego, który otrzymaliśmy od poprzedzających nas pokoleń i który z kolei mamy przekazać dalszym pokoleniom. W świetle prawa zachowania własnego życia można traktować je jako fenomen jednostkowy, trzeba bowiem niszczyć otoczenie, by utrzymać własne życie. Życie jednak jest niemożliwe bez ustawicznej wymiany energetyczno-informacyjnej z otoczeniem, w rzeczywistości więc nie można życia jednostki odizolować od życia jej otoczenia. Kulturowy aspekt drugiego prawa biologicznego W świetle prawa zachowania życia gatunku życie jednostki ma sens tylko w łączności z innymi żywymi istotami; jednostka dąży do złączenia się z drugą, by mogło się spełnić prawo zachowania gatunku. Człowiek opiekuje się swym potomstwem, przedkładając ten cel nad inne, bardziej egoistyczne cele. Związek z potomstwem, zwłaszcza u zwierząt wyższych, jest tak silny, że wyraźnie przeczy samotności żywych istot. U człowieka prawo zachowania życia gatunku rozszerza się na wartości kulturowe. Dzięki abstrakcyjnym właściwościom układu nerwowego (niezwykle długi łuk odruchowy oddzielający receptory od efektorów) człowiek może oderwać się od konkretnej sytuacji i zachowywać łączność nie tylko z jednostkami bezpośrednio z nim związanymi prawem zachowania gatunku (partner seksualny, potomstwo), lecz też z jednostkami i ich dziełami odległymi w czasie i przestrzeni. Człowiek wchodzi w gotowy system symboli stworzony przez setki pokoleń ludzi żyjących przed nim i sam wnosi drobną cząstkę do tego systemu. Stanowi on pożywkę dla metabolizmu informacyjnego, bez niego ten ostatni uległby atrofii i mózg ludzki nie mógłby się rozwijać, gdyż jego rozwój jest ściśle uzależniony od intensywności metabolizmu informacyjnego. Świat kultury, tzw. noosfera, jest do życia człowiekowi równie potrzebny jak biosfera (środowisko biologiczne człowieka). Gdy spojrzymy na jednostkowe życie ludzkie na tle jego powiązań biologicznych i kulturowych, tzn. nie odrywając go od biosfery i noosfery, jawi się nam inna perspektywa śmierci. Jej groźne znaczenie maleje. Staje się epizodem w nurcie umierania i zmartwychwstania charakterystycznym dla życia. Jednostka jest śmiertelna na tle nieśmiertelności życia. Przedstawione rozumowanie jest niewielką pociechą, gdy trzeba samemu umierać i gdy ze śmiercią zapada się cały świat jednostkowy. Egoizm i altruizm Prawo zachowania własnego życia jest egoistyczne i nie zawsze da się pokonać altruizmowi prawa zachowania życia gatunku. Między obu prawami istnieje antagonizm, stała walka, odgrywająca rolę w formowaniu się decyzji. Ptak karmiący swe pisklęta musi nieraz pokonać swój głód i jedzenie odstąpić dzieciom. Nierzadko zwierzęta pokonują lęk i narażają życie, by obronić małe. Ale zdarzają się też sytuacje odwrotne, gdy matka czy ojciec zjada potomstwo nie mogąc przezwyciężyć głodu. Każde z dwóch praw biologicznych inaczej formuje stosunek do śmierci. W świetle pierwszego prawa (zachowania własnego życia) śmierć jest największym niebezpieczeństwem, z nią bowiem wszystko się kończy, prawo przestaje działać, gdyż nie zostało zachowane własne życie. W świetle drugiego prawa - zachowania życia gatunku - śmierć jednostki jest epizodem nieraz koniecznym do zachowania życia gatunku (np. w niższych formach życia powstanie nowej jednostki jest równoznaczne ze śmiercią starej). Można się spodziewać, że lęk przed śmiercią

114

będzie silniejszy w wypadku dominacji pierwszego prawa biologicznego, a słabszy, gdy przeważa drugie prawo. Nie wiemy, jak walka między dwoma prawami biologicznymi jest subiektywnie odczuwana przez zwierzęta; przewagę jednego czy drugiego prawa załatwiamy niewiele znaczącym pojęciem instynktu. U człowieka, analizując proces jego decyzji, w każdej można dostrzec przynajmniej śladową walkę między obu prawami, między egoizmem a altruizmem. Przybiera ona rzeczywiście różne formy i stopnie nasilenia; najwyższy ciężar decyzji jest wówczas, gdy stawką jest własne życie. Lęk przed śmiercią przenika nasze akty woli (decyzję). Wzrasta on, gdy jesteśmy pod przemożnym wpływem pierwszego prawa, a maleje gdy góruje w nas drugie prawo. Lęk przed śmiercią rzadko występuje w nagiej postaci, w codziennym życiu przeważają lęki pośrednio związane z prawem zachowania własnego życia, a więc lęk przed utratą środków utrzymania, posady, pozycji społecznej, dobrej opinii itp. Przy przewadze pierwszego prawa pozycja człowieka jest skurczona - za wszelką cenę zachować własne życie. Cel stwarza silne napięcie emocjonalne, ale jest krótkodystansowy, zacieśnia horyzont. Przy przewadze drugiego prawa cel jest ustawiony znacznie dalej, często poza kresem własnego życia; może nim być dobro własnych dzieci, społeczeństwa, wartości natury kulturalnej czy metafizycznej. W pewnym sensie są to cele transcendentne, gdyż wykraczają poza utrzymanie własnej egzystencji, w tym wypadku nie jest ona czymś najważniejszym. Mając takie cele przed sobą, człowiek abstrahuje od własnej śmierci, mierzy dalej, niż wymaga prawo zachowania własnego życia, dzięki temu śmierć nie jest już tak straszna i lęk przed nią maleje. Nienawiść i miłość Prawo zachowania własnego życia jest źródłem uczuć negatywnych - lęku i nienawiści. Życie bowiem jest w stałym niebezpieczeństwie i trzeba go bronić za wszelką cenę. Otaczający świat przeciwstawia się jednostce, zagraża jej, trzeba go pokonać, gdyż inaczej samemu można być przezeń pokonanym. Prawo zachowania życia gatunku jest źródłem uczuć pozytywnych. Nasze cele i dążenia promieniują na zewnątrz, do świata, chcemy się z nim złączyć, dla niego żyć, a nawet umrzeć. Świat nas przyciąga, nie jest naszym wrogiem, ale tym, który może zaspokoić naszą potrzebę miłości. Nasza czasoprzestrzeń rozszerza się, nie jest skurczona do własnej osoby. W lęku kurczymy się, w miłości rozszerzamy, tylko miłość może zwyciężyć lęk przed śmiercią. Człowiek jednak, podobnie jak i inne żywe istoty, podlega obu prawom biologicznym, nie da się żadnego z nich wyeliminować. Może jedno lub drugie przeważać, ale zawsze oba działają równocześnie. Ten fakt walki obu praw stwarza stały stan napięcia, obciąża proces decyzji. Trudno jest nam iść prosto przez życie, gdyż każde z tych dwu praw ciągnie nas w przeciwnym kierunku. Pierwsze prawo często bierze górę już choćby dlatego, że cel jest jednoznaczny, bliski i mobilizujący ustrój do maksymalnego wysiłku (walki lub ucieczki). W drugim prawie cele są bardziej odległe, wymagają pewnego uporządkowania otaczającego świata, musimy odczuwać w nim określoną hierarchię wartości, dla których warto poświęcić swe życie. Realizacja drugiego prawa biologicznego jest w znacznym stopniu uzależniona od warunków środowiska. Gdy środowisko jest zdezintegrowane, wówczas trudno w nim wytworzyć sobie odpowiedni system wartości, w którym można by znaleźć odpowiednie cele do zaspokojenia prawa zachowania życia gatunku. Musi w nim istnieć coś, co warto kochać i dla czego warto się poświęcać. Dlatego też w okresach znacznej dezintegracji społecznej obserwuje się zazwyczaj przewagę wśród ludzi pierwszego prawa biologicznego, stają się oni egoistyczni, w życiu społecznym jest więcej lęku, nienawiści niż miłości. Mówimy wówczas o kryzysie kultury. W lęku człowiek kurczy się, przytłacza go otaczający świat. Lęk może przerodzić się w agresję, wówczas następuje atak. Z pozycji skurczonej przechodzi się do gwałtownego rozprężenia, uderzenia w to, co nas przygniata i co nam zagraża. Dlatego agresja zwykle rozładowuje napięcie lękowe. Jest to rozładowanie krótko trwające, bo świat znów nas atakuje, znów musimy się skurczyć. Wszystko obraca się bowiem wokół ratowania własnego życia, a to jest cel krótkodystansowy. W wypadku pierwszego prawa biologicznego czasoprzestrzeń jest ciasna, zamyka się

115

wokół jednostki. Przeciwnie w wypadku drugiego prawa biologicznego, tu czasoprzestrzeń nie ma określonych granic, zlewa się z otaczającym światem, z jego teraźniejszością, przeszłością i przyszłością. Cele, które pociągają człowieka, mogą być bardzo odległe, mogą sięgać poza jego i otaczającego świata fizyczną rzeczywistość (cele metafizyczne). W miłości więc człowiek promieniuje na zewnątrz, rozpływa się do pewnego stopnia w otaczającym świecie. W skrajnych wypadkach nasilenia uczuć pozytywnych zatraca się osobowość, zespolenie z przedmiotem miłości jest tak silne, że przestaje się być sobą. Przedmiot ten może być realny albo też metafizyczny. Człowiek ulega przeistoczeniu, umiera jego stara forma, a rodzi się nowa. Codzienna obserwacja uczy nas, jak ludzie pod wpływem miłości zmieniają się nie tylko psychicznie, ale nawet fizycznie (kobiety pod wpływem miłości wyraźnie pięknieją). Również miłość metafizyczna przekształca człowieka, który, odczuwając ją, rodzi się jakby na nowo - jest wyraźnie podkreślane w wielu systemach religijnych. Przedmioty miłości bywają jednak odległe i nieraz tajemnicze, co może być źródłem niepokoju. Człowiek zatraca się w przedmiocie miłości. Zbytnia ekspansja (rozprężenie) w otaczający świat może wywołać reakcję w postaci tendencji do skurczenia się, do zamknięcia w sobie, gdzie czasoprzestrzeń jest wprawdzie ciasna, ale namacalna, rzeczywista i konkretna, a nie abstrakcyjna, metafizyczna, jak to często bywa przy zbytnim rozprężeniu. Człowiek więc jakby kurczy się i rozszerza, jego świat staje się ciasny lub zbyt obszerny. Jest to pulsowanie związane z oscylowaniem dynamiki życiowej, a także z przewagą uczuć pozytywnych lub negatywnych. Człowiek nie może żyć tylko miłością i wyrzec się prawa zachowania własnego życia. Taka postawa doprowadziłaby go niechybnie do śmierci, bo jednak trzeba o sobie myśleć i walczyć o swoje życie. Scalenie z przedmiotem miłości, gdyż to jest ostateczny cel postawy "do", nie może trwać stale, mogą to być tylko krótkie epizody w życiu człowieka, gdyż takie scalenie jest jednocześnie utratą własnej indywidualności, a więc rodzajem śmierci psychicznej. Może nie bez powodu w poezji miłosnej i mistycznej tak często występuje motyw śmierci. Pełne złączenie z przedmiotem miłości czy to realnym, czy metafizycznym wymaga unicestwienia własnej osoby. W miłości umiera stary człowiek, a rodzi się nowy. Jeśli przewaga drugiego prawa biologicznego pozwala nam przezwyciężyć lęk przed śmiercią, to jednak wyzwala ona swoisty dla siebie niepokój, który można by nazwać niepokojem miłości. Jest to lęk przed nieznanym, które nas czeka przy złączeniu się z przedmiotem naszych uczuć, lęk przed utratą własnej indywidualności w tym złączeniu, przed śmiercią starego człowieka i przed narodzinami nowego, lęk przed gwałtowną zmianą, którą powoduje miłość. Transcendencja lęku przed śmiercią Lęk egzystencjalny jest też lękiem przed tajemnicą życia. Śmierć jest czymś konkretnym, lęk przed nią jest skrystalizowany. Natomiast gdy perspektywa śmierci zostanie złagodzona przez transcendentne dążenia człowieka, tzn. przez jego dążenie do wykroczenia poza ramy własnego życia, do złączenia się z otaczającym światem - występującym w formie konkretnej osoby, którą się kocha, wartości kulturowych czy społecznych, czy w formie bóstwa, które nadaje porządek życiu jednostkowemu i zbiorowemu - wówczas tak swoisty dla człowieka, jak zresztą dla wszystkich żywych istot, lęk przed śmiercią przeistacza się w lęk metafizyczny lub w lęk miłości. Przedmiot miłości jest dla nas wielką tajemnicą; nie wiemy, co nas czeka, gdy się z nim złączymy. Gdy przedmiot jest konkretny, jak w wypadku miłości seksualnej czy macierzyńskiej, to złączenie nigdy nie jest pełne, partner i my sami zachowujemy bowiem własną indywidualność. W zespoleniu realnym musi dojść do złączenia cielesnego, a to nigdy nie może dokonać się w pełni, ponieważ ciało jest zawsze bardziej indywidualne, bardziej własne niż nasz świat psychiczny, który mimo swej indywidualności zbudowany jest ze wspólnych dla ludzi symboli. Metabolizm energetyczny jest bardziej indywidualny i własny niż metabolizm informacyjny. Dlatego pełniejsze złączenie możemy uzyskać z przedmiotem abstrakcyjnym. Bogiem, jakąś ideą, przyrodą itp. Za mało znamy przeżycia wielkich mistyków, by móc je zrozumieć, ale wydaje się, że stany ekstazy, w której przeżywają zespolenie z bóstwem, poprzedzane są stanem lęku.

116

Jest to właśnie lęk przed rozpłynięciem się w drugiej istocie, przed utratą własnej indywidualności, jest to rodzaj śmierci, w której unicestwia się dotychczasowy człowiek. Uczucia wywodzące się z prawa zachowania własnego życia wywołują kurczenie się ludzkiej czasoprzestrzeni, człowiek w lęku jest skurczony, przytłoczony, otaczający świat zagraża jego życiu. Natomiast uczucia wywodzące się z prawa zachowania gatunku prowadzą do ekspansji własnej czasoprzestrzeni, otaczająca przestrzeń jest wolna i przyciągająca. Ta ekspansja nie może jednak iść zbyt daleko; gdy dochodzi do złączenia się z przedmiotem miłości, zwykle rodzi się lęk, lęk przed utratą własnej indywidualności, co jest w pewnej mierze równoznaczne z rozpłynięciem się w niebycie. Mamy więc jakby dwa oblicza śmierci: jedna - konkretniejsza, przychodząca z zewnątrz i na nas naciskająca, tak że pod wpływem tego nacisku kurczy się nasza czasoprzestrzeń; druga bardziej abstrakcyjna, która przyciąga nas swoją nieskończonością, z którą pragniemy się zespolić, a jednocześnie przed tym zespoleniem odczuwamy lęk. Patologia schizofreniczna i społeczna pierwszego prawa biologicznego Jak się zdaje, w schizofrenii dość jaskrawo występują nieraz obie postacie lęku przed śmiercią; chory odczuwa zagrożenie przez otaczający świat, kurczy się w sobie, zmienia się w automat kierowany siłami z zewnątrz albo też odczuwa niezwykłą ekspansję własnej osoby, wszechmoc, zespala się z otaczającym światem lub z bóstwem, nieraz z nim się identyfikuje; daje mu to uczucie ekstazy, która jednak nie jest wolna od domieszki lęku. W życiu społecznym można też obserwować zjawiska kurczenia się i ekspansji czasoprzestrzeni, istnieją tego rodzaju układy społeczne, które wywołują coraz większe kurczenie się ludzi w sobie; są oni przerażeni tym, co wokół nich się dzieje, czują się bezradni i bezsilni, żyją w ustawicznym lęku o swoje stanowiska, posady, a nawet o życie, boją się wykazać jakąkolwiek inicjatywę, gdyż to wymaga wyjścia w otaczający świat, a ten ich przeraża - pierwsze prawo biologiczne jest dla nich prawem naczelnym i wyłącznym, za wszelką cenę chcą się utrzymać na powierzchni życia. Lęk, w którym żyją, wywołuje postawy agresywne, każdy jest dla nich potencjalnym wrogiem, lepiej z góry go zniszczyć, gdy czują się od niego silniejsi, w przeciwnym razie jeszcze bardziej przed nim się kurczą i płaszczą. W tych samych układach (dezintegracyjnych) mogą wytworzyć się ośrodki nadmiernej, patologicznej integracji. Podobnie jak w dezintegracji schizofrenicznej, patologiczna nadmierna integracja, jaką jest urojenie, broni chorego przed lękiem. Wówczas "skurczony" człowiek ulega ekspansji, rozpływa się w grupie czy ideologii społecznej, z nią się identyfikuje, zatraca własną indywidualność i własną wolę, jego decyzje nie są już jego decyzjami, ale grupy, w której się rozpłynął. Zyskuje dzięki temu poczucie siły ("my" zastępuje "ja"), już nie jest więcej skurczony, całkiem przeciwnie, śmiało wyrusza na podbój otaczającego świata, który chce przerobić jak najszybciej na modłę ideologii czy grupy hiperintegracyjnej. Zespolenie z otaczającym światem reprezentowanym przez taką ideologię czy grupę nie uwalnia jednak człowieka od uczucia lęku, lęku wywołanego utratą własnej indywidualności. Lęk ten łatwo przeradza się w agresję, gdyż uczucie siły, wyzwolone dzięki identyfikacji z grupą, pozwala na przejście z postawy lękowej do agresywnej. GENEZA LĘKÓW Podział Analizując przeżycia lękowe staramy się dojść do ich genezy. Przy tym samym charakterze przeżycia i tym samym nasileniu oraz podobnej ekspresji geneza lęku może być rozmaita. Wydaje się słuszne rozbicie przeżyć lękowych pod względem genetycznym na cztery grupy: lęk biologiczny, lęk społeczny, lęk moralny i lęk dezintegracyjny. Wszystkie cztery rodzaje lęku można sprowadzić do lęku zasadniczego, mianowicie lęku przed śmiercią. Śmierć bowiem jest tym ostatecznym zagrożeniem żywej istoty, które wyzwala sygnał alarmowy w postaci

117

lęku. Tło lęku biologicznego Czynniki wewnętrzne i zewnętrzne Lęk biologiczny może wiązać się z zagrożeniem pierwszego lub drugiego prawa biologicznego. W wypadku zagrożenia prawa zachowania własnego życia niebezpieczeństwo może pochodzić z zewnątrz, z otaczającego świata, lub od wewnątrz, z wnętrza ustroju. W pierwszym wypadku lęk jest przedmiotowy, tzn. znamy niebezpieczeństwo, które nam zagraża. Percepcja zagrożenia musi poprzedzać powstanie sygnału alarmowego. Gdy nie dostrzegamy przedmiotu zagrożenia, zazwyczaj nie odczuwamy lęku. Na przykład możemy zupełnie nie odczuwać lęku wchodząc do pomieszczenia wypełnionego trującym, ale bezwonnym gazem lub napromieniowanego substancjami radioaktywnymi. Niemniej jednak zdarzają się sytuacje, w których mimo braku uchwytnych sygnałów zagrożenia wyczuwa się grożące niebezpieczeństwo. Tego typu wyczucie niebezpieczeństwa spotyka się częściej w świecie zwierzęcym niż u człowieka. Przemawia ono za istnieniem ścisłej łączności ustroju z jego środowiskiem i za zdolnością ustroju projektowania się w przyszłość (wspólna czasoprzestrzeń ustroju i środowiska). Do lęków biologicznych można zaliczyć lęki na podłożu seksualnym. Indywidualne życie nie jest tu wprawdzie zagrożone, ale zagrożone jest życie gatunku. Oczywiście zachowanie seksualne jednostki nie wpływa na możliwości przeżycia gatunku, ale niemniej drugie prawo biologiczne jest tak silnie zaprogramowane w strukturę każdego ustroju, że nieraz bierze górę nad pierwszym prawem. Wszelkie więc jego naruszenia mogą się odbić na czynnościach ustroju i są sygnalizowane lękiem. Lęk związany z życiem seksualnym występuje najczęściej w postaci gwałtownych ataków lękowych lub stałego napięcia lękowoagresywnego. Lęk na podłożu seksualnym odpowiadałby z grubsza temu, co Freud określał jako Triebangst (lęk nerwicowy związany z aktywnością itd.). Jak wspomniano, Freud rozróżniał lęk nienerwicowy, obiektywny, Realangst, wywołany zewnętrznym zagrożeniem oraz lęk nerwicowy, Triebangst i Gewissenangst, pierwszy związany z funkcjami id, a drugi z funkcjami superego; ten drugi rodzaj lęku odpowiadałby lękowi moralnemu i częściowo społecznemu. Jeśli potrzeby ustroju związane z pierwszym prawem biologicznym muszą być w krótkim czasie zaspokojone, inaczej niechybnie przychodzi śmierć, to potrzeby związane z drugim prawem biologicznym mogą być odłożone nawet ad infinitum. W związku z tym występuje dość istotna różnica w przebiegu reakcji lękowych; w wypadku pierwszego prawa reakcje te są dynamiczne i krótkotrwałe. Natomiast w wypadku zagrożenia drugiego prawa biologicznego są one długotrwałe, trwać mogą nawet przez całe życie; ich forma jest też bardziej różnorodna. Występują one u ludzi znacznie częściej niż reakcje lękowe związane z zagrożeniem własnego życia. Skłania to nawet niektórych lekarzy do szukania genezy każdego lęku w zaburzeniach życia seksualnego, co na pewno jest zbytnim uproszczeniem. Nie należy zaburzeń życia seksualnego identyfikować z brakiem tegoż życia. Są ludzie, którzy żyją w celibacie i wcale nie odczuwają niepokoju nerwicowego, a są tacy, którzy prowadzą dość intensywne życie seksualne i nie uwalnia ich to bynajmniej od lęków o podłożu seksualnym. Wypełnienie drugiego prawa biologicznego nie polega bowiem na akcie seksualnym, ale na pełnej realizacji postawy "do"; zespolenie z otoczeniem, jakie osiąga się poprzez akt seksualny, musi być połączone z odpowiednią postawą emocjonalną (postawa "do"). Akt seksualny pozbawiony komponentu uczuciowego, gdy chodzi tylko o wyładowanie seksualne, gdy partnera traktuje się wyłącznie jako przedmiot tegoż wyładowania, zamiast zmniejszać często wzmaga napięcie lękowe, jest to bowiem sprzeniewierzenie się istocie drugiego prawa biologicznego. Natomiast brak wyładowania seksualnego może być wyrównany silną postawą "do" i wówczas mimo abstynencji seksualnej lęki nie wystąpią. Strach Lęk przedmiotowy nazywamy zwykle strachem. Przedmiotowość, jak zresztą w wypadku wszystkich reakcji emocjonalnych, jest względna. Drobne zagrożenie

118

może wywołać nieproporcjonalnie silną reakcję i odwrotnie, duże zagrożenie słabą reakcję lękową. Wielkość sygnału lękowego, podobnie zresztą jak sygnału bólowego, nigdy nie stanowi obiektywnej miary zagrożenia. Jest to wypadkowa wielu czynników: prawdopodobnie genetycznie uwarunkowanego pogotowia lękowego czy bólowego, historii życia (na zasadzie odruchowości warunkowej nawet zupełnie obojętne bodźce mogą stać się silnymi sygnałami lękowymi), aktualnego stanu nastrojowo-uczuciowego (człowiek w nastroju pogodnym, przychylnie nastawiony do otoczenia, na ogół słabiej reaguje lękowo czy bólowo niż człowiek przygnębiony, wystraszony itp.). Wreszcie na wielkość sygnału lękowego wpływa mechanizm błędnego koła (dodatniego sprzężenia zwrotnego); pod wpływem lęku zostaje wyolbrzymiony przedmiot zagrożenia, co z kolei wywołuje nasilenie lęku itd., właściwie ad infinitum. Do pewnego stopnia można się przyzwyczaić do powtarzających się sytuacji zagrożenia, sygnał lękowy (podobnie przedstawia się też sprawa z sygnałami bólowymi) działa coraz słabiej. W końcu nie odczuwa się zagrażającego niebezpieczeństwa (klasycznym przykładem jest beztroska, z jaką ludzie prowadzą samochody). Lęk przedmiotowy jest lękiem, który człowiek, chcąc nie chcąc, musi pokonywać. Trzeba mieć odwagę, by żyć. Otaczający świat roi się od różnego rodzaju niebezpieczeństw i nie możemy przed nimi wciąż uciekać, trzeba iść naprzód, a to wymaga odwagi. Lęk przedmiotowy jest więc sygnałem bardzo plastycznym, raz się zwiększa, to znów maleje, od niego i od naszej zdolności pokonywania strachu zależy nasza ekspansja w otaczający świat. W pewnej mierze pokonywanie własnego lęku jest czymś kuszącym; gdy to się uda, człowiek czuje się wyzwolony, silniejszy i radośniejszy. Lęk zacieśnia bowiem ludzką czasoprzestrzeń, a jego pokonanie ją rozszerza; tu tkwi źródło uczucia zwycięstwa nad sobą i nad otaczającym światem - schwytanie oddechu pełną piersią, doznanie radości - uczucia, które towarzyszą za każdym razem pokonaniu własnego lęku. Dlatego prawdopodobnie ludzie chętnie ryzykują swe życie (jak np. w sportach wyczynowych, w alpinizmie, a także w czasie wojny). Sygnały i symbole lęku Obraz otaczającego świata jest zawsze subiektywny, każdy inaczej widzi i ocenia swe otoczenie i istniejące w nim zagrożenia. Historia i warunki naszego życia wpływają na to, że na jedne bodźce zagrożenia reagujemy silnie, a na inne słabo, co nie zawsze koreluje z obiektywną oceną niebezpieczeństwa. Ponieważ obraz otaczającego świata tworzy się pod znacznym wpływem naszego otoczenia społecznego, metabolizm informacyjny ma zawsze charakter społeczny, dlatego w percepcji i ocenie niebezpieczeństwa jesteśmy pod wyraźną presją grupy społecznej, w której żyjemy, i kręgu kulturowego, do którego należymy. Niekiedy sytuacje zgoła nieszkodliwe stają się pod wpływem oceny otoczenia społecznego groźne. Człowiek może się więc lękać przekroczenia tabu bardziej niż utraty życia, boi się niektórych zwierząt, które nie są wcale dla niego groźne, boi się niektórych ludzi na skutek utartej opinii publicznej, mimo że są oni w rzeczywistości takimi samymi ludźmi jak on. Zadaniem socjologów i historyków kultury powinno być zbadanie, jak dochodzi do tego, że pewne sytuacje zostają oceniane przez grupę społeczną jako niebezpieczne. U zwierząt też obserwuje się utrwalone sygnały zagrożenia; zagadnieniem tym zajmował się K. Lorenz i jego zdaniem utrwalenie to ma charakter genetyczny. Na przykład niektóre ptaki reagują ucieczką na widok sylwetki drapieżcy, nawet wówczas gdy sylwetka ta jest makietą. Istnieją określone symbole zagrożenia. Nie wiemy jeszcze z całą pewnością, czy są one genetycznie winkrustowane w układ nerwowy, czy też utrwalone pod wpływem środowiska społecznego. Zachowanie życia wymaga umiejętności przystosowania się do warunków środowiskowych, w tym kierunku też zmierza ewolucja przyrody ożywionej. W przystosowaniu tym istotnym elementem jest zdolność unikania sytuacji niebezpiecznych, możliwe więc, że pewne sygnały grożącego niebezpieczeństwa w ciągu ewolucji utrwaliły się genetycznie. Otaczający świat jest jakby z góry oznaczony znakami ostrzegawczymi i jeszcze przed zetknięciem się z niebezpieczeństwem żywy ustrój na sam sygnał właściwie zupełnie nie znanej mu sytuacji reaguje ucieczką. Sygnał zagrożenia zawsze antycypuje sytuację realną. Dzięki niemu żywy

119

ustrój może na czas się przed nią uchronić, na tym zresztą polega rola sygnału. Sięga on w przyszłość, jest zwiastunem tego, co będzie. Bezpośrednie zetknięcie z sytuacją zagrożenia nierzadko byłoby równoznaczne ze śmiercią. Ustrój więc musi sięgać w przyszłość, musi dysponować przystosowanym do warunków środowiska rachunkiem prawdopodobieństwa. Sygnał zagrożenia jest właśnie wynikiem tegoż rachunku. Dotychczas nie wiemy, w jakim stopniu ten rachunek jest darem odziedziczonym, a w jakim nabytym w ciągu indywidualnego życia, między innymi pod wpływem środowiska społecznego. Co się tyczy np. człowieka, nie wiemy, czy przesądy rasowe (na ludzi innej rasy reagujemy nieraz jak opisane przez Lorenza ptaki na sylwetki swych wrogów) są uwarunkowane genetycznie czy też nabyte pod wpływem uprzedzeń środowiska społecznego. Za drugą hipotezą przemawia fakt, iż dzieci przesądów takich zwykle nie mają. Ponieważ środowiskiem człowieka jest przede wszystkim otoczenie społeczne, od niego też pochodzi najwięcej sygnałów zagrożenia. Są kręgi kulturowe, epoki i okresy historyczne (np. wojen i rewolucji), w których sygnałów tych jest znacznie więcej niż w tzw. czasach normalnych - jeśli takie istnieją. Oczywiście środowisko społeczne dostarczające zbyt wiele sygnałów zagrożenia nie jest dla jednostki i jej rozwoju korzystne choćby z tego względu, że nadmiar takich sygnałów wywołuje utrwalenie się postawy "od" otoczenia, czyli przewagę uczuć negatywnych lęku i nienawiści. Mówi się wówczas o alienacji człowieka. Mechanizmy redukcji lęku Pokonywanie lęku określamy jako odwagę, a gdy zagrożenie jest bardzo duże - jako bohaterstwo. Odwaga jest koniecznym warunkiem utrzymania życia własnego i gatunku i dlatego jest prawdopodobnie nie tylko ludzką, ale też zwierzęcą cechą. Bez niej nie byłaby możliwa ekspansja w otaczający świat, a jest ona warunkiem życia. Istnieje, jak się zdaje, ogólna zasada w przyrodzie, że tam, gdzie życie wymaga jakiegoś stałego wysiłku, powstają różnego rodzaju sposoby (mechanizmy) zmniejszające ten wysiłek i ułatwiające wypełnienie zadania. Pokonywanie lęku, które jest warunkiem życia, jest też wsparte tego rodzaju mechanizmami. Mechanizmy te działają przede wszystkim w wypadku lęku przedmiotowego; w wypadku lęku bezprzedmiotowego (określanego niezbyt słusznie przez Freuda jako lęk nerwicowy) działanie ich jest zawodne lub w ogóle nie istnieje. Fakt, że w ciągu ewolucji istoty żywe nauczyły się pokonywać lęk związany z realnym zagrożeniem pochodzącym z zewnątrz, a nie nauczyły się pokonywać lęku pochodzącego z wewnętrznego zagrożenia ustroju, świadczyłby o tym, że ewolucja jest skierowana przede wszystkim na relacje ustroju z otaczającym światem. Tylko zagrożenia istniejące na zewnątrz ustroju są naprawdę ważne, gdyż od ich pokonania zależy zwycięstwo ustroju żywego nad otoczeniem, czyli negatywnej entropii ustroju nad negatywną entropią otoczenia. A utrzymanie życia na naszej planecie zależy właśnie od tego zwycięstwa, w przeciwnym wypadku życie skazane byłoby na zagładę, zwyciężyłaby negatywna entropia środowiska zewnętrznego, czyli w ostatecznym obrachunku - przyrody nieożywionej. Ze znanych nam mechanizmów redukujących lęk przedmiotowy można by wymienić takie, jak zmniejszanie się lęku przy czasowym i przestrzennym zbliżaniu się do przedmiotu zagrażającego; przyzwyczajenie, zmniejszające zniekształcenie przedmiotu zagrażającego; redukcję lęku pod wpływem celu (zaprogramowania ustroju). Lęk przedmiotowy ma swoją dynamikę czasową i przestrzenną. Zwykle maksymalne nasilenie lęku występuje w chwili dostrzeżenia zagrożenia. Lęk przedmiotowy w przeciwieństwie do lęku bezprzedmiotowego (wewnętrznego) musi być poprzedzony percepcją przedmiotu zagrożenia. Otaczający świat musi nam pokazać swe groźne oblicze. Ostrzega nas; "wycofaj się, póki czas, bo inaczej cię zniszczę". Pierwszym więc odruchem jest uciec, wycofać się, ustąpić przed groźbą otoczenia. W tym momencie jednak zaczyna działać prawo życia pobudzające żywy ustrój do ekspansji, do przezwyciężenia lęku. Musi zapaść zasadnicza decyzja; ruszyć naprzód czy uciec; jest to zmaganie się lęku z odwagą. Do momentu tej decyzji lęk może narastać; w miarę jak analizuje się sytuację zagrożenia, może ona

120

wydawać się coraz groźniejsza, zwłaszcza że często działa tu mechanizm błędnego koła ("strach ma wielkie oczy"). Gdy jednak decyzja zapadnie, lęk stopniowo słabnie. W wypadku decyzji wycofania się niebezpieczeństwo oddala się od nas, gdyż od niego uciekamy i w końcu znajdujemy się w bezpiecznym miejscu i czasie. Gnębi nas najwyżej poczucie odniesionej klęski, okazaliśmy się słabi w obliczu groźnego świata. W wypadku decyzji pójścia naprzeciw grożącemu niebezpieczeństwu wbrew logice lęk też zaczyna opadać. Teoretycznie powinien wzrastać w miarę zbliżania się do zagrażającego przedmiotu. Tak jednak nie jest. Decyzja stanowi wewnętrzne zaprogramowanie ustroju. Cel sięga poza zagrażający przedmiot; by dojść do celu, musimy przeskoczyć niebezpieczeństwo. Nasza czasoprzestrzeń sięga dalej niż zagrażający nam ze strony otoczenia przedmiot. Dzięki rozszerzeniu czasoprzestrzeni zyskuje się inną perspektywę w odniesieniu do przedmiotu zagrożenia, maleje on proporcjonalnie do dynamiki i zasięgu tegoż rozszerzenia. Gdy skoczek narciarski chce za wszelką cenę osiągnąć rekord, wówczas ryzykuje przekroczenie punktu krytycznego skoczni, mimo że zagraża to nawet śmiertelnym wypadkiem. Cel jest silniejszy niż zagrożenie, wobec niego maleje wielkość niebezpieczeństwa, nie docenia się go, lekceważy. W czasie wojny największe napięcie lękowe odczuwa się przed bezpośrednim zetknięciem z wrogiem, ale gdy już decyzja zapadnie, gdy rusza się do ataku, lęk maleje, niekiedy całkowicie znika, człowiek jest skoncentrowany na samym przebiegu walki; dążenie do osiągnięcia celu, wykonania rozkazu tak wypełnia psychikę żołnierza, iż często nie dostrzega on niebezpieczeństwa i mimo woli staje się nieraz bohaterem. Stwierdzenie nieuleczalnej choroby wywołuje u człowieka silną reakcję lękową, ale w miarę zbliżania się do kresu życia lęk maleje, coraz mniej myśli się o śmierci, często występuje przekształcenie struktury hierarchii wartości, sprawy dawniej ważne stają się mniej ważne lub nieistotne, nieraz pojawiają się cele sięgające poza kres życia, a więc metafizyczne, kulturowe itp. (człowiek myśli o tym, by zostawić po sobie jakieś wartości materialne czy duchowe, szuka pociechy w życiu religijnym itp.). Ważną rolę w redukcji lęku odgrywa przyzwyczajenie. Sytuacje niebezpieczne, stale się powtarzające wywołują stopniowo coraz słabszą reakcję lękową, a w końcu przestają ją w ogóle wywoływać. Człowiek niejednokrotnie przestaje dostrzegać sytuację zagrożenia. Człowiek wychowany na wsi może początkowo odczuwać lęk przed wielkomiejskim ruchem ulicznym, z lękiem przechodzi przez jezdnię. Z czasem przestaje reagować lękowo na przejeżdżające pojazdy i zupełnie o tym zapomina, że ruch uliczny przedstawia jednak niebezpieczeństwo dla życia. Człowiek rozpoczynający pracę w górnictwie lub hutnictwie może na początku bać się grożących niebezpieczeństw, z czasem przestaje o nich w ogóle myśleć. Pierwsze ataki bombowe wywołują u ludności panikę, z upływem czasu lęk zmniejsza się, wybuchy bomb stają się zwykłym epizodem dnia. Może się nawet zdarzyć, że niepokój rodzi się wówczas, gdy nad miastem zalegnie cisza i w porach ataków bombowych nic się nie dzieje. Człowiek naszej cywilizacji na ogół bez lęku wsiada do samolotu czy samochodu i zupełnie nie bierze pod uwagę grożących w tych pojazdach niebezpieczeństw. Powszechnie znany jest fakt, że pod wpływem uczuć zmienia się nasz obraz świata. Wystarczy wspomnieć o tym, jak pod wpływem miłości obraz ukochanej osoby pięknieje, a pod wpływem lęku i nienawiści ulega monstrualnemu zniekształceniu obraz tej samej nieraz osoby. Lęk jako subiektywny wyraz postawy "od" powoduje zwykle wyolbrzymienie zagrażającego przedmiotu. Uciekamy bowiem od tego, co nam zagraża, co jest od nas silniejsze, co może nas zniszczyć. Zagrażający przedmiot może nie być znów tak groźny, ale pod wpływem uczucia lęku staje się groźny. Im lęk silniejszy, tym większemu wyolbrzymieniu ulega zagrażające niebezpieczeństwo. W końcu jednak musi zapaść zasadnicza decyzja: uciekać lub mimo lęku próbować stawić czoło niebezpieczeństwu. W wypadku pierwszej decyzji lęk stopniowo słabnie na skutek oddalania się od przedmiotu zagrożenia, a wskutek drugiej decyzji lęk maleje dzięki działaniu mechanizmów obronnych. By zbliżyć się do zagrażającego przedmiotu, by podjąć z nim walkę, trzeba go przedtem odpowiednio pomniejszyć, trudno bowiem walczyć z przeciwnikiem znacznie od siebie silniejszym. Atak na przedmiot zagrażający, czyli przejście z postawy ucieczkowej do

121

agresywnej, wymaga założenia, że będzie się zwycięzcą. Gdy przyjmuje się hipotezę odwrotną, tj. że poniesie się klęskę i że zwycięży nad nami zagrażający przedmiot, wówczas przyjmuje się postawę ucieczkową. Jeśli w rachunku prawdopodobieństwa stawia się na siebie, tym samym pomniejsza się rolę otaczającego świata, zagrażający przedmiot maleje. Może dojść nawet do tego, że niebezpieczeństwo w ogóle przestaje być dostrzegalne. Rachunek prawdopodobieństwa jest, jak się zdaje, w znacznej mierze ustalony genetycznie. Są zwierzęta, które zakładają z góry swą klęskę. Przeważa u nich postawa ucieczkowa nad agresywną. I odwrotnie, są takie, które zakładają własne zwycięstwo nad otoczeniem, postawa agresywna przeważa u nich nad ucieczkową; np. trawożerne należą zwykle do pierwszej grupy, a drapieżniki - do drugiej. Podobnie sprawa ma się u ludzi, jedni częściej atakują, a drudzy częściej uciekają. Możliwe, że u człowieka zasadniczy rachunek prawdopodobieństwa, tj. odpowiedź na pytanie: " zwyciężę lub zostanę zwyciężony", w większej mierze niż w świecie zwierzęcym zależy od uwarunkowań środowiskowych; przede wszystkim odgrywają tu rolę środowisko społeczne i utrwalone postawy z dzieciństwa. Z rachunkiem prawdopodobieństwa wiąże się zagadnienie celu czy zaprogramowania. Gdy cel jest wyraźny, rachunek ten nastawia się na zwycięstwo. Cel jest bowiem tak ważny, że musi się zwyciężyć; tak się przynajmniej zakłada, wynik walki może bowiem być odmienny. Każdy cel rozszerza czasoprzestrzeń ustroju, aktualna sytuacja staje się mniej istotna wobec tego, co stawiamy sobie jako punkt, do którego musimy dotrzeć. Jasno postawiony cel właściwie niweczy sytuację ucieczkową, dążenie bowiem do celu jest silniejsze niż lęk wyzwolony przez sytuację zagrożenia. W świecie zwierzęcym obserwuje się "bohaterskie" nieraz zachowanie, gdy zwierzę ryzykuje swe życie dla ratowania potomstwa lub obrony swego terytorium (gniazda). Najczęściej tym mobilizującym do odwagi celem jest prawo zachowania życia gatunku. Sięga ono dalej niż kres indywidualnego życia i wobec niego maleje groza śmierci (utrata życia indywidualnego). Człowiek też ryzykuje własne życie dla obrony prawa zachowania życia gatunku. Tyle że u człowieka przybiera ono bardziej różnorodne formy niż w świecie zwierzęcym. Człowiek naraża więc życie dla obrony potomstwa, dla obrony grupy społecznej, z którą jest związany, dla wartości ideologicznych i kulturowych. Prawo zachowania życia gatunku ma charakter transcendentny w dosłownym tego pojęcia znaczeniu, wykracza bowiem poza indywidualne życie. Możliwości abstrakcyjne umysłu ludzkiego stwarzają u człowieka swoiste warunki tworzenia odległych celów, nie związanych z aktualną, konkretną sytuacją. Tendencje transcendentne są więc cechą człowieka i wynikają z jego możliwości abstrakcyjnych, tj. zdolności oderwania się od konkretnej sytuacji. Lęk dezintegracyjny Lęk działa dezintegrująco na czynności psychiczne; pod jego wpływem traci się należytą orientację w otaczającym świecie, system wartości ulega rozchwianiu, formy zachowania stają się impulsywne i nieraz przypadkowe. Wyznaczanie celu natomiast działa integrująco. Cel porządkuje hierarchię wartości, ułatwia decyzję, usprawnia orientację i zachowanie w otaczającym świecie choćby na tej zasadzie, że wszystko danemu celowi zostaje podporządkowane. Między lękiem a dezintegracją istnieje zależność typu błędnego koła, lęk zwiększa dezintegrację, a dezintegracja zwiększa lęk (lęk dezintegracyjny). Jeśli więc dzięki wyznaczeniu celu zmniejsza się dezintegrację, to tym samym zmniejsza się lęk. Sfera wewnątrzustrojowa Zagrożenie życia może pochodzić z wnętrza ustroju. W wypadku zagrożenia pochodzącego z zewnątrz musi być ono widoczne, by wywołać reakcję lękową, czyli percepcja poprzedza emocję, natomiast w wypadku zagrożenia pochodzącego z wnętrza ustroju pozostaje ono niewidoczne, nie dysponujemy bowiem świadomą percepcją własnego ciała mimo istnienia licznych interoceptorów, tak że lęk jest pierwszym sygnałem zagrożenia. Starano się powyżej dać przykłady wpływu percepcji na siłę i przebieg reakcji lękowej. Wzajemna korelacja percepcji i lęku umożliwia zmniejszenie reakcji lękowej w tych wypadkach, gdy z tych czy innych powodów przedmiot zagrażający ulega pomniejszeniu.

122

Te mechanizmy obronne nie istnieją w wypadku zagrożenia pochodzącego z wnętrza ciała. Nic tu bowiem nie spostrzegamy, zagrażający przedmiot nie może zatem ani zmniejszyć się, ani zwiększyć w naszych oczach, bo go po prostu nie widzimy. Jedynym zwiastunem niebezpieczeństwa jest lęk, ale czym jest on wywołany, gdzie tkwi niebezpieczeństwo, jak się ono przedstawia - tego nie wiemy. Lekarz, który bada chorego, może niekiedy to źródło wykryć, ma nawet obowiązek, ale jest to możliwe dzięki obiektywizacji ciała, to znaczy traktowaniu go jako rodzaju skomplikowanego mechanizmu; ciało w przeżyciu subiektywnym pozostaje wielką niewiadomą, taką niewiadomą jest nawet dla lekarza, gdy on sam owładnięty jest lękiem wywołanym dezintegracją czynności cielesnych. W przeciwieństwie do sygnałów pochodzących z otaczającego świata, sygnały z wnętrza ustroju przeważnie nie docierają do naszej świadomości, a jeśli docierają, to w formie śladowej i mglistej, nie dając obrazu tego, co się we wnętrzu dzieje. Nasza świadomość jest zwrócona do świata zewnętrznego, a nie do wewnątrz. To, co dzieje się wewnątrz, wpływa na nasz nastrój, na nasze uczucia, nadaje kolory naszemu życiu, ale nie daje mu formy. Formę ma świat zewnętrzny. Jak to przedstawiono w książce o melancholii, a o czym warto także tutaj przypomnieć, metabolizm informacyjny ma dwie fazy. W pierwszej fazie zapada zasadnicza decyzja co do wyboru postawy "do" lub "od" i co do poziomu dynamiki życiowej; od tej fazy zależy koloryt emocjonalny i na nią bezsprzecznie wpływają sygnały z wnętrza ustroju. W drugiej fazie natomiast wybiera się odpowiednie do sytuacji formy aktywności, faza ta wiąże się z postawą "nad" i jej rozwój uzależniony jest od ewolucji neocortex (nowej kory mózgu), podczas gdy rozwój pierwszej fazy wiąże się raczej ze starszymi częściami mózgu - z węchomózgowiem, z podwzgórzem, z jądrami podkorowymi itp. Decyzje w zakresie pierwszej fazy dokonują się przeważnie poniżej progu świadomości, na tym poziomie nie potrafimy kierować naszymi uczuciami i nastrojami, natomiast decyzje drugiej fazy dokonują się przeważnie powyżej progu świadomości. Świadomie wybieramy różnorodne formy zachowania, najbardziej odpowiednie do sytuacji. Metabolizm informacyjny ma dwa działy: jeden dotyczący naszych relacji z otaczającym światem, a drugi dotyczący wydarzeń we wnętrzu ustroju. Pierwszy dział rozgrywa się przeważnie w świetle świadomości, a drugi - w ciemnościach nieświadomości. Skomplikowane niesłychanie czynności regulacyjne związane z utrzymaniem integracji pracy rozmaitych narządów ustroju rozgrywają się poza zasięgiem naszej świadomości. Ustrój sam radzi sobie z sobą i tylko w wypadkach "awaryjnych", gdy samodzielnie nie może już sobie poradzić, odzywa się sygnał alarmowy lękowy i (lub) bólowy. Jest to wezwanie na pomoc rzucone świadomości. Pod wpływem takiego sygnału człowiek zwykle zaprzestaje dotychczasowej działalności, mimo woli zastanawia się nad własnym ciałem, szuka pomocy z zewnątrz (np. lekarskiej). Jest to jednak sygnał dość nieokreślony. Przeżycie lękowe przebiega bowiem często w ten sam sposób mimo różnorodnej genezy lęku. Na przykład w nerwicach nierzadkim objawem jest lęk przed śmiercią, choć w rzeczywistości choremu nie zagraża śmierć, jego lęk może więc mieć inne podłoże niż biologiczne. Na odwrót, pierwszymi zwiastunami choroby nowotworowej są nieraz objawy nerwicowe; odczuwalny lęk może mieć charakter społeczny czy moralny, a w rzeczywistości jest lękiem biologicznym. Nawet jednak w tych wypadkach, gdy wiemy, że sygnał lękowy jest związany z dysfunkcją naszego ustroju, zwykle nie wiemy, jakiego rodzaju jest ta dysfunkcja i dopiero badanie lekarskie może odkryć jej genezę. Ta nieokreśloność jest dosyć typowa dla procesów pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, a do niej należy między innymi sterowanie informacjami pochodzącymi z wnętrza naszego ciała. Zagrożenia z wnętrza ciała mogą mieć różne przyczyny; ich analizy obejmują zakres całej medycyny somatycznej. W celu utrzymania metabolizmu energetycznego konieczne jest, by otoczenie dostarczało ustrojowi trzech zasadniczych elementów: tlenu, wody i pożywienia. Brak jednego z tych elementów doprowadza ustrój po krótszym lub dłuższym czasie do niechybnej śmierci. Rozkład zapotrzebowania na nie na współrzędnej czasu przedstawia się mniej więcej w ten sposób: brak tlenu najszybciej doprowadza do śmierci, czas liczy się tu w sekundach, na drugim miejscu jest woda, czas liczy się w godzinach, na trzecim pożywienie, czas liczy się w dniach. Jak łatwo się domyślić, sygnał zagrożenia,

123

tj. lęk, będzie tym silniejszy, im krótszy jest odcinek czasu, po którym musi nastąpić śmierć. Najsilniejszą reakcję lękową wywołuje brak tlenu, słabszą - brak wody czy pożywienia. W wypadku braku tych ostatnich niepokój łączy się często z uczuciem rozdrażnienia i z agresywnym nastawieniem. Brak tlenu może mieć różną genezę, jak przeszkody w drogach oddechowych, niewydolność układu krążenia, uszkodzenie transporterów tlenu, tj. krwinek lub enzymów utleniających itp. Lęk jest silniejszy, gdy brak tlenu występuje gwałtownie, np. w dychawicy oskrzelowej, w ciężkim zawale serca, w masywnym skrwawieniu się; w takich wypadkach zwykle reakcja lękowa przedstawia się w postaci ataku lękowego, podobnego, jaki spotyka się niejednokrotnie w nerwicach. Natomiast w niedokrwistości, w bardziej dyskretnych krwawieniach, w zaburzeniach enzymów utleniających itp. lęk występuje mniej gwałtownie, ma często charakter nerwicowego niepokoju. Lęk jest osiowym objawem nerwic. Dlatego możliwe są pomyłki diagnostyczne. Sfera społeczna Śmierć społeczna Człowiek jest istotą bardziej społeczną niż zwierzęta i rośliny. Wynika to stąd, że okres jego rozwoju trwa znacznie dłużej niż zwierząt i wskutek tego przez dłuższy czas jego życie jest zależne od opieki otoczenia, a także stąd, że jego układ nerwowy jest znacznie bardziej rozwinięty niż najwyższych nawet zwierząt; w związku z tym przeważa u niego metabolizm informacyjny nad metabolizmem energetycznym, a metabolizm informacyjny ma charakter społeczny, gdyż większość informacji pochodzi ze świata społecznego. Oderwanie człowieka od jego środowiska społecznego w pierwszych latach życia jest więc równoznaczne ze śmiercią. Bez kontaktów społecznych nie może rozwinąć się metabolizm informacyjny, co z kolei prowadzi do niedorozwoju mózgu, gdyż jego rozwój zależy od intensywności wspomnianego metabolizmu. Lęk społeczny jest lękiem przed oderwaniem się od otoczenia społecznego, lękiem przed izolacją, ponieważ w pierwszych latach życia równa się ona śmierci, a stereotypy przeżyć z dzieciństwa zwykle utrwalają się na całe życie; toteż lęk społeczny ma swe jądro w lęku przed śmiercią. Społeczeństwo wobec jednostki Rolę otoczenia społecznego można by sprowadzić do trzech zasadniczych zadań: zapewnienia życia jednostce (odnosi się to szczególnie do pierwszych lat życia, ale też później człowiek nie byłby w stanie żyć bez pomocy innych ludzi), stworzenia zwierciadła społecznego, nasycenia metabolizmu informacyjnego (głównym źródłem informacji są inni ludzie i ich twory kulturowe). Każda z tych warstw zadaniowych otoczenia społecznego jest źródłem swoistego lęku. Matka Najstarsza jest warstwa pierwsza; decydującą rolę w jej uformowaniu odgrywa postać matki. Ona w pierwszym okresie życia jest głównym i jedynym źródłem doznań przyjemnych i przykrych, od związku z matką zależy w znacznym stopniu ukształtowanie kolorytu emocjonalnego (pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego). Lęk, który powstaje w tym pierwszym związku z otoczeniem społecznym, może być lękiem przed utratą matki, przed jej negatywną reakcją (należy tu także wymienić lęk, który drogą empatii przenosi się z matki na małe dziecko), przed jej niemożnością (lęk ten powstaje w tych wypadkach, gdy matka nie może np. zapobiec bólowi dziecka, zaspokoić jego podstawowych potrzeb). Przewaga lęku nad uczuciami pozytywnymi może doprowadzić do utrwalania się stereotypu uczuciowego. Taki człowiek przez całe życie będzie miał zwiększone pogotowie lękowe lub lękowo-agresywne. Otoczenie społeczne spełnia wobec nas funkcję kontrolną, nasze aktywności są stale przez nie oceniane, chwalone lub potępiane. Wyłączenie z grupy społecznej w formie pogardy, potępienia, ośmieszenia - nie mówiąc już o formach bardziej drastycznych, takich jak szpital psychiatryczny, więzienie, kara śmierci - stanowi jedną z zasadniczych sytuacji zagrożenia i jest przeżywane często silniej niż zagrożenie śmiercią. Ludzie z lęku przed oceną otoczenia narażają się niepotrzebnie na śmierć, jak np. w czasie wojny, lub wolą odebrać

124

sobie życie niż być skazanymi na śmierć społeczną. Niemniej otoczenie społeczne nagradza nas też szacunkiem, życzliwością, zaszczytami, zaufaniem itp. W ten sposób stanowi ono bardzo ważny system kary i nagrody, który wywiera silną presję na wybór odpowiednich do sytuacji form zachowania, czyli na kształtowanie się drugiej fazy metabolizmu informacyjnego. Czujemy stale na sobie spojrzenie otoczenia społecznego, w ten sposób stanowi ono istotną składową układu samokontroli, gdyż wedle niego modyfikujemy nasze zachowanie. Ojciec Pierwszym reprezentantem świata społecznego, jego norm i tabu jest ojciec. Jego władza sędziowska, jak już o tym wspomniano, jest absolutna. Ten dziecinny stereotyp widzenia otoczenia społecznego utrwala się i dlatego zwykle wyolbrzymiamy jego znaczenie. Oczekujemy absolutnej sprawiedliwości, czujemy się pokrzywdzeni, gdy wyrok otoczenia nie jest sprawiedliwy, zapominając o tym, że zwierciadło społeczne składa się z takich samych jak my ludzi i że ich sądy nie mogą być nigdy całkowicie obiektywne i sprawiedliwe. Systemy wartości Człowiek wchodzi w gotowe systemy wartościowania, w gotowy system komunikacji werbalnej i pozawerbalnej, w gotowe systemy pojęć i koncepcji dotyczących natury otaczającego świata i jego własnej itd. Bez dziedzictwa kulturowego musiałby zaczynać od samego początku, a tak wysiłek tysięcy pokoleń jest mu dany z góry. Te wartości materialne i duchowe, które otaczają człowieka, stanowią tzw. noosferę, która jest mu do życia równie potrzebna jak biosfera. Między innymi ułatwia ona podejmowanie decyzji - pewne decyzje są już z góry wyznaczone przez panujące w danej grupie społecznej wzorce kulturowe. Lęk związany z tą warstwą zadaniową otoczenia społecznego zazwyczaj rodzi się wówczas, gdy noosfera ulega rozprzężeniu, gdy za dużo w niej różnego rodzaju przeciwstawnych modeli, gdy istnieje w niej nadmiar informacji, gdy jest chaotyczna i nie uporządkowana. Wówczas zamiast ułatwić podejmowanie decyzji, utrudnia je; człowiek czuje się zagubiony, nie może wytworzyć stabilnego systemu wartości, nie może przetrawić informacji, które go zalewają; kultura taka staje się mu coraz bardziej obca, czuje się samotny (alienacja), traci wiarę w wartości kulturowe, stara się walczyć tylko o zaspokojenie swych biologicznych potrzeb, a to jest sprzeczne z jego naturą, której istotną częścią jest metabolizm informacyjny. Ten chaos wewnętrzny jest źródłem lęku, który można by określić jako lęk dezintegracyjny. Zwierciadło społeczne Zwierciadło społeczne ulega częściowej internalizacji; sędzia znajdujący się na zewnątrz wchodzi do wnętrza człowieka, jest sędzią i oskarżycielem działającym od środka, często surowszym od sędziego zewnętrznego; surowszym dlatego, że proces internalizacji rozpoczyna się już w pierwszych latach życia, a wtedy proporcje świata społecznego ulegają wyolbrzymieniu. To wyolbrzymienie utrwala się na całe życie. Sokratesowski daimonion, sumienie, Freudowskie superego są właśnie tym wewnętrznym sędzią, wewnętrznym układem samokontroli, który kontroluje i modyfikuje nasze zachowanie. Układ ten ma swoją warstwę świadomą (sumienie) i podświadomą superego. W ciemnościach podświadomości wszystko ulega wyolbrzymieniu i działanie tej warstwy układu samokontroli jest silniejsze i bardziej dynamiczne niż warstwy powierzchniowej, świadomej. Działanie jej ujawnia się w treści obrazów sennych i w tematyce psychotycznej, a w sposób bardziej skryty - w kształtowaniu się decyzji i różnych form zachowania; często zachowanie powstałe pod wpływem działania superego sprawia wrażenie działania wbrew zdrowemu rozsądkowi, człowiek sam siebie karze swoim postępowaniem, sam dąży do swej zguby itp. W praktyce psychiatrycznej przykładów takiego podświadomego karania siebie spotykamy wiele. Ktoś np. rozbija stale swoje związki erotyczne, jakby idąc przeciw swym uczuciom miłości; okazuje się, że jego życie seksualne jest obarczone silnym poczuciem winy, z czego nawet nie zdaje sobie sprawy. Inny na skutek alkoholizmu czy narkomanii doprowadza się do społecznej degradacji;

125

nierzadko pod tymi niszczycielskimi tendencjami w stosunku do siebie samego kryje się poczucie winy, chęć ukarania własnej osoby. Człowiek taki nie ma odwagi popełnić samobójstwa, niszczy się więc stopniowo i doprowadza do śmierci społecznej. Ktoś inny znów od lat cierpi na uporczywe bóle o nie wyjaśnionej etiologii lub na przewlekły zespół hipochondryczny. Cierpienia są karą za popełnione przewinienie, którą sam sobie nałożył, oczywiście nie zdając sobie z tego sprawy. Układy samokontrolujące Cechą układów samokontrolujących zarówno technicznych, jak biologicznych jest sprzężenie zwrotne; pozwala ono na kontrolowanie własnej aktywności, gdyż część informacji wysłanych z układu na zewnątrz trafia do niego z powrotem, dostarczając wiadomości o tym, jak rozkaz (informacje wychodzące) został wykonany; zależnie od tych informacji zwrotnych modyfikuje się plan aktywności układu. W ustroju zwierzęcym i ludzkim istnieje bardzo wiele różnorodnych mechanizmów samokontrolujących; jednym z lepiej poznanych jest układ samokontrolujący aparatu ruchowego. Z komórek rogów przednich rdzenia biegną rozkazy (informacje) do mięśni, jednocześnie jednak biegnie strumień informacji w kierunku przeciwnym, od mięśni do rdzenia, zawiadamiający o tym, jak rozkaz został wykonany, i modelujący plan aktywności (strukturę czynnościową) komórek rogów przednich bądź wyżej położonych ośrodków komórek ruchowych (np. móżdżku). Uszkodzenie tych dróg zwrotnych prowadzi do poważnych zaburzeń ruchowych. Ta samokontrola aparatu ruchowego rozgrywa się oczywiście poniżej progu świadomości, ale właściwie można by ją traktować jako swoiste sumienie naszego ruchu. Do świadomości naszej docierają prawdopodobnie tylko te aktywności samokontrolujące, które wymagają zaangażowania całego układu nerwowego. Na przykład idąc ulicą stawiamy kroki bez udziału naszej świadomości, nawet omijamy jakieś przeszkody nie zdając sobie z tego sprawy, stale korygujemy nasz chód pod wpływem różnego rodzaju informacji zwrotnych płynących z mięśni, ścięgien, stawów, aparatu równowagi, oczu; dopiero potknięcie aktywuje naszą świadomość, zaczynamy kontrolować świadomie nasz sposób chodzenia. W czasie wspinaczki wysokogórskiej każdy krok jest pod świadomą kontrolą. Również ucząc się chodzić w dzieciństwie kontrolowaliśmy każdy nasz ruch; stopniowo czynność chodzenia ulegała automatyzacji. Nie ulega automatyzacji to, co jest najtrudniejsze, co wymaga stale tworzenia nowych struktur czynnościowych. Automatyzacji ulega to, co się powtarza, co się stosunkowo mało zmienia, dzięki czemu prawdopodobieństwo, że dana struktura czynnościowa okaże się dobra i może być realizowana, jest prawie całkowite. Tam gdzie prawdopodobieństwo realizacji jest mniejsze, struktury czynnościowe są wciąż zmieniane i do automatyzacji nie dochodzi. Automatyzacji nie ulegają więc czynności globalne, np. nasze całościowe zachowanie, a szczególnie nasze zachowanie w relacjach z otoczeniem społecznym, stanowiące najbardziej skomplikowaną formę aktywności, gdyż wpływa na nie wiele czynników, a poza tym te czynniki wciąż się zmieniają. Każdy bowiem człowiek, z którym jesteśmy w kontakcie, każda wartość kulturowa ma inny wpływ. W stosunkach z otoczeniem społecznym decydujące znaczenie ma ocena w kategoriach dobra i zła, a więc ocena moralna; ona stanowi najwyższy układ samokontroli, najbardziej skomplikowany i dlatego stale angażujący naszą świadomość. Niemniej i tu dochodzi do pewnej automatyzacji - mianowicie pierwsze aktywności samokontrolujące, które dokonują się w dzieciństwie pod wpływem pierwszych zetknięć ze środowiskiem społecznym na zasadzie imprinting, a także ich powtarzanie się, zostają utrwalone i już poniżej progu świadomości wpływają na zachowanie i przeżycia człowieka; jest to sumienie podświadome, czyli Freudowskie superego. W związku z tymi rozważaniami nasuwa się pytanie, w jakim stopniu sumienie jest wynikiem internalizacji zwierciadła społecznego, a w jakim jest ono czynnikiem wrodzonym, związanym z samą konstrukcją układu nerwowego, którego istotną cechą jest samokontrola.

126

Lęk moralny W związku z tym, co powyżej napisano, powstaje dalsze pytanie, czy moralna ocena kształtuje się wyłącznie pod wpływem środowiska społecznego, czy jest częściowo przynajmniej sprawą wrodzoną jako najwyższa forma aktywności samokontrolujących. Lęk moralny byłby swoistą karą za naruszenie porządku moralnego; wewnętrzny spokój, poczucie ładu wewnętrznego byłoby nagrodą za utrzymanie tegoż porządku. W niektórych religiach grzech traktowany jest jako śmierć duszy; u ludów tzw. pierwotnych może się zdarzyć, że grzech, czyli naruszenie obowiązujących w danym społeczeństwie norm moralnych, doprowadza nawet do śmierci fizycznej, również w Talmudzie opisywane są przypadki śmierci na skutek naruszenia przepisów rytualnych (zjedzenia niekoszernego mięsa). Przykłady te świadczą o sile układu samokontroli, regulującego najwyższe formy naszego zachowania, a więc stojącego na straży naszej moralności. Porządek moralny jest najwyższą formą integracji aktywności ludzkiej i dlatego jego zakłócenie równa się naruszeniu integracji na najwyższym poziomie, a każda dezintegracja ma w sobie znak śmierci. Śmierć bowiem nie jest niczym innym, jak całkowitą dezintegracją ustroju. Porządek - zmiana - dezintegracja W naszych relacjach z otaczającym światem mimo ich ustawicznej zmienności wytwarza się określona struktura. Nasz metabolizm informacyjny nie jest czymś chaotycznym, lecz posiada określony porządek. Każda zmiana sytuacji narusza porządek wytworzony między ustrojem a środowiskiem, stara struktura ulega zniszczeniu, a w jej miejscu tworzy się nowa. Jest to analogiczny proces budowy i niszczenia, jaki obserwuje się w metabolizmie energetycznym. Zmiany w strukturze interakcji z otoczeniem mogą być drobne, stanowią one kanwę naszego codziennego życia, ale mogą też być poważne, kiedy odnosimy wrażenie, że runął nasz dotychczasowy świat. Tego typu totalne zmiany spotkać można w wypadku wojen, kataklizmów, klęsk życiowych, utraty najbliższej osoby, niekiedy w wypadku nawrócenia. W psychopatologii klasycznym przykładem takiej zmiany jest schizofrenia. Każda zmiana struktury dotychczasowej interakcji z otoczeniem jest połączona z uczuciem lęku. Lęk ten może być bardzo subtelny i prawie niedostrzegalny, jak np. w wypadku odruchu orientacyjnego, ale może też narastać aż do paniki, jak w wypadku kataklizmu czy katastrofy, i przybierać formy zgoła koszmarne, jak w schizofrenii. Nasilenie lęku w znacznej mierze zależy od prawdopodobieństwa danej zmiany. Cechą życia jest zmienność i każdy ustrój musi się liczyć z tym, że wciąż w nim samym i w jego relacjach z otoczeniem zachodzić będą różnorodne zmiany. Każda zmiana narusza istniejący stan równowagi, pewnego rodzaju spokoju, wprowadza nas w nową sytuację, w której nie wiadomo, co nas czeka. Przed nami pojawia się znak zapytania. Czas żywych istot rozgrywa się zawsze w trzech odcinkach: teraźniejszości, przeszłości i przyszłości. Każda żywa istota rzutuje się w przyszłość, lepiej czy gorzej ją antycypuje, stwarza swoisty dla siebie rachunek prawdopodobieństwa, dzięki któremu z grubsza orientuje się, co może nastąpić, nie wchodzi w przyszłość nie przygotowana. Każda zmiana jest wejściem w przyszłość, jest tworzeniem czasu biologicznego, czas ten bowiem mierzy się liczbą wydarzeń (zmian) w obiektywnej, tj. astronomicznej jednostce czasu. To wejście w przyszłość wymaga pewnej odwagi, pokonania lęku, który wywołuje każda zmiana. Nasilenie lęku w znacznej mierze zależy od rachunku prawdopodobieństwa; gdy zmiana jest wielce prawdopodobna, wówczas lęk jest słaby, gdy mało prawdopodobna, wówczas lęk jest silny. Gdy pracujemy w pokoju, w którym wciąż rozlega się dźwięk telefonu, nasza reakcja na ten bodziec orientacyjny staje się bardzo słaba. Przy dokładniejszym badaniu można by dostrzec pewne reakcje wegetatywne, jak przyspieszenie akcji serca, wzrost ciśnienia krwi, wystąpienie odruchu skórno-galwanicznego. Czasem odczuwamy nieznaczny niepokój lub rozdrażnienie. Gdy ten sam telefon zadzwoni w momencie, gdy zasypiamy, wywoła on silną reakcję wegetatywną, połączoną z odpowiednim komponentem lękowym. W pracy jesteśmy bowiem nastawieni na telefony; nasz wewnętrzny rachunek prawdopodobieństwa przyjmuje, że mogą one

127

dzwonić co chwilę. Natomiast w momencie zasypiania jesteśmy nastawieni na wyłączenie wszystkich bodźców percepcyjnych, na maksymalną izolację od otoczenia, dźwięk telefonu jest tu zaskoczeniem, godzi w nasz wewnętrzny rachunek prawdopodobieństwa. Stawiając nogę na ziemi liczymy na to, że natrafimy na twardy grunt pod nogami; gdy ziemia pod nogami się trzęsie, wywołuje to gwałtowną reakcję orientacyjną, połączoną z silnym uczuciem lęku i równie silnym wyładowaniem wegetatywnym. Gdy widząc znajomego na ulicy zamiast jego twarzy zobaczymy oblicze jakiegoś potwora, wywoła to u nas reakcję zaskoczenia, połączoną z lękiem i wegetatywnym wyładowaniem. Reakcja ta zamieni się w śmiech, gdy wszystko okaże się żartem, znajomy bowiem nałożył maskę. Efekt komiczny często osiąga się przez wywołanie sytuacji nieprawdopodobnej i powrót do prawdopodobnej. Komizm jest w pewnej przynajmniej mierze zabawą z rachunkiem prawdopodobieństwa. Gdy w ostrej schizofrenii wszystko nagle gwałtownie się zmienia, zarówno świat zewnętrzny jak i wewnętrzny chorego, jest to przyczyną paniki, która ogarnia wszechwładnie chorego, prowadząc nieraz do zahamowania lub podniecenia ruchowego stupor et furor catatonicus. Skala lęku dezintegracyjnego jest więc bardzo rozległa: od minimalnego niepokoju w zwykłym odruchu orientacyjnym do przejmującego grozą lęku schizofrenii. Lęk dezintegracyjny jest tym rodzajem lęku, który musimy prawie bez przerwy w sobie pokonywać. Życie jest bowiem ustawiczną zmiennością; każda zmiana wywołuje niszczenie tego, co było, a niszczenie wyzwala zwykle uczucie lęku. Bez niszczenia jednak nie mógłby istnieć proces budowy; stare musi być niszczone, by rodziło się nowe; ta prawda życia szczególnie intensywnie manifestuje się w wypadku metabolizmu informacyjnego, gdzie tempo niszczenia i budowy jest znacznie szybsze niż w metabolizmie energetycznym, może dlatego, iż ten ostatni posługuje się minimalnymi dawkami energii. Lęk dezintegracyjny, podobnie jak inne rodzaje lęku, ma u źródła swej genezy śmierć. Jest to jednak śmierć twórcza, po której musi narodzić się nowe życie, śmierć dla tego życia jest konieczna. Pogotowie dezintegracyjne Istnieje pewnego rodzaju pogotowie do lęku dezintegracyjnego. Pogotowie to waha się w ciągu doby zależnie od stanu aktywności układu nerwowego, czyli od poziomu czuwania. Ten sam bodziec orientacyjny w czasie snu czy zasypiania wywoła znacznie silniejszą reakcję lękową i wegetatywną niż w czasie czuwania. Pogotowie do lęku dezintegracyjnego jest więc większe przy mniejszej aktywności ośrodkowego układu nerwowego. Jest to zrozumiałe, gdyż aktywność metabolizmu informacyjnego wymaga stałego pokonywania lęku dezintegracyjnego. Gdy więc aktywność ta jest intensywna, tym samym maleje pogotowie lękowe. Pogotowie do lęku dezintegracyjnego jest większe u małych dzieci niż w późniejszych okresach życia, w tym bowiem okresie życia metabolizm informacyjny dopiero zaczyna się rozwijać i jest dość nikły. Małe dziecko reaguje często silnym lękiem na takie bodźce orientacyjne, jak nagła zmiana pozycji ciała, widok obcej twarzy. Wszelkie uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego zwiększają pogotowie do lęku dezintegracyjnego. Typowe dla zespołów neurastenicznych przesadnie silne reagowanie na różnego rodzaju obojętne bodźce, które normalnie wywołują minimalną lub żadną reakcję orientacyjną, można tłumaczyć wzrostem pogotowia do lęku dezintegracyjnego. Wzrost ten jest wywołany czynnościowym lub organicznym uszkodzeniem układu nerwowego. Reakcja katastroficzna Goldsteina jest w zasadzie bardzo silną reakcją orientacyjną, połączoną z maksymalnym uczuciem lęku. Uszkodzenie układu nerwowego obniża poziom metabolizmu informacyjnego zarówno ilościowo, jak i jakościowo. W związku z tym występuje mniejsza tolerancja na zmianę (por. "starego dębu się nie przesadza", zła tolerancja ludzi starych na wszelkie zmiany stereotypów życiowych) i mniejsza elastyczność rachunku prawdopodobieństwa, życie staje się coraz bardziej zaskakujące, byle co może wywołać panikę. U ludzi żyjących usystematyzowanym trybem życia pogotowie do lęku dezintegracyjnego jest większe niż u tych, którzy prowadzą życie pełne zmian i niespodzianek.

128

Zmiana wywołuje różnego stopnia napięcie lękowe, ale też brak zmiany, tkwienie w jednym punkcie czasoprzestrzeni, w jednej sytuacji, choćby najprzyjemniejszej, po pewnym czasie prowadzi do narastania coraz większego niepokoju. Natura bowiem dąży do zmiany; brak zmiany jako zjawisko sprzeczne z dynamiką przyrody jest czymś patologicznym, przeciwnym życiu i dlatego lęk jest sygnałem ostrzegawczym, że trzeba z takiej sytuacji uciec. Jednym z osiowych problemów chronicznej schizofrenii jest właśnie "bezstan", czyli zatrzymanie się w jednym punkcie: już nic się nie dzieje, czas stanął. Chorzy nierzadko mają nawet wrażenie, że się nie starzeją, a zapytani o swój wiek, omyłkowo podają taki, jaki mieli w chwili wybuchu choroby, mimo że od niego mogło upłynąć kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. W każdym razie często czują, że są w tym wieku, jaki mieli w czasie wybuchu psychozy. Od tamtej pory nic się bowiem nie zmieniło, a długość czasu zależy od liczby wydarzeń w danym odcinku czasowym. Lęk dezintegracyjny broni nas więc z jednej strony przed nadmierną zmiennością życia, zwłaszcza taką, za którą nie jesteśmy w stanie nadążyć, a z drugiej strony przed brakiem zmienności. Prawidłowość tę można też odnieść do zjawisk społecznych. W czasach niespokojnych, gdy wciąż coś się zmienia i nie wiadomo, co przyniesie jutro, ludzie odczuwają niepokój, trudno im się przyzwyczaić do takich warunków. W okresach stagnacji, zbytniej stabilizacji, gdy nic nie da się zmienić, gdy jutro jest takie samo jak dziś i wczoraj, ludzi ogarnia niepokój, wzrasta fala samobójstw, różnego rodzaju dziwactw i ekscesów i nieraz taki okres kończy się gwałtowną zmianą w postaci wojny czy rewolucji. Kontakt z otoczeniem wymaga tworzenia wciąż nowych form aktywności (struktur czynnościowych), gdyż nie ma właściwie sytuacji, która by się w identyczny sposób powtarzała. Do tego faktu jest nawet przystosowany nasz rezerwuar pamięciowy. Rzadko dysponujemy pamięcią fotograficzną wydarzeń; tego typu pamięć zdarza się w snach, w rzadkich wypadkach aktywowania przeżycia pod wpływem jakiegoś bodźca, np. węchowego, przy drażnieniu płatów skroniowych i na starość, gdy zdolność adaptacji do otoczenia znacznie słabnie. Pamięć fotograficzna nie spełniałaby swego zadania, gdyż żadna sytuacja nie powtarza się i taki zapis byłby bardziej przeszkodą niż pomocą. Natomiast pamięć globalna, całkująca fragmenty różnorodnych zapisów pamięciowych, jaką się normalnie posługujemy, spełnia dobrze swoje zadanie, ponieważ jej nieokreśloność i wielopostaciowość lepiej jest przystosowana do zmienności aktualnej sytuacji. Jak wiadomo możliwości tworzenia różnorodnych struktur czynnościowych mózgu ludzkiego są praktycznie rzecz biorąc nieograniczone. Wynika to z morfologicznego i funkcjonalnego bogactwa nowej kory mózgu (neocortex), która jest największym osiągnięciem ewolucji, jeśli chodzi o człowieka. Jak już wspomniano, metabolizm informacyjny ma dwie fazy; w pierwszej zapada decyzja odnosząca się do postawy "do" i "od" oraz poziomu dynamiki życiowej (faza nastrojowoemocjonalna). Potencjalnych struktur czynnościowych jest tu niewiele, występują tylko różnice w ich nasileniu. Wybór alternatywny też jest niewielki: "do" "od", pobudzenie - zahamowanie. Faza ta jest prawdopodobnie sterowana przez filogenetycznie starsze części mózgu (węchomózgowie, podwzgórze, jądra podkorowe); u człowieka te części mózgu niewiele różnią się od spotykanych u najniższych ssaków, np. gryzoni. Natomiast w drugiej fazie możliwości wyboru są prawie nieograniczone. Różne struktury czynnościowe tworzą się i giną w interakcji z nim. W tej fazie kontakt z nim polega na walce między strukturami własnymi ustroju a strukturami otoczenia, rozgrywa się więc w postawie "nad"; człowiek dąży do tego, by jego struktura czynnościowa, jego plan aktywności zwyciężył, by narzucić go otoczeniu, a otoczenie broni się przed tą dyktaturą człowieka, przeciwstawia mu swoje struktury czynnościowe i dąży do tego, by człowiek się im podporządkował. Jak pisze pięknie i mądrze Paweł Jasienica w trzeciej części Rzeczypospolitej Obojga Narodów, tj. w Dziejach agonii, istnieje kardynalne prawo historii, które stwierdza, że libido dominandi nie wygasa. Zmieniają się religie, ideologie, ustroje, lecz żądza panowania trwa, jest wieczna i wiekuista. Lęk przed nową sytuacją (lęk dezintegracyjny) nie jest tylko lękiem przed zmianą, lecz także przed własną klęską, przed zwycięstwem otoczenia. Każdy kontakt z otoczeniem jest swoistą walką: zwyciężę ja lub zwycięży otoczenie.

129

Człowiek musi zwyciężać, narzucać otoczeniu własne struktury czynnościowe, gdyż to wynika pośrednio z faktu, że ewolucja wyposażyła go niewspółmiernie wielkimi w porównaniu ze światem zwierzęcym możliwościami w tworzeniu tych struktur. Musi więc je realizować, gdyż inaczej jego życie byłoby snem lub majakiem schizofrenicznym. Tylko realizacja potencjalnych struktur czynnościowych daje człowiekowi poczucie rzeczywistości własnej i otoczenia. Libido dominandi jest może najsilniejszą żądzą człowieka, bo postawa "nad" jest postawą specyficznie ludzką. Libido dominandi Pogotowie do lęku dezintegracyjnego jest większe, gdy człowiek napotyka w środowisku znaczny opór w realizowaniu swoich planów i zamierzeń. W zetknięciu z takim środowiskiem częściej ponosi klęskę, niż je zwycięża. Niekiedy napotyka opór tak duży, że ma wrażenie, jakby poruszał się w smole. Im większy opór otoczenia, tym większa u człowieka staje się żądza władzy - na zasadzie, że żądze nie zaspokojone są najgroźniejsze. W okresach dezintegracji społecznej i kulturalnej zwykle wzrastają opory środowiska, w takim otoczeniu jest coraz trudniej realizować siebie. Równolegle z frustracją postawy "nad" wzrasta libido dominandi. Walka o władzę staje się też bezwzględna i zacięta, człowiek człowiekowi staje się wilkiem, mnożą się jak grzyby po deszczu fanatyczni i bezwzględni wodzowie i dyktatorzy. Człowiek upadla się przed władzą, gdyż tylko pod jej osłoną może realizować, choćby fragmentarycznie, swoje plany i zamierzenia. Słusznie pisze jeden z wybitnych współczesnych psychosomatyków, A. Mitscherlich: "Albo przyszła ludzkość nacechowana będzie głęboką samowiedzą osiągniętą przez ewolucyjny postęp w rozwoju jaźni, albo nastąpi regresja, człowiek zostanie okiełznany przez aparaty władzy, które będą zdolne poddać go alienacji głębszej i zupełniejszej niż ta, która dawniej odbywała się w ramach wyzysku klas pracujących." Przestrzeń wolna Realizacja potencjalnych struktur czynnościowych wymaga wolnej przestrzeni, w której by można je urzeczywistnić. Im możliwości tworzenia struktur czynnościowych są większe, tym większej potrzeba dla nich wolnej przestrzeni. W porównaniu ze światem zwierzęcym w swoim zapotrzebowaniu na wolną przestrzeń człowiek dokonał skoku ewolucyjnego współmiernego do jego rozwoju neocortex (nowej kory mózgu), tj. do jego możliwości tworzenia struktur czynnościowych. Potrzeba wolności jest znacznie silniejszym imperatywem u człowieka niż u zwierząt. Nie znaczy to, by u zwierząt była ona mała. Pawłow dzięki swej genialnej zdolności do obserwacji słusznie zaliczał odruch wolności do odruchów bezwarunkowych. Zwierzę często łatwiej znosi głód, niebezpieczeństwa, zimno niż pozbawienie wolności. Broni się też nieraz zaciekle przed ujarzmieniem. Starcie własnych struktur czynnościowych ze strukturami otoczenia wytwarza sytuacje, w których człowiek raz jest na dole, a raz na górze. Raz jest w postawie "nad", a raz w postawie "pod". Postawa "nad" zwiększa wolną przestrzeń, postawa "pod" ją zacieśnia. Obie postawy są jednak konieczne do rozwoju metabolizmu informacyjnego. Absolutna wolność człowieka skończyłaby się chaosem. Zbyt wiele bowiem może on wytwarzać struktur czynnościowych, by potrafił utrzymać sam w nich porządek. Patologicznym przykładem takiego dążenia do wolności i jej skutków jest schizofrenia. Człowiek w tej chorobie jest zbyt słabo związany ze swym otoczeniem społecznym, by tolerować postawę "pod". Odczuwa stale jego ucisk, w końcu zrywa z nim więzy, czuje pełną wolność w ostrej psychozie, ale jest to raczej krótko trwające doznanie, po którym wpada w niewolę własnych struktur, te natomiast, wyrzucone na zewnątrz, ale w przestrzeń nie rzeczywistą, lecz psychotyczną, obezwładniają go i zmieniają w automat. W świecie zwierzęcym nie ma obawy o dążenie do absolutnej wolności. Liczba potencjalnych struktur czynnościowych u zwierząt jest bez porównania mniejsza niż u człowieka, w związku z tym mniejsza potrzeba wolnej przestrzeni. Zwierzęta nie mają tej zdolności abstrakcyjnej, tj. oderwania się od konkretu, co człowiek. I jeśli dzięki właśnie temu oderwaniu przestrzeń człowieka jest

130

nieskończona, to przestrzeń zwierząt jest skończona, zamknięta w konkretach życia. Postawa "pod" umożliwia człowiekowi podporządkowanie się strukturom czynnościowym otoczenia, przede wszystkim otoczenia społecznego, w ten sposób zyskuje on gotowe formy przeżywania i zachowania (struktury czynnościowe), korzysta z wysiłku wielu pokoleń, które go poprzedziły. Dzięki postawie "pod" metabolizm informacyjny ma charakter społeczny; gdyby istniała tylko postawa "nad", miałby on charakter czysto indywidualny. Postawa "pod" zacieśnia jednak wolną przestrzeń człowieka, czuje się on omotany i skrępowany strukturami czynnościowymi otoczenia. Zbytnie skrępowanie prowadzi do atrofii procesu decyzji, który stanowi charakterystyczną i jedną z zasadniczych cech ustrojów żywych. Swoboda decyzji wymaga wolnej przestrzeni. Wybór polega na tym, że jedną potencjalną strukturę przeznaczamy do realizacji, a drugą odrzucamy, tzn. zostawiamy w stanie potencjalnym. Jeśli nie ma szans zrealizowania żadnej z potencjalnych struktur, nasz wybór staje się nierealny i bezcelowy, wybrana struktura potencjalna i tak zrealizowana być nie może. Nie ma więc po co wybierać. Z uczuciem buntu lub rezygnacji przyjmujemy wybór otoczenia; już nie my decydujemy, ale nasze otoczenie społeczne. Niestety, brak odpowiednich badań neurofizjologicznych nie pozwala nam ocenić skutków niemożności decydowania, jeżeli chodzi o rozwój i czynności ośrodkowego układu nerwowego. Teoretycznie sprawę traktując można przyjąć, że pozbawienie człowieka możności decydowania (czyli ograniczenie jego wolności woli) powinno ujemnie się odbić na czynnościach układu nerwowego, istotą pracy układu nerwowego jest bowiem właśnie formowanie się decyzji. Każdy neuron musi bez przerwy decydować, czy zareagować "tak" czy "nie" na strumień informacji, którymi jest bombardowany. Proces decyzji wymaga dużego wysiłku i prawdopodobnie duże zapotrzebowanie energetyczne układu nerwowego (u człowieka około 1/5 - 1/4 zapotrzebowania energetycznego całego ustroju) jest związane z procesem decydowania. U dzikich zwierząt pozbawienie wolności może skończyć się śmiercią, jest to jedna z przeszkód w dostarczaniu zwierząt do ogrodów zoologicznych. Zwierzęta chowane w niewoli, pozbawione swobody decyzji, zapadają na nerwice. Pawłow zwrócił pierwszy uwagę na ten typ nerwic zwierzęcych. Ponieważ wiele przemawia za tym, że układ nerwowy rozwija się dzięki swojej funkcji i jego niedostateczna aktywność prowadzi w ostatecznym wyniku do atrofii mózgu, a że właśnie istotą tej funkcji jest proces decyzji, przeto należy przypuszczać, że niewola, pozbawienie człowieka wolnej woli, tj. możności samodzielnego decydowania, wywołuje zmiany morfologiczne w układzie nerwowym. Człowiek zniewolony jest zawsze smutny, szary. Jednym z warunków radości życia jest poczucie wolności i swobody, możności realizowania swych planów i marzeń, choćby w minimalnej postaci. Dynamika życia i jej subiektywny odpowiednik, nastrój, wyraźnie korelują z wolną przestrzenią. Im przestrzeń szersza, tym nastrój jest pogodniejszy, a im ciaśniejsza, tym nastrój gorszy. Wyrazem dynamiki życiowej jest intensywność tworzenia struktur czynnościowych; ograniczenie wolności utrudnia lub nawet uniemożliwia realizowanie tych struktur, co w końcu prowadzi do osłabienia ich tworzenia - bo po co tworzyć coś, co i tak nie ma szans realizacji; w ten sposób dynamika życiowa opada i pojawia się przygnębienie. Zwiększona dynamika życiowa wpływa na rozszerzenie wolnej przestrzeni: człowiek radosny ma cały świat u swoich stóp. Zależność jest więc obustronna. Zagadnienia te zostały szczegółowiej omówione w książce poświęconej melancholii. Lęk dezintegracyjny jest wywołany przez niszczenie starych struktur czynnościowych. Zacieśnienie wolnej przestrzeni człowieka zmusza do niszczenia własnych struktur czynnościowych, nie mają one bowiem żadnych możliwości realizacji. Lęk integracyjny jest związany z zagadnieniem wolności człowieka. Sygnał lękowy stoi na straży wolności. Stoi na dwóch jej krańcach. Ponieważ wolność człowieka niema granic w związku z niezwykłymi możliwościami tworzenia struktur czynnościowych, i to w dużej mierze oderwanych od konkretu życia, dlatego lęk broni przed zbytnią wolnością, przed zbytnim rozszerzeniem wolnej przestrzeni, gdyż to groziłoby chaosem i dezintegracją (przykład: schizofrenia). Na drugim krańcu sygnał lękowy broni przed niewolą. Ograniczenie wolności

131

decyzji jest zawsze połączone z uczuciem lęku; człowiek, który jest automatem, ma zwiększone pogotowie lękowo-agresywne. Ta sama sytuacja zagrożenia wydaje się nam znacznie mniej groźna, gdy mamy choć minimalną możność działania, a urasta do koszmaru, gdy jesteśmy obezwładnieni. Dlatego między innymi zakuwa się ludziom ręce w kajdany. Pozbawienie wolności godzi w podstawowe prawo życia, którym jest ekspansja w otaczający świat, możność dokonywania wyboru, gdyż właśnie ta możność jest atrybutem szczytowego osiągnięcia ewolucji, tj. tkanki nerwowej człowieka. Swoboda decyzji Różnorodność struktur czynnościowych u człowieka jest, praktycznie rzecz traktując, nieograniczona, a tym samym możliwości różnorodnych decyzji też nie mają określonych granic. U zwierząt w związku z większym ubóstwem struktur czynnościowych zakres decyzji jest znacznie mniejszy, zwierzęta nie wykraczają poza prawa życia, poza jego konkretność, może dlatego nie ma w nich tyle okrucieństwa i przemocy co u człowieka, ale nie ma też tworów kulturalnych. Tylko człowiek potrafi wznieść się ponad prawa przyrody, może oderwać się od konkretności życia, może wybrać nawet własną śmierć. Zakres jego decyzji jest niesłychanie bogaty i właściwie nieograniczony. Omawiając dwie fazy metabolizmu informacyjnego podzielono decyzje na te, które rozgrywają się poniżej progu świadomości i są związane z wyborem postawy "do" lub "od" i poziomu dynamiki życiowej, i na te, które rozgrywają się przeważnie powyżej progu świadomości i związane są z wyborem tych z wielu możliwych struktur, które najlepiej przystają do otaczającej rzeczywistości. Pierwszy rodzaj wyborów określono jako emocjonalno-nastrojowy, drugi jako racjonalno-wolicjonalny. Kierkegaard rozróżniał trzy sfery życia ludzkiego, a tym samym wyborów: sferę estetyczną, etyczną i religijną. Sfera estetyczna Sfera estetyczna opiera się na wyborze między przyjemnym a przykrym. To, co jest piękne, pociąga, jest przyjemne. To, co brzydkie, odpycha, jest wstrętne i przykre. Jest to wybór uczuciowy, przeważnie niezależny od przesłanek racjonalnych i aktów wolicjonalnych. Nie można ani siebie, ani nikogo zmusić, by coś się podobało, i nie można logicznie udowodnić, że coś jest piękne, trzeba to po prostu odczuć. Dlatego sfera estetyczna odpowiadałaby pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego. Cechą sfery estetycznej jest to, że przeżycia są tu krótkotrwałe, szybko przychodzi znużenie, nuda. Podejście estetyczne do życia wymaga intymnego z nim kontaktu, trzeba zespolić się emocjonalnie z otaczającym światem. Takie zespolenie nie może jednak trwać długo, gdyż życie jest zmienne. To, co przed chwilą przyciągało, za chwilę może odpychać. Sfera etyczna W sferze etycznej istotą jest prawo moralne, zakon w religii Starego Testamentu. Tutaj najważniejsze jest, by postępować zgodnie z literą prawa. Przyciąga to, co jest zgodne, a odpycha to, co sprzeczne (grzech). Człowiek się już nie liczy, liczą się tylko zakazy i nakazy. Człowiek musi się im podporządkować, traci swoją swobodę i wolność, a tym samym swoją indywidualność. Zamienia się w normę etyczną. Sfera ta odpowiadałaby drugiej fazie metabolizmu informacyjnego, w której nieraz trzeba przyjąć postawę "pod" i podporządkować się normom istniejącym w otaczającym świecie. Sfera religijna W sferze religijnej dochodzi do scalenia obu poprzednich sfer i nadania im znacznie większej perspektywy. Przyciąganie nie ma charakteru chwilowego jak w sferze estetycznej, gdyż konkretność życia zastąpiona jest przez najwyższą abstrakcję, będącą jednocześnie konkretnością, przez Boga. Prawo, Zakon, nie jest czymś narzuconym z zewnątrz, lecz staje się prawem wewnętrznym, gdyż wypływa z miłości do Boga. W wielu religiach nie wolno wymienić imienia Boga, robić Jego wizerunków, człowiek nie może żyć po ujrzeniu oblicza Boga. Zespolenie z Bogiem jest bowiem równoznaczne ze śmiercią własnego ja.

132

Proporcja cyklofreniczna Można by spróbować przełożyć powyższe koncepcje na język psychopatologiczny. Sfera estetyczna Odpowiadałaby proporcji cyklofrenicznej człowieka (używa się tu terminu "proporcja" w celu podkreślenia, że pewne elementy psychopatologiczne istnieją u każdego człowieka). W manii człowiek łączy się z otaczającym światem, odczuwa jego piękno i radość. Depresja jest spotęgowana nudą; świat odpycha, jest szary i beznadziejny. Rytm cyklofreniczny odpowiada zmienności życia, jego przypływom i odpływom. Proporcja anankastyczna Sfera etyczna odpowiadałaby proporcji anankastycznej (w szerszym ujęciu w ogóle nerwicowej). Tutaj nie tyle ważne jest przyciąganie i odpychanie, ile nakaz i zakaz, norma. Człowiek musi się jej podporządkować i przeciw temu się buntuje, świadomie akceptuje, a podświadomie niszczy to, co akceptuje. Walka między id a superego. Wewnętrzne zakłamanie, tłumiona agresja, maska, którą się sobie narzuca, która deformuje nieraz nasze oblicze. Człowiek traci tu swą indywidualność i spontaniczność, a jest tylko tym, co dyktuje mu prawo (zakon). Proporcja schizofreniczna Sferę religijną można by określić jako proporcję schizofreniczną. Człowiek dąży do absolutnej miłości, do całkowitego zespolenia się z otaczającym światem, ale nie tym konkretnym i zmiennym, jak w proporcji cyklofrenicznej, lecz ze światem absolutnym, niezmiennym, wszechogarniającym, czyli z Bogiem. W ostrej schizofrenii chory przeżywa dość często takie stany zespolenia z absolutem, lecz tak jak w wielu religiach, w których ujrzenie Boga twarzą w twarz kończyło się śmiercią - wówczas umiera. Degradacja schizofreniczna może być taką śmiercią po przeżyciu, które już przekracza granice ludzkiej odporności. Oczywiście, istnieje wiele sposobów spojrzenia na schizofrenię: biochemiczny, socjologiczny itp. Nie można odrzucać sposobu metafizycznego. Lęk w schizofrenii jest niejednokrotnie metafizyczny, zwłaszcza w ostrych fazach choroby. Decyzja i lęk U zwierząt zakres decyzji jest stosunkowo nieduży, co wynika stąd, że nie dysponują one zbyt wielką liczbą struktur czynnościowych, toteż wysiłek związany z decyzją nie jest tak wielki, wiele decyzji wskutek powtarzania ulega automatyzacji i prawdopodobnie rozgrywa się poniżej progu świadomości (prawdopodobnie, gdyż nie wiemy, jak przedstawiają się procesy świadomości u zwierząt). Dlatego ich decyzje są zwykle szybkie, spontaniczne i dopasowane do sytuacji otoczenia (konkretność życia świata zwierzęcego). Natomiast u człowieka liczba potencjalnych struktur czynnościowych w związku z rozwojem nowej kory mózgu sięga prawie nieskończoności, a tym samym liczba decyzji jest też prawie nieograniczona. Wybór właściwej struktury czynnościowej jest u człowieka sprawą niesłychanie trudną, wymagającą nieraz olbrzymiego wysiłku. Przed podjęciem decyzji człowiek odczuwa lęk, czy dobrze wybrał, czy potrafi zrealizować to, co wybrał itp. Decyzje u człowieka trudniej ulegają automatyzacji, struktur czynnościowych jest zbyt wiele, by mogły być automatycznie wybierane. Człowiek dzięki wyobraźni (potencjalne struktury czynnościowe) stwarza sobie fikcyjny obraz konsekwencji swoich decyzji, często wyolbrzymiony, co jeszcze bardziej utrudnia ich podjęcie. Podkreślany przez niektórych egzystencjalistów (Sartre, Heidegger) lęk przed nicością jest w pewnej przynajmniej mierze lękiem przed podjęciem decyzji. Z jednej strony nieskończoność możliwych wyborów jest równoznaczna z nicością, z drugiej strony wycofanie się z wysiłku decyzji jest też skazaniem się na nicość. Trzy sfery, które uprzednio przedstawiono, dają w przybliżeniu obraz, jak rozległy może być zakres ludzkich decyzji. Lęk decyzji jest bezpośrednio związany z lękiem dezintegracyjnym, każda bowiem zmiana pociąga za sobą konieczność podjęcia nowej decyzji. Dokonana decyzja pozostawia po sobie osad winy. Wybierając jedną potencjalną strukturę czynnościową do realizacji, trzeba inne odrzucić. Nigdy nie wiadomo, czy wybór był słuszny. Jeśli dokonuje się wyboru w sferze estetycznej, to zaniedbuje się tym samym sferę etyczną i religijną; jeśli natomiast wybór zamyka

133

się w sferze etycznej, to sfery estetyczna i religijna zostają pominięte, co zubaża życie ludzkie. Zdaniem Kierkegaarda najszersza jest sfera religijna, gdyż obejmuje ona dwie poprzednie, nadając im specjalnego znaczenia przez miłość absolutu, a jednocześnie dając większą człowiekowi wolność przez to, że jego lęk przed śmiercią zostaje pomniejszony, śmierć bowiem jest dla niego momentem złączenia się z przedmiotem miłości. Eksploracja świata Pawłow często nazywał odkryty przez siebie odruch orientacyjno-badawczy odruchem "czto takoje" - "co to takiego?". Nowa sytuacja, która niszczy starą strukturę interakcji z otoczeniem, stawia przed człowiekiem - a tak samo przed zwierzęciem - znak zapytania: "Co to jest, co będzie?" Pytanie to budzi swoisty niepokój, który też jest komponentem lęku dezintegracyjnego. Stara struktura została zniszczona, w jej miejsce tworzy się nowa, ale jaka? Jeśli normalnie lęk związany jest z postawą ucieczkową, to ten niepokój pcha człowieka czy też zwierzę naprzód, w otaczający świat, gdyż inaczej nie można odpowiedzieć na pytanie: "Co to jest?" Część badawcza odruchu orientacyjno-badawczego polega właśnie na eksploracji źródła bodźca orientacyjnego. W pierwszej fazie (orientacyjnej) występuje cofnięcie się, przerwanie dotychczasowej aktywności, mobilizacja wegetatywna z uczuciem lęku, a w drugiej fazie (badawczej) postawa ucieczkowa zostaje przełamana, ustrój wyrusza naprzód na zbadanie niewiadomego; jest to przejście z postawy ucieczkowej do ekspansywnej, z lęku do agresji. Obserwując zwierzęta domowe (to samo odnosi się do zwierząt żyjących na swobodzie, tylko ich obserwacja jest trudniejsza) widzimy, jak nowy przedmiot, nowa sytuacja, nowe miejsce budzi ich niepokój, który znika, gdy stopniowo zapoznają się z "nowym" ("obwąchają je"). Czasem ma się wrażenie, że zwierzęta, zwłaszcza młode, są naukowcami, którzy nie spoczną, póki nie zbadają tego, co ich interesuje. Omawiając lęk urojeniowy wspomniano, że człowiek nie znosi białych plam na swojej mapie otaczającego świata. Wszystko chce zbadać i wyjaśnić; gdy to jest niemożliwe, nieznane zostaje zapełnione strukturami czynnościowymi człowieka, a więc tworami jego uczuć, marzeń, planów itp. Najtrudniej poznać drugiego człowieka, czasem przysłowiowa beczka soli nie wystarczy i dlatego w stosunkach z innymi ludźmi najczęściej dochodzi do projekcji własnych struktur czynnościowych w otaczającą rzeczywistość (projekcja urojeniowa). Jeśli nie jesteśmy w stanie sytuacji rozpoznać, np. gdy zmiana jest zbyt gwałtowna i totalna, gdy wydolność naszego układu nerwowego jest osłabiona (reakcja katastroficzna Goldsteina), gdy nastawieni jesteśmy do otaczającego świata "na nie", gdy nie interesuje on nas, nudzi, to niepokój nasz wzrasta, mnożą się wokół nas znaki zapytania. Uczucie nudy powstaje wówczas, gdy człowiek na skutek swego negatywnego nastawienia emocjonalnego do otoczenia nie potrafi przejść z fazy orientacyjnej do badawczej odruchu orientacyjno-badawczego. Człowiek taki odczuwa lęk przed życiem, gdyż wymaga ono ekspansji, eksploracji otaczającego świata. W dzieciństwie i młodości - zarówno u zwierząt, jak i u ludzi - dynamika życiowa jest znacznie żywsza i w związku z tym ekspansja w otaczający świat bardziej dynamiczna. Młodego wszystko ciekawi, interesuje, chciałby poznać jak najwięcej, z łatwością pokonuje lęk, jaki budzi każda nowa sytuacja, świat go pociąga. Nuda jest obniżeniem dynamiki życiowej, brak chęci i siły do eksploracji otaczającego świata, człowiek zasłania się twierdzeniem, że "to już wszystko było", że "nic nowego pod słońcem", otaczający świat zamiast przyciągać, odpycha, czuje się lęk przed życiem, pragnie się śmierci, życie budzi wstręt, a jednocześnie człowiek boi się śmierci. W nerwicy, której charakterystyczną cechą jest nuda, chory znajduje się w potrzasku między lękiem przed życiem a lękiem przed śmiercią. Granica eksploracji - śmierć Istnieje jednak pytanie, na które nie ma odpowiedzi, a mianowicie: "Co to jest śmierć?" W tym punkcie kończy się nasza eksploracja otaczającego świata, na pytanie to nigdy nie potrafimy odpowiedzieć, gdyż ze śmiercią kończy się też nasz świat. Tak więc w lęku przed nieznanym który jest komponentem lęku

134

dezintegracyjnego, zniszczenie bowiem starego obrazu świata (struktury czynnościowej metabolizmu informacyjnego) stawia nas przed pytaniem, co będzie dalej, czy jest to nowe i nieznane - kryje się lęk przed śmiercią, ona bowiem jest niewiadomą, której nigdy za życia nie jesteśmy w stanie poznać. Tak popularny w naszej cywilizacji lęk atomowy koncentruje w sobie różne gatunki ludzkiego lęku, między innymi lęk przed nieznanym. Człowiekowi współczesnemu bardzo trudno jest eksplorować otaczającą go rzeczywistość, zbyt wiele jest wokół niego znaków zapytania, zbyt jest ona chaotyczna i zmienna, nie przyciąga go, ale odpycha, nie pozwala na rozwinięcie tendencji twórczych. Człowiek staje się tylko konsumentem, i to skłonnym do wymiotów, gdyż nie jest w stanie strawić nadmiaru pożywienia, tj. informacji. Nic więc dziwnego, że nieraz chciałby zniszczyć ten zły, niezrozumiały i w końcu nudny świat; zagłada atomowa nie jest tylko tym, czego się najbardziej boi, ale też tym, czego w głębi duszy pragnie. Snując jednak wyobrażenia o tym ostatecznym kataklizmie nie pozbawia się iskierki nadziei; na pustym globie ziemskim ostała się przed atomowym zniszczeniem para małp i ona rozpocznie życie na nowo. Nurt śmierci i zmartwychwstania jest silnie wryty w rytmy przyrody, a także w ludzką psychikę. Kierkegaardowska religijna sfera życia daje człowiekowi odpowiedź na pytanie, czym jest śmierć; jest ona momentem rozpoczęcia nowego życia, zmartwychwstaniem w pełniejszym bycie. W sferze tej więc spełnia się rytm śmierci i zmartwychwstania, charakterystyczny dla wszelkiego życia. Kształty lęku Parafrazując znane powiedzenie Norwida o kształtach miłości, można by rzec, że lęk też różnorodne ma kształty. W każdym języku istnieje dość dużo określeń na różne postacie lęku: lęk, strach, groza, przerażenie, bojaźń, niepokój, wstręt, obrzydzenie itp. Każde z tych pojęć oznacza inną sytuację, która jest rezultatem zarówno działania specyficznego bodźca, jak i reakcji na tenże bodziec. Pojęcia te dają ogólny obraz nie tylko przeżywającego lęk podmiotu, lecz, wywołującego to uczucie przedmiotu. Chociaż na ogół od razu odczuwamy właściwość lub też niewłaściwość użytego terminu, to jednak bardzo trudne, a nawet niemożliwe jest zdefiniowanie każdego z tych terminów. Mowa nasza jako najwyższa forma ruchu jest aktywnością skierowaną przede wszystkim w stronę otaczającego świata. W porównaniu z bogactwem pojęć dotyczących przedmiotów otoczenia uderza ubóstwo słów odnoszących się do naszego życia wewnętrznego. Tym samym słowem wyrażamy stany uczuciowe o różnorodnym nieraz nasileniu i odmiennym charakterze. W przeciwieństwie do zjawisk świata zewnętrznego zjawiska dotyczące świata wewnętrznego wymykają się manipulacji ruchowej człowieka, nie można ich nie tylko dotknąć ręką, lecz także dokładnie opisać, zdefiniować, zanalizować. Nasz aparat pojęciowy jest w stosunku do nich bezradny. Można je odczuć, przeżyć, ale nie można nimi pojęciowo manipulować, tak jak to czynimy w stosunku do przedmiotów zewnętrznych. Wszelkie wysiłki tego rodzaju, jakie spotyka się zwłaszcza w psychologii, są z góry skazane na niepowodzenie. Dlatego przyjęto tu posługiwanie się jednym terminem: lęk, który ma obejmować przeżycia uczuciowe zarówno o różnym nasileniu, jak i o różnej postaci, zależnie od sytuacji wywołującej to uczucie. Inaczej lęk wygląda, gdy człowiek chce uciec przed sytuacją zagrażającą bezpośrednio jego życiu, np. przed bombardowaniem, pożarem, trzęsieniem ziemi itp., inaczej, gdy jego tendencje ucieczkowe wynikają z odrazy do przedmiotu zagrożenia, np. na widok trupa, pająka, ośmiornicy, rozkładającego się ciała itp., jeszcze inaczej, gdy przedmiot zagrożenia budzi jednoczesny podziw i szacunek, np. wyobrażenie bóstwa, widok kataklizmu przyrody itp. Każde pojęcie odnoszące się do różnorodnych postaci lęku ma odmienny odpowiednik w przeżyciach człowieka i w wywołującej je sytuacji. Nasz język wyraźnie podkreśla tę łączność przeżycia z sytuacją zewnętrzną. Jest to sprawa dość istotna; lęk, jak wiadomo, może być wywołany też przez różnorodne zagrożenia pochodzące z wnętrza ustroju, ale w ostateczności wyraża on stosunek do otaczającego świata. Zasadniczą postawą w stosunku do otaczającego świata jest postawa ucieczkowa ("od"). I tę postawę oddają wszystkie pojęcia określające

135

różne rodzaje lęku. Pojęcia te wyrażają, że dana sytuacja jest przykra, że chciałoby się od niej uciec, przed nią schronić, wolałoby się jej uniknąć. Istnieje tu wiele niuansów odczuć, trudnych do zidentyfikowania, a jednak dobrze wyczuwalnych, gdyż nietrafne użycie jakiegoś pojęcia na określenie swoistego rodzaju lęku od razu zostaje odczute jako niewłaściwe (np. gdy ktoś zamiast terminu "wstręt" użyje pojęcia "strach" lub "bojaźń" itp.). Skala Skala przeżyć lękowych jest bardzo rozległa. Najlepiej uwidacznia się to przy omówionym powyżej lęku dezintegracyjnym, który może wahać się od minimalnego niepokoju, występującego przy każdej zmianie interakcji z otoczeniem (odruch orientacyjny), do maksymalnego natężenia lęku, jak np. przy nagłej, nieoczekiwanej i całkowitej zmianie sytuacji zewnętrznej (np. w wyniku jakiegoś kataklizmu) lub przy gwałtownej zmianie obejmującej zarówno świat zewnętrzny, jak i wewnętrzny człowieka (np. w schizofrenii). Również jakościowo uczucie lęku może różnie się przedstawiać. Może istnieć tylko gwałtowna potrzeba ucieczki, jak najszybciej oderwać się od sytuacji zagrożenia; tendencja ucieczkowa może mieszać się z ciekawością, z podziwem, a nawet zachwytem; w tych wypadkach postawa ucieczkowa nie jest "czysta", ma domieszkę postawy przeciwnej "do", uczucie jest bardziej ambiwalentne. Lęk stanowi domieszkę wszystkich naszych aktywności, każda bowiem aktywność wymaga wyjścia w otaczający świat, a ten zawsze kryje w sobie znane i nieznane niebezpieczeństwa. Każda też aktywność jest sprawdzeniem siebie, a to może wypaść dodatnio albo też ujemnie, tym samym każda aktywność pociąga za sobą niebezpieczeństwo poczucia winy. Nawet gdy zbliżamy się do przedmiotu naszej miłości, odczuwamy niepokój, czy uda się realizacja tego, o czym tak długo marzyliśmy. Lęk jest w jakimś stopniu "solą" naszych przeżyć, bez niego życie nie miałoby smaku, pokonując bowiem lęk - co jest konieczne, by rozszerzać swą przestrzeń życiową - doznajemy uczucia zadowolenia, że my jesteśmy zwycięzcami, a nie otaczający nas świat. Ekspresja Lęk jest tym przeżyciem, które najłatwiej jest obserwować w całym świecie zwierzęcym, nawet na najniższych poziomach jego rozwoju. Może wynika to z dynamiki tego uczucia, a może jest to uczucie najbardziej prymitywne, które pierwsze pojawia się w subiektywnym świecie przyrody ożywionej. Charakterystyczne jest to, że zasadnicza ekspresja lękowa jest wspólna dla wszystkich przedstawicieli świata ożywionego. Leżąc na łące zabawiamy się nieraz drażnieniem robaka lub jakiegoś owada za pomocą źdźbła trawy. Obserwować można wówczas dwie reakcje; pod wpływem zagrożenia, jakie dla tej żywej istoty stanowi nasza zabawa, wykonuje ona gwałtowne, chaotyczne i przeważnie bezcelowe ruchy lub zastyga w bezruchu. Ten zasadniczy typ reakcji ruchowej - bezruch lub podniecenie ruchowe obserwuje się też u człowieka w wypadku dużego nasilenia lęku. Mówi się, że człowiek "osłupiał" lub "oszalał" ze strachu. W schizofrenii katatonicznej, w której lęk dochodzi prawdopodobnie do najwyższego nasilenia, chory jest zahamowany (stupor) lub podniecony (furor katatonicus). Pod wpływem lęku ulegają porażeniu czynności ruchowe; zwykle najpierw ulega porażeniu najwyższa postać ruchu, tj. mowa (człowiek "oniemiał" ze strachu). Zdarza się jednak, że pod wpływem lęku traci on władzę w rękach lub nogach. Nadmierną i bezcelową aktywność ruchową obserwuje się już przy słabszym nasileniu lęku; typowym przykładem jest chodzenie tam i z powrotem przed drzwiami, które za chwilę mają się przed nami otworzyć, bębnienie palcami po stole, tzw. kołysanie diabła, zaciskanie rąk itp. Charakterystyczne dla uczucia lęku jest napięcie mięśni prążkowanych, szczególnie wyraża się to w mimice twarzy i w postawie całego ciała. Rysy twarzy są napięte, szpary powiek poszerzone, źrenice szerokie, nieraz prawie nie widać tęczówki, czoło poprzecznie pofałdowane (mimika zaskoczenia i zdziwienia), usta uchylone, gdy przy agresji są ściągnięte itp. Oczywiście opis szczegółowy mimiki (twarzy) niewiele wnosi do poznania tegoż uczucia, poznajemy je u drugiego człowieka, a także u zwierząt w sposób całościowy, tzn. od razu orientujemy się,

136

że dany człowiek lub zwierzę jest wystraszone, nim jesteśmy w stanie zauważyć różne szczegóły ekspresji związane z tym uczuciem. Postawa ciała (pantomimika) jest zwykle przygotowaniem do ucieczki - lekko pochylona, silnie napięte wszystkie mięśnie, zwłaszcza zginacze. Chorzy na nerwicę, żyjący w stałym napięciu lękowym, odczuwają często bóle mięśniowe, zwłaszcza mięśni grzbietu (antygrawitacyjnych), wiążące się z wzmożonym wskutek lęku napięciem mięśni prążkowanych. Większość anksjolityków, tj. środków zmniejszających napięcie lękowe, zmniejsza też napięcie mięśniowe. Reakcja wegetatywno-endokrynna i metabolizm informacyjny Lęk wywołuje silną mobilizację wegetatywno-endokrynna ustroju, aktywowany jest przede wszystkim układ., adreno-sympatyczny, a więc układ sterujący metabolizm energetyczny w kierunku procesów katabolicznych. Ucieczka wymaga dużego wydatku energii, przewaga tych procesów jest więc zrozumiała. W agresji wyładowanie wegetatywno-endokrynne jest też gwałtowne, częściej jednak niż w wypadku lęku można się w nim spotkać z komponentem parasympatycznym, choć zawsze dominuje sympatyczny. W agresji ustrój przygotowuje się do pożarcia swojej ofiary, układ autonomiczny musi już przestrajać się w kierunku procesów anabolicznych, stąd prawdopodobnie bierze się komponent parasympatyczny obok przeważającego sympatycznego. Mobilizacja endokrynno-wegetatywna jest przygotowaniem do walki i ucieczki, obie sytuacje wymagają maksymalnego wysiłku ze strony ustroju. W przeciwieństwie do ruchów dowolnych (sterowanych przez układ somatyczny układu nerwowego), które są, jak wspomniano, często chaotyczne i bezcelowe (czasem czynności ruchowe pod wpływem lęku zostają zahamowane) - reakcje wegetatywne mają charakter wyraźnie celowy i stanowią precyzyjne przygotowanie ustroju do czekającego go wysiłku i starcia z niebezpieczeństwem. Wydawać by się mogło, że starsza filogenetycznie część ośrodkowego układu nerwowego (układ autonomiczny) jest lepiej przystosowana do walki i ucieczki niż jego część filogenetycznie młodsza (układ nerwowy somatyczny lub wolicjonalny), która w sytuacji zagrożenia jakby "traci głowę". Długotrwały proces ewolucji przygotował ustrój do zetknięcia się z sytuacjami zagrożenia. Nowsza część mózgu nie nadążyła w tych przygotowaniach, jest ona zresztą przystosowana do "spokojniejszych" warunków pracy. Jeśli bowiem zadaniem pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, sterowanej przez filogenetycznie starsze części mózgu, jest sterowanie zasadniczymi postawami emocjonalnymi ("do" i " od") i poziomem dynamiki życiowej, a więc pierwszą reakcją na zetknięcie się z otaczającym światem, to faza druga steruje znacznie bardziej skomplikowanymi formami zachowania w otaczającym świecie (postawa "nad"), które dokonują się w większym dystansie w stosunku do otoczenia i w "atmosferze" mniej burzliwej; faza ta przeżywana jest subiektywnie jako psychiczne akty racjonalnowolicjonalne. W pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego mieszczą się, jak wiadomo, reakcje endokrynno-wegetatywne, związane z zasadniczymi postawami emocjonalnymi i dynamiką życiową. Faza ta ma znacznie dłuższą historię rozwoju niż faza druga (racjonalno-wolicjonalna i świadoma) i tym można tłumaczyć, że reakcje wegetatywne są lepiej zaplanowane i przystosowane do sytuacji zagrożenia niż filogenetycznie młodsze i znacznie bardziej skomplikowane reakcje ruchowe, wymagające świadomego kierowania. Od powstania życia na ziemi ustroje żywe były narażone na różnego rodzaju niebezpieczeństwa ze strony otoczenia, musiały więc gwałtownie i celowo reagować na wszelkie sygnały zagrożenia, inaczej życie na ziemi szybko zostałoby zniszczone. Wskutek stałego powtarzania się reakcje te uległy automatyzacji. Automatycznie ustrój nastawiał się do stawienia czoła niebezpieczeństwu. Sama reakcja ruchowa wobec niebezpieczeństwa była dość prosta - atakować lub uciekać. Prawdopodobnie sygnał zagrożenia wyzwalał maksymalny atak lub maksymalną ucieczkę, trzeba tylko było zadecydować, którą możliwość wybrać ruch do przodu (atak) czy ruch do tyłu (ucieczkę). Innego wyboru nie było. Mnogość decyzji, charakterystyczna dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, rozwinęła się w trakcie ewolucji znacznie później, gdy zagrożenie nie zmuszało do natychmiastowych reakcji, gdy tym samym można było przyjąć pewien dystans

137

w stosunku do otoczenia, opracować dokładniej i stopniowo realizować plan aktywności ruchowej, gdy postawa "nad" zaczęła się pojawiać obok postawy "do" "od". Mechanizmy przystosowawcze związane z atakiem czy obroną tworzyły się jeszcze w tych czasach, gdy człowieka nie było na Ziemi; były wynikiem milionów lat ewolucji. Człowiek uzyskał je w spadku po swoich zwierzęcych przodkach. I jeśli dziś nieraz denerwuje się, że w sytuacjach zgoła niestosownych pocą mu się ręce, odczuwa silne bicie serca, czerwieni się lub blednie, odczuwa parcie na pęcherz lub potrzebę oddania stolca, to powinien pamiętać, że w bardzo dawnych czasach te reakcje były niezwykle celowym i precyzyjnym przygotowaniem do starcia z otoczeniem. Dziś to starcie ma całkowicie odmienną postać, niż miało przed milionami lat. Wprawdzie i dzisiejszy człowiek w wielu sytuacjach chętnie wziąłby nogi za pas lub rzucił się swemu adwersarzowi do gardła i myśli zgoła krwiożercze nieraz chodzą mu po głowie w trakcie jego starć z otoczeniem społecznym, to jednak na zewnątrz stara się manifestować postawę opanowaną, kierować w swym zachowaniu rozsądkiem i silną wolą. Prymitywne reakcje ataku czy ucieczki są na ogół całkiem nieprzydatne. Jeśli u studenta przed trudnym egzaminem praca serca wzrasta i staje się taka jak przy ciężkiej wysokogórskiej wspinaczce, to ta mobilizacja układu krążenia byłaby uzasadniona i celowa, gdyby egzamin polegał na zawziętej walce wręcz, a nie na odpowiadaniu na pytania. Jeśli postawa lękowa czy agresywna połączona jest z podwyższeniem krzepliwości krwi, to takie przygotowanie układu hemostatycznego było najbardziej celowe w tych czasach, gdy w trakcie ucieczki lub walki mogło dojść do silnego skrwawienia, ale w obecnych warunkach ścierania się z otoczeniem, kiedy do rozlewu krwi przeważnie nie dochodzi, ułatwić tylko ono może powstanie zawału serca. Do walki lub ucieczki lepiej stanąć z pustymi jelitami i z pustym pęcherzem, ale obecnie parcie na pęcherz czy na odbytnicę w chwilach silnych wzruszeń jest raczej zjawiskiem nieprzyjemnym i bardzo krępującym. Pocenie się rąk ułatwia uchwyt przeciwnika w walce, ale gdy walka polega na wymianie wyważonych i raczej uprzejmych słów, spocone ręce nic nie pomagają. Przykładów tego rodzaju mobilizacji ustroju, które niegdyś może były użyteczne, ale dziś na nic się nie przydają, można by cytować więcej. Wiele z tych reakcji na skutek częstego powtarzania się prowadzi do uszkodzenia różnego rodzaju układów ustrojowych, czym zajmuje się medycyna psychosomatyczna. Bardzo silne natężenie lęku może być przyczyną śmierci; nierzadko w medycynie spotykamy się z sytuacjami, w których reakcje obronne ustroju stają się w końcu dla niego szkodliwe - w tym wypadku jest to skrajny przykład takiej szkodliwej reakcji obronnej. Przemiany Ciekawym zjawiskiem jest to, że nasze tajone myśli i uczucia, a jeszcze wyraźniej treści podświadomości ujawniające się w snach czy w psychozie są bardziej zbliżone do tego archaicznego obrazu starcia z otaczającym światem i tym samym bardziej harmonizują z siłą mobilizacji wegetatywnej. Człowiek miałby wiele ofiar na sumieniu, gdyby jego wszystkie myśli mogły się zrealizować. Okrutne sceny mordów, ucieczek itp., które nierzadko przeżywamy w snach, są reakcjami ruchowymi w pełni uzasadniającymi mobilizację wegetatywną. Nasze życie podświadome, a także ta część życia świadomego, którą odkrywamy przed naszym otoczeniem społecznym, jest bardziej zharmonizowana z reakcjami wegetatywnymi niż ta, którą prezentujemy na zewnątrz. Uwidacznia się tu rozbieżność między ewolucją biologiczną a kulturalnocywilizacyjną. Ewolucja biologiczna osiągnęła swój szczyt w maksymalnym przygotowaniu żywych ustrojów do wypełnienia prawa zachowania własnego życia i życia gatunku. Reakcje w obronie życia są celowe, stosunkowo proste i na ogół dość gwałtowne, czego wyrazem jest mobilizacja wegetatywna. Natomiast ewolucja cywilizacyjna zmierza do coraz gruntowniejszego podboju otaczającego świata (realizacja postawy "nad"). Proste i gwałtowne reakcje, charakterystyczne dla ewolucji biologicznej, są tu mało przydatne. Wciąż trzeba wypracowywać nowe formy zachowania, gdyż w miarę podboju otaczającego świata i przekształcania go "na obraz i podobieństwo swoje" coraz bardziej komplikują się warunki życia,

138

zwłaszcza stosunki między ludźmi, i nie wystarczą już proste formy zachowania, uwarunkowane biologicznie. Postawa walki czy ucieczki na poziomie kulturalnym oznacza co innego niż na poziomie biologicznym. Na ogół wysiłek mięśni jest już niepotrzebny, natomiast potrzebny jest wysiłek umysłu, by znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji zagrożenia. Wyobraźmy sobie współczesnego żołnierza, który pod wpływem lęku czy agresji lub obu uczuć razem wyładowywałby swój nadmiar zmobilizowanej przez te uczucia energii na niezwykle skomplikowanej aparaturze używanej dziś do masowego mordowania ludzi. Wróg we współczesnych warunkach walki jest przeważnie niewidzialny. Na kim więc biedny żołnierz ma wyładować swe negatywne uczucia? Może dlatego wojny stają się coraz bardziej okrutne i bezwzględne. Dlatego lęk i agresja wyładowują się przeważnie na ludziach niewinnych, na dzieciach, kobietach, starcach. W panicznym lęku przed utratą własnego życia wszystko staje się wrogie, nie tylko ludzie, ale i przyroda; niszczy się i pali wszystko, co napotyka się na drodze, w obawie by samemu nie zostać zniszczonym. Umysł współczesnych władców wysila się w tym kierunku, jak obronić się przed wrogiem; mobilizacja sił obronnych kraju pochłania energię ludzką i materialną tak wielką, że mogłaby ona dość rychło usunąć największe bolączki ludzkości, jak głód, nędzę, choroby, zjawiska powszechne w krajach tzw. trzeciego świata, jaskrawo kontrastujące z poziomem współczesnej nauki i techniki. Podobnie jak mobilizacja wegetatywna w wypadku poszczególnego ustroju jest zjawiskiem anachronicznym i często szkodliwym w obecnych warunkach życia człowieka, tak anachroniczna jest mobilizacja obronna wielkich grup społecznych wynikająca z poczucia zagrożenia. I jak w medycynie zbytnia mobilizacja sił obronnych ustroju może okazać się w efekcie bardziej szkodliwa niż samo zagrożenie, a nawet doprowadzić do śmierci, tak w zjawiskach społecznych mobilizacja obronna, bardzo kosztowna, może w końcu doprowadzić do totalnej zagłady, czego budzącym lęk symbolem jest widmo wojny atomowej. Rozbieżność między archaicznością życia uczuciowego a nowoczesnością życia intelektualnego (postawy "nad") jest jednym z podstawowych problemów współczesnego człowieka; od rozwiązania tego problemu w znacznej mierze zależy jego przyszłość i przyszłość tworzonej przez niego kultury i cywilizacji. Dynamika Pierwsza faza metabolizmu informacyjnego (uczuciowo-nastrojowa) ma decydujący wpływ na fazę drugą (intelektualno-wolicjonalną). W drugiej fazie nie można wyjść poza sferę decyzji pierwszej fazy. Szczególnie wyraźnie to zacieśnienie zakresu możliwości tworzenia struktur czynnościowych występuje pod wpływem uczuć negatywnych, gdyż one są zazwyczaj bardziej dynamiczne od uczuć pozytywnych. Jeśli ktoś jest zalękniony lub zagniewany, to najlepszy dowcip odbierze on jako zagrożenie i żart, który miał go rozweselić, pogłębi tylko jego postawę lękową lub agresywną. W lęku wszystko zagraża i prowokuje do ucieczki, w gniewie i nienawiści wszystko drażni i pobudza do agresji. Jest to tzw. sztywność emocjonalna, polegająca na tym, że nie można wyzwolić się spod dręczącego nas uczucia, które wzmagają wszystkie informacje dochodzące z otaczającego świata, zniekształcające jego obraz; w lęku wszystko wokół nas pogłębia lęk, a w agresji wszystko wokół wzmaga naszą agresję, wszystko nam zagraża, wszyscy są naszymi wrogami. Pod wpływem emocjonalnego zniekształcenia procesu percepcji zostaje wzmocniona pierwotna postawa emocjonalna. W ten sposób uczucia, zwłaszcza negatywne, wzmacniają się samoistnie. Może już zniknąć zagrażający przedmiot lub wyzwalający agresję, a jednak otaczający świat jest nadal odbierany jako niebezpieczny, gdyż w ten sposób lęk i agresja zniekształcają percepcję otoczenia. Z praktyki psychiatrycznej wiadomo, jak trudno jest zmienić utrwalone postawy emocjonalne człowieka, jak wypaczają one jego obraz świata; nie pomagają tu perswazje i logiczne tłumaczenia. To samo odnosi się do różnego rodzaju zjawisk społecznych nienawiści rasowych, narodowych, ideologicznych, religijnych itp. Zazwyczaj są one niepodatne na wszelkie próby racjonalnej korekcji. Uczucia, zwłaszcza negatywne, "zaślepiają". Druga faza metabolizmu informacyjnego nie może egzystować bez pierwszej fazy, forma nie może istnieć bez kolorytu.

139

Pierwsza faza jest rozrusznikiem drugiej. Do wysiłku intelektualnego potrzebne jest emocjonalne zaangażowanie. Gdy uczucia są zbyt silne, wówczas zamiast działać pobudzająco hamują procesy intelektualne, pod wpływem uczuć człowiek głupieje. Odnosi się to szczególnie do uczuć o znaku ujemnym, bowiem ich dynamika i tendencja do utrwalania się są silniejsze. Badania psychologiczne mogą wskazywać na to, że lęk bardziej niż agresja upośledza czynności intelektualne, a także manualne (struktury czynnościowe podległe drugiej fazie). Jest to zrozumiałe, gdyż w lęku człowiek kurczy się, ucieka przed otaczającym światem, a w agresji wychodzi naprzeciw niebezpieczeństwu, próbuje się z nim zmierzyć. W lęku z góry zakłada swą klęskę, rezygnuje z walki, w agresji zakłada zwycięstwo i staje na placu boju. Postawa agresywna jest więc bardziej mobilizująca w stosunku do drugiej fazy metabolizmu informacyjnego niż postawa lękowa. Prawdopodobnie dynamika uczuć negatywnych, a zwłaszcza lęku, powoduje, że przenoszą się one z jednej osoby na drugą. Powszechnie znane są zjawiska paniki w tłumie, gdy lęk jednej osoby udziela się z szybkością pożaru innym. Analogiczne zjawisko obserwuje się w społeczeństwach zwierzęcych. Gdy ryby płyną razem w stadzie, niepokój jednej z nich momentalnie przenosi się na całe stado. U zwierząt wyższych zarażanie lękiem jest bardziej wybiórcze. Stado np. nie reaguje na reakcję lękową pochodzącą od młodego przedstawiciela społeczności, ale silnie reaguje na analogiczną reakcję starszego i doświadczonego członka grupy. Prowadząc psychoterapię grupową ma się niejednokrotnie okazję obserwacji, jak uczucia lęku czy agresji jednego członka grupy "zarażają" innych. Przestrzeń ciasna Jak wspomniano, lęk zacieśnia i zniekształca obraz otaczającego świata. Zacieśnienie jest wynikiem decyzji dokonanej w pierwszej fazie. Wybór w niej padł na ucieczkę od otaczającego świata. Wszystko więc w drugiej fazie metabolizmu informacyjnego układa się tak, by wyłączyć struktury nie pasujące do tej decyzji pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego. Człowiek w lęku percepuje lękowo i działa w sposób lękowy. Jego soma (układ wegetatywno-endokrynny) i psyche są nasycone lękiem. Koloryt emocjonalny przenika formę. W lęku człowiek się kurczy, ucieka przed otaczającym go i naciskającym na niego światem. Na skutek tej ucieczki (lub pogoni, gdy spojrzeć od strony otaczającego świata) świat ten ulega wyolbrzymieniu. Zawsze ten, co goni, jest potężniejszy od tego, co ucieka. Ta sytuacja nacisku z jednej strony, a ucieczki i kurczenia się z drugiej powoduje, że ulegają upośledzeniu zdolności abstrakcyjne, tj. zdolności oderwania się od konkretnej sytuacji. Człowiek jest zrośnięty z zagrażającym mu przedmiotem, nie może się od niego oderwać. Funkcje drugiej fazy metabolizmu informacyjnego zawsze mają charakter nieco abstrakcyjny. Polegają na tworzeniu różnorodnych planów aktywności, wyborze najstosowniejszego z nich i późniejszej realizacji w otaczającym świecie. Do tego potrzebna jest wolna przestrzeń. W lęku ta przestrzeń zacieśnia się; człowiek czuje się przytłoczony przez zagrażający mu świat, nie ma gdzie się poruszać. Wskutek tego jego planowanie ulega upośledzeniu, ogranicza się do wyboru form aktywności najbardziej prymitywnych i impulsywnych, bardziej typowych dla pierwszej niż dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego. Regresja Pod wpływem lęku dochodzi też często do regresji, pojawiają się formy zachowania ontogenetycznie wcześniejsze. Człowiek czuje się pewniejszy w tych dawnych formach, jakby uważając, że powrót do nich przywróci mu bezpieczeństwo okresu dzieciństwa. Wobec zagrożenia czuje się często bezradny i bezsilny jak dziecko, więc jego "zdziecinnienie", polegające na wyborze struktur czynnościowych utrwalonych w pierwszych latach rozwoju, jest zrozumiałe. W lęku człowiek płacze, prosi o litość i współczucie, szuka oparcia u silniejszych, unika odpowiedzialności lub też przejawia bezradną wściekłość, chce niszczyć wszystko dokoła w myśl zasady "niech ze mną ginie cały świat". Człowiek w lęku czuje się słaby i bezradny wobec nacierającego nań świata. Stąd gorączkowe szukanie oparcia w kimś silniejszym, swoiste szukanie ojca. Ten ktoś

140

silniejszy broni człowieka przed sytuacją zagrożenia, podejmuje za niego decyzje; wobec takiego kogoś jest absolutnie posłuszny, on za to odsuwa zagrożenie. W języku angielskim określa się taką osobę czy grupę społeczną jako danger control. W grupach społecznych spełnia tę rolę wódz. Żołnierz nie martwi się, jakie decyzje podjąć w obliczu niebezpieczeństwa, to są sprawy dowódcy, on ma go tylko słuchać. W medycynie rola danger control przypada lekarzowi, on odsuwa niebezpieczeństwo od chorego, on podejmuje za niego decyzje. Wobec niego chory czuje się nieraz jak dziecko, nazywa lekarza swym ojcem. Sztywność Objawem typowym dla lęku jest utrata zmysłu humoru. Człowiek w lęku nie potrafi się śmiać, wszystko bierze na serio. Poczucie humoru wymaga dystansu w stosunku do otaczającego świata, musi się mieć swobodę tworzenia w danej sytuacji różnorodnych, nieraz paradoksalnych struktur czynnościowych. Gdy przestrzeń wolna człowieka jest zredukowana do minimum, jak w depresji lub lęku, wówczas traci się tę swobodę tworzenia struktur czynnościowych, typową dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego. Łatwość tworzenia struktur czynnościowych, charakterystyczna dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, sprawia, że nasz obraz otaczającego świata jest zmienny, raz możemy świat widzieć w ten, to znów w inny sposób. Tę zmienność (kalejdoskopowość) obrazu człowiek uzyskuje dzięki temu, iż jego układ nerwowy (w szczególności neocortex) wydłuża niepomiernie w porównaniu ze światem zwierzęcym centralny odcinek łuku odruchowego (tj. odległość między receptorem a efektorem). Ten dystans w stosunku do otoczenia daje znacznie więcej wolnej przestrzeni człowiekowi niż zwierzętom. W porównaniu z światem zwierzęcym człowiek ma znacznie więcej swobody w stosunku do swego otoczenia. Lęk redukuje tę swobodę, w lęku otaczający świat przytłacza, zagraża, jest w nim ciasno, nie ma czym oddychać. (Nie wiadomo zresztą, czy przeżywane często w lęku uczucie duszności nie wiąże się z ograniczeniem wolnej przestrzeni - człowiek w lęku jest zmobilizowany do maksymalnej aktywności, ale nie ma gdzie się poruszać, jest mu ciasno, a tym samym duszno.) Z ograniczeniem wolnej przestrzeni łączy się znaczne zubożenie w produkcji struktur czynnościowych. Nieograniczone bogactwo tych struktur jest cechą charakterystyczną drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, uzyskane dzięki rozwojowi nowej kory mózgu. Człowiek w lęku nie może patrzeć na otaczający go świat inaczej jak w sposób lękowy. Obraz świata się usztywnia. Normalnie oscyluje on w zależności od zmian kolorytu uczuciowo-nastrojowego. Pod wpływem lęku człowiek nie dostrzega zmienności obrazu świata, zmienności, która jest cechą wszelkiego życia. Wszystko jakby zastyga w jednym grymasie. Jest grymas budzący trwogę i nienawiść. Obraz świata ulega kary karykaturyzacj; odnosi się to szczególnie do świata społecznego, który zresztą stanowi istotę naszego świata. Przypominają się karykatury, mające pozornie ośmieszyć i pomniejszyć wroga, a w gruncie rzeczy wyrażające przed nim lęk. Lęk wywołuje znieruchomienie otaczającego świata, zastyga on w wyrazie groźby, "oblicze" świata jest straszne, wykrzywione, przerażające. Ruch jest oznaką życia, prawdopodobnie nie tylko dla człowieka, lecz także dla zwierząt; świat znieruchomiały jest światem bez życia, martwym, jest przedmiotem, a nie podmiotem. Dlatego w lęku tak trudno podejść podmiotowo, tzn. w płaszczyźnie poziomej, do zagrażającego nam przedmiotu, trudno wczuć się w niego i go zrozumieć. Stosunek do świata staje się przedmiotowy, nie obchodzi nas, co nasz wróg przeżywa, chcemy go tylko zniszczyć, gdyż inaczej on nas zniszczy. Gdy jest wyraźnie od nas silniejszy, pozostaje tylko ucieczka. Uprzedmiotowienie świata sprawia, że nasz stosunek do niego staje się manipulacyjny - trzeba na niego tak oddziaływać, by nam nie szkodził, doprowadzić do tego, by jak pokonany wróg podniósł do góry ręce. Uczucie skrępowania i obezwładnienia, które przeżywa się w lęku, przerzuca się w ten sposób na wroga. Zwycięstwo polega bowiem na tym, że nękający nas lęk zostaje przekazany wrogowi, sytuacja się odwraca, teraz on boi się nas.

141

Generalizacja Uczucie lęku łatwo ulega generalizacji. Sytuacja zagrożenia rozszerza się na sąsiadujące z nią pola, w końcu wszystko zaczyna zagrażać, cały świat staje się wrogiem, chcącym tylko zniszczyć człowieka. Człowiek w lęku kurczy się pod naporem zagrażającego mu świata. Sam czuje się bardzo słaby i nikły i dlatego szuka gorączkowo oparcia w innych ludziach. Szuka wodza, ludzi silniejszych od siebie, szuka oparcia we władzy, autorytecie, w wartościach metafizycznych. Czynniki te spełniają rolę danger control i mają uchronić go przed zagrażającym niebezpieczeństwem. Dlatego w okresach historycznych naładowanych lękiem łatwo rodzą się wodzowie i powstają różnorodne kliki. Obraz świata społecznego upraszcza się: przeważa kolor czarny - to wrogowie, ale są też białe plamy - to sojusznicy. Jest to obraz świata społecznego charakterystyczny dla wojen, rewolucji, a więc okresów ogólnego wzmożenia napięcia lękowego. W życiu indywidualnym taki podział świata społecznego na barwy białe i czarne występuje w formie skrajnej w zespołach urojeniowych. Lęk urojeniowy jest bowiem przede wszystkim lękiem społecznym. Skomplikowany proces formowania się decyzji w lęku ulega uproszczeniu. Hierarchia wartości, niezwykle skomplikowana w normalnym życiu ludzkim, pod wpływem lęku redukuje się do prostej alternatywy: "zwyciężę lub zostanę zwyciężony", .Jeśli ja nie zabiję, to mnie zabiją". Pod wpływem tej zasady łatwo dokonuje się czynów, które normalnie budziłyby nawet u tego samego człowieka grozę. Pod skrajną agresją i sadyzmem zwykle kryje się lęk. Cechą drugiej fazy metabolizmu informacyjnego jest niezwykłe bogactwo decyzji, wynikające z bogactwa potencjalnych struktur czynnościowych, lęk wyraźnie zuboża funkcje tej fazy metabolizmu. Osobowość lękowa Przewlekłe czynniki lękotwórcze Zbyt często powtarzające się uczucie lęku prowadzi do zmian fizycznych i psychicznych. Zmiany fizyczne są wywołane przez nadmierne i zbyt długotrwałe obciążenie układu wegetatywno-endokrynnego. Objawiają się one bądź to dysfunkcją tego układu (dystonia neurovegetativa), bądź też uszkodzeniem poszczególnych układów ustroju (choroby psychosomatyczne). Zmiany psychiczne przejawiają się przede wszystkim w zaburzeniach rozwoju osobowości. Mowa tu o długotrwałych następstwach lęku, a nie o krótkotrwałych reakcjach lękowych. Lęk hamuje rozwój osobowości. Jest to oczywiste, gdy uprzytomnimy sobie, iż pod wpływem tego uczucia kurczy się wolna przestrzeń człowieka, zmniejsza się jego pole decyzji, dominuje postawa "od" otoczenia, uniemożliwiająca w końcu prawidłowy rozwój metabolizmu informacyjnego. Człowiek żyjący w stałym lęku wyraźnie karłowacieje. Istnieją rozmaite warianty osobowości zniekształconej działaniem lęku. Bezpośrednie działanie lęku uwidacznia się w typie osobowości lękowej i agresywnej, a pośrednie w typach takich jak autystyczny, anankastyczny, psychasteniczny i histeryczny. W kształtowaniu się osobowości decydującą rolę odgrywa wczesny okres rozwojowy; zbyt silne i długo trwające sytuacje zagrożenia w tym okresie życia zostawiają zwykle trwały ślad w psychice dziecka. Sytuacje takie polegają najczęściej na złej atmosferze rodzinnej; są to obojętność rodziców, zwłaszcza matki; matka zimna, dominująca, wroga, lękliwa i bezradna; ojciec zimny i surowy, ojciec awanturnik, alkoholik, despota itp.; utrata rodziców, bardzo ciężkie warunki materialne. Zdarza się jednak, że i w późniejszym okresie życia silne i długotrwałe bodźce lękowe mogą wywołać zmiany osobowości. Zmiany tego typu obserwowało się u byłych więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Nawet słabiej działające lękotwórcze środowisko wywołuje zmiany osobowości, wprawdzie znacznie dyskretniejsze, niemniej uchwytne. Za takie środowisko można uznać naszą współczesną cywilizację z jej rewolucją naukowo-techniczną i gwałtownym kryzysem wartości kulturalnych. Pogotowie lękowe jest w naszej epoce, jak się zdaje, znacznie większe niż w bardziej ustabilizowanych okresach historycznych, a także większe niż w innych, tzw. bardziej prymitywnych kręgach kulturowych. Rozpatrując zatem wpływ czynników lękotwórczych na rozwój osobowości, nie powinniśmy się ograniczać wyłącznie do wczesnego okresu rozwoju, ale w miarę możności rozpatrzeć całą historię życia.

142

O bezpośrednim działaniu lęku na osobowość mówimy wówczas, gdy zmiany osobowości odpowiadają typowej reakcji na zagrożenie, a więc mają charakter lękowy lub agresywny czy - co najczęściej się zdarza - lękowoa-gresywny. Natomiast pośrednie działanie lęku polega na tym, że na pierwszy plan nie wysuwają się cechy lękowe i (lub) agresywne, ale postawy obronne, mające danego człowieka uchronić przed lękiem i agresją. Może to być wycofywanie się z kontaktów społecznych, stwarzanie sobie różnego rodzaju tabu, rozpaczliwe szukanie oparcia w środowisku społecznym itp. Osobowość lękową ("lękowy rozwój osobowości" w terminologii autorów z kręgu języka niemieckiego) najłatwiej zrozumieć, wychodząc z pojęcia pogotowia lękowego. Każdy człowiek ma inną tolerancję na sytuację zagrożenia, a i u tego samego człowieka tolerancja ta wykazuje znaczne wahania w zależności od wieku, stanu fizycznego i psychicznego, sytuacji środowiskowej. Prawdopodobnie pogotowie lękowe w znacznym stopniu jest uwarunkowane genetycznie, już niemowlęta można z grubsza podzielić na lękliwe i odważne. W osobowości lękowej dochodzi do utrwalenia i generalizacji pogotowia lękowego. Człowiek stale oczekuje, że spotka go coś złego. Jego rachunek prawdopodobieństwa jest nastawiony na to, że ze strony otaczającego świata czekają go tylko same przykrości, niepowodzenia, klęski, ból i cierpienia i że nigdy nie można wyjść zwycięsko ze starcia z otoczeniem. Świat jest przytłaczający i w zetknięciu z nim można ponieść tylko klęskę. Nawet bodźce, które powinny być przyjmowane jako przyjemne, odbierane są przez takiego człowieka jako zagrażające i wzmagają jego pogotowie lękowe. Człowiek taki żyje w stałym napięciu, gdyż wciąż obawia się, że może go spotkać coś złego. Nie potrafi reagować inaczej niż lękiem, gdyż w końcu wszystko u niego potęguje lęk. Nawet gdy się śmieje, spod śmiechu przebija niepokój. Zwiększone pogotowie lękowe wiąże się z reguły ze zwiększonym napięciem układu wegetatywno-endokrynnego. Istnieje tu zależność typu błędnego koła (dodatniego sprzężenia zwrotnego), wzrost pogotowia lękowego wzmaga napięcie układu autonomicznego i odwrotnie. Postawa lękowa pozbawia człowieka smaku życia. Boi się on życia i żyje często "na siłę", z poczucia obowiązku. Życie go męczy i nudzi, on już wszystko zna, spotkać go mogą tylko przykrości. Już pani markiza du Deffand pisała do Walpole'a w r. 1767: "nie wiesz Pan, że nienawidzę życia, mimo to, że już tyle przeżyłam, i jestem niepocieszona, że się urodziłam" (cyt. za Tardieu). Człowiek taki odczuwa jałowość swego życia i musi tę jałowość przed ludźmi, a nawet przed sobą ukrywać; a "najjałowszym z ludzi jest ten - jak słusznie pisze Tardieu - kto jest zmuszony taić swoją jałowość". Nuda życia, splin, jest często wynikiem postawy lękowej wobec życia. Człowiek taki, jak już wspominano, ustawia się w sytuacji mata: boi się życia i boi się śmierci. Bezpośrednią reakcją na zagrożenie może być ucieczka lub agresja. W pierwszym wypadku zakłada się własną klęskę, w drugim - klęskę otoczenia. Przyjęcie jednej z dwóch postaw zależy więc w znacznej mierze od poziomu dynamiki życiowej; gdy jest ona obniżona, wówczas rachunek prawdopodobieństwa nastawia się automatycznie na klęskę, gdy podwyższona - na zwycięstwo. Zwykle obie postawy przeplatają się ze sobą. Nawet największy tchórz może być czasem zwycięzcą, wówczas potrafi zazwyczaj nieźle zamanifestować swoją agresję, a odważnemu zdarza się ponieść porażkę. Jak ludzie lękowi reagują na wszystko lękiem, tak agresywni na wszystko reagują agresją. Oczywiście trudno z takimi ludźmi wytrzymać, wchodzą oni zbyt często w konflikty ze swoim otoczeniem. Przewaga postawy agresywnej jest często wyzwolona przez organiczne uszkodzenie ośrodkowego układu nerwowego. Uszkodzenie takie upośledza przede wszystkim czynności hamulcowe; hamulce społeczne działają wtedy zbyt słabo i dlatego łatwo dochodzi do wybuchu agresji. Psychopatów tego rodzaju określa się też jako charakteropatów, podkreślając w ten sposób organiczne tło zmian osobowości, lub jako socjopatów, zwracając uwagę na ich stałe konflikty z otoczeniem. U podłoża agresji zazwyczaj czai się lęk i w leczeniu tego typu postaw należy zacząć od redukcji pogotowia lękowego, co można dość łatwo osiągnąć stosując środki zmniejszające napięcie lękowe, tj. tzw. anksjolityki; niestety, uzyskuje się tylko krótkotrwały efekt; osiąga się go także za pomocą odpowiedniego podejścia do tych ludzi, spokojnego, zrównoważonego, stanowczego, ale tolerancyjnego i życzliwego.

143

Typ schizoidalny (autystyczny) W wypadku pośrednich zmian osobowości cechy lękowe są bardziej utajone, maskowane są one przez różnego rodzaju mechanizmy obronne, które mają ochronić danego człowieka przed negatywnymi uczuciami lęku i agresji. By uchronić się przed sytuacją zagrożenia, najłatwiej jest z niej się wycofać. Człowiek taki (autystyczny, schizoidalny) z góry zakłada, że ze strony otoczenia spotkać go mogą wyłącznie przykrości, i z góry przyjmuje postawę wycofującą się. Odnosi się to głównie do otoczenia społecznego, gdyż ono jest zasadniczym środowiskiem człowieka i w nim człowiek napotyka najwięcej zagrożeń. Człowiek taki lepiej czuje się w samotności, wśród książek, dzieł sztuki, przyrody, zwierząt; ludzi boi się i ich unika. Pogotowie lękowe u takich ludzi nie jest jawnie powiększone ani też nie ma objawów wzmożonej mobilizacji układu wegetatywno-endokrynnego, gdyż unikają oni sytuacji zagrożenia, starają się utrzymać bezpieczny dystans w stosunku do otaczającego świata; stąd prawdopodobnie bierze się u nich przewaga postawy racjonalnej, forma góruje nad kolorytem, druga faza metabolizmu informacyjnego nad pierwszą. Za to unikanie zagrożenia i lęku człowiek autystyczny płaci brakiem kontaktu emocjonalnego z otoczeniem (stłumienie pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego), co nieraz boleśnie odczuwa; chciałby się do świata zbliżyć, przebić przysłowiową szklaną szybę, która go od świata oddziela, ale zazwyczaj przebicie takie jest niemożliwe. Jeżeli do niego dochodzi, to najczęściej przez wybuch lęku i (lub) agresji. Typ anankastyczny (obsesyjny) W anankastycznym lub obsesyjnym typie osobowości człowiek broni się przed lękiem i agresją za pomocą magii. Używa różnego rodzaju nakazów, zakazów, samoudręczeń, byle tylko nie dopuścić do bezpośredniego i pełnego kontaktu z otaczającym światem. Nie aprobuje własnej osoby, tylko stwarza swój wyidealizowany obraz i ten sztuczny, usztywniony, nieprawdziwy wizerunek wystawia na ciosy otaczającego świata, chowając się za nim ze swoimi niedozwolonymi pożądaniami, lękami i agresjami. Już w postawie i mimice takich ludzi widać sztuczność i sztywność, są oni nienaturalni, niespontaniczni. Żyją normami i zakazami. Ich stosunek do otaczającego świata i do nich samych ma w sobie coś z postawy gorszącej się ciotki. Jeśli schizoidów przed niebezpieczeństwami świata broni dystans, szklana szyba, to anankastów sztuczna forma ich egzystencji, zbudowana z różnego rodzaju tabu. Zarówno schizoidzi, jak i anankaści cierpią z powodu braku kontaktu emocjonalnego z otaczającym światem. Przełamanie maski anankastycznej może dokonać się przez wybuch silnych uczuć, niestety zwykle negatywnych, gdyż te mają zazwyczaj większą dynamikę niż uczucia pozytywne - a więc przez manifestację tajonego przez nich lęku i agresji. Typ anankastyczny (obsesyjny) i histeryczny Trzeci typ pośrednich zmian osobowości powstałych pod wpływem lęku polega na "przymilaniu się" do otoczenia społecznego. To otoczenie stanowi bowiem główne źródło zagrożeń człowieka; jeśli uda się nam nastawić je przychylnie do siebie, wówczas mamy większe szansę uniknięcia zagrożeń. Naczelną pozycję w hierarchii wartości psychasteników i histeryków zajmuje pytanie: "co ludzie o mnie myślą?". Jest to pewnego rodzaju chroniczna niedojrzałość osobowości, jeśli się za jedno z kryteriów dojrzałości przyjmie zdolność możliwie obiektywnej oceny samego siebie. Ludzie tacy boją się pokazać siebie, swoje prawdziwe oblicze, chcą być za wszelką cenę takimi, jakimi chce ich widzieć otoczenie. Aprobata otoczenia zmniejsza istniejące w tym otoczeniu zagrożenia. Otoczenie aprobujące jest zawsze bezpieczniejsze niż otoczenie potępiające. Ciekawym zjawiskiem jest to, że zarówno psychasteników, jak i histeryków cechuje nieraz w momentach zagrożenia życia brawurowa odwaga, natomiast w sytuacjach wymagających tzw. odwagi cywilnej ludzie ci niejednokrotnie wykazują tchórzostwo. Lęk społeczny jest u nich znacznie silniejszy niż biologiczny (przed zewnętrznym zagrożeniem życia, gdyż zagrożenie pochodzące z wnętrza ustroju jest różnie przez nich tolerowane). Zdarza się, że człowiek, który był bohaterem w czasie wojny, okazuje się zdecydowanym tchórzem w czasach

144

pokojowych. Histeryk stara się inaczej zdobyć aprobatę otoczenia niż psychastenik. Psychastenik chciałby nie wyróżniać się, być taki jak inni, nie zwracać na siebie uwagi (choć może skrycie o tym marzy), chciałby nieraz zapaść się pod ziemię, być niewidzialny, rumieni się, gdy ktoś na niego popatrzy, nie czuje się swobodnie, nie czuje się sobą, gdyż nie chce być sobą, ale takim jakim chce go widzieć otoczenie. Dlatego sam sobie zawadza, nie wie, co zrobić z rękami, gdzie postawić nogę, jak się odezwać. Natomiast histeryk ma więcej ufności w swoje siły i możliwości, bardziej wierzy w swoje aktorskie zdolności, życie wymaga bowiem aktorstwa; psychastenik nie wierzy, że odegra dobrze swoją rolę, to znaczy zachowa się tak, by spełnić oczekiwania otoczenia, natomiast histeryk dowierza swym zdolnościom, jest przekonany o tym, że oczaruje swe otoczenie, że stanie się ośrodkiem zainteresowania, że zabłyśnie swoją rolą; gdy mu się to nie uda, jest pełen nadziei, że powiedzie mu się następnym razem; dlatego histerycy tak często chcą życie rozpoczynać na nowo, jak próbę w teatrze. W myśl ewangelicznej zasady "kto się wywyższa, poniżon będzie" psychastenicy są na ogół lubiani przez swe otoczenie społeczne, a histerycy nie lubiani. Grupa społeczna dąży zazwyczaj do niwelowania różnic, aprobuje tego, kto się poniża, a atakuje tego, kto się zbytnio wywyższa. Modele społeczne lęku Społeczny sygnał zagrożenia Lęk jako sygnał alarmowy zagrożenia jest do pewnego stopnia sygnałem społecznym, zagrożenie bowiem często nie dotyczy wyłącznie jednego przedstawiciela grupy, ale całej społeczności. Dotychczas nie wiemy na pewno, w jakiej mierze percepcja sytuacji zagrożenia jest uwarunkowana genetycznie, a w jakiej społecznie. Lorenz na podstawie swych obserwacji ptaków uważał, jak już wspomniano, że percepcja pewnych znaków (symboli) zagrożenia jest zaprogramowana genetycznie w ich układzie nerwowym. Reakcja lękowa osobnika należącego do tej samej grupy społecznej jest jednocześnie sygnałem alarmowym dla innych członków grupy. Mogą oni sami nie dostrzegać grożącego im niebezpieczeństwa, ale o jego istnieniu dostatecznie silnie alarmuje ich zachowanie jednego z członków grupy. Dużo tu zależy od pozycji społecznej danego osobnika: gdy stoi on wysoko w hierarchii społecznej, np. jest wodzem stada, wówczas nawet nieznaczna, niekiedy prawie niedostrzegalna ekspresja lękowa wystarczy, by stado doprowadzić do stanu lękowego podniecenia. Natomiast gdy lęk swój manifestuje jakiś mało znaczący przedstawiciel stada, wówczas inni członkowie mogą zupełnie nie zareagować na jego objawy lękowe, jest zbyt mało ważną figurą w grupie, by jej reakcje się liczyły. Poza tym, będąc nisko w hierarchii społecznej, ma więcej okazji reagowania lękiem niż stojący wyżej od niego towarzysze, tak że jego reakcje lękowe są bardzo mało znaczącym sygnałem. To samo do pewnego stopnia odnosi się do zachowań agresywnych; agresja ze strony osobnika stojącego nisko w hierarchii społecznej nie ma wielkiego znaczenia, wywołuje najwyżej oburzenie, że "takie coś" może "podskakiwać", natomiast objawy agresji ze strony prominentów budzą respekt, gdyż taka agresja może niejednemu zaszkodzić. Przeważnie ogólne prawidłowości socjologiczne są bardzo podobne w społeczeństwach ludzkich i w zwierzęcych. Życie stadne ma swoje prawa, które kształtują się niezależnie od poziomu rozwojowego członków stada. Istnieje też pewna analogia między działaniem lęku na drugą fazę metabolizmu informacyjnego (życie intelektualno-wolicjonalne) a jego działaniem na grupę społeczną. W małych dawkach lęk integruje jej aktywność i wzmaga dynamikę. W dużych dawkach działa dezintegrująco, wywołuje działania chaotyczne, bezcelowe, impulsywne lub prowadzi do porażenia aktywności grupy; w skrajnych reakcjach lękowych grupy można by mówić o furor vel stupor societatis. Działanie integracyjne Bez uczucia lęku człowiek, a także zwierzęta nie mogłyby egzystować, nic bowiem nie ostrzegałoby ich o grożącym niebezpieczeństwie. Przy ludzkim

145

bogactwie możliwości tworzenia struktur czynności brak wędzidła, jakie stanowi lęk (chodzi tu przede wszystkim o lęk społeczny), doprowadziłby do chaosu, człowiek taki w końcu nie mógłby podjąć żadnej decyzji, gdyż miałby zbyt wiele możliwości. Lęk ułatwia formowanie się hierarchii wartości, wedle której są podejmowane decyzje. W małych dawkach działa więc integrujące a w dużych dezintegrująco na psychikę ludzką, prawdopodobnie też na psychikę zwierzęcą. Tylko u człowieka spełnia on istotniejszą rolę w związku z bogactwem struktur czynnościowych i mnogością możliwych decyzji. Destrukcja osobowości Lęk odgrywa dla ustroju rolę sygnału alarmowego; by sygnał był użyteczny, nie może działać stale, nie może się utrwalić. Dzwonek alarmowy, który by stale dzwonił, przestałby spełniać swoje zadanie, trzeba byłoby go wyłączyć. Sygnał alarmowy nie może też działać zbyt silnie, wówczas bowiem zamiast pobudzać do celowej aktywności, poraża ją. Lęk, podobnie jak ból, jest biologicznie potrzebny, ale lęk nie może być zbyt silny ani też nie może stanowić utrwalonej postawy, wówczas bowiem działa destrukcyjnie. Lęk działa hamująco na rozwój osobowości, w skrajnych wypadkach doprowadza do skarłowacenia człowieka. W epokach lęku i terroru ludzie nikczemnieją, stają się karłami. Lęk bowiem zmusza człowieka do skulenia się, podobnie zresztą i zwierzęta. Człowiek myśli tylko o tym, by nie zostać zniszczony przez wrogie otoczenie. Jego stosunek do świata staje się drapieżny, "zniszczę albo sam zostanę zniszczony". Pod wpływem lęku dominuje pierwsze prawo biologiczne, które jest raczej okrutne, drugie prawo - zachowania życia gatunku, które jest źródłem piękna i miłości - schodzi na daleki plan, a nawet całkowicie zanika. Świat bez miłości staje się szary i ponury. "Nacht und Nebel" otacza człowieka żyjącego w lęku. Nie odczuwa on radości. W tej "nocy i mgle" świat traci swą barwę i różnorodność, wszystko wokół staje się martwe i bez życia, zastygłe w jednym wyrazie wrogim i odpychającym. Świat taki jest straszny, chciałoby się przed nim uciec, ale nie ma gdzie. Człowiek w lęku nieraz pragnie śmierci, ale się jej też boi. Świat taki budzi bezsilną wściekłość, chciałoby się go zniszczyć. Obraz totalnej zagłady naszego globu, wizja atomowego zniszczenia kryje w sobie tajone pragnienie, by życie, które stało się dla nas tak okrutne, bezwzględne i szare, znikło całkowicie z powierzchni globu. Pod wpływem lęku ubożeje i jałowieje nasza psychika. Bogactwo form życia redukuje się do naczelnej zasady "nie dać się pożreć" przez otoczenie, pokonać je i zniszczyć, nim ono nas zniszczy. Świat traci swą osobowość, staje się martwym przedmiotem, który, jeśli nam się to uda, możemy zdeptać, zniszczyć lub nim dla naszych egoistycznych celów odpowiednio manipulować. Stereotypy społeczne Ciekawe są obserwacje historyków i socjologów zachowania społeczeństwa pod wpływem silnej presji zagrożenia. Niezależnie od epoki i kręgów kulturowych pewne stereotypy zachowania się powtarzają. Na przykład w czasie epidemii dżumy w Europie (czarna śmierć) obserwować można było następujące modele zachowania: dezintegrację dotychczasowych norm zachowania, a więc niezwykłą brutalizację obyczajów, dochodziło nawet do kanibalizmu; naczelną zasadę "ratować własne życie za wszelką cenę", zanik uczuć pozytywnych, człowiek człowiekowi stawał się wilkiem, ludzie obojętnieli na los swych najbliższych - dzieci, rodziców, współmałżonków; objawy skrajnej agresji, szukanie "kozła ofiarnego", zwykle kozłem tym byli Żydzi jako górujący intelektualnie i ekonomicznie oraz przedstawiający odrębne formy życia w porównaniu z ogółem społeczeństwa; tysiące ich spłonęły na stosach, na które szli nieraz śpiewając pobożne psalmy. Autoagresja łączyła się często z agresją, biczownicy maltretowali własne ciała, ale jednocześnie podburzali do palenia Żydów. Panowały rozpusta i pijaństwo; tymi sposobami nagminnie starano się przytłumić lęk. W stan oszołomienia starano się wprowadzić również za pomocą ekstatycznego tańca (taniec św. Wita). Zdarzały się jednak bardziej integracyjne sposoby tłumienia lęku. We Włoszech pątnicy, śpiewając jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych - Stabat Mater Dolorosa - działali kojąco na siebie i na otoczenie. Innym sposobem, może jeszcze trudniejszym, było zachowanie dystansu dzięki poczuciu humoru; w czasie

146

jednej z ostatnich epidemii dżumy powstała w Wiedniu dotąd popularna pieśń „O du lieber Augustin”. Reakcje indywidualne Agresja Przytoczone tu pokrótce społeczne sposoby tłumienia lęku odgrywają też rolę w życiu indywidualnym. Jednym z zasadniczych sposobów zwalczenia lęku lub jego przytłumienia jest dojście do punktu szczytowego jednej z zasadniczych postaw uczuciowych, tj. postawy "od" lub "do". Szczytowym punktem postawy "od" jest mord, czyli maksymalna agresja. Agresja idzie w parze z lękiem, stanowi ona jednocześnie antidotum na lęk. W agresji bowiem człowiek wychodzi z lękowej pozycji zaszczucia i maksymalnego skurczenia się własnej czasoprzestrzeni, ze wściekłością i rozpaczą uderza w otaczający świat. Zniszczenie jakiegoś fragmentu tego świata przynosi mu ulgę i poczucie, że jest zwycięzcą, że jego przeznaczeniem jest nie tylko klęska. Lęk należy do uczuć mieszczących się w postawie "od" i dlatego znacznie częściej występuje w nim agresja niż zachowanie charakterystyczne dla postawy "do". W lęku jednak nie można osiągnąć szczytowego punktu postawy "od", w lęku bowiem człowiek się cofa i ucieka, w końcu staje się prawie niczym, zerem. Zenit postawy "od" osiąga się w maksymalnym nasileniu agresji, tj. w mordzie. Dlatego też pod wpływem lęku często gorączkowo szuka się kozła ofiarnego, na którym można by ze spokojnym sumieniem wyładować własną agresję. Lęk rozładowuje też osiągnięcie szczytu postawy "do", tj. akt seksualny. Zwykle w lęku punkt ten osiąga się bez przejścia pośredniej drogi miłości i dlatego w okresach zagrożenia nie obserwuje się przejawów miłości, ale raczej przejawy rozpusty. Dezintegracja Drugim sposobem na lęk jest nadmierna dezintegracja lub nadmierna integracja. Dezintegracja polega na szukaniu oszołomienia w alkoholu, narkotykach, tańcach ekstatycznych; świadomość jest wtedy przymroczona, lęk rozpływa się w chaosie przeżyć. Dezintegracja może zjawić się spontanicznie pod wpływem silnego lęku, dochodzi nawet do utraty przytomności, do lękowego zamroczenia lub schizofrenicznego chaosu. Integracja Nadmierna integracja polega na stworzeniu konstrukcji urojeniowej; z chwilą skrystalizowania się urojeń lęk z reguły maleje, wszystko staje się jasne, wiadomo, co jest przyczyną naszego lęku, jasno rysuje się sylwetka wroga, trzeba go tylko zniszczyć, znika niepewność, niewiadome, które zawsze towarzyszy lękowi. Wróg i jego sposoby są wyraźne, mogą to być Żydzi zatruwający studnie, z których szerzy się czarna śmierć, komuniści spiskujący i przygotowujący zamach na istniejący porządek rzeczy, kliki działające tajemniczymi aparatami. Wiadomo teraz, gdzie należy skierować atak i przed czym się bronić, gdy zniszczy się wroga, zginie zagrożenie. Integrację osiąga się też przez spójność z grupą, człowiek wtedy nie jest już sam w obliczu zagrożenia, ale razem z towarzyszami, a poza tym broni nas wódz, który prowadzi do zwycięstwa; on odsuwa niebezpieczeństwa, on jest naszą tarczą i obroną, on za nas podejmuje decyzje. Dystans - zmysł humoru - postawa transcendentna Trzecim wreszcie sposobem jest oderwanie się od sytuacji zagrożenia, zdobycie się na odwagę dystansu. Patrząc na zagrożenie z daleka obiektywizujemy je; staje się ono mniejsze i tym samym zmniejsza się nasz lęk. Dystans można osiągnąć dzięki zmysłowi humoru lub dzięki tendencjom transcendentnym. Przez te ostatnie rozumie się takie przedstawienie hierarchii wartości, iż własne życie przestaje być sprawą najważniejszą, cel sięga poza kres indywidualnego życia, na skutek czego lęk przed śmiercią ulega znacznej redukcji, tak więc w czasie szalejącej czarnej śmierci można śpiewać O du lieber Augustin lub Stabat Mater Dolorosa. Obie postawy: zmysłu humoru i transcendentna - wydawałoby się - bardzo różne, mają jednak pewne zasadnicze cechy wspólne. Człowiek patrzący na świat z przymrużeniem oka zdaje sobie sprawę z przemijalności wszystkiego, co go

147

otacza; w jego hierarchii wartości na pierwszym miejscu znajduje się podstawowa cecha życia, mianowicie zmienność, wszystko musi umrzeć, by na nowo się odrodzić, odczuwa on więc rytm śmierci i zmartwychwstania, charakterystyczny dla wszystkiego, co żyje. W pewnym stopniu patrzy na świat sub specie aeternitatis. Dlatego przy takiej postawie zmniejsza się lęk i niknie urojeniowe patrzenie na rzeczywistość. Polegają one bowiem na utrwaleniu obrazu świata, a zachowując zmysł humoru, widzi się jego zmienność. W postawie transcendentnej w hierarchii ważności pierwsze miejsce zajmuje cel transcendentny, tj. wychodzący poza pole własnego życia. Jeśli żołnierz w walce ryzykuje życie, to w znacznej mierze dlatego, że na pierwszym miejscu jest cel, który od tego życia jest ważniejszy: obrona ojczyzny, pokonanie wroga, honor munduru itp. Jeśli ktoś idzie na śmierć dla wyznawanej przez siebie idei, to ta idea w jego hierarchii ważności wyprzedza inne cele, choćby tak biologicznie ważne, jak zachowanie własnego życia. Jeśli matka naraża się na śmierć dla ratowania własnego dziecka, to jej miłość do dziecka, wynikająca z drugiego prawa biologicznego, jest ważniejsza niż miłość własnego życia, wynikająca z pierwszego prawa. Jeśli ktoś skacze w ogień czy do wody, by ratować drugiego człowieka, to u niego prawo zachowania życia gatunku jest silniejsze od prawa zachowania własnego życia. Prawo zachowania życia gatunku jest celem transcendentnym, gdyż wykracza poza pole własnego życia. Jak starano się w tej i w poprzednich książkach udowodnić, z niego wywodzą się uczucia pozytywne i ono jest źródłem miłości, a prawdopodobnie też piękna. "W bojaźni nie ma miłości, ale doskonała miłość precz wyrzuca bojaźń" ( II Jan, 4, 18). Najbardziej kocha się to, co jest na pierwszym miejscu w hierarchii ważności. Jeśli osiągnięcie zenitu postawy "do" zmniejsza napięcie lękowe, o czym była już mowa, to dzieje się to na zasadzie rozładowania; efekt na ogół jest krótkotrwały, podobnie jak po osiągnięciu zenitu postawy "od". Natomiast uczucie miłości prawdziwie niweluje lęk, gdyż istotne jest w niej nie osiągnięcie szczytu, ale dążenie do niego, tj. dążenie do celu. Cel transcendentny ma zawsze w sobie podkład miłości, gdyż miłość właśnie jest dążeniem poza pole własnego życia, dążeniem do złączenia się z tym, co jest na zewnątrz nas. Cel transcendentny jest silnym czynnikiem integrującym dzięki temu właśnie, że znajduje się on poza zasięgiem naszych egoistycznych celów życiowych; działa integrująco na całe życie człowieka, stwarza wewnętrzny porządek, co też sprzyja redukcji lęku. Zarówno przy transcendentnych celach, jak i w zmyśle humoru nie my jesteśmy najważniejsi, ale to, co jest na zewnątrz nas. I z tym właśnie jesteśmy uczuciowo związani. Człowiek żyjący dla transcendentnego celu musi ten cel kochać; człowiek obdarzony zmysłem humoru musi kochać otaczający go świat z jego przemijalnością i zmiennością. Obie postawy łączy uczucie miłości do tego, co na zewnątrz nas, a jednocześnie poczucie dystansu do ważności spraw mieszczących się wyłącznie na poletku własnego życia. A więc te dwie tak różne pieśni: O du lieber Augustin i Stabat Mater Dolorosa, rozszerzają horyzonty człowieka i uwalniają go z pęt lęku. "I będzie tułaczem od strachu" (Izaj. 10, 19). Człowiek żyjący w lęku miota się i plącze, czuje się zagubiony, jest prawdziwym tułaczem. Dezintegracja lub patologiczna hiperintegracja są częstym rezultatem silnego lub długo trwającego lęku. Dystans w stosunku do sytuacji zagrożenia, który osiąga się poprzez postawę humoru lub transcendencji, działa porządkująco na hierarchię ważności, dezintegracja maleje, a za nią lęk, zwłaszcza jego komponent dezintegracyjny. Obie postawy dzięki tkwiącej w nich miłości do świata rozrywają więzy lęku i człowiek za Psalmistą może powiedzieć dirupisti vincula mea (Psalm 115). Czuje się znów wolny, ma świat przed sobą, świat, który go przyciąga rozmaitością barw i form, i swoją wieczną zmiennością, nieprzewidzialnością i tajemnicą.

148

LECZENIE Psychoterapia Wieloznaczność lęku Lęk w medycynie jest problemem, z którym parała się ona od swych początków. Choroba stanowi zawsze mniejsze lub większe zagrożenie życia, sygnał lękowy jest więc w niej zjawiskiem zrozumiałym. Człowiek w chorobie boi się śmierci, bólu, cierpienia, zniedołężnienia, utraty dotychczasowej pozycji życiowej, erotycznej, zawodowej, towarzyskiej. Boi się też o swój prestiż, jak zachowa się w chwilach cierpienia i w obliczu śmierci. Choroba stawia go wobec tajemnicy własnego ciała, nie wie on, co w nim się dzieje, jakie jeszcze niespodzianki ze strony własnego ciała mogą go spotkać; ciało staje się nieposłuszne, groźne i tajemnicze. Lęk w małych dawkach dzięki towarzyszącej mu mobilizacji wegetatywno-endokrynnej może pobudzać mechanizmy obronne ustroju, działać więc do pewnego stopnia korzystnie na przebieg choroby. Natomiast lęk zbyt silny i utrwalony na pewno działa niekorzystnie, choćby na skutek nadmiernej mobilizacji wegetatywnoendokrynnej, która w skrajnych wypadkach doprowadzić może nawet do śmierci. Przesunięcie lęku - katharsis - sugestia W medycynie pierwotnej stosowano świadomie czy nieświadomie metodę, którą można by określić jako przesunięcie lęku. Mianowicie pod wpływem różnego typu zastraszających ceremonii i zabiegów oraz pod wpływem niezwykłego autorytetu lekarza-czarodzieja chory zamiast bać się samej choroby, śmierci, tajemnych sił, które chorobę spowodowały, odczuwał lęk przed tajemną mocą lekarza cudotwórcy. Był to lęk pozytywny, gdyż łączył się z wiarą, iż ten człowiek może go wyzwolić z choroby. Ważnym elementem w praktykach leczniczych ludów tzw. pierwotnych było oczyszczenie zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Oczyszczenie psychiczne polegało na wyznaniu swoich win, które mogły przyczynić się do powstania choroby; przypominało to spowiedź lub psychoterapię; w psychoterapii chory też uważa, że powinien oczyścić się ze swych przewinień. Choroba jest złem; żeby się od niego uwolnić, trzeba się wewnętrznie oczyścić nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Współczesna medycyna daleka jest od sugestywnych i nieraz zastraszających metod medycyny pierwotnej, niemniej czynnik sugestii nadal silnie wpływa na wyniki terapeutyczne. Bada się go nawet naukowo jako tzw. placebo effect, tj. lecznicze działanie środka obojętnego. A chory współczesny wprawdzie nie patrzy z taką grozą na swego lekarza jak człowiek pierwotny, niemniej tajemniczy żargon lekarski, skomplikowana aparatura diagnostyczno-terapeutyczna, autorytet nauki przez duże N mogą wywoływać u niego analogiczne przesunięcie lęku jak u chorych leczonych metodami medycyny pierwotnej. Moment oczyszczenia we współczesnej medycynie z wyjątkiem psychiatrii ograniczył się prawie wyłącznie do oczyszczenia fizycznego (usunięcie czynników szkodliwych w ustroju), w chorobie jednak, zwłaszcza ciężkiej, odczuwa się nieraz potrzebę oczyszczenia psychicznego, uwolnienia się od ciężaru winy, który potęguje lęk. Stąd u chorych bierze się potrzeba zwierzeń, oczekiwanie tolerancji i przebaczenia ze strony otoczenia. Redukcja lęku Psychoterapeuta Nie ma dotychczas opracowanej naukowo metody redukowania lęku u chorego. Lekarze (poza psychiatrami) posługują się przeważnie improwizowaną psychoterapią, wspomaganą ostatnio szeroko lekami anksjolitycznymi (obniżającymi napięcie lękowe). Podejście psychoterapeutyczne u lekarzy somatyków jest zwykle wypadkową ich cech osobowości, doświadczenia lekarskiego i intuicji. Nie należy lekceważyć tej improwizowanej psychoterapii; czasem jest ona znacznie skuteczniejsza od tej, którą prowadzą kwalifikowani specjaliści w tej dziedzinie. Nieraz spojrzenie lekarza, jego uspokajające słowo, gest, dotknięcie ręki przynoszą ulgę choremu, zmniejszają jego napięcie lękowe, a nawet odczuwanie bólu. W ten sam sposób leczniczo działają też niektóre pielęgniarki; ich działanie jest może ważniejsze, gdyż znacznie częściej niż lekarz stykają

149

się z chorym. Wydaje się, że psychiatrzy, a zwłaszcza psychoterapeuci kwalifikowani, wiele by jeszcze skorzystali obserwując tych lekarzy i te pielęgniarki, które specjalnie odznaczają się kojącym działaniem na swych pacjentów. Cechy psychoterapeuty Odwaga Jakie czynniki odgrywają rolę w uformowaniu się korzystnego oddziaływania psychoterapeutycznego? Nim zanalizuje się je w przyszłości w sposób naukowy, można by na razie podać następujące sugestie. Naczelny chirurg armii greckiej pod Troją nazywał się Macheon (mache po grecku znaczy "walka"). Obowiązkiem lekarza jest walczyć z chorobą i ze śmiercią, walkę tę powinien prowadzić do ostatka, choć wszystkie pozycje wydają się stracone. Musi wierzyć w swe zwycięstwo, mieć odwagę i upór, by przeciwstawić się temu, co nieraz wydaje się niezwalczone. Przeciwstawieniem lęku jest odwaga, człowiek odważny wychodzi naprzeciw niebezpieczeństwu, nie ucieka przed nim. Odwaga redukuje lęk w otoczeniu. Odważny dowódca potrafi porwać wystraszonych żołnierzy do ataku, w jego obecności czują się bezpieczni. Człowiek odważny jakby odsuwa niebezpieczeństwo od tych, co żyją w lęku, spełnia wspomnianą rolę danger control. Jeśli lęk wzmaga procesy dezintegracyjne i człowiek w lęku "traci głowę", to odwaga stymuluje procesy integracyjne. Człowiek odważny wie na ogół, do czego dąży, nie boi się sytuacji zagrożenia i dlatego nie działa ona na niego paraliżująco. Ten spokój i porządek w obliczu niebezpieczeństwa udziela się otoczeniu i zmniejsza jego napięcie lękowe. Zachowanie odwagi w zawodzie lekarskim nie jest sprawą łatwą. Nierzadko lekarz staje w obliczu sytuacji, wobec której całkowicie czuje się bezradny, zdaje sobie sprawę ze swej niewiedzy i z ograniczenia własnych możliwości, mimo to jednak musi sprostać niebezpieczeństwu, nie stracić głowy, wierzyć w swoje zwycięstwo i w swoje umiejętności; jego niepokój i brak wiary od razu udzieliłyby się choremu. Chorzy na ogół błyskawicznie orientują się, że ich lekarz nie ma już nadziei na ich wyzdrowienie lub że w ich sytuacji czuje się całkowicie bezradny. Zwykle wystarczy drobny gest, niepozorny grymas twarzy, nieostrożna wypowiedź, gorączkowe ruchy itp., by chory wyczuł, że jest z nim niedobrze; wzmaga to bardzo jego niepokój, traci bowiem wiarę w człowieka, który dotychczas dawał mu nadzieję zwycięstwa nad chorobą i stwarzał poczucie bezpieczeństwa. Wiara Z odwagą idzie w parze wiara w zwycięstwo. Lekarz musi do ostatka wierzyć, że uda mu się pokonać chorobę. Nawet gdy sytuacja jest zupełnie beznadziejna, jego obowiązkiem jest walczyć do końca o życie chorego. Czasem zastanawiamy się, czy warto wkładać tyle wysiłku, by przedłużyć życie chorego o kilka dni, a nawet kilka godzin. Zachowanie optymizmu jest bardzo trudnym zadaniem lekarskim. Postawa optymistyczna jest nierzadko sprzeczna z wiedzą i zdrowym rozsądkiem. Wbrew oczywistym faktom lekarz musi do końca zachować choćby iskrę nadziei. Utrata jej, przyjęcie postawy pesymistycznej są zwykle natychmiast wyczuwane przez chorego i doprowadzają zazwyczaj do załamania psychicznego i fizycznego. Lekarz musi też wierzyć w swoje umiejętności i w stosowane przez siebie metody. W medycynie często można obserwować zbieżność między popularnością a efektywnością danej metody leczniczej. Lek, który daje doskonałe wyniki lecznicze, po krótszym lub dłuższym okresie traci znacznie na swej skuteczności i z czasem wychodzi całkiem z użycia. Medycyna pod tym względem przypomina modę kobiecą. Istnieją w niej "mody" na metody terapeutyczne, a także diagnostyczne. Nie ma powodu przypuszczać, by dana substancja chemiczna zmieniała swoiste działanie na ustrój ludzki pod wpływem czasu. Natomiast dużym wahaniom może ulegać nieswoiste działanie leku (tzw. placebo effect), a więc związane nie z jego właściwościami chemicznymi, ale z różnymi czynnikami natury sugestywnej. Na ogół gdy lekarz wierzy w stosowany lek, lek ten działa, gdy wiarę tę utraci, skuteczność leku znacznie spada.

150

Wiara w efektywność własnego działania w medycynie wpływa w sposób wyraźny na jego rzeczywistą skuteczność. Lekarzom niejednokrotnie zarzuca się przesadną zawodową pewność siebie, "udają, że wiedzą więcej, niż naprawdę wiedzą". Jeśli rzeczywiście wykazują takie cechy charakteru, to dzieje się tak z konieczności zachowywania wiary w stosowane przez siebie metody. Wiara taka nie zawsze idzie w parze z naukowym krytycyzmem, trudno obie postawy pogodzić ze sobą. Nie zawsze dobry lekarz praktyk jest dobrym naukowcem i odwrotnie. Postawa uczuciowa - miłość Obok odwagi i optymizmu ważnym czynnikiem w zwalczaniu lęku chorego jest właściwa postawa uczuciowa. O lekarzu, do którego chorzy czują zaufanie, mówią oni często "to jest nasz ojciec". W każdej poważniejszej chorobie na skutek zagrożenia, bólu, bezradności występuje wyraźna regresja. Chory czuje się, a często też zachowuje jak dziecko. Potrzebuje opieki, ciepła, poczucia bezpieczeństwa, słowem tego, co określa się jako "środowisko macierzyńskie". Lekarz w pewnej mierze spełnia zastępczą rolę ojca, a pielęgniarka - rolę matki. Poczucie chorego, że ma on przy sobie takich pseudo-rodziców, zmniejsza znacznie jego napięcie lękowe. Czasem wystarczy sama obecność lekarzy lub pielęgniarki, jeśli chory ma do nich pełne zaufanie, by czuł się on lepiej, a nawet by zmniejszały się jego bóle. Cechą charakterystyczną środowiska macierzyńskiego jest specyficzna atmosfera miłości. To środowisko jest konsekwencją drugiego prawa biologicznego, które z kolei, jak starano się tu wykazać, jest źródłem miłości. Miłość jest jednym z najsilniejszych antidotów na uczucie lęku, dlatego tak ważną odgrywa rolę w relacjach pacjenta z lekarzem i pielęgniarką. Relacje te stanowią kompleks wielu splątanych nieraz postaw emocjonalnych i racjonalnych. Analiza tych stosunków mogłaby, jak wspomniano, rzucić wiele nowego światła na zjawisko tak ważne w lecznictwie, jak podejście psychoterapeutyczne. Psychoterapia lęku w psychosomatyce i w psychiatrii Problem lęku w psychiatrii jest znacznie szerszy i bardziej skomplikowany niż w medycynie somatycznej. Chorzy psychiatryczni manifestują różnego rodzaju typy lęku, nie tylko lęk wywołany zagrożeniem z wnętrza ciała. Psychiatra musi więc dysponować dużą wiedzą psychopatologiczną, by móc właściwie ocenić rodzaj lęku i jego pochodzenie. Lęk u chorych psychiatrycznych jest nie tylko znacznie bardziej różnorodny niż u chorych somatycznie, ale też ma większą amplitudę wahań i większe tendencje do utrwalania się. Nasilenie lęku w chorobach psychicznych, np. w schizofrenii, przekracza na ogół możliwości wczucia się w to przeżycie. Jeśli w chorobach somatycznych sygnał lękowy jest na ogół krótkotrwały, zwykle najsilniej występuje na początku choroby i w okresach jej nasilenia, to w zaburzeniach psychicznych ma on charakter sygnału ciągłego. Trwa miesiącami, a nieraz latami. Psychiatra więc w znacznie większym stopniu niż lekarz somatyk musi umieć radzić sobie z lękiem swego pacjenta. Lęk przed chorym psychicznie Sytuację utrudnia fakt, że zaburzenia psychiczne, a w szczególności psychozy, budzą lęk w samym lekarzu. Oczywiście nie przyznaje się on do takiego lęku, gdyż uchybiałoby to godności psychiatry. Już sam fakt jednak, iż zazwyczaj stawia dość ostrą granicę między zdrowymi a chorymi, choć w rzeczywistości granica ta jest raczej nieokreślona, świadczy o tendencjach izolacyjnych. To, czego się boimy, staramy się od siebie odsunąć, odizolować od nas, budujemy wysoki mur, by się uchronić przed niebezpieczeństwem, które czyha z zewnątrz. Granica jest zawsze wyrazem lęku, poza nią jest teren nieznany, niepewny, niebezpieczny, a nieraz wręcz wrogi. Lęk przed chorobą psychiczną tkwi głęboko w naturze ludzkiej i nawet praca w zawodzie psychiatry nie może go całkowicie zniwelować. Jest to lęk przed tym, co jest inne, co nie mieści się już w ludzkiej wspólnocie, lęk przed nocą podświadomości, którą odczuwa się w samym sobie, przed nieprzewidzialnym i niewytłumaczalnym itp. Lęk zamaskowany w postawie terapeutycznej Psychiatra broni się przed tym uczuciem etykietą choroby psychicznej, tą nazwą stara się wszystko wytłumaczyć. Ale gdy etykiety tej od razu nie umieści,

151

gdy objawy zaburzeń psychicznych zamanifestuje ktoś z jego bliskich, wówczas ich albo nie dostrzega, albo wywołują one uczucie silnego zaskoczenia graniczącego z przerażeniem, a nawet grozą. Fakt, że w stosunku do chorych psychicznie od wieków stosowano metody najbardziej agresywne i nieludzkie, świadczy o tym, jak silny był lęk przed nimi. Wprawdzie współczesna psychiatria chlubi się swym humanitarnym podejściem, ale pod powierzchnią humanitaryzmu nie tak trudno nawet w niej doszukać się postaw lękowych i agresywnych. Nie jest to oskarżenie w stosunku do psychiatrów, ale zwrócenie uwagi na fakt, jak głęboko w naturze ludzkiej tkwi lęk przed zaburzeniem psychicznym. Lęk ten może być maskowany nadmierną opiekuńczością, dyskretną pogardą i lekceważeniem, przesadną tolerancją, która pozbawia chorego wszelkiej odpowiedzialności, a przecież odpowiedzialność jest właśnie cechą świadczącą o ludzkiej godności itp. Lęk nie wpływa korzystnie na tworzenie się atmosfery środowiska macierzyńskiego, ważnej dla wyników terapeutycznych w medycynie somatycznej, a może w jeszcze większym stopniu w psychiatrii. Dziś wprawdzie w psychiatrii zwraca się szczególną uwagę na tzw. środowisko terapeutyczne, nie zawsze jednak pod "demokratycznymi" urządzeniami dla chorych kryje się prawdziwy dla nich szacunek i sympatia. Właściwy klimat środowiska terapeutycznego nigdy się nie wytworzy, jeśli w stosunkach między chorymi a personelem i wśród personelu czai się brak zaufania i lęk. Lęk jest przeciwstawny miłości i jedno drugie niszczy. Lęk odbiera też odwagę, a właśnie odwaga jest w medycynie cechą jak najbardziej potrzebną. I jeśli lekarze somatycy potrafią do końca walczyć ze śmiercią, nieraz na pozycjach z góry straconych, to w psychiatrii tego ducha odwagi często brakuje. Zbyt pochopnie szafuje się terminami, które sugerują brak wszelkiej nadziej, jak "schizofreniczny defekt", "organika", "psychopatia". Nic tu już nie da się zrobić, psychiatra wycofuje się z pola walki. W medycynie somatycznej cel jest jasno wyznaczony, chory ma wrócić do zdrowia, mniej więcej wiemy, czym jest zdrowie fizyczne. Znacznie trudniej jest określić zdrowie psychiczne, czy w ogóle coś takiego istnieje, a jeśli istnieje, czy nie zuboża ono psychiki ludzkiej. Psychiatra nie ma więc jasno wyznaczonego celu, do którego dąży, i dlatego łatwiej od lekarza somatyka poddaje się naciskowi choroby. Ku źródłom lęku Ze względu na różnorodność postaci lęku w psychiatrii jego zwalczanie nie może się tylko ograniczać do przyjęcia właściwej postawy psychoterapeutycznej; trzeba umieć dojść do źródła lęku, umieć rozładować daną sytuację lękotwórczą, co wymaga nieraz dużej wiedzy psychopatologicznej i intuicji. Oczywiście podejście psychoterapeutyczne jest sprawą najważniejszą, nie pomoże najwnikliwsza analiza, gdy brak jest wzajemnego zaufania i sympatii. Ale też samo podejście psychoterapeutyczne nie wystarcza, trzeba poznać życie chorego i wczuć się w jego przeżycia, uporządkować je w sposób możliwie logiczny, na co nie wystarcza nieraz kilkaset godzin rozmów z chorym. Psychofarmakologia Rozkwit psychofarmakoterapii znacznie uprościł zadanie lekarzy, jeśli chodzi o redukcję lęku. Wystarczy podać tabletkę, a napięcie lękowe maleje. Ma to swoje niebezpieczeństwa. Zwalczanie lęku wymaga wysiłku zarówno ze strony chorego, jak i lekarza. Człowiek z natury jest raczej leniwy i gdy może osiągnąć ten sam cel z dużym wysiłkiem lub minimalnym, raczej jest skłonny wybrać drugą drogę. Dlatego też tak obficie dziś zapisuje się i zażywa leki zmniejszające napięcie lękowe. Leki te działają na krótką metę, zmniejszają napięcie lękowe, wegetatywne i mięśniowe, ale nie usuwają źródła lęku, toteż lęk nadal powraca i chory boi się żyć bez swojej tabletki, żyje w lęku przed lękiem. Stąd biorą się powszechne dziś lekomanie. Lekarz, mogąc za pomocą tabletki osiągnąć to, co normalnie wymaga bardzo dużej pracy nad sobą (wyrobienie właściwej postawy psychoterapeutycznej) i stałego pogłębiania swej wiedzy psychopatologicznej (umiejętność trafienia do źródła lęku), może łatwo rezygnować z wysiłku i zadowolić się bezmyślnym redukowaniem lęku za pomocą leków. Wysiłek jego będzie koncentrował się na wyborze najskuteczniej działającego leku, co też nie jest obecnie

152

zadaniem łatwym, gdyż leków tych są już setki, a nawet tysiące. Profilaktyka Zadania medycyny obejmują nie tylko leczenie, lecz też zapobieganie chorobom. Profilaktyka staje się obecnie coraz ważniejszą częścią medycyny. Lęk stanowi jedno z poważnych zagrożeń życia człowieka, zarówno indywidualnego, jak i społecznego. Jego skutki odbijają się na zdrowiu fizycznym i psychicznym. Lekarze, a zwłaszcza psychiatrzy, mają nawet zbyt często okazję obserwować różnego rodzaju sytuacje lękotwórcze w obrębie rodziny, szkoły, miejsca pracy, w warunkach społecznych i kulturalnych. Są przeważnie wobec nich bezsilni. Mają bowiem mały wpływ na zmianę biegu tego świata, uświadamiają, ostrzegają, ale ich wołania nie odnoszą na ogół większego skutku. Lęk we współczesnej cywilizacji stał się zjawiskiem zbyt powszechnym i zbyt destruktywnym, by przejść obok niego obojętnie. Lęk jest sygnałem zagrożenia, trzeba by dojść do istoty tego zagrożenia i spróbować mu zaradzić, ale tu już sami lekarze nie pomogą.

153

WYBÓR PIŚMIENNICTWA Lęk jest zagadnieniem szczegółowym, które przewija się w różnych specjalnych dziedzinach psychiatrii, psychologii, socjologii itd. W tysiącach publikacji, których tytuły są często tematycznie odległe, można znaleźć w mniejszych lub większych fragmentach wzmianki, uwagi czy też szersze wypowiedzi na temat lęku. Opracowanie pełnej bibliografii lęku, które zresztą może być pożytecznym zadaniem bibliografów, wykraczałoby poza potrzeby tej książki. Piśmiennictwo jest więc tutaj podane w niewielkim wyborze, przy czym zostały uwzględnione przeważnie prace nowsze, w których nieraz autorzy powołują się na publikacje wcześniejsze. Wybór ten zawiera pozycje autorów wymienionych w tekście książki. 1. Achelis T., Die Ekstase in ihrer kulturellen Bedeutung, von Johannes Rade, Berlin 1902. 2. Allport G., Postman L. The psychology of rumor. Henry Holt, New York 1947. 3. Altschule M. D., Roots of modern psychiatry. Grune & Stratton Inc., New York, London 1965. 4. Anxiety. Red. P. H. Hoch, J.Zubin, Grune & Stratton, New York 1950. 5. Anxiety and behavior. Red. Charles D. Spielberger, New York 1966. 6. Arbaugh G.E., Arbaugh G.B., Kierkegaards authorship, George Allen & Unwin Ltd., London 1968. 7. Aspects of anxiety. Przedni., C. H. Hardin Branch. Philadelphia 1965. 8. Auersperg A. P.. Vom Werden der Angst. Nervenarzt, 1958, 5, 193. 9. Basowitz H., Persky H.. Korchin S., Grinker R., Anxiety and stress, McGraw Hill, New York 1955. 10. Battegay R.. Angst und Sein, Hippokrates, Stuttgart 1970. 11. Beier E., The effect of induced anxiety on flexibility of intelectual functioning. Psychol. Monogr., 1951, 65. 9. 12. Beigier J. S., Anxiety as an aidin the prognostication of impending death. Arch. Neurol. Psychiat, 1957, 77, 171. 13. Benedetti G., Die Angst in psychiatrischer Sicht, w: Die Angst. Studien aus dem C. G. Jung-lnstitut, Rascher, Zurich, Stuttgart 1959, 10, 147. 14. Benz E., Die Angst in der Religion, w: Die Angst. Studien aus dem C: G. Jung-lnstitut. Rascher, Zurich, Stuttgart 1959, 10, 189. 15. Berg C, The fundamental nature of anxiety. Brit. J. Med. Psychol.. 1951, 24, 232. 16. Bitter W., Die Angstneurose, Huber, Bern, Stuttgard 1957. 321 17. Bitterman M., Kniffin C. Manifest anxiety and perceptual defense, J.Abnorm. Soc. Psychol., 1953, 48, 248. 18. Bollinger O. Uber plotzlichen Tod aus Angst bei einem Cefangenen. Munch.med. Wschr. 1888, 35, 331. 19. Boss M., Lebensangst. Schuldgefiihle und psychotherapeutische Befreiung, Hans Huber, Bern. Stuttgart 1962. 20. Bond D., The common psychological defences to stressful situations and the patterns of breakdown when they fail, Symposium on stress, Washington, National Research Council and Walter Reed Army Medical Center, 1953, s. 142. 21. Boutonnier J., L'Angoisse. Presse Univ. de France, Paris 1945. 22. Boven W., L'anxiete. Ann. med. Psychol., 1935. 93, 153. 23. Braun L, Herz und Angst. Eine arztliche psychologische Studie. Deuticke, Wien 1932. 24. Bromberg W.. Schilder P., Death and dying, Psychoanal. Rev., 1933, 20, 133. 25. Brown E.G., Arabian medicine. Cambridge Univ. Press, 1962. 26. Brown F., Civilian psychiatrie airraidcasualities. Lancet, 1941, 1, 686. 27. Bruegel M. A., Relationship of preoperawe anxiety to perception of postoperawpain. Nursing Research, 1971, 20, 26. 28. Brun R., Allgemeine Neurosenlehre, Schwabe, Basel 1954. Rozdz. 6, s. 111, Die Angstneurose. Rozdz. 18. s. 368, Die Symptombildung bei der Phobie. 29. Cannon W. B., Bodily changes in pain, hunger, fear and rage, Appleton, New York 1934. 30. Cantril H., The causes and control of riot and panie, Public Opinion duart. 1943, 7, 669.

154

31. Cattell R.B., Psychological definition and measurement of anxiety, J.Neuropsychiat, 1964, 5, 396. 32. Cattell R. B., Scheier I. H., The nature of anxiety: a review of thirteen multivariate analyses comprising 814 variables, Psychol. Reports, 1958, 4, 351. Southern Univ. Press, 1958. Monograph. Suppl. 5. 33. Chapman A. H., Management of emotional disorders, A manual for physicians, London 1962. 34. Choron J., Der Tod in abendlandischen Denken, Ernst Klett, Stuttgart 1967. 35. Claghorn J., The many faces of anxiety in different age groups. N. Y. St. J.Med., 1971. 71, 331. 36. Condrau G., Angst und Schuld als Grundprobleme der Psychotherapie, Hans Huber, Bern, Stuttgart 1962. 37. Czeżowski T., Strach i lęk (przyczynek do klasyfikacji uczuć), Odczyty filozof., Toruń, Tow. Nauk, w Toruniu, 1958, s. 257. 38. Davis R.G., Art and anxiety, Partisan Rev. 1948, 14, 310. 39. Deese J., Lazarus R., Keenan J., Anxiety, anxiety reduetion and stress in learning, J. exp. Psychol., 1953, 46, 55. 40. Denker R., Aufklarung uber Aggression, Kohlhammer, Stuttgart, Berlin, Koln, Mainz 1966. 41. Die Angst. Rascher, Zurich, Stuttgart 1959. 42. Diethelm.O., Jones M. R., The influence of anxiety on attention, learning, retention and thinking, Arch. Neurol. Psychiat., 1947, 58, 325. 43. Dollard J. Fear in banie, New Haven, Yale Univ. Press, 1936 (przedruk, P. Smith. New York 1949). 44. Dollard J., Doob L, Miller N., Sears R, Frustration and agression. Yale Univ, Press, New Haven 1939. 45. Domżai T., Badania nad pokrewieństwem i wspólnym podłożem moczenia nocnego, lęku nocnego i somnambulizmu, WAM, Łódź 1962. 46. Dumas G., La tristesse etlajoie. Felix Alcan, Paris 1900. 47. Dutta A. K., Anxiety, J. indian med. Ass., 1970, 55, 98. 48. Duvivier R., La genese du "Cantique spirituel" de Saint Jean de la Croix, Societe d'Edition "Les Belles Lettres", 95, Boulevard Raspail, Paris 191. 49. Evert W., Katamnestische Erhebungen bei Pavor nocturniis im Kindesal-322 ter. Dissertation, Hamburg 1966. 50. Eysenck H.J., A dynamie theory of anxiety and hysteria, J. ment. Sci.. 1955, 101, 28. 51. Existence. A new dimension in psychiatry and psychology. Red. R: May. E.Angel. H. F. Ellenberger. Basic Books, New York 1959. s. 37. - R. May, Contributions of existential psychotherapy. Cz. II, Anxiety and guilt as ontological. 52. Favez-Boutonier J., L'angoisse. Presse Univ. de France. Paris 1963. 53. Feelings and emotions. Red. M. L. Reymert. McGraw Hill, New York 1950. Tamże: H. S. Liddell, Animal origins of anxiety. 54. Fluphenazine in anxiety and tension. Red. W. W. Heseltine, Liverpool 1961. 55. Freud S., Hemmung. Symptom und Angst. Int. Psychoanal. Verlag, Leipzig. Wien, Zurich 1926. 56. Freud A., The ego and the mechanisms of defense. The Hogarth Press and the Institute of Psycho-Analysis, London 1937. 57. Freud S., The problem of anxiety, Norton, New York 1936. 58. Freud S., Uber der Berichtigung von der Neurasthenie einen bestimmten Symptomenkomplex a/s. Angstneurose abzutrennen, Neurol. Zbl.. 1895, 50. 59. Freud Z., Wstęp do psychoanalizy. Książka i Wiedza, Warszawa 1957, s. 351, wykład 25 pt. Lęk. 60. Freud S., Zur Kritik der"Angstneurose", Gesammelte Werke, t. I, s. 357. 61. Funktionsablaufe unter emotionellen Belastungen, S. Karger, Basel, New York 1964. 62. Gardner R. A., The use of guilt as a defense against anxiety. Psychoanal. Rev., 1970, 57, 137. 63. Gaylin W., The primacy of fear. Int. J. Psychiat. 1970-71, 9, 88. 64. Geleerd E. Psychiatrie care of children in wartime, Amer. J. Orthopsychiat, 1942. 12, 587.

155

65. Gelfman M., The relationship of anxiety to faulty characterological value systems, Amer. J.Psychoanal., 1971, 31, 59. 66. Glasenapp H. von, Religie niechrześcijańskie. Pax, Warszawa 1966. 67. Goldstein K., Zum Problem der Angst, Allgemeine arztliche Zeitschrift fur Psychotherapie und Psychische Hygiene. Hirzel, Leipzig 1929, t. 2, z. 7, s. 409. 68. Goldstein M. J., Palmer J. 0., The experience of anxiety, A casebook. New York 1963. 69. Grinker R. R., Sabshin M., Hamburg D. A., Board F. A., Basowitz H., Korchin S. J., Persky H., Chevalier J. A., The use of an anxiety-producing interview and its meaning to the subject. Arch. Neurol. Psychiat., 1957, 77, 406. 70. Haugen G. B., Dixon H/H., Dickel H. A., A therapy for anxiety tension reactions. New York 1958. 71. Hediger H., Die Angst des Tieres. w: Die Angst, Studien aus dem C. G. Junglnstitut. Rascher, Zurich, Stuttgart 1959, t. X. 72. Hellner H., Uber die Angst, Hippokrates, Stuttgart 1969. 73. Hes J. P., The changing social role of the Yemenite Mori, w: Magie, faith and healing. Red. A. Kiev. The Free Press of Glencoe, Collier Mc Millan Ltd. London 1964. 74. Hesnard A. L. M.. Les phobies et la neurose phobique. Des etas nerveux d'angoisse aux phobies systemtiques. Apercu historique, description clinique, psychopatologie, phenomenologie, psychanalyse, diagnostic differentiel, traitement, Paris 1961. 75. Hoffer E., Die Angst vor dem Neuen. Rowohlt Nr 288. Renbek bei Hamburg 1968. 76. Houston B. K., Anxiety, defensiveness and differential prediction of performance in stress and nonstress conditions. J. Personal. soc. Psychol., 1971. 17. 1, 66. 77. Hudson B., Anxiety in response to the unfamiliar, J. soc. Issues, 1954, 10, 55. 78. Jacobson E., Anxiety and tension control. A psychologie approach. Philadelphia 1954.323 79. Św. Jan od Krzyża. Dzieła. Ttum. O. Bernard od Matki Bożej; t. II. Wyd. Karmelitów Bosych, Kraków 1961. 80. Janet P., De 1'angoisse a l'extase, Alcan, Paris 1926-28. 81. Janis I. L, Psychologicalstress. Psychoanalytic and behavioral studies of surgical patients. John Wiley & Sonc Inc., New York; Chapman & Hali' Ltd., London 1958. 82. Jasienica P., Rzeczpospolita Obojga Narodów. Część trzecia: Dzieje agonii, PIW, Warszawa. 83. Jores A., Lebensangst und Todesangst, w: Angst. Studien aus dem C. G. Junglnstitut. Rascher, Zurich, Stuttgart 1959, t. 10, s. 175. 84. Kapłan B., Johson D. The social meaning of Navaho psychopathology and psychotherapy. w: Magie, faith and healing. Red. A. Kiev. The Free Press of Glencoe, Collier McMillan Ltd., London 1964. 85. Kerenyi CH., Le medicin divin. Promenades mythologiques sanctuaires d'Asclepios. Ciba Societe Anonyme, Bale 1948. 86. Kielholz P., Angst, Hans Huber, Bern, Stuttgart 1967. 87. Kierkegaard S., Der Begriff Angst, Rowohlt, Reinbek bei Hamburg 1960. 88. Kierkegaard S., Bojaźń i drżenie. Choroba na śmierć. Tłum. J. Iwaszkiewicz, PWN, Warszawa 1969. 89. Kierkegaard S., Le concept d'angoisse, Alcan, Paris 1935. 90. Kierkegaard S., Z listów do Reginy Olsen, "Twórczość", 1967, 3. 91. Kocowski T., Kofta M., Maruszewski T., Pleszewski Z., Wpływ lęku i gniewu na przebieg niektórych procesów psychicznych, "Psychologia Wychowawcza", 1970, 13, 184. 92. Kunzli A., Die Angst a/s abendlandische Krankheit, Rascher Zurich 1958. 93. Kuryłowicz J., Rozmowa z profesorem Jerzym Kuryłowiczem, "Znak", 1971, 203, 660. 94. La Barre W., Confession as cathartic therapy in American Indian tribes, w; Magie, faith and healing. Red. A. Kiev, The Free Press of Glencoe, Collier McMillan Ltd., London 1964. 95. La Bruyere J. de, Les caracteres, Librairie Garnier Freres, Paris 1839.

156

96. Lader M. H., Wing L., Physiological measures, sedative drugs and morbid anxiety, London 1966. 97. Lambot. A., Patterns of psychiatrie, care in developing African countries, w; Magie, faith and healing. Red. A. Kiev. The Free Press of Glencoe, Colliers McMillam Ltd., London 1964. 98. Lazarus A. A., Extension and intensional anxiety, Int. J. Psychiat, 1970-71, 9, 92. 99. Lewis A., The ambigouous word "anxiety", Int. J. Psychiat, 1970-71, 9, 62. 100. Lewitt E. E" The psychology of anxiety, Staples, London 1967. 101. Loosli-Usteri M., Die Angst des Kindes, Hans Huber, Bern, Suttgart 1928. 102. Lorenz K. Studies in animal and human behaviour, Methuen & Co Ltd., London 1970. 103. Manna P. A.. Effects of anxiety and defensive style on some aspects of friendship. J. Personal. soc. Psychol., 1971, 18, 55. 104. Marchais P., Angoise. anxiete et depression en pratique medicale courante. Cahiers du College de Medecine des Hopitaux de Paris, 1969, 10, 497. 105. May R. Paranoia and power anxiety. Journal of Projective Techniques and Personality Assessment, 1970, 34, 412. 106. May R., The meaning of anxiety. Ronald, New York 1950. 107. Meerloo J. A. M., Mental danger, stress and fear. J. nerv. ment. Dis., 1956, 123, 513. 108. Minkowski E., Que veut dire „ancestral”? (A propos de l'angoisse). Schweiz. Arch. Neurol. Psychiat., 1951, 1, 66. 109. Mintz I. L, Fleeting phobias. J. amer. Acad. child Psychiat, 1970. 9, 394. 110. Mitscherlich A., Lekarz wobec dylematu przystosowania, "Znak", 1972, 211, 84.324 111. Moeller M. L, Priifungsangst. Individuelle und institutionelle Bedingungen eines Symptoms (Ein psychoanalytischer Beitrag). Med. Welt, 1971, 8, 271. 112. Moloney J. C, Fear: contagion and conquest, Philos. Libr., New York 1957. 113. Murphy J. M., Psychotherapic aspects of shamanism on St. Lawerence Island, Alaska, w: Magie, faith and healing. Red. A.Kiev. The Free Press of Glencoe. Collier McMillan Ltd.. London 1964. 114. Murray D. C, Talk, silence and anxiety, Psychol. Buli. 1971, 75, 244. 115. Nohl J., The black death, Unwin Books, London 1961. 116. Noonan J. R., An obsessive-compulsive reaction treated by induced anxiety, Amer. J. Psychother., 1971, 25, 293. 117. Odier C, Uangoisse et la pensee magique, Neuchatel 1948. 118. Osiński H., Lękliwość u dzieci uzdolnionych, "Zdrowie Psych." 1963, 4, 1/2, 64. 119. Oswald I., Experimental studies of rhythm, anxiety and cerebral vigilance, J. Ment. Sci. 1959, 105, 439, 269. 120. Ozturk O. M., Folk treatment of mental illness in Turkey, w: Magie, faith and healing. Red. A.Kiev. The Free Press of Glencoe, Collier McMillan Ltd., London 1964. 121. Panse F., Angst und Schreck, Georg Thieme, Stuttgart 1952. 122. Pederson A. M., Effects of test anxiety and coacting groupe on learning and performance, Perceptual and Motor Skills, 1970, 30, 55. 123. Penfield W., Jasper H., Epilepsy and the functional anatomy of the human brain. Little, Boston 1954. 124. Persky H., Korchin S. J., Basowitz H., Board F. A., Sabshin M., Hamburg D. A., Grinker R. R., Effect of two psychological stresses on adrenocortical function. Studies on anxious and normal subjects. Arch. Neurol. Psychiat, 1959, 81, 2, 219. 125. Pfister O., Das christentum und die Angst, Artemis, Zurich 1944. 126. Pfister O., Schockdenken und Schockphantasien bei hochster Todesgefahr. Int. Z. Psychoanal., 1930, 16, 430. 127. Pięter J., Strach i odwaga. Nasza Księgarnia, Warszawa 1971. 128. Pięter J., Strach. Próba psychologicznej analizy, Lwowska Bibl. Pedagogiczna, Lwów 1938. 129. Preuss J., Biblischtalmudische Medizin, S. Karger, Berlin 1911. 130. Prince R., Indigenous Voruba psychiatry, w: Magie, faith and healing. Red.

157

A. Kiev. The Free Press of Glencoe, Collier McMillan Ltd., London 1964. 131. Rabkin R., An embarrassing situation, Int. J. Psychiat., 1970-71, 9,98. 132. Rachman S., Phobias, their nature and control, Springfield, New York 1968. 133. Rado S., Psychoanalysis of behavior. Collected papers. Grune & Stratton, New York, London 1956; s. 243. On the psychoanalytic exploration of fear and other emotions. 134. Rangell L., Nouvel essai pour resoudre le probleme de l'angoise, Rev. frane. Psychanal. 1971, 35, 1, 161. 135. Rank O., Das Trauma der Geburt, Int. Psych. Verlag, Leipzig, Wien, Zurich 1924. Toż pt. The trauma of Birth, Harcourt-Brace, New York 1929. 136. Riesenman F. R., Anxiety and tension in the pathogenesis of sleep disturbances. J. Clin. Psychopath., 1950, 11, 2, 82. 137. Rose A. R., Anxiety and pain, Med. Trial techn. Quart. 1970, 17, 147. 138. Ryn Z., Medycyna i alpinizm, PAN, Warszawa, Kraków 1973, seria Nauka dla Wszystkich, nr 189. 139. Ryn Z., Psychopathology in alpinism, Acta Med. Poi. 1971, 11,3, 453. 140. Safran A., La cabale, Payot, Paris 1960. 141. Saussure R. de, Ricoeur P.. Eliade M., Schuman R., Calogero G., Mauriac F., Uangoisse du temps present et les devoires de l'esprit. Histoire et societe d'aujourdhui. Editions de la Baconniere, Neuchatel 1954. 142. Schilder P., Weschsler D., The attitudes of children towards death, J. Genet. Psychol. 1934, 45, 406. 143. Schwartz C, Neurotic anxiety. Sheed et Ward, New York 1954. 144. Schwarz U., Die Angstin der Politik, w: Die Angst. Studien aus dem C.G. Jung-lnstitutt, t. 10. Rascher, Zurich, Stuttgart 1959. 145. Sears F., How to conquez fear. New York 1918. 146. Selye H., The physiology and pathology of exposure to stress, Montral Acta 1950. 147. Sensory deprivation. Harvard Univ. Press Cambridge, Massachussetts 1961. 148. Shands H., Finesinger J., Cobb S., Abrams R., Psychological mechanisms in patients with cancer. Cancer, 1951, 4, 1159. 149. Sorokin P., Man and society in calamity. E. P. Dutton, New York 1942. 150. Spiegel J., Emotional reactions to catastrophe. Stress Situations. Red. S. Liebman. Lippincott, Philadelphia 1955. 151. Stawiński K., Walka z lękiem w zębolecznictwie dziecięcym, "Czas. Stom." 1957, 10, 5, 279. 152. Steckel W., Nervose Angstzustande und ihre Behandlung, Berlin, Wien 1908. 153. Sullivan H. S., The interpersonal theory of psychiatry. Norton, New York 1953. 154. Tardieu E., Znudzenie. Tłum. M. Massonius. Drukarnia A. T. Jezierskiego, Warszawa 1904. 155. The effects of atomie bombs on Hiroshima and Nagasaki. USSBS Report. US Govt. Printing Office, Washington 1946. 156. The neuroses and their treatment. Red. E. Podolsky. Philos. Libr., New York (bez daty), s. 226. - E. Podolsky, The meaning of anxiety, s. 3. - R. A. Spitz, Anxiety in infancy: A study of its manifestations in the first year of life. 157. Tyhurst J., Individual reactions to community disaster: The natural history of psychiatrie phenomena, Amer. J. Psychiat, 1951, 107, 764. 158. Waelder R., Hemmung, Symptom und Angstvierzig Jahre spater. Psyche, 1970, 24, 81. 159. Wing J. K., Brown C. W., Institutionalism and schizophrenia, Cambridge at the University Press, 1970. 160. Wrześniewski K., Zmiana poziomu lęku u osób poddanych sanatoryjnej rehabilitacji po zawale serca, "Pol. Tyg. Lek.", 1971, 26, 996. 161. Young P. T., Motivation and emotion. John Wiley and Sons Inc., New York, London 1961. 162. Zaleski W., O psychologicznym wpływie lekarza na zwalczanie lęku u dzieci, "Czas. Stom." 1962, 15,5/6,489. 163. Zborowski M., Cultural components in responses to pain, J. Soc. Issues, 1952, 8, 16. 164. Ziese G., Ein Beitrag zur Psychopathologie der Angst, Psychiat. Neurol.

158

Med. Psychol., 1951, 1, 331. 165. Zulliger H., Die Angst unserer Kinder, Ernst Klett, Stuttgart 1966.

159

DEMONOLOGIA LĘKU Niektóre formy ekspresji i symboliki lęku w dziejach kultury Wstęp Ubique daemon — głosił Salvienus, uczeń św. Augustyna, jakby parafrazując hasło jońskich presokratyków: Panta pleura theou (wszystko pełne bóstwa). Ich panteizm przeobraził się u niego w pansatanizm, chrześcijańską formę pogańskiego pandemonizmu. W lęku wypełnia się pustkę nieznanego niebezpieczeństwa obrazami własnej imaginacji. Wydaje się, że w minionych wiekach wyobraźnia ludzka zagrożona przez tajemnicze dla niej siły natury wolała zmaterializować tę pustkę, zaludniając ją przerażającymi nawet stworami, niż pozostawić nieznaną, a tym samym bardziej groźną i niepokojącą. Mały i bezradny wobec ogromu morza człowiek, jakby nie dość mu było czyhających nań realnych niebezpieczeństw, zaludnił je Scyllami i Charybdami, na nieznanych wyspach osadził potwory i czarownice — strażników skarbów, źródeł wiecznej młodości, ziół leczących wszelkie nieszczęścia symboli potęg pomocnych w przezwyciężaniu lęków. W lasach, pustkowiach i na szczytach gór mieszkali bogowie, olbrzymy i monstra. Byli groźni, ale konkretni, można było z nimi walczyć lub starać się ich przebłagać. W podobny sposób racjonalizuje swoje lęki chory psychicznie, doszukując się przyczyn psychotycznych przeżyć w działaniu nadnaturalnych sił. Nieznane niebezpieczeństwo staje się znane i próbuje się go uniknąć lub walczyć z nim jak ten chory, który rysując prześladujące go demony unieszkodliwiał je, a nawet stawał się ich władcą drogą magicznego rozumowania, że symbol reprezentuje rzeczywistość. Rozdział napisany przez dr. Jana Mitarskiego. Zoopsycholog H. Hediger uważa lęk za najważniejszą przyczynę działania i ewolucji zwierząt. Pisze on: "Tendencja do ucieczki, strach przed wrogiem, lęk przed ogólnym zagrożeniem, jakkolwiek nazwiemy to zjawisko dominujące nad całą cielesną organizacją i zachowaniem, jest tym afektem, który ma absolutnie dominujące znaczenie w świecie zwierzęcym. Zjawisko to stanowi najbardziej skuteczną ochronę, jest najsilniejszym motorem w ontogenezie i w filogenezie. Jego brak prowadzi do śmierci jednostki i gatunku." Tego rodzaju generalizacja roli lęku wydaje się przesadą, gdyż chyba równie istotne - jeśli nie bardziej dla utrzymania życia jednostki i gatunku są zasadnicze instynkty wymagające nieraz przezwyciężenia lęku: instynkt samozachowawczy, zachowania gatunku, instynkt macierzyński oraz popęd poznawczy skłaniający do eksploracji i poznawania świata. Strach ma wielkie oczy - mówi przysłowie. W lęku świat przybiera formy tajemnicze i groźne. Są to metamorfozy inne niż te, z których tajemnicą człowiek spotykał się codziennie. Obserwował przemiany zgodne z rytmem pór roku, narodziny, życie i umieranie roślin i zwierząt, przeobrażanie się gąsienicy w motyla. Istota świata kryła się w jego niezmienności i ciągłym przeistaczaniu zgodnym z naturą. W myśl jej praw człowiek rodził człowieka, z nasiona wyrastała roślina dająca te same ziarna, noc następowała po dniu i te same gwiazdy o tej samej porze roku pojawiały się na firmamencie. Ale bywało, że ten harmonijny układ zakłócało coś nieprzewidzianego, co burzyło jego ład, budziło niepokój i lęk, podważało wiarę, że wszystko posuwa się po raz na zawsze ustalonych koleinach. Gasło słońce i jasny dzień przeradzał się w przerażającą ludzi i zwierzęta noc. Wśród ciał niebieskich, z których każde miało wyznaczone miejsce i rolę w kosmicznym panteonie, pojawiał się gaszący je swoim blaskiem intruz - kometa - i, przecinając niebo wbrew odwiecznie ustalonym torom, rwał więzy łączące rusztowania przepowiadanych losów. Kobieta rodziła potwora bez głowy lub o jednym oku, obłęd przeistaczał łagodnego człowieka w dziką bestię. Dotknięty chorobą twierdził, że jest demonem lub zwierzęciem, że nie poznaje samego siebie, że jego wygląd jest mu obcy i budzi w nim samym przerażenie. W takich chwilach ujawniały się siły chaosu mogące obalić harmonię wszechrzeczy,

160

ukazywało się inne oblicze świata, szalonego w swojej nieprzewidzialności. Monstra przyrody personifikowały zło, które w swych przewrotnych metamorfozach wyszydzało i negowało oczywistość potęg prawa i dobra. Były gotowymi wzorami, z których fantazja mogła czerpać wzory do kreacji fantastycznych wynaturzeń, zasiedlających obszary magicznej wyobraźni człowieka. Monstra służyły nie tylko swobodnej grze imaginacji, lecz za sprawą sił nadprzyrodzonych - dobrych i złych - miały do spełnienia wyznaczone im zadania. Były strażnikami świętych tajemnic, groziły cierpieniem, karą doczesną i wieczną za przekroczenie nakazów i zakazów. Niektóre sprzyjały człowiekowi, dawały się ubłagać modłami, przekupić ofiarami lub oszukać, jak to nieraz zdarzało się złośliwym, lecz głupim olbrzymom lub diabłom. Tak powstawała równowaga sił dobrych i złych, przychylnych i wrogich. Niejasny lęk konkretyzował się w demonie zła budzącym strach lub przemieniał w adorację bóstwa. Taką racjonalistyczną hipotezę powstania wiary w bogów postawił już Statius (poeta rzymski, ur. ok. 45, zm. 96) mówiąc: Primus in orbe deos fecit timor (Lęk pierwszy stworzył bogów na świecie) (Thebaides, III, 661). Jeśli jest to prawdą - to lęk był nie tylko jednym z czynników tworzących wierzenia religijne, lecz również źródłem twórczości artystycznej, a zwłaszcza sztuki fantastycznej. Demonologia Obecnie demonologia oznacza naukę zajmującą się badaniem wierzeń w demony. Dla przekonanych o istnieniu tych duchów była ona wiedzą o ich wyglądzie i właściwościach, o ich pożytecznym lub szkodliwym działaniu oraz sposobach postępowania z nimi. W moralnej dualistycznej koncepcji świata, dzielącej zjawiska na dobre i złe, lęki dotyczące różnych dziedzin życia stawiano na ogół po stronie zła i przypisywano im poszczególne rodzaje demonów, które personifikowały ostrzeżenie lub karę. Demon w pojęciu niechrześcijańskim jest to nadnaturalna istota, rodzaj bóstwa niższego rzędu, dobrego lub złego. W Grecji starożytnej daimonion Sokratesa był jego bóstwem osobistym, rodzajem pogańskiego anioła stróża. Platon trafnie i lapidarnie określił istotę lęku mówiąc, że jest on "oczekiwaniem tego, co się ma stać". W Sparcie poświęcony był Deimosowi, bóstwu lęku, specjalny kult, a Aleksander Wielki przed bitwą pod Issos składał mu uroczyste ofiary. Meduza, jedna z trzech Gorgon, której spojrzenie zamieniało w kamień, była metaforycznym wyobrażeniem osłupiającego działania lęku. Pomsta Erynii przypominała o karze za przekroczenie praw boskich lub ludzkich. Chrześcijańska nietolerancja potępiła wszelkie niechrześcijańskie wierzenia, uznając je za wyraz nieznajomości jedynej jej zdaniem prawdziwej religii lub świadomej złej woli. Dlatego też z chwilą powstania chrześcijaństwa dawne bóstwa zarówno życzliwe, jak i wrogie człowiekowi „zeszły do podziemia", uznane zostały za duchy zła, reprezentantów piekła. E. Langton podaje, iż wśród ludów pierwotnych charakter wrogich demonów przybierały bóstwa opiekuńcze sąsiednich nieprzyjaznych plemion. Podobnie nieraz dawne wierzenia, tracąc władzę, przedzierzgały się w opinii wyznawców nowej religii w magię i zabobon godne potępienia. Odtąd demon w nomenklaturze europejskiej stał się uosobieniem ciemnych sił, okrucieństwa, zniszczenia, niepohamowanych namiętności, wreszcie narzędzia kary za folgowanie występkom, a również uosabiał metafizyczny i moralny lęk przed wieczną zagładą. Bóg był jeden, lecz demonów był legion. Powstała potrzeba skatalogowania ich i stworzenia pewnego rodzaju typologii. Począwszy od rozprawy o demonologii Michała Psellosa (1020-1105) aż niemal po dzisiejsze czasy istniała dwojaka ich klasyfikacja. Jedna bardziej uniwersalna, oficjalnie uznawana przez Kościół i druga - ludowa, w której znajdowały wyraz wierzenia i baśnie poszczególnych narodów. Nawet tak postępowy na swe czasy Johannes Weyer (1515-1588), obrońca oskarżonych o czary, skwapliwie rejestrował postacie książąt piekielnych i ich pomniejszych sług w swoim dziele Pseudomonarchia Daemonum. Duchy te symbolizowały doczesne dążenia i przywary ludzkie. Na przykład Belial, "książę kłamstwa" ze Starego Testamentu, był później identyfikowany z Szymonem Magiem lub Antychrystem, a następnie stał się pełnym występków diabłem o uwodzicielskiej powierzchowności, demonem pederastii. Asmodeusz w Starym Testamencie to demon, który według legendy o Tobiaszu zabił siedmiu małżonków Sary. Schwytał go

161

w końcu anioł Rafael i spętanego uwięził w pustyni egipskiej. Dzięki temu Sara mogła poślubić Tobiasza. W demonologii magicznej Asmodeusz jest zarządcą dworu piekielnego, siewcą kłamstwa. Wyobrażano go jako monstrum o trzech głowach: byka, człowieka zionącego ogniem i kozła. Z upodobaniem uwodził dziewczęta i on to w XVII wieku zakłócił spokój sióstr urszulanek z Loudun. Moszyński1 rozróżnia u Słowian typy istot mitycznych: 1) strachy i mary nieszkodliwe tych, co zmarli śmiercią gwałtowną, 2) istoty półdemoniczne czarownice, wiedźmy, zmory, wampiry, upiory, 3) demony domowe - rodzaj drobnych bóstw opiekuńczych, 4) demony przeznaczenia (doli, losu), 5) demony śmierci, chorób i seksu. Południce napadały i doprowadzały do śmierci lub obłędu osoby, które nieopatrznie wypoczywały samotnie w południe na polnej miedzy. Pora ta, podobnie jak północ, była szczególnie niebezpieczna, gdyż demony miały wtedy łatwiejszy dostęp do człowieka. Słowiańskie demony, podobnie jak u innych narodów, charakteryzowały się nieraz poczwarnością, miały żelazne piersi, bywały jednookie, demony seksu występowały jako nagie, kuszące rusałki. Tradycjonalna ksenofobia przejawiała się w przypisywaniu diabłom cech cudzoziemskich w ubiorze, w sposobie zachowania. Szczególnie posądzano o kontakty z piekłem grupy obcej, nie zasymilowanej ludności: Żydów, Cyganów i osoby uprawiające niezwykłe zawody jak: kuglarzy, znachorów, mimów wędrownych itp. Jeśli chodzi o typologię psychologiczną demonów, są one uproszczonym, metaforycznym odbiciem wiedzy o naturze ludzkiej. Reprezentują to, co w terminologii Freudowskiej można by nazwać podświadomością, a więc sferę popędów i niepohamowanych instynktów. Natomiast istoty nadziemskie wyższego rzędu uosabiają sferę etyczno-moralną i ponadjednostkowe normy obyczajowospołeczne. Lęk stwarza poczucie znikomości wobec potęgi zagrożenia. Człowiek czuje się wobec niej zbyt mały i bezsilny, by móc jej sprostać. Plastycznie wyraża to kontrast między monstrami i ich ofiarami. Odyseusza i jego towarzyszy przeraża niezwykłość i ogrom jednookiego Polifema. Lęk stojący u progu tajemnicy wyolbrzymia i zwielokrotnia kształty potworów fantastycznego bestiarium. Święty Jan powiada w swej Apokalipsie: "I widziałem bestyję występującą z morza, mającą siedem głów i rogów dziesięć; a na rogach jej było dziesięć koron, a na głowach jej imię bluźnierstwa. A ta bestyja, którąm widział, podobna była rysiowi, a nogi jej jako niedźwiedzie, a gęba jej jako gęba lwia; i dał jej smok moc swoją i stolicę swoją, i moc wielką."2 Trwogę miały budzić nie tylko przerażające rysy masek używanych w celach rytualnych lub wojennych, lecz również nieruchomy, utrwalony grymas stanowiący kontrast do żywej gry mimicznej ludzkiej twarzy. Taką nieprzeniknioną maskowatą sztywność, wywołującą świętą bojaźń wobec majestatu, mają oblicza bizantyjskiego Chrystusa Pantokratora. W nią przyoblekają się władcy, gdy ukazują się tłumom. Podobnie niepokoi nieodgadnione milczenie. Cisza bywa równie groźna jak najprzeraźliwszy dźwięk; taka jest przed burzą, w oczekiwaniu bitwy. Panikę budzą potężne odgłosy natury: szum wichru, łoskot nawałnicy, huk fal, łomot walących się drzew, budowli i skał. Hitlerowskie samoloty bojowe zaopatrzone były w wyjące przeraźliwie syreny w celu wywołania demobilizującego lęku. Bogowie i demony ukazywali się zwykle w groźnej i niezwykłej scenerii, nieraz przy akompaniamencie burzy i piorunów. Zeus był gromowładny, świst strzały łuku Apollina zapowiadał morową śmierć. Słowiańskie południce zjawiały się z wichrem biegnącym na czele burzy lub w wirach powietrznych, w których demonologia chrześcijańska dopatrywała się czarta. Baśniowe potwory obdarzone są często przerażającym głosem, paraliżującym ofiary. Wyobrażenia lęku W dziejach ekspresji i symboliki lęku w sztuce można by wyróżnić trzy okresy. W pierwszym, trwającym od prehistorii do średniowiecza, wyobrażenia plastyczne dotyczące lęku przedstawiały najczęściej jego personifikację w formie mniej lub bardziej realistycznej. Okres ten można by nazwać przedpsychologicznym, gdyż głównie uwidaczniano domniemane przyczyny tej emocji, a mniej interesowano się podmiotem lęku - człowiekiem i jego przeżyciami. ____________________________________________________________________________________________________ 1 Moszyński, Kultura ludowa Słowian, t. II: Kultura duchowa, Książka i Wiedza. Warszawa 1967, s. 689. 2 Objawienie św. Jana. rozdz. XIIM—2.

162

Erynie prześladowały tych, co łamali prawo, a ich łacińska nazwa Furie wywodzi się z czasownika furere (szaleć, być szalonym). W tym źródłosłowie ukryta jest jakby przyjęta w świecie antycznym teoria o psychogennej i moralnej etiologii chorób psychicznych. Jej różne wersje traktujące chorobę jako karę za nieprzestrzeganie norm etycznych i moralnych można prześledzić w historii psychiatrii aż do dzisiaj. Furie personifikujące wyrzuty sumienia, dręczące grzesznika, zdolne były doprowadzić go do obłędu. W świetle tego mitu choroba psychiczna i lęk przed nią były jedną z najgorszych kar, jaka może spotkać człowieka. Obawę przed elementarnymi siłami natury uosabiał w mitologii greckiej Pan, opiekun dzikiej przyrody i siewca panicznego lęku. Termin ten przetrwał do dzisiaj dla określenia gwałtownych, nieopanowanych reakcji lękowych w skrajnie dramatycznych i nieoczekiwanych sytuacjach, zagrażających bezpośrednio egzystencji, jak trzęsienie ziemi i inne katastrofy. W drugim okresie, od średniowiecza do początków XX wieku, w sztuce obok demonicznych wyobrażeń lęku pojawiają się coraz częściej przedstawienia człowieka dręczonego tym uczuciem, co jest wyrazem wzrastającego zainteresowania ludzkim przeżywaniem cierpienia. Widać to w sztuce średniowiecznej w scenach mąk piekielnych, w obrazach Sądu Ostatecznego. Balthrusaitis zwraca uwagę na liczne zapożyczenia fantastycznej europejskiej sztuki średniowiecznej z orientalnych wzorów. Każda epoka tworzy własne obrazy lęku. Dzisiaj - kiedy zlaicyzowaną wyobraźnię ogółu kształtują bardziej nauki ścisłe niż tradycje humanistyczne - metafizyczne i psychologiczne symbole strachu stały się rzadsze i uległy dehumanizacji. Obiegowe pojęcia określające obawy nurtujące obecnie ludzkość są konkretne i zmaterializowane, zagrażają anonimowej masie: zagłada atomowa, przeludnienie i głód, zanieczyszczenie środowiska i zakłócenia homeostazy ekologicznej, dominacja maszyny nad człowiekiem, jego narastająca uniformizacja i dezindywidualizacja. Z dehumanizacją mitów łączy się powszechnie narastająca u chorych psychicznie przewaga urojeń o treści technicznej nad urojeniami w zakresie religii i magii. Jako przykład nowoczesnej mitologizacji kolektywnych lęków przytacza Jung modne ostatnio, mniej lub bardziej naukowo uzasadnione wyjaśnienia zjawiska tzw. latających talerzy. Widzi w nich nowoczesny mit będący projekcją zbiorowego lęku i poczucia zagrożenia. Znajdują w nim wyraz chęć znalezienia pomocy u pozaziemskich nadnaturalnych sił i poszukiwanie wspólnych symbolów łączących rozdartą i podzieloną ludzkość. Wzrastające obecnie zainteresowanie tzw. wiedzą tajemną, szerzenie się najdziwaczniejszych sekt, różne formy nowoczesnego eskapizmu żywo przypominają podobne masowe zjawiska u schyłku cesarstwa rzymskiego. Lęk i magia Lęk towarzyszył człowiekowi zawsze. Wydaje się jednak, że istniały okresy, w których występowały zjawiska będące przyczyną masowych nastrojów i reakcji lękowych, ujawniających się w szczególnych formach obyczaju, zachowania i sposobach ekspresji. Takie nastroje katastroficzne zdarzają się w epokach schyłkowych, w okresach przełomów religijnych i ideologicznych, gwałtownych przemian ekonomiczno-społecznych, a także w czasie wojen, klęsk żywiołowych, wielkich epidemii i głodu. Lęk, zwłaszcza dłużej trwający, prowadzić może do regresji - powrotu do bardziej pierwotnych sposobów zachowania - i potęgować drzemiącą w człowieku skłonność do archaicznego, magicznego myślenia. W chwilach przełomowych odpowiadając na zapotrzebowanie społeczne powstają lub odżywają wierzenia magiczne i zabobony, mnożą się sekty religijne, rozkwitają pseudonauki w rodzaju astrologii i parapsychologii. Już w czasach Herodota i później w epoce hellenistycznej dopływały ze Wschodu i Egiptu do Grecji i Rzymu informacje o wierzeniach tych krajów, przepojonych magią i mistycyzmem, ale nie znalazły one jeszcze wówczas żywszego oddźwięku ani u wychowywanych na klasycznej filozofii Greków, ani u pragmatycznie nastawionych Rzymian. Nie znaczy to zresztą, by starożytnym w omawianym okresie obce były zainteresowania mistyczne. Poza orficką i pitagorejską wiedzą tajemną, które reprezentowały wyższy, podbudowany filozoficznie i etycznie typ mistycyzmu, były

163

też kulty głoszące jego "niższy" rodzaj, w których oddawano cześć ślepym siłom przyrody, np. w orgiastycznych obrzędach poświęconych bogini Kybele lub w bachanaliach. W cesarstwie rzymskim wskutek ekspansji terytorialnej, wielkich ruchów migracyjnych, niepokojów społecznych, dekadencji norm moralnych i etycznych oraz utraty zaufania do tradycyjnych wierzeń i obrzędów zrodziło się pragnienie zastąpienia innymi wierzeniami kultów zwietrzałych, nie dających poczucia bezpieczeństwa. Napływające ze Wschodu rzesze żołnierzy, kupców i niewolników przywiodły ze sobą zastępy demonów, wampirów, wilkołaków, inkubów i sukubów orientalnego pochodzenia. W Rzymie panowała w I w.n.e. istna epidemia wilkołactwa (likantropii). Opanowani nią ludzie błąkali się nocami, gromadzili na cmentarzach, wyjąc jak wilki, wykopując i pożerając ludzkie zwłoki. Zilboorg nie zalicza tych relacji do bajecznych opowieści i sądzi, że była to zbiorowa psychoza powstała pod wpływem szerzących się wówczas zabobonów o formie i treści nigdzie indziej podówczas nie notowanej. Wiara w przemianę człowieka w zwierzę przetrwała niemal do naszych czasów na Bałkanach i terenach nadbałtyckich. Motyw czarodziejskiej metamorfozy powtarza się od Złotego Osła Apulejusza poprzez baśnie różnych narodów aż do dzisiejszej literatury fantastycznej. Zilboorg przytacza dalsze przykłady opanowania nieskorej do mistycyzmu wyobraźni Rzymian przez przybyłe ze Wschodu mity i wierzenia. Pisze np. o pladze inkubów nocnych zmór napadających i zniewalających kobiety. W starożytności inkubacja (łac. incubatio - sen w świątyni boga) oznaczała obyczaj pozostawiania chorych na noc w świątyni Asklepiosa, bóstwa opiekującego się chorymi, gdzie we śnie odwiedzali ich bogowie, udzielając zbawiennych wskazówek. W Rzymie cesarskim pierwotne siły demonicznego zła, uosabiające ciemne potęgi nieopanowanych instynktów, stały się widocznie potężniejsze od bóstw życzliwych ludziom. Z czasem, gdy kobietę coraz częściej kojarzono z diabłem, z czarami, również mężczyźni, zwłaszcza bogobojni, dążący do ascezy, nie byli bezpieczni przed zakusami sukubów - żeńskich przedstawicieli nocnych zmór erotyki i gwałtu. Nie każdy przecież miał takie siły moralne jak św. Antoni, by się im oprzeć. Praktyki czarownic przemieniających się w sukuby były więc nieraz przyczyną upadku ich ofiar i podstawą niejednego procesu o czary. Pewne formy przeżyć religijnych, zwłaszcza te, które Philip de Felice nazywa niższymi formami mistyki, zdają się służyć pokonaniu bardziej lub mniej uświadomionych lęków zbiorowych bądź indywidualnych. Szczególną w nich rolę odgrywają ekstatycznoreligijne formy tańców obrzędowych, z towarzyszącą im sugestywną muzyką. Zwyczaj taki przetrwał do dzisiaj we Włoszech w Apulii jako endemicznie występujące zjawisko zwane tarantyzmem, które ma być szczątkową formą dawnych ceremonii poświęconych bogini Kybele. Są to mistycznie podbarwione reakcje depresyjnohisteryczno-lękowe, w których istotną rolę odgrywają taniec i muzyka. Narzuca się porównanie takich obrządków oraz epidemii średniowiecznego tanecznictwa z niektórymi dzisiejszymi formami tańców. Można się w nich dopatrzyć zlaicyzowanej formy podobnego zrytualizowanego odreagowania wewnętrznego napięcia i seksualnego niepokoju w rytmicznej, hałaśliwej muzyce i tańcach zbiorowych. Związek erotyki z przeżyciami ekstatycznymi widoczny jest w wielu obrzędach i mitach. W kulcie bogini Astarte kapłanki uprawiały prostytucję w celach kultowych. Wątek erotyczny da się również zauważyć w relacjach wielu mistyków, chociażby św. Teresy z Avila. Nasilenie niepokoju, który można uważać za rodzaj słabo wyrażonego lęku, przybiera różne stopnie: bywa to nieokreślone, mało uświadomione uczucie napięcia, nie zawsze przykre, gdyż towarzysząca mu niepewność miewa dwoiste zabarwienie - ciekawości i lęku przed nieznanym. W sferze ruchowej niepokój nierzadko przejawia się i rozładowuje pobudzeniem psychomotorycznym, podobnie jak lęk ujawnia się gwałtowniej w agresji, panicznej ucieczce lub osłupieniu. Jeśli przyjąć, że lęk odgrywał istotną rolę w tworzeniu się przeżyć magicznych i religijnych i że z kolei sztuka taneczna, podobnie jak teatr, wywodzi się z obrządków sakralnych, to dopuszczalna jest hipoteza, iż jedną z przyczyn powstania tańca jest zrytualizowanie pierwotnego indywidualnego niepokoju w rytmicznej, określonej formie tanecznych gestów. Pełniły one nieraz poza nieświadomym rozładowaniem napięcia również świadomą już, uświęconą obyczajem

164

rolę apotropaiczną, odstraszającą demony. Za taką interpretacją przemawiałby też fakt, że w natręctwach i fobiach występuje rytualizacja i magiczna interpretacja pewnych schematów ruchowych i myślowych, które mają bronić przed patologicznymi lękami. Wydaje się, że jedną z przyczyn konserwatyzmu społeczeństw pierwotnych było poczucie bezpieczeństwa płynące z niezmienności instytucji i obyczajów obwarowanych ścisłymi przepisami, zakazami i nakazami, chroniącymi przed lękiem, który mogła przynieść jakaś nieznana nowość. Lęki przed niebezpieczeństwem rzeczywistym lub rzekomym będące udziałem wszystkich członków takiej społeczności przełamywano w dwojaki sposób: przez działanie realne, np. walkę z wrogim sąsiadem, zwalczanie pożaru zagrażającego osadzie, i przez działanie symboliczne: szukając pomocy u bóstw, demonów i ich ziemskich przedstawicieli kapłanów, czarowników lub szamanów. Oni to, narażeni na bardziej bezpośredni kontakt z siłami nadprzyrodzonymi niż reszta ich współplemieńców, musieli stawiać czoło lękom, którym tamci nie potrafiliby sprostać. Wyrażali niejako wszystkie obawy i nadzieje ogółu, reprezentowali słabość i siłę płynącą z zależności od bóstwa i przymierza z nim. Podobny mechanizm psychologiczny można i teraz dostrzec w stosunku chorego i jego bliskich do lekarza. Złagodzenie lęku, które odczuwa się zapewniając choremu pomoc lekarską, wynika zapewne, niezależnie od wiary w skuteczność leczenia, również z poczucia przerzucenia odpowiedzialności za swój los lub los bliskiego nam lekarza, do którego umiejętności należy znajomość zła uosobionego w chorobie i zażegnania go. W konserwatywnych społeczeństwach, niechętnych temu, co obce, czarownicy i szamani wyróżniali się innością, niezwykłością. Żywiono do nich ambiwalentne uczucia szacunku i niechęci, obawy i ufności. Nabierali oni w oczach ogółu cech nadprzyrodzonych, tym bardziej że w czasie ich praktyk wstępowały w nich demony. Talizmany i amulety są jednym z najpowszechniej stosowanych środków chroniących przed niebezpieczeństwem. Jedne strzegą przed chorobami i śmiercią, inne odpędzają złe duchy lub niweczą szkodliwe czary. Podobnemu celowi służą zrytualizowane zaklęcia lub działania. Przykładem może być do dzisiaj spotykany zwyczaj odpukiwania w drzewo, trzykrotnego spluwania przez lewe ramię i wiele innych. Różnego rodzaju muzyka lub hałaśliwe dźwięki, np. bicie w bębny lub dzwony, miały sens apotropaiczny (odżegnujący zło, lęk). Jednym z najbardziej rozpowszechnionych rytuałów, które niwelowały obawy powstałe z poczucia winy za przekroczenia norm społecznych i miały na celu zjednanie sobie życzliwości bóstwa karzącego za złe uczynki, a nagradzającymi za dobre, były różnorodne ofiary. Hebrajczycy np. symbolicznie obarczali kozła ofiarnego winami całego narodu i wypędzali na pustynię jako ofiarę mającą przebłagać bóstwo. Symboliczne wreszcie znaczenie mają różnorakie działania, np. rytuały związane z kultem, tańce obrzędowe i wszelkiego rodzaju działania magiczne, jak przywoływanie lub odżegnywanie demonów. Lęk i fantastyka Symbole lęku mają dwojakie znaczenie: wywołują lub oznaczają lęk i chronią bądź uwalniają od niego. Znaczenie takie mogą mieć przedmioty naturalne, jak kamień, drzewo, lub ukształtowane przez człowieka w formie rzeźby, obrazu, amuletu, z którymi tradycja łączy pojęcie lęku. Podobny sens mają odtwarzane postacie i sytuacje mitologiczne lub historyczne w dziełach literackich, zwłaszcza w religijnych. Demony śmierci kojarzone były w wielu wierzeniach z mrokiem nocy, z podziemnym królestwem chtonicznych bóstw, np. Erebu i chrześcijańskiego piekła. Bajeczna postać Sinobrodego, w której zmieszane są pierwiastki magii, sadyzmu, seksu i strachu, będąca jednym z prototypów popularnych po dziś dzień opowieści grozy, wywodzi się z osoby żyjącego w wieku XV marszałka Francji Gille de Rais. Odznaczył się on walcząc przy boku Joanny D'Arc, lecz później splamił swe dobre imię i zginął z rąk kata. Strwonił olbrzymi majątek na praktyki magiczne i dokonał rozlicznych sadystycznoseksualnych zbrodni w myśl paktu, który zawarł w swym mniemaniu z szatanem, za co miał osiągnąć najwyższe bogactwa i chwałę. Instrumentem lęku można posługiwać się w celu zastraszenia, obezwładnienia jego

165

ofiary, zniszczenia jej lub zdobycia nad nią władzy. Dlatego też posługiwały się nim niejednokrotnie władze duchowne i świeckie jako środkiem terroru i narzędziem wychowawczym. Z tego też powodu oba te ośrodki władzy potępiały nieraz śmiech, jeśli zagrażał autorytetowi i osłabiał "święty lęk" przed nim. Śmiech i drwina należą bowiem do sposobów obrony przed lękiem, ponieważ obnażają słabe strony przeciwnika. Zmniejszają dystans pomiędzy tym, co budzi lęk, a potencjalną ofiarą, pozwalają na bardziej krytyczną ocenę sytuacji. Dlatego też groteskowość przedstawień w symbolice lęku, widoczną np. w obrazach Hieronima Boscha, można tłumaczyć psychologicznie (pomijając ich rolę ezoteryczną i estetyczną w strukturze dzieła) jako jedno z narzędzi zwalczenia lub złagodzenia lęku przez ośmieszenie jego przedmiotu. Z podobnych też chyba przyczyn groźna pierwotnie postać diabła nabiera w naszych ludowych baśniach komicznych, często nawet sympatycznych cech. C. Mic w swojej pracy o komedii delTarte pisze: "W średniowieczu po długim okresie upadku sztuki teatralnej pojawia się na scenie w wesołych interludiach ówczesnych misteriów postać błazna i wariata. Śmiech uważany był przez średniowieczny Kościół za coś karygodnego i diabolicznego. Stało się więc całkiem naturalne, że diabłowi nadano rysy komiczne... Diabelskie pochodzenie imienia Arlekin, jego maska i strój skłaniają do przypuszczenia, że ongiś wychodził on na scenę z bram piekieł... Pospólstwo często uważało koczujących komediantów za czarowników." Obłąkany, diabeł, błazen, czarownik - oto bliscy sobie w oczach ówczesnego człowieka przedstawiciele obcego świata, wyklętej, lecz fascynującej magii. Lęk zdaje się być ściśle związany z przeżyciami religijnymi. Rudolf Otto w swoich rozważaniach o świętości stwierdza, że w każdej religii występuje ambiwalencja uczuciowa. Świętość (łac. numinosum) ma dwa aspekty: 1) budzący lęk (łac. tremendum) i 2) oczarowujący {fascinosum, z łac. fascinare - czarować). W przeżyciu religijnym łączą się według tego autora miłość i lęk, ucieczka i oddanie. Lęk jest też nierozłącznie spleciony z pojęciem tajemnicy, które należy do istotnych składników przeżyć religijnych. W obrządkach inicjacyjnych ludów pierwotnych, w praktykach szamańskich i ascetyczno-mistycznych, które symbolizują śmierć dawnego niedoskonałego wcielenia i odrodzenie się do nowego bytu, jedną z faz, przez które musi przejść adept tego rodzaju rytów, jest etap lęku. Różnego rodzaju praktyki ascetyczne, jak: głodówka, specjalne ćwiczenia w rodzaju jogi, absolutne odosobnienie na pustyni, w górskich lub leśnych ostępach, służą do wprowadzenia w stan zmienionej świadomości i fantastycznych urojeniowo-halucynacyjnych doznań. Niektóre ludy używały przy tym różnych środków narkotycznych. Treścią przerażających wizji było przeżywanie własnej śmierci; dokonywała się ona czasem w sposób bardzo okrutny: przez poćwiartowanie, wskutek rozszarpania przez dzikie zwierzęta, itp. Inni "wędrowali" w zaświaty, stając się w swym mniemaniu widmami i uczestnikami pandemonium podziemnej krainy. Dzięki tym przeżyciom mieli oni poznawać ostateczne tajemnice życia i śmierci. Wiara w powtarzający się rytm życia i śmierci, wstępowania w świat podziemny i ponownego odrodzenia w doskonalszej nieraz postaci ponawia się w egipskiej legendzie o Izydzie i Horusie, w greckiej opowieści o Persefonie i Korze. Chrystus również "zstąpił do piekieł", by trzeciego dnia zmartwychwstać. Dantego wiedzie Wergiliusz poprzez samo dno piekielne do najwyższych sfer niebiańskich, a chyba najpiękniejszą metaforą, która mówi o inicjacyjnym i oczyszczająco-twórczym działaniu takiej symbolicznej wędrówki przez krainę śmierci i lęku, jest mit o Orfeuszu i sile jego poezji potężniejszej niż śmierć. W misteriach eleuzyjskich wtajemniczony miał dochodzić do nowego poznania samego siebie i rzeczywistości poprzez różnego rodzaju symboliczne objawienia, w których istotną rolę odgrywał pobyt w komorach strachu. Pokrewne przeżycia znane są z opisów nagłych nawróceń, a także chwil twórczego niepokoju i artystycznego natchnienia, intuicyjnego poznania utajonych, niewidocznych dotąd związków między rzeczami i pojęciami. W psychopatologii podobne odczucia zdarzają się w olśnieniu schizofrenicznym, u epileptyków w epizodach ekstatycznych, a również pod wpływem niektórych środków psychodelicznych, jak LSD i meskalina. Podobieństwo doznań w tak różnych normalnych i patologicznych

166

stanach zdaje się być dowodem istnienia pewnej prawidłowości przeżyć w określonych konstelacjach psychologicznych, zwłaszcza u osób introwertywnych, skłonnych do marzeń i podatnych na autosugestię, a więc o cechach schizoidalnohisterycznych. Nasuwa się paradoksalne przypuszczenie, iż nawet w takim niekonwencjonalnym sektorze psychiki jak sfera emocjonalno-imaginacyjna, związana z artystyczną działalnością, istnieje określony stereotyp tego rodzaju przeżyć. Wydaje się bowiem, że poza twórczością przejawiającą się w stworzeniu dzieła sztuki jest też taki rodzaj, który można by nazwać "twórczością osobistą", dziejącą się wyłącznie w sferze intrapsychicznej. Należą do nich: marzenia na jawie, głębokie przeżycia estetyczne i moralne, zwłaszcza metafizyczne. J.G.Frazer definiuje magię jako pseudonaukę i nazywa ją "bękarcią siostrą nauki". Jeśliby nawet przyjąć ten surowy sąd Frazera o magii, to rehabilituje ją bodaj częściowo fakt, iż była ona jednym ze źródeł sztuk pięknych, zwłaszcza sztuki fantastycznej. Religię w różnych jej przejawach, poza aspektami metafizycznymi, filozoficznymi i społecznymi, jak również abstrahując od sztuki sakralnej, można traktować jako dzieło sztuki, a przeżycia religijne zaliczać do przeżyć artystycznych. Jak artyści doskonalą swój warsztat, tak mistycy poprzez medytację i praktyki ascetyczne osiągali unio mystica, w której treści religijne przepojone były poetyckim natchnieniem. Autobiografie mistyków mogą być więc ważnym źródłem dla badań nad psychologią twórczości i przeżyć związanych z takim typem wyobraźni, którą by można nazwać wyobraźnią fantastyczną. Już u zarania dziejów powstała w umyśle człowieka druga rzeczywistość, rzeczywistość jego fantazji, niewiele mająca wspólnego ze światem realnym, lecz nie mniej ważna dla jednostki, społeczeństwa i historii kultury. Bowiem takie fakty psychiczne jak przeżycia mistyczno-religijne, twory wyobraźni zrodzone z lęku lub z marzenia o uchwyceniu tego, co nieuchwytne, i poznaniu tego, co niepoznawalne, przyoblekając kształty dzieł plastycznych lub mitów i legend, stawały się rzeczywistością i w nie mniejszej mierze niż czynniki ekonomicznocywilizacyjne odciskały piętno na kulturze. Jeśli prześledzić dzieje kultur na świecie, to okaże się, że nurt sztuki fantastycznej miał o wiele szerszy zasięg i dłuższe życie niż sztuka przedstawiająca rzeczywistość, którą, niezależnie od jej odcieni, można by nazwać ogólnie realistyczną. Twórczość ludów pierwotnych motywowana jest głównie względami magicznoreligijnymi. Poza basenem Morza Śródziemnego, a właściwie tylko poza pewnym sektorem sztuki greckiej i rzymskiej, w czasach starożytnych i później dominowała sztuka religijna wyobrażająca świat bóstw i demonów. Lęk i fantastykę łączy element tajemnicy i zaskoczenia, kontrast pomiędzy powszedniością a niezwykłością. Na nim polega stosowany w filmach grozy chwyt "zawieszenia". I tak w Ptakach Hitchcocka akcja zaczyna się od idyllicznych obrazów, w których niespodziewanie atakująca mewa zapowiada sekwencje coraz bardziej przerażających scen. Powinowactwo duchowe umysłów fantastycznych przesądza o ich upodobaniach artystycznych i mistyczno-ezoterycznych. Chętnie czerpią wzajemnie od siebie wzory. Tak Bosch jest natchnieniem dla surrealistów; niesamowite opowiadania Poego ilustrował chory psychicznie belgijski malarz J. Ensor. Ci fantaści, tworzący poprzez bariery wieków i kultur związek wtajemniczonych w arkana pozarealnego świata, chętnie korzystają z hermetycznych przekazów i symboli pochodzących ze starych tradycji Wschodu. Nie gardzą również nowoczesnymi mitami rzekomo naukowej, modnej obecnie psychotroniki. Te związki poezji i magii dostrzegał Novalis mówiąc, że "czarownik jest poetą, artystą obłędu" (Der Zauberer ist en Poet, ein Kunstler der Wahnsinn). Poszukiwanie cudowności i fantastyki może być niebezpieczne dla zdrowia psychicznego lub świadczyć o szczególnej skłonności niektórych niezrównoważonych psychicznie osób do przekraczania granic zakreślonych rzeczywistością. Uderzająca jest duża liczba chorych psychicznie i samobójców pośród surrealistów. Wizyjność jest też znamienną cechą prac plastycznych wielu artystów nieprofesjonalnych. Często bywają to ludzie samotni, starsi, dotknięci jakąś chorobą lub ułomnością. Czynniki te, utrudniające możliwość aktywnego działania

167

i kontaktów społecznych, poprzedzają czasem ujawnienie się zainteresowań twórczych. W fazie przetwórczej, pod wpływem samotności, kiedy jest czas na medytację, marzenia, a słabną zainteresowania aktualnością, gromadzą się emocje i powiązane z nimi kompleksowo wyobrażenia. Przy współistniejącym, utajonym dotychczas talencie znajdują one najkorzystniejszy i najbezpieczniejszy upust w aktywności artystycznej. Jest to więc rodzaj autoterapii przez twórczość. Może ona zapobiegać chorobie, np. nerwicy, lub łagodzić jej objawy. Dzięki temu samorodny artysta odnajduje swoje miejsce w społeczeństwie, nabiera wiary we własne siły i w sens swego istnienia. Podobnie jak w sztuce ludów pierwotnych, u plastyków amatorów motywy magiczne mają czasem większe znaczenie niż czynniki estetyczne. Są oni jakby spadkobiercami dawnych magów i poszukiwaczy cudowności - współczesnymi czarodziejami. Ilustrują bajeczny świat swojej wyobraźni: diabły, świętych, dziwotwory, fantastyczne egzotyczne krajobrazy, sceny dziejące się na innych planetach. Nieraz nie wystarcza im zobrazowanie tego, co chcą wyrazić, zaopatrują więc swoje dzieła w objaśnienia, sentencje moralne, nawet krótkie opowiadania, czasem wierszowane, z których treści przebija magiczny sens przedstawień. Obszary lęku Tak jak współczesna kryminalistyka analizuje nie tylko przestępcę i jego świat, lecz również ofiary, których analizie poświęcona jest wiktimologia, tak można by też mówić o wiktimologii lęku (łac. victima - zwierzę ofiarne). Istnieją analogie i podobieństwa między ofiarami przestępstw i ofiarami strachu. Są szczególne miejsca i sytuacje społeczne sprzyjające przestępstwom, podobnie jak istnieją rzeczywiste i imaginacyjne obszary i chwile wydające człowieka na pastwę lęku. Hentig, autor wielkiej monografii o zabójstwie, podkreśla, że wiele zabójstw dokonywanych jest na osobach samotnych w miejscach opuszczonych. Jego zdaniem przestępca wybiera takie miejsca i ofiary nie tylko ze względu na świadomą większą możliwość bezkarnego dokonania zbrodni, lecz również idzie on nieświadomie za atawistycznym popędem drapieżnika szukającego łupu z dala od chroniącej obecności innych. Ofiara przez swoją samotność niejako prowokuje przestępcę do zbrodni. W mitach i legendach syntetyzujących metaforycznie lęki ludzkie uwidocznione są czas, przestrzeń i sytuacje społeczne, w których człowiek staje się ofiarą lęku. Przypowieść o sierocie porzuconej w lesie, narażonej na nieznane jej wrogie siły przyrody i czarów, ukazuje sytuację rodzącą trwogę wynikłą z zagubienia, oderwania od znanego, bezpiecznego otoczenia i bezradności wobec niewiadomej groźby. Inaczej sprzeciwia się wrogim siłom bohater, który zna ich potęgę, przewiduje zasadzki i umie się przed nimi obronić. Tezeusz dzięki Ariadnie dobrze przygotowuje się do rozprawy z Minotaurem i znajduje wyjście z Labiryntu. Walczy więc z uświadomionym niebezpieczeństwem - ze strachem. Ulubioną metaforą manierystycznej poetyki jest labirynt. Występuje on jako częsty motyw w twórczości J. Borgesa. Wyobraża życie człowieka - istoty zagubionej - i pełne tajemnic poplątanie jego losu, w którym rzeczy wiadome okazują się obcymi, a pod nieznaną maską kryć się mogą dawno znane oblicza. W labiryncie, jak w stanie splątania świadomości, tajemnicą staje się nie tylko przestrzeń, ale i czas, bo błąkając się w nich napotkać można monstra przeszłości. Symbole bywają na ogół wieloznaczne i mogą ulegać różnym przemianom. Samotność wyobrażona przez scenerię pustelni, nocy, dzikich ostępów jest strefą sprzyjającą zarówno pobożnej medytacji, jak i siłom zła. Szukać jej może nie tylko święty albo nieszczęśliwy, czasem chętnie pragnie jej również człowiek zły, by w tajemnicy knuć występne zamiary lub by ukryć swą nikczemność. Tak więc w symbolice samotności zarówno zewnętrznej, jak i wewnętrznej zawarte są możliwości skrajnych przeciwieństw świętości i zbrodni, mądrości i obłędu, odwracającego się od świata przed urojonym niebezpieczeństwem. Osoby budzące mieszane uczucia lęku, niechęci, a nieraz szacunku przez swą odmienność, odrzucane były przez społeczeństwo symbolicznie i w rzeczywistości, i często same izolowały się w autystycznym odosobnieniu. W demonologii i symbolice lęku widoczny jest dualizm poglądów etycznych, a także

168

estetycznych. Lęk umieszczano po stronie Zła jako obraz wrogich sił zagrażających człowiekowi, a odrażające kształty, jakie mu przydawano, unaoczniały jego negatywną ocenę. Symbole lęku bywały też znakami ostrzegawczymi, przypominającymi, iż przekraczając normy społeczne można stać się jego pastwą. Tak piękno identyfikowano z Dobrem, poczuciem bezpieczeństwa i harmonią, a Zło budzące lęk - z brzydotą i chaosem. Obszary nocy i marzenia sennego to miejsca, gdzie szczególnie łatwo powstaje fantastyka lęku. M. Jacobi, uczennica C. G. Junga, stwierdza, iż "pierwotny koszmar senny jest ojcem wszelkiej mitologii". We śnie wszystko staje się możliwe. W miejsce porządku świata pojawia się chaos. Zakłócona jest identyczność osób i przedmiotów, pomieszane ze sobą elementy najbardziej sprzeczne, jak w obrazach Boscha, w których zatarta jest granica między istotami żywymi a światem nieorganicznym i gdzie z kształtów najpowszechniejszych sprzętów wyłaniają się demony groźne i groteskowe. Goya zatytułował jedną ze swych akwafort z cyklu Caprichos: El sueno de la razon produce monstruos ("Sen rozsądku stwarza potwory"). Goya był wrogiem fanatyzmu. W swoich wizjonerskich dziełach przedstawiał cierpienie, zło i ciemnotę, które niesie ze sobą zabobon, ale też sam ulegał czarowi nadnaturalnego świata fantazji. Na wzmiankowanym obrazie umieścił uwagę: "Wyobraźnia opuszczona przez rozum stwarza potwory, lecz skojarzona z nim staje się matką sztuki i tworzy cudowne dzieła." Artysta potrafi nieraz nawet w chorobie przetworzyć w dzieło sztuki nawiedzające go demony lęku i choroby. Życie ludzkie porównuje się do dnia. Starość jest jego zmierzchem, po którym przychodzą noc i sen śmierci. Demony nawiedzają też o zmierzchu starości. Na wiek podeszły Goi przypada większość jego dzieł o tematyce niesamowitej, na starość też zajął się Hokusai, japoński malarz i rysownik (1760- 1849), ilustrowaniem opowieści o widmach i upiorach. Dane biograficzne obu tych artystów wskazują, że materiał do swych wizji czerpali nie tylko z wyobraźni, lecz że niektóre z tych dzieł są ilustracją ich psychotycznych przeżyć. W twórczości Goyi uwidocznia się ogólniejsza zasada dwojakiego działania lęku. Odpycha on i przeraża, lecz może też wabić i fascynować. Jego atrakcyjność bywa u jednych wyrazem skłonności masochistycznych, u innych sadystycznych. Wydaje się jednak, że w analizie dzieła artystycznego należy używać bardzo ostrożnie określeń z psychopatologii, gdyż ujawnia się tu niedostatek przekładu na suchy język naukowy spraw sztuki, w których chyba zawsze pozostanie coś niedopowiedzianego. W lękowych snach bardziej lub mniej dosłownie ponawia się jedna z sytuacji wywołujących lęk: zagubienie, znalezienie się w zagadkowych i nieoczekiwanych okolicznościach. Zagubionym można się czuć w mrokach snu, a na jawie – w ciemnościach nocy, która staje się obszarem nieznanym, gdzie wszystko może się wydarzyć. W przenośni mówiącej "o mrokach obłędu", ciemność symbolizuje takie zagubienie, bezradność i lęk chorego psychicznie. W tybetańskiej tradycyjnej filozofii i medycynie słowo tomos oznacza ciemność, obłęd, niewiedzę. Jest też piekłem - jedną z podstawowych form ludzkiego bytu. Demony lęku pojawiające się nocą czyhają na swe ofiary najchętniej w nieznanych pustkowiach otoczonych atmosferą grozy i zagadkowego niebezpieczeństwa. Demony te napastowały eremitów, zamieszkujących opuszczone na pustyniach groby, gdzie szukali schronienia z obawy przed pokusami świata, w nadziei znalezienia doskonałości zbliżającej do Boga. Lecz nie zawsze ją tam znajdowali, bo rezygnując ze świata niezupełnie wiedzieli, że w rzeczywistości chcą uciec od siebie, od ciemnych i nieuświadomionych sił popędów, które w ich majakach wywołanych praktykami ascetycznymi, głodem, bezsennością, napięciem emocjonalnym i wiarą w cudowność przybierały kuszące swym urokiem grzeszne kształty lub stawały się przerażającymi personifikacjami potępienia. Św. Pachomiusz (IV w.n.e.) nazywał sen królestwem Szatana i zalecał bezsenność, dopatrując się w marzeniach sennych źródła wyobrażeń grzechu, zła i związanych z nim lęków. Można jednak wnosić, że te i inne przeżycia lękowe, których doznawali pustelnicy i mistycy nie tylko chrześcijańscy, stanowiły nieodzowny etap w drodze wiodącej do osiągnięcia mistycznej ekstazy. Istnieje chyba powinowactwo między uczuciem lęku i grozy a ekstatycznym błogostanem obcowania z bóstwem. Przeżycia lękowe są

169

w tych praktykach swoistą katharsis, odreagowaniem i oporów w symbolicznej formie fantastycznych doznań.

nieświadomych

pragnień

Szatan Przykładem, jakim przemianom ulegają symbole lęku i jak odzwierciedlają się w nich bardziej ogólne tendencje światopoglądowe i artystyczne, są metamorfozy postaci Szatana. Budziła ona przeciwstawne uczucia: obawę połączoną z szacunkiem wobec jego potęgi, pokusę - ukrytą nieraz w lęku przed złem. Nazwanie bowiem kogoś demonicznym określa nie tylko ujemne cechy tej osoby, lecz przydaje jej również złowrogiego blasku. Szatan w pierwszych wiekach chrześcijaństwa zachował jeszcze dostojeństwo kształtu i tragizm postaci zbuntowanego anioła. W greckim tekście Nowego Testamentu diabeł to Ho diabolos (oskarżyciel, oszczerca, podżegacz). W języku starogreckim rodzajnik Ho przydany do imienia określał ważność i rangę społeczną, odpowiadał określeniu "pan", tak więc Ho diabolos to demon, do którego odnoszono się z szacunkiem należnym wielkim panom. Rola Szatana była zawsze dwuznaczna, gdyż jako rzecznik zła w ostateczności służy dobru. Jest bowiem symbolem zarówno zakazanych pokus, jak i mąk piekielnych za przekroczenie nakazów moralnych, a także głosicielem przestrogi i narzędziem kary. Stwierdza to Mefistofeles w Fauście Goethego, mówiąc: (Tej siły jestem cząstką drobną,| Co zawsze złego chce| I zawsze sprawia dobro.) W sztuce romańskiej Szatan przybiera coraz to dziwaczniejsze i monstrualne kształty zapożyczone z demonologii Wschodu. W późniejszym średniowieczu chęć osłabienia diabelskiej grozy i nienawiść wobec tej wrogiej dla człowieka siły ujawniają się w nadawaniu diabłu form pokracznych, nieraz nieprzyzwoitych lub w przyoblekaniu go w budzące obrzydzenie kształty zwierząt uchodzących za nieczyste - oznaczające pierwotne, animalne siły agresji i seksu. Lecz już wtedy jednostki zbuntowane, pokrzywdzone przez los lub społeczeństwo szukały pod patronatem Szatana ujścia dla swych anarchistycznych, rewolucyjnych, a czasem aspołecznych i amoralnych marzeń. Przeciwstawiał on bowiem chaos i niepewność, budzące bojaźń z powodu zniszczenia praw gwarantujących bezpieczeństwo konserwatywnej zasadzie porządku, łączonej z pojęciem dobra. Ujawniał zarazem twórcze możliwości ukształtowania czegoś nowego ze zniweczonych form starego bytu. Pomocy diabelskiej szukali czasem adepci nauk hermetycznych, szczególnie bujnie szerzących się w okresie Odrodzenia, kiedy człowiek coraz śmielej sięgał po te prerogatywy władzy nad światem, które przedtem zastrzeżone były dla istoty nadziemskiej. Miltonowski Szatan nie ma w sobie już nic ohydnego, jest wielki i tragiczny w swoim buncie przeciwko Bogu, jest zapowiedzią romantycznej ewolucji tej postaci. Adoracja lęku i zła poza sztuką znalazła swój wyraz w mnożących się w wieku XIX i odradzających się do dzisiaj najdziwaczniejszych sektach satanistycznych, kółkach spirytystycznych itp. W rytuałach czarnych mszy, praktykowanych w tych kręgach, widoczne są elementy seksualne, sadystyczno-masochistyczne i aspołeczne, uzasadniane motywami religijno-magicznymi. Literacki opis takiej czarnej mszy dał w dekadenckiej powieści La-bas G.C.Huysmans, sam interesujący się praktykami magicznymi. R.Cavendish podaje liczne przykłady sekt i kultów Szatana. Mizoginizm W demonologii szczególnie bogato reprezentowana jest symbolika lęków seksualnych i ambiwalencja sądów o kobiecie. Płeć żeńska uosabiana była w postaci dobrej Bogini-Matki, dawczyni życia, opiekunki płodów rolnych. W demonicznych wcieleniach przedstawiała pokusy przywodzące mężczyzn do zguby. Syreny wabią Odyseusza i jego towarzyszy. Przykładem ilustrującym mizoginiczne wyobrażenia demonów kobiecych jest Lamia, królowa libijska, której piękność skusiła Zeusa. Hera z zazdrości przemieniła ją w widmo i wygubiła jej dzieci. Odtąd Lamia mściła się za swą krzywdę wyrywając płody z kobiet ciężarnych. W Wulgacie jest ona identyfikowana z Lilith bóstwem asyryjsko-babilońskim - która według legend żydowskich była pierwszą żoną Adama, matką złych duchów: Lilin, Szedim i Rudin. W późniejszych czasach Lamię przekształcono w urodziwą

170

diablicę, wiecznie żądną krwi. Pożerała wykopane przez siebie zwłoki i uwodziła mężczyzn, by wyssać z nich życie. Była bądź nocnym wampirem lub koszmarem, bądź jedną ze strzyg. Mianem tym obdarzano też czarownice. W wieku XV lamiami były demony, które jako stare kobiety porywały dzieci, by pożerać je na ucztach Sabatu. Mizoginia przyczyniła się też do tego, że ofiarami procesów o czary były w przeważającej liczbie kobiety. Przyznać jednak trzeba, że czarownictwem, niższą formą magii, trudniły się głównie kobiety, natomiast wśród adeptów wyższych nauk tajemnych - astrologii, alchemii i sztuki wieszczenia - byli prawie wyłącznie mężczyźni. Od wieku XIX w literaturze modna się stała postać kobiety fatalnej, bezwzględnej uwodzicielki, zniewalającej i niszczącej mężczyzn swoimi demonicznymi czarami. Lęk i szaleństwo W dziełach literackich począwszy od tragedii greckich aż po obecne czasy obraz obłędu był artystycznym sposobem pokazania tragizmu ludzkiego losu na przykładzie zgubnych namiętności, dramatycznie wyolbrzymionych przez chorobę. Takie opowieści służyły umoralnieniu i budziły współczucie dla ich bohaterów. Lęk w sztuce może też być wyłącznym celem wywołania nastroju niepokoju, grozy i pełnego napięcia oczekiwania. Tę estetyczną funkcję lęku, widoczną od niepamiętnych czasów w wielu baśniach i legendach, rozbudowali romantycy, stwarzając szczególny rodzaj literatury grozy. Angielski poeta William Collins (1721-1759), którego świetnie zapowiadającą się twórczość przerwała choroba psychiczna, napisał Odę do Lęku. W utworze tym, wzorowanym na odach Pindara, autor daje wyraz fascynacji lękiem i przekonaniu o jego inspirującym działaniu w poezji. Pierwsze zwrotki brzmią następująco: Thou, to whom the World unknown With all its shadowy Shapes is shown, Who see'st appall'd th'unreal Scene, While Fancy lifts the Veil between: Ah Fear! Ah frantic Fear! I see, I see Thee near. I know thy hurried Step, thy haggard Eye! Like Thee I start, like Thee disorder'd fly. For lo what Monsters in thy Train appear! Danger, whose Limbs of Giant Mold What mortal Eye can fix'd behold? (Ty, któremu świat nieznany Ukazany jest we wszystkich jego widmowych kształtach. Który widzisz zatrważającą nierealną scenę, Gdy wyobraźnia unosi skrywającą ją kurtynę: O Lęku, straszliwy Lęku! Widzę, widzę cię blisko. Znam twój szybki krok, twoje dzikie oko! Zaczynam biec jak ty, jak ty uciekam w popłochu. Bo, ach! co za Monstra ukazują się w twoim orszaku! Któreż śmiertelne oko Może znieść grozę ich olbrzymich kształtów?) W antystrofie poeta zwraca się do lęku, wołając: "Ciemna potęgo, bądź moją, jak dygocąca z trwogi myśl, abym przy twojej pomocy mógł odczytywać dawne wizje opowiedziane przez poetów, których obdarzyłaś natchnieniem." Moraliści już z dawna przestrzegali, że pod maską piękna może kryć się zło, a romantycy dostrzegli niebezpieczny wdzięk i kusicielskie powaby zła, grozy i strachu. Dzięki tym elementom można było dobitniej zarysować ulubioną w romantyzmie postać samotnego, przeklętego geniusza, rewolucjonisty przeciwstawiającego się prawom ludzkim i boskim, zdolnego stawić czoło lękom i przeciwnościom losu przewyższającym ludzkie możliwości. Jak niezwykli bywają bohaterowie romantyczni, tak odmienna od codzienności bywa egzotyczna sceneria,

171

w której toczą się ich przygody. Walor i atrakcyjność egzotyki wynika ze szczególnej urody niepokoju, który budzą rzeczy nieznane. Z kolei inna jest rola obłędu w niektórych utworach literatury fantastycznej. Postacie szalonych łączą tu w sobie cechy zapożyczone z romantyzmu i lombrozjańskiej teorii o powiązaniach między geniuszem, obłąkaniem i zbrodnią. Jest to jeszcze jedna z fałszywych klisz, którą stworzyła wyobraźnia ludzka w powtarzającym się procesie odrzucania ze społeczności chorego psychicznie. Przykładem mogą być takie opowieści, jak Doktor Jekyll i Mr Hyde R. Stevensona i Wyspa dr. Moreau H.G. Wellsa. Literacki wątek lęku i cierpienia, w którym splatają się elementy grozy, satanizmu i erotyki będącej symbolem ślepych sił instynktu i ludzkich wynaturzeń, stał się szczególnie modny w wieku XIX i cieszy się do dzisiaj dużym zainteresowaniem. Obszerny przegląd tego rodzaju literatury daje Mario Praz w swojej książce: Miłość, śmierć i diabeł, omawiającej demonizm seksu w literaturze i sztuce XVIII i XIX wieku. Powstał także gatunek filmów grozy i dreszczowców. Ekspresjonistów fascynowała demoniczność obłędu. Jakby przyciągani siłą wspólnych zainteresowań, spotykają się wtedy i inspirują artyści studiujący wiedzę tajemną. Norweski malarz E.Munch przedstawia w wielu wersjach sceny i krajobrazy pełne lęku, śmierci i obsesji seksualnych, których ofiarą był od młodości. Przyjaźnił się z chorym na schizofrenię A.Strindbergiem oraz Stanisławem Przybyszewskim, współtwórcą Młodej Polski. Przybyszewski do dzisiaj uchodzi na Zachodzie za autorytet w historii demonologii i nauk tajemnych. H.Werner uważa, że niebezpieczne przełomy ideologiczne i historyczne w życiu jednostki lub społeczeństwa prowadzą do obsesyjnej metaforyki. W lęku odnajduje się najgłębiej ukryte podobieństwa między zjawiskami. W ten sposób, według tego autora, rodzi się u pierwotnego człowieka myślenie magiczne. Snując dalej jego myśl, można by doszukiwać się genetycznego podobieństwa pomiędzy myśleniem magicznym - językiem schizofatycznym, zrodzonym z niezwykłych, zabarwionych lękiem przeżyć schizofrenicznych a poetycką metaforą. W barokowej poezji manierycznej, lubującej się w tym, co tajemnicze, dwuznaczne i podszyte metafizycznym lękiem, doceniano estetyczny walor obłędu. Dla Tezaura obłęd był synonimem metafory. W jego mniemaniu poetów, matematyków i wariatów łączy skłonność do myślenia metaforycznego. Hocke widzi w manieryzmie wyraz tendencji właściwych dla szczególnego typu wyobraźni twórczej, którą można by określić w języku psychiatrycznym jako wyobraźnię schizoidalną lub introwertywną. Cechują ją skłonność do fantastyki, mitologizacji własnych przeżyć i ich symbolicznego, nierealistycznego wyrażania w dziele sztuki. W takim rozumieniu wspomniany autor dostrzega nurt manierystyczny w różnych epokach, a nie wyłącznie w okresie baroku, jak to na ogół się przyjmuje. L.Navratil trafnie dostrzegł wartość tej teorii w swoich próbach doszukiwania się podobieństwa między tak pojmowanym manieryzmem w sztuce profesjonalnej a twórczością schizofreniczną. Śmierć Jedną z najbardziej przerażających pustek, które człowiek widzi przed sobą, jest śmierć. Może między innymi dlatego, że chociaż jest aż za bardzo realna, to w gruncie rzeczy jest niewyobrażalna i niesprawdzalna w indywidualnym doświadczeniu. Tę pustkę fantazja ludzka od dawna starała się wypełnić. Najstarszym być może śladem tego są groby paleolityczne, przemawiające za istnieniem już w tej odległej epoce jakiejś wiary w życie pozagrobowe. Mitologia śmierci i tego, co by miało po niej nastąpić, jest wyrazem prób obrony przed lękiem, zastąpienia niewiadomego iluzoryczną pewnością. Śmierć przez swą mitologizację przestała być jedynie drogą donikąd, lecz zależnie od wierzeń była wrotami otwierającymi się do różnych krain: wiecznej szczęśliwości - jeśli się na nią zasłużyło lub potępienia - gdy nie przestrzegało się kanonów obowiązującej wiary. Mogła być tylko chwilą, w której dokonuje się jedna z wielu przemian prowadzących do doskonałości. Tak fantastyka śmierci zrodziła fantastykę zaświatów. W jej obrazach poza aspektem filozoficzno-religijnym znalazła też upust sadystyczno-masochistyczna przewrotność w rozkoszowaniu się własną lub cudzą udręką.

172

Jeśli nie przyjmowało się pocieszenia wiary, zapowiadającej przyszłość tego, co zdaje się ginąć bezpowrotnie, można było starać się zapomnieć o lęku przed śmiercią, szukając sensu życia w nim samym, a nie poza nim. Przybierało to różne formy światopoglądowe od moralizującego sceptycyzmu, wysnuwającego z napomnienia memento mori odmienny od chrześcijańskiego wniosek o nieuchronnym końcu, do pozornie lekkomyślnego, lecz podszytego nieraz lękiem i rozpaczą epikurejskiego hasła carpe diem. Egipskie i starorzymskie symbole śmierci: sierp, klepsydra i postacie zmarłych, odmiennie niż później u chrześcijan przypominały o nieuchronności przemijania. W wiekach średnich celem życia było przygotowanie do śmierci godnej chrześcijanina i do Sądu Ostatecznego, na którym rozstrzygnie się los każdego. Jak uczono sztuki przykładnego życia, tak powstawały dzieła literackie i plastyczne mówiące o sztuce umierania. W niezliczonych wersjach, świadczących o okrucieństwie owych czasów, ukazywano rozanielone twarze męczenników poddawanych najwymyślniejszym torturom. W moralizatorskich dziełach, w obrazach przedstawiających ogrody rozkoszy, wśród bawiącego się tłumu często spotyka się śmierć, diabła i błazna. Błazen wyobrażał ślepotę i głupstwo doczesnego życia lub reprezentował prawdziwą mądrość w myśl poglądu, że w oczach Boga jest obłędem to, co na tej ziemi uchodzi za rozsądne, a w szaleństwie ukryta jest istotna prawda. Balbulus Notker z St. Gali (813-912) pisze w swojej antyfonie: "Pośrodku życia jesteśmy w śmierci." Na nagrobku kardynała Lagrange z r. 1402, w muzeum Calvet, przedstawione są rozkładające się zwłoki i napis: "Jaki masz powód do dumy? Jesteś prochem i rychło będziesz podobnym do mnie cuchnącym trupem, pokarmem robactwa." W tym czasie śmierć zaczyna porywać do swego tańca przedstawicieli wszystkich stanów, ukazując równość wielkich i małych tego świata w tym makabrycznym korowodzie. Majestat i grozę śmierci ukazuje P.Breughel w Triumfie śmierci. Wspaniałość ceremoniałów pogrzebowych przetrwała nawet w dzisiejszych laickich obrządkach, łagodząc niejako przez swą dostojność okrucieństwo zgonu. Jak wymienianie pewnych słów, imion boskich było z dawna zakazane, tak podobne tabuistyczne obawy kryją się w niechęci do nazywania śmierci po imieniu. Do dziś używa się eufemistycznych powiedzeń: pożegnał się ze światem, odszedł od nas itp. Na obrazach Sądów Ostatecznych dość monotonnej rajskiej błogości, czekającej sprawiedliwych, przeciwstawione były dna piekieł z ich bogatym repertuarem mąk w ogniu - żywiole, który tu na ziemi niszczył doczesne powłoki heretyków i czarownic w ceremoniach autodafe. W Odrodzeniu, inspirowanym antykiem, temat śmierci przybrał bardziej zhumanizowane, szlachetniejsze kształty. Okres baroku - to nie tylko metafizyczna poezja manierystów i pompae funebris, przydające blasku możnym nawet po zgonie. Dworska etykieta i elegancja, dbające o ironiczny dystans do najpoważniejszych spraw, nie pozwalały nawet samej śmierci, jeśli musiała już zjawiać się w salonach lub przypominać o sobie w kościele, zachowywać się zbyt brutalnie i prostacko. Przedstawione na nagrobkach postacie zmarłych nie tracą wykwintnego gestu, raczej wypoczywają, niż trwają w śnie wiecznym. Nawet rzeźby wyobrażające kościotrupy miewają wytworny wdzięk tanecznych gestów menueta. Romantyzm, który odkrył uroki lęków średniowiecza, lubował się w scenach cmentarnych, opuszczonych ruinach, których pustkę ożywiały tylko widma zmarłych, wampirów i upiorów. Pejzaż melancholijnej śmierci przedstawia Wyspa umarłych Bocklina. W twórczości J.Ensora (1860-1949) śmierć, pojawiająca się najczęściej w towarzystwie groteskowych, zamaskowanych postaci, jest groźna, lecz bywa potraktowana ironicznie, tak jak to uczynił artysta na rysunku zatytułowanym Ja w 1960 roku, przedstawiającym leżący szkielet wsparty na ramieniu. W sztuce współczesnej symbole śmierci są bardziej aluzyjne. Mogą to być odarte z liści drzewa, śmiercionośna broń, zegar, który zastąpił dawną klepsydrę symbol wszystko niszczącego czasu. Dla Gauguina w obrazie Skąd jesteśmy, kim jesteśmy, dokąd idziemy śmierć oznaczają: czaszka, świeca i zamknięta księga. Van Gogh w swoim Żeńcu widział uosobienie śmierci. Pozytywną, kulturotwórczą rolę lęku dostrzegał Goethe stwierdzając, że "groza

173

jest najlepszą cząstką ludzkości" (Das Schaudern ist der Menschheit bestes Teil), a Jarosław Iwaszkiewicz powiada, iż "nie ma sztuki bez strachu życia albo strachu śmierci". Wyobraźnia grecka ujęła to w pięknej metaforze, każąc Pegazowi, uosobieniu poezji, zrodzić się z krwi Gorgony - symbolu lęku.

174

Spis treści Wstęp..........................................................................2 LĘK NERWICOWY..................................................................6 Niepokój.......................................................................6 Czas przyszły..................................................................6 Czas przeszły..................................................................8 Ataki lękowe...................................................................9 Sygnały alarmowe: ból i lęk...................................................10 Lęk anankastyczny.............................................................12 Krystalizacja uczuć...........................................................12 Magiczna formuła..............................................................12 Abstrakcyjność (oderwanie od konkretnej sytuacji).............................13 Perseweracja..................................................................13 Potrzeba bólu i lęku (system alarmowy)........................................15 Sztuczne sygnały alarmowe.....................................................16 LĘK HIPOCHONDRYCZNY...........................................................17 Tajemnica ciała...............................................................17 Psyche i soma.................................................................18 Ciało a rytm śmierci i zmartwychwstania.......................................18 Świadomość a interocepcja.....................................................19 Symbol........................................................................19 Życie psychiczne..............................................................22 Wspólnota metabolizmu informacyjnego..........................................22 Równowaga między metabolizmem energetycznym a informacyjnym...................23 Inwentarz symboli przyrody ożywionej..........................................25 Lęk nieznanego................................................................27 Lęk przed śmiercią............................................................29 Sprzężenie zwrotne dodatnie i ujemne..........................................29 Biologiczne znaczenie sygnału lękowego........................................30 Zagrożenie drugiego prawa biologicznego.......................................31 Sfera "duchowa" dwóch praw biologicznych......................................32 Zwodniczość sygnałów zagrożenia...............................................33 Nierozerwalność ustroju i jego czasoprzestrzeni...............................36 Pogotowie lękowe..............................................................38 Lęk przed chorobą psychiczną..................................................39 Lęk przed dezintegracją metabolizmu informacyjnego............................39 Ambiwalentne nastawienie do śmierci i do choroby psychicznej..................41 Rozwój metabolizmu informacyjnego a wzrost pogotowia lękowego.................41 Lęk przed samotnością.........................................................42 Dziecko a samotność...........................................................42 Społeczny charakter życia.....................................................43 Lęk sumienia..................................................................43 Różne rodzaje i poziomy układów kontrolujących................................44 System nagrody i kary.........................................................45 Trzy fazy aktywności..........................................................46 Koloryt emocjonalny trzech faz aktywności.....................................49 Trójfazowy charakter impulsu nerwowego........................................49 Częściowa utrata indywidualności w drugiej fazie aktywności...................50 Typologia a trzy fazy aktywności..............................................51 Przestrzeń indywidualna i wspólna.............................................52 Potrzeba metabolizmu informacyjnego...........................................54 Niewiadome w pierwszej i drugiej fazie aktywności.............................56 Czas biologiczny (ewolucja)...................................................56 Geneza układu samokontroli....................................................57 Poczucie własności w trzech fazach aktywności.................................58 Ewolucja lęku.................................................................58 Sumienie podświadome..........................................................60 Porządek moralny..............................................................61 Trzy warstwy sumienia.........................................................62 Spokój sumienia...............................................................65

175

LĘK DEPRESYJNY................................................................65 Lęk a dynamika życiowa........................................................65 Różne rodzaje lęku w depresjach...............................................68 LĘK SCHIZOFRENICZNY...........................................................69 Lęk społeczny.................................................................69 Struktura rodzinna............................................................71 Przezwyciężanie lęku..........................................................77 Swoistość lęku schizofrenicznego..............................................77 Redukcja lęku.................................................................85 LĘK PSYCHOORGANICZNY..........................................................86 LĘK OLIGOFRENICZNY............................................................89 LĘK UROJENIOWY................................................................90 Społeczne uwarunkowanie urojeń................................................90 Rola matki....................................................................90 Rola ojca.....................................................................93 Władza i posiadanie...........................................................99 Dwie warstwy lęku społecznego................................................105 Urojenie a rzeczywistość.....................................................107 Postacie matki i ojca a geneza lęku społecznego..............................110 LĘK BIOLOGICZNY..............................................................112 Tajemniczość ciała...........................................................112 Medycyna a lęk biologiczny...................................................112 Śmierć.......................................................................113 Śmiertelność człowieka a "nieśmiertelność" życia.............................113 GENEZA LĘKÓW.................................................................117 Podział......................................................................117 Tło lęku biologicznego.......................................................118 Czynniki wewnętrzne i zewnętrzne.............................................118 Lęk dezintegracyjny..........................................................122 Sfera wewnątrzustrojowa......................................................122 Sfera społeczna..............................................................124 Kształty lęku................................................................135 Skala........................................................................136 Ekspresja....................................................................136 Reakcja wegetatywno-endokrynna i metabolizm informacyjny.....................137 Przemiany....................................................................138 Dynamika.....................................................................139 Przestrzeń ciasna............................................................140 Regresja.....................................................................140 Sztywność....................................................................141 Generalizacja................................................................142 Osobowość lękowa.............................................................142 Modele społeczne lęku........................................................145 Reakcje indywidualne.........................................................147 LECZENIE.....................................................................149 Psychoterapia................................................................149 Wieloznaczność lęku..........................................................149 Przesunięcie lęku - katharsis – sugestia....................................149 Redukcja lęku................................................................149 Psychoterapia lęku w psychosomatyce i w psychiatrii..........................151 Psychofarmakologia...........................................................152 Profilaktyka.................................................................153 WYBÓR PIŚMIENNICTWA..........................................................154 DEMONOLOGIA LĘKU - napisał Jan Mitarski......................................160 Niektóre formy ekspresji i symboliki lęku w dziejach kultury.................160 Wstęp........................................................................160 Demonologia..................................................................161 Wyobrażenia lęku.............................................................162 Lęk i magia..................................................................163 Lęk i fantastyka.............................................................165

176

Obszary lęku.................................................................168 Szatan.......................................................................170 Mizoginizm...................................................................170 Lęk i szaleństwo.............................................................171 Śmierć.......................................................................172

177