Wstęp do semiotyki [2 ed.]
 8321402623

Citation preview

WIEDZA POWSZECHNA

Jerzy Pelc

WSTĘP DO SEMIOTYKI

Prof, dr Jerzy Pelc urodził się w Warszawie w 1924 r., jest kierownikiem Zakładu Semiotyki Logicznej w Uniwersytecie Warszawskim. Głów­ ne dziedziny zainteresowań, oprócz semiotyki logicznej, to: filozofia języka, filozofia litera­ tury, metodologia nauk humanistycznych. Jest autorem m.in.: Poglądy Rudolfa Carnapa na kwestie znaczenia i oznaczania, O pojęciu te­ matu, O użyciu wyrażeń, Studies in Functional Logical Semiotics of Natural Language, Semio­ tyka polska 1894—1969 r. Wydawca „Studiów Semiotycznych” Członek m.in. Komitetu Nauk Filozoficznych PAN, Komitetu Terminologii przy Prezydium PAN, Zarządu Głównego; Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, Polskiego Towarzystwa Semiotycznego, Institut Interna­ tional de Philosophie, Fédération Internationale des Sociétés de Philosophie, International Asso­ ciation for Semiotic Studies oraz członek hono­ rowy Semiotic Society of America, Sociedad Méxicana de Filosofia.

Co to jest semiotyka? Czym się różni od semiologii i od semantyki? Książka zawiera anali­ zę pojęć znaku i znaczenia oraz wyjaśnia, co jest przedmiotem badań semiotyki teoretycznej, a co — semiotyki stosowanej; i jedna, i druga często bywa nazywana krótko: semiotyką. Pod tą samą nazwą występują też metody semiotyczne. A zatem ten sam wyraz — „semiotyka” — służy za miano odmiennych rzeczy. Wywołuje to nieporozumienia. Celem autora jest ich usu­ nięcie, a środkiem do tego — zaznajomienie czytelników z najważniejszymi pojęciami i za­ gadnieniami tej dziedziny rozważań, tak bujnie się rozwijającej w ostatnich latach.

BIBLIOTEKA WIEDZY WSPÓŁCZESNEJ OMEGA

pod patronatem POLSKIEJ AKADEMII NAUK

RADA PROGRAMOWA Przewodniczący: Jan Szczepański Wiceprzewodniczący: Szczepan Pieniążek Członkowie: Czesław Hernas. Janusz L. Jakubowski, Tadeusz Kielanowski, Krzysztof Majka, Włodzimierz Michajłow, Jan Michejda, Jerzy Sablik, Adam Urbanek, Janusz Zakrzewski Sekretarz Rady: Krzysztof Rajewski

Jerzy Pelc

WSTĘP DO SEMIOTYKI

Wiedza Powszechna Warszawa 1984

Okładka i strona tytułowa Józef Cz. Bieniek

Ilustracja na okładce

Ksawciy Plwockl

Printed in Poland

£: Copyright by Państwowe Wydawnictwo .»Wiedza Powszechna” Warszawa 1981

Redaktor: Hanna Pusz Redaktor techniczny: Irena Szwedler Korektor: Zdzisław Bocheński

Wydanie 11. Nakład 9700 ! 300 egz. Ark. wyd. 15,4 Ark. druk. 22,75 Papici druk. sat. kl. IV, 70 g, 82X104 Oddano do składania w czerwcu 1983 r. Druk ukończono w kwietniu 1984 r. Cena zł 130,— 7.GK Zakład nr 5 w Bytomiu. Zam. 9111/1100/83 M-W

ISBN 83-214-0262-3 ISSN 0208-9653

PRZEDMOWA DO PIERWSZEGO WYDANIA

Jadąc na krótko do nieznanego miasta sta­ ram się zawczasu czegoś o nim dowiedzieć. Biorę więc do ręki jakiś przewodnik albo en­ cyklopedię i zbieram najważniejsze informacje. Jeśli w mieście tym mówi się nie znanym mi językiem, usiłuję przyswoić sobie kilka najpo­ trzebniejszych zwrotów. Taki jest mój zwykły wstęp do zwiedzania. Czymś w rodzaju podob­ nego przygotowania ma być ta książka. Dlate­ go wybrałem dla niej tytuł Wstęp do semio­ tyki. Przybywszy na miejsce robię' zwykle tak: kupuję bilet turystyczny ważny w ciągu jed­ nego dnia we wszystkich tramwajach oraz autobusach i przemierzam miasto wzdłuż i wszerz, żeby zdobyć ogólne wyobrażenie 0 jego położeniu i wyglądzie. Jest to taka oszczędnościowa sight-seeing tour, znacznie tańsza od oferowanych przez biura turystycz­ ne. Czymś w rodzaju wędrówki i zwiedzania z okien tramwaju czy autobusu ma być ta książka. Mogłaby się więc także nazywać Wędrówki po semiotyce. Zwykle też pierwszego dnia pobytu, przed zachodem słońca, bo wtedy widok jest najlep­ szy, staram się wdrapać na jakiś punkt góru­ 5

jący nad okolicą; czasem jest to najwyższy gmach, czasem wieża kościelna, czasem szczyt wzniesienia. Spoglądając na miasto położone w dole zyskuję o nim ogólne wyobrażenie, orientację w przebiegu najważniejszych arterii i w usytuowaniu dzielnic. Czymś w rodzaju takiego spojrzenia na semiotykę ma być ta książka. Mogłaby się więc równie dobrze nazy­ wać Semiotyka z lotu ptaka albo Rzut oka na semiotyką. Po rekonesansie tramwajowo-autobusowym i po obejrzeniu miasta z góry, gdy już mniej więcej wiem, jak wygląda, zwiedzam zwykle najważniejsze zabytki, zaczynając od starego miasta. Daje mi to wyobrażenie o jego prze­ szłości i pozwala ją porównać z teraźniejszo­ ścią. Czymś w tym rodzaju ma być ta książka. Mogłaby się więc też nazywać Rodowód i dzień dzisiejszy semiotyki czy Wczoraj i dziś semio­ tyki. Zwiedziwszy stare miasto zwykle wybieram sobie kilka rzeczy szczególnie godnych uwagi: najlepszą galerię obrazów, zamek królewski, najpiękniejsze kościoły, główną ulicę. Czymś podobnym ma być ta książka. Mogłaby się więc też nazywać Najważniejsze obiekty semiotyki. Nie chodzi jednak o taki czy inny tytuł, lecz o informację, czego się można po tej książce spodziewać. Otóż Wstąp do semiotyki, tak jak przeważnie wstęp do każdej nauki, wiedzy czy umiejętności, pragnie raczej stawiać pytania, aniżeli dawać gotowe odpowiedzi. Nie zawiera więc systematycznego wykładu semiotyki, lecz stara się przedstawić główne jej pojęcia i uka­ zać wybrane zagadnienia. W ten sposób pró­ buje zachęcić i przygotować czytelnika do sa­ modzielnego namysłu i szukania rozwiązań na własną rękę. Komuś nie przywykłemu do roztrząsań teo­ retycznych sprawy poruszane w tej książce

mogą się wydać skomplikowane. I niektóre z nich są skomplikowane. Nawet i te jednak Wstęp do semiotyki stara się wyłożyć prosto i jasno. Należy to do zasad szkoły, z której się wywodzi. Patrzy ona z niechęcią na tych auto­ rów, którzy za punkt honoru przyjęli sobie silić się na styl uczony. Przedstawiając zagad­ nienia tak, aby robiły one wrażenie jeszcze trudniejszych i bardziej skomplikowanych, niż są w rzeczywistości, pragną oni podnieść pre­ stiż rozważań i tym większy respekt wzbudzić dla swej uczoności. Tymczasem autorzy im­ ponujący nienaturalną uczonością stylu, piszący w sposób niepotrzebnie zawiły i wyszukany — są jak ludzie źle wychowani, którzy od święta obnoszą się z wymuszoną, przesadną elegancją na pokaz i przy uroczystych oka­ zjach udają dystyngowanych. Najczęściej bez powodzenia. Wstęp do semiotyki nie wstydzi się prostoty. Wierząc, że jest ona skutecznym środkiem przeciw prostactwu także w sprawach instara się być pod tym wzglętelektualnych dem programowo bezwstydny. Dlatego nie bę­ dzie rozpościerał dymnej zasłony niezrozumiałości nad zawartymi w nim myślami. Jeżeli są niemądre i banalne, to mimo wszelkich za­ słon i upiększeń takie pozostaną.

J.P. Warszawa, w grudniu 1980 r.

PRZEDMOWA DO DRUGIEGO WYDANIA

Uskarżali się niektórzy czytelnicy pierwszego wydania Wstępu do semiotyki, że niejedna wiadomość tak dokładnie została w nim ukryta, iż wiele trudu kosztuje jej odnalezienie. I mieli rację. PLząc bowiem tę książkę, zamierzałem opatrzyć ją dokładnym i obszernym indeksem, zarówno pojęć, jak nazwisk. Słusznie się też o to upominał recenzent naukowy tego tomu. Okazało się jednak, że książki niniejszej serii nie zawierają indeksów. Umieszczenie ich w tej jednej pracy byłoby więc odstępstwem od przy­ jętego przez Wydawnictwo wzorca. Gdybym o tym wzorcu pamiętał pisząc Wstęp do semio­ tyki, starałbym się nadać tej książce inny układ, by w ten sposób ułatwić orientacje w labiryncie zagadnień. Bez tego — przyznają — tak trudno tutaj trafić pod poszukiwany adres jak, podobno, w Tokio. Niecierpliwi to i znie­ chęca — zwłaszcza tych czytelników, którzy się z tej książki uczą, a także tych, którzy ko­ rzystają z niej, ucząc innych. Idę więc — z wdzięcznością — za dobrą radą kolegów, dra Jacka J. Jadackiego, doc. dra hab. Leona Koja i doc. dra hab. Władysława Stróżewskiego, zbieżną z moim własnym zamia­ rem, i w drugim wydaniu Wstępu do semiotyki 8

wprowadzam podział na krótkie rozdziały, każ­ dy z nich opatrując tytułem. Powstały — bar­ dzo obszerny — Spis treści, to półśrodek, ma­ jący zastąpić indeks. I to jest główna zmiana w porównaniu z pierwszym wydaniem. Poza tym wprowadziłem kilkadziesiąt poprawek w tekście. Część usterek lub błędów zauważyłem sam; ale bez porówna­ nia więcej dostrzegł mój bliski współpracownik z Zakładu Semiotyki Logicznej Uniwersytetu Warszawskiego, dr Jadacki, który przeczytał tę książkę o wiele uważniej niż ja i — nie mam co do tego wątpliwości — tak wnikliwie i do­ kładnie jak nikt inny. Wielką mi tym sprawił przyjemność i wydatną okazał pomoc. Co do mnie zaś, to zamiast dzisiaj prostować stare błędy — wołałbym tę książkę napisać od nowa. Byłaby zapewne zupełnie inna i — może — lepsza. J.P. Warszawa, w maju 1983 r.

1

„SEMIOTYKA” „SEMIOLOGIA” CZY „SEMANTYKA”?

O nieszkodliwej i szkodliwej równoznaczności

Jak właściwie powinno się mówić: „semio­ tyka”, „semiologia” czy „semantyka”? Która forma jest poprawna: „semiotyczny”, „semiologiczny” czy „semantyczny”? Tego rodzaju pytania zada je sobie niejeden czytelnik napot­ kawszy w książkach i czasopismach wszystkie te wyrazy. W nauce staramy się unikać takiego stawia­ nia sprawy. Niechętnie formułujemy nakazy, zakazy czy normy. Przysłuchujemy się raczej temu, jak ludzie mówią, przypatrujemy temu, jak piszą, i przede wszystkim zmierzamy do zarejestrowania różnic i podobieństw. Następ­ nie pytamy, skąd się jedne i drugie wzięły, czy są wyłącznie powierzchowne, a więc w tym wypadku — czy polegają jedynie na odmien­ ności brzmienia i wyglądu słów, czy też się­ gają głębiej, to jest, czy kryje się za nimi różnica znaczeń. Jeśli bowiem są to słowa, któ­ re co innego znaczą, decyzja zakazująca uży­ wania choćby jednego z nich byłaby szkodli­ wa. Wszak wraz z tym skazanym na wygnanie słowem znikłoby także wyrażane przez nie po­ jęcie. Jeśli natomiast różnobrzmiące słowa zna­ czą to samo, wówczas należy się zastanowić, czy fakt, że różnią się one kształtem, choć ma­ 10

ją to samo znaczenie, przynosi szkodę, czy też jest zupełnie nieszkodliwy. Bywa przecież i tak, i tak. Oto w języku polskim wyrazy „butelka” i „flaszka” mają różny kształt, znacząc to sa­ mo. Ale ta różnica brzmienia i wyglądu słów nie wywołuje żadnych nieporozumień. Nikt przecież, przeczytawszy w jednym tekście, że gość zamówił w restauracji flaszkę piwa, a w drugim tekście, że — butelkę piwa, nie będzie podejrzewał, iż za każdym razem chodziło o in­ nego rodzaju naczynie. Niechże więc oba te słowa pozostaną w języku, skoro nikomu nie wadzą. Używajmy jednego z nich lub na prze­ mian to jednego, to drugiego, jak nam się podoba. Zdarza się jednak, iż pewne wyrazy, znaczą­ ce to samo, różnicą swego kształtu wywołują nieporozumienia i tym samym przynoszą szkodę. Dzieje się tak między innymi wówczas, gdy ludzie niesłusznie się domyślają, że za różnicą kształtu tych słów kryje się nie znana im róż­ nica znaczeniowa. To dlatego chętnie używają zwrotu „komunikacja werbalna” zamiast „po­ rozumiewanie się słowne” albo „relewantny” zamiast „istotny”. Nie tylko zresztą dlatego. Myślą sobie zapewne, że wyrazy obce wyróż­ niają się powagą naukową (czy — jak chętniej by powiedzieli — prestiżem naukowym), której brak rodzimym. Nie zawsze jednak snobizm skłania nas do używania jednego z równoznadłników, a unikania drugiego. Zjawisko to wy­ stępuje także i wtedy, gdy oba wyrazy równo­ znaczne są rodzime albo gdy oba są pochodze­ nia obcego. Szerzy się np. zwyczaj mówienia i pisania „stwierdzenie” zamiast „twierdzenie”, również w wypadkach, gdy oba te słowa zna­ czą to samo; albo „specjalistyczny”, a nie „specjalny”, choć pierwszy z tych wyrazów ma jedno ze swych znaczeń takie samo jak drugi. 11

A jak się ma rzecz z wyrazami „semiotyka”, „semiologia” i „semantyka”? Czy tak jak ze słowami „butelka” i „flaszka”, to jest nieszkod­ liwymi równoznacznikami, czy tak jak z przy­ miotnikami „relewantny” oraz „istotny”, czy wreszcie tak jak z wyrazami „astronomia” i „astrologia” albo „Polska” i „Wielkopolska”, które mając inny kształt, co innego też znaczą? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć tak po prostu, to jest przez zaliczenie wypadku „semiotyka” — „semiologia” — „semantyka” do jednej z wymienionych trzech kategorii przykładów. Nie da się zaś dlatego, że słowa te są wieloznaczne. W jednym ze znaczeń każ­ dego z nich są równoznacznikami, czyli synoni­ mami. Ale oprócz tego każde z nich ma też i takie znaczenie, że stosunek równoznaczności przestaje między nimi zachodzić. Słowo „semiotyka” i pokrewne

Kiedy te trzy słowa „semiotyka”, „semiolo­ gia” i „semantyka” są równoznaczne? Wtedy, gdy każde z nich znaczy mniej więcej tyle, co „nauka o znakach” lub „wiedza o znakach”. Zastrzeżenie w postaci wyrażenia „mniej wię­ cej” bierze się tu stąd, że słowa te, jak więk­ szość słów w języku potocznym, mają niezu­ pełnie ścisłe znaczenie, są — jak się powiada — niewyraźne i w związku z tym trudno z całą dokładnością rozstrzygnąć, czy są one rów­ noznaczne. Podobnie trudno byłoby rozstrzyg­ nąć, czy np. te oto dwie zapałki są równej dłu­ gości, gdybyśmy o każdej z nich wiedzieli, że ma mniej więcej 45 mm długości. Wszystkie trzy omawiane wyrazy, a więc „semiotyka” „semiologia” i „semantyka”, są pochodzenia greckiego; we wszystkich też wy­ stępuje ten sam temat „sem-”, obecny także 12

w greckich słowach semaino — znaczę, semainon — znak, semeinon — oznaka, semainomenon — znaczenie, semeiotikos — kierujący się oznakami, semantikos — znaczący. Tenże te­ mat „sem-” odnajdujemy w słowach: „semafor”, „semazjologia” (nazwa działu lingwistyki zaj­ mującego się znaczeniem i zmianami znaczenia wyrazów), „sematologia” czy równoznacznego z nim „semologia” (nazwa nauki o wyrazach ujmowanych pod kątem ich roli jako znaków), „semantem” (nazwa nierozkładalnej jednostki znaczeniowej, przyporządkowanej pierwiastko­ wi lub tematowi wyrazu; w tej chwili właśnie, zestawiając różne słowa, w których występuje temat „sem-”, staramy się za pomocą przykła­ dów uprzytomnić sobie, jaki semantem odpo­ wiada temu tematowi), wreszcie „semem” (na­ zwa jednostki znaczeniowej, ale nie elementar­ nej, nie atomowej, jak semantem, lecz przy­ porządkowanej całemu wyrazowi, zwrotowi lub zdaniu; obecnie zatem staramy się ustalić, jaki semem odpowiada każdemu ze słów: „sexniotyka”, „semiologia” i „semantyka”). Z po­ wyższych przykładów widać, że omawiane tu słowa muszą dotyczyć znaków, taki bowiem semantem odpowiada zawartemu w każdym z nich tematowi „sem-”.

Słowo „semiotyka” jako nazwa nauki o znakach Dobrze sobie z tego zdawano sprawę w cza­ sach, kiedy greka i łacina należały do obowią­ zujących przedmiotów szkolnych i uniwersy­ teckich. Toteż gdy John Locke w roku 1690 pisał o wiedzy o znakach, sięgnął po słowo „se­ miotyka” i wyjaśniał, że zadaniem semiotyki jest rozważanie natury znaków, którymi posłu­ guje się nasz umysł, pragnąc lepiej poznać 13

otaczające nas rzeczy i innym przekazać na­ szą o nich wiedzę. Dodawał też, że żadna z rze­ czy badanych przez nasz umysł, poza nim sa­ mym, nie jest mu dana bezpośrednio. Z ko­ nieczności więc w naszym poznawaniu owych zewnętrznych względem nas rzeczy musimy się posługiwać ich znakami, to jest innymi rzeczami, reprezentującymi tamte, a danymi nam bezpośrednio jako nasze własne idee, my­ śli, wrażenia (Locke, 1955: IV, XXI, 4). W ten sposób słowo „semiotyka” pojawiło się w roz­ ważaniach filozoficznych jako nazwa dociekań na temat znaków. W siedemdziesiąt kilka lat później słowo „semiotyka” powróciło w podobnej roli, gdy filozof niemiecki Johann Heinrich Lambert używał, go jako miana nauki o oznaczaniu myśli i przedmiotów (Lambert, 1764: 5—214). Upłynęło dalszych sto lat z okładem, jest już przełom XIX i XX w., kiedy w Stanach Zjednoczonych pojawia się filozof i logik wiel­ kiej miary, Charles Sanders Peirce, którego wkład do semiotyki jest tak ogromny, że słu­ sznie uważa się go za jej klasyka (niesłusznie zaś za jej twórcę). Otóż Peirce także używał słowa „semiotyka” w odniesieniu do nauki o znakach albo też w odniesieniu do nauki o istocie i najważniejszych odmianach wszel­ kiej możliwej semiozy. To ostatnie słowo, mia­ nowicie „semioza”, oznacza u Peirce’a współ­ działanie trzech czynników: znaku, jego przed­ miotu i jego znaczenia, zwanego interpretan­ tem (nie należy mylić interpretantu, czyli pewnej odmiany znaczenia, z interpretatorem, czyli tym człowiekiem czy zwierzęciem, które znak interpretuje, to jest rozumie). Znak zaś określał Peirce jako coś, co komuś zastępuje co innego pod pewnym względem czy w pe­ wien sposób (Peirce, 1965—66: 2.228, 5.484, 5.488). 14

Słowo „semiologia” jako nazwa nauki o znakach

Jak widać, od czasów Locke’a do Peirce’a utrzymuje się słowo „semiotyka” jako nazwa nauki o znakach i ich funkcjach. Jednakże około r. 1916 pojawia się wyraz konkurencyj­ ny — „semiologia”. Tak nazwał tę naukę Ferdinand de Saussure, wybitny językoznaw­ ca szwajcarski. Uważał przy tym semiologię za naukę, której zadanie polega na badaniu życia znaków na łonie życia społecznego oraz dociekanie, z czego znaki się składają i jakie prawa nimi rządzą. Traktował ją przy tym ja­ ko część psychologii społecznej, a zatem i psy­ chologii ogólnej, językoznawstwo zaś uznawał za jeden z działów semiologii i mniemał, że prawa, któro ona wykryje, znajdą w nim za­ stosowanie (Saussure, 1967: 46 i n.). Od czasów de Saussure’a językoznawcy i se­ miotycy francuscy, więcej — humaniści także innych specjalności i z innych krajów, zwłasz­ cza romańskich, pozostający pod wpływem zainicjowanego przez de Saussure’a kierunku, zwanego strukturalizmem w lingwistyce, uży­ wają przeważnie słowa „semiologia”, a nie „semiotyka”. Najczęściej też używają go jako nazwy nauki czy wiedzy o znakach, nawet jeśli zdarzają się między nimi rozbieżności w bliższej charakterystyce tej nauki i jej sto­ sunku do innych nauk. Tak np. Roland Barthes uważa, że to nie lingwistyka jest częścią semio­ logii — tak stawiał sprawę de Saussure — lecz na odwrót: semiologia stanowi część lingwisty­ ki zajmującą się dużymi jednostkami mowy (Barthes, 1964, 1968; 11). Wprawdzie w ujęciu Locke’a czy Peirce’a semiotyka była spokrewniona z logiką i filo­ zofią, a nie z psychologią społeczną, jak semio­ logia de Saussure’a, czy z lingwistyką, jak se15-

miologia Barthesa, wszyscy oni mieli na myśli naukę o znakach. Można więc przyjąć, że w rozpatrzonych dotychczas wypadkach słowa „semiotyka” i „semiologia” występowały jako równoznaczniki; różnica zatem polegała na brzmieniu wyrazów, a nie na odmienności ich sensu. Inne znaczenia słów „semiotyka” i „semiologia”

Taka sytuacja, mianowicie równoległe wy­ stępowanie dwóch, mniej więcej równoznacz­ nych, wyrazów „semiotyka” i „semiologia”, trwała bez przeszkód od roku 1916 aż do lat sześćdziesiątych. W krajach romańskich uży­ wano i używa się nadal przeważnie słowa „se­ miologia”; ostatnio praktyka ta przenosi się także do Anglii. Natomiast w Stanach Zjedno­ czonych, w krajach słowiańskich i wśród piszących i mówiących po niemiecku przeważa wyraz „semiotyka”. Żadnemu z tych wyrazów nie można nic zarzucić pod względem języko­ wym: słowo „semiologia” zostało ukute w spo­ sób podobny do słowa „biologia”, a rzeczownik „semiotyka” — do rzeczownika „gramatyka”. Można by zatem na to ich równoległe wystę­ powanie patrzeć bez niepokoju i tak samo je tolerować, jak tolerujemy równoległe wystę­ powanie słów „butelka” i „flaszka”. Moglibyś­ my na przemian używać wyrazów „semioty­ ka” i „semiologia” i nikomu by to nie prze­ szkadzało, gdyby nie fakt, że niektórzy uczeni zaczęli korzystać z owej różnicy w brzmieniu i kształcie samych słów dla przeprowadzenia pewnych odróżnień pojęciowych. Oto parę przykładów. Znany językoznawca duński, Hjelmslev, za­ stosował takie odróżnienie: semiotyka bywa

naukowa bądź nienaukowa; na temat każdej z nich można prowadzić rozważania naukowe; otóż rzeczownik „semiologia” oznacza naukę, która ma za przedmiot semiotykę nienaukową. Semiologia więc stała się w tym ujęciu nauką uprawianą niejako na wyższym piętrze niż se­ miotyka, w tym wypadku semiotyka nienau­ kowa; stała się mianowicie nauką o semiotyce nienaukowej. Z kolei semiologia miała nad so­ bą jeszcze jedno piętro: metasemiologię, zaj­ mującą się badaniem terminów występujących w obrębie semiologii (Hejlmslev, 1953 : 85 i n.). Inne odróżnienie sensu słów „semiotyka” i „semiologia” zaproponował francuski semio­ tyk filmu, Christian Metz. Pierwsze z nich, „se­ miotyka”, stosował w odniesieniu do formali­ zacji nauk przyrodniczych, a drugie, „semiolo­ gia”, do formalizacji nauk humanistycznych (Metz, 1966). Nieco inne odróżnienie znajdujemy u Greimasa, znanego semiotyka francuskiego: istnie­ je nie jedna semiotyka, lecz wiele semiotyk, i nie jedna semiologia, lecz wiele semiologii. Rzeczownik „semiotyka” jest nazwą nauk przyrodniczych, rozpatrywanych nie pod kątem ich struktury, lecz pod kątem stosowanej w nich procedury badawczej. Natomiast rzeczo­ wnik „semiologia” oznacza nauki humanistycz­ ne, rozpatrywane pod tym samym kątem (Greimas, 1970:33). Wprawdzie więc, tak jak Metz, również i Greimas wiąże wyraz „semio­ tyka” z naukami przyrodniczymi, a wyraz „se­ miologia” z naukami humanistycznymi, ale nie chodzi mu o formalizację tych dyscyplin; ma na myśli raczej wybrane zagadnienia z meto­ dologii każdego z tych dwóch typów nauk. Popularny semiotyk włoski, Eco, stosował przez pewien okres takie odróżnienie: słowem „semiologia” nazywał ogólną teorię zjawisk porozumiewania się, ujmowanych jako tworze2 Wstęp do semiotyki

17

nie komunikatów na podstawie konwencjonal­ nych kodów, czyli systemów znaków; natomiast „semiotykami” — bo tak jak Greimas uważał, że jest wiele semiotyk — otóż „semiotykami” nazywał wszelkie sformalizowane lub dające się sformalizować systemy znaków. Nie wiado­ mo przy tym czy zarówno Eco, jak Metz, przez formalizację rozumieli to, co zwykle się przez nią rozumie w teoriach systemów sfor­ malizowanych. Eco oprócz tak rozumianych rzeczowników „semiologia” i „semiotyka” po­ sługiwał się przejętym zapewne od Peirce’a, wyrazem „semia”; a semia to, jak pisał, reper­ tuar symboli, nie będący w ścisłym tego sło­ wa znaczeniu semiotyką (Eco, 1968 : 384). Jeszcze inne odróżnienie rejestruje Słownik terminologii językoznawczej (Gołąb, Heinz, Po­ lański, 1968:512), w którym czytamy, że słowo „semiotyka” albo bywa używane w takim sa­ mym znaczeniu jak „semiologia” u de Saussure’a, albo też występuje jako nazwa nauki „traktującej o istocie i funkcjonowaniu zna­ ków językowych w ogóle ze stanowiska logistycznego**. Z kolei ’Whitfield (Whitfield, 1969:258), a także Ardener (Ardener, 1971:LXXXVI), „se­ miotykami” nazywają wszelkie systemy zna­ ków, a „semiologią” — naukę o owych syste­ mach znaków, czyli semiotykach. Inaczej podchodzi do tego zagadnienia Mounin i proponuje przez „semiotykę” rozumieć „niejęzykowe systemy porozumiewania się”; do takich systemów należy np. system znaków drogowych, albo znaki występujące w malar­ stwie. Rzeczownik „semiologia” zaś zachowuje on jako nazwę ogólnej nauki o wszelkich sy­ stemach znaków (Mounin, 1979:57). Można by te przykłady mnożyć; ale i te, które tu podano, wystarczą, żeby się zgodzić, iż zdrowa skądinąd myśl doprowadziła do cha­ 18

osu, gdy każdy na własną rękę zaczął ją urze­ czywistniać w odmienny sposób. Owa zdrowa myśl polegała na tym, aby dwoma odmiennymi co do brzmienia i wyglądu słowami, zawiera­ jącymi temat „sem-”, mianowicie słowami „se­ miotyka” i „semiologia”, posłużyć się do od­ dania jednej z wielu różnic pojęciowych, które faktycznie występują w rozważaniach na te­ mat znaków. Na nieszczęście, co autor, to inną różnicę pojęciową miał na myśli. W ciągu kil­ ku lat powstało mnóstwo odmiennych propo­ zycji, a żadna z nich nie była respektowana przez nikogo poza projektodawcą, który niekie­ dy sam po pewnym czasie zastępował swój pierwotny projekt terminologiczny jakimś in­ nym. W rezultacie żadne z tych rozróżnień się nie przyjęło i zamiast uporządkowania pojęcio­ wego i terminologicznego powstał nieład. Słowo „semantyka” jako nazwa nauki o znakach

Nieład ten jest tym większy, że oprócz pary słów „semiotyka” — „semiologia” już dawniej przybyło do tej konkurencji trzecie, „seman­ tyka”. W Polsce przed kilkudziesięciu laty ten ostatni wyraz występował bez porównania częściej niż słowo „semiotyka”, które zaczęło się zadomawiać w naszej terminologii nauko­ wej właściwie dopiero w latach sześćdziesią­ tych obecnego wieku. Dawniej naukę o funk­ cjach znaków nazywano u nas przeważnie se­ mantyką. Na przykład Tadeusz Kotarbiński w roku 1929 pierwszy rozdział Elementów teorii poznania, logiki formalnej i metodologii nauk zatytułował: O stosunkach semantycznych, jak wyrażanie, oznaczanie i inne. A z treści za­ wartych tam rozważań widać, że chodzi w nich, o wszelkie semiotyczne własności znaków (Ko­ 2»

19.

tarbiński, 1929:1). Słynny ten podręcznik uni­ wersytecki, z którego przez ponad ćwierć wieku uczyło się wiele pokoleń studentów humani­ styki w całej Polsce, przyczynił się do rozpo­ wszechnienia słowa „semantyka” w tym właś­ nie szerokim znaczeniu. Do takiego rozumienia tego wyrazu mogły się też przyczynić Logische Untersuchungen Edmunda Husserla, który w roku 1913 nazwę „kategorie semantyczne” nadał zbiorom wyra­ żeń nie tylko ze względu na ich własności zna­ czeniowe, lecz również — i to w głównej mie­ rze — ze względu na ich cechy składniowe. Wskutek tego przymiotnik „semantyczny” na­ bierał tak szerokiego znaczenia, że w jego za­ kresie mieściły się wszelkie bodajże cechy semiotyczne. (Husserl, 1913:11, I, 294 i n., 305 i n., 316 i n., 326 i n.). Logische Untersuchun­ gen Husserla były przed drugą wojną świato­ wą w Polsce — i nie tylko w Polsce — w krę­ gach filozoficznych znane i to również mogło mieć wpływ na utrwalenie słowa „semantyka” w szerokim znaczeniu, a zatem jako synoni­ mu nieznanego przeważnie wyrazu „semioty­ ka”. Wyraz ten dlatego był nieznany albo mało znany, że nikła była u nas, i zresztą również w innych krajach europejskich, znajomość pism Peirce’a, to jest autora, który najwięcej posłu­ giwał się tym słowem i najwięcej na tematy semiotyczne napisał. Nie znano zaś Peirce’a z paru powodów. Znajomość angielskiego była o wiele mniej rozpowszechniona, zwłaszcza w Polsce, niż dzisiaj oraz — w Polsce przed­ wojennej — o wiele rzadsza niż znajomość francuskiego czy niemieckiego. Ponadto pisma Peirce’a zaczęły się ukazywać w zbiorowym wydaniu w języku oryginału dopiero w latach trzydziestych; przedtem były praktycznie nie­ dostępne, bo albo pozostawały w rękopisach, 20

albo zostały rozproszone po czasopismach ame­ rykańskich. Słowo „semiotyka” nie mogło więc właściwie tą drogą, to znaczy w tekstach Peirce’a, przeniknąć do Europy. Użył go wprawdzie stosunkowo wcześnie, bo w r. 1890, Husserl, ale uczynił to w mało znanej rozprawie (Hus­ serl, 1890), a poza tym nie w owym szerokim sensie, który miały wyrazy „semiotyka” u Peirce’a i „semiologia” u de Saussure’a, ale w wyspecjalizowanym; chodziło mu mianowi­ cie o logiczne własności znaków. Takie to były między innymi przyczyny, dla których słowo „semantyka” w filozofii europej­ skiej pierwszej połowy XX wieku zastępowało nie używany niemal termin „semiotyka”. I tyl­ ko do wyjątków zaliczyć można taki wypadek jak ten, iż polski matematyk i filozof Leon Chwistek w roku 1924 wybrał jako synonim polskiego słowa „semantyka” angielski wy­ raz semeiotics, „semiotyka” co zresztą świadczy o tym, że zdawał sobie sprawę z równoznaczności tych dwóch wyrazów; a zarazem w tekstach polskich posługiwał się rzeczownikiem „semantyka” mając na myśli całą naukę o znakach. Jaki więc obraz wyłania się z dotychczaso­ wych rozważań? W Stanach Zjednoczonych od przełomu XIX wieku i naszego stulecia wy­ stępuje dzięki Peirce’owi wyraz „semiotyka” jako nazwa nauki o znakach. Ale nie występu­ je w powszechnym użyciu, bo prace Peirce’a zrazu mało są znane, on sam zaś w świadomo­ ści intelektualnego świata amerykańskiego sprzed drugiej wojny światowej bardziej się zrósł z kierunkiem filozoficznym, któremu to­ rował drogę, mianowicie z pragmatyzmem, czy jak go sam nazywał w odróżnieniu od doktry­ ny Jamesa — pragmatycyzmem, aniżeli z se­ miotyką; poza tym Peirce był za życia i jesz­ cze przez wiele lat po śmierci mało czytany; 21

dopiero w ciągu ostatnich lat czterdziestu roś­ nie jego pozagrobowa sława, która w ostatniej dekadzie lub dwóch osiąga nasilenie kultu. W Europie, która zdążyła zapomnieć o Locke’owskim terminie „semiotyka”, a przed dru­ gą wojną światową nie zdążyła się zapoznać z Peirce’owskim terminem „semiotyka”, aż do lat trzydziestych występują obok siebie dwie równoznaczne nazwy nauki o znakach: pod wpływem de Saussure’a — „semiologia”, pod wpływem Husserla i szkoły filozoficznej lwowsko-warszawskiej — „semantyka”. Ale ten pierwszy wyraz był wtedy w użyciu raczej w kręgach językoznawców, a drugi raczej w kręgach filozofów, pierwszy raczej wśród mówiących po francusku lub innymi językami romańskimi, a drugi raczej wśród mówiących po angielsku, niemiecku czy po polsku. Żadnym jednak z tych słów, „semiologia” i „semantyka’,’ nie posługiwano się tak często i tak chętnie jak dzisiaj. Słowo „semantyka” jako nazwa jednego z działów semiotyki

Gdyby wyraz „semantyka” zachował swoje znaczenie, w którym jest on synonimiczny względem słów „semiotyka” i „semiologia” jako nazw nauki o znakach, mógłby się bez szkody utrzymać w języku nauki. Jedni mówi­ liby i pisali „semantyka”, inni „semiotyka”, jeszcze inni „semiologia” albo na przemian: raz tak, a raz tak, i każdy by wiedział, o co chodzi; byłby to, skrótowo mówiąc, wypadek należący do kategorii „butelka” — „flaszka”. Ale w latach trzydziestych XX wieku coraz częściej zaczęło się pojawiać słowo „semanty­ ka” w węższym znaczeniu, a właściwie w paru różnych węższych znaczeniach. W językoznawstwie od bardzo dawna odróż­ 22

niano zespół rozważań dotyczących budowy wypowiedzeń, zwany składnią, od zespołu roz­ ważań na temat znaczenia słów, zwrotów i zdań, zwany zrazu semazjologią czy — przez Karla Ludwiga Bühlera w jego Sprachtheorie z roku 1934 sematologią (Bühler, 1934), następ­ nie zaś semantyką. Obecnie językoznawcy cha­ rakteryzują semantykę jako „naukę o stosunku zachodzącym między formą a znaczeniem wy­ razu w synchronii i diachronii, czyli potocznie o znaczeniu i zmianach znaczenia wyrazów”, a także o homonimii, synonimii oraz przyczy­ nach przesunięć znaczeniowych. Funkcję se­ mantyczną, czyli funkcję znaczeniową, wyra­ żaną za pomocą morfemów gramatycznych, m.in. więc afiksów i końcówek, odróżniają od funkcji leksykalnej oraz funkcji syntaktycznej (Gołąb, Heinz, Polański, 1968:509—510). Jak widać, występujące w powyższej charaktery­ styce rzeczownik „semantyka” i przymiotnik „semantyczny” nie odnoszą się do ogółu funk­ cji wyrazów, lecz tylko do wybranych, nie oznaczają całokształtu nauki o języku, lecz tylko pewien jej dział. A zatem oba te słowa występują w węższym znaczeniu. Owo węższe znaczenie wyrazu „semantyka" zyskało sobie prawo obywatelstwa w nauce bodajże dzięki światowej sławy logikowi pol­ skiemu, Alfredowi Tarskiemu, słuchaczowi Ta­ deusza Kotarbińskiego i Jana Łukasiewicza (Tarski, 1933, 1936, 1944, 1956), a rozpowszech­ niło się także wśród nie-logików dzięki amery­ kańskiemu semiotykowi i filozofowi, Charlesowi Morrisowi. Po części pod wpływem rozróż­ nień rozpowszechnionych w językoznawstwie, po części pod wpływem idei Peirce’a Morris (1938:6) odróżnił trzy „wymiary” semiozy, czyli procesu, w którym coś funkcjonuje jako znak. Wyodrębnił mianowicie wymiar seman­ tyczny, to jest stosunek lub różnego rodzaju 28

stosunki znaku do tego, czego jest on znakiem — wymiar pragmatyczny, to jest stosunek lub stosunki zachodzące między znakiem a jego użytkownikami, mianowicie nadawcami i od­ biorcami; wreszcie wymiar syntaktyczny, to jest stosunek lub stosunki, których członami są z jednej strony dany znak, z drugiej zaś strony inne znaki. Pierwszym wymiarem i od­ powiednimi stosunkami pierwszego rodzaju zajmuje się według Morrisa semantyka, dru­ gim — pragmatyka, trzecim — syntaktyka (tak nazywał Morris ten trzeci dział — „syn­ taktyka”, nie zaś „składnia” czy „syntaksa”, trochę dlatego, by zachować podobne brzmie­ nie wszystkich trzech terminów, trochę dla­ tego, żeby zaakcentować, iż chodzi tu o roz­ ważania na temat budowy wyrażeń, a nie o samą ich budowę, a trochę dlatego, żeby zasygnalizować, iż nie chodzi tu o tradycyjną składnię jako dział gramatyki tego lub owego języka etnicznego, ale o szerszy i ogólniejszy zespół rozważań). Na koniec Morris utrzymy­ wał, że semiotyka składa się z wymienionych właśnie trzech działów: syntaktyki, semantyki i pragmatyki. Nie ma wątpliwości, że w rozważaniach Morrisa termin „semantyka” występuje w węższym znaczeniu; nie jest on nazwą całej nauki o znakach — taką nazwą jest słowo „semiotyka” — lecz jednego z trzech działów tej nauki. Na tym stanowisku pozostał Morris i później; semantykę określał jako dział se­ miotyki zajmujący się znaczeniem znaków (Morris, 1971:366). Pogląd ten, jak i pomysł podziału na trzy części, mógł zaczerpnąć od Peirce’a, który wprawdzie nie posługiwał się słowem „seman­ tyka”, ale wyodrębniał odpowiedni zespół roz­ ważań w obrębie semiotyki. Pisał mianowicie, że jeden z jej działów stanowi nauka o praw­ 24

dziwości reprezentowania, a więc o tym, jakie warunki muszą zostać spełnione, aby dany znak odnosił się do pewnego przedmiotu (Peirce, 1931-5:2.229). Peirce z kolei miał niejednego poprzednika, który w sposób mniej lub bardziej wyraźny odróżniał wymienione trzy grupy za­ gadnień, a wśród nich grupę semantyczną, nie używając zresztą tej nazwy. Do poprzedników tych należą John Stuart Mili, Gottfrid Wilhelm Leibniz, Thomas Iiobbes, John Locke, a w śred­ niowieczu uczeni zajmujący się gramatyką spekulatywną i doktryną na temat tzw. supo­ zycji terminów, w starożytności zaś wielu filo­ zofów oraz retorów. Dokonane przez Morrisa rozróżnienie trzech działów semiotyki, a w związku z tym przeciw­ stawienie terminów „semiotyka” jako nazwy nauki o znakach oraz „semantyka” jako nazwy jej działu, zostało przyjęte przez Rudolfa Carnapa, który książkę swą z roku 1942 zatytułował Introduction to semantics (Wstęp do semanty­ ki), wypełniając ją rozważaniami na temat stosunku wyrażeń do ich pozajęzykowych od­ powiedników, którymi — według ówczesnych poglądów Carnapa — mogą być pojedyncze rzeczy, własności, relacje, funkcje fizykalne i sądy logiczne. Nie ma natomiast w tej książce mowy ani o użytkownikach wyrażeń, ani o stosunkach zachodzących między samymi wy­ rażeniami; widać stąd, jak rozumie jej autor słowo „semantyka”, którego użył w tytule: z całej semiotyki została uwzględniona tylko semantyka w węższym sensie, pominięte zaś pragmatyka i syntaktyka (Carnap, 1942).

Inne znaczenia słowa „semantyka” Morrisowsko-Carnapowskie rozumienie wy­ razu „semantyka” w odróżnieniu od wyrazu 25

„semiotyka” dało początek innym rozróżnieniom pojęciowym i terminologicznym, które pojawiły się w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat. O jednym z nich wspomina Tadeusz Kotar­ biński. „Semantykę” wąsko rozumianą prze­ ciwstawiają zwolennicy tego rozróżnienia — równeż wąsko rozumianej „semiotyce”. Po­ wiadają oni mianowicie, że semantyczne są takie terminy, jak „oznaczać”, „denotacja”, czyli „zakres”, czy „desygnat”, czyli „przed­ miot oznaczany”, natomiast semiotyczny cha­ rakter mają terminy „znaczyć”, „znaczenie” czy „sens”. Pierwsze — ich zdaniem — cha­ rakteryzują dane wyrażenie językowe ze względu na jego stosunek do rzeczywistości pozajęzykowej, to jest ze względu na to, czy „odwzorowuje ono coś z tej rzeczywistości, czy też strzela niejako w próżnię”, podczas gdy dru­ gie charakteryzują dane wyrażenie niezależnie od jego stosunku do świata zewnętrznego, zna­ czenie bowiem wyrażenia w danym języku za­ leży jedynie od intencji mówiącego tym języ­ kiem; wypadkową tych intencji jest obyczaj językowy — utrwalony, przyjęty i stosowany w danej społeczności sposób rozumienia okreś­ lonych dźwięków i napisów. Natomiast o tym, czy dźwięki i napisy, rozumiane zgodnie z tym obyczajem, coś oznaczają, do czegoś się odno­ szą, coś wskazują, rozstrzyga nie tylko inter cja mówiących, lecz również i to, czy w rz czywistości istnieje przedmiot lub przedmiot., odpowiadające tym intencjom (Kotarbiński, 1963). Jak widać, to, co Morris i Carnap okre­ ślali za pomocą jednego słowa „semantyka”, w ostatnio omawianej konwencji terminólo-, gicznej zostało zróżnicowane i rozdzielone mię­ dzy dwa terminy: „semantyka” i „semiotyka”. Inne odróżnienie znaczeń wyrazów „seman­ tyka” i „semiotyka” występuje u Henryk? Hiża (1978:212 i n.), który za Romanem Jakoh 2«

sonem przyjmuje, że semiotyka jest uogólnienieni semantyki; mianowicie semiotyka zajmu­ je się znaczeniem przekazywanym przez jaki­ kolwiek środek, np. przez słowo, obraz czy rzeźbę albo budowlę, nie tylko przez język; na­ tomiast semantyka zajmuje się znaczeniem przekazywanym wyłącznie przez mowę. Wyraz „znaczenie” występuje w tym wypadku w sze­ rokim rozumieniu, tak iż odnosi się między innymi także do przeżyć, przekazywanych za pośrednictwem wypowiedzi, utworu czy wy­ tworu. Wskutek tego słowo „semantyka” w ujęciu Hiża o tyle ma sens szczegółowy, że ograniczony do przekazywania informacji je­ dynie przez język, a o tyle ogólniejszy niż u Morrisa i Carnapa, że informacje te obejmu­ ją między innymi przeżycia, a tym samym elementy — według Morrisa i Carnapa — prag­ matyczne. Poza tym dla Morrisa i Carnapa semantyka stanowiła dział semiotyki, a dla Hiża — jej przypadek szczególny. Już na długo przed Hiżem termin „seman­ tyka” — a właściwie: „semantyka ogólna” — był używany w sposób o tyle podobny, że również w odniesieniu do przekazu słownego, nie wyłącznie wprawdzie, lecz głównie, i rówież w odniesieniu między innymi do przeżyć, ■J zatem elementów —po morrisowsku — pragmatycznych; o tyle zaś niepodobny, że termin ten występował jako nazwa doktryny psychologiczno-biologicznej i wyrosłego z niej ruchu. Twórcą i promotorem’jednego i drugie­ go był działający w latach dwudziestych w Stanach Zjednoczonych Polak, Alfred Korzybski, który propagował ideę terapii psy­ chicznej za pomocą odpowiedniego posługiwaia się symbolami, zwłaszcza słownymi. Kieru­ nek ten zyskał nie tylko zwolenników, ale i wyznawców, do dziś jeszcze rozwijających ożywioną działalność społeczną, popularyza­ 27

torską i wydawniczą w Ameryce i Japonii (Korzybski, 1921, 1933, 1951). Propozycja terminologiczna: słowo „semiotyka” oznacza naukę o znakach, a słowo „semantyka” — jeden z działów semio­ tyki

Ten rzut oka na trzy słowa: „semiotyka”, „semiologia” i „semantyka”, na to, jak je ro­ zumiano, w jakich znaczeniach używano, po­ zwała uchwycić główne tendencje. A więc: w piewszych trzech dziesięcioleciach obecnego stulecia, może nieco dłużej, wyrazy „semioty­ ka”, „semiologia” i „semantyka” występowały przeważnie jako mniej więcej równoznaczne nazwy nauki o znakach; w okresie tym, skró­ towo mówiąc, zachowywały się tak, jak podane dla przykładu słowa „butelka” — „flaszka”. Na terenie amerykańskim posługiwano się raczej rzeczownikiem „semiotyka” niż pozo­ stałymi dwoma; w sferze wpływów kie­ runku zwanego strukturalizmem językoznaw­ czym, zwłaszcza w językach romańskich, z francuskim na czele, królowało słowo „semio­ logia”. Ale chyba żadne z nich nie było w owym czasie tak często używane jak wyraz „semantyka”, zwłaszcza wśród filozofów. Rów­ nież w Polsce mówiono, a raczej pisano wtedy „semantyka”, nie zaś „semiotyka”. Jednakże wszystkie trzy wyrazy nie należały do często używanych, nawet w językach dziedzin zajmu­ jących się znakami. Pcd koniec lat trzydziestych słowo „seman­ tyka” zaczyna coraz częściej występować w węższym znaczeniu, głównie jako nazwa jed­ nego z działów semiotyki, natomiast zanika stopniowo jego użycie jako równoznacznika czy bliskoznacznika dwóch innych nazw całej nauki o znakach, mianowicie słów „semiotyka” 28

i „semiologia”. Te ostatnie zaś nadal występują równolegle i nadal przeważnie rozumie się je w ten sam sposób. Nie przyjęły się bowiem projekty nadania im różnych znaczeń. Nie przyjęły się zapewne dlatego, że było zbyt wiele rozbieżnych propozycji. A zatem słowa „semiotyka” i „semiologia” nadal zachowują się jak wyrazy „butelka” i „flaszka”, nato­ miast stosunek rzeczownika „semantyka” do rzeczownika „semiotyka” czy „semiologia” można by porównać do stosunku między sło­ wami „Wielkopolska” i „Polska”: we wszyst­ kich trzech wypadkach, to jest „semantyka” — „semiotyka”, „semantyka” — „semiologia” i „Wielkopolska” — „Polska”, różnicy brzmie­ nia i wyglądu słów towarzyszy różnica ich zna­ czeń; we wszystkich też trzech wypadkach pierwszy człon każdej pary oznacza część, a drugi całość, nie przyjęły się bowiem propo­ zycje, aby semantykę uznać za przypadek szczególny semiotyki, a nie za jej dział. Ciągle jednak, aż do przełomu lat pięćdzie­ siątych i sześćdziesiątych, występowanie słów „semiotyka”, „semiologia” i „semantyka" jest bez porównania rzadsze niż dzisiaj. Dopiero jakieś ćwierć wieku temu nastąpił gwałtowny rozwój semiotyki, a wraz z nim niepomiernie wzrosła częstotliwość używania wszystkich tych terminów. Obecnie utrzymuje się taki oto stan rzeczy: rzeczowniki „semiotyka” i „semiologia” prze­ ważnie służą jako równoznaczne nazwy nauki o znakach, a wyraz „semantyka” — jako na­ zwa działu semiotyki zajmującego się znacze­ niem znaków, oznaczaniem i prawdziwością. I nadal w krajach romańskich, zwłaszcza we Francji, znacznie częściej spotyka się słowo „semiologia” niż słowo „semiotyka”. Ta ten­ dencja terminologiczna przedostaje się też do Wielkiej Brytanii. Natomiast w Stanach Zjed­ 29

noczonych — na odwrót: słowo „semiotyka” bywa używane znacznie częściej niż „semiolo­ gia”; podobnie wśród piszących po niemiecku i po rosyjsku. A jak jest w Polsce? U nas daje się zauważyć zróżnicowanie przyzwyczajeń terminologicznych: czytelnicy naukowych tek­ stów francuskich, a ci rekrutują się przede wszystkim z kręgów studiujących literaturę i sztukę, wolą słowo „semiologia”, natomiast czytelnicy tekstów angielskich — a są to logi­ cy, filozofowie, językoznawcy, zwłaszcza zaj­ mujący się lingwistyką ogólną czy teoretyczną, craz psychologowie i socjologowie — skłaniają się do używania słowa „semiotyka”. Wreszcie i pierwsi, i drudzy posługują się wyrazem „se­ mantyka”, gdy chodzi im o wiadomy dział: semiologii — dla pierwszych, a semiotyki — dla drugich. Wprawdzie obraz głównych tendencji ter­ minologicznych jest nieskomplikowany, ale oprócz nich — o czym infomował dokonany przegląd — występowało i występuje dużo pobocznych, wskutek czego wyrazy „semioty­ ka”, „semiologia” i „semantyka” bywają uży­ wane w różnoraki sposób (por. Sebeok, 1976: 47-58). Prowadzi to do chaosu, szczególnie kompromitującego w dziedzinie, której zada­ niem jest badanie i projektowanie poprawnych systemów znakowych. Toteż Międzynarodowe Stowarzyszenie Semiotyczne, dążące do zapo­ bieżenia nieporozumieniom, którymi grozi po­ sługiwanie się wyrażeniami wieloznacznymi, za­ leciło używać słowa „semiotyka”, a nie „semio­ logia”, jako nazwy nauki o znakach. Kierowało się przy tym kilku względami natury histo­ rycznej i praktycznej: między innymi tym, że proponowany termin „semiotyka” bliższy jest niż „semiologia” swemu pierwowzorowi w filo­ zofi greckiej; dalej tym, że tego właśnie słowa, a nie wyrazu „semiologia”, użył Locke jako 30

nazwy doktryny na temat znaków oraz że kla­ syczne i najobszerniejsze — jak dotychczas — rozważania z tej dziedziny, przeprowadzone przez Peirce’a, występowały pod nadaną im przezeń nazwą semiotycznych, a nie semiologicznych; tej samej nazwy użyła, dzięki Morri­ sowi i Carnapowi, Encyklopedia wiedzy zjedno­ czonej, w którym to zasłużonym wydawnictwie ukazały się w latach trzydziestych i czterdzie­ stych ważne, dziś już uchodzące za klasyczne, teksty z zakresu teorii semiotycznej; wreszcie tym, że w słownictwie nauk medycznych w wielu językach wyraz „semiologia”, częściej niż „semiotyka”, występuje jako nazwa zespołu ob­ jawów, czyli symptomów, danej choroby, jej — jak się mówi — syndromu, np. „semiolo­ gia łuszczycy”, „semiologia chorób uszu”. Zre­ sztą każda decyzja byłaby w tym wypadku lepsza od żadnej — i to również jest ważny wzgląd praktyczny. Jaki skutek odniosło to zalecenie uchwalone przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Semiotyczne? Połowiczny. Przede wszystkim więc sa­ mo to stowarzyszenie nosi według statutu na­ zwę oficjalną w dwóch językach: Association internationale de Sémiotique — International Association for Semiotic Studies. W nazwie tej, jak widać, figurują zalecone słowa „semiotyka” czy „semiotyczny”, nie zaś „semiologia” czy „semiologiczny”. Rzeczownik pokrewny tym pierwszym, mianowicie słowo „Semiotica”, słu­ ży jako tytuł kwartalnikowi tego stowarzysze­ nia. Również większość towarzystw semiotycz­ nych w poszczególnych krajach, np. Polskie Towarzystwo Semiotyczne, ma w swej nazwie słowo „semiotyczny” czy „semiotyka”, a nie „semiologia” i pokrewne. To samo dotyczy czasopism wydawanych przez te towarzystwa lub serii wydawniczych wychodzących ich na­ kładem i pod ich auspicjami, np. w Polsce 31

„Studia semiotyczne”, w Republice Federalnej Niemiec — „Zeitschrift für Semiotik”. Również inne instytucje naukowe, nie tylko towarzy­ stwa, w nazwach swych umieściły słowo „se­ miotyka”, a nie „semiologia”, np. Zakład Se­ miotyki Logicznej Uniwersytetu Warszawskie­ go, czy na uniwersytetach amerykańskich Research Center for Language and Semiotic Studies albo Center for Research in Semiotica. Nawet w takich krajach jak Francja czy Wio­ chy, gdzie zakorzeniła się tradycja używania słowa „semiologia”, w nazwach oficjalnych przeważnie występują wyrazy „semiotyka” bądź „semiotyczny”, np. we Włoszech działa Centro Internazionale di Semiotica e di Lingui­ stica, a jedno z czasopism nosi tytuł „VS-Versus: quaderni di studi semiotici”. W Ameryce Łacińskiej, pozostającej w sferze wpływów francuskich, słowo „semiologia” w niektórych krajach ustępuje wyrazowi „semiotyka”, w nie­ których zaś zwycięża. Na przykład w Brazylii tylko jedno z czterech czasopism semiotycznych ma w tytule słowo „semiologiczny”, mianowi­ cie „BACAB. Estudos Semiólogicos”, pozostałe zaś umieściły w swych tytułach odpowiedniki wyrazów „semiotyka” lub „semiotyczny”. Na­ tomiast w Meksyku towarzystwo semiotyczne nazywa się Associación Mexicana de Semiolo­ gia, a w Wenezueli komórka badawcza tamtej­ szego radia nosi nazwę Departamento de Inves­ tigaciones Semiólogicas Radio Caracas Tele­ visión. Jest rzeczą zrozumiałą, że zalecenia między­ narodowych stowarzyszeń naukowych nie mają — na szczęście — mocy obowiązującej ustaw uchwalanych przez parlamenty czy rozporzą­ dzeń lub zarządzeń wydawanych przez władze wykonawcze. Nawet zrzeszone w tych stowa­ rzyszeniach instytucje nie są skrępowane przy­ musem stosowania się do takich czy innych 32

sugestii terminologicznych. Tym bardziej po­ szczególni ich członkowie, prywatni ludzie, mają pełną swobodę używania takich termi­ nów, jakich się im używać podoba. Toteż na­ dal występują równolegle słowa „semiotyka” i „semiologia”. I choć przysparza to nieco kło­ potu i powoduje nieporządek, jest na pewno mniej groźne niż wprowadzenie porządku środ­ kami administracyjnymi, i tak zresztą zawsze skazane na niepowodzenie. Bardziej niepokojące od tego, że jedni mó­ wią i piszą „semiotyka”, a inni „semiologia”, jest to, że nawet wśród posługujących się tą sa­ mą nazwą często jedni mają na myśli coś zupeł­ nie innego niż drudzy. A jeszcze bardziej jest niepokojące, gdy sami sobie z tego nie zdają sprawy. O tych ukrytych różnicach znaczenio­ wych słowa „semiotyka”, często nie uświado­ mionych, będzie jeszcze mowa. Pora teraz wrócić do pytania postawionego na początku tego rozdziału, jak właściwie po­ winno się mówić „semiotyka”, „semiologia” czy „semantyka”; która forma jest poprawna. Uchylamy się od odpowiedzi na pytanie za­ wierające słowo „powinno się mówić”. Nato­ miast zapowiadamy, że sami będziemy używali, tak jak dotychczas, słowa „semiotyka”, a nie „semiologia” jako nazwy nauki o znakach, słowa „semantyka” zaś jako nazwy pewnego działu tej nauki, do czego też zachęcamy czy­ telników, oraz że postaramy się wydobyć z ukrycia inne znaczenia słów „semiotyka” i „semantyka”. Bo ważniejsze od tego, czy się wybierze termin tak brzmiący czy też inaczej brzmiący, jest, by wybrawszy jakiś, niekiedy wszystko jedno jaki, dokładnie zdawać sobie sprawę z tego, co on znaczy, i umieć się nim konsekwentnie posługiwać.

3 Wstęp do semiotyki

2

ZNAK

Znak czy pojęcie znaku? Co to jest pojęcie?

Semiotyka jest nauką o znakach. Żeby to zrozumieć, trzeba się zapoznać z pojęciem zna­ ku. Nie ze znakiem ani ze znakami, tylko z pojęciem znaku. Co mamy na myśli mówiąc w ten sposób? Wyraz „pojęcie” jest wieloznaczny. Pełnego wyliczenia różnych jego sensów nie ma tu po­ wodu podawać. Zamiast tego wystarczy wska­ zać trzy ich rodzaje. Mówiąc, po pierwsze, że pojęcie „lodówka” jest bardziej potoczne i obiegowe od pojęcia „chłodziarka” używa się rzeczownika „pojęcie” zamiast takich rzeczowników, jak „słowo”, „wyraz” czy „nazwa”. Mówiąc, po drugie, że ktoś nie ma pojęcia o liczbach urojonych, chcemy poinformować, że nie wie on, co to są liczby urojone; podobnie mówiąc, że ktoś wyrobił sobie pojęcie o spraw­ ności poczty, chcemy poinformować, że wyrobił sobie pogląd czy opinię w tej sprawie. W tym więc znaczeniu używa się rzeczownika „poję­ cie” zamiast takich wyrazów, jak: „wiedza”, „pogląd”, „opinia”. Wreszcie, po trzecie, mówiąc, że „inklinacja” i „skłonność” to różne słowa, ale pojęcie jedno, mamy na myśli znaczenie każdego z tych wy­ 34

razów; moglibyśmy to samo powiedzieć w taki oto sposób: słowo „inklinacja” znaczy tyle, co wyraz „skłonność”, albo krócej: „inklinacja” to tyle, co „skłonność”. W tym więc trzecim ro­ zumieniu — a właśnie o nie będzie nam tutaj chodziło — używa się rzeczownika „pojęcie” zamiast rzeczownika „znaczenie”, np. „pojęcie znaku” to tyle, co znaczenie słowa „znak”. Korzystając z naszkicowanej różnicy zna­ czeń rzeczownika „pojęcie” można by ułożyć taką grę słów: pojęciui „pojęcie” odpowiadają trzy różne pojęcia3; aby sobie wyrobić pojęcie2 o semiotyce, trzeba wpierw poznać pojęcie3 znaku, bo choć pojęciei „znak” nikomu nie jest obce, z pojęciem3 znaku — inna sprawa: wy­ maga ono wnikliwej analizy. W dalszych rozważaniach nie będziemy sta­ wiać numerów przy słowie „pojęcie”. Wyraz ten będzie najczęściej występował w rozumie­ niu 3; natomiast na jego wystąpienie w in­ nym znaczeniu postaramy się za każdym ra­ zem osobno zwrócić uwagę. Pojęcie znaku

Dlaczego, zamiast mówić o znakach, mamy się zastanawiać nad pojęciem znaku? Wybór takiej drogi ma swoje uzasadnienie. Mówiąc o drzewach mamy pewność, że drzewa istnieją Nie mamy natomiast tej pewności, a w każdym razie nie chcemy przesądzać sprawy istnienia, przystępując do wielu dociekań, m.in. filozo­ ficznych. Dlatego np. zamiast rozważań na te­ mat piękna wolimy rozważania na temat po­ jęcia piękna. Z jednej bowiem strony pragnie­ my oddalić domysły, że piękno jest jednym z otaczających nas przedmiotów, z drugiej zaś strony wolelibyśmy uniknąć zarzutu, że skoro piękno nie istnieje, rozprawiamy o niczym. Tymczasem na pewno istnieje słowo „piękno”. Nie o samym słowie jednak pragniemy mówić. 3’

35

Słowo to przecież coś znaczy, ludzie jakoś je rozumieją, jakoś go używają: odpowiada mu jedno — a może więcej niż jedno — pojęcie. I właśnie na owym pojęciu wyrażanym nie tyl­ ko przez dane słowo, należące do tego oto ję­ zyka etnicznego, ale i przez równoznaczne z nim słowa innych języków, skupia się nasza uwaga. Zależy nam bowiem nie na opisie pew­ nego fragmentu jakiegoś jednego języka na­ turalnego, np. polskiego. Nie chodzi nam o to, żeby charakteryzować tę cząsteczkę polszczyz­ ny, która — w interesującym nas wypadku — jest związana z użyciami słowa „znak”. Radzi byśmy nadać naszym rozważaniom ogólniejszy zasięg. Wszak to samo pojęcie odpowiada pol­ skiemu wyrazowi „znak”, łacińskiemu signum, angielskiemu sign, niemieckiemu Zeićhen czy francuskiemu signe. I właśnie o tym, co wspól­ ne, pragniemy się czegoś dowiedzieć. Motywem naszego wyboru, mianowicie wy­ boru podejścia: mówić o pojęciu znaku, a nie o znakach ani o polskim słowie „znak”, jest nie tylko dążenie do uniknięcia przedwczes­ nych decyzji ontologicznych na temat istnienia albo nieistnienia znaków; i nie tylko dążenie do uniknięcia dyskusji na tematy wyłącznie językowe. Oto wiemy skądinąd, że zacieśniając rozważania do jednego języka, niekiedy traci­ my z oczu coś ważnego. Dopiero porównanie tego, w jaki sposób dane pojęcie bywa wy­ rażane w kilku językach, pozwala nam w pełni owo pojęcie ■ sobie przyswoić. Czasem bowiem bywa tak, że w jednym języku pewne­ mu słowu odpowiada inne pojęcie niż bliskokształtnemu słowu w drugim języku: przy po­ zorach równoznaczności słowa te są faktycznie różnoznaczne. Oto np. dwa wyrazy o podobnym brzmieniu: angielskie „trivial” i polskie „trywialny”. My­ śląc, że znaczą one to samo, niewolni od sno­ 36

bizmu intelektualiści z upodobaniem powta­ rzają, że jakieś .twierdzenie matematyczne jest trywialne, że trywialny jest dowód danego teo­ rematu logiki formalnej albo że jakiś termin cybernetyczny jest tak trywialny, iż nie po­ trzeba go wyjaśniać. Tymczasem, wprawdzie angielski wyraz „trivial” znaczy m.in. tyle co słowa „banalny”, „elementarny”, „prosty”, pol­ ski przymiotnik „trywialny” znaczy co innego, mianowicie „ordynarny”, „wulgarny”, „nie­ przyzwoity”. Gdzież więc są owe ordynarne, wulgarne i nieprzyzwoite dowody tez logiki formalnej, twierdzenia matematyczne, terminy cybernetyki? I polskie „trywialny”, i angiel­ skie „trivial” pochodzą od łacińskiego „trivium” — „trójdroże”, nazwy średniowiecznej szkoły podstawowej, w której uczono trzech sztuk wyzwolonych, mianowicie gramatyki, retoryki i dialektyki, czyli logiki. A że była to szkoła elementarna, przekazywano w niej wiedzę sto­ sunkowo prostą i niewyszukaną. Stąd wzięło się pojęcie odpowiadające angielskiemu przy­ miotnikowi „trivial”. Natomiast polski przy­ miotnik „trywialny” wyraża inne pojęcie, któ­ re powstało z modyfikacji tamtego: skoro nie­ wykształcony, na niskim poziomie wiedzy, to i bez znajomości form, bez obycia, bez kultury, a więc ordynarny, wulgarny. Przykład ten wskazuje na zaletę rozważania na temat pojęć. Nigdy nie trafia ono w próżnię, bo choć pojęcia nie istnieją w tym sensie, że są jakimiś przedmiotami, to jednak istnieją o tyle, że są one przecież znaczeniami słów, faktycznie występujących w języku i ze zro­ zumieniem używanych przez ludzi. Zajmowa­ nie się więc pojęciem ma tę wyższość nad zaj­ mowaniem się przedmiotami, że niekiedy, choć sobie z tego nie zdajemy sprawy, przedmioty, o których mówimy, naprawdę wcale nie istnie­ ją i wówczas, nie wiedząc o tym, mówimy 37

o niczym. Wreszcie zajmowanie się pojęciem ma tę wyższość nad zajmowaniem się wyraża­ jącym je słowem danego języka, że niekiedy to słowo w tym języku ma szczególny odcień znaczeniowy; analizując je więc dowiadujemy się raczej tego, czym się ten właśnie fragment danego języka różni od odpowiadających mu, bo związanych z „takim samym” słowem, fragmentów innych języków. A nam przecież nie chodzi w tym wypadku o pomnażanie wie­ dzy językoznawczej, ani tej ograniczonej do jednego języka, ani nawet porównawczej; nie chodzi nam o słowa, lecz o pojęcia. Tu mógłby ktoś zauważyć: przecież te słowa to nigdy nie są puste słowa; one coś znaczą, a więc wyrażają jakieś pojęcia. A z kolei te pojęcia to nie są nagie pojęcia; mamy do nich dostęp tylko za pośrednictwem słów. To praw­ da i na to zwraca się główną uwagę w rozwa­ żaniach. To samo pojęcie bywa w różnych ję­ zykach opakowane w różne słowa. Badacz słów zwraca uwagę przede wszystkim na opakowanie, badacz pojęć — na zawartość. Choć i jeden, i drugi zdają sobie sprawę z tego, że mają do czynienia z dziwnym towarem: sama zawartość nie istnieje, bo nie ma znaczeń bez słów; samo opakowanie wprawdzie istnieje — jest dźwię­ kiem artykułowanym czy napisem — ale nie jest już słowem, bo cóż to za słowo, skoro nic nie znaczy. Podejście badawcze polegające na analizowa­ niu pojęć można nazwać semiotycznym. W po­ niższych uwagach o semiotyce nieraz będzie­ my stosować takie właśnie semiotyczne podej­ ście do zagadnień.

38

Semeion Znak w filozofii, retoryce i medycynie

W poznaniu jakiejś rzeczy, zdarzenia czy zjawiska bywają pomocne wiadomości o ich pochodzeniu. Dotyczy to także badania pojęć. Zaznajomienie się z ich rodowodem nieraz sta­ nowi duży krok naprzód. Nieraz też spostrze­ gamy, że już w odległej przeszłości umiano od­ kryć w danym zagadnieniu to co najważniej­ sze, a odkrytą prawdę ująć w sposób trafny i przekonywający. Pojęciem znaku w starożytnej Grecji intere­ sowali się ci, którzy z zawodu mieli do czynie­ nia ze znakami. Byli to filozofowie, retorzy i lekarze. Filozofowie, gdyż aby dociec, jaka jest natura bytu czy istota rzeczy, to co ukryte przed okiem i uchem, starali się zgłębić bada­ jąc dostępne postrzeżeniu zewnętrzne przeja­ wy. Retorzy, gdyż aby zbudować teorię wy­ mowy i uczyć układania oraz wygłaszania pięk­ nych i przekonywających przemówień, starali się poznać sposób funkcjonowania wyrażeń mowy, a więc znaków językowych, oraz mimi­ ki i gestu, siły i modulacji głosu, a więc zna­ ków wzrokowych i słuchowych. Lekarze, gdyż aby postawić trafną diagnozę i obrać skuteczny sposób leczenia choroby, starali się poznać, opisać i poklasyfikować jej objawy, czyli symptomy. Nierzadko też te trzy specjalności, zdawałoby się, od siebie odległe, skupiały się w jednej osobie: ten sam uczony bywał lekarzem-praktykiem, lekarzem-teoretykiem, filo­ zofem, a filozofia najczęściej wówczas obejmo­ wała także elementy logiki oraz psychologii, zwłaszcza filozofem przyrody, i — powiedzieli­ byśmy dziś — językoznawcą i teoretykiem piśmiennictwa. Podstawą tego połączenia, któ­ re przez długi czas występowało i uchodziło za 39

naturalne, był znakowy charakter każdej z tych dziedzin. Dopiero później rozszczepiły się one i od siebie odbiegły, a ich adepci sądzili, że coraz ostrzejsze podziały specjalizacyjne są nieu­ chronną konsekwencją postępu wiedzy i wyra­ zem nowoczesności podejścia do niej. Tymcza­ sem dzisiaj wraca się do starych i zapomnia­ nych wzorów, nie wiedząc często o tym, jak kiedyś było. Powołujemy do życia uniwersy­ teckie wydziały nauk o porozumiewaniu się, które skupiają logików, filozofów, psycholo­ gów, socjologów, psychiatrów i neurologów — w nadziei, że wspólnym wysiłkiem nie tylko opracują oni dzieła naukowe, ale i wykształcą typ badacza, który skupiać będzie w swej oso­ bie tyle z każdej z tych specjalności, ile po­ trzeba do rozwiązywania zadań — zgodnie z hasłem integracji nauki — interdyscyplinar­ nych. Dodajmy, że w tym wypadku integracja taka dokonuje się na podstawach semiotycznych. Semeion a semainon

Stoicy, epikurejczycy i sceptycy główną uwagę poświęcali pojęciu semeionu, mniej zaj­ mowali się pojęciem semainonu. Wprawdzie za przekład greckiego rzeczownika „semeion” uchodzi polski wyraz „oznaka”, natomiast grec­ kie „semainon” oddaje się zwykle za pomocą polskiego „znak”, pozostawimy jednak słowo „semeion” w oryginale. Każdy bowiem prze­ kład zawiera w sobie pewną decyzję termino­ logiczną i pojęciową; polega na przyporządko­ waniu pewnemu brzmieniu słownemu i wyra­ żanemu przez nie pojęciu lub pojęciom innego brzmienia słownego, które — w mniemaniu tłumacza — wyraża to samo pojęcie, co wyraz przekładany. Tymczasem zdarza się, że temu drugiemu wyrazowi, wyrazowi, na który prze­ 40

łożono, odpowiada inne pojęcie niż pierwsze­ mu. Uznając zaś te dwa wyrazy za równo­ znaczne wymuszamy niejako tożsamość wyra­ żanych przez każdy z nich pojęć. Dopóki nie zostanie dokonana analiza znaczenia słowa „znak”, dopóki nie dowiemy się, czy jest ono jednoznaczne, czy wieloznaczne, dopóki nie poznamy jego znaczenia lub znaczeń, nie ma­ my prawa przesądzać, że jest ono polskim odpowiednikiem greckiego „semainon”, a nie greckiego „semeion”. Trzeba się naprzód zo­ rientować, co Grecy starożytni uważali za semeia, jakie własności przypisywali semeiom, jakie warunki nakładali na ich użycie. W ten sposób zmierzać będziemy do rekonstrukcji po­ jęcia semeionu, czyli do odpowiedzi na pytanie, jakie znaczenie lub znaczenia miało słowo „se­ meion”. Z kolei trzeba sobie zdać sprawę z róż­ nicy pojęć znaku i oznaki. Dopiero wtedy bę­ dziemy w stanie podjąć decyzję w sprawie przekładu. Na razie jednak ostrożniej będzi.e posługiwać się wyrazem „semeion” w jego oryginalnym brzmieniu. O tym, co uważano za semeia, można się do­ wiedzieć z pism Sekstusa Empiryka (Sekstus Empiryk, II 143-276), filozofa i lekarza grec­ kiego, żyjącego w II wieku. Podaje on własne i przytacza cudze przykłady semeiów: cień sta­ nowi semeion rzucającej go osoby, podniesio­ na żagiew bywa czasem semeionem nadciąga­ nia wrogów, a czasem zbliżania się przyjaciół, dźwięk dzwonka występuje jako semeion tego, że rozpoczęto sprzedaż na rybim targu, albo tego, że należy drogę polać wodą, wysypka może posłużyć jako semeion choroby, a to, że kobieta ma mleko w piersiach, jest semeionem tego, że poczęła. Sekstus charakteryzuje też semeia i przepro­ wadza wśród nich rozróżnienia, nie będące jednakże poprawną klasyfikacją. Odróżnia mia­ 41

nowicie ogólne rozumienie słowa „semeion” od szczegółowego oraz pojęcie semeionu pokazu­ jącego .od pojęcia semeionu przypominającego. Słowo „semeion” użyte w sposób ogólny, od­ nosi się do tego, co zdaje się coś ujawniać; mia­ no „semeion” nadajemy m.in. temu, co przy­ wodzi na myśl rzecz, którą się kiedyś widywa­ ło łącznie z owym semeionem. Warto zwrócić uwagę na dwa sformułowania w powyższym wyjaśnieniu. Nie mówi się w nim, że słowo „semeion” odnosi się do rzeczy czy do przedmiotu, który zdaje się coś ujaw­ niać, lecz że odnosi się ono do tego, co zdaje się coś ujawniać. Nie chciano więc przesądzać, że semeia są rzeczami, przedmiotami; pozosta­ wiono otwartą możliwość, aby były one bytami innego rodzaju niż indywidualne przedmioty, osoby czy zwierzęta. Po drugie, w rozważanym sformułowaniu nie mówi się, że słowo „se­ meion”, użyte w sposób ogólny, odnosi się do tego co ujawnia coś innego, lecz że odnosi się ono do tego, co zdaje się coś ujawniać. Nie chciano więc przesądzać, że zachodzi ja­ kiś obiektywny związek między bytem ujaw­ niającym a bytem ujawnianym, chciano nato­ miast zostawić otwartą możliwość uznania za •semeia także tych bytów, które tylko w czy­ imś mniemaniu pozostają w takim związku z innymi bytami, że uznającemu ten związek czynią jawnymi lub przywodzą na myśl owe inne byty. W ten sposób dopuszczano do kate­ gorii semeiów nie tytlko to co naprawdę, rze­ czywiście coś ujawnia, jak np. fakt, że kobieta ma mleko w piersiach, który rzeczywiście wskazuje, iż wcześniej zaszła ona w ciążę; do­ puszczono również i to, o czym tylko sądzimy, wierzymy, przypuszczamy, że coś innego ujaw­ nia, jak np. zły czy dobry omen — przebieg­ nięcie czarnego kota w poprzek naszej drogi •czy spotkanie kominiarza. 42

. Semeion a acTclon

Z kolei miano „semeion” w rozumieniu szczegółowym nadawano czemuś, co wskazuje coś niejawnego, czyli tzw. a d e 1 o n. Różnicę między szerokim a wąskim rozumieniem słowa „semeion” może wyjaśnić następujący przy­ kład. Widzisz drzewo rzucające cień albo konia, który idąc pozostawia odciski swych kopyt na mokrym piasku. Następnie wzrok kierujesz tyl­ ko na cień, nie patrząc na drzewo, albo tylko na ślady kopyt, nie patrząc na konia; ale drze­ wo czy konia albo widzisz kątem oka, albo przynajmniej mógłbyś w tej chwili zobaczyć, wystarczy ci tylko zwrócić głowę: i drzewo, i cień są ci dane jednocześnie; tak samo i koń, i odciski jego kopyt. Cień stał się dla ciebie semeionem drzewa, które go rzuca, a ślady kopyt — semeionem konia, który je odcisnął. Jest to pierwsza sytuacja. A teraz druga sy­ tuacja. Dostrzegasz cień, ale przedmiot, który go rzuca, pozostaje dla ciebie niewidoczny, gdyż zasłania go drzewo; albo dostrzegasz śla­ dy kopyt końskich na mokrym piasku, ale ko­ nia nie widzisz, bo przechodził tędy wczoraj. Przedmiot, który rzuca cień, koń, który od­ cisnął na piasku ślady swych kopyt, są dla cie­ bie niejawne: to adela. A ów cień i owe odci­ ski kopyt są semeiami. W tej drugiej sytuacji występują semeia w rozumieniu szczegółowym, natomiast w pierwszej lub drugiej — w ogól­ nym. Innymi słowy, pojęcie semeionu ma cha­ rakter ogólny, jeśli to, do czego się określone semeion odnosi, może, lecz nie musi, być nie­ widoczne, ukryte, niejawne. Tó co ukryte, niejawne, a więc adelon, by­ wa — mówiono wówczas — trojakiego rodza­ ju: albo na zawsze niejawne, albo z natury nie­ jawne, albo też chwilowo niejawne. To co na zawsze niejawne, możemy od razu usunąć poza 43

obręb rozważań na temat semeiów. Bo skoro nigdy nie zostanie odkryte, ukazane, to wymyka się jakiemukolwiek ujęciu, nie może więc mieć żadnego semeionu. Rola semeiów polega prze­ cież na odkrywaniu czy ujawnianiu. Tylko więc to co z natury niejawne, a także to co chwilowo niejawne, może się ujawnić za pośrednictwem semeiów. Przykładem tego, co z natury nie­ jawne, jest dusza ludzka. Ujawnia ją, odkrywa każdy ruch ciała. Ruchy te stanowią semeion pokazujące, endeiktikón. Tego rodzaju semeion spełnia funkcję ujawniania dzięki swej naturze i zawsze wskazuje jedno i to samo adelon, w tym wypadku z natury niejawne. Natomiast ujawnianiu adelon chwilowo niejawnego służy semeion innego rodzaju hypomnestikoń, przy­ pominające. Służy zaś dzięki temu, że kiedyś spotykaliśmy łącznie i owo adelon, i owo se­ meion przypominające, np. jednocześnie wi­ dzieliśmy ogień i dym unoszący się nad nim. Teraz zaś chwilowo nie widzimy ognia, zauwa­ żamy za to smugę dymu i kierując się tym semeionem — na podstawie przypominania dawniejszych spostrzeżeń ognia i dymu łącznie — myślimy, że oto jest i ogień. Czy pojęcie semeionu jest względne i subiektywne?

Blizna jest semeionem istniejącej kiedyś ra­ ny, uszkodzenie serca — nadchodzącej śmierci, odgłos kroków — to semeion idącego właśnie człowieka. Za każdym więc razem dane se­ meion jest semeionem czegoś, jakiegoś adelonu: przeszłego, przyszłego czy teraźniejszego. Doty­ czy to zarówno semeiów pokazujących, jak przypominających. Powiadamy, że pojęcie se­ meionu jest względne, relatywne. Coś jednego bowiem — tylko ze względu na coś innego może być semeionem. O niczym nie można powie­ dzieć po prostu i krótko: to jest semeion. Tak można powiedzieć o kamieniu: to jest kamień. 44

Nie jest on kamieniem ze względu na ziemię, na której leży, ani ze względu na słoń­ ce, które nań rzuca swe promienie. Pojęcie ka­ mienia jest bezwzględne, czyli absolutne. Poję­ cie semeionu jest względne, tak jak pojęcie oj­ ca, zastępcy, przedstawiciela. Pojęcie ojca jednak jest względne tylko w tym sensie, że Jan jest czyimś ojcem, np. ojcem Piotra; mówiąc niezgrabnie: Jan jest ojcem ze względu na Piotra. Natomiast nie jest tak, aby pojęcie ojca było względne i w tym jeszcze sensie, iż Jan jest ojcem Piotra tylko ze względu na to, że ktoś tak sobie myśli. Natomiast pojęcie semeionu, zwłaszcza semeio­ nu przypominającego, jest — rzec by można — podwójnie względne, w sposób obiektywny i w sposób subiektywny; obiektywnie: dany byt jest semeionem ze względu na to, czego semeion stanowi; subiektywnie zaś: jest seme­ ionem ze względu na to, że dla kogoś, czyli dzięki czyjemuś mniemaniu, ów byt stanowi semeion pewnego innego bytu. Na przykład żół­ te zabarwienie białek oczu jest — obiektywnie — semeionem schorzenia wątroby, czyli owo żółte zabarwienie stanowi semeion ze względu na chorą wątrobę. Ale przy tym jest ono seme­ ionem tej choroby dla tych tylko, którzy się na tym znają, a więc jest semeionem w sposób subiektywny: zdaniem i tego lekarza, i tamtego lekarza, czyli tak ze względu na jednego, jak na drugiego. Często też ta druga relatywiza­ cja powoduje zmianę pierwszej: ten oto ból brzucha stanowi dla jednego lekarza semeion zapalenia wyrostka robaczkowego, a dla drugie­ go lekarza semeion przesuwania się piasku przez prawy moczowód. . Jak widać, dostrzegano, że ta sama rzecz, to samo zdarzenie czy zjawisko może stanowić se­ meion więcej niż jednej rzeczy, zdarzenia czy, zjawiska. 45

W związku z tym jednak należy odróżnię dwie sytuacje: gdy dzieje się tak z powodów subiektywnych oraz gdy dzieje się tak z powodów obiektywnych. Po pierwsze, dany byt — nazwijmy go .4 — pozostaje w takim związku obiektywnym z in­ nym jakimś bytem B, że dla świadomych tego związku A może się stać semeionem B. Naj­ częściej jest to związek przyczynowy, a więc naturalny, A stanowi skutek, B zaś przyczynę^ Na przykład A jest objawem choroby: bólem brzucha, tak a tak zlokalizowanym, o takim a takim natężeniu i tego a tego rodzaju: niech też A będzie skutkiem zapalenia wyrostka ro­ baczkowego. Mamy tu więc do czynienia z jed­ nego określonego rodzaju więzią między A i B: B wywołuje, powoduje A. Również własności samego A, to jest bólu, jego rodzaj, nasilenie i umiejscowienie, zostały zdeterminowane przez B, stan zapalny wyrostka. Nikt nie ustanowił więzi między A i B ani nie ukształtował A, nie wyposażył go w te cechy, które mu fak­ tycznie przysługują: i więź między A oraz B, i charakter samego A są naturalne i obiektyw­ ne. Mimo to jednak A staje się semeionem B dla jednego lekarza, gdy dla drugiego, to jest według jego opinii, w jego mniemaniu, jest ono semeionem C, mianowicie prawostronnej kamicy nerkowej. A występuje więc jako semeion dwóch różnych chorób, B i C. Dzieje się tak tylko na skutek różnicy opinii lekarzy: dla jednego jest to semeion tej choroby, dla drugiego tamtej. Z powodów subiektywnych tym samym semeionem jeden lekarz posłużył się do ujawnienia adelonu B, a drugi — do ujawnienia adelonu C; tymczasem obiektyw­ nie nie mą żadnej więzi między A i C, zachodzi jedynie związek między A i B. Niekiedy związek ten bywa ustanowiony, a nie naturalny, niemniej jednak jest on w tym 46

sensie obiektywny, że z góry dany, nie zaś wprowadzony przez osobę, która traktuje A jako semeion B czy jako semeion C. Na przy­ kład Jan Łukasiewicz, wielki logik polski, sto­ sował w swych pismach następujące odróżnie­ nie: cytując nazwiska autorów żyjących po­ przedzał je słowami „pan” lub „pani”, a cy­ tując zmarłych słowa te opuszczał. W ten sposób ustanowił związek między A, tj. wystę­ powaniem słów „pan” lub „pani” przed na­ zwiskiem danej osoby, a faktem B, że ona żyje. Dzięki temu A mogło świadomemu rzeczy posłużyć za semeion B. Dzisiaj czytelnicy na ogół nie wiedzą o tym oryginalnym pomyśle. Niektórzy — a nie wszyscy dostrzegają to roz­ różnienie — biorą A za semeion czego innego, C, mianowicie tego, że cytując z przesadną grzecznością, Łukasiewicz owym „pan” lub „pani” przed nazwiskiem dawał wyraz swemu ironicznemu stosunkowi wobec danej osoby. Także więc i w tym wypadku związek był tylko jeden, ten między A i B; choć ustanowio­ ny, to jednak obiektywny, gdyż ustanowiony wcześniej i zastany przez czytelników. To z powodów subiektywnych jedni posługują się A jako semeionem adelonu B, zgodnie więc z tym związkiem obiektywnym, inni zaś. biorą A za semeion C, gdyż nie zdają sobie sprawy z tego, że zachodzi więź A—B, nie zachodzi zaś obiektywnie więź A—C. Od powyższej należy odróżnić drugą sytu­ ację. Oto ten sam przedmiot, zdarzenie czy zjawisko może pozostawać w związku z więcej niż jednym przedmiotem, zdarzeniem czy zja­ wiskiem. Na przykład ten sam czarny garni­ tur wkłada się idąc na pogrzeb i idąc na wła­ sny ślub. To samo uprawnienie lub przywilej — ulga w opłatach bądź prawo korzystania z zare­ zerwowanych miejsc — wiąże się z zasługą po­ siadacza odznaczeń państwowych i ze słabością 47

inwalidy. To samo przerwanie włókna w żarów­ ce bywa raz wywołane wstrząsem, a kiedy in­ dziej tym, że przepływający prąd miał zbyt wysokie napięcie. Występuje więc obiektywnie dwojaka więź, ustanowiona czy naturalna: mię­ dzy A i B oraz między A i C. To nie na skutek różnicy opinii jedynie, a więc tylko z powodów subiektywnych, dane A, np. fakt, że ktoś wystę­ puje w czarnym ubraniu, staje się semeionem jednego z dwóch różnych adelonów, B i C, wy­ raża żałobę lub akcentuje podniosłość uroczys­ tości ślubnej. Dostrzegając, że to samo A wskazuje cza­ sem różne rzeczy, raz tę, a raz tamtą, staro­ żytni filozofowie byli skłonni przypuszczać, iż dotyczy to semeionu przypominającego i że powstaje dlatego, że w niektórych wypadkach od prawodawcy zależy, co owo semeion ma wskazywać, czy jedno adelon, czy wiele naraz, czy też kiedyś to, a kiedyś tamto, jak wów­ czas gdy rozlega się dźwięk dzwonka: albo na znak rozpoczęcia sprzedaży na rybim targu, albo też jako wezwanie do polewania drogi wo­ dą. W rzeczywistości jednak nie tylko semeia przypominające i nie tylko pozostające w usta­ nowionym związku z tym, co oznaczają, mogą być dwuznaczne lub wieloznaczne, obiektyw­ nie lub subiektywnie. Rozciąga się to także na semeia pokazujące i na związki naturalne: te same łzy są skutkiem i zarazem oznaką smut­ ku i radości, bólu i złości, strachu i wzruszenia. Tyle, że gdy związek jest naturalny, natura se­ meionu nie jest dowolna, lecz wyznaczona przyczynowo; nie umowa, lecz mechanizm fiz­ jologiczny wyciska łzy z oczu; gdy tymczasem semeionem żałoby może być zarówno czerń, jak biel, zależnie od przyjętego zwyczaju.

48

Semeion jako byt umysłowy

Przypomnijmy — w starożytności zdawano sobie sprawę z trzech ważnych własności semeiów: że możemy się ich uczyć, że dane semeion może mieć różne adela i że semeia bywają prawdziwe albo fałszywe. Uczymy się semeiów przypominających. A czynimy to w ten sposób, że widujemy je przez pewien czas łącznie z ich adelami; gdy następnie napotkamy samo se­ meion, adelon zaś jest nieobecne lub niedostrze­ galne, domyślamy się jego obecności na tej podstawie, że pojawiło się odpowiadające mu semeion. O tym, że to samo semeion miewa róż­ ne adela, i dlaczego tak się dzieje, była już mo­ wa. Wreszcie fakt, iż bywają prawdziwe semeia, a obok nich fałszywe, znamy z doświadczenia: gdy trafnie określimy chorobę według jej seme­ iów, powiadamy, że były one prawdziwe; a gdy duży, dorodny i piękny owoc okaże się mało so­ czysty i kwaśny, uważamy, iż jego wygląd był fałszywym semeionem. Z tych trzech własności semeiów wyciągano wnioski na temat ich natury. Skoro się ich można nauczyć, skoro zatem są czymś, co uj­ mujemy za pomocą rozumu, a nie zmysłów, i skoro przysługuje im prawdziwość lub fałszywość, a więc cecha sądów, to w takim razie — jak sądzili niektórzy filozofowie — semeia nie mogą być rzeczami, przedmiotami zmysło­ wymi, są natomiast bytami umysłowymi, czyli noetycznymi. Takie stanowisko zajmowali stoicy i nawet je uściślali. Mówili, że semeion to nie dowolny byt umysłowy, lecz sąd, i nie sąd w sensie psy­ chologicznym, lecz sąd w sensie logicznym, czyli nie tzw. krisis, lecz tzw. aksioma.

4 Wstęp do semiotyki

49

Sąd w sensie psychologicznym, sąd w sensie logicz­ nym, supozycja

Różnica między sądem w sensie psycholo­ gicznym a sądem w sensie logicznym wymaga wyjaśnienia. Ilekroć myślę, że tak a tak, i w dodatku jestem przekonany, wierzę, że tak właśnie jest, np. ilekroć myślę i zarazem wierzę, że rok składa się z dwunastu miesięcy albo że śnieg jest biały, że bez pachnie, że im człowiek starszy, tym czas szybciej mu ucieka, że Szwecja leży na północ od Polski: otóż ilekroć tak myślę z przekonaniem, tylekroć też i sądzę, czyli innymi słowy przeżywam sąd w sensie psychologicznym. I tyle jest sądów w sensie psychologicznym, że śnieg jest biały, ile takich pomyśleń, że śnieg jest biały, połączonych z przekonaniem, czy to przeżytych wielokrot­ nie przez tę samą osobę, czy też przez różnych ludzi. Nawiasem mówiąc, pomyśleniom, że tak a tak, nie zawsze towarzyszy wiara, przeświad­ czenie, przekonanie, iż tak właśnie jest. Po­ myśleniu, iż na tym oto drzewie jest w tej chwili parzysta liczba liści, nie towarzyszy ani przekonanie, iż tak jest, ani też przekonanie, iż tak nie jest. Powiadamy wówczas, że nie był to sąd w znaczeniu psychologicznym, lecz supozycja, czyli przypuszczenie, albo — według innej terminologii — sąd tylko przedstawiony, a nie wydany. O kimś, kto suponuje, czyli prze­ żywa supozycję w sensie psychologicznym, mó­ wi się niekiedy, iż rozumie myśl, że tak a tak. Wróćmy jednak do sądów w sensie psycho­ logicznym. Wszystkie sądy psychologiczne, że tak a tak, np. że śnieg jest biały, wszystkie więc indywidualne pomyślenia czyjeś, iż tak jest, przeżyte z przekonaniem, mają coś wspól­ nego. Tym czymś wspólnym jest m.in. owo ż e tak a tak, w tym wypadku, że śnieg jest 50

biały. Nie jest to niczyja prywatna myśl połą­ czona z przekonaniem, lecz wspólna treść takich myśli, wszystko jedno przez kogo i kiedy z przekonaniem przeżytych, lub — jak się powia­ da — typ myśli, że tak jest, czyli sąd w sensie logicznym. Nie jest on żadnym przedmiotem materialnym, nie jest też konkretnym, indy­ widualnym procesem psychicznym, umiejsco­ wionym w czasie i rozgrywającym się w czy­ imś umyśle. Co więcej, sąd —; w sensie logicznym — że śnieg jest biały, nie jest bardziej zwią­ zany ze zdaniem języka polskiego „śnieg jest biały” niż z równoznaczną wypowiedzią któ­ regokolwiek innego języka, np. z angielskim „snów is white”. Sąd ten jest właśnie wspól­ nym znaczeniem wszelkich równoznacznych wypowiedzi, sformułowanych w różnych języ­ kach, a głoszących, że śnieg jest biały. Przy tym według jednych sąd logiczny jest tzw. na­ gą treścią propozycjonalną, czyli izolowanym że tak a tak, że śnieg jest biały, pozba­ wionym elementu przekonania, potwierdzania, powątpiewania czy pytania. Stąd jest tym co wspólne takim zdaniom różnych języków, jak: „śnieg jest biały”, „niech śnieg będzie biały”, „czy śnieg jest biały?”. Inni zaś przyjmują, iż sąd logiczny, że śnieg jest biały, jest tym, co wyrażają tylko twierdzenia, a więc zdania oznajmiające wypowiedziane z przeświadcze­ niem: „śnieg jest biały” i równoznaczne. Zwo­ lennicy tego poglądu zamiast zwrotu „sąd w sensie logicznym” używają niekiedy zwrotu „zdanie w sensie logicznym”. Umówmy się, że w dalszym ciągu zamiast zwrotu „sąd w sensie logicznym” będziemy się posługiwali słowem „sąd”, rozumiejąc je w ten drugi sposób. Gdy natomiast będzie nam chodziło o sąd w sensie psychologicznym, zaznaczymy to wyraźnie. Zgodnie z tą umową przypomnimy, że stoicy uważali semeion za sąd. r

51

Semeion a implikacja

Nie każdy jednak sąd był w ich mniemaniu semeionem. Wymagali mianowicie od semeionu, żeby był sądem prawdziwym oraz żeby był, skrótowo mówiąc, poprzednikiem prawdzi­ wej implikacji. Niechaj wyjaśni to prosty przy­ kład. W gramatyce mówimy, że okres warun­ kowy składa się z podrzędnego zdania warun­ kowego oraz ze zdania nadrzędnego, czyli głów­ nego. W logice natomiast nazywamy okres wa­ runkowy implikacją materialną, a jej człony, •odpowiednio, poprzednikiem i następnikiem. Implikacją materialną jest więc wyrażenie: „Jeżeli szron pojawił się rano na gałęziach drzew (poprzednik), to w nocy musiał być mróz (następnik)”. Implikacja ta jest m.in. wtedy prawdziwa, kiedy zarówno jej poprzed­ nik, jak następnik są prawdziwe. Jest to je­ den z wypadków, kiedy między poprzednikiem implikacji a jej następnikiem istotnie zacho­ dzi wyrażony przez nią związek wynikania implikacyjnego, a więc w naszym przykładzie: gdy prawdą jest i to, że szron pojawił się ra­ no na gałęziach drzew, i to, że w ogóle z obec­ ności szronu wynika, iż temperatura spadła poniżej zera. Ponieważ poprzednik rozpatry­ wanej tutaj implikacji nie stwierdza ani tego, że szron się pojawił, ani też tego, że szronu nie było, zatem skoro chcemy, aby — zgodnie z wymaganiem stoików — poprzednik ten był prawdziwy, musimy osobno to powiedzieć. Otrzymamy wówczas następujące sformułowa­ nie: „Pojawił się rano szron na gałęziach drzew, a jeśli szron pojawił się rano, na gałęziach drzew, to w nocy musiał być mróz, więc w no­ cy musiał być mróz”. Mamy tu do czynienia z rozumowaniem, czyli wnioskowaniem w szerokim sensie, we­ 52

dług schematu formalnego zwanego modus ponendo ponens, czyli sposób ustanawiający (że był mróz) przez ustanowienie (że był szron oraz że zachodzi wspomniany związek między obecnością szronu a wystąpieniem mrozu); jest to zarazem wnioskowanie w ściślejszym sen­ sie, czyli takie rozumowanie, w którym wnio­ sek („w nocy musiał być mróz”) wynika lo­ gicznie z przesłanek („pojawił się rano szron na gałęziach drzew”, „jeżeli szron pojawił się rano na gałęziach drzew, to w nocy musiał być mróz"). Przesłanki w tym rozumowaniu są prawdziwe, o czym wiemy skądinąd, miano­ wicie o tym, że pojawił się szron — na pod­ stawie spostrzeżenia, a o tym, że zachodzi związek między pojawieniem się szronu a wy­ stąpieniem mrozu — na podstawie wiedzy em­ pirycznej, czyli opartej na doświadczeniu. Skoro zaś przesłanki są prawdziwe, to prawdziwa jest również konkluzja, czyli wniosek, a więc zdanie „w nocy musiał być mróz”. Jak widać, żądanie stoików, żeby semeion był to prawdziwy poprzednik prawdziwej im­ plikacji, sprowadzało się do tego, że i następ­ nik tej implikacji musiał być prawdziwy. Ale ich żądania nie ograniczały się do tego, że po pierwsze, semeia mają «być sądami, a po wtó­ re, prawdziwymi poprzednikami prawdziwej implikacji materialnej. Pamiętali oni bowiem, że rolą semeionu jest ujawnianie, według ich koncepcji — ujawnianie prawdziwego następ­ nika. Ujawnią zaś można tylko coś niejawnego, coś, co jest adelonem. Stawiali więc dodatko­ wy warunek: następnik musi być ukryty, nie­ jawny, jak np. następnik w tej oto implikacji: „Jeżeli ona ma mleko w piersiach, to poczęła”. Poprzednik jest jawny, następnik ukryty. Po­ przednik jest prawdą, gdyż ma ona mleko w piersiach. Prawdą jest także, że zachodzi taki związek między poprzednikiem a następnikiem. 53

A zatem tutaj poprzednik jest semeionem — czego? Ukrytego, lecz prawdziwego następnika, tego mianowicie, że wcześniej zaszła w ciążę. Natomiast — twierdzili stoicy — sąd, że jest dzień, nie stanowi semeionu sądu, że jest jasno-, bo ten ostatni nie jest adelonem; przecież wi­ dać, że jest jasno. Na jeszcze jedną rzecz zwracali uwagę: na to, że ów następnik implikacji, której poprzednik występuje jako semeion, jest z reguły teraz obecny, chociaż ukryty. Utrzymywali miano­ wicie, że coś teraźniejszego nie może być se­ meionem czegoś przeszłego lub przyszłego. Rzecz dziwna, twierdzili to także o takich im­ plikacjach, jak:

„Jeżeli ma on teraz bliznę, to miał kiedyś ranę” albo „Jeżeli teraz jest ranny w serce, to niebawem umrze”.

Wywód stoików przebiegał mniej więcej tak: sama rana jest czymś przeszłym, to prawda, kiedyś istniała, później się zagoiła. Przeszła jednak jest rzecz, natomiast sąd, że ktoś jest ranny, istnieje teraz i obecnie jest prawdzi­ wy. Podobnie w drugim przykładzie: śmierć rannego jest wprawdzie czymś przyszłym, gdyż teraz on jeszcze żyje; przyszłe jednak jest zda­ rzenie, natomiast sąd, że ranny umrze, istnie­ je teraz i obecnie jest prawdziwy. A właśnie sądy, nie zaś rzeczy bądź zdarzenia, są serneiami. To nie teraźniejsza rzecz, mianowicie bliz­ na, jest semeionem przeszłej rzeczy, rany; to teraźniejszy sąd prawdziwy, że ma on bliznę, jest semeiorięm również teraźniejszego i praw­ dziwego sądu, że był on ranny. To nie teraź­ niejsze zdarzenie, mianowicie fakt, iż został on zraniony w serce, jest semeionem przyszle«go zdarzenia, jego śmierci; to teraźniejszy sąd 54

prawdziwy, że został on ranny w serce, jest semeionem również teraźniejszego i prawdzi­ wego sądu, że on umrze. Semeion więc — zda­ niem stoików — zawsze wskazuje coś teraź­ niejszego a ukrytego. Uznając semeia za byty umysłowe, noetyczne. a nie zmysłowe, mianowicie za sądy, ściś­ lej za sądy będące prawdziwymi poprzednika­ mi prawdziwych implikacji, stoicy uzyskali możliwość skonstruowania pojęcia semeionu za pomocą pojęcia wynikania jednego sądu z drugiego albo z drugich. Tego rodzaju wyni­ kanie zachodzi m.in. w rozumowaniach deduk­ cyjnych, np. w obrębie dowodu. Dlatego stoicy wskazywali go jako odmianę semeionu, gdyż dowód odsłania konkluzję, czyni ją czymś oczywistym. Innymi słowy, dowodząc posługu­ jemy się przesłanką lub przesłankami jako se­ meionem zachodzenia ukrytej zrazu konkluzji, czyli wniosku. Podawali też przykład dowodu istnienia próżni: „Wiemy, że istnieje ruch; a jeśli istnieje ruch, to musi też istnieć próżnia (bo gdzieś owe poruszające się rzeczy muszą się znajdować i muszą mieć miejsce na swój ruch); przeto istnieje próżnia”. W rozumowa­ niu tym semeionem istnienia próżni jest koniunkcja dwóch przesłanek, mianowicie sądów: że istnieje ruch i że skoro istnieje ruch, to mu­ si istnieć próżnia; istnienie próżni zaś jest adelonem, czymś ukrytym, następnie zaś ujawnio­ nym w rozumowaniu wnioskiem, tym co wska­ zane przez semeion. Nie tylko stoicy wiązali pojęcie semeionu z rozumowaniem; podobnego zdania byli też nie­ którzy epikurejczycy, np Filodem zwrócił uwagę na to. że w rozumowaniach indukcyjnych, uogól­ niających, przesłanki, w których rejestrujemy poszczególne fakty, są semeiami uogólnienia zawartego we wniosku: tak więc semeiami tego, że każdy człowiek ma głowę, są sądy jednos­ 55

tkowe: że Jan ma głowę, że Piotr ma głowę, że Anna ma głowę itd. Nie wszyscy jednak filozofowie starożytni zgadzali się z poglądem, że semeia są to pew­ nego rodzaju sądy. Na przykład Sekstus Em­ piryk argumentował w następujący sposób. Sąd jest znaczeniem zdania, semeion zaś nie jest znaczeniem, lecz ma znaczenie, jest oznaką czy znakiem; a przecież znak to nie to samo co znaczenie; podobnie oznaka to nie to samo co znaczenie; w. takim razie sąd, będąc znacze­ niem, nie może być znakiem ani oznaką; seme­ ion zatem nie jest sądem. Ponadto Sekstus poddał krytyce pogląd stoików, iż semeion jest prawdziwym poprzednikiem prawdziwej im­ plikacji, z czego wynika, że i jej następnik ma być prawdziwy. Przecież, dowodził, ów następ­ nik powinien być nieoczywisty, ukryty, nie­ jawny, bo tylko to co ukryte, niejawne, wyma­ ga pośrednictwa semeionu, podczas gdy to co oczywiste, jest samo przez się dostępne pozna­ niu. Musimy więc przyjąć, że ten następnik istotnie jest nieoczywisty. Ale skoro tak, skoro jest on niejawny i ukryty, to skąd możemy wiedzieć, czy jest prawdziwy, czy też fałszy­ wy. A gdy nie wiemy, czy następnik implikacji jest prawdziwy, czy też fałszywy, wiedząc za­ razem, że jej poprzednik jest prawdziwy, to również nie mamy pojęcia, czy cała implikacja jest prawdziwa czy też fałszywa. Implikacja bowiem złożona z prawdziwego poprzednika i ukrytego, niejawnego następnika jest nieroz­ strzygalna pod względem swej prawdziwości. Nie sposób więc spełnić wymagania stoików, żeby zarazem: semeion był prawdziwym po­ przednikiem implikacji i żeby ta implikacja by­ ła prawdziwa, i żeby jej następnik był ukryty, niejawny, nieoczywisty. Rozumowanie to do­ prowadziło Sekstusa Empiryka do wniosku, że 56

stoicy się mylą, gdy uważają semeion za praw­ dziwy poprzednik prawdziwej implikacji. Utwierdziło go w tym sceptycyzmie empi­ ryczne podejście do zagadnień filozoficznych. Wszak doświadczenie poucza — pisał — że prości ludzie z powodzeniem kierują się semeiami. Na przykład niewykształceni sternicy na podstawie semeiów potrafią przewidzieć kie­ runek wiatru, a nieuczeni rolnicy na podstawie innych semeiów — nadejście suszy. Gdyby — jak chcą tego stoicy — korzystanie z semeiów polegało na przeprowadzaniu rozumowań, przyjmowaniu pewnych sądów jako przesłanek, wyciąganiu z nich innych, mianowicie konklu­ zji (a jest to kunszt nie lada, wymagający zgłę­ bienia arkanów dialektyki, czyli logiki), to lu­ dzie prości stawaliby bezradni wobec tego za­ dania. A tym bardziej nierozumne zwierzęta. Tymczasem zaś — co, jak zauważał Sekstus, przyznają sami stoicy — są one zdolne pojmo­ wać semeia. Pies przecież tropi zwierzynę kie­ rując się jej śladami, a koń porywa się do bie­ gu na samo podniesienie bata. Czyżby więc i pies, i koń.— dodawał uszczypliwie — prze­ prowadzały takie wnioskowania: „Oto jest ślad, a jeżeli występują ślady, to zwierzyna znajduje się w pobliżu, a zatem zwierzyna znajduje się w pobliżu” albo „woźnica podniósł bat, a jeśli woźnica podnosi bat, powinienem cwałować, zatem powinienem cwałować”. Zbijał też Sekstus Empiryk twierdzenie stoi;ów, że zarówno semeion, jak i to, na co ono wskazuje, muszą współistnieć w teraźniejszo­ ści. Gdyby tak było — dowodził — to nie tyl­ ko semeion można by bezpośrednio poznać, ale i to co przez semeion wskazywane; a wów­ czas semeion stałoby się niepotrzebne; żadne też z tej pary nie wskazywałoby drugiego jej członu. Niezależnie od tych różnic poglądów, filozo­ 57

fowie starożytni, jak widać, poruszyli wiele istotnych spraw w swych rozważaniach na te­ mat pojęcia semeionu i jeśli nie rozwiązali, to w każdym razie postawili wiele ważnych za­ gadnień, a dążąc do sformułowania odpowiedzi, poczynili wiele cennych spostrzeżeń, które do dziś zachowały ważność i stanowią niezastąpio­ ny materiał do dalszych dociekań nad poję­ ciem znaku. Spośród pytań, które sformułowali bądź które wynikają z ich wywodów, wymie­ nimy najważniejsze: jakiego rodzaju bytem jest semeion, czy pojęcie semeionu jest względ­ ne, w jakim stosunku pozostaje semeion do wskazywanej przezeń rzeczy, czy owa rzecz musi być niejawna, czy korzystanie z semeiów wiąże się z wnioskowaniem. Pytania te — a r.a część z nich starożytni, jak widzieliśmy, znale­ źli własną odpowiedź — wytyczą kierunek naszego dalszego namysłu. Pojęcie znaku czy pojęcie użycia czegoś w roli znaku Rzeczy, zdarzenia, zjawiska — ich tożsamość i funkcja

Pies od urodzenia do śmierci jest psem. So­ sna od momentu, gdy pojawi się jej pierwszy młody pęd, aż do chwili, gdy zniknie cala z po­ wierzchni ziemi, jest sosną, kamień jest kamie­ niem, a jezioro —•• jeziorem. Także wiele ludz­ kich wytworów zachowuje tożsamość przez ca­ ły czas swego istnienia. Dom jest domem od chwili, gdy został zbudowany, aż do czasu, kie­ dy obróci się w ruinę. Pies nigdy nie stanie się sosną, kamieniem, jeziorem ani domem. Można jednak rozpatrywać rzeczy i osoby, rośliny i zwierzęta, zdarzenia i zjawiska — z innego punktu widzenia, mianowicie ze względu na to, jaką pełnią funkcję. Będziemy 58

wówczas widzieli wokół siebie przedmioty, któ­ re są tym, czym są, dzięki swej funkcji, dzięki swej roli. Gdy zmienia się ich funkcja, przestają być tym, czym były, i stają się czymś innym. Oto osiemnastowieczny zegar; już od dawna nie chodzi: stał się wyłącznie ozdobą, jest co najwyżej byłym zegarem. Oto książka; nikt jej nie czyta — podpiera teraz koślawy stół — właściwie przestała być książką. Oto śrubka, którą, zamiast wkręcić, wbito w ścianę; stała się gwoździem. Oto wczorajszy wierzcho­ wiec, dziś stał się dorożkarską szkapą. A jak jest ze znakami? Mało co bywa znakiem raz na zawsze, od urodzenia do śmierci, w cią­ gu całego swego istnienia. Ze sztandarów i cho­ rągwi pokonanego nieprzyjaciela szyjemy po­ szwy na kołdry i poduszki; sztandary i chorąg­ wie są znakami, nie są nimi poszwy. Pąsowa róża to kwiat, jak wiele innych, gdy rośnie w ogrodzie; ale kiedy dawniej epuzer wręczał ją pannie, a teraz chłopak daje dziewczynie, staje się znakiem miłości. Zapalona świeca w ręku panny młodej podczas zaślubin w ko­ ściele jest znakiem jej dziewictwa; ta sama świeca w innym czasie i miejscu przestaje być znakiem i służy tylko do rozproszenia mroku. Zupa zwana czarną polewką, gdy podano ją starającemu się o rękę panny, była znakiem rekuzy, a gdy jej resztki dojadała służba — zwykłym daniem. Nawet napisy, a więc coś, co — zdawałoby się — z natury swej jest znakiem, w pewnych okolicznościach tracą charakter zna­ kowy: gdy Cześnik w Zemście Fredry każę kucharzowi Perełce tort weselny przyozdobić cyfrą „MH" i wizerunkiem połączonych serc, zarówno litery, jak serca są znakami, ich zna­ czenie wyjaśnia sam Cześnik: Maciej — Hanna; gdyby jednak doszło do uczty weselnej i tort podano na deser, zjedzono by nie znaki, lecz lukier. Nic bowiem nie jest znakiem niezależ­ 59

nie od tego, jak się tym czymś posłużono w da­ nym wypadku, jak tego czegoś użyto, w ja­ kiej to coś wystąpiło sytuacji. Izolowane od tej sytuacji, przestaje funkcjonować jako znak. Biała laska jest znakiem niewidomego. Ale jest nim, gdy spełnione są pewne warunki, gdy więc ktoś, idąc, trzyma ją w ręku i stara się jej końcem wykryć przeszkody na drodze, bada nierówności, a stukaniem o płyty chodni­ ka uprzedza przechodniów o swym kalectwie. Ta sama jednak biała laska przestaje cokolwiek znaczyć i oznaczać, gdy wbijemy ją w ziemię, by podpierała młode drzewko. Tak samo nie jest ona znakiem, gdy wraz z innymi laskami leży w pudle lub stoi w koszu w sklepie lub w magazynie. To nie biała laska jest znakiem ślepoty, lecz fakt, że ktoś jej używa w okreś­ lony sposób i w pewnej chwili — tak mówią jedni. Znak aktualny a potencjalny

Inni zaś na to się nie zgadzają. Owszem, po­ wiadają, biała laska jest znakiem ociemniałego także i wtedy, gdy służy jako podpórka mło­ dego drzewa w ogrodzie — tyle że znakiem potencjalnym; natomiast w ręku ociemniałego i w opisanych okolicznościach jest ona znakiem aktualnym. Podobnie samochód, argumentują dalej, chociaż stoi w garażu albo na parkingu, nie przestaje być środkiem transportu, wła­ śnie środkiem potencjalnym. A gdy ktoś nim jedzie czy przewozi towary — staje się środ­ kiem transportu aktualnym. Na to odpowiadają pierwsi: wątpliwa to ana­ logia, bo ani pełna, ani tak prosta. Przecież każdy się zgodzi, że środkiem transportu i ko­ munikacji są samochody, pociągi, samoloty czy tramwaje, nikomu natomiast nie przyjdzie na myśl, że środkiem transportu czy komuni­ kacji jest fakt, że ktoś w pewnym czasie jedzie 60

samochodem. Natomiast nie mamy takich opo­ rów, gdy słyszymy, że fakt, iż ktoś używa bia­ łej laski, jest dla nas znakiem, że mamy do czynienia z osobą ociemniałą. Kto ma rację. Pierwsi czy drudzy? Gdy mówimy o nożu, który leży w tej chwili w szufladzie, że jest potencjalnym na­ rzędziem do cięcia, a o lampie, która się w tym momencie nie pali, że jest potencjalnym przy­ rządem do oświetlania, mamy zwykle na myśli pewne cechy każdego z tych przedmiotów, wyznaczające właściwy jego użytek. Dlatego nie mówimy zazwyczaj, że lampa czy nóż są potencjalnymi odważnikami, chociaż od biedy można posłużyć się tą czy ową lampą stojącą albo tym czy owym nożem jako odważnikiem przy ważeniu na wadze szalkowej. Znakiem na­ tomiast można uczynić każdy przedmiot, zda­ rzenie czy zjawisko, faktyczne czy urojone, bez względu na to, jakie są ich cechy, budowa, wielkość czy waga. Pożar na Solcu, który wy­ buchł 29 listopada 1830 roku, był sygnałem, a więc znakiem do rozpoczęcia powstania listo­ padowego. Trudno jednak powiedzieć, aby po­ żar, a w szczególności pożar jakiegoś budynku przy ulicy Solec w Warszawie, był potencjal­ nym znakiem, jakiegokolwiek powstania. Trud­ no dlatego, że zgodziwszy się na taki sposób .mówienia, powinniśmy się konsekwentnie zgo­ dzić, iż wszystko, każda rzecz, osoba, zdarzenie, zjawisko, cecha czy relacja, jest potencjalnym znakiem wszystkiego, każdej innej rzeczy, osoby, zdarzenia, zjawiska, cechy czy relacji. •To przecież od nas, którzy posługujemy się .•znakami, i tylko od nas zależy, czy potraktujemy jakiś byt A jako znak jakiegoś innego bytu B. Gdy mówimy, że miedziany drut jest poten­ cjalnym przewodnikiem elektryczności, a gu­ mowa podeszwa nie jest, mamy na myśli coś innego, niż kiedy powiadamy, że każda 61

rzecz jest potencjalnym znakiem. Wprawdzie i w jednym, i w drugim wypadku, mówiąc w ten sposób, rozumiemy, że może tak być, to jest, że drut może się stać aktualnym przewod­ nikiem elektryczności, a dowolna rzecz — ak­ tualnym znakiem, ale zarazem zdajemy sobie sprawę z istotnych różnic. Po pierwsze, gdy zetkniemy końce drutu z przewodami elektrycznymi i spowodujemy zamknięcie obwodu, drut nasz zacznie przewo­ dzić prąd elektryczny. A gumowa podeszwa w podobnej sytuacji prądu przewodzić nie bę­ dzie. Jak więc widać, za pomocą pojęcia poten­ cjalności przewodnictwa prądu elektrycznego potrafimy odróżnić przewodniki elektryczne od rzeczy nie będących przewodnikami elektrycz­ nymi. W tym więc wypadku pojęcie potencjąlności okazało się przydatne. Tymczasem poję­ cie potencjalności w odniesieniu do znaków nie jest w tym sensie przydatne: skoro wszy­ stko, każda rzecz, może się stać w pewnych warunkach znakiem, czyli jest znakiem poten­ cjalnym, to w takim razie za pomocą pojęcia potencjalności znakowej nic pod tym względem nie jesteśmy w stanie odróżnić. Po drugie, następna różnica zachodzi między stosunkiem potencjalny—aktualny w wypadku przewodnika prądu elektrycznego a takimże stosunkiem w wypadku znaku. Polega ona na tym, że przedmiot będący potencjalnym prze­ wodnikiem elektryczności stanie się jej prze­ wodnikiem aktualnym, czyli zacznie przewo­ dzić elektryczność, po spełnieniu pewnych obiektywnych warunków, mianowicie gdy na­ stąpi zamknięcie obwodu elektrycznego, nato­ miast bez względu na nasze subiektywne in­ tencje, myśli, mniemania czy wiedzę. Tymcza­ sem coś, co jest potencjalnym znakiem, stanie się znakiem aktualnym pod tym tylko warun­ kiem, że my potraktujemy to jako znak. To 62

nie to śamo: posłużyć się czymś jako przewod­ nikiem elektryczności i posłużyć się czymś ja­ ko znakiem. Mówiąc skrótowo: pierwsze jest sprawą fizyki, drugie psychiki. Choćbym nie wiem jak chciał, nie zdołam się posłużyć gu­ mową podeszwą jako przewodnikiem elektrycz­ ności. Z drugiej zaś strony — choćby dana rzecz, np. napis w znanym mi języku, była obiektywnie wyposażona w cechy jak najbar­ dziej i jak najlepiej uzdatniające ją do roli znaku, nie stanie się ona znakiem aktualnym bez mojej intencji. Po trzecie, różnica dotyczy jednej jeszcze sprawy. Drut miedziany może się stać prze­ wodnikiem elektryczności bez jakiejkolwiek naszej interwencji. Gdy np. strącony podmu­ chem wiatru kawałek drutu upadnie w ten sposób, że jego końce dotkną przewodów elek­ trycznych i spowodują zamknięcie obwodu, zacznie on przewodzić prąd elektryczny. A za­ tem zaktualizowanie potencjalnej własności przewodzenia prądu elektrycznego ani nie wy­ maga od nas, abyśmy się w sensie fizycznym posłużyli jakimś przedmiotem jako przewodni­ kiem, włączając go w obwód elektryczny, ani też abyśmy wiedzieli, że przewodzi on elek­ tryczność, lub mniemali, że tak jest, czy życzyli sobie tego. Natomiast zaktualizowanie poten­ cjalnej własności bycia znakiem, przysługują­ cej każdej rzeczy, osobie, zdarzeniu czy zja­ wisku A, wymaga od nas, abyśmy posłużyli się owym A jako znakiem jakiegoś B, różnego od A, to jest abyśmy przyjęli, że A wystąpiło oraz że między A i B zachodzi pewien zwią­ zek, taki iż — wedle naszego mniemania — z obecności A możemy się domyślić, że i B ma miejsce. Skrótowo można to ująć tak: nie ma znaków poza ich użyciem i nie ma użycia zna­ ku poza świadomością. Natomiast są przewod­ niki elektryczności poza ich użyciem i poza 63

czyjąkolwiek świadomością, czego przykładem burza z piorunami: wilgotne powietrze przewo­ dzi elektryczność bez jakiejkolwiek naszej in­ gerencji — fizycznej czy psychicznej, i prze­ wodziłoby, gdyby nikt nie wiedział, nie domy­ ślał się, ani nie wyobrażał sobie, że tak jest. Czy znak sam przez się znaczy, oznacza, wyraża?

Powiedzenie, że nie ma znaków poza ich użyciem i nie ma użycia znaku poza świado­ mością, bardziej jest sloganem niż ścisłym sformułowaniem. Ale mimo to ma pewne zale­ ty jako wypowiedź perswazyjna. Przypomina mianowicie, po pierwsze, że znak jest nie tylko znakiem czegoś, ale i zna­ kiem dla kogoś. Jeśli więc nie ma tego kogoś, kto traktuje jakieś A jako znak jakiegoś B lub gotów jest tak traktować, to w ogóle nie dochodzi do odegrania przez A roli znaku, choćby obiektywnie A pozostawało w takim np. stosunku względem B jak objaw względem choroby. Po drugie zaś, slogan ten każę nam pamię­ tać, iż wszelkie sformułowania w rodzaju „znak coś znaczy”, „znak coś oznacza”, „znak coś wyraża” itp. są skrótowe i metaforyczne, sta­ nowią przykłady chwytu stylistycznego zwane­ go personifikacją, czyli uosobieniem. Wyrażać, oznaczać czy znaczyć w dosłownym sensie tych słów mogą tylko użytkownicy znaków. Kiedy więc mówimy, że znak A coś oznacza, to faktycznie mamy na myśli, że ktoś — w tym wypadku nadawca znaku — w pewnej chwili czy przez pewien, nawet długi, czas używa owego A, by coś oznaczyć lub oznaczać. Po­ dobnie mówiąc, że znak A coś wyraża, faktycz­ nie pragniemy powiedzieć, że w czasie t pe­ wien X albo pewna grupa czy społeczność — w tym wypadku nadawca znaku — posługuje się owym A, aby to a to wyrazić. Albo też — €4

w obu powyższych wypadkach — chcemy po­ wiedzieć, że w czasie t ktoś, mianowicie odbior­ ca znaku, używa owego A, by za jego- pośred­ nictwem domyślić się czegoś innego, poznać coś innego, dowiedzieć się czegoś innego, nauczyć się czegoś innego niż A. A zatem wolimy — zamiast mówić, że coś jest znakiem czegoś innego —stawiać sprawę, przynajmniej w ważnych sformułowaniach, ostatecznych, w sposób dosłowny; a nie metafo­ ryczny, i mówić, że w pewnym czasie ktoś posługuje się czymś jako znakiem czegoś in­ nego, albo że ktoś używa czegoś jako znaku czegoś innego. Będziemy się trzymali tej zapo­ wiedzi, uważając sformułowanie: „w czasie t X używa A jako znaku B” za podstawowe i pierwotne, natomiast sformułowanie: „A jest znakiem B” za skrótowe, metaforyczne i wtór­ ne. Owym podstawowym sformułowaniem bę­ dziemy się posługiwali w ważnych miejscach tekstu; nie rezygnujemy jednak z używania sformułowań wtórnych i metaforycznych, o tyle wygodnych, że krótkich. Będziemy je stosowali tam; gdzie nie wywołują nieporozu­ mień, przynajmniej wśród tych, którzy pamię­ tają, że są one skrótowymi personifikacjami. Potencjalność znaku określonego rodzaju

I jeszcze jedno. Czy wyrzekamy się zupełnie pojęcia potencjalności w odniesieniu do zna­ ków, skoro wszystko, jak zauważyliśmy, jest potencjalnym znakiem, w związku z czym po­ jęcie to okazuje się nieprzydatne do odróżnie­ nia tego, co jest znakiem potencjalnym, od te­ go, co nim nie iest? Wprawdzie w istocie jest ono mało użytecz­ ne w ogólnych rozważaniach nad pojęciem znaku, może się jednak okazać przydatne, gdy pragniemy odróżnić potencjalny znak określo­ nego rodzaju od aktualnego znaku tegoż ro5 Wstęp do semiotyki

65

dzaju, a ściślej potencjalne użycie czegoś (A) jako znaku czegoś innego (B) od aktualnego użycia owego A (przez X-a w czasie i) jako znaku B. Nawet jednak i to drugie sformuło­ wanie wymaga uściślenia. W jakim kierunku powinno iść to uściślenie, niech podpowie przy­ kład. W kodeksie drogowym zawarty jest przepis wyznaczający taki oto związek między pale­ niem się czerwonego światła w sygnalizacji ulicznej a nakazem zatrzymania się lub zaka­ zem ruszenia z miejsca: jeżeli czerwone świat­ ło się pali, należy się zatrzymać lub nie wolno ruszać z miejsca. Ze względu na ten związek czerwone światło może zostać użyte jako znak służący do zasygnalizowania powyższego naka­ zu i zakazu. W tym sensie czerwone światło, gdy się nie pali, jest potencjalnym znakiem wspomnianego nakazu i zakazu, a gdy się pali, występuje w aktualnym użyciu dla tych, co znają odpowiedni przepis, widzą, że światło się pali, i sądzą, że pali się jako sygnał, a nie np. dlatego, że został uszkodzony automat w sygnalizatorze ulicznym. Dla ścisłości dodaj­ my, że aktualnie będą się posługiwali czerwo­ nym sygnałem także ci, którzy dlatego stoją w miejscu, że przywidziało im się, iż czerwo­ ne światło jest włączone, a przywidziało im się tak, gdyż promienie zachodzącego słońca padają na osłonę lampy. A także ci, którzy wprawdzie nie znają odpowiedniego przepisu, ale wyobrazili sobie albo wierzą, że czerwone światło to znak „stop”. Co więc właściwie chcemy powiedzieć mó­ wiąc, że czerwone światło jest potencjalnym znakiem nakazu zatrzymania się i zakazu ru­ szania z miejsca? Zwykle tyle tylko, że istnie­ je i jest stosowany taki przepis i że zgodnie z tym przepisem czerwone światło może zostać użyte w taki a taki sposób, w tym a tym celu. 66

Uogólniając: gdy o jakimś A mówimy, że jest potencjalnym znakiem jakiegoś B, zwykle ma­ my na myśli tyle tylko, że niektórzy ludzie sądzą — przy czym wszystko jedno, czy mają rację, czy tylko tak sobie uroili — iż między A i B zachodzi taki związek, albo naturalny, albo konwencjonalny, że na podstawie spostrze­ żenia A można się domyślić, że B wystąpiło, ma miejsce lub wystąpi. Dodajmy, że spostrze­ żenie A bywa niekiedy tylko urojeniem, np. „spostrzeżeniem” we śnie, w gorączce, w zabu­ rzeniach psychicznych lub na skutek złudze­ nia. Jak widać, mówiąc o czymś, np. o tym oto A, że jest pewnego rodzaju znakiem potencjal­ nym, w rzeczywistości opisujemy jakiś zastany stan rzeczy, mianowicie fakt, że pewni ludzie, albo i zwierzęta, już dawniej używali A — pewnych przedmiotów, zdarzeń czy zjawisk — jako znaków tego a tego, że więc pojawienie się księżyca w lisiej czapie traktowali jako znak niepogody, ukazanie się komety na niebie — ja­ ko znak wojny, to że jaskółki nisko latają — jako znak nadciągającej burzy, to że „sroczka krzekce na płocie” — jako znak, że goście przyjadą, a kominiarza — także ujrzanego we śnie — jako znak pomyślnego zdarzenia. Widać też, że jako o potencjalnych w tym sensie mówić można tylko o poszczególnych rodzajach zna­ ków, ze względu na określony związek między znakiem a tym, do czego się on w mniemaniu swych użytkowników odnosi. Nie można nato­ miast posłużyć się tym pojęciem potencjalności w odniesieniu do ogólnego pojęcia znaku. Cóż by bowiem miało znaczyć powiedzenie, że znak w ogóle (a nie: taki a taki znak tego a te­ go) bywa potencjalny? Chyba coś bardzo nie­ określonego; mianowicie, że o wszystkim, o do­ wolnej rzeczy, zdarzeniu, zjawisku — faktycz­ nych lub urojonych — ktoś kiedyś sądził lub 5*

67

mógł sądzić, że pozostaje ze wszystkim w ta­ kim czy owakim związku, i że ktoś, kto wierzy w zachodzenie dowolnego związku, może do­ wolne A potraktować na dowolnej podstawie jako znak dowolnego B, także i wtedy, gdy naprawdę owo A wcale nie wystąpiło, a ten związek wcale nie zachodził. Powiedzenie ta­ kie odnosiłoby się nie tyle do potencjalności znaku jako takiego, ile do arbitralności użycia czegokolwiek, niekoniecznie czegoś istniejącego, jako znaku czegokolwiek innego na jakiejkol­ wiek — także urojonej — podstawie. Arbitral­ ność taka jest faktem: nic nie stoi na przeszko­ dzie temu, aby np. białe myszy „widziane” przez alkoholika w delirium stały się dla niego znakiem tego, że jest on królem Popielem, ko­ tem czy Dylem Sowizdrzałem.

Rzecz, zdarzenie czy zjawisko Jakiego rodzaju bytem jest znak?

Stoicy uważali, iż semeia są sądami. Inni fi­ lozofowie starożytnej Grecji również widzieli w nich byty noetyczne, umysłowe, to jest do­ stępne jedynie pojmowaniu, a nie zmysłowe, to jest dostępne postrzeganiu. Na ogół więc zga­ dzali się, że semeia są abstraktami, a nie kon­ kretami. Ale tak było w ich rozważaniach teo­ retycznych. Natomiast gdy podawali przykła­ dy semeiów, wymieniali nie tylko byty ab­ strakcyjne, ale i konkretne rzeczy. Dociekanie, jakiego rodzaju bytem jest znak, należy do działu filozofii zwanego ontologią, nauką o bycie, o tym, jak co istnieje. Odpo­ wiedź na to pytanie ma dostarczyć wiadomo­ ści o naturze tego, co badamy. A od tego, jaka jest ta natura czy istota, zależy sposób ujmowa­ nia, poznawania badanego przedmiotu, czym z kolei zajmuje się inny dział filozofii, zwany 68

teorią poznania lub epistemologią albo gnozeologią. W sprawie ontologicznych własności znaków panuje i panowała duża rozbieżność poglądów. Jedni autorzy — tak jak czynili to starożytni — przyznawali znakom charakter abstrakcyjny. Inni uważali, że są one konkretnymi rzeczami. Jeszcze inni mówili, że natura znaku jest mie­ szana, abstrakcyjno-konkretna, umysłowo-zmysłowa, psychofizyczna. Byli wreszcie i tacy, którzy zwracali uwagę na to, że jest wiele róż­ nych rodzajów znaków i że jedne z nich są rze­ czami, a inne bytami umysłowymi. Znak jest abstrakcyjny

Do pierwszej grupy zaliczyć można pogląd Ferdynanda de Saussure’a. Ten językoznawca szwajcarski charakteryzował znak jako połą­ czenie elementu znaczącego, signifiant, z ele­ mentem znaczenia, signifié, przy czym jeden i drugi element traktował jako coś psychiczne­ go. Wynikało stąd, że i ich kombinacja musi być czymś psychicznym, a więc pewnego ro­ dzaju bytem abstrakcyjnym, nie zaś przedmio­ tem fizycznym (Saussure, 1967). Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że wśród zwolenników podobnego poglądu na ontologiczny charakter znaków wielu (np. Eco, 1976:49) zgadza się, iż wprawdzie są one abstraktami, same jednak tzw. nośniki znakowe, np. więc sam rysunek, sam napis, samo konkretne brzmienie słowne, występujące w danym momencie, są czymś fi­ zycznym. Napis czy rysunek to warstewka farby drukarskiej, atramentu, grafitu czy tuszu tak a tak ukształtowana, brzmienie słowne zaś to drgający czyjś narząd głosowy i porcja dźwięków wprawionego w drgania ośrodka, w którym rozchodzą się artykułowane fale gło­ sowe. I napisy tak pojmowane, i rysunki, i dźwięki występują w określonym miejscu 69

i czasie, tak jak inne rzeczy, np. płatki śniegu czy krzesła. Tak jak i one dają się postrzegać wzrokiem, słuchem, węchem lub dotykiem, a także dają się mierzyć i utrwalać za pomocą aparatu fotograficznego czy magnetofonu, a więc urządzeń niezdolnych do rejestrowania lub utrwalania bytów umysłowych, abstrakcyj­ nych. Znak jest bodźcem fizycznym

Drugą grupę stanowią ci autorzy, którzy skłonni są widzieć w znakach bodźce, a więc coś fizycznego, coś poznawalnego za pomocą zmysłów (np. Guiraud, 1974:29 oraz 1976:13— -14). Znak jest psychofizyczny

Do trzeciej grupy można zaliczyć tych, któ­ rzy powiadają, że znak ma charakter mieszany, dwojaki, złożony, mianowicie: z jednej strony daje się on opisać w sposób doświadczalny, ale zarazem jest też elementem czyjejś świado­ mości (np. Twardowski, 1971:39 i n., Zeman, 1977:25). C.S. Peirce’a poglądy na naturę znaku

Najliczniejsi są ci, którzy sądzą, że jedne znaki mają charakter fizyczny, drugie psy­ chiczny; albo jedne zmysłowy, a drugie umy­ słowy; czy też jedne — konkretny, a drugie abstrakcyjny. Poglądy w tej grupie są zróżni­ cowane. Jej wybitnym przedstawicielem jest Charles Sanders Peirce. Uważał on, że znakiem może być cokolwiek, każdego rodzaju byt. Pi­ sał mianowicie: „Znak definiuję jako coś, co zostało określone przez coś innego, zwanego jego przedmiotem, i co w określony sposób działa na człowieka — działanie to nazywam interpretantem — tak iż ów interpretant zo70

staje wskutek tego określony przez ów przed­ miot”. (Peirce, 1977:W. 80—81). Opisywał też znak jako „coś, co w jakikolwiek sposób daje dowolne określone pojęcie o jakimś przedmio­ cie” (Peirce. 1.540). Obok wypowiedzi Peirce’a wskazujących, że — mówiąc niezgrabnie — każde coś każde cokolwiek, może się stać znakiem, są rozsiane po różnych jego pismach takie uwagi, z których wynika, iż wśród owych „cosiów” mogących być znakami są i konkretne rzeczy. Na przy­ kład więc za konkretną rzecz i zarazem znak uważał on poszczególne wykonanie utworu muzycznego (Peirce, 5.475) albo dany znak ikoniczny, czyli znak obrazowy, choćby ten a ten portret, albo dany egzemplarz znaku, w terminologii Peirce’a sinsign (sin jest skrótem od singularis — łac. — w tym wypadku „po­ szczególny”, sign — ang. — „znak”, signum — łac. — znak), a więc poszczególny napis znajdujący się hic et nunc, tu i teraz. Z drugiej strony tenże Peirce wymieniał przykłady znaków abstrakcyjnych. Do tako­ wych zaliczał tzw. qualising i legisign, inter­ pretant, dicent i argument. Qualisign (qualis — łac. — „jaki”) był to w jego terminologii nie znak konkretny, np. napis widniejący w tym a tym czasie i miejscu, lecz taki a taki wygląd danego znaku. Każdy egzemplarz słowa „czte­ ry” należy do tego samego qualisignu, każdy egzemplarz liczby „IV” należy do innego qualisignu, a do jeszcze innego — każdy eg­ zemplarz liczby „4”. A zatem ten sam legisign (lego — łac. — „zbierać razem”, lex, legis — łac. „formuła”, „reguła”, „prawo”) cztery występuje konkretnie jako niezliczona liczba sinsignów, egzemplarzy, ale jedne z tych egzem­ plarzy podpadają pod abstrakcyjny wzorzec, to jest qualisign, reprezentowany przez napis „cztery”, inne przez „IV”, jeszcze inne przez 71

„4”, a reszta należy do rozmaitych qualisignow, z których każdy jest reprezentowany przez dźwięk powstający na skutek odczytania na głos tychże napisów w różnych językach. Jak widać, w odróżnieniu sinsign — qualisign — legisign, tylko sinsign jest rzeczą, pod­ czas gdy qualisign to abstrakcyjny zbiór wszy­ stkich teraźniejszych, przeszłych i przyszłych sinsignów danego legisignu mających „taki sam” wygląd wzrokowy, słuchowy czy dotyko­ wy, a legisign to abstrakcyjny zbiór wszystkich sinsignów — już bez względu na wygląd — te­ raźniejszych, przeszłych i przyszłych, mających to samo znaczenie. Z kolei interpretant (inter­ pretor — łac. — „rozumiem”, „wyjaśniam”, „tłumaczę”) było to znaczenie znaku. Interpretantu nie należy mylić z interpretatorem, a więc człowiekiem interpretującym, czyli tłu­ maczącym coś sobie lub komuś, rozumiejącym znaki; interpretant, znaczenie, to coś abstrak­ cyjnego, a interpretator to konkretna osoba. Dicent (dico — łac. — „ustalam”, „oświad­ czam”, „mówię”) był to u Peirce’a sąd w sen­ sie logicznym, argument zaś (argumentum — łac. — „dowód”, „znak”) rozumowanie lub jeden z jego rodzajów — dowodzenie. O tym że sąd w sensie logicznym, czyli według naszej umowy, krótko — sąd, jest czymś abstrakcyj­ nym, wspomnieliśmy już poprzednio. Również abstrakcyjny charakter przypisywał Peirce do­ wodowi, czy ogólniej rozumowaniu, wniosko­ waniu w szerszym sensie, mając na myśli nie konkretny proces psychiczny, który występuje w pewnym określonym czasie u rozumującego lub dowodzącego i polega na przyjmowaniu przezeń pewnych zdań i dochodzeniu na ich podstawie do innych zdań, lecz abstrakcyjną strukturę logiczną czy formę logiczną takiego rozumowania bądź w szczególności dowodzenia, a więc stosunek wynikania logicznego zacho­ 72

dzący między przesłankami a wnioskiem bądź w przeciwnym kierunku, i stosunek wywodze­ nia konkluzji z przesłanek. Oprócz tego, że wymienione tu: interpre­ tant, dicent oraz argument miał Peirce za coś abstrakcyjnego, widział w nich, tak jak w qualisignach i legisignach, znaki. Może się to wy­ dawać dziwne komuś, kto zwrócił uwagę na fakt, iż interpretant danego znaku był dla Peirce’a tego znaku znaczeniem. Jakże więc zna­ czenie może być znakiem? Przeciw temu, jak pamiętamy, protestował Sekstus Empiryk, krytykując pogląd stoików. Peirce natomiast, dociekliwy czytelnik filozofów starożytnej Grecji, był pod tym względem po stronie stoi­ ków. Uważał mianowicie, że nie znany nam interpretant, to jest znaczenie danego słowa, poznajemy lub wyjaśniamy za pomocą defini­ cji, m.in. za pomocą definicji podającej prze­ kład na zrozumiałe dla nas słowa. Interpretant występuje wówczas w roli znaku figurującego w dejiniendum, czyli w członie określanym de­ finicji, i ma z kolei swój interpretant w zna­ czeniach słów, na które przełożono ów człon definiowany, a więc słów stanowiących definiens, to jest człon określający tejże definicji. Na tym sprawa się nie kończy, gdyż każdy z wyrazów definiujących, czyli interpretantów pierwotnego, definiowanego interpretantu, ma znowu swoje interpretanty, względem któ­ rych występuje w roli znaku itd. Dicenty, to jest sądy, były pod tym względem w sytuacji podobnej do interpretantów. Sąd wszak uchodzi za znaczenie zdania, zdanie zaś, którego znacze­ nia nie znamy, można uczynić zrozumiałym za pomocą przekładu definicyjnego. Dicent wystę­ puje wówczas w roli znaku, a przekład — w roli interpretantu tego znaku. Wreszcie argu­ ment to powiązanie sądów, czyli dicentów, a 73

więc to, co powiedziano o pojedynczym dicencie, odnosi się też do ich kombinacji. Nie tylko ąualisigny, legisigny, interpretan­ ty, dicenty i argumenty wymieniał Peirce jako znaki mające charakter abstrakcyjny. Takiż abstrakcyjny i zarazem znakowy charakter przypisywał ideom, uczuciom, wyobrażeniom, pojęciom, przedstawieniom i myślom. „Idee — pisał — to pierwsze interpretanty logiczne zja­ wisk wywołujących owe idee; tym samym zjawiska te są znakami, z których wywnioskowujemy interpretanty” (Peirce, 5.287). „Ilekroć myślimy, jawi się w naszej świadomości jakieś uczucie, wyobrażenie, pojęcie czy inne przed­ stawienie, które służy jako znak” (Peirce, 5.283) — i dodawał — „myślimy tylko za pomocą znaków; te znaki umysłowe mają mieszany charakter: ich część symboliczną nazywamy po­ jęciem” (Peirce, 5.300). Na podstawie przytoczonych i wielu innych wypowiedzi Peirce’a wolno sądzić, iż za znaki uważał on zarówno pewne byty abstrakcyjne, jak i pewne konkretne rzeczy. Znaki abstrakcyjne a znaki konkretne

Takich badaczy, którzy znakom pewnych rodzajów przypisują charakter abstrakcyjny, a znakom innych rodzajów — konkretny, zmysłowy, jest wielu. Można np. spotkać pogląd, że znaki w węż­ szym sensie, czyli symbole, są to rzeczy, np. czarna chorągiew jako symbol żałoby, podczas gdy znaki w szerokim rozumieniu to albo pro­ cesy oraz stany rzeczy, i wówczas noszą nazwę oznak, albo konkretne rzeczy, i wówczas no­ szą — jak właśnie wspomniano — nazwę sym­ boli. Oznaką będzie np. wywieszenie czarnej chorągwi, a więc pewien „stan rzeczy, w któ­ rym to, co się jawi, jest pewnym symbolem” (Dąmbska 1973:37). 74

Zbliżone, choć nieidentyczne stanowisko polega na odróżnieniu oznak, a są nimi — we­ dług tego poglądu — zdarzenia lub zjawiska, od znaków, to jest rzeczy, i zaprzeczeniu jakoby tak rozumiane oznaki wraz z tak rozumianymi znakami stanowiły dwa różne podzbiory jakie­ goś jednego nadrzędnego zbioru znaków w sze­ rokim sensie (Kotarbińska, 1957:104). Z innego punktu widzenia sygnały mają być konkretnymi przedmiotami, podczas gdy znakom przyznaje się charakter abstrakcyjny, uważając je za złożone z klasy sygnałów, klasy komunikatów oraz relacji zachodzących mię­ dzy tymi dwiema klasami (Prieto, 1970:107). Poęjcie znaku a egzemplarz znaku

Dokonany przegląd stanowisk w sprawie ontologicznego charakteru znaków, chociaż nie­ kompletny i pobieżny, dostarcza ważnej wska­ zówki: zanim się odpowie, jakiego rodzaju by­ tem jest znak, należy zdać sobie sprawę, o jakiego rodzaju znak w danym wypadku chodzi, albo — innymi słowy — w jakim zna­ czeniu w danym wypadku używamy słowa „znak”. Po pierwsze więc, gdy nasza uwaga skupia się na pojęciu znaku, to jest gdy z myślą właś­ nie o pojęciu znaku pytamy, czym jest znak — rzeczą konkretną czy też bytem abstrakcyj­ nym — odpowiemy: pojęcie znaku, czyli zna­ czenie słowa „znak” i jego równoznaczników w innych językach, nie jest żadnym przedmio­ tem fizycznym, nie jest żadną konkretną rze­ czą, ma więc charakter abstrakcyjny, da się ująć jedynie myślowo, nie zaś za pomocą zmy­ słów. Słowa „znak” często używamy właśnie w ten sposób: z myślą o pojęciu znaku. Także takie rzeczowniki, jak: „słowo”, „wyraz”, „wy­ rażenie”, „sygnał”, „symptom”, często są w po­ dobny sposób rozumiane. I jeśli przez „słowo”

75

rozumiemy „pojęcie słowa”, przez „wyraz” — „pojęcie wyrazu”, przez „sygnał” — „pojęcie sygnału”, to wówczas ani słowo, ani wyraz, ani sygnał nie są konkretnymi jednostkowymi przedmiotami, lecz czymś abstrakcyjnym. Powstaje pytanie, czy znak, słowo, wyraz, wyrażenie, sygnał bądź symptom mogą być in­ dywidualnymi rzeczami, dostępnymi poznaniu zmysłowemu. Owszem, jeśli mówiąc „znak” mamy na myśli ten oto egzemplarz znaku, wy­ stępujący w danym czasie w tym a tym miej­ scu. Podobnie, jeśli mówiąc „słowo”, „wyraz”, „wyrażenie”, „sygnał” lub „symptom” odno­ simy każde z nich do pewnego poszczególnego przedmiotu fizycznego, np. do tego słowa, któ­ re widnieje jako pierwsze na początku tej oto strony w tym właśnie egzemplarzu niniejszej książki. Równokształtne z nim, bliźniaczo po­ dobne inne egzemplarze tego słowa — a każdy z nich jest pojedynczym przedmiotem fizycz­ nym — znajdują się na początku strony no­ szącej ten sam kolejny numer w pozostałych egzemplarzach niniejszej książki. Poza tym jeszcze inne egzemplarze tegoż słowa, być może już nie tak bliźniaczo podobne do tego egzem­ plarza, na który właśnie patrzymy, nie tak po­ dobne, bo np. wydrukowane czcionką innego kroju, wielkości lub koloru albo wypisane ręcz­ nie, znajdują się w tysiącach miejsc na świecie — w książkach, gazetach, zeszytach. Ale to nie wszystko. Ileż jest egzemplarzy tego słowa, któ­ re kiedyś istniały na świecie, a teraz już ich nie ma; znikły z powierzchni ziemi wraz z drukami, maszynopisami czy rękopisami, w których figurowały. A ileż ich jeszcze przybę­ dzie w przyszłości, bo zostaną dopiero napisa­ ne ręcznie lub na maszynie albo wydrukowane. Każdy z tych egzemplarzy danego słowa czy znaku jest, był lub będzie postrzegalnym, a więc dostępnym poznaniu zmysłowemu, kon­ 76

kretnym przedmiotem fizycznym, tak samo ist­ niejącym w rzeczywistości, jak istnieją, ist­ niały czy będą istniały drzewa, krzesła lub domy. I tak jak poszczególne drzewa .różnią się od siebie wielkością, kolorem i do pewnego stopnia kształtem, a mimo to każde z nich jest drzewem, również i poszczególne egzemplarze danego słowa, np. „pies” i „PIES”, a także — według niektórych — „psa” — „psu” — „psem” — „psie” — „psy” — „psów” — „psom” — „psami” — „psach”, mimo iż są pod wielu względami różne, pozostają egzemplarza­ mi tego samego słowa, właśnie słowa „pies”. Prawdę mówiąc, różnice między tymi rze­ czami, jakimi są poszczególne egzemplarze sło­ wa „pies”, idą znacznie dalej niż różnice, któ­ re zachodzą między np. poszczególnymi doma­ mi: domy można zobaczyć, można ich dotknąć, natomiast nie można usłyszeć, tymczasem ze słowami inna sprawa — obok ich egzemplarzy widzialnych są i słyszalne. Oto ten tutaj napis „pies” — to jeden egzemplarz tego słowa, mia­ nowicie przedmiot wykonany z tak a tak ufor­ mowanej warstewki farby drukarskiej, znaj­ dujący się w tym właśnie miejscu,* drugi zaś, trzeci i czwarty egzemplarz tego słowa po­ wstaną, gdy na głos przeczytam ten napis — raz, drugi i trzeci. Te nowe, akustyczne egzem­ plarze słowa „pies”, które wyprodukuję wyma­ wiając na głos to słowo, będą wcale różne od jego egzemplarzy graficznych. Przypomnijmy, że Peirce takie różnice wyglądu tego samego znaku oddawał posługując się w tym celu po­ jęciem ąualisignu. Egzemplarze akustyczne sło­ wa „pies” — zauważyłby Peirce — podpadają pod inny ąualisign niż graficzne. Mimo to jed­ nak nie wahamy się ich wszystkich uznać za — mówiąc potocznie — „to samo słowo”, czyli za poszczególne przypadki tego samego — by użyć terminu Peirce’a — legisignu, tak jak W

nie wahamy się za „to samo słowo” uważać dźwięku „pies”, wypowiedzianego raz sopra­ nem, a kiedy indziej basem. Co nas do tego skłania, żeby konkretne przedmioty tak różnego wyglądu, jak napis „pies” i dźwięk „pies”, traktować jako egzem­ plarze, kopie, jednostkowe wystąpienia tego samego słowa? Sprawa jest skomplikowana. Na pewno ważną rolę odgrywa tutaj znaczenie słowa „pies”. Zarówno ten oto i tamten napis „pies”, jak ten oto i tamten dźwięk „pies” zna­ czą to samo. Ale gdyby fakt, iż mają one to samo znaczenie, był decydujący, wówczas po­ wiedzielibyśmy, że ten oto polski napis „pies” i tamten łaciński napis „canis”, i ów angielski napis „dog” — a każdy z nich to samo znaczy — są egzemplarzami tego samego słowa. Tak jednak nie mówimy. Widocznie oprócz znacze­ nia na naszą decyzję mają wpływ jeszcze inne dodatkowe czynniki. Jednym z nich jest to, że napis „pies” to wtórne graficzne utrwalenie dźwięku „pies”, a dźwięk „pies” to właściwe odczytanie napisu „pies”. Napisy „pies”, „canis” i „dog£ wyrażają to samo pojęcie psa, ale są egzemplarzami trzech różnych słów. Pojęcia są ponadjęzykowe, słowa zaś — związane z danym językiem. I to związane nie tylko swym znaczeniem czy funkcją, ale i kształtem, czyli formą. Dlatego choć i napis „zgłoska”, i napis „sylaba” należą do języka polskiego i znaczą to samo, uznajemy je za egzemplarze dwóch różnych słów, bo kształt ich jest różny, a różnica tego kształtu jest inna niż różnica między napisami „zgłoska” wydrukowanymi kursywą, wersalikami i, powiedzmy, szwabachą. Precyzyjne określenie tych różnic jest trud­ ne» gdyż są one płynne. Próbowano więc przy­ jąć, że o tym, czy dwa napisy są egzemplarza­ mi tego samego wyrazu, decyduje poza ich 7«

wspólnym znaczeniem i przynależnością do te­ go samego języka — podobieństwo geomet­ ryczne. Nie jest to odpowiedź zadowalająca, choćby dlatego, że nie tłumaczy, dlaczego napis „pies” i dźwięk „pies” uważa się za egzempla­ rze tego samego słowa. Poza tym między na­ pisem „pies” wydrukowanym kursywą a napi­ sem „pies” wydrukowanym szwabachą nie za­ chodzi podobieństwo geometryczne w ścisłym sensie; nie zachodzi ono także między napisa­ mi „pies” i „psem”. Próbują więc niektórzy mówić o podobieństwie topologicznym, nie wy­ jaśniając jednak dokładnie, o co im chodzi. Na szczęście na ogół możemy w tej sprawie zawie­ rzyć naszej intuicji, gdy ta podpowiada nam na przykład, że „pospieszny” i „pośpieszny” to „to samo słowo”, a zatem ściślej dwa egzem­ plarze jednego słowa, tak samo „doktor” i „doktór”, że dalej — zdaniem niektórych — „psu” i „psach” to różne formy deklinacyjne „tego samego słowa”, natomiast „łaskotać”, „łachotać” i „łechtać” — to trzy egzemplarze — każdy innego słowa, znaczącego to samo, co pozostałe dwa, i etymologicznie im pokrew­ nego. Powtórzmy: tak rozumiany egzemplarz zna­ ku, słowa, sygnału, symptomu to jednostkowy, konkretny, realny, postrzegalny za pomocą zmysłów przedmiot. Takim przedmiotem jest i ten oto odcisk palca pozostawiony na tej oto szklance, i ta oto porcja dymu unosząca się tutaj i teraz, i ten oto kawałek obrzmiałej i za­ czerwienionej skóry (przy złamaniu nogi), i ten oto, rozlegający się w tym a tym czasie i miej­ scu dźwięk syreny pogotowia ratunkowego, i ta oto odbitka fotografii danej osoby. Ilekroć będzie nam chodziło o egzemplarz znaku, słowa czy obrazu, będziemy to wyraź­ nie mówili. A zatem nie powiemy, że słowo „matka” jest w tym oto rękopisie zamazane, 79

lecz że ten a ten egzemplarz słowa „matka” jest w nim zamazany. Taki pedantyczny sposób mówienia, choć nieco niewygodny, oszczędza wiele nieporozumień. Gdy natomiast mówić będziemy krótko o takim a takim znaku, słowie, sygnale czy objawie, będzie nam chodziło nie o poszczegól­ ne wystąpienie każdego z nich, o ten a ten egzemplarz, lecz o coś innego. O co? Niech wy­ jaśni to przykład. Pojęcie zbioru

Mówiąc, że wyraz „pies” jest rzeczowni­ kiem w języku polskim, mamy na myśli nie to, że ten właśnie, powyższy egzemplarz tego wyrazu jest rzeczownikiem, podczas gdy inne jego egzemplarze nie są rzeczownikami, lecz — że każdy egzemplarz wyrazu „pies” to rze­ czownik. Rzeczownikami więc są nie tylko znajdujące się w różnych miejscach na świecie napisy „pies”, „psa”, „psu” itd. oraz dźwięki „pies” — wraz z ich odmianami deklinacyjnymi — rozbrzmiewające dokładnie w tej chwili, ale i wszelkie przeszłe egzemplarze słowa „pies”, graficzne i akustyczne, a także wszelkie jego przyszłe egzemplarze. Słowem, mamy na myśli zbiór wszystkich egzemplarzy wyrazu „pies”, klasę jego wszystkich egzemplarzy. Zbiór ten jest czymś abstrakcyjnym, możli­ wym tylko do pomyślenia, a nie do zobaczenia ani nawet do wyobrażenia sobie. Że nie jest on żadnym przedmiotem fizycznym, to jasne. Nigdzie przecież nie istnieje stos złożony z wszystkich napisów „pies”. A nawet gdyby istniał, nie mógłby się składać z tych napisów, które teraz są na świecie, oraz z tych, których już nie ma albo jeszcze nie ma. Co więcej, nie mógłby być usypany z napisów i z dźwięków. Nawet wyobrazić sobie nic takiego nie potrafi­ my. Ale pomyśleć można. Kiedy się o czymś 80

takim myśli, mianowicie o zbiorze wszystkich egzemplarzy graficznych i akustycznych, prze­ szłych, teraźniejszych i przyszłych słowa „pies”, nie trzeba sobie wyobrażać żadnego stosu czy kopca. Co to bowiem znaczy, że „ten oto napis «pies» jest elementem zbioru wszy­ stkich egzemplarzy słowa «pies»”? To znaczy tylko tyle, że napis ten jest egzemplarzem sło­ wa „pies”. Takim właśnie pojęciem abstrakcyj­ nego zbioru posługujemy się w teorii mnogości. Zastanówmy się przez chwilę, có stanowi przepustkę do takiego zbioru. Dla uproszczenia weżmy pod uwagę zbiór wszelkich przedmio­ tów stalowych, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Gdy pokazują nam jakiś przed­ miot i mamy zadecydować: wpisać go do tego zbioru czy zdyskwalifikować, kierujemy się wówczas jedną tylko cechą — stalowości. W rezultacie w zbiorze tym znajdą się zarów­ no przedmioty realne, teraz istniejące, jak przeszłe i przyszłe, a więc tylko wyobrażone sobie czy pomyślane, ale stalowe, płynne i w stanie stałym, ale stalowe, duże i małe, ale stalowe. Co mają one wspólnego: to tylko, że są przedmiotami stalowymi. Dlatego mówi się niekiedy, że zbiór C to to samo, co cecha C, czyli własność C. Pogląd ten nie przez wszyst­ kich jest podzielany. Występują w nim tzw. ekstensjonalne pojęcia zbioru i własności. Na­ tomiast jeśli ktoś uważa, że zbiór wszystkich przedmiotów stalowych jest czymś różnym od cechy, czyli własności bycia przedmiotem stalo­ wym, skłania się tym samym do używania tzw. intensjonalnych pojęć zbioru i cechy. Z kolei weźmy pod uwagę zbiór będący sumą logiczną zbiorów: (C) wszelkich przed­ miotów stalowych, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych, oraz (W) wszelkich przedmiotów kulistych, przeszłych, teraźniejszych i przy­ szłych. Jest to więc zbiór przedmiotów stalo6 Wstęp do semiotyki

81

wych lub kulistych. Wstęp doń mają zarówno te przedmioty, które legitymują się stalowością, choć nie są kuliste, jak i te, które legity­ mują się kulistością, choć nie są stalowe, jak oczywiście i te, które są stalowymi kulami. Znak jako typ

Czymś do pewnego stopnia podobnym jest zbiór wszystkich egzemplarzy słowa „pies”. Jego elementami będą: po pierwsze, wszelkie napisy, które legitymują się trzema cechami: takim znaczeniem, że chodzi o psa, przynależ­ nością do języka polskiego oraz wyżej opisa­ nym, intuicyjnie uchwytnym podobieństwem wyglądu do napisu „pies”; po drugie zaś, wszelkie dźwięki, które legitymują się trzema cechami, mianowicie wspomnianym znaczeniem i przynależnością oraz intuicyjnie uchwytnym podobieństwem brzmienia do dźwięku „pies”. Odróżniliśmy zatem egzemplarz znaku od znaku jako zbioru, jako klasy wszystkich jego egzemplarzy przeszłych, teraźniejszych i przy­ szłych, czyli — jak się niekiedy mówi — od znaku jako typu. Egzemplarz znaku — według podanej tu charakterystyki — jest indywidu­ alnym, jednostkowym przedmiotem konkret­ nym, poznawalnym za pomocą zmysłów; znak jako typ jest zbiorem abstrakcyjnym, dającym się ująć jedynie myślowo. Użycie znaku

W zbiorze tym warto niekiedy wyróżnić pewien podzbiór, mianowicie podzbiór złożony z tych teraźniejszych, przeszłych i przyszłych egzemplarzy danego znaku, które tak zostały, są lub będą użyte, że odnosiły się, odnoszą lub będą odnosiły do tego samego przedmiotu. Ty­ siące razy posługujemy się różnymi egzempla­ rzami słowa „pies”, w tym zaś niektóre egzem­ plarze tego słowa zostały użyte lub będą uży­ 82

te w odniesieniu do mego jamnika długowło­ sego Trota. Stanowią one elementy podzbioru zwanego takim a takim użyciem słowa „pies”. A znowu te egzemplarze słowa, które zostały bądź zostaną tak użyte, iż każdy z nich odnosił się, odnosi lub będzie odnosił do psa Baskerville’ów z powieści Conana Doyle’a, dożą się na podzbiór stanowiący pewne inne użycie słowa „pies”. Jak widać, użycie znaku nie jest jednostkowym przedmiotem konkretnym, do­ stępnym postrzeżeniu za pomocą zmysłów, lecz — podobnie jak znak jako typ, czyli we­ dług naszej umowy krótko: znak — jest ono zbiorem abstrakcyjnym, uchwytnym jedynie myślowo. Egzemplarz znaku, znak, użycie znaku

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z powyż­ szego rozróżnienia: egzemplarz znaku — znak — użycie znaku. Poza tym zaś nawet ci, któ­ rzy o nim wiedzą, nie zawsze uwydatniają róż­ nicę za pomocą odmiennych terminów: i o eg­ zemplarzu znaku, i o znaku jako typie, i o użyciu znaku mówią po prostu — „znak”. My zaś, żeby uniknąć nieporozumień, postarajmy się stosować do zaproponowanej wyżej kon-. wencji: gdy chodzi o znak jako typ, czyli o zbiór wszystkich egzemplarzy danego znaku, mówimy „znak” bez żadnych dodatków — i podobnie: „sygnał”, „symptom”, „oznaka”, „słowo”, „wyraz” — gdy zaś chodzi o egzem­ plarz znaku, uwydatniamy to wyraźnie za po­ mocą zwrotu „egzemplarz znaku”; podobnie, gdy chodzi o użycie znaku, mówimy i piszemy wyraźnie „użycie znaku”. Rozróżnienie: egzemplarz znaku — znak — użycie znaku, stanowi pierwszy krok w kierun­ ku odpowiedzi na pytanie, jakiego rodzaju by­ tami są te różne, jak się okazuje, rzeczy, po­ tocznie i nieostrożnie obejmowane wspólną «•

*3

nazwą „znak”. Egzemplarze znaków, tak jak zostały tutaj scharakteryzowane, są przedmio­ tami fizycznymi, a znaki i użycia znaków — abstrakcyjnymi zbiorami. Przekonaliśmy się jednak na podstawie dokonanego przeglądu sta­ nowisk w sprawie ontologicznego charakteru znaków, że nie wszyscy się zgadzają, iż egzem­ plarz znaku to jednostkowa konkretna rzecz. Zwykle zaś zastanawiającym się nad owym ontologicznym charakterem znaków chodzi o to, jakiego rodzaju bytem — rzeczą konkretną, zdarzeniem czy zjawiskiem — jest właśnie egzemplarz znaku. Zadając sobie takie pytanie, mają często na myśli nie ten oto egzemplarz takiego a takiego znaku, np. czerwone światło, które zapaliło się punktualnie w południe pew­ nego określonego dnia na północno-wschodnim rogu Marszałkowskiej i Królewskiej w War­ szawie, lecz dowolny egzemplarz każdego zna­ ku. Idzie im więc o to, czy w ogóle, w każdym wypadku egzemplarz znaku jest to:

a — pewna rzecz, czy b — '.o, że w danym czasie dzieje się tak a tak, czy też c — jest nim pewna własność. W związku z tym jako nad jednym z przypad­ ków szczególnych zastanawiają się np., czy w danym wypadku egzemplarzem znaku jest ta oto paląca się wtedy czerwona lampa, czy to, że w tym właśnie czasie owa czerwona lampa się paliła, czy też sama czerwoność; albo czy — jak mówią — znakiem niedawnego pobytu w górach, a ściślej, egzemplarzem znaku, jest brązowa skóra Jana w tym a tym czasie, czy to, że jego skóra jest brązowa w tym właśnie czasie, czy sama opalenizna. Mówi się i tak, i tak, i tak. Na przykład. a -— „Jej błyszczące oczy i różowe policzki zdradzały podniecenie”, albo 84

b — „Drżenie rąk świadczyło o jego zdener­ wowaniu”, albo c — „Ceglastość wypieków kazała się domy­ ślać, że gorączka wróciła”. Zapamiętajmy, że we wszystkich tych przy­ kładach występują przenośnie. Zdarzenie, fakt, stan rzeczy, proces, zjawisko

A teraz słowo o różnicy między rzeczą, zda­ rzeniem i zjawiskiem. Wezuwiusz jest rzeczą, wybuch Wezuwiusza w tym a tym dniu — zda­ rzeniem, cecha czy własność wybuchania — zjawiskiem. Zdarzenia nazywa się też niekie­ dy faktami. Można zaobserwować tendencję do nazywania tzw. statycznych zdarzeń — stanami rzeczy, a dynamicznych, trwających przez pe­ wien czas i polegających na ciągłych zmianach pod pewnym względem — procesami. Mówi się więc np. jako o stanach rzeczy, a nie zda­ rzeniach — w tym wypadku o jednostkowych stanach rzeczy i jednostkowych zdarzeniach — o tym, że ten pomidor jest obecnie czerwony, czy o tym, że ten kwiat teraz pachnie. Jako przykłady procesów jednostkowych wymienia się zaś to, że ten a ten człowiek wtedy a wte­ dy się starzeje, czy to, że tu a tu i w ta­ kim a takim czasie jego środowisko ulega coraz dalej postępującemu zatruciu, a jako przykłady zdarzeń jednostkowych — to, że ten a ten otrzymał wczoraj taką a taką nagrodę, czy że w tym a tym miejscu zakwitły dzisiaj te a te krokusy. Zarówno jednak indywidualne zdarzenia oraz indywidualne stany rzeczy, jak indywidualne procesy polegają na tym samym, mianowicie na tym, że pewnej rzeczy lub oso­ bie w tym a tym czasie przysługuje taka a ta­ ka własność lub przysługują takie a takie wła­ sności. Dlatego zgódźmy się indywidualne, po­ szczególne fakty, zdarzenia, steny rzeczy i pro­ 85

cesy objąć tutaj wspólnym mianem zdarzeń jednostkowych. Od pojęcia zdarzenia jednostkowego odróżnimy pojęcie typu zdarzenia. Odróżnienie to jest równoległe do odróżnienia element — zbiór: typem zdarzenia Z jest zbiór wszystkich, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych zdarzeń jednostkowych Z. Jeśli zdarzeniem jednostko­ wym jest, że ten a ten otrzymał wczoraj taką a taką nagrodę, to typem tego zdarzenia będzie otrzymanie przez kogokolwiek w dowolnym czasie jakiejkolwiek nagrody, a więc zbiór, któ­ rego elementami będą takie zdarzenia jednost­ kowe, jak: to, że Xx otrzymał w dniu Dx na­ grodę Nx, i to, że X2 otrzymał w dniu D2 na­ grodę N2, itd. Można jednak skonstruować węż­ sze pojęcie typu zdarzenia, przyjmując np., że elementami budowanego zbioru będą jedy­ nie zdarzenia jednostkowe, z których każde polega na tym, że jakaś jedna i ta sama osoba Xx otrzymuje coraz to innego dnia D coraz to inną nagrodę N. Albo jeszcze węziej: gdy przyjmiemy, że nie ulegają zmianie zarówno osoba Xx, jak rodzaj i wysokość nagrody Nlt zmienia się zaś jedynie dzień D; wówczas ele­ mentami powstałego zbioru będą zdarzenia jednostkowe polegające na tym, że Xx otrzy­ muje nagrodę Nx coraz to innego dnia D. Powstaje zatem hierarchia zbiorów: pier­ wszy z wymienionych jest nadrzędny w stosun­ ku do pozostałych. On to właśnie jest najsze­ rzej rozumianym typem zdarzenia pewnego rodzaju. Takie szerokie pojęcie typu zdarzenia jest pokrewne pojęciu zjawiska. Za zjawiska bo­ wiem uważa się te cechy, czyli własności, któ­ rych przysługiwanie pewnym przedmiotom zwykło się nazywać zdarzeniami w propono­ wanym tu szerszym sensie. Nie wszystkie jed­ nak własności zasługują z tego punktu widze­ 86

nia na nazwę zjawisk. Na przykład, choć kwad­ ratom przysługuje cecha prostokątności, czujemy przecież opory przed powiedzeniem, że przysługiwanie tej cechy kwadratowi jest pew­ nym zdarzeniem. Jeśli zaś nawet mówimy, iż to fakt, że kwadraty są prostokątne, to uży­ wamy słowa „fakt” głównie dla podkreślenia, że jest to niezbita prawda. Natomiast jako przykłady zjawisk przytacza się np. zjawisko fluorescencji, zjawisko heliotropizmu, zjawisko ,,zmęczenia” materiału. Chodzi więc widocznie nie o tzw. cechy konstytutywne danego przed­ miotu ani o cechy stale przysługujące wszyst­ kim przedmiotom danego roęlzaju, lecz raczej — jak na to wskazuje sam wyraz „zjawisko” — na takie, które zwracają naszą uwagę swym pojawieniem się albo zniknięciem — przedtem ich nie było, teraz wystąpiły, albo przedtem były obecne, teraz znikły — a także na takie, które zwracają naszą uwagę tym, że przysłu­ gują danemu przedmiotowi lub przedmiotom Czy osobom wprawdzie stale, zarazem jednak w odróżnieniu od wielu innych przedmiotów czy osób, np. zjawisko zasychania w gardle. Po tym wyjaśnieniu różnic między rzeczą, zdarzeniem i zjawiskiem zastanówmy się nad pewnym wycinkiem tego zagadnienia, nad tym, jaka różnica zachodzi między rzeczą konkretną a zdarzeniem jednostkowym. Wydaje się, że sprawa ta ma w dużej mie­ rze charakter raczej słowny niż rzeczowy, me­ rytoryczny. To, co uchodzi za zdarzenie jedno­ stkowe, np. więc wybuch Wezuwiusza w tym a tym czasie, nie polega na przysługiwaniu zjawiska wybuchania czy wybuchnięcia pewnej rzeczy pozbawionej własności, będącej niby bezjakościowym podłożem, zdolnym do przy­ bierania własności, mianowicie Wezuwiuszowi. Tym, co istnieje w tym wypadku, jest przed­ miot konkretny, postrzegalny — i to jak jesz­ 87

cze — za pomocą zmysłów wzroku, słuchu, do­ tyku (temperatury) i zapachu: wybuchający Wezuwiusz. Nie istnieją zaś w tym podstawo­ wym sensie: ani Wezuwiusz pozbawiony cech, ani własność czy zjawisko wybuchania lub wybuchnięcia. Wybuch Wezuwiusza — to nie połączenie lub zderzenie z sobą tych dwóch by­ tów, Wezuwiusza i wybuchu w ogóle; wybuch Wezuwiusza to nic innego jak wybuchający Wezuwiusz. I jeśli używamy zwrotu „wybuch Wezuwiusza”, a nie „wybuchający Wezuwiusz”, to czynimy tak ze względów stylistycznych, a nie ontologicznych: chcemy tym pierwszym, zgrabniejszym zresztą zwrotem zwrócić uwagę na to, że Wezuwiusz przedtem nie był, a te­ raz jest chwilowo taki a taki, pod tym a tym względem. Egzemplarz znaku: rzecz, zdarzenie czy zjawisko?

Obecnie możemy powrócić do pytania, czy egzemplarz znaku to rzecz, zdarzenie czy też zjawisko, modyfikując to pytanie w taki oto sposób: po pierwsze, czy dany egzemplarz da­ nego znaku jest rzeczą, zdarzeniem jednostko­ wym, pewnym typem zdarzenia czy zjawi­ skiem; po drugie, czy dowolny egzemplarz każ­ dego znaku jest rzeczą, zdarzeniem jednostko­ wym, pewnym typem zdarzenia czy zjawiskiem. Przypomnijmy, że powiedzenia w rodzaju „znak oznacza (wyraża)” uznaliśmy za skróty metaforyczne, dające się sprowadzić do sfor­ mułowań w rodzaju „X w czasie t używa cze­ goś, by coś innego oznaczyć (wyrazić)” albo „X w czasie t coś spostrzega lub tylko wydaje mu się, iż spostrzega, bądź też on domyślnie coś sobie przypomina, by pośrednio poznać coś in­ nego”. Podobnie, gdy mówimy, że coś jest zna­ kiem czegoś innego, mamy w rzeczywistości na myśli, że w czasie t ktoś posługuje się czymś jako znakiem czegoś innego. To samo odnosi się 88

do egzemplarza znaku. Stąd pytanie, jakiego ro­ dzaju bytem jest dany egzemplarz danego zna­ ku albo dowolny egzemplarz każdego znaku, sprowadza się do pytania, jakiego rodzaju bytami posługujemy się jako egzemplarzami znaku. Jest to pytanie wymagające odpowiedzi sprawozdawczej, opartej na rozległych obser­ wacjach zachowań możliwie wielu użytkowni­ ków znaków oraz na własnych opiniach tych użytkowników. Na pytanie, czy to, czym posłużył się Jan do napisania tego a tego listu, było piórem, dłu­ gopisem czy ołówkiem, można odpowiedzieć wyłącznie na podstawie obserwacji: wystarczy przyjrzeć się piszącemu Janowi lub rękopisowi. Natomiast taka zewnętrzna obserwacja nie wy­ starcza do udzielenia odpowiedzi na pytanie, czy to, czym posłużył się Jan w tym a tym czasie jako znakiem tego a tego, była to pewna rzecz, zdarzenie jednostkowe, typ zdarzenia, czy też zjawisko. Oto np. obserwujemy Jana prowadzą­ cego samochód. Na skrzyżowaniu zapaliło się właśnie czerwone światło. Jan się zatrzymał, widocznie więc potraktował to jako znak na­ kazu zatrzymania się. Czym jest owo to: palą­ cą się tą a tą czerwoną lampą w takiej a ta­ kiej sytuacji, czy tym, że się ta lampa tutaj i teraz pali, czy czerwonością, czy może przywi­ dzeniem Jana? Trzeba zapytać Jana; może bę­ dzie umiał powiedzieć. W opisanym wypadku, jeśli wykluczyć, że Jan zatrzymał się na skutek własnego przywi­ dzenia, pozostają otwarte właściwie dwie, a nie trzy możliwości: a — że Jan jako znakiem posłużył się taką a taką rzeczą, mianowicie świecącą się czerwo­ ną lampą, w tych a tych okolicznościach, lub b — że posłużył się zjawiskiem czerwono­ ści. Jak bowiem wspomnieliśmy, za nieistotną 89

można uznać różnicę między wystąpieniem w danym czasie konkretnej takiej a takiej rzeczy a wystąpieniem w tymże czasie zdarzenia jed­ nostkowego, polegającego na tym, że ta rzecz jest taka a taka. Zapamiętajmy więc, iż jako tym a tym egzemplarzem danego znaku moż­ na się posłużyć albo pewną konkretną rzeczą, albo — ze znakiem zapytania — pewnym zja­ wiskiem. A czy można jako egzemplarz określonego znaku użyć pewnego typu zdarzenia? Chyba tak. Gdy np. ktoś powiada, że będzie wojna, bo rodzą się sami chłopcy, to właśnie pewien typ zdarzenia traktuje jako znak grożącej wojny. Tym typem zdarzenia jest wówczas pewien zbiór zdarzeń jednostkowych, w tym wypadku narodzin tego, owego i tamtego chłopca, ale nie wszystkich teraźniejszych, przeszłych i przyszłych takich narodzin. Tak samo, jeśli dziewczyna myśli: „To, że się waham, czy za niego wyjść, jest chyba znakiem, że tak na­ prawdę go nie kocham”, wówczas to, co służy jej za egzemplarz znaku, jest pewnym typem zdarzenia, czyli pewnym zbiorem — nie wszy­ stkich — zdarzeń jednostkowych polegających na tym, że w jednym momencie bliska jest de­ cyzji pozytywnej, w innym negatywnej i że ten stan duszy wielokrotnie powraca. Również z typem zdarzenia w roli egzemplarza znaku mamy do czynienia w wypadku, kiedy nie bę­ dąc pewni własnego stosunku do jakiejś osoby powiadamy sobie tak: to, że mu tak łatwo prze­ baczam, zdaje się świadczyć o tym, że mam do niego słabość. Pozostaje do rozważenia kwestia, czy jako egzemplarzami pewnego znaku posługujemy się również zjawiskami, a więc tymi cechami, których przysługiwanie przedmiotom skłonni jesteśmy nazywać zdarzeniami. Czy zatem pewna cecha może zostać użyta jako egzem­ 90

plarz znaku? Chyba tak: jako egzemplarz znaku jakiejś innej cechy. Postępujemy bodajże w ten sposób, gdy znana jest nam skądinąd np. kore­ lacja dwóch cech zmiennych: jakości i ceny, przybywania lat i wzrostu rozwagi, wzrostu temperatury i rozszerzalności materiałów. Wydaje się, że niekiedy egzemplarzem znaku czy­ nimy nie konkretny przedmiot ani jednostkowe zdarzenie, ani nawet pewną podklasę zdarzeń, a więc zbiór złożony nie ze wszystkich zdarzeń, jednostkowych danego rodzaju, lecz właśnie abstrakcyjną cechę lub cechy, czyli — jeśli użyć ekstensjonalnego pojęcia zbioru — zbiór wszystkich elementów danego rodzaju. Posługu­ jemy się więc jako egzemplarzem znaku taką cechą, jak miara kąta wewnętrznego, utworzo­ nego przez jedną z prostych równoległych i sieczną; stanowi ona mianowicie egzemplarz znaku miary kąta wewnętrznego tzw. naprzemianległego, to jest utworzonego przez tę siecz­ ną i drugą równoległą. Nie bierzemy przy tym pod uwagę siecznej przecinającej równoległe pod jakimś określonym kątem, lecz dowolną sieczną i dowolny kąt. Ponieważ proste równo­ ległe, sieczne i kąty są utworami idealnymi, do­ stępnymi jedynie pojęciowemu poznaniu, nie mamy zatem do czynienia w tym wypadku ani z rzeczami, ani ze zdarzeniami jednostkowymi, lecz z tak ogólnymi typami zdarzeń, że zasłu­ gują na miano zjawisk bądź cech. Podobnie, gdy egzemplarzem znaku staje się dla nas dowolna miara kąta odbicia promienia, mianowicie znaku wielkości kąta padania, egzemplarzem tym jest zjawisko. Za zjawisko także uznać można cechę wzrostu stopy życiowej — nie w danym kraju i w danym czasie, lecz w całej ogólności; otóż zjawisko to może się stać egzemplarzem znaku innego zjawiska, mianowicie obniżania się przy­ rostu naturalnego. Przykładów tego rodzaju egzemplarzy znaku będących zjawiskiami bądź »1

ogólniej — cechami, jest wiele. Wymieńmy parę w formie skrótowej, na pierwszym miej­ scu wypisując nazwę zjawiska będącego egzem­ plarzem znaku, na drugim zaś nazwę tego, cze­ go jest ono egzemplarzem znaku: ciepłokrwistość — bycie ssakiem lub ptakiem; miara cza­ su ruchu — miara długości przebytej drogi; miara wzrostu szybkości — miara wzrostu ener­ gii kinetycznej itd. Możemy więc teraz odpowiedzieć na pierwsze z postawionych pytań, mianowicie, czy jako danym egzemplarzem danego znaku posługu­ jemy się: rzeczą, zdarzeniem jednostkowym, pewnym typem zdarzenia czy zjawiskiem. Okazuje się, że w jednych wypadkach tym, a w innych tamtym: to rzeczami, to cechami, raz zdarzeniami jednostkowymi, kiedy indziej typami zdarzeń lub zjawiskami. Spostrzeżenie to wyznacza odpowiedź także i na drugie pytanie: czy dowolny egzemplarz każdego znaku jest rzeczą, zdarzeniem jedno­ stkowym, pewnym typem zdarzenia, zjawi­ skiem czy też cechą. W pytaniu tym żąda się, abyśmy powiedzieli, czym się posługujemy w każdym wypadku użycia wszystko jedno ja­ kiego znaku jako jego egzemplarzem. Odpo­ wiedzieć wprost na to pytanie, jak wiemy, nie można; nie można przecież powiedzieć: zawsze, ilekroć posługuję się czymś jako egzemplarzem wszystko jedno jakiego znaku, to coś jest rze­ czą; albo zawsze, ilekroć posługuję się czymś jako egzemplarzem wszystko jedno jakiego znaku, to coś jest zdarzeniem; albo zjawiskiem, albo cechą. Trzeba więc odpowiedzieć, że nie zachodzi tu wcale taka sytuacja, iż ilekroć po­ sługuję się czymś jako egzemplarzem jakiego­ kolwiek znaku, to coś jest bytem tego a nif innego pod względem ontologicznym rodzaje ma taki a taki charakter ontologiczny i nic, c pod względem ontologicznym jest różne, n 92

może posłużyć za egzemplarz znaku. Tak nie jest. Podobnie, gdyby nas zapytano, czy zaw­ sze ilekroć coś jemy, to coś należy do katego­ rii zakąsek, zup, mięs czy deserów, powiedzieli­ byśmy: zmieńcie pytanie, raz jemy to, a raz tamto. Wydaje się, że ci, którzy — mając na myśli dowolny egzemplarz każdego znaku — twier­ dzą, że wszelkie znaki są przedmiotami kon­ kretnymi albo że wszelkie znaki są zdarzeniami czy zjawiskami, albo że wszelkie znaki są czymś psychicznym, albo że wszelkie znaki są bytami abstrakcyjnymi, np. sądami, czynią tak dlatego, że skupiają uwagę na znakach pewne­ go tylko rodzaju, a w obrębie tego rodzaju na pewnego tylko rodzaju egzemplarzach znaku. Dzieje się tak po części może z tego powodu, iż nie rozszyfrowują przenośni zawartej w po­ wiedzeniu, że coś jest znakiem czegoś. Wydaje się, że zmierzając do zbudowania definicji pojęcia znaku, lepiej z góry nie ogra­ niczać jego zakresu, m.in. więc nie przesądzać, iż egzemplarz znaku ma wyłącznie taką a taką naturę ontologiczną. Przeczyłoby to zresztą znanej praktyce posługiwania się znakami: ja­ ko ich egzemplarze stosujemy przecież i rze­ czy konkretne, i byty abstrakcyjne. Dlatego opowiadamy się za. pozostawieniem otwartymi obu tych możliwości. Zgódźmy się zatem, że zarówno rzeczy konkretne, jak byty niekon­ kretne bywają używane jako egzemplarze zna­ ków. Co się zaś tyczy znaków — a nie egzem­ plarzy znaków — oraz użyć znaków, wiemy już, że jedne i drugie są zbiorami abstrakcyj­ nymi: znak Z zbiorem wszystkich egzempla­ rzy znaku Z, a użycie znaku Z — podzbiorem złożonym z niektórych egzemplarzy znaku Z. Jeśli więc bierze się pod uwagę i znaki, i użyaa znaków, i egzemplarze znaków, to można dowiedzieć, że w tej roli występują byty wszel­ ?3

kiego — z punktu widzenia ontologii — rodza­ ju. Może m.in. to właśnie miał na myśli Charles Sanders Peirce, gdy napisał, że „cały wszechświat — nie tylko to, co istnieje, ale ów rozleglejszy wszechświat, którego częścią jest uniwersum złożone z bytów istniejących [...] — otóż cały ten wszechświat jest zalany znakami, jeśli w ogóle nie składa się z samych znaków” (Sebeok 1977:V i IX).

Znaki naturalne czy konwencjonalne Poglądy starożytne: Demokryt, Platon i Arysto­ teles, Herophilos, Erasistratos Asklepiades i Galen

Od starożytności uwagę filozofów, a następ­ nie również retorów i gramatyków, wreszcie językoznawców przykuwało pytanie, czy znaki, w szczególności zaś wyrazy mowy, są czymś naturalnym czy też czymś konwencjonalnym. Na przykład Demokryt na przełomie V i IV w. p.n.e. wskazywał na konwencjonalny charakter związku między nazwą a tym co przez nią nazywane. Powoływał się na to, że zmieniają się nazwy danego przedmiotu, choć on sam nie ulega zmianie, oraz na to, że w języku występują synonimy, a skoro tak jest, to nie ma przyrodzonej więzi między rzeczą a jej nazwą. Ta sama nazwa może się odnosić do różnych rzeczy, a z kolei to samo znaczenie oddajemy za pomocą różnych wyrazów. Podobne refleksje na temat konwencjonal­ nego charakteru języka i arbitralności w nada­ waniu nazw przedmiotom występują u Platona (427—347 p.n.e.) w jego dialogu Kratylos. Na­ zwy przy tym odróżniał od pojęć i twierdził, że pojęcie stanowi nazwę idealną formy przed­ miotów, do których się odnosi dana nazwa, już nie idealna, lecz zwykła, należąca w jed­ nym swym brzmieniu do tego języka, a w in­ nym — do tamtego. Otóż o pojęciu, czyli o na94

zwie idealnej, mówił, że — zarówno w mniema­ niu Greków, jak barbarzyńców, jest ona po­ prawna, gdyż pozostaje z natury związana ze wskazywaną formą rzeczy, a nie nadana zwy­ kłym rzeczom na skutek umowy. Obok więc konwencjonalizmu przedstawił Platon przeciw­ ne stanowisko, naturalistyczne (Platon, 1902). Arystoteles (384—322 p.n.e.) w De interpre­ tatione zawarł doniosłe rozróżnienie: słowa mówione są, po pierwsze, znakami naturalnymi przeżyć mówiącego, po drugie zaś, znakami umownymi, czyli symbolami tych przeżyć (Arystoteles, 1975). Ci, którzy z zawodu zajmowali się objawami, symptomami, byli raczej skłonni przyznać, że znaki mają charakter naturalny. W trzecim wieku p.n.e. należeli do nich m.in. anatom i fi­ lozof Herophilos z Chalkedonu oraz fizjolog i filozof Erasistratos z Keos, a także młodszy od nich epikurejczyk, jak tamci lekarz zarazem i filozof Asklepiades z Bitynii (120—56 p.n.e.). W przeszło dwa stulecia później podobne sta­ nowisko zajmował słynny lekarz i filozof, Galen z Pergamonu (129—199), który w traktacie swym Institutio logica uczył, że semejotyka, czyli wiedza o symptomach, jedna z sześciu ga­ łęzi medycyny, dzieli się na rozpoznawanie przeszyłch objawów, badanie teraźniejszych oraz przewidywanie przyszłych. Poglądy średniowieczne; Boethius, Awicenna, Ockham

Także w średniowieczu zajmowano się prze­ ciwstawieniem znaków naturalnych — konwen­ cjonalnym. Na przykład Anicjusz Boethius (480—524) — za Arystotelesem — różnego rodzaju myśli, czyli, jak pisał, modyfikacje umysłu bądź pojęcia traktował jako kopie i znaki naturalne rzeczy zewnętrznych, zwią­ zane z nimi więzią przyrodzoną, podczas gdy 95

związek konwencjonalny zachodzić miał — je­ go zdaniem — między znakiem a pojęciem. Inny lekarz i filozof, tym razem arabski, Awicenna, a ściślej Abu Ali Ibn Sina (979— 1039), twierdził, że wszelkie formy w duszy ludzkiej, zarówno te abstrakcyjne, którymi zajmuje się logika, będąca w jego mniemaniu scientia sermocinalis, czyli nauką o mowie, jak nieabstrakcyjne, są znakami naturalnymi. Ty­ mi zaś formami w duszy ludzkiej były dlań znaczenia i pojęcia, im więc właśnie przypisy­ wał charakter naturalny (Awicenna, 1974). Pogłosy Arystotelesa i Awicenny odezwały się w Summa totius logicae (1325), traktacie o całej logice, Williama Ockhama (1285/1295— 1349). Jako nominalista, sądził on, że istnieją tylko jednostkowe konkretne rzeczy, natomiast ogólne bywają wyrażenia; jako konceptualista zaś przyjmował też, że ogólne są pojęcia, a tym przypisywał charakter subiektywny, gdyż, jego zdaniem, występują w umysłach. Owe właśnie pojęcia ogólne uważał za naturalne powszechniki, a wyrażenia ogólne — za powszechniki utworzone przez człowieka. I pojęcia ogólne, i wyrazy uznał za znaki. Te pierwsze, mówił, tkwiące w umyśle, są naszymi intencjami i za­ razem znakami naturalnymi rzeczy. Dana in­ tencja dlatego stanowiła dlań znak naturalny wielu rzeczy tego a tego rodzaju, że jest do nich podobna nie mniej niż one do siebie (Ockham, 1971). Mowa myślowa a mowa słowna

Od czasów starożytnych powracał pogląd, że mową właściwą jest mowa myślowa, słowna zaś stanowi zaledwie odbici^ tamtej. Uważano nierzadko, iż w owej lingua mentalis, nazy­ wanej niekiedy sermo mentalis, czyli w mo­ wie myślowej, tak samo jak w zwykłej, wystę­ pują rzeczowniki, czasowniki, zdania, podmio96

ty — słowem, części mowy i części zdania. W średniowieczu zwolennikami tego stanowi­ ska byli m.in. tzw. sermoniści. Bliskie im opi­ nie wyrażał Piotr z Ailly (1350—1420/1425), kanclerz Uniwersytetu Paryskiego, w swym dziele Conceptus — pomysł. Twierdził miano­ wicie, że terminami mowy myślowej są pojęcia, w których, tak jak jego poprzednicy, widział znaki naturalne przedmiotów zewnętrznych. Z kolei wyobrażenie czy przedstawienie sobie słowa mówionego bądź pisanego uznawał za kopię tego słowa, a zatem także za jego znak naturalny. Zarazem te wyobrażenia lub przed­ stawienia słów były — w jego mniemaniu — znakami konwencjonalnymi tych przedmiotów zewnętrznych, do których słowa te się odnoszą. Wreszcie same słowa mówione lub pisane, a nie ich wyobrażenia, również uważał za znaki konwencjonalne owych przedmiotów. Pogląd Hobbcsa

W późnym odrodzeniu znowu pojawia się odróżnienie znaków naturalnych od konwen­ cjonalnych. Na przykład Thomas Hobbes (1588—1679), który na tematy semiotyczne wypowiadał się w pismach Humań Naturę (1650) —Natura ludzka, w dziele Lewiathan (1651) i w łacińskim De Corpore (1655), o cie­ le, stał na stanowisku materialistycznym i mechanistycznym: uważał, że procesy psychiczne są ruchami, także proces poznania. W mowie widział połączenie słów, a ściślej nazw, z któ­ rych każda jest znakiem naturalnym ruchów naszego umysłu. Dopiero wówczas, gdy słowa . zostaną ułożone w mowę, według reguł skład­ ni, stają się one — twierdził — znakami my­ śli, a pośrednio i rzeczy (Hobbes, 1954).

7 Wstęp do semiotyki

97

Kartezjanizni: Logika Port Royal, de Cordemoy

Z ducha kartezjanizmu wyrosła słynna książ­ ka La logique ou l’art de penser (1662) — lo­ gika, czyli sztuka myślenia, napisana przez Antoine’a Arnaulda (1612—1694), którego nazy­ wano le grand Arnauld, wielkim Arnauldem, oraz Pierre’a Nicole’a (1625/1628—1695). Książka ta znana jest jako Logika Port Royal, powstała bowiem w Port Royal des Champs pod Paryżem, w klasztorze cystersek, ośrodku jansenizmu. Znaki klasyfikowała trojako: po pierwsze, na naturalne, jak obraz pojawiający się w zwierciadle, i znaki z ustanowienia, jak słowa, to jest znaki myśli, i napisy, to jest znaki słów; po drugie, odróżniała symptomy pewne, np. oddech, świadczący o tym, że zwie­ rzę żyje, i prawdopodobne, np. bladość kobie­ ty jako symptom ciąży; tym ostatnim nada­ wała greckie miano semeia; po trzecie, wymie­ niała znaki związane z rzeczami w odróżnie­ niu od znaków oddzielonych od rzeczy: pier­ wszymi miały być objawy choroby, drugimi — według własnego sformułowania autorów — „ofiary starego prawa, będące znakami ofiary Chrystusa”. (Arnauld, Nicole, 1958). Inny przedstawiciel nurtu kartezjańskiego, Géraud de Cordemoy, w traktacie Discours physique de la parole — rozprawa fizykalna o mowie, podjął problem postawiony przez Kartezjusza: odrębności duszy i ciała. Starał się w związku z tym wykazać, że jeśli jest tak, jak głosi jego wielki poprzednik, to słowo mu­ si się składać z ciała, mianowicie z dźwięku, i z duszy, mianowicie znaczenia. Ale —•' na sku­ tek odrębności ciała i duszy — tych dwóch elementów nic nie łączy. Jakże więc — zasta­ nawiał się — możliwa jest mowa. Mówienie zaś uważał za dawanie znaków własnych my­ śli. I znalazł następujące rozwiązanie. Między 98

znakami-ciałami a znaczeniami-duszami nie zachodzi wprawdzie żaden związek naturalny, ale znaki te zostały powiązane z myślami dzię­ ki postanowieniu. Nawiasem mówiąc, widział w tym wskazówkę, jak rozwiązać dylemat ogólniejszy: stosunku ciała do duszy. Są one ze sobą związane nie z natury, lecz na podsta­ wie postanowienia, tyle że nie ludzkiego, jak znaki ze znaczeniami, lecz boskiego: o jedności ciała i duszy decyduje Pan Bóg. Poglądy Locke’a, Leibniza i Condillaca

Dojrzała i rozwinięta teoria semiotyczna za­ warta jest w dziele filozofa i lekarza angiel­ skiego Johna Locke’a (1632—1704) Essay Concerning Humań Understanding (1690), w pol­ skim przekładzie — Rozważania dotyczące ro­ zumu ludzkiego. Uważał on, że słowa są zna­ kami idei, ale idei wyłącznie w umyśle mówią­ cego; człowiek bowiem nie może uczynić słów ani znakami własności rzeczy, ani znakami po­ jęć w umyśle innych ludzi, jeśli nie ma sam, w swym własnym umyśle, idei tych własności czy pojęć. Przez ustawiczne powtarzanie — wyjaśniał Locke — powstaje tak ścisły zwią­ zek między określonymi dźwiękami a odpo­ wiadającymi im ideami, że nazwy, to jest owe dźwięki, skoro tylko się je usłyszy, prawie tak samo szybko wywołują w nas pewne idee, jak gdyby faktycznie nasze umysły zostały pobu­ dzone przez same te rzeczy, które normalnie zdolne są wywołać owe idee. To dlatego wła­ śnie ludzie często przyjmują, że między słowa­ mi a ideami zachodzi jakiś związek naturalny, gdy tymczasem wcale tak nie jest, czego do­ wodem, iż dane słowo u kogoś innego wywołu­ je wcale nie tę ideę, której jest znakiem w na­ szym rozumieniu (Locke, 1955). Krytykę poglądów Locke’a podjął współ­ czesny mu Gottfried Wilhelm Leibniz (1646— 7*

99

1716), pochodzący być może z rodziny pol­ skich arian Lvbienieckich. Wśród wielu jego prac zawierających rozważania na tematy semiotyczne jest dzieło zatytułowane Nouveaux essais sur l’entendement humain (1704). Nowe rozważania dotyczące rozumu ludzkiego. Nie tylko tytułem nawiązuje ono do traktatu Locke’a: składa się z tyluż i tak samo zatytułowa­ nych ksiąg i rozdziałów. Zostało ukończone w roku śmierci Locke’a. Leibniz, dowiedzia­ wszy się o niej, odmówił zgody na opublikowa­ nie swego rękopisu, tym gestem dając wzór lojalności w polemice naukowej. Nowe rozwa­ żania ukazały się w druku dopiero sześćdziesiąt jeden lat później, pół wieku po śmierci autora. Idee i prawdy, czyli twierdzenia, przedsta­ wiono w nich jako wyrażenia mowy myślo­ wej, pozostające w naturalnym, a nie ustano­ wionym związku z rzeczywistością. Wśród idei jako rzeczywiste określono te, które mają pod­ stawę w naturze. Nie od nas — twierdził Lei­ bniz — zależy łączenie różnych idei według własnych upodobań; musi ono mieć podstawę w doświadczeniu albo w rozumowaniu. Zazwy­ czaj sama natura rzeczy wyznacza granice ga­ tunków, mimo że zdarzają się pojęcia, w któ­ rych jest coś arbitralnego, np. gdy określiliśmy stopę jako miarę długości, w czym tkwiła na­ sza arbitralna decyzja, lub gdy uznajemy ko­ goś za łysego, w czym tkwi ocena. Wzór, we­ dług którego tworzymy w umyśle ideę konia, i wzór idei sprawiedliwości były dla Leibniza jednakowo realne. Podobieństwo między przed­ miotami tkwi w ich naturze; słowa zaś są zna­ kami tych wewnętrznych naturalnych podo­ bieństw, ale są znakami arbitralnymi, o tyle że od nas zależy, czy to co możliwe i realne nazwiemy osobnym słowem. Ludzie — przy­ pominał Leibniz — nie wyznaczają gatunków rzeczy, lecz tylko ich nazwy. 100

W odróżnieniu od nazw, jako do pewnego stopnia dowolnych, prawdy były dlań natural­ ne, tak samo jak idee. Prawdy zaś dzielił na konieczne i prawdy o faktach. Pierwsze były to czyste idee albo, jak je nazywał, zasady wrodzone, dające się wydobyć z własnego umy­ słu, np. zdanie „wszystkie kąty proste są so­ bie równe”. Drugie natomiast były twierdze­ niami, które się wykrywa za pomocą obser­ wacji zmysłowej i uzasadnia doświadczalnie, np. żdanie „istnieją w naturze ciała ukazującefaktycznie kąt prosty”. Naturalność pierwszych miała — zdaniem Leibniza — inne źródło, mia­ nowicie nasz umysł, niż riaturalność drugich, która brała się z tego, jaka jest otaczająca nas rzeczywistość. Nie tylko „prawda” rozumiana jako „twierdzenie”, ale i „prawda” rozumiana jako „prawdziwość” ma — według Leibniza charakter naturalny. Upatrywał ją bowiem w niezależnym od języków, od słów i od naszej arbitralnej decyzji stosunku zachodzącym mię­ dzy przedmiotami idei, sprawiającym, że albo jedna z nich zawiera się w drugiej, albo że są rozłączne, czy też się krzyżują. Uważał więc, że zachodzi naturalna odpowiedniość między zdaniem prawdziwym w naszym umyśle a sta­ nem rzeczy, którego ono dotyczy. Zabierając głos w sprawie arbitralności wy­ rażeń mowy Leibniz zauważał, że może istnie­ ją jakieś języki sztuczne, całkowicie z wyboru i dowolnie ustanowione; te jednak, które zosta­ ły ukute na podstawie języków etnicznych, np. tajemna mowa złodziei, zawierają w' sobie elementy ustanowienia na równi z naturalny­ mi. W językach etnicznych bowiem, jak twier­ dził, można dostrzec czynniki naturalne. Przy­ znawał wprawdzie, że znaczenia słów nie są zdeterminowane przez żadną naturalną ko­ nieczność, ale zarazem wskazywał, iż istnieją przecież jakieś racje naturalne, skłaniające do 101

takiego a nie innego ustalania znaczeń. Powo­ ływał się tu na takie zjawiska, jak: wpływ jednego języka na drugi, zmiana, a w szczegól­ ności rozszerzenie znaczenia wyrazu za pomo­ cą przenośni, występowanie tego samego pnia w pokrewnych wyrazach należących do tej sa­ mej rodziny językowej, budowa słowotwórcza wyrazu czy zmiany danego języka. Zwracał uwagę na to, że w językach etnicznych, mimo iż znaczenia są związane z tymi a nie innymi dźwiękami na skutek arbitralnego — „w pew­ nym sensie”, jak się wyraził — ustanowienia, to przecież może nie poszczególne słowa, ale ich układ, powiązanie i odmiana, a także odpowiedniość między znakami a rzeczami, świadczą o zachodzeniu pewnego, również- na­ turalnego związku między językiem a rzeczy­ wistością. To prawda, mówił, że same litery ani nawet słowa nie są podobne do rzeczy bę­ dących ich odpowiednikami. Układ znaków jednakże jest podobny do układu oznaczanych przez nie rzeczy. I choć ten porządek jest róż­ ny w różnych językach, to przecież jakoś one sobie odpowiadają. Obok tych znaków, które — jak litery i słowa — mają znaczenie jedy­ nie ex instituto, z ustanowienia, dostrzegał też takie, które „znaczą same przez się”, np. rysu­ nek. Co do tych pierwszych zaś, starał się od­ powiedzieć na pytanie, czy i w nich są jakieś elementy naturalne. Zastanawiał się m.in. nad tym, czy słuszna jest opinia, że pewne dźwięki w sposób naturalny łączą się z pewnego typu znaczeniami, np. w wielu wyrazach różnych języków „r” — z ideą gwałtownego ruchu, „1” zaś — z ideą łagodności; przytaczał wyjątki, np. „1” w słowach „lew”, leo”, „lion”. Docho­ dził w tych sprawach do następującego wnios­ ku: w językach jest tak jak w rachunkach. Znaki obieramy dowolnie; ale niezależnie od tego, jakie symbole wybierzemy, wynik racho­ 102

wania będzie ten sam, bo przy tych czy przy innych symbolach relacje między nimi — a te nie zależą od naszej arbitralnej decyzji — pozostają odpowiednikami stosunków wiążących rzeczy. Odpowiedniość ta rozciąga się także na stosunki między różnymi znakami od­ noszącymi się do tych samych rzeczy, umożli­ wiając przekład z jednego języka na drugi (Leibniz, 1955). Podczas gdy Leibniz tylko słowa uważał za arbitralne, pojęciom zaś przyznawał natural­ ność, Etienne Bonnot de Condillac (1715—1780) tym ostatnim także odmówił naturalności: nie tylko wyrazy, ale i pojęcia — twierdził — są znakami umownymi. Mowa i myśl mają wspól­ ną naturę, toteż myśl nie może się posługiwać znakami naturalnymi, skoro mowa składa się ze znaków ustanowionych (Condillac, 1952). C.S. Pcircc’a trójpodziały znaków i ich funkcji

Przeciwstawienie znaków naturalnych kon­ wencjonalnym, tylokrotnie powracające w dzie­ jach myśli od czasów starożytnych przez śred­ niowiecze do nowożytnych, przeniosło się w głąb wieku dziewiętnastego i pojawiło na jego przełomie z obecnym stuleciem. Charles Sanders Peirce (1839—1914) w swej rozgałęzionej trójkowej klasyfikacji znaków uwzględnił dzie­ sięć trychotomii, spośród których najbardziej znana jest ta, która została oparta na zasadzie odróżnienia tego co naturalne, od tego co kon­ wencjonalne. Oto w obrębie tej klasyfikacji podzielił on znaki na ikoniczne, wskaźniki i symbole. Zwracał przy tym za każdym ra­ zem uwagę, dzięki czemu tzw. dynamoid, czyli przedmiot dynamiczny danego znaku, deter­ minuje ów znak. Przedmiotem dynamicznym znaku było dla Peirce’a to, co się znajduje na zewnątrz owego znaku. W wypadku znaków ikonicznych, czyli znaków-obrazów, np. port­ 103

retu, pejzażu, krzywej przedstawiającej dy­ strybucję błędów czy — jest to własny przy­ kład Peirce’a — wzruszenia wywołanego przez utwór muzyczny, tym, dzięki czemu przedmiot dynamiczny determinuje swój znak, jest — mówił Peirce — natura samego znaku. W wy­ padku wskaźników, czyli indeksów, w grę wchodzi związek naturalny między przed­ miotem dynamicznym, np. ciśnieniem pary w kotle, a odpowiadającym mu wskaźnikiem, w tym wypadku odchyleniem strzałki mano­ metru, albo związek naturalny między scho­ rzeniem jakiegoś organu a występującymi ob­ jawami. Natomiast symbole wiąże z ich przed­ miotami dynamicznymi konwencja lub oby­ czaj, jak np. gdy opuszczenie flagi do połowy masztu symbolizuje żałobę (Peirce, 1931—5, 1958 i 1965—1966). De Saussure’a koncepcja arbitralności wyrażeń języka etnicznego

Mniej więcej w tym samym czasie na te­ mat naturalnego i konwencjonalnego bądź — jak mówił — koniecznego i fakultatywnego czy arbitralnego, charakteru znaków głos za­ brał inny wybitny uczony, Ferdinand de Saus­ sure 1857—1913), m.in. w Cours de linguisti­ que générale (1916), Kursie językoznawstwa ogólnego. Wśród różnych systemów znaków, takich jak: alfabet głuchych, sygnały wojsko­ we, rytuały symboliczne czy formy towarzy­ skie, za najważniejszy, najbardziej rozwinięty i złożony uważał język, ponieważ jego wyra­ żenia są w pełni arbitralne, nie zachodzi bo­ wiem — jak pisał — związek naturalny, w szczególności zaś konieczny, między brzmieniem wyrazu a jego treścią ani między utrwaleniem graficznym a brzmieniem czy między napisem a treścią; właśnie zaś takie znaki lepiej niż inne urzeczywistniają ideał procesu znakowego. 104

Uważał też, że zadaniem językoznawców ogól­ nych jest wyjaśnienie, co czyni z języka et­ nicznego odrębny system wśród faktów semiotycznych, oraz wskazanie tych spośród praw semiotyki, które dadzą się zastosować w ling­ wistyce. Otóż wypełnieniu tego zadania miało — zdaniem de Saussure’a — służyć porówna­ nie różnych systemów znaków, zmierzające do odróżnienia w nich elementów koniecznych od fakultatywnych (Saussure, 1967). Poglądy Crocego i Cassirera

Na początku obecnego stulecia zagadnienie naturalności i konwencjonalności znaków po­ wróciło też w obrębie rozważań estetycznych. Benedetto Croce (1866—1952) w dziele Filosofia del Spirito, zwłaszcza w jego części pier­ wszej Estetica (1902), która stała się biblią ekspresjonizmu, i w części drugiej Logica (1909) wypowiedział pogląd zarazem intuicjonistyczny i ekspresjonistyczny, że wszystko, co służy wyrażaniu się, jest językiem; także pięk­ no- i sztuka. Stąd estetyka, która — w jego ujęciu — zajmuje się znakami, będącymi two­ rami intuicji, stanowi część językoznawstwa. Wśród pojęć wymieniał dwie kategorie: nauko­ we, które nazywał pseudopojęciami, miały być konwencjonalne i wywodzić się z intelektu, a filozoficzne miały być naturalne i brać swój po­ czątek w intuicji, dzięki czemu są bardziej od tamtych konkretne. Za naturalnym charakterem języka opowia­ dał się Ernst Cassirer (1874—1945) w dziełach Philosophie der symbolischen Formen (1923— 1929) oraz An Essay on Man (1944). Twierdził, że człowiek jest animal symbolicum, stworze­ niem symbolicznym; dzięki formom symbolicz­ nym, to jest zdolności symbolizowania i wyra­ żania swych przeżyć, buduje język i mit, religię i sztukę, moralność i naukę. Pojęcie zna­ 105

czenia — głosił — należy wyjaśnić wskazując na związek, a nawet częściową przynajmniej identyczność słowa i rzeczy, symbolu i przed­ miotu. Musi to być — tak utrzymywał — zwią­ zek także naturalny, a nie jedynie konwencjo­ nalny, gdyż bycie, czyli substancja, to najbar­ dziej uniwersalna kategoria, czyli pojęcie, jednocząca prawdę i rzeczywistość (Cassirer, 1944). Pogląd Wittgcnsteina

Pewne myśli Leibniza na temat naturalnych elementów w języku odżyły w rozważaniach Ludwiga Wittgensteina (1889—1951) zawartych w jego niewielkiej rozmiarami, ale doniosłej książce Logisch Philosophische Abhandlung (1921), znanej pod tytułem Tractatus Logico-Philosophicus (1922). Nawiązał w niej do atomizmu logicznego Russella i twierdził, że świat składa się z faktów złożonych, a każdy z nich — z faktów elementarnych, czyli atomowych, te zaś są rozmaitymi konfiguracjami prostych, niezmiennych przedmiotów, połączonych ze so­ bą jak ogniwa łańcucha. Sposób tego połącze­ nia to struktura faktu atomowego, struktura zaś faktu nieatomowego składa się ze struktur faktów atomowych. Człowiek — zdaniem Witt­ gensteina — sporządza sobie obrazy faktów. W każdym takim obrazie jego elementy odpo­ wiadają przedmiotom zawartym w fakcie, a sposób połączenia tych elementów, czyli struk­ tura obrazu, reprezentuje konfigurację owych przedmiotów. Obraz może reprezentować wszelką rzeczywistość, której forma reprezen­ towania mu przysługuje, mianowicie: prze­ strzenny — rzeczywistość przestrzenną, a kolo­ rowy — kolorową. W zdaniu dochodzi do wyrażenia myśli w sposób dostępny postrzeżeniu zmysłowemu: przedmiotom myśli — utrzymywał Wittgenstein 106

— odpowiadają elementy zdania, jego skład­ niki; są nimi nazwy. Im właśnie odpowiadają przedmioty jako znaczenia tych nazw. Kon­ figuracji prostych składników w zdaniu odpo­ wiada układ przedmiotów w obrębie stanu rzeczy, a zatem zdanie — mówił Wittgenstein — jest obrazem rzeczywistości. W zdaniu każde ze słów połączone jest z inną rzeczą, a przy tym słowa są też powiązane z sobą; i tyle musi być słów w zdaniu, ile przedmiotów w obrazowa­ nym przez nie stanie rzeczy, a układ słów taki sam jak konfiguracja przedmiotów. I dodawał: płyta gramofonowa, myśl muzyczna, zapis nu­ towy, fale głosowe — mają wspólną strukturę logiczną, a jedno do drugiego pozostaje w takim stosunku jak język do świata (Wittgenstein, 1970). Podstawy odróżnienia znaków naturalnych od kon­ wencjonalnych

Nawet tak wyrywkowy i pobieżny przegląd stanowisk jak powyższy pozwala się zoriento­ wać, że przeciwstawiając znaki naturalne kon­ wencjonalnym czyniono to: albo, po pierwsze, ze względu na to, jakiego rodzaju przedmiotami, zdarzeniami, zjawiska­ mi czy cechami są same znaki, a ściślej — na to, co w danym wypadku jako znak czegoś zo­ stało użyte; albo, po drugie, ze względu na to, jakiego rodzaju związek zachodzi między znakiem a tym bytem, którego jest on znakiem, ściślej zaś — został użyty jako znak; albo, po trzecie, z obu tych względów zara­ zem. W pierwszym wypadku znakom będącym by­ tami naturalnymi nadaje się miano znaków naturalnych, podczas gdy wszystkie inne na­ zywa się po prostu znakami. Wprawdzie więc naturalność bywa tutaj rozumiana jako prze­ 107

ciwieństwo sztuczności, nie stosuje się jednak na ogół nazwy „znaki sztuczne” w odniesieniu do tych, które nie są naturalne. Znaczenia słowa „naturalny”

Gdy się jednak bliżej przyjrzeć, przeciwsta­ wieniu znaków naturalnych znakom sztucz­ nym, czy krótko — znakom, okazuje się, że może tu chodzić o rozmaicie rozumiane natu­ ralność i jej przeciwieństwo. 1. Po pierwsze więc, niekiedy przymiotnik „naturalny” nadajemy tylko temu, np. rośli­ nom, zwierzętom, minerałom, deszczowi, co spełnia dwa warunki zarazem: powstało z na­ tury oraz powstało bez ingerencji ludzkiej, to jest ani nie zostało przetworzone, ani prze­ kształcone, ani w żaden sposób użyte przez człowieka. Wszelkie zaś inne przedmioty, zda­ rzenia czy zjawiska określa się jako sztuczne. Powiemy ¡więc — w tym sensie — że pies, który urodził się w wyniku krzyżowania ras, kierowanego przez hodowcę, jest czymś sztucz­ nym. Także różę, która wyrosła dzięki zabie­ gom ogrodnika: nawożeniu, przycinaniu, okry­ waniu matami ze słomy czy z folii, naświetla­ niu, ogrzewaniu — nazwiemy czymś sztucz­ nym. Tak samo za sztuczny uważać będziemy ten oto kawałek bursztynu, wprawdzie wyrzu­ cony przez morze i nawet nie oszlifowany, ale na przykład oprawiony w srebro dzięki czemu stał się fczęścią wisiorka, bransolety czy pier­ ścionka. Sztuczny w tym znaczeniu będzie dla nas deszcz, jeżeli opad — choć pochodzący z naturalnych chmur — został wywołany, uła­ twiony czy przyspieszony silnymi detonacjami albo sztucznym ochłodzeniem. Czymś sztucz­ nym będzie woda w tej oto rzece, spiętrzona tamą. 2. Po drugie, przymiotnik „naturalny” — w bardziej liberalnym rozumieniu — stosuje się 108

do tego, co powstało bezpośrednio z natury, choćby nawet człowiek nią kierował albo jej wytwór następnie przekształcił czy zużytko­ wał. Poprzednio więc wymienione: spiętrzone wody, deszcz, bursztyn, różę i psa uznamy za naturalne. Tak samo powiemy, że miód, który pszczelarz sam wydobył z plastrów, jest mio­ dem naturalnym, a nie sztucznym. I nie odmó­ wimy mu tej naturalności, nawet jeśli się do­ wiemy, że pszczoły były dokarmiane cukrem. „Czysta żywa wełna” — jak głosi napis na ety­ kietce — pozostanie dla nas naturalna, choć tylu ludzkim zabiegom ją poddano na drodze od owcy do półki sklepowej. W odniesieniu do działań i zachowań słowo „naturalny” występuje w jeszcze innych zna­ czeniach, a że te wiążą się z wyRiienionymi dwoma, więc ludzie je mylą. A — Za naturalne uchodzą wrodzone zacho­ wania lub czynności odruchowe. Idzie tu zwy­ kle o tzw. odruchy bezwarunkowe, np. zwę­ żanie się źrenic pod wpływem światła. Co więc będzie w tym wypadku przeciwieństwem? — na przykład reakcje warunkowe organiz­ mu. Ogólniej zaś to, co — w szerokim sensie tego słowa — zostało wyuczone, nabyte. B — Pokrewne tamtemu jest następujące odróżnienie: jako naturalne wskazuje się nie­ kiedy stany, zachowania czy procesy samoist­ ne, przeciwstawiając je niesamoistnym, które w tym znaczeniu uchodzą za nienaturalne. Jak jednak za chwilę zobaczymy, nie tylko odruchy bezwarunkowe uchodzą za samoistne w tym rozumieniu. Ma się tu bowiem zwykle na my­ śli cztery różne przeciwstawienia: a — Samoistnymi, po pierwsze, nazywamy stany lub procesy niezależne od jakiegokolwiek działania lub zachowania się tego kogoś bądź czegoś, kto albo co owe stany czy procesy prze­ żywa lub im podlega. Przykładem takiego na­ 109

turalnego procesu będzie starzenie się w sensie samego upływu czasu. b — Jako samoistny w nieco innym rozumie­ niu będziemy, po drugie, traktowali czyjś stan lub proces niezależny od własnej ingerencji przeżywającego je podmiotu. Za naturalne w tym znaczeniu uznamy tzw. fizjologiczne sta­ rzenie się organizmu, które choć zależne od wielu jego czynności i zachowań, m.in. świado­ mych i umyślnych — wysiłku, pracy, zdenerwowań, przyjmowania używek, rodzaju poży­ wienia, sposobu wypoczywania — nie jest jed­ nak spowodowane celową ingerencją tego organizmu, zmierzającą do uczynienia się fiz­ jologicznie mniej sprawnym. c — W analogiczny sposób można, po trzecie, za samoistne i zarazem naturalne uznać stan lub proces występujące niezależnie od jakich­ kolwiek czynników zewnętrznych, nie tylko działań lub zachowań samego podmiotu. Przy­ kładem może tu pozostać wymienione w punk­ cie (a) starzenie się jako przybywanie lat. d — Po czwarte wreszcie, przez samoistność, a więc i naturalność, danego procesu lub stanu można rozumieć jego wystąpienie niezależne od jakiejkolwiek interwencji z zewnątrz, nie tylko zaś od ingerencji ludzkiej, umyślnej czy nieumyślnej, świadomej czy nieświadomej, a zwłaszcza niezależne od ingerencji podmiotu przeżywającego dany stan lub proces. Przy­ kładem tak rozumianej naturalności będzie uszkodzenie zegarka, gdy ten sam przestał cho­ dzić, mimo iż ani nie upadł na podłogę, ani nie został zanurzony w wodzie, ani w nim nie prze­ kręcono sprężyny, słowem uszkodzenie, które nie powstało na skutek niewłaściwego obcho­ dzenia się z tym zegarkiem ani nie zostało przez nikogo umyślnie spowodowane. C — W wypadkach (B, b) oraz (B, d) prze­ wijało się przeciwstawienie: mimowolny — 110

umyślny. Stanowi ono podstawę kolejnego od­ różnienia naturalności od nienaturalności: na­ turalne — powiadamy — są zachowania lub czynności mimowolne, natomiast nienaturalne są czynności lub zachowania umyślne. Przy takim przeciwstawieniu kichnięcie zaklasyfi­ kujemy jako naturalne, a chrząknięcie jako nienaturalne, bo kicha się mimo woli, a chrząka umyślnie. Widać więc, że przez „zachowanie umyślne” rozumie się tutaj „zachowanie po­ wstałe z własnej woli”, a przez „nieumyślne” — właśnie „zachowanie mimowolne”, a zatem powstałe bez udziału woli. D — Od tak rozumianej „nieumyślności” należy odróżnić nieumyślność zachowań lub działań polegającą na tym, iż są one niezamie­ rzone. Umyślne, a więc w tym znaczeniu nie­ naturalne, będą: zachowanie, proces czy działa­ nie podjęte w pewnym celu, dokonane z pewną intencją. „Umyślne” w sensie (D) są zarazem „umyślne” w sensie (C), ale niekoniecznie na odwrót. Za naturalne w tym znaczeniu uchodzą zatem wszelkie działania czy zachowania nie­ zamierzone, nie podjęte w pewnym celu, po­ zbawione intencji, wśród nich zaś zarówno mi­ mowolne, czyli naturalne także w sensie (C), jak powstałe z udziałem woli. Na przykład ja­ ko naturalne w obecnym znaczeniu zakwali­ fikowalibyśmy odczuwanie i okazywanie za­ dowolenia z błędu czy porażki rywala, pocią­ gające za sobą nieuchronnie tym większe jego przygnębienie, jeśli okazujący zadowolenie ro­ bił to wprawdzie z własnej woli, ale bez in­ tencji pognębienia przeciwnika, nie po to, żeby mu sprawić przykrość. Wydaje się, że do tej kategorii naturalności zachowań należą m.in. wszelkie wypadki określane jako górowanie na­ tury nad kulturą. E — Choć bliskie poprzedniemu, jednak odeń różne, jest przeciwstawienie zachowań 111

lub czynności bezwiednych, to jest takich, z których sobie nie zdajemy sprawy, i na sku­ tek tego — w obecnym sensie — naturalnych, zachowaniom lub czynnościom dlatego niena­ turalnym, że odbywającym się z wiedzą dzia­ łającego lub zachowującego się w taki a taki sposób. Zachowania lub czynności odruchowe mogą, ale nie muszą być bezwiedne. Na przy­ kład oddychanie jest czynnością odruchową, ale nie zawsze jest bezwiedne. Człowiek pod­ czas snu nie zdaje sobie sprawy z tego, że od­ dycha, gdy natomiast w gabinecie lekarskim usłyszy „proszę oddychać”, natychmiast zaczy­ na myśleć o tym, że oddycha. Jeśli przez czyn­ ność bezwiedną rozumiemy taką, z której nig­ dy sobie nie zdajemy sprawy, to oddychanie przyjdzie zaliczyć do nienaturalnych, skoro niekiedy jesteśmy go świadomi. Natomiast na­ turalne, bo zasadniczo bezwiedne, będzie np. to, że krew przepływa w nas od tego oto do tam­ tego naczynia włoskowatego. Jak widać, oddy­ chanie jest naturalne w sensie (A) (B, b), (C) i (D), ale nie w sensie (E), natomiast wspo­ mniane krążenie krwi jest naturalne także w sensie (E). F — Stosunkowo łatwo odróżnić od poprzed­ nich kolejne rozumienie słowa „naturalne” w odniesieniu do zachowań lub czynności. Otóż jako naturalne określamy niekiedy zachowa­ nia lub czynności żywiołowe i spontaniczne, nie zaplanowane, powstałe bez uprzedniego namy­ słu. Taki może być wybuch śmiechu, okrzyk radości albo zachowanie, które często obserwu­ jemy na boisku piłkarskim po odniesieniu sukcesu, kiedy uradowany zawodnik skacze, wyrzuca ręce w górę i chwyta w objęcia kole­ gę. Nienaturalnymi zaś nazwiemy w tym wy­ padku zachowania lub czynności dokonane z premedytacją, poprzedzone namysłem, z gó­ ry przewidziane czy wyreżyserowane, jak np. 112

owacja w teatrze wykonana przez wynajętych tzw. klakierów. Taka nienaturalność nierzadko bywa określana jako sztuczność; mówimy więc o sztucznym uśmiechu, o udanej radości czy entuzjazmie. Natomiast przymiotnik „nienatu­ ralny” w rozumieniach (A) — (E) nie daje się zastąpić przymiotnikiem „sztuczny” czy „uda­ ny”. G — Za naturalne uchodzą wreszcie niekie­ dy działania lub zachowania się dobrowolne w przeciwieństwie do wymuszonych, zwłaszcza zaś samorzutne, a nie narzucone; ochotnicze, a nie podjęte na rozkaz, wezwanie czy prośbę. Mówi się więc np. o naturalnym zrywie narodu lub o naturalnym odruchu serca. Czyn dobro­ wolny, samorzutny, ochotniczy może, lecz nie musi, być spontaniczny, żywiołowy. Stąd natu­ ralność w sensie (G) może, lec? nie musi, iść w parze z naturalnością w sensie (F); ta pier­ wsza zaś wyklucza się z naturalnością w sensie (C) : to co ochotnicze, samorzutne, dobrowolne, nigdy nie jest mimowolne.Jak widać, zaprzeczeniem naturalności w wypadku przedmiotów jest albo to, co nie po­ wstało z natury, lecz jest wytworem, artefak­ tem, jak powiadamy, sztucznym; albo to, co wprawdzie powstało z natury, ale dlatego uchodzi za sztuczne, że człowiek nią kierował lub jej produkt przetworzył, przekształcił, zu­ żytkował. Natomiast w wypadku zachowań, działań, procesów przeciwstawia się ich natu­ ralności albo to, że są uwarunkowane (A), albo to, że są niesamoistne (B), albo to, że są umyśl­ ne, czyli powstały z udziałem woli (C), albo to, że są umyślne, ale w sensie teleologicznym, to znaczy — podjęte z intencją, w pewnym celu (D) , albo to, że są połączone z wiedzą, świado­ me (E), albo to, że zostały zaplanowane, po­ przedzone namysłem, premedytacją (F), albo to wreszcie, że zostały wymuszone, narzucone 8 Wstęp do semiotyki

113

(G). Tylko niektóre z nich skłonni byśmy byli określić jako sztuczne. Może zachowania po­ zbawione spontaniczności (F), może też, ale już w innym sensie, sposób bycia wynikający z tresury (G). Znaczenia słowa „konwencjonalny”

Również tylko niektóre z nienaturalnych działań, zachowań i procesów bywają nazywa­ ne konwencjonalnymi. W iluż jednak różnych znaczeniach. Trzeba bowiem zdawać sobie spra­ wę, że konwencja to albo umowa, albo norma, albo obyczaj. W związku z tym można prze­ prowadzić następujące rozróżnienie trzech zna­ czeń słowa „konwencja” (Dąmbska, 1973:35— 36). 1. Po pierwsze, za konwencję w sensie umo­ wy uchodzi: albo (a) czynność uprawnionych do niej osób, polegająca na przyjęciu wspólnego uzgodnio­ nego stanowiska w pewnej sprawie, obowiązu­ jącego następnie tych, którzy zawarli umowę, albo (b) wytwór wspomnianej czynności, to jest sam tekst takiej umowy. Przykładami tak rozumianej konwencji będą międzynarodowa umowa w sprawie ochrony prawa autorskiego albo umowa dotycząca ruchu turystycznego między dwoma krajami. A zatem przymiotnik „konwencjonalny” w tym znacze­ niu to tyle, co „oparty na umowie”, „zgodny z umową”, „wynikający z umowy” i w tym sensie „umowny”, np. „umowna kara”, czyli „kara konwencjonalna”. Jeśli natomiast „umo­ wny” znaczy „dotyczący umowy”, chodzi zaś o umowę zwaną konwencją, a nie każda umo­ wa ma taki charakter, wówczas zamiast słowa „konwencjonalny” bardziej nadaje się „kon­ wencyjny”, rzadko zresztą używane. 2. Po drugie, za konwencję uchodzi niekiedy: albo (a) kanon literacki czy artystyczny, 114

pewna reguła postępowania, definicja, postulat, układ aksjomatów bądź wyznacznik, słowem wytwór decyzji jako czynności decydowania doprowadzonej do końca — mianowicie decyzji w sprawie wyboru wyznacznika ‘bądź wyznacz­ ników tworzących pewien system kulturowy, przy czym za tego rodzaju system uważa się uporządkowany zbiór relacji zachodzących mię­ dzy wytworami kulturowymi potrakowanymi jako znaki; albo (b) sama wspomniana czynność decy­ dowania w sprawie wyboru tych wyznaczników. Przykładem tak rozumianej konwencji jest choćby to, że w bibliografii tytuły książek drukuje się kursywą, a tytuły czasopism w cu­ dzysłowach albo to, że jako punkt zerowy w jednej skali termometrycznej przyjęto tempe­ raturę zamarzania wody, a w innej tempera­ turę o 273 stopnie niższą. W związku z tym słowo „konwencjonalny” znaczy tutaj tyle, co „zgodny z regułą”, „stosujący się do kanonu”, „wyznaczony przez definicję projektującą lub regulującą”, „uregulowany przepisem”. 3. Po trzecie wreszcie, za konwencję uchodzi: albo (a) zwyczaj, obyczaj, konwenans, przy­ jęta praktyka, stereotypowy sposób bycia, uzus, polegające na zachowaniu nieinstynktownym, połączonym z przekonywaniem pewnej treści, wyznaczonej albo przez umowę, a więc kon­ wencję .w sensie (1), albo przez dyrektywę, to jest konwencję w sensie (2), przy czym często zachowujący ten uzus nie uświadamiają sobie owej wyznaczającej go konwencji (1) lub (2); albo (b) wytwór takiego zachowania się czy jego przejaw. Przykładami tak rozumianej konwencji są formy towarzyskie, tzw. maniery czy dobre maniery, obrzędy, tradycyjne stroje. W związ­ ku z tym słowo „konwencjonalny” znaczy tu­ 8»

115-

taj tyle, co „zgodny z przyjętym zwyczajem”, „tradycyjny”, „stereotypowy”. Wymienione trzy obszary, związane z wyróż­ nionymi tu znaczeniami słowa „konwencja” i pochodnych, częściowo na siebie zachodzą. Nierzadko przyjęcie konwencji (1), to jest uzgodnionego stanowiska, prowadzi do podjęcia odpowiedniej decyzji i sformułowania reguły postępowania, a zatem konwencji (2), stoso­ wanie się zaś do tej reguły pociąga za sobą powstanie pewnego uzusu, praktyki czy stereo­ typu, czyli konwencji (3). A że z kolei ta ostat­ nia wyznacza zachowania się i działania po­ dejmowane często bez uświadomienia sobie, co nimi rządzi, a więc w sposób niejako mecha­ niczny, pozbawiony wkładu twórczego działa­ jących oraz oryginalności i cech indywidual­ nych, przeto owe zachowania się i działania stają się konwencjonalne także i w tym sensie, że są czysto formalne, zdawkowe, bezosobowe, uprzejmościowe albo grzecznościowe. Ponadto skoro za konwencjonalne uchodzi m.in. także i bezwiedne stosowanie się do uzu­ su czy obyczaju, tradycji czy stereotypu, w ta­ kim razie niektóre działania nieumyślne — w tym sensie, że podjęte bez intenćji, czyli nie w pewnym celu — oraz niektóre zachowania spontaniczne, a zatem działania lub zachowa­ nia naturalne w poprzednio wyróżnionych zna­ czeniach (D) i (F), przyszłoby zakwalifiko­ wać jako konwencjonalne. Przy pewnych więc rozumieniach słów „naturalny” i „konwencjo­ nalny” przeciwstawienie tego co naturalne, temu co konwencjonalne, stanęłoby pod zna­ kiem zapytania. Powyższa analiza znaczeń przymiotników „naturalny” i „konwencjonalny” prowadzi do wniosku, że jeśli ktoś uznaje pewne znaki za naturalne dlatego, że one same — jak twierdzi — mają charakter naturalny, są naturalnymi 116

rzeczami, zdarzeniami lub zjawiskami czy ce­ chami, to głosi coś bardzo nieokreślonego — z uwagi na wieloznaczność słowa „naturalny”. Tak samo jeśli powiada, że niektóre znaki są konwencjonalne, ponieważ w ich roli występują pewne byty konwencjonalne, wtedy również mówi coś bardzo nieokreślonego — tym razem z uwagi na wieloznaczność przymiotnika „kon­ wencjonalny”. Co więcej, myli się, jeśli sądzi, że w każdym wypadku naturalność jest prze­ ciwieństwem konwencjonalności, tak jak wiel­ kość jest przeciwieństwem małości. Myli się także i wtedy, gdy myśli, że w każdym wy­ padku to co naturalne jest sprzeczne z tym co konwencjonalne, tak jak to co naturalne i to co nienaturalne: bywają stany rzeczy lub zdarzenia określane zarazem jako naturalne — w jednym ze znaczeń — i konwencjonalne, w drugim ze znaczeń. Związek przyczynowo-skutkowy, następowanie po sobie myśli, współwystępowanie zjawisk a naturalne relacje znakowe

Dotychczas mówiliśmy o odróżnieniu znaków naturalnych od konwencjonalnych, a ostrożniej — od pozostałych, tj. nienaturalnych, ze wzglę­ du na to, jakiego rodzaju przedmiotami, zda­ rzeniami, zachowaniami, działaniami, procesa­ mi, stanami, zjawiskami czy cechami są jedne i..drugie. Jak jednak pamiętamy, nie tylko na tej podstawie odróżnia się od siebie wspomnia­ ne dwie kategorie znaków. Częściej czyni się to na innej podstawie, mianowicie ze względu na to, jakiego rodzaju relacja, czyli stosunek, zachodzi między danym znakiem, a ściślej mię­ dzy danym bytem, użytym jako znak, a tym czymś, czego — w tym użyciu — ma on być znakiem. I mówi się tak: jeśli ten stosunek jest naturalny, to i sam znak jest naturalny, a jeśli ten stosunek jest konwencjonalny, to i sam 117

znak jest konwencjonalny. Stawia się przy tym — niesłusznie — sprawę tak, jak gdyby każda relacja, która nie jest naturalna, była tym samym konwencjonalna. Jako relację naturalną wymienia się na pier­ wszym miejscu związek przyczynowy, a na drugim miejscu podobieństwo. Niektórzy są­ dzą, że każdy stosunek naturalny da się osta­ tecznie sprowadzić do związku przyczynowego. Co się zaś tyczy tego ostatniego, spotkać moż­ na opinie, że niekiedy znakiem bywa przyczy­ na, a niekiedy skutek. Bywa bowiem tak, że ze skutku — a ściślej ze zdania, które odnosi się do pewnego zdarzenia będącego skutkiem innego zdarzenia — można wywnioskować przyczynę, ściślej zaś zdanie, które odnosi się do owego innego zdarzenia, to jest do przyczy­ ny. Ale bywa też i tak, że z przyczyny — a ściślej ze zdania, które mówi o zdarzeniu będą­ cym przyczyną pewnego innego zdarzenia — wywnioskowuje się owo inne zdarzenie, właśnie więc skutek, a ściślej zdanie, które mówi o tym innym zdarzeniu. W ten sposób w roli znaku występuje, skrótowo mówiąc, albo skutek — jeśli z niego domyślamy się przyczyny, albo przyczyna, jeśli z niej domyślamy się skutku, to zaś, czego się domyślamy, jest wówczas czymś oznaczanym, ogólniej — tym, do czego dany znak się odnosi, tym, czego jest on zna­ kiem. Zacznijmy od zdania sobie sprawy z tego, co to jest przyczyna i skutek; co to jest zwią­ zek przyczynowo-skutkowy. Napisano na ten temat setki książek i chyba tysiące rozpraw naukowych. My zaś musimy poprzestać na po­ daniu jednej z częściej spotykanych definicji pojęcia przyczyny i na odróżnieniu związku przyczynowego od relacji, która często ^ywa z nim mylona. Otóż przyjmuje się powszechnie, że zdarzenie A jest przyczyną zdarzenia B zaw­ 118

sze i tylko wtedy, jeżeli: ilekroć wystąpi A, tylekroć nastąpi po nim B. Jest to sformuło­ wanie skrótowe. Aby uniknąć zarzutu, że zgod­ nie z nim wtorek jest przyczyną środy, a środa skutkiem wtorku, podamy dokładniejszą defi­ nicję: „zdanie Zjawisko A jest przy­ czyną zjawiska B jest równoznaczne ze zdaniem ogólnym: Dla wszelkich x i t: ilekroć na przedmiocie x wy­ stąpi w czasie t zjawisko A, .tyle­ kroć w czasie t+c (c^O) na przed­ miocie x wystąpi zjawisko B” (Ajdukiewicz, 1965a:155). I ona wprawdzie nie uchyla tamtego zarzutu — o ile wiadomo, żad­ na z dotychczasowych definicji pojęcia przy­ czyny nie uchyla go w sposób zadowalający — ale przynajmniej każę pamiętać o tym, że członami związku przyczynowego są powta­ rzalne zdarzenia, nie zaś rzeczy. Zwraca także uwagę — za pomocą terminu „zjawisko” — na to, że chodzi o cechę, która może przysłu­ giwać raz temu, raz zaś owemu przedmiotowi, a ponadto o cechę, która danemu przedmioto­ wi raz przysługuje, a innym razem nie przy­ sługuje. Wobec tego wtorek z naszego przykła­ du nie pasuje do podanej definicji pojęcia przyczyny, gdyż cecha bycia wtorkiem albo raz na zawsze przysługuje danemu dniu, to jest danemu odcinkowi czasowemu, albo też raz na zawsze mu nie przysługuje, a zatem nie jest cechą, która w pewnym momencie zjawia się na danym przedmiocie, a później zeń znika. Mówiąc, że znaki naturalne są to — w skró­ towym ujęciu — przyczyny czy też skutki pewnych zdarzeń, niekoniecznie mamy na my­ śli zdarzenia powtarzalne. Niekiedy chodzi nam o zdarzenia konkretne, jednostkowe. Powiada­ my np., że znakiem ocieplenia się dzisiaj na dworze w Warszawie jest to, iż podniósł się właśnie słupek rtęci w tym oto moim termo­ 119

metrze. Mamy wówczas na myśli, że zauwa­ żone przez nas konkretne następstwo zdarzeń, mianowicie wystąpienie wzrostu słupka rtęci w moim termometrze w tym a tym czasie i miejscu po uprzednim ociepleniu się w tym­ że miejscu, jest przypadkiem szczególnym wspomnianego stałego następowania po sobie zjawisk zwanych przyczyną i skutkiem. Od faktycznego i obiektywnego stałego na­ stępowania po sobie zjawisk należy odróżnić następowanie po sobie myśli w naszej świado­ mości w obrębie odbywającego się w nas pro­ cesu myślenia, polegające na tym, iż jakaś jedna myśl, wcześniejsza, naprowadza nas na pomysł w postaci pewnej innej myśli, później­ szej. To naprowadzanie na pomysł ma charak­ ter subiektywny. Jan np., gdy pomyślał, że A, naprowadziło go to na pomysł, że B, natomiast u Piotra myśl, że A, nie wywołała myśli, że B. Oparte na spostrzeżeniu pomyślenie, że nastą­ piło zaćmienie słońca, wywoływało u fellachów w starożytnym Egipcie myśl, że bogowie są gniewni; natomiast nie wywołuje ono takiej myśli u pracowników obserwatorium astro­ nomicznego w dzisiejszym Kairze. Poza tym z tego, że pomyślenie, iż A, stale wywołuje w nas pomyślenie, iż B, wcale nie wynika, że B w rzeczywistości stale następuje po A, na od­ wrót: to że A jest faktycznie przyczyną B, niekoniecznie znajduje odbicie w naszym pro­ cesie myślenia: wiele obiektywnych związków przyczynowych między zdarzeniami czeka do­ piero na odkrycie. Mimo tak znacznych różnic ludzie mylą zwią­ zek przyczynowy między zdarzeniami ze związ­ kiem następowania myśli, polegającym na tym, iż wcześniejsza z nich naprowadza nas na po­ mysł w postaci późniejszej. Mylą zaś po czę­ ści dlatego, że i o zdarzeniach, i o myślach mówi się, iż późniejsze wynikają z wcześniej­ 120

szych lub że wcześniejsze wywołują późniejsze, po części zaś dlatego, że wprawdzie nie to, co sobie myślę, ale to, że sobie pomyślałem, jest zdarzeniem, mianowicie psychicznym, a jako takie może stać się przyczyną innego zdarze­ nia, także psychicznego, skutku, polegającego na tym, że sobie coś pomyślę. Nie tylko związek skutku z przyczyną bywa uważany . za naturalny. Również za takowe uchodzą niektóre rodzaje współwystępowania zjawisk, w szczególności niektóre korelacje. Jako przykłady poda je się choćby korelację między linią przekroju włosa ludzkiego a wskaźnikiem szerokości i długości czaszki albo zależność między stopniem przewodnic­ twa cieplnego a stopniem przewodnictwa ele­ ktrycznego (Kotarbiński, 1929;IV,3). Chodzi więc tutai o pary zdarzeń jednostkowych bądź o zbiory zdarzeń, mających zapewne wspólną przyczynę, nie zawsze znaną. W każ­ dym razie zależności te, korelacje, współwystępowanie nie zostały przez nas ustanowione, nie są — jak się mówi — thesei, lecz występują z natury, physei, i tylko zostały przez człowie­ ka wykryte. Można jednak w związku z tym zauważyć, że pojęcie naturalności jest tu stopniowalne. Na jednym biegunie dostrzegamy współwystępowanie zdarzeń lub zjawisk bezpośrednio wpro­ wadzone czy ustanowione przez człowieka. Oto np. z ustanowienia właśnie występują łącznie: z jednej strony to, że dana osoba jest małżon­ kiem innej, z drugiej zaś strony to, że ma ona uprawnienia do wspólnego majątku. Nie wa­ hamy się uznać tej relacji za ustanowioną, thesei. Na przeciwnym biegunie znajdują się takie korelacje, jak przytoczona zależność mię­ dzy przekrojem włosa a wymiarami czaszki. Te bez wahania uznajemy za naturalne. Ale pośrodku jest wiele przypadków różniących 121

się stopniem naturalności czy raczej konwencjonalności. Należą do nich takie korelacje, ta­ kie współwystępowanie zjawisk, których wpra­ wdzie nie wprowadziliśmy, nie ustanowiliśmy bezpośrednio, lecz tylko wykryli, ale które jednak pośrednio powstały za naszą sprawą: np, współwystępowanie podzielności danej licz­ by przez trzy i podzielności sumy jej cyfr przez trzy albo współwystępowanie tego, że dana fi­ gura jest kwadratem, i tego, że jej przekątne przecinają się w połowie pod kątem prostym. Często o niektórych tego rodzaju . relacjach mówi się jako o formalnych. Stosunek podobieństwa a relacja znakowa

Wśród relacji naturalnych wymienia się, oprócz wspomnianych, stosunek podobieństwa. A wymienia się z tą intencją, aby za naturalne uznać także te znaki, które — jak odbicie w lustrze czy odciski palców — właśnie podobień­ stwu mają zawdzięczać swą naturalność i to, że są znakami. Przede wszystkim więc zapytajmy, czy po­ dobieństwo jest stosunkiem naturalnym. Na tak sformułowane pytanie nie można odpowie­ dzieć. Zdanie A jest podobne do B wy­ maga uzupełnienia, mianowicie informacji, pod jakim względem owo A jest podobne do B. Do­ piero gdy powiemy, że A jest podobne do B pod względem c, będziemy mieli na myśli coś bardziej określonego: np. że ten oto sweter jest podobny do tej oto bluzki pod względem kolo­ ru, albo że dwie krople wody są do siebie — mniej więcej — podobne pod względem prze­ zroczystości. Zazwyczaj ów wzgląd, pod któ­ rym podobieństwo zachodzi, jest nie jedną ce­ chą, lecz ich zbiorem. Gdy np. mówimy o po­ dobieństwie wyglądu dwóch przedmiotów, może w grę wchodzić zarówno ich kształt, jak kolor i wielkość. Podobieństwo geometryczne dwóch 122

figur polega nie tylko na równości odpowiada­ jących sobie kątów w każdej z nich, ale i na proporcjonalności boków. Czasem chodzi nam o cechy obiektywne, czasem zaś o subiektywne, jak kiedy np. mówimy, że dwa przedmioty są dla nas podobnie wartościowe. Jak widać, raz jako podstawę podobieństwa obieramy cechy absolutne, kiedy indziej zaś relatywne. Gdy powiadamy, że A jest podobne do B pod względem c, mamy niekiedy na myśli, że zarówno A jest c, jak B jest c. W-tym wypad­ ku przymiotnik „podobny” ma charakter kla­ syfikacyjny: A albo jest c, albo nie jest; tak samo B: albo B jest c, albo nie jest; jeśli za­ równo A, iak B, są c, to A i B są do siebie po­ dobne pod względem c, w przeciwnym zaś ra­ zie — nie są podobne. Rzadko jednak posługu­ jemy się słowem „podobny” w tego rodzaju wypadkach. Po pierwsze, dlatego że stosowniej­ sze wydają się tu zwroty „identyczny pod względem c” lub „taki sam pod względem c”, np. „takiego samego koloru” albo „identycz­ nego kształtu”. Po drugie zaś, pojęcie podo­ bieństwa ze względu na jedną cechę c, jeśli w ogóle możliwe — przecież cechy, a zatem również ich podobieństwa, są z sobą związane — okazuje się mało przydatne. W tym bowiem sensie wszelkie dwie rzeczy, dwa zdarzenia, zja­ wiska albo rzecz i zdarzenie, albo rzecz i zja­ wisko są pod jakimś względem, i to pod nie­ jednym, do siebie podobne — także przysłowio­ wy piernik i wiatrak: bo oba są przedmiotami materialnymi, bo oba zawierają związki orga­ niczne, bo oba wchłaniają wodę — a z uwagi na cechy relatywne — bo tak o jednym, jak o drugim właśnie mówimy. Z tych względów częściej bodajże używa się przymiotnika „podobny” jako typologicznego, mając przy tym na myśli podobieństwo mię­ dzy A i B pod wielu względami. Wówczas 123

właśnie mówimy, że A i B są do siebie podob­ ne, krótko i bez wymieniania, pod jakże licz­ nymi względami: np. siostry-bliźniaczki, bo tego samego wzrostu, włosy i oczy tego samego koloru, takiej samej budowy ciała, rysy takie same i taki sam temperament, jednakowa skłonność do przeziębień, identyczne upodoba­ nia; a już starsza i młodsza siostra mniej — powiadamy — są podobne, bo innego wzrostu, i różnią się usposobieniem, i mają odmienne zamiłowania. Jak widać, to typologiczne poję­ cie podobieństwa jest — w odróżnieniu od kla­ syfikacyjnego — stopniowalne. A stopniowalność ta polega na tym, że podobieństwo mię­ dzy A i B jest tym większe, im więcej cech wspólnych przysługuje A i B, a niekiedy także — im cechy te są z pewnego punktu widzenia i pod pewnym względem w danych okoliczno­ ściach ważniejsze. Po tym przygotowaniu możemy ponowić nasze pytanie, czy podobieństwo między A i B jest stosunkiem naturalnym. To zależy — od­ powiemy — pod jakim względem podobień­ stwo. Oto dwa domy. Są do siebie podobne, gdyż oba drewniane, są do siebie podobne, gdyż oba oznaczone numerem siedem, i są do siebie podobne, gdyż oba stanowią własność Jana. Które podobieństwo jest stosunkiem natural­ nym? — tylko pierwsze. A które konwencjo­ nalnym? — na pewno drugie, można się zaś zastanawiać, czy i trzecie. A czy podobieństwo może nie być ani naturalne, ani konwencjonal­ ne? Chyba tak; np. gdy dwa drzewa w tym m.in. są podobne, że jedno i drugie zasadził król Jan III Sobieski. Dlaczego fotografia jest pod względem — mówiąc niedokładnie — wyglądu podobna do sfotografowanego obiektu? Ponieważ promie­ nie świetlne odbite od tego obiektu i skupione oraz załamane w soczewce aparatu fętograficz124

nego padły na błonę światłoczułą i spowodowa­ ły reakcje fotochemiczne. Geneza więc podo­ bieństwa wyglądu ma tu charakter naturalny. Dlaczego, z kolei, ta paczka kawy i tamta pacz­ ka herbaty mają jednakową cenę? Ponieważ taka właśnie cena została dla tych artykułów ustanowiona. Podobieństwo pod względem ce­ ny uznajemy więc w tym wypadku za gene­ tycznie ustanowione. Właśnie ze względu na genetyczny charakter podobieństw możemy wśród nich odróżnić naturalne od nienatural­ nych; wśród nienaturalnych zaś niektóre podo­ bieństwa są genetycznie konwencjonalne. Pamiętając stale o wieloznaczności przymiot­ ników „naturalny” i „konwencjonalny”, mo­ żemy obecnie powiedzieć, że pewne znaki uwa­ ża się za naturalne, jeśli są one podobne do te­ go, czego są znakami, ale tylko wówczas, gdy podobieństwo to jest genetycznie naturalne. Nadal jeszcze pozostaje bez odpowiedzi py­ tanie, czy dzięki podobieństwu A i B, natural­ nemu genetycznie albo nienaturalnemu, A staje sie znakiem B lub, na odwrót, B staje się znakiem A. Za tak sformułowanym pyta­ niem mogą się kryć trzy następujące: a — czy to, że A jest podobne do B, stano­ wi warunek konieczny tego, żeby A było zna­ kiem B lub, na odwrót, B było znakiem A; b — czv stanowi ono warunek wystarcza­ jący; c — czy stanowi ono warunek konieczny i wystarczający zarazem. Pytania (a) oraz (c) możemy od razu wyeli­ minować, ponieważ wiemy skądinąd, że rze­ czy, zdarzenia czy zjawiska bywają znakami innych — ogólnie mówiąc — bytów również i nie na podstawie podobieństwa między pier­ wszymi a drugimi. Zachodzenie więc między nimi podobieństwa nie może stanowić warunku koniecznego względem relacji znakowej. Po125

zostaje zatem do rozważenia pytanie (b), do­ tyczące warunku wystarczającego. Jak wiadomo, warunkiem wystarczającym danego zdarzenia Z jest takie zdarzenie W, że jeśli W zajdzie, zajdzie też Z. Pytanie (b) spro­ wadza się zatem do następującej postaci: czy jeśli A jest podobne do B, to A jest znakiem B lub B jest znakiem A? Przypomnijmy, że powiedzenie „A jest zna­ kiem B” zgodziliśmy się traktować jako skrót zastępujący sformułowane „X w czasie t uży­ wa A jako znaku B”. W myśl tej umowy prze­ kształcimy (b) w następujący sposób: czy jeśli w czasie t A jest podobne do B, to X używa A jako znaku B w tymże czasie lub później? Nie, co najwyżej niekiedy używa. Czy jednak samo podobieństwo A do B tu wystarczy? Pies poznaje swego pana po zapachu; poznaje go także z wyglądu, ale tylko w naturze. Z fotografii swego pana nie pozna (choć — jeśli wierzyć znakowi fabrycznemu na gramo­ fonach i płytach firmy „His Master’s Voice” — zdolny jest odtworzeniem głosu swego pana posłużyć się jako znakiem jego osoby). Zwierzę­ ta nie poznają też siebie na podstawie swego odbicia w lustrze, to znaczy nie identyfikują tego odbicia jako własnego. Relacja podobieństwa między A i B jest symetryczna: A jest podobne do B i zarazem B jest podobne do A. Natomiast stosunek zna­ ku do tego, czego jest on znakiem, jest przeciwsymetryczny, zachodzi tylko w jednym kie­ runku: gdy A jest znakiem B, B nie może być jednocześnie znakiem A. Otóż aby symetryczną relację podobieństwa między A i B uczynić podstawą przeciwsymetrycznej relacji znako­ wej między A i B, potrzebna jest znajomość odpowiedniej konwencji; samo podobieństwo nie wystarcza. Nie wystarcza jednak również obiektywne zachodzenie podobieństwa oraz zna126

jomość konwencji. Podobieństwo musi zostać dostrzeżone; dopiero wtedy może się stać pod­ stawą relacji znakowej. Niekoniecznie zresztą dostrzeżone. Również urojone. Może ono fak­ tycznie nie występować, byleby przyszły użyt­ kownik znaku opartego — w jego mniemaniu — na podobieństwie wierzył, iż wiąże ono rzecz, która ma posłużyć jako znak, z rzeczą, której ta pierwsza ma zostać znakiem. Pyta­ nie więc, które brzmiało: „czy jeśli w czasie t A jest podobne do B, to X używa A jako zna­ ku B w tymże czasie lub później?” ulegnie dal­ szemu przekształceniu i przybierze następują­ cą postać: czy to, że w czasie t X sądzi, iż A jest podobne do B, może być dla X motywem skłaniającym X do tego, aby w czasie t lub póź­ niejszym X użył A jako znaku B? Na tak sfor­ mułowane pytanie odpowiemy twierdząco: może być i w rzeczywistości niejednokrotnie bywa motywem. Ale, powtórzmy, samo podobieństwo ani nie wystarczy, ani nawet nie jest konieczne. Natomiast przekonanie, że podobieństwo za­ chodzi, jest w pewnej kategorii użycia znaków, mianowicie znaków-obrazów, czyli znaków ikonicznych, jak portrety czy fotografie, warun­ kiem koniecznym, lecz nie wystarczającym takiego użycia; nie wystarczającym, gdyż wy­ maga pomocy, wymaga znajomości pewnej kon­ wencji. Bez tego, bez znajomości odpowiedniej konwencji, nie bylibyśmy np. w stanie odczytać fotografii jako znaku, zrozumieć, dlaczego pła­ ski biało-szaro-czarny przedmiot ma przedsta­ wiać ten oto pałac i różnobarwne kwietniki, i szpalery krzewów. Subiektywność podstawy relacji znakowej

To samo zresztą dotyczy wszelkiego rodzaju związków między A i B, czy to przyczynowoskutkowego, czy naturalnego współwystępowania, czy też więzi ustanowionych. Wszystkie 127

te relacje, gdy stanowią podstawę stosunku znakowego, mianowicie stosunku: A jest zna­ kiem B — a ściślej: X w czasie t używa A ja­ ko znaku B — to stanowią ją nie dlatego, że w każdym wypadku rzeczywiście zachodzą między A i B, lecz dlatego, że X jest o tym przekonany, czasem słusznie, a czasem niesłusz­ nie. Nie byłoby więc trafne takie np. spostrzeże­ nie: A bywa użyte jako znak naturalny B (z uwagi na więź przyczynowo-skutkową mię­ dzy A i B) tylko wówczas, jeżeli A jest przy­ czyną B lub na odwrót. Zamiast tego powiemy inaczej: to, że X w czasie t sądzi, iż między A i B zachodzi pewna relacja naturalna, np. wież przyczynowo-skutkowa, może być dla X motywem skłaniającym X do tego, aby w czasie t lub późniejszym użył A jako znaku B, albo — ale niejednocześnie — B jako znaku A. Jeśli więc X wierzy, że między spotkaniem kominia­ rza a pomyślnym obrotem jakiejś sprawy za­ chodzi więź przyczynowo-skutkowa, to spotka­ niem kominiarza może się posłużyć jako zna­ kiem zapowiadającym powodzenie. Przy tym znowu, tak jak poprzednio, to jest w wypadku relacji znakowej opartej na przekonaniu o za­ chodzeniu podobieństwa, także i tutaj owo przekonanie, że między A i B zachodzi relacja przyczynowo-skutkowa, stanowi warunek ko­ nieczny, nie zaś wystarczający użycia /1 jako tzw. naturalnego znaku B, czy też B jako na­ turalnego znaku A. Aby doszło do takiego uży­ cia, owa zależność, faktyczna lub rzekoma, musi zostać zinterpretowana, np. przez odniesienie do odpowiedniego prawa nauki, ujmującego — m.in. za pomocą idealizacji — tzw. przyrodzone, czyli naturalne następstwo zdarzeń. W tym właśnie kryje się domieszka elementów kon­ wencjonalnych w użyciu czegoś jako znaku na­ turalnego.

128

Podobnie z więziami nienaturalnymi. Nie musi faktycznie istnieć więź konwencjonalna między A i B, żeby X, mimo to, na jej podsta­ wie mógł się posłużyć przedmiotem A jakokonwencjonalnym znakiem B; wystarczy, aby X był przekonany o istnieniu takiej więzi. Jeśli więc np. X jest przekonany, że istnieje kon­ wencja, według której w ceremonialnym po­ chodzie najważniejsi kroczą na początku, wów­ czas patrząc na senat uniwersytecki wchodzący do auli za najważniejszą osobistość uzna pedla — na podstawie znaku, jakim jest w tym wy­ padku czołowe miejsce wśród idących. W rze­ czywistości konwencja taka nie istnieje, lecz tylko X wierzy, iż istnieje, gdyż nie jest on świadom, że obowiązuje tu inna konwencja, pochodząca z procesji kościelnych, zwana prae­ cede ntio académica, pierwszeństwem akade­ mickim, według którego wcale nie „kto pier­ wszy, ten lepszy”, lecz na odwrót. Związek motywacyjny a relacja znakowa

Jak pamiętamy, przeciwstawienia znaków naturalnych konwencjonalnym dokonuje się na jednej z trzech zasad: albo ze względu na to, jakiego rodzaju bytami są same znaki, albo ze względu na to, jakiego rodzaju związek zachodzi między znakiem a tym, czego jest on znakiem, albo wreszcie z obu względów zara­ zem. Dotychczas była mowa o pierwszych dwóch wypadkach. Obecnie pora zająć się trzecim. Zacznijmy od przykładu zaczerpniętego z li­ teratury (Mulder, Hervey, 1971:331). Jako przypadek wystąpienia znaku konwencjonal­ nego, a nie naturalnego, wymienia się ostrze­ gawczy krzyk langura, wydany przezeń na widok zbliżającego się tygrysa. Czemuż ma to być znak konwencjonalny? Przecież — zdawałoby się — langur dlatego krzyknął, że 9 Wstąp do semiotyki

1*29

ujrzał tygrysa. Przyczyną było to, że zobaczył tygrysa, a skutkiem to, że krzyknął. A więź przyczynowo-skutkowa jest — jak wiadomo — powszechnie uważana za naturalną. Jeśli więc ze skutku domyślamy się przyczyny, to tym pierwszym zdarzeniem posługujemy się ja­ ko znakiem drugiego na podstawie relacji na­ turalnej, nie zaś konwencjonalnej, a zatem i samemu znakowi powinniśmy przypisać charakter naturalny. Autorzy tego przykładu są jednak innego zdania. Uważają, że ujrzenie zbliżającego się tygrysa nie jest przyczyną krzyku langura. Dlaczego? Bo —powiadają .— langury w ogrodzie zoologicznym wcale nie krzyczą na widok tygrysa. Przyjmując zaś dostrzeżenie obecności tygrysa za przyczynę ostrzegawcze­ go krzyku langura musielibyśmy — argumen­ tują — przyznać, że gdy langur nie krzyczy, mimo iż widzi, że tygrys się zbliża, to zawie­ szeniu ulega prawo przyrody. Wydaje się, że argumentacja ta nie jest słuszna. Dostrzeżenie zbliżającego się tygrysa stanowi co najwyżej współprzyczynę tego, że langur ostrzegawczo krzyczy, tak jak nagro­ madzenie się ciężkich chmur stanowi tylko współprzyczynę opadu deszczu. Ujrzenie ty­ grysa — czy innego dużego drapieżnika — jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczają­ cym ostrzegawczego krzyku langura. Nie to jednak jest w tej chwili ważne, na czym polega błąd w analizowanym rozumowa­ niu, lecz to, dlaczego ci sami autorzy owo ciężkie chmury uznają za naturalny znak zbli­ żającego się deszczu, choć przecież także i w tym wypadku bywa nieraz tak, iż ciężkie chmury zebrały się na niebie, a deszcz mimo to wcale nie pada. Dlaczego tym razem nie martwią się rzekomym zawieszeniem prawa przyrody; dlaczego fakt, iż mimo ciężkich 130

chmur nie ma deszczu, nie przeszkadza im w uznaniu chmur za znak naturalny? Można się domyślić, że z następującego po­ wodu. W wypadku langura innym, obok uj­ rzenia tygrysa, warunkiem koniecznym wyda­ nia ostrzegawczego krzyku, warunkiem, dodaj­ my, pośredniczącym, jest określony stan psy­ chiczny zwierzęcia, wywołany widokiem dra­ pieżnika. Ten stan psychiczny langura — to strach, a następnie akt woli, „decyzja” wyda­ nia ostrzegawczego krzyku; „decyzja” o bar­ dzo zresztą ograniczonej swobodzie, gdyż ma­ my tu zapewne do czynienia z mechanizmem odruchów warunkowych. Ci jednak, którzy w ostrzegawczym krzyku langura widzą znak konwencjonalny, a nie naturalny, przypuszczal­ nie rozumują tak: to od langura zależało — krzyknąć czy siedzieć cicho; gdzież tu więc miejsce na bezwyjątkowy i konieczny związek przyczynowy, czyli .jeden ze związków natu­ ralnych. I dla poparcia swego poglądu podają porównanie: „obecność tygrysa tak samo nie jest przyczyną krzyku langura jak uczucie zmę­ czenia nie jest przyczyną położenia się do łóż­ ka; obecność tygrysa jest motywem wydania krzyku, tak samo jak uczucie zmęczenia może być motywem położenia się do łóżka” (Mulder, Hervey, 1971:331). Nawiasem mówiąc, w po­ równaniu tym powinni byli zamiast obecności tygrysa wymienić jako motyw jej dostrzeżenie przez langura, a zamiast położenia się do łóż­ ka wymienić jako to co umotywowane. — po­ stanowienie lub chęć położenia się do łóżka. Ale mniejsza o to. W powyższym porównaniu, jak zresztą w całym rozumowaniu, zawarte jest — wydaje się — założenie, iż więź przyczynowa sprzęga jedynie zdarzenia fizyczne, nigdy zaś fakty psychiczne, nigdy motywy i przeżycia przez nie motywowane. Przyczyn i skutków należy

9*

131

— według tego poglądu — szukać jedynie w świecie ślepych sił przyrody, w sferze wy­ łącznych wpływów determinizmu. Rozpacz nie może być przyczyną postanowienia samobój­ stwa, a poczucie winy przyczyną powzięcia zamiaru naprawienia krzywd; decyzja roz­ stania nie może być skutkiem głębokiego za­ wodu i rozczarowania, a brak zaufania nie może być skutkiem poczucia się oszukanym. Dlaczego? Ci, którzy tak myślą, skłonni są odpowiedzieć: dlatego, że nie zawsze, ilekroć ogarnia kogoś rozpacz, postanawia on popeł­ nić samobójstwo, i nie zawsze traci zaufanie, ilekroć został oszukany. A kiedy im się przypo­ mina, że . i pośród zdarzeń fizycznych wystę­ puje owo „nie zawsze”, bo przecież nie zawsze np. ciało nie podparte spada, odpowiadają: tak, ale to dlatego, że prawo Archimedesa przeszko­ dziło prawu Newtona, natomiast więź przy­ czynowo-skutkowa pozostała nie naruszona. Tymczasem w łańcuchu zdarzeń psychicznych dochodzi do głosu — myślą — wolna wola człowieka lub zwierzęcia, a z nią indeterminizm, który rozrywa związki przyczynowo-skutkowe. Trudno się tu zagłębiać w te zagadnienia. Wymagałoby to analizy różnicy między zda­ rzeniami fizycznymi a psychicznymi; wymaga­ łoby dalej pokazania, iż orzekając, że A jest przyczyną B, odwołujemy się do pewnego prawa nauki; wymagałoby następnie rozważe­ nia, do jakiego stopnia przekonanie o braku więzi przyczynowo-skutkowej wypływa z nie­ znajomości praw nauki, do których w danym wypadku należałoby się odwołać; wymagałoby wreszcie przypomnienia, iż znajomość tych praw w psychologii jest mniejsza, a ich sfor­ mułowania mniej ścisłe niż w fizyce. Być może, po przeprowadzeniu takich roz­ ważań zgodzilibyśmy się, że i w wypadku

132

langura mamy do czynienia z łańcuchem przy­ czyn i skutków, a to, iż nie wydaje on ostrze­ gawczego krzyku na widok tygrysa zamknię­ tego w sąsiedniej klatce w ogrodzie zoologicz­ nym, przypisać można wygasaniu reakcji wa­ runkowej bądź również powstaniu nowego uwarunkowania w zmienionych okolicznościach. Nawet jednak i nie przeprowadziwszy tych rozważań przyznamy, że langur, wydając ostrzegawczy okrzyk na widok tygrysa, nie postępuje w myśl konwencji w żadnym ze znaczeń tego słowa; a nie krzycząc — w ogro­ dzie zoologicznym — nie łamie żadnej kon­ wencji, umowy, ugody ani zwyczaju. Przyzna­ my też chyba, że jeśli za znak konwencjonalny — podziwu i aprobaty — uznamy w niektó­ rych kręgach młodzieży włoskiej, i nie tylko młodzieży, gwizdy na widok ładnej kobiety, to trudno byłoby za również konwencjonalny uznać ostrzegawczy krzyk langura: różnica jest aż nadto widoczna. Rzecz w tym, iż odróżnienie tego co natu­ ralne od tego co konwencjonalne, zostało — w przykładzie z langurem — dokonane nie tylko ze względu na rodzaj relacji między znakiem a tym, czego jest on znakiem, ale i ze względu na to, jakiego rodzaju bytem jest sam znak. Znak ów, ostrzegawczy krzyk langura, albo — innymi słowy — zdarzenie polegające na tym, że langur krzyczy, może zostać zakwa­ lifikowane jako nienaturalne, jeśli przez zacho­ wania naturalne rozumiemy tylko odruchy bez­ warunkowe; może też zostać zakwalifikowane jako nienaturalne, jeśli przez zachowania na­ turalne rozumiemy tylko zachowania bezwied­ ne. Natomiast związek tego zachowania z tym, czego jest on znakiem, wydaje się naturalny: to, że langur krzyczy, wywołane jest jego stanem psychicznym, strachem, a strach zo­ stał spowodowany innym stanem świadomości,

133

spostrzeżeniem tygrysa, mówiąc zaś uczenie — przeżyciem wyobrażenia genetycznie spostrze­ gawczego, którego tzw. przedmiotem transcen­ dentnym, czyli zewnętrznym, był tygrys. Jeżeli więc ostrzegawczy krzyk langura za­ kwalifikowano jako znak konwencjonalny, a nie naturalny, to widocznie w większym stop­ niu wzięto pod uwagę nienaturalny — w pew­ nym sensie tego słowa — charakter samego zachowania niż naturalny charakter związku tego zachowania jako skutku z wymienionymi tu poprzedzającymi zdarzeniami jako przyczy­ nami. Przy innym rozumieniu przeciwstawienia te­ go co naturalne, temu co nienaturalne, zdarze­ nie to zostałoby uznane za znak naturalny. Na przykład za naturalny znak obecności bobrów uchodzić będzie zbudowana przez nie tama, jeśli się zgodzimy, że naturalne jest to, co nie zawiera elementu świadomości ludzkiej, choć­ by zawierało element świadomości zwierzęcej. Jednocześnie zaś gwizd czajnika, w którym właśnie gotuje się woda, zostanie zaliczony do znaków nienaturalnych, gdyż człowiek świado­ mie i celowo wbudował w otwór czajnika urzą­ dzenie sygnalizacyjne. Wystarczy jednak zmia­ na znaczenia słowa „naturalny”, a gwizd czaj­ nika, stan barometru czy termometru, poło­ żenie płaszczyzn skrzydeł wiatraka i szybkość ich obrotu zostaną uznane za znaki naturalne odpowiednich zdarzeń, gdyż są ich skutkami. Znak jako wytwór świadomości

No dobrze — mógłby ktoś powiedzieć —• sko­ ro w tylu różnych znaczeniach używa się słów „naturalny” i „konwencjonalny”, skoro nawet w obrębie jednego rozumienia słowa „natural­ ny" powstają różnice zdań co do tego, czy tylko związki przyczynowo-skutkowe należy uznać za naturalne, czy także niektóre relacje

134

współwystępowania zdarzeń i niektóre rodzaje podobieństwa między przedmiotami bądź zda­ rzeniami albo cechami, skoro wreszcie nie ma zgody co do tego, czy za więź przyczynowo-skutkową należy uważać tylko taką, która za­ chodzi między zdarzeniami fizycznymi, czy również i tę, która zespala dwa fakty psychicz­ ne, np. przeżycie motywujące z umotywowa­ nym, albo fakt fizyczny z psychicznym, np. bodziec w postaci promieniowania ciepła z re­ akcją — wrażeniem ciepłoty: skoro więc tyle jest w tej sprawie wątpliwości i rozbieżności opinii, to czy w ogóle odróżnianie znaków na­ turalnych od konwencjonalnych jest grą wartą świeczki? A jeśli się nawet okaże — mógłby dodać oponent — że z jakichś względów owo odróż­ nienie należy utrzymać, to czy słuszną jest rze­ czą twierdzić, iż znakiem naturalnym bywa nie tylko to, co faktycznie pozostaje w pewnym naturalnym związku z bytem, którego znak sta­ nowi, ale i to również, o czym jego użytkownik tylko myśli, i to myśli błędnie, że w takim związku naturalnym pozostaje? Cóż to za znak naturalny, jeśli swą naturalność zawdzięcza związkowi naturalnemu, który wcale nie za­ chodzi? Albo cóż to za znak oparty na swym podobieństwie do tego co oznaczane, jeśli żad­ nego podobieństwa naprawdę nie ma, tylko ktoś je sobie uroił? Albo wreszcie cóż to za znak konwencjonalny, jeśli konwencja mająca go wiązać z tym, czego jest znakiem, istnieje tylko w fantazji jakiejś jednej osoby? Odpowiedzmy na te pytania zaczynając od końca. Znowu wypadnie przypomnieć, iż w powiedzeniu, że A jest znakiem B, chodzi faktycznie o to, że ktoś w pewnym czasie po­ służył się owym A jako znakiem B. Z jakiego powodu się posłużył? Bo np. A jest skutkiem B — tak się potocznie mówi. Ale przecież A 135

mcjie sobie być skutkiem B, a mimo to przez całe wieki, albo i nigdy, dla nikogo nie stać się znakiem naturalnym B, z tej prostej przy­ czyny, że nikt nie wie, iż A jest skutkiem B. To. że nikt nie jest świadom tego obiektywne­ go związku między zdarzeniami, nie przeszka­ dza owemu związkowi zachodzić: A i tak jest skutkiem B, choćby nikt nigdy o tym nie po­ myślał. Zarysowuje się więc tutaj wyraźna różnica między aspektem obiektywnym a su­ biektywnym: być skutkiem — to jedno, a być uważanym za skutek — to drugie. Zapytajmy teraz, co jest potrzebne, żeby A wystąpiło w roli znaku B, znaku — nazwijmy go tak — „skutkowego”, to jest ze względu na więź przyczynowo-skutkową między B i A. No właśnie, co jest potrzebne? Czy żeby ta więź zachodziła, czy też, żeby użytkownik lub użyt­ kownicy znaku wierzyli, myśleli, wyobrażali sobie, że zachodzi? Co jest potrzebne? Czy że­ by .4 było faktycznie skutkiem B, czy też żeby A było za taki skutek uważane? Czy między tym. że A jest znakiem „skutkowym” B, a tym, że A jest uważane za znak „skutkowy” B, a zatem i używane jako tego rodzaju znak, zacho­ dzi taka sama różnica jak między tym, że A jest skutkiem B, a tym, że A jest uważane za skutek B? Czy jeśli nikt nie będzie — słusznie lub niesłusznie — uważał A za znak „skut­ kowy” B, to A mimo to będzie takim „skutko­ wym” znakiem B? Bynajmniej: będzie co naj­ wyżej skutkiem B, jeśli faktycznie jest z nim przyczynowo związane, natomiast znakiem „skutkowym” — bez udziału świadomości swego użytkownika lub użytkowników, człowieka czy zwierzęcia, nie będzie. Zastanówmy się z kolei, czy ów udział świa­ domości użytkownika musi polegać na konsta­ towaniu rzeczywiście zachodzących związków, czy również może polegać na tym, iż użytko­

we

wnik jedynie sobie uroił, iż takie związki za­ chodzą. Innymi słowy, czy A będzie znakiem „skutkowym” B tylko wtedy, gdy, po pierwsze, A jest skutkiem B, a po drugie, użytkownik owego A zdaje sobie z tego sprawę; czy też' A będzie znakiem „skutkowym” B także i wte­ dy» gdy, po pierwsze, A nie jest skutkiem B, ale, po drugie, użytkownik tego A myśli so­ bie, że A jest skutkiem B. Jak wiemy, pyta­ nie, czy A będzie w jednym lub obu tych wypadkach znakiem „skutkowym” B, sprowa­ dza się do kwestii empirycznej, czy ludzie lub zwierzęta używają pewnych A jako znaków „skutkowych” pewnych B, także i wtedy, gdy A wcale nie są skutkami B. Słowem, czy lu­ dzie i zwierzęta ulegają złudzeniom, popełnia­ ją błędy. Oczywiście, tak: ludzie używają A jako znaku „skutkowego” B także i wtedy, gdy A nie jest skutkiem B; ludzie i zwierzęta ulegają złudzeniom, a posługując się znakami popełniają błędy. Trzeba to brać w rachubę. Gdybyśmy tylko pierwszą kategorię owych A uznali za znaki, to co począć z drugą kate­ gorią? Wówczas bylibyśmy zmuszeni odmówić charakteru znakowego jakże wielu zjawiskom, zdarzeniom i przedmiotom, które ludzie, nieraz przez całe wieki, traktowali .jako znaki i któ­ rymi się w takiej właśnie, znakowej roli, po­ sługiwali. Przez ileś tam tysiącleci np. węd­ rówkę Słońca po niebie miano powszechnie za znak tego, że Słońce krąży wokół Ziemi, my zaś musielibyśmy orzec, iż nie był to znak, gdyż się mylono. Ów pozorny ruch Słońca awansowałby do roli znaku dopiero po Ko­ pernikowskim sta Sol, ne movearis, zatrzymaj się, Słońce i nie ruszaj, ale do roli znaku in­ nego zjawiska, mianowicie obrotu dobowego kuli ziemskiej. Dla całych pokoleń naszych ba­ bek i prababek kichanie było znakiem, że ka­ tar już mija, co potwierdzano zwyczajowym

137

„na zdrowie”. My jednak musielibyśmy powie­ dzieć: nie, to nie był znak, bo nasze babki nie miały racji (jeśli nie miały!). Wyda je się, że zachowanie miana znaków na­ turalnych w odniesieniu do tych tylko zdarzeń, które w rzeczywistości są w sposób naturalny związane z innymi zdarzeniami, np. faktycznie są ich skutkami, byłoby niepraktyczne. Wyklu­ czałoby bowiem poza obręb rozważań na te­ mat znaków całą sferę przedmiotów, faktów i cech, które spełniają funkcję znaków. Zly lub dobry omen nie mógłby już dłużej uchodzić za znak pewnego rodzaju; nie byłby nim też rzekomy objaw choroby, mylnie jej przypisa­ ny; nawet odciski palców byłyby znakami tyl­ ko wtedy, gdy uda się trafnie określić, kto je pozostawił. A przecież pojęcie znaku, a ściślej pojęcie użycia znaku, pozostaje nie zmienione bez względu na to, czy posłużono się tym znakiem trafnie, czy też popełniono omyłkę. Na przykład fotografia uważana za podobiznę Jana nie przestaje być czyjąś fotografią, a więc znakiem, mimo iż widniejąca na niej osoba to nie Jan, lecz Piotr. Z tego więc po­ wodu, że pomylono się, używając jej jako zna­ ku tego, nie zaś tamtego człowieka, nie zasłu­ guje ona na zakwalifikowanie jako rzekoma fotografia czy pseudofotografia, nie staje się rzekomym znakiem ikonicznym czy też pseudoznakiem ikonicznym. Nadal jest w pełni zna­ kiem, tyle że nie tej osoby, lecz tamtej. Powie­ dzenie o zdjęciu przedstawiającym jakie­ goś mężczyznę: „to nie jest fotografia Jana”, nie znaczy tyle co „ten przedmiot nie jest fo­ tografią”, znaczy natomiast „to jest fotografia, lecz osobą sfotografowaną nie był Jan”. Ana­ logicznie powinniśmy powiedzieć, że wędrówka Słońca po niebie jest znakiem, skoro ludzie używali jej jako znaku, i była znakiem krąże­ nia Słońca wokół Ziemi, skoro ludzie używali 138

tego znaku w taki właśnie sposób, tyle że się mylili. Inny przykład: gdy przez wiele lat w naszej telewizji napis zapowiadający audycję popularnonaukową „Eureka” zaczynał się od dużej litery greckiej (sigma), gdy grafik telewizyjny myślał, że jest to greckie „E”, a żaden z redaktorów nie wyprowadził go z błędu, to wówczas, po pierwsze, „2” była zna­ kiem, a ściślej była używana jako znak, a po drugie, była znakiem dźwięku „E”, czyli uży­ wano jej — błędnie — jako znaku dźwięku „E”. Odpowiadając więc na pytanie, czy zna­ kiem naturalnym może być tylko coś, co fak­ tycznie pozostaje w naturalnym związku z tym czymś, czego jest znakiem, powiemy, że nie tylko: może nim być i bywa również coś, o czym jedynie myślimy, że w takim związ­ ku pozostaje, choć naprawdę tak nie jest. I to się odnosi do wszelkiego rodzaju znaków, nie tylko do naturalnych. O tym, że są znaka­ mi, a ściślej, że ktoś ich w pewnym czasie jako znaków używa, decydują nie ich obiektywne relacje względem tego, czego są znakami, lecz subiektywne przekonania o zachodzeniu tych relacji, żywione przez użytkowników owych znaków. I w jednym, i w drugim wypadku mamy do czynienia ze znakami. I w jednym, i w drugim wypadku, to jest i wtedy, gdy związek znaku z tym, do czego się on odnosi, zachodzi w rzeczywistości, a my jesteśmy tego świadomi, i wtedy, gdy zachodzi ón wyłącz­ nie w naszym mniemaniu, znaki te są w, tym znaczeniu obiektywne, że faktycznie przez nas jako znaki używane. Natomiast podstawa ich użycia jako znaków czasem bywa zarówno su­ biektywna, jak obiektywna, czasem zaś tylko subiektywna. Różnicę tę możha w razie po­ trzeby zasygnalizować za pomocą odpowiednich omówień, nie odmawiając jednak znakowego charakteru również i tym znakom, których pod­ 13»

stawą użycia jest wyłącznie fantazja, prze­ sąd czy urojenie. Znakami są także i te, któ­ re sprowadzają na manowce. Z kolei ustosunkujmy się do pytania, czy warto — mimo wyliczonych trudności — utrzy­ mać odróżnienie znaków naturalnych od nie­ naturalnych, w szczególności zaś naturalnych od konwencjonalnych. To prawda, że z uwagi na wieloznaczność słów „naturalny” i „konwen­ cjonalny”, wartość tego odróżnienia byłaby znikoma, gdyby je przeprowadzić bez uprzed­ niego dokonania analizy znaczeń obu terminów. To prawda, że analiza taka jest żmudna i że, być może, bardziej opłacalne pod względem wydatkowania energii byłoby zaniechanie te­ go odróżnienia. Na cóż jednak by się to zdało, skoro i tak ludzie powszechnie przeciwstawiają znakom naturalnym konwencjonalne. Niedo­ strzeganie tej praktyki nie pociągnie za sobą jej zniknięcia z powierzchni ziemi. Będzie zaś miało inny skutek, niepożądany; przeszkodzi w stosowaniu tak ważnych pojęć, jak oznaka, znak ikoniczny, sygnał i symbol. Pojęcia te bowiem odróżnia się często na podstawie prze­ ciwieństwa: naturalny — konwencjonalny.

Wskaźnik, symptom, oznaka, znak ikoniczny, sygnał, symbol Wskaźnik

Według rozpowszechnionego poglądu znaka­ mi naturalnymi mają być oznaki, konwencjo­ nalnymi zaś — symbole. Wyraz „znak” wystę­ puje tutaj — jak w ogóle w tych rozważaniach — w szerokim rozumieniu, tak aby do jego za­ kresu weszły wszelkie rodzaje i gatunki zna­ ków, m.in. zaś oznaki. Okazuje się jednak, że słowo oznaka bywa TÓżnie rozumiane. Jedni sądzą, że oznaka jest 140

czymś zasadniczo różnym od znaku, drudzy wi­ dzą w niej jeden z dwóch — obok znaków w ściślejszym sensie — rodzajów znaków sze­ roko pojmowanych, a nawet uważają, iż owe znaki w ściślejszym sensie są składnikami oznak. Jedni utożsamiają oznakę ze wskąźnikiem, drudzy z objawem, a jeszcze inni twierdzą, że oznakami są i wskaźniki, i objawy. Jak pamiętamy, dla Peirce’a, który w jednej ze swych trójdzielnych klasyfikacji odróżniał podobiznę, czyli znak ikoniczny, od znaku ogól­ nego, czyli symbolu, i od wskaźnika, zwa­ nego indeksem, ten ostatni był znakiem „wy­ znaczonym przez swój przedmiot [...] na skutek tego, że w rzeczywistości i w swym jednostko­ wym istnieniu jest z tym przedmiotem związa­ ny” (Peirce, 4.531), tak jak np. dany egzemplarz śladów stóp na piasku — znak wskaźnikowy — jest związany z tą osobą, która je, prze­ chodząc, pozostawiła. Zbliżone, ale nieidentyczne pojęcie występu­ je u Morrisa, gdy ten znaki wskaźnikowe przeciwstawia znakom charakteryzującym. Te ostatnie, np. słowo „człowiek”, oznaczają — jego zdaniem — zbiór rzeczy, podczas gdy wskaźniki, np. akt wskazywania, mogą się od­ nosić do pojedynczego przedmiotu (Morris, 1971:31). Według jeszcze innego poglądu znak jest wówczas wskaźnikiem, gdy „styka się” lub „sąsiaduje” z tym, czego jest znakiem, albo gdy stanowi próbkę wskazywanych przez siebie przedmiotów (Sebeok, 1976:131—134). Wyrazy „styka się” i „sąsiaduje” ujęliśmy w cudzy­ słów, aby zaznaczyć, iż nie chodzi o dosłowne stykanie się czy sąsiadowanie. Oto bowiem jako przykłady podano: Gwiazdę Polarną, po­ nieważ wskazuje na niebie północ; taniec pszczół, ponieważ wskazuje kierunek i odleg­ łość pożywienia; oraz takie wyrazy, jak „tu”, 141

„tam”, „teraz”, „ten”, „ja”, gdyż zastępują ge­ sty wskazujące, kierując czytelnika lub słucha­ cza ku sobie samym, ściślej zaś — ku temu egzemplarzowi każdego z tych tzw. słów samozwrotnych, czyli wskaźnikowych, który wy­ stępuje w danym miejscu tekstu. Wprawdzie niezbyt precyzyjne sformułowa­ nia nie pozwalają na stwierdzenie ponad, wszel­ ką wątpliwość, jakiego rodzaju związki znaku z tym, czego jest on znakiem, mieli na myśli wymienieni tu autorzy, można jednak zauwa­ żyć, że związek zachodzący między tym oto śladem stopy odciśniętym na piasku a czło­ wiekiem, który ślad ten pozostawił, na pewno nie jest konwencjonalny, z drugiej zaś strony związek między słowem „teraz” a pewnym mo­ mentem lub odcinkiem czasu na pewno nie jest naturalny. Z powodu tych właśnie różnic w rozumieniu pojęcia wskaźnika tylko część wskaźników można zaliczyć do znaków natu­ ralnych z uwagi na ich związek z tym, co wska­ zują. Podobnie tylko część wskaźników można uznać za znaki naturalne z uwagi na to, jakie­ go rodzaju bytem jest sam wskaźnik. Trzeba przy tym pamiętać o wieloznaczności słowa „na­ turalny” w każdym z tych dwóch wypadków. Symptom i syndrom

Przejdźmy z kolei do omówienia pojęcia ob­ jawu czy przejawu, zwanych też sympto­ mami, przypominając, iż istnieje pogląd, według którego oznaka i symptom to jedno. Symptomy, a więc objawy, przejawy, charak­ teryzuje się często jako znaki związane w spo­ sób naturalny z tym, czego są znakami. Natu­ ralność zaś swoją związek ów zawdzięczać ma temu, iż jest — takie padają określenia — przymusowy, automatyczny, mimowolny, jak np. podniesienie ogona u wielu ssaków, wywo­ łane niezależnymi od woli zwierzęcia pobudze­

142

niami nerwowymi pod wpływem podniecenia, gniewu czy strachu, albo u człowieka pocenie się z bólu czy ze zdenerwowania. Można spot­ kać opinię, że to, co dany symptom oznacza, jest też jego przyczyną lub — mówią niektó­ rzy swobodniej — źródłem, dodając, iż związek między owym symptomem a tym, czego jest symptomem, raz bywa pewny, kiedy indziej zaś — prawdopodobny (Sebeok, 1976:124—128). Zbiór symptomów mających to samo odnie­ sienie, np. zbiór symptomów danej choroby, nosi nazwę syndromu. Wspomina się przy tym niekiedy, iż wprawdzie poszczególne symp­ tomy, będące składnikami danego syndromu, są w sposób niezależny od niczyjej woli — i w tym sensie naturalny — związane z tym, co ujawniają, jednakże ich konfiguracją w ob­ rębie danego syndromu rządzą już pewne re­ guły, wraz z którymi dołącza się element konwencjonalności. Oznaka

Obok wspomnianych dwóch poglądów, z któ­ rych pierwszy utożsamiał oznaki ze wskaźni­ kami, a drugi — z symptomami, istnieje też i trzeci, w trzech nawet odmianach. Głosi on — w każdej z nich — że oznakami są i wskaź­ niki, i symptomy. Według pierwszego wariantu symptom i wskaźnik to to samo: zależy od na­ dawcy, którego wewnętrzne przeżycia wyraża (Bühler, 1934:28 i n.). Według drugiego wa­ riantu oznaka to wskaźnik, z kolei zaś niektóre wskaźniki, mianowicie te nieświadome bądź niezamierzone, stanowiące nie zaprojektowane układy, informujące na zasadzie naturalnej, np. przyczynowej, są symptomami (Jakobson, 1970:10; oraz Dąmbska, 1973:35—45). Wreszcie według trzeciego wariantu oznaki dzielą się na dwa gatunki: wskaźniki i symptomy. Wśród przykładów oznak spotykamy: chmu­ 143

ry, a ściślej to, że chmury pokrywają niebo, jako oznakę zwiastującą deszcz; błyskawicę a ściślej to, że się błysnęło, jako oznakę po­ przedzającą grzmot, a ściślej to, że zagrzmi; kulenie jako — skrótowo mówiąc — oznakę uprzedniego skaleczenia nogi; skaleczenie stopy jako oznakę pozwalającą przewidzieć kulenie; występowanie charakterystycznej wysypki ja­ ko oznakę trwającej od kilku dni odry: wresz­ cie gwizdanie czajnika jako oznakę jednoczes­ nego wrzenia w nim wcdy (Mulder, Hervey, 1971:327—329). Widać, ile różnego rodzaju relacji uchodzi za podstawę stosunku oznaki do tego co przez nią oznaczane. Oto więc obecność chmur jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczają­ cym opadu deszczu; tymczasem skaleczenie no­ gi nie jest warunkiem koniecznym kulenia, choć — w zależności od umiejscowienia i od te­ go, jak jest bolesne — bywa warunkiem wy­ starczającym; z kolei to, że ktoś jest chory na odrę, stanowi warunek zarazem konieczny i wystarczający wystąpienia charakterystycznej wysypki; wreszcie ani błyskawica nie jest przy­ czyną grzmotu, ani grzmot nie jest przyczyną błyskawicy, lecz jedno i drugie — to skutki tego samego zdarzenia jako przyczyny. Mimo tych różnic nietrudno w powyższych przykładach wskazać zachodzenie naturalnej więzi między daną oznaką a tym, czego jest oznaką. I mniejsza o to, czy ową oznakę uwa­ żać będziemy za wskaźnik, w jednym z wyli­ czonych znaczeń, czy za objaw, oraz czy to, na co ona wskazuje lub co oznacza, jest jej przy­ czyną, skutkiem czy wraz z nią ma wspólną przyczynę — przyznać trzeba, że mamy do czynienia z zależnością naturalną, tak czy inaczej rozumianą. Nie jest to jednak reguła. Obecność bowiem więzi naturalnej między oznaką a przed mio-

144

tem, zdarzeniem lub zjawiskiem oznaczanym zależy od tego, co się uważa za oznakę, jak siędefiniuje pojęcie oznaki. I jeśli nawet wśród' spotykanych definicji przeważają takie, według których oznaka jest znakiem naturalnym, ta przecież obok nich występują inne definicjepojęcia oznaki. Według tych innych definicji oznaka nie zawsze jest w sposób naturalny związana z tym co przez nią oznaczane. Oto np. — jak już wspomniano — można spotkać po­ gląd, iż cechą odróżniającą oznakę od innego rodzaju znaków jest nie jej charakter natural­ ny, lecz to, że nigdy nie bywa ona rzeczą; za­ wsze natomiast jest zdarzeniem lub zjawiskiem (Dąmbska, 1973:41. Kotarbińska, 1957:104). Zdarzenie to zaś czy zjawisko raz pozostaje w związku naturalnym z tym, czego oznakę sta­ nowi, kiedy indziej zaś w konwencjonalnym albo formalnym. A więc nie rodzaj związku oznak z tym co oznaczane, lecz ich zdarzenio­ wy lub zjawiskowy charakter decyduje o tym, że są one oznakami. Według jednego z poglądów, gdy oznakę ztym, na co ona wskazuje, wiąże relacja natu­ ralna, mamy do czynienia z symptomem, a gdy wiąże ją relacja konwencjonalna — z sygnałem. I symptom więc, i sygnał są oznakami. Ale syg­ nał jest rodzajem komunikatu, na równi z wy­ powiedzią jęzýkową; ma swego nadawcę, in­ formuje w sposób zaprojektowany. Tymczasem symptom wskazuje na zachodzenie pewnegoinnego niż on stanu rzeczy, zdarzenia czy pro­ cesu w sposób nie zaprojektowany; symptom nie ma swego nadawcy (Dąmbska, 1973:35—45).. Znak a oznaka

W odróżnieniu od oznak — powiadają zwo­ lennicy tego poglądu — znaki są rzeczami.. Związek ich zaś z tym, czego są znakami, też bywa różnoraki: według jednych- — czasem na— 10 Wstęp do semiotyki

145,

turalny, czasem zaś nienaturalny, np. konwen­ cjonalny, według innych — konwencjonalny bądź oparty na podobieństwie. Dla innych znaki, szeroko rozumiane, to wszelkie przedmioty, zdarzenia i zjawiska, któ­ re — przez kogoś postrzeżone — pozwalają mu pomyśleć o tym, co wskazują lub oznaczają. W związku z tym wśród znaków są zarówno oznaki, czyli stany rzeczy, zdarzenia, zjawiska i procesy, jak znaki właściwe, znaki w węższym sensie, mianowicie symbole i znaki ikoniczne, to jest — według tego poglądu — indywidualne rzeczy; o symbolach i znakach ikonicznych bę­ dzie jeszcze mowa później. Owe oznaki są ukła­ dami złożonymi właśnie z poszczególnych rze­ czy. W jednych układach, tych zaprojektowanych, konwencjonalnych, czyli oznakach mających swojego nadawcę, zwanych też komunikatami, np. w sygnałach czy wypowiedziach języko­ wych, jako składniki występują — według te­ goż poglądu — konwencjonalne znaki denotujące, a więc symbole, znaki ikoniczne czy umowne gesty. W innego rodzaju układach in­ formujących, mianowicie w symptomach, czyli oznakach nie opartych na konwencji, nie za­ projektowanych i pozbawionych nadawcy, składnikami są — według terminologii przyję­ tej w obrębie tej koncepcji — objawy, to jest rzeczowe elementy symptomów, np. łza. Obja­ wy uważa się tu za niekonwencjonalne znaki denotujące, drugi obok konwencjonalnych zna­ ków denotujących rodzaj znaków właściwych, znaków w węższym sensie (Dąmbska, 1973:35— —45). Wspomniany już poprzednio pogląd tylko tym ostatnim znakom właściwym, będącym rzeczami, nie zaś zdarzeniom i zjawiskom, przyznaje prawo do miana znaków. Oznaki — powiadają zwolennicy tej koncepcji — nie są .146

znakami. Związek zaś między znakami a ozna­ kami jest taki, że znaki wchodzą w skład oznak. Mianowicie niekonwencjonalne znaki denotujące — w skład symptomów, pojedyncza łza — w skład płaczu, a konwencjonalne znaki denotujące — w skład komunikatów, pojedyn­ cze słowo — w skład zdania (Dąmbska, 1973: 35—45). Trzeci pogląd jest pośredni. Z dziedziny zna­ ków wyklucza niektóre oznaki, mianowicie symptomy, czyli oznaki niekonwencjonalne, pozbawione nadawcy, nie zaprojektowane, ta­ kie jak wysypka; wyklucza także ich elementy rzeczowe, takie jak poszczególny jej składnik, pojedynczy wykwit skórny. Pozostawia nato­ miast w obrębie znaków komunikaty, a wiec oznaki konwencjonalne, mające swego nadaw­ cę, zaprojektowane, takie jak sygnał w postaci dzwonienia; pozostawia także ich rzeczowe składniki, takie jak poszczególne uderzenie mło­ teczka w klosz dzwonka, ściślej zaś — wszak chodzi o jednostkową rzecz — dzwonek, to jest klosz i młoteczek, drgający pod -wpływem po­ jedynczego uderzenia (Dąmbska, 1973:35—45). Jak więc widać, nawet ci, którzy naturalno­ ści związku między oznakami a bytami przez nie oznaczanymi nie uważają za różnicę gatun­ kową tych pierwszych, korzystają jednak z przeciwstawienia naturalny — nienaturalny czy naturalny — konwencjonalny, by wśród oznak i wśród znaków przeprowadzić na tej podstawie dalsze rozróżnienia. Znak ikoniczny

Te same przeciwstawienia są brane pod uwa­ gę przy definiowaniu pojęcia znaku i k onicznego, ściślej zaś — różniących się mię­ dzy sobą jego paru pojęć. Wszystkie niemal definicje nawiązują do tego, co na temat zna­ ków ikonicznych powiedział Peirce, który naio* -

147’

.•zywał je zrazu podobiznami, później zaś „iko­ nami”, ale nie w znaczeniu malowideł religij­ nych sztuki bizantyńskiej, lecz ogólnie, w zna­ czeniu wizerunków, obrazów. Otóż Peirce od­ rębność znaku ikonicznego upatrywał w tym, że jego relacja do tego, czego jest znakiem, po­ lega na współposiadaniu, wspólnocie pewnej jakości, czyli cechy; innymi słowy, znak ikoniczy i przedmiot obrazowany mają tę samą własność (Peirce, 1.558). Później wśród znaków ikonicznych odróżnił, swoim zwyczajem, trzy gatunki: obrazy, diagramy oraz metafory, prze­ nośnie szeroko rozumiane (Peirce, 2.277). Każ­ dy z nich na swój sposób naśladuje, obrazuje, odzwierciedla to, czego jest znakiem ikonicznym. Obraz więc wzrokowy — np. portret lub martwa natura — przypomina wyglądem to, •czego podobiznę stanowi; obraz słuchowy, jak np. onomatopeja, naśladuje brzmienie przed­ stawianego dźwięku; obraz węchowy, jak perfu­ my, naśladuje zapach np. kwiatów lub ziół; ■obraz smakowy, jak wanilina czy olejki do ciast, przypomina smakiem i zapachem wani­ lię, rum czy migdały. Diagram często ujawnia strukturę obrazowanego fragmentu rzeczywis­ tości, a metafora — np. przenośnia oparta na porównaniu — uwydatnia pewne ważne cechy przedmiotu, do którego się odnosi; podobnie inny jej rodzaj, metonimia. Zbliżoną charakterystykę znaku ikonicznego można znaleźć u Morrisa. Również mowa w niej o tym, iż znak ten dlatego oznacza dane przedmioty, że sam ma w sobie ich cechy. Stąd reguła posługiwania się znakami ikonicznymi głosi: oznaczają one to, co ma cechy w nich -występujące, np. fotografia kościoła przedsta­ wia budynek o „takim samym” wyglądzie jak ten na niej; mapa fragmentu nieba odnosi się •do tej jego części, w której ciała niebieskie są tak rozmieszczone, jak na niej; wzór struktu­ .148

ralny w chemii obrazuje substancję, której dro­ bina składa się z tylu i tak samo powiązanych atomów jak te we wzorze (Morris, 1971:37— 38). Przykładom tym przeciwstawia Morris: słowo „fotografia”, nazwy gwiazd, nazwy pier­ wiastków chemicznych. To są, powiada, symbo­ le, czyli znaki nieikoniczne. Jedne i drugie, to jest znaki ikoniczne i znaki nieikoniczne, czyli symbole, składają się na klasę znaków charak­ teryzujących. Znak charakteryzujący może się odnosić do zbioru przedmiotów i — zdaniem Morrisa — tym właśnie różni się od wskaźnika, jako związanego z pojedynczym obiektem. Jak widać z przykładów podanych przez Morrisa, symbol, np. więc pewna nazwa, pozostaje w stosunku konwencjonalnym, a w każ­ dym razie nienaturalnym, do tego co symboli­ zowane. Pamiętamy zaś, że znak ikoniczny to według tej koncepcji tyle co nie-symbol. Skoro więc ’znak ikoniczny przeciwstawił on symbo­ lowi, to tym samym związek tego pierwszego z tym, czego jest znakiem, uważał za naturalny. Później Morris (1971:98, 100, 273, 282) porzu­ cił to przeciwstawienie i zastąpił je dwoma in­ nymi: znakom ikonicznym przeciwstawił nieiko­ niczne, natomiast za przeciwieństwo symboli -uznał sygnały. O tym drugim odróżnieniu bę­ dzie mowa nieco dalej, teraz natomiast przyj­ rzyjmy się pierwszemu. O znakach ikonicznych powtarza się w nim to, co zostało powie­ dziane poprzednio: że same mają cechy ozna­ czanych przez nie przedmiotów oraz że ikonicz­ ny jest każdy znak, pod pewnym względem po­ dobny do tego, co oznacza. Ale w ich charak­ terystyce pojawia się pewien nowy, ważny szczegół, a wśród ich przykładów pewne nowe ich rodzaje. Mianowicie Morris zauważa, iż ikoniczność jest kwestią stopnia, i wyjaśnia to w taki sposób: znak jest ikoniczny do tego stopnia, do jakiego sam zawiera cechy ozna­ 149

czanych przedmiotów. Tak więc barwna foto­ grafia Pienin zapewne bardziej byłaby, wg Morrisa, ikoniczna niż czarno-biała, z kolei ta bardziej ikoniczna niż negatyw zdjęcia; a może duże powiększenie bardziej byłoby w tym wy­ padku ikoniczne od zdjęcia małego formatu; odtworzenie przez radio koncertu symfoniczgo bardziej wydaje się według tego poglądu ikoniczne wówczas, gdy kwadrofoniczne. a bar­ wą i siłą dźwięku zbliżone do żywej muzyki, niż wówczas, gdy odbierane z kieszonkowego prymitywnego odbiornika tranzystorowego. Podobieństwo stopniowalne, będące dla Mor­ risa podstawą tego drugiego pojęcia ikoniczności, nie zawsze jest — jak zresztą w ogóle podobieństwo — relacją genetycznie naturalną. Czasem — o czym już była mowa — może być ustanowione przez człowieka. Nie ma więc pew­ ności, czy zarówno poprzednie Morrisowskie pojęcie znaku ikonicznego, jak i to późniejsze, obecnie rozpatrywane, opierają się na natural­ nym związku tego znaku z tym co przezeń oznaczane. Nie ma tej pewności tym bardziej, że — jak już wspomnieliśmy — dla Morrisa w tych jego późniejszych rozważaniach prze­ ciwieństwem znaku opartego na konwencji, przeciwieństwem symbolu, przestał być znak ikoniczny, a stał się sygnał. Z drugiej jednak strony, wśród podanych, przezeń przykładów przeważają takie, którym raczej odmawia się na ogół charakteru konwen­ cjonalnego. Mianowicie obok dzieł sztuki, które oczywiście mogą mieć i często miewają cha­ rakter znaków konwencjonalnych lub takie znaki zawierają, Morris jako przykłady zna­ ków ikonicznych wymienia sny i marzenia, wspominając po freudowsku, że te mogą się stać obiektami zastępczymi, udzielającymi.czło­ wiekowi satysfakcji, której poskąpiły mu jego działania, gdy nie zostały uwieńczone powo­ 150

dzeniem. Chodzi więc tutaj widocznie o podo­ bieństwo funkcji. Marzenie senne o czymś nie dlatego jest w tym wypadku znakiem ikonicznym tego czegoś, że doń podobne z wyglądu, nie dlatego nawet, że — jeśli dotyczy zdarzenia — ma niekiedy podobną strukturę, takie samo jak poza snem następstwo chronologiczne zda­ rzeń składowych: jest ono, owo marzenie sen­ ne o czymś, nie po prostu podobne do tego cze­ goś, lecz analogiczne; analogiczne, gdyż spełnia taką funkcję, jaką by to, o czym się śni lub marzy, spełniło, gdyby miało miejsce na jawie. Na przykład sen o własnej przewadze czy mo­ cy ma funkcję kompensacyjną, równoważy u śniącego jego poczucie własnej niższości, jest takim samym lekarstwem na frustrację, jakim mógłby się stać rzeczywisty sukces życiowy. I w tym sensie ów sen występuje — według Morrisa — jako znak ikoniczny tego, o czym śnimy. Cechą wspólną znaku ikonicznego i te­ go, czego znak on stanowi, a co naprawdę się nie ziściło, jest rola jednego i drugiego wobec nas: polega ona na zaspokojeniu stłumionych pragnień, nie nasyconych potrzeb, na osiągnię­ ciu — na niby — celów nie osiągniętych w rzeczywistości, na ożywieniu wypartych ze świadomości wspomnień, na rozładowaniu kom­ pleksów. Trzeba pamiętać, iż takie pojmowanie ikoniczności, mianowicie jako opartej nie na pod­ stawie prostego podobieństwa, zwłaszcza podo­ bieństwa wyglądu, lecz na podstawie analogii funkcji, którą wobec nas spełnia zarówno znak ikoniczny, jak oznaczane przezeń przeżycie, zdarzenie czy działanie, stało się dla Morrisa możliwe w ramach jego ogólnej biologicznej koncepcji znaku. Według tej koncepcji coś jest znakiem (Z), jeżeli stanowi bodziec przygoto­ wawczy, który —r pod nieobecność właściwego bodźca (B) — wywołuje w organizmie dąźą151

cym do zaspokojenia swych potrzeb dyspozy­ cję do zareagowania takimi zachowaniami, ja­ kie by powstały na skutek faktycznego wystą­ pienia (B). Na przykład więc znakiem (Z) dla organizmu psa będzie dźwięk gongu, jeśli wy­ woła odruch warunkowy, mianowicie dyspo­ zycję do ślinienia się, które normalnie występu­ je na widok i zapach pokarmu (B) (Morris, 1971:83—87). Podobie zmora senna — gdy we śnie spadamy w przepaść — staje się dla na­ szego organizmu znakiem, jeżeli wywołuje dys­ pozycję np. do pocenia się, które wystąpiłoby pod wpływem strachu przeżytego na jawie w chwili faktycznego zagrożenia. Z uwagi na takie pojmowanie znaku każdy znak ma w sobie pewne elementy ikoniczności. I jeżeli Morris obok znaków ikonicznych wy­ mienia nieikoniczne, to widocznie bierzo pod uwagę stopień nasilenia ikoniczności. Ponadto, według tej koncepcji, każdy znak ikoniczny jest w tym sensie naturalny, iż spełnia wobec na­ szego organizmu podobną funkcję jak rzeczy­ wisty bodziec oznaczany przez ów znak; np.. wyobrażanie sobie sceny erotycznej — znak ikoniczny — może wywołać dyspozycję doprzyspieszenia tętna, a nawet i przyspieszenie tętna podobne do tego, które powstaje na sku­ tek faktycznego bcdźca, mianowicie oglądania takiej sceny w rzeczywistości. Natomiast na tle innej koncepcji znaku po­ wstałyby wobec rozpatrywanych tu przykła­ dów różnego rodzaju wątpliwości. A więc np. czego znakiem jest marzenie we śnie lub na jawie: czy tego, co stanowi jego przedmiot bądź temat, czy też ukrytego stanu podświado­ mości osoby śniącej albo marzącej; dla kogojest ono znakiem: czy dla tego, kto śni lub ma­ rzy, czy dla psychoanalityka; wreszcie, czy mo­ że być znakiem ikonicznym, jeśli nie jest snem ani marzeniem o czymś rzeczywistym: czy za­ 152

nim Pigmalion wyrzeźbił statuę Galatei, jego wizja artystyczna była znakiem ikonicznym nie istniejącego jeszcze posągu? Czy może na odwrót: rzeźba, gdy już powstała, była zna­ kiem ikonicznym wcześniejszych marzeń arty­ sty? A może nie marzeń, lecz kobiety z krwi i kości, która wówczas, gdy Pigmalion wykuwał jej kształty, jeszcze nie istniała, bo przecież dopiero później Afrodyta na prośby zakocha­ nego artysty tchnęła życie w martwy kamień? Może wreszcie marzenie Pigmaliona było zna­ kiem ikonicznym nie posągu, który stworzył, lecz żywej Galatei, która życie zawdzięczała bogini miłości, a swój wygląd Pigmalionowi? Gdyby podobieństwo funkcji dwóch przed­ miotów uznać za podstawę ikoniczności, a ten z nich, który pełni rolę zastępczą, za znak ikoniczny, wówczas pastylkę nasenną trzeba by uznać za znak ikoniczny zmęczenia fizjologicz­ nego, bo wywołuje podobne reakcje organizmu, a kropla atropiny, wpuszczona do oka, stałaby się znakiem ikonicznym ściemniania się, bo tak jak i ono, powoduje rozszerzenie źrenicy. Wydaje się jednak, że poza obrębem takiej jak Morrisa, biologicznej koncepcji znaku, tego ro­ dzaju pojęcie ikoniczności byłoby mało przy­ datne. Każdy substytut, namiastkę, środek za­ stępczy trzeba by wówczas uznać za znak iko­ niczny. Prowadziłoby to za daleko: zastępca naczelnika byłby znakiem ikonicznym naczel­ nika, mrużenie oczu* przez krótkowidza byłoby znakiem ikonicznym jego patrzenia przez szkła korekcyjne, tzw. uruchomianie samochodu „na pych" byłoby znakiem ikonicznym użycia roz­ rusznika, a wspinanie się piechotą na piętnaste piętro byłoby znakiem ikonicznym jazdy windą (właśnie zepsutą). Wszak w powyższych przy­ kładach pierwszy człon każdej pary występuje w roli zastępczej w stosunku do drugiego, przy czym funkcja ich obu jest jednakowa. 153

Kto pamięta, iż powiedzenie, że coś jest zna­ kiem czegoś innego, ma charakter skrótowy i da się sprowadzić do postaci rozwiniętej — „w pewnej chwili ktoś używa czegoś jako zna­ ku czegoś innego” — ten w wielu wypadkach będzie skłonny zrezygnować z takiego pojęcia znaku ikonicznego, ldóre opiera się na zastęp­ czej roli znaku, a zarazem na zasadzie analogii funkcji spełnianej przez ten znak oraz przez to, czego jest on znakiem. Co się zaś tyczy samego podobieństwa, jako naturalnej więzi, która ma sprawiać, iż coś zostaje użyte jako znak ikoniczny czegoś doń podobnego, warto zapamiętać, iż istnieję poglą­ dy przeciwne. Według nich (Dąmbska, 1973:40) znak ikoniczny wraz z symbolem należy do klasy rzeczy denotujących na zasadzie konwen­ cji, a nie związku naturalnego. Podnosi się przy tym, iż niesłuszna jest opinia zaliczająca rzeźby, obrazy, a nawet mapy czy wykresy do znaków naturalnych i przeciwstawiająca je znakom konwencjonalnym, to jest symbolem. Samo po­ dobieństwo bowiem, izomorfizm czy homomorfizm — argumentują zwolennicy tego poglądu — zachodzące między dwoma przedmiotami nie czyni jednego z nich znakiem ikonicznym dru­ giego. Natomiast może ono motywować w spo­ sób naturalny konwencję semiotyczną nadają­ cą jednemu przedmiotowi funkcję przedstawia­ nia drugiego przedmiotu. Ale aby jakiś przed­ miot, np. obraz czy mapa, odwzorowywał inną rzecz, „musi być właśnie w tym celu kreowany lub obrany i interpretowany” (Dąmbska, 1973: 40), musi zostać na zasadzie konwencji przy­ porządkowany przedmiotowi przedstawianemu. „Gdy stwierdzam, że Piotr podobny jest do swego bliźniaka Pawła, albo, że wapienna skał­ ka pod Ojcowem podobna jest do maczugi Her­ kulesa, nie czynię pierwszego członu relacji podobieństwa znakiem ani też reprezentantem

154

drugiego [...]. Na obrazach Matejki roi się od podobizn współczesnych mu ludzi, ale postacie obrazu nie reprezentują ich wcale. Patrząc na Hołd pruski, widz w siedzącej na stopniach tro­ nu postaci w błazeńskiej czapce [...] «rozpoznaje« Stańczyka, a nie Józefa Szujskiego, do którego ta postać tak bardzo jest podobna. O tym bowiem, kogo dana postać obrazu przed­ stawia, decyduje konwencja przez malarza przyjęta lub zaproponowana i sugerowana perceptorowi [...]. Streszczając powiemy: fakt, że znaki bywają podobne do rzeczy oznacza­ nych. które prezentują, oraz to, że przy wybo­ rze lub wytwarzaniu znaku kierujemy się względem na to podobieństwo, nie zmienia kon­ wencjonalnego ich charakteru” (Dąmbska, 1973:39—40). Jak widać, zachodzi znaczna rozbieżność po­ glądów na temat tego, co to jest znak ikoniczny: według jednych jest on znakiem natural­ nym dzięki swemu podobieństwu lub analogii funkcji względem przedstawianej rzeczy, we­ dług innych — znakiem konwencjonalnym; by­ wa raz przeciwstawiany symbolowi, a kiedy indziej wespół z symbolami zaliczany do tej samej grupy. Sygnał

Przejdźmy z kolei do pojęcia, a raczej po­ jęć sygnału. Jest ich kilka. Wśród nich zaś wyodrębniają się dwie kategorie: tych, które zdefiniowano głównie ze względu na stosunek nadawcy do sygnału, oraz tych, przy których definiowaniu wzięto pod uwagę głównie stosu­ nek sygnału do jego odbiorcy. Do pierwszej grupy należy Morrisowskie po­ jęcie sygnału. Była już mowa o tym, że Morris przeciwstawiał je pojęciu symbolu (Morris, 1971:99—103, 125—128, 366). Sygnał — powia­ da— to tyle co nie-symbol, a więc, po pierw­

155

sze, nie został wytworzony przez interpreta­ tora, po drugie zaś, nie zastępuje innego znaku, z nim synonimicznego. Na przykład sygnałem jest puls, a słowo „puls” — symbolem. Sygnał nie ma — w związku z tym — charakteru konwencjonalnego, jest, zdaniem Morrisa, bar­ dziej niż symbol związany z okolicznościami towarzyszącymi jego wystąpieniu i bardziej godny zaufania jako wskaźnik. Słowo „puls", a więc symbol, może paść w każdych okolicz­ nościach, także i wówczas, gdy tętno ustało, np. w odniesieniu do zwłok; symbol wszak jest wytworem swego użytkownika. Tymczasem sam puls, a więc sygnał, zależy od krążenia krwi i od tego, czy człowiek lub zwierzę żyje; wreszcie może zostać użyty w roli sygnału tylko wówczas, gdy znajduje się w zasięgu na­ szego postrzegania. Natomiast i sygnał, i sym­ bol — twierdzi Morris — są w tym podobne, że — będąc znakami — wywołują takie sa­ me nasze zachowania. Zarówno więc wtedy, gdy usłyszymy, że krople deszczu padają na dach, jak wtedy, gdy usłyszymy słowa „deszcz pada”, zachowamy się tak samo: albo zrezyg­ nujemy z wyjścia na dwór, albo, wychodząc, sięgniemy po parasol. Jak widać, według Morrisa sygnały są to znaki pozbawione jakiejkolwiek świadomej in­ gerencji ze strony nadawcy. Tymczasem nie­ którzy inni badacze, chociaż zgadzają sic z Morrisem, że sygnał ma charakter oznaki na­ turalnej, to jednak skłonni są uważać, że różni się on od pozostałych oznak naturalnych, zwa­ nych symptomami, obecnością jakiegoś urzą­ dzenia czy przyrządu sygnalizacyjnego, ten zaś został zainstalowany przez człowieka. Oto Mul­ der i Hervey analizują przykład czajnika z gwizdkiem: z jednej strony, przyczyną gwizda­ nia jest coś naturalnego, samo wrzenie wody, z drugiej jednak strony, występuje tu pewien

156

element sztuczny; wszak czajnik tylko wtedy będzie gwizdał na skutek wrzenia w nim wodyr gdy uprzednio wmontujemy weń gwizdek (Mul­ der, Hervey, 1971:329). Dylemat ten rozwiązują wspomniani autorzy powołując się na fakt, iż relacja między wrzeniem wody a gwizdaniem jest naturalna, mianowicie przyczynowa. We­ dług nich zaś właśnie naturalność relacji, a nie jej członu będącego znakiem, decyduje o natu­ ralności tego ostatniego. Dlatego rozpatrywane„urządzenie sygnalizacyjne” zostało przez nich zaliczone do oznak naturalnych. Czajnik — po­ wiadają oni — który raz zaopatrzono w gwiz­ dek, co było jedynym sztucznym elementem w całej sprawie, nie może sygnalizować nic inne­ go, jak to tylko, iż woda się w nim gotuje; chyba że wprowadzimy dodatkowo jakąś inną, specjalną umowę. Ponadto — zauważają — aby wywnioskować, że woda się gotuje, nie musimy znać żadnych konwencji, lecz jedynie fakt doświadczalny, polegający na tym, iż para, po­ wstała na skutek wrzenia wody, przeciskając się przez szczelinę gwizdka, powoduje gwizda­ nie. Nie miejsce tu na dyskutowanie poszczegól­ nego przykładu. Zanotujmy wszelako, że wy­ stąpiła w nim świadoma ingerencja nadawcy sygnału. Za nadawcę zaś uważamy w tym wy­ padku nie tylko producenta, który zaopatrzył czajnik w gwizdek, lecz i tego, kto taki właśnieczajnik kupił i teraz korzysta z urządzenia syg­ nalizacyjnego. Fakt wystąpienia świadomej ingerencji na­ dawcy sygnału został uwzględniony w innej jego koncepcji (Dąmbska, 1973:35—45). We­ dług niej sygnały należą wprawdzie do oznak, ale do oznak zaprojektowanych, mających swe­ go nadawcę. Za oznaki zaś uważa się w tym wypadku zdarzenia i stany rzeczy informujące o zachodzeniu innych procesów lub stanów rze­ 157

czy; informującej w ten sposób, że albo na ich zachodzenie wskazują, albo je postulują. Otóż oznaki zaprojektowane są — z tego stano­ wiska — komunikatami, a wśród komunika­ tów wylicza się właśnie sygnały, oprócz nich zaś np. wypowiedzi językowe i modele. Wszyst­ kie one są konwencjonalne, w odróżnieniu od symptomów, to jest oznak pozbawionych na­ dawcy, nie zaprojektowanych i np. pozostają­ cych w związku przyczynowym z tym, o czym informują (Dąmbska, 1973:35—45). Do drugiej kategorii pojęć sygnału należą te, które zdefiniowano głównie ze względu na sto­ sunek sygnału do jego odbiorcy. Za sygnały uchodzą w tej grupie znaki wywołujące reakcje i zachowania tego, kto je zobaczy, usłyszy czy w jakikolwiek inny sposób postrzeże. Niekiedy zamiast odróżniać sygnał od po­ zostałych rodzajów znaków, odróżnia się funkcję .sygnalizowania, spełnianą przez znaki, od in­ nego rodzaju ich funkcji. Tak czyni Karl Lud­ wig Biihler (1965), językoznawca, filozof i psy­ cholog austriacki, który znakowi językowemu przypisuje trzy funkcje: sygnału, symptomu i symbolu. Jako sygnał, wyrażenie apeluje, zwraca się do słuchacza i kieruje jego reakcja­ mi wewnętrznymi i zachowaniami, niby syg­ nalizacja świetlna na skrzyżowaniu ulic, regu­ lująca ruch kołowy i pieszy. Zarazem zaś jako symptom odsłania ono przeżycia mówiącego, a jako symbol przyporządkowane jest pewnym przedmiotom i stanom rzeczy. Zauważmy: funkcja sygnalizowania przysłu­ guje tu wyrażeniom języka, te zaś w normal­ nej sytuacji porozumiewania się mają swego świadomego nadawcę. Stąd sygnałami są dla Buhlera — na odwrót niż według Morrisa czy Muldera i Harveya — znaki konwencjonalne, świadomie nadawane, będące symbolami, mo158

gące zastępować inne wyrażenia i wywołujące takie same jak one reakcje w odbiorcy. Gdy pojęcie sygnału definiuje się ze względu: na relację sygnał—odbiorca, tak jak czynił to Bühler, niekoniecznie znaki konwencjonalne, czy nawet szerzej: znaki nienaturalne, uznać wypada za sygnały. Oto np. w naukach biolo­ gicznych zachowanie sygnalizacyjne uważa się niekiedy za szczególny wypadek skondensowa­ nego bodźca, wytworzonego przez dany orga­ nizm. I tak, jak z reguły w wypadku bodźców, stwierdza się, że ilość energii włożonej w to za­ chowanie jest mniejsza od ilości energii wyzwo­ lonej wówczas, gdy inne osobniki zareagują na bodziec sygnalizacyjny, to jest, odbiorą zawartą w nim informację, spostrzegłszy fizyczne nośni­ ki, którymi została ona przekazana (Carpenter,. 1969:44). Mamy tu — jak się wydaje — do czynienia z takimi zachowaniami sygnalizacyj­ nymi, czy krótko — z sygnałami, które, nie­ kiedy przynajmniej, nie są umyślnie, ani nawet świadomie nadawane przez organizm sygnali­ zujący; np. ze zjeżeniem się sierści'u niektórych ssaków, zaczerwienieniem się modzeli siedzenio­ wych u niektórych małp czy puszeniem się u ptaków. Również według Pawłowa pojęcie sygnału jest związane z pojęciem bodźca, i to nawet w dwojaki sposób, mianowicie: bodźce warunko­ we są sygnałami bezwarunkowych oraz, na od­ wrót, sygnały są bodźcami uwarunkowanymi przez to, co sygnalizują. Gdy więc np., ilekroć podajemy psu jedzenie, tylekroć przez pewien czas uderzamy w gong, to po kilku lub kilku­ nastu eksperymentach dźwięk gongu, będący w tym wypadku bodźcem warunkowym, staje się sygnałem bodźca bezwarunkowego — po­ karmu, jego zapachu i wyglądu. Zarazem jed­ nak ów sygnał, dźwięk gongu, jest bodźcem uwarunkowanym przez bodziec w postaci po­ 159

jawienia się pokarmu (Pawłów, 1951). Według tego poglądu przedmiot pewnego typu (A) sta­ je się dla danego osobnika w określonym czasie sygnałem innego przedmiotu (B), zawsze i tyl.ko wówczas gdy: (B) wywołuje w tym osobniku ¿reakcję bezwarunkową, natomiast (A) takiej ¿reakcji dotychczas nie wywoływał, lecz zaczął ją wywoływać po pewnym okresie nauki, pole­ gającej na tym, że osobnik ten ileś tam razy jednocześnie reagował na (A) i (B). Do kategorii pojęć sygnału, zdefiniowanych głównie ze względu na relację sygnał—odbiorca, należy również pojęcie scharakteryzowane w następujący sposób: „Gdy egzemplarz znaku mechanicznie lub ze względu na konwencję wy­ zwala pewną reakcję w odbiorcy, wówczas mó­ wi się, że funkcjonuje jako sygnał” (Sebeok, 1976:121—124). Sformułowanie to poparto przy­ kładami okrzyku „idź” i wystrzału z pistoletu startowego, wyjaśniając, że sygnałów dostarcza m.in. natura, że mechaniczne wywołanie re­ akcji uważa się za naturalne, konwencjonalne zaś — za sztuczne, oraz że odbiorcą sygnału może być zarówno organizm, jak maszyna. Konsekwencją tej koncepcji jest — jak się wydaje — to, iż każdy egzemplarz znaku, ode­ brany przez kogoś, szerzej — przez jakiś orga­ nizm, działa jako sygnał, gdyż skoro został ode­ brany, tym samym wywołał jakąś reakcję w odbiorcy. Gdy odbiorcami są człowiek lub zwierzęta, reakcja ta polega przy­ najmniej na postrzeżeniu znaku. Gdy jako od­ biorca występuje organizm roślinny — a od koncepcji znaku zależy, czy roślina może być jego odbiorcą — to wówczas reakcja ta sprowa­ dza się do wzmożenia, przyspieszenia, osłabie­ nia czy zahamowania jakichś zachodzących w tym organizmie procesów. Tylko wówczas, gdy odbiorcą jest maszyna, można ją tak skonstru­ ować, aby na pewne manipulacje należące do •160

kategorii znaków nie reagowała jako na sygna­ ły. Na przykład tak się rzecz ma z kalkulato­ rem, gdy za jego pomocą próbujemy dzielić przez 0, które skądinąd jest w tym systemie znakiem. Można się jednak spierać o to, czy i w tym wypadku występuje ono jako znak, oraz utrzymywać, że „dla kalkulatora” znakiem jest to tylko, co jest sygnałem, to znaczy, co powoduje wykonanie przezeń działania. O ile definiowanie sygnałów ze względu na ich stosunek do odbiorcy okazuje się przydatne w naukach przyrodniczych i przeważnie w technice, o tyle nauki humanistyczne, konstru­ ując pojęcie sygnału, częściej korzystają z re­ lacji nadawca—znak. Mówi się więc, że sygna­ łami są zaimki, z uwagi na swą funkcję wska­ zywania, a nawet wszelkie znaki dźwiękowe mowy, z uwagi na to, iż wyrażając treści psy­ chiczne mówiącego i wywołując takież treści u słuchacza, służą do porozumiewania się (Go­ łąb, Heinz, Polański, 1968:550). Niekiedy zakres pojęcia sygnału ulega zwężeniu, jak np. w ta­ kiej definicji: „Sygnał jest to zjawisko sztucz­ nie wywołane, którego stwierdzenie, pierwot­ nie w łączności z uprzytomnieniem sobie treści pewnej konwencji, a później samo, prowadzi osoby znające odnośną konwencję do wniosku o zachodzeniu innego zjawiska lub do pewnego postanowienia. Konwencja zaś, o której wyżej mowa, to przyrzeczenie pewnych osób, że wy­ wołają zjawisko będące sygnałem tylko wtedy, gdy zachodzić będzie również zjawisko sygnali­ zowane (którym może być również czyjś roz­ kaz)” (Ajdukiewicz, 1960:102—103). Przytoczo­ na charakterystyka sygnałów pasuje zwłaszcza do takich wypadków, jak bicie w dzwony na Anioł Pański, gdy na zegarze wybije okrc’.ona godzina, czy uderzenie w gong na polec- nie in­ spicjenta teatralnego. 11 Wstęp do semiotyki

161

Jak widać, sygnał jest tutaj znakiem kon­ wencjonalnym, sztucznie wywołanym, mają­ cym swego określonego nadawcę. Znaczna więc rozbieżność zachodzi między poszczególnymi pojęciami sygnału. Według jednego poglądu sygnały mają charakter naturalny, według drugiego — konwencjonalny; według jednego pozbawione są nadawcy, według drugiego są przez kogoś umyślnie wywołane; według jed­ nego — o tym, czy coś jest sygnałem, decyduje jego stosunek do odbiorców, według drugiego — relacja nadawca—sygnał. Które rozumienie słowa „sygnał” przeważa, jeśli abstrahować od użyć specjalnych, np. w neurofizjologii czy telekomunikcji? Naj­ częściej bodajże i najpowszechniej skłonni jes­ teśmy nazywać sygnałami znaki spełniające dwa zarazem warunki: ten, że zostały przez ko­ goś umyślnie i świadomie nadane, oraz ten, że wywołują czyjeś działanie lub zachowanie. Ściślej, użycie czegoś jako sygnału, użycie syg­ nalizacyjne, jest to użycie czegoś przez kogoś w tym celu, aby odbiorca znaku zachował się tak a tak bądź tak a tak działał. Między inny­ mi więc mówienie bywa najczęściej używaniem wyrażeń jako sygnałów, mianowicie jako zna­ ków mających wywołać określone reakcje słu­ chacza: zrozumienie wypowiedzi, pomyślenie o tym, co nadawca ma na myśli, wreszcie okre­ ślone zachowanie językowe, np. udzielenie od­ powiedzi, oraz pozajęzykowc, np. zgodę na coś. powstrzymanie się od działania czy też wykona­ nie pewnej czynności. Choć same sygnały bywają zarówno zjawis­ kami naturalnymi, np. to, że się ściemniło, ja­ ko sygnał, żeby zapalić światło, jak też zdarze­ niami nienaturalnymi, m.in. zaś konwencjonal­ nymi, np. wywieszenie białej flagi na znak kapitulacji, to jednak relacja między sygnałem a sygnalizowanym stanem rzeczy ma — przy 162

tym najpowszechniejszym pojmowaniu sygna­ łów — zawsze charakter konwencjonalny. W związku z tym zjawiska przyrody, użyte jako sygnały, są naturalne w jednym ze zna­ czeń tego słowa, mianowicie ze względu na swą genezę, nienaturalne zaś w drugim znaczeniu, mianowicie z uwagi na to, że człowiek uczynił je świadomie i celowo jednym z członów usta­ nowionej przez siebie konwencji. I wschód słońca jako sygnał natarcia, i to, że się ściem­ niło •— z wymienionego wyżej przykładu — są czymś naturalnym w pierwszym znaczeniu: ża­ den człowiek ich nie wytworzył ani nie wywo­ łał. Ale na skutek tego, że posłużył się nimi jako sygnałami, stał się w pewnym sensie ich sprawcą; nie tego wprawdzie, że wzeszło słoń­ ce, ale tego, że wschód słońca wystąpił w roli sygnału; nie tego wprawdzie, że się ściemniło, ale tego, iż zapadnięcie zmroku wystąpiło w roli sygnału. Ten rodzaj sprawstwa sprowadza się do odegrania roli nadawcy. I rola ta jest taka sama wówczas, gdy nadawca sięga po wytwór przyrody i używa go jako sygnału, jak wtedy, gdy sięga po wytwór innych ludzi i używa go jako sygnału. W obu wypadkach korzysta z cudzych dzieł: jest nadawcą, lecz nie auto­ rem. Niekiedy zaś bywa też autorem, twórcą nada­ wanego sygnału — jak kiedy się uśmiecha albo kiwa głową na znak zgody. Symbol

Pozostaje do omówienia pojęcie symbolu, a ściślej jego pojęcia. Słowo „symbol” jest bo­ wiem wieloznaczne. Mówi się więc o symbolach w sztuce i w religii, w poezji i w prozie, w lo­ gice i w matematyce, w chemii i w fizyce; mó­ wi się o symbolicznej złotówce w procesach są­ dowych i o rózgach liktorskich jako symbolu u*

163

władzy urzędnika. Jak wspomnieliśmy, można nawet spotkać pogląd, że człowiek to animal symbólicum, stworzenie — w odróżnieniu od innych — władające symbolami (Cassirer, 1923—1929, 1944). W ększość poglądów w sprawie pojęcia sym­ bolu pozostaje w zgodzie z tym, co napisał o nim Peirce, który scharakteryzował sym­ bol jako „wyznaczony przez swój przedmiot dzięki większemu czy mniejszemu prawdopo­ dobieństwu, że znak ten będzie się — na mocy obyczaju — uznawało za oznaczający ów przed­ miot” (Peirce, 4.531). Albo, innymi słowy, jako znak, który swą funkcję reprezentowania za­ wdzięcza istnieniu reguły wyznaczającej jego interpretant, czyli znaczenie; i dodawał: „wszel­ kie słowa, zdania, książki i inne znaki kon­ wencjonalne są symbolami” (Peirce, 2.292). Zwracał też uwagę na to, że symbole się roz­ rastają, rozwijają ze znaków innego rodzaju, zwłaszcza z ikonicznych bądź mieszanych, ikoniczno-symbolicznych. Uważał, iż nasze myśle­ nie ma charakter znakowy: „myślimy wyłącz­ nie za pomocą znaków”, których natura jest mieszana; ich część symboliczna to pojęcia (Peirce, 2.300). Również Morris kładł nacisk na konwencjo­ nalny charakter symbolu oraz na to, że „sym­ bole w końcu pociągają za sobą znaki ikoniczne, te zaś — wskaźniki” (Morris, 1971:38). Cho­ dziło tutaj o rzecz następującą: aby sformuło-wać regułę semantyczną użycia danego sym­ bolu, możemy posłużyć się innymi symbolami, jak to normalnie bywa w definicjach nominal­ nych, np.: „słowo «koniektura» znaczy tyle, co zwrot «odtworzenie brakujących fragmentów uszkodzonego tekstu»”; : raczenie słowa figuru­ jącego w członie określa, ym, czyli w definiendum~, przekładają one r.i łączne znaczenie wy­

164

rażeń, które stanowią definiens, czyli człon określający. Możemy też jednak niekiedy o zna­ czeniu symbolu definiowanego powiadomić przez pokazanie jednego z przedmiotów, do któ­ rych się ten symbol odnosi. Ów pokazany przedmiot występuje wówczas w roli znaku ikonicznego podobnych do niego obiektów, sam zaś gest wskazujący — w roli wskaźnika. Trzeba pamiętać, że w sformułowaniach tych pojęcie symbolu występuje jako sprzeczne względem pojęcia znaku ikonicznego, w tym bowiem wcześniejszym okresie Morris uważał, iż symbol to po prostu znak nieikoniczny. Jed­ ne zaś i drugie, to jest symbole wraz ze znaka­ mi ikonicznymi, zaliczał do znaków charakte­ ryzujących, które przeciwstawiał znakom wska­ zującym. Znaki charakteryzujące — jak wy­ jaśniał — spełniają swą funkcję w dwojaki spo­ sób. Mianowicie charakteryzują te rzeczy lub zdarzenia, do których się odnoszą, albo na sku­ tek tego, że samymi sobą, swym własnym wy­ glądem, budową czy brzmieniem uzewnętrznia­ ją cechy oznaczanych przedmiotów, albo też czynią to tak, jak wyżej opisano, to jest za pomocą definicji. Pierwsze są znakami ikonicz­ nymi, drugie symbolami. Przykładów tych ostatnich dostarczają wyrażenia języka (Morris, 1971:31 i 37—38). W późniejszym okresie pojawia się w pis­ mach Morrisa nieco inne pojęcie symbolu, po­ krewne poprzedniemu, lecz nieidentyczne. Mia­ nowicie symbol zostaje przeciwstawiony sygna­ łowi, a nie — jak dawniej — znakowi ikonicznemu. Co więcej, dopuszcza się nawet znaki ikoniczne jako podzbiór symboli, nazywając je symbolami ikonicznymi. Nadal jednak w roli przykładów symbolu występują na pierwszym miejscu wyrażenia językowe. I nadal zwraca się uwagę na to, że symbol jest równoznaczny, czyli synonimiczny, z innymi znakami. W 165

związku z tym — jest to nowe spostrzeżenie — wspomina się o zastępczym charakterze sym­ bolu. Mianowicie zastępuje on właśnie owe zna­ ki, z nim równoznaczne. A wobec kogo zastępu­ je? Wobec organizmu. Morris bowiem stanął wtedy na gruncie biologicznej teorii znaku. Organizm więc — niekoniecznie ludzki — wy­ twarza symbole, to jest znaki, które kierują jego zachowaniem, pożytecznym z biologiczne­ go punktu widzenia. Kierując zaś zachowaniem, zastępują inne znaki, znaczące to samo co ów symbol. Na przykład szyld nad sklepem, zło­ żony’ z napisów, może tak samo pokierować za­ chowaniem przyszłego klienta jak towary na wystawie, których nazwami są owe napisy-symbole. Nazwa artykułu spożywczego, uwi­ doczniona na szyldzie sklepowym, skłoni klien­ ta do wejścia, jeśli jego organizm zmierza do zaspokojenia swych potrzeb biologicznych, w tym wypadku głodu. Nazwa ta jest symbolem. Artykuł spożywczy, np. szynka, gdyby leżała na wystawie, byłaby znakiem równoznacznym z owym symbolem, mianowicie znakiem ikonicznym tych szynek, od których uginają się półki w sklepie. I słowo „szynka”, a więc sym­ bol, i sama szynka na wystawie, jej widok, będąca znakiem ikonicznym szynek sprzedawa­ nych w sklepie, jednakowo pokierują zachowa­ niem klienta albo i reakcją jego organizmu. Zarówno gdy przeczyta słowo „szynka”, jak gdy zobaczy ją na wystawie, spowoduje to in­ tensywniejsze wydzielanie się śliny i soków żo­ łądkowych. Ów znak zastępowany przez symbol nie mu­ si być znakiem ikonicznym. Na przykład notat­ ka sporządzona z rozmowy zastępuje równo­ znaczne wypowiedzi, z których się ta rozmowa składa, te zaś są znakami symbolicznymi. I no­ tatka, i sama rozmowa wywołują jednakowe w pewnym zakresie zachowania odbiorcy, np. jego 166

myśl albo to, że przedsięweźmie jakieś działa­ nie lub się odt, jakiegoś działania powstrzyma. Z kolei również sam symbol, a więc znak za­ stępujący, może mieć charakter ikoniczny. Na przykład narysowany czy wyrzeźbiony krzyż jest — powiada Morris (1971:101—102) — sym­ bolem ikonicznym oryginalnego krzyża; ikonicznym, gdyż do niego podobnym; symbolem zaś, gdyż, po pierwsze, w kierowaniu naszym zachowaniem zastępuje tamten swój oryginalny równoznacznik; po drugie, ów krzyż oryginalny też jest znakiem, mianowicie ukrzyżowania Chrystusa; oba wyrażają lub wzbudzają uczu­ cia religijne wierzących chrześcijan. Nie zawsze wszelako znak będący wytworem swego interpretatora zakwalifikujemy jako symbol. Na przykład kot nie wytworzy — zda­ niem Morrisa — symbolu, kiedy, poddany eks­ perymentom w stylu Pawłowa, przyciśnie łap­ ką wyłącznik i spowoduje zapalenie się żarów­ ki, której światło zwykle stanowi dlań znak, że pokarm już czeka. Nie wytworzy zaś sym­ bolu, bo w tym wypadku ta zapalona żarówka nie zastępuje innego znaku. We wszystkich tych przykładach powtarza się to, iż symbol jest znakiem wytworzonym przez swego interpretatora lub — jak się wy­ raża Morris — że wymaga on działań lub sta­ nów czyjegoś organizmu, dostarczających te­ mu organizmowi znaku, który zastępuje jakiś inny, z nim, to jest z symbolem, synonimiczny, czyli tak samo kierujący zachowaniem. I to jest pierwszy wzgląd, pod którym symbol róż­ ni się-od sygnału: ten ostatni nie został wy­ tworzony przez swego interpretatora. Durgi wzgląd, pod którym się różnią, jest ten, iż syg­ nał nie zastępuje innego równoznacznego z nim znaku. Symbol więc, jako wytworzony przez swego interpretatora, jest — zauważa Morris — bardziej od sygnału autonomiczny i konwen­ 167

cjonalny, gdyż bardziej niż on niezależny jest od okoliczności zewnętrznych. Poza tym użycie czegoś jako symbolu ma charakter arbitralny, w dużej mierze zależy od woli nadawcy: nie jest on — ów nadawca czy, jak go nazywa Morris, interpretator — skrępowany w do­ borze znaków, które zastępować będą inne zna­ ki (Morris, 1971:100—102 oraz 367). Ten konwencjonalny charakter nie przez wszystkich bywał symbolowi przyznawany. Na przykład „F. de Saussure w odniesieniu do fak­ tów językowych woli używać terminu znak, którego podstawową cechą jest arbitralność w stosunku do rzeczy oznaczanej” (Gołąb, Heinz, Polański, 1968:552), uważa bowiem, iż „między symbolem a rzeczą symbolizowaną istnieje pewna namiastka związku naturalnego (por. waga jako symbol sprawiedliwości)”. Jak widać, na tę decyzję terminologiczną wpłynęła po części wieloznaczność słowa „symbol”. Oto spostrzeżono (Dąmbska, 1973:35—45), że jeżeli za symbol uważa się pewną rzecz, skon­ struowaną lub obraną po to, by pełniła funkcję semantyczną oznaczania, słowem, jeśli symboi traktuje się jako znak denotujący, który jest elementem komunikatu, czyli oznaki informu­ jącej i zaprojektowanej, oznaki mającej swego nadawcę, to wówczas funkcja denotowania, oznaczania, przysługuje mu na mocy konwen­ cji. Natomiast jeżeli za symbol uważa się taki przedmiot, który „przez swoje własności od­ słania i uobecnia podmiotowi [...] pewną dzie­ dzinę egzystencjalną, w szczególny sposób war­ tościową w jego indywidualnym przeżyciu”, to „tak rozumiany symbol uzyskuje funkcję semantyczną nie na zasadzie konwencji, lecz na zasadzie metafory” (Dąmbska, 1973:44). W tym drugim wypadku chodzi o symbolikę snów i przeżyć, o symboliczne ujmowanie świata i o symboliczny charakter poezji czy mitu. Pod­ 168

czas gdy pierwsze z dwóch wymienionych pojęć symbolu występuje w nauce, technice, prze­ myśle i przeważnie w języku naturalnym, dru­ gie znajduje zastosowanie w sztuce, poezji, religii, w dziedzinie „operacji subiektywnych po­ znawczego ujmowania świata, w zakresie egzy­ stencjalnych doświadczeń rzeczywistości oraz w zakresie czystej ekspresji” (Dąmbska, 1973: 44). Przykładami symboli pierwszego rodzaju są wyrażenia mowy, symbole logiczne, mate­ matyczne i chemiczne, czarny strój i chorągiew opuszczona do połowy masztu — na znak żało­ by; ale także ryba jako symbol pierwszych chrześcijan czy narysowany przekreślony pa­ pieros jako symbol zakazu palenia. Przykłada­ mi zaś symboli drugiego rodzaju są: sosna roz­ darta w Ludziach bezdomnych Żeromskiego, kielich napełniony winem w liturgii chrześci­ jańskiej czy pies na grobowcu Królowej Jad­ wigi w Katedrze Wawelskiej. Jak widać, wśród symboli pierwszego rodza­ ju odróżnia się — według omawianej obecnie koncepcji — dwa gatunki. Do pierwszego na­ leżą znaki nieikoniczne; takim jest np. symbol mnożenia w arytmetyce. Do drugiego zaś ga­ tunku zalicza się te symbole, które „poza przy­ pisaną im przez konwencję funkcją semantycz­ ną symbolizowania same coś jeszcze przedsta­ wiają”; takim jest np. znak ikoniczny w atla­ sie przedstawiający samolot, zarazem zaś bę­ dący symbolem lotniska. Symbole nieikoniczne, między innymi więc wyrazy mowy i symbole logiczne, wskazują czy przedstawiają w sposób pojęciowy. Natomiast symbole ikoniczne — w sposób unaoczniający. I jedne, i drugie wszela­ ko funkcję swą spełniają na zasadzie konwen­ cji. I jedne, i drugie są zazwyczaj „emocjonal­ nie neutralne, wprowadzone do użytkowania dla celu usprawnienia pewnych operacji po­ znawczych, lepszego komunikowania infor­ 169

macji, łatwiejszego przeprowadzenia rozumo­ wań” (Dąmbska, 1973:37—39). Natomiast zwłaszcza wśród symboli opartych na metaforze — i dodajmy, nie tylko na meta­ forze — wśród symboli spotykanych w sztuce, w poezji i religii, nierzadko zdarzają się takie, które, oprócz tego, że oznaczają jakieś przed­ mioty, służą „równocześnie sygnalizowaniu pewnych wartości i wzbudzaniu odpowiedniego aksjologicznego przeżycia” (Dąmbska, 1973/37). Przy tym ów charakter neutralny czy aksjo­ logiczny symboli nie zawsze bywa związany z rodzajem przedmiotów występujących w ich roli. Dobrym przykładem jest wspomniana już ryba, symbol pierwszych chrześcijan: jej wizerunek to znak ikoniczny jako podobizna ryby; konwencja, według której znakowi temu jako symbolowi przyporządkowano chrystianizm, polega na tym, iż litery greckiej nazwy ryby, ichthys, stanowią skrót zwrotu „Iessous Chrislos Theou Hyos Soter” — „Jezus Chry­ stus, Syn Boga, Zbawiciel”: na koniec symbol ten wyrażał przekonania i wzbudzał przeżycia aksjologiczne. Pokrewnego przykładu dostar­ cza wizerunek kotwicy w kształcie nałożonych na siebie liter „P” i „W”, symbol Polski wal­ czącej, widniejący na murach domów podczas drugiej wojny światowej. Przykłady ryby i kotwicy wskazują, że za­ miast o znakach ikonicznych i symbolach bar­ dziej wskazane byłoby mówić o funkcjach ikonicznej, symbolicznej i innych tego samego zna­ ku. Tak właśnie w odniesieniu do wyrażeń mo­ wy czynił wspomniany już Karl Buhler, który symbolizowanie uważał — obok funkcji symp­ tomu i sygnału — za jedną z trzech funkcji znaku językowego i charakteryzował jako przy­ porządkowanie go pewnym rzeczom oraz pew­ nym stanom rzeczy (Buhler, 1965). Wśród symboli opartych na konwencji roz­ 170

różnią się niekiedy trzy kategorie (Mulder i Hervey, 1971:324—338). Pierwszą z nich re­ prezentuje biała chorągiew jako symbol kapi­ tulacji; czy dowolne wyrażenia języka etnicz­ nego, nazwa „stół” lub zdanie „Nadchodzi lato”, jako symbole przedmiotów bądź zdarzeń albo stanów rzeczy. Związek symbolu z tym co prze­ zeń symbolizowane zależy tu — według tej koncepcji — całkowicie od ustalonych konwen­ cji, przyjętych w systemie, do którego dany symbol się zalicza. Drugą kategorię symboli reprezentują te, których związek z tym co symbolizowane wy­ znaczają po części wspomniana poprzednio kon­ wencja, po części zaś konwencja przyjęta z myślą o jednym wypadku albo o jednym zbiorze wypadków. Przykładu dostarcza użycie imienia własnego „Jan” w odniesieniu do tego a tego mężczyzny. Konwencja ogólna decyduje, że „Jan” to w ogóle imię męskie, osobna zaś konwencja stanowi, że jest ono symbolem odno­ szącym się do tego oto Jana. Tego rodza­ ju symbole niekiedy bywają — w odróżnieniu od innych — nazywane symbolami właściwy­ mi. Trzecią kategorię symboli stanowią tzw. symbole doraźne, to jest całkowicie zależne od konwencji przyjętej ad hoc, nie wspomaganej żadną konwencją powszechnie uznawaną. Przy­ kładem może tu być nazwanie imieniem „Jan” źródła wody mineralnej w Krynicy albo kopalni węgla na Śląsku (porównaj Mulder, Hervey, 1971). Do drugiej i trzeciej z wymienionych wyżej kategorii symboli należą imiona własne. Nie­ którzy charakteryzują je jako znaki całkiem arbitralnie przyporządkowane temu, co nazy­ wają. Całkiem arbitralnie, to jest nie z uwagi na cechy przedmiotów, zdarzeń lub zjawisk, których imiona te są mianami (Sebeok, 1976: 171

138—140). Skutkiem tego owe' przedmioty, zda­ rzenia czy zjawiska noszące to samo imię nie mają istotnych cech wspólnych, tak jak nie mają ich mężczyzna imieniem Jan, woda kolońska „Jan”, woda mineralna „Jan”, kopalnia „Jan” i dom wczasowy „Jan”. W oczach zwo­ lenników tego poglądu na tym właśnie ma po­ legać różnica między imieniem własnym a sym­ bolem. Ten ostatni, np. słowo „koń”, choć także oparty na konwencji, odnosi się do pewnej kla­ sy, której każdemu elementowi przysługuje taki sam charakterystyczny zbiór cech, przesą­ dzający o tym, że zgodnie z obyczajem języko­ wym mamy prawo to a to nazwać koniem (Sebeok, 1976:134—138). Jednakże według innych poglądów zarówno imiona własne, jak pospolite są symbolami; są zaś nimi z uwagi na swój konwencjonalny charakter. W związku z tym można więc powiedzieć, że wymienione trzy kategorie symboli — takie jak biała chorągiew, takie jak imię mężczyzny „Jan” i takie jak nazwa firmowa wody kolońskiej „Jan” — łączy to, iż oparte są, jak się potocznie powiada, na relacjach konwencjonal­ nych. Same zaś symbole mogą być albo bytami naturalnymi w jednym z wyróżnionych tu zna­ czeń, jak np. gdy wschód słońca czy księżyc w nowiu stają się symbolem odrodzenia moral­ nego, rozpoczynającej się epoki, powstawania wartości bądź napływu świeżych młodych sił, albo też bytami nienaturalnymi, jak wspomnia­ na biała flaga, symbol kapitulacji. W każdym jednak razie symbole są to — w takim ujęciu — znaki konwencjonalne. Nie wszyscy się z tym zgadzają, Wallis, 1977: 91—99). Powiadają mianowicie — podobnie jak dawniej de Saussure — co innego symbol, a co innego znak umowny. Można np. spotkać ta­ kie oto stanowisko: „Przez symbol rozumiem 172

przedmiot spostrzegalny zmysłowo, istniejący w przyrodzie lub wytworzony przez człowieka, który wywołuje w odbiorcy myśl o przedmio­ cie innym niż on sam — przedmiocie spostrzegalnym, częściowo spostrzegalnym lub niespostrzegalnym zmysłowo — fizycznym lub psy­ chicznym, rzeczywistym lub fantastycznym, konkretnym lub abstrakcyjnym, empirycznym lub transcendentnym — nie na podstawie po­ dobieństwa wyglądu, jak znak ikoniczny, i nie na podstawie zwyczaju lub umowy, jak znak umowny, lecz na podstawie jeszcze jakiejś in­ nej, często trudno uchwytnej więzi między nim a przedmiotem przezeń symbolizowanym” (Wallis, 1977:91). Według tego poglądu więź ta czasem polega na analogii, czasem na metonimii, czasem na metaforze, czasem „wreszcie symbolem pewnej cechy jest dla nas przedmiot posiadający tę cechę w stopniu wybitnym” (Wallis, 1977:92). Jako przykład symbolu opar­ tego na analogii występuje ścieranie się świat­ ła z ciemnością reprezentujące walkę Dobra ze Złem. Symbolem opartym na metonimii jest koło zębate, reprezentujące świat techniki, któ­ rego jest częścią. Z symbolem metaforycznym mamy np. do czynienia w jednym z filmów Eisensteina: zardzewiała maszyna do pisania ma przywodzić na myśl biurokrację. Wreszcie lew jest symbolem siły, gdyż cechę tę posiada w stopniu wybitnym. Sfilmowana zardzewiała maszyna do pisania czy wizerunek lub rzeźba przedstawiająca lwa są znakami ikonicznymi; podczas gdy sama maszyna czy sam lew to symbol. Mamy więc w tym wypadku do czy­ nienia z reprezentacją dwustopniową: symbo­ liczny znak ikoniczny odnosi się do symbolu, ten zaś symbolizuje pewną rzecz, cechę, zda­ rzenie lub zjawisko. Ów znak symboliczny mo­ że być umowny. Takim znakiem jest wyraże­ nie „złoty róg” z Wesela Wyspiańskiego, ozna­ 173

czające przedmiot, złoty róg, który pełni funkcję symbolu. W obrębie tej koncepcji (Wallis, 1977:91—99) zwraca się uwagę na to, iż to co symbolizowa­ ne — zwykle bywa znacznie donioślejsze od przedmiotu symbolizującego, np. sprawiedli­ wość od wagi, i że aby jakiś przedmiot stał się symbolem, ktoś musi go w swej myśli sym­ bolem uczynić, tak jak Malczewski w Marii robaka lęgnącego się w bujnym kwiecie uczy­ nił symbolem śmierci. I niekiedy ów symbol pozostaje monosubiektywny, to znaczy pozostaje „wyłączną własnością wewnętrzną jed­ nostki”, która go stworzyła. Niekiedy zaś staje się intersubiektywny, to znaczy zostaje prze­ jęty przez węższy lub szerszy krąg użytkowni­ ków. Tak bywa z symbolami religijnymi czy narodowymi. To właśnie te ostatnie, będące własnością zbiorowości — jak gołąb, symbol pokoju — są, według omawianego poglądu, najbliższe znakom umownym. Zauważa się jed­ nak (Wallis, 1977:93), iż dany znak umowny można zastąpić każdym innym znakiem, np. „x” jako znak mnożenia — kropka pod­ czas gdy z symbolami intersubiektywnymi rzecz się ma inaczej. Zamiast gołębia symbo­ lem pokoju można uczynić synogarlicę lub jag­ nię; trudniej by natomiast było zastosować w tej roli pistolet parabellum, mimo iż według łacińskiego przysłowia si vis pacem, para bellum — jeśli pragniesz pokoju, gotuj wojnę. Jak widać, w ostatnio omawianych poglą­ dach głównie występowało węższe pojęcie sym­ bolu, owo spotykane w sztuce, poezji i religii, oparte nie tylko na arbitralnej umowie, lecz również na innych związkach. Ale te inne związki — analogia, metafora, metonimia, ope­ rację uważane za podstawę symbolu — mają coś wspólnego. Oto analogia bywa określana jako podobieństwo funkcji bądź stosunków. 174

O metaforze mówi się jako o skróconym czy zgęszczonym porównaniu, ono zaś opiera się na tzw. tertium comparationis, podobieństwie, — wspólnej cesze, ze względu na którą zesta­ wiamy ze sobą dwa przedmioty. Metonimia sta­ nowi relację zastępowania wyrażeń, uprawnio­ ną z uwagi na to, że to, do czego się odnoszą, pozostaje w związku części i całości; część zaś i całość w tym chociażby są podobne, że prze­ strzennie i strukturalnie związane w obrębie te­ go samego bytu. Za każdym więc razem w grę wchodzi wspólność pewnej ważnej cechy, pew­ nej istotnej własności, występującej tak w sym­ bolu, jak w tym co symbolizowane. Dotyczy to oczywiście również symbolów takich jak Niobe — uosobienie boleści macierzyńskiej, które swą funkcję zawdzięczają temu, iż sku­ pia się w nich, potęguje i wyraziście uwydat­ nia pewna cecha. Alegoria i emblemat; herb, insygnium i god­ ło: order, medal i odznaka; tonsura księdza i piętno niewolnika; wyrażenia języka natural­ nego pisane i mówione; znaki algebraiczne i lo­ giczne — wszystkie te tak różne rzeczy bywają wymieniane jako gatunki symboli. A obok nich jako symbole występują ciała niebieskie, stro­ ny świata, zjawiska przyrody, rośliny i zwie­ rzęta, minerały i drogie kamienie, twory fan­ tazji, kolory, dźwięki i zapachy, liczby i figu­ ry geometryczne — przedstawiane w sztukach, używane w liturgii, obecne w świecie mitów i legend. Symbolami szatana były żmiją, wąż, wieloryb, kozioł, nietoperz, pies, żaba, ropucha, krokodyl, jeż, leopard, niedźwiedź, lis, dzik, małpa, smok, bazyliszek, sfinks, centaur, satyr, syrena... Perła mogła symbolizować Słowo Bo­ że, Królestwo Niebieskie, Chrystusa, Hostię, Matkę Boską, duszę... Malowidło lub płasko­ rzeźba, przedstawiająca skrzydlatego lwa, była w interpretacji dosłownej podobizną skrzydla­

175

tego lwa, w interpretacji alegorycznej godłem św. Marka, w interpretacji moralnej — sym­ bolem siły i w interpretacji mistycznej symbo­ lem Chrystusa Ukrzyżowanego (Wallis, 1973: 96). „W scenach ze Zwiastowaniem widzimy często przedstawione ze skrajnym realizmem miednicę i ręcznik: są to symbole czystości mo­ ralnej Marii. W Zaślubinach Arnolfinich Jana van Eycka jedyna płonąca w żyrandolu świeca symbolizuje Chrystusa. Przeciwieństwo przed­ stawionych w obrazach religijnych budowli ro­ mańskich i gotyckich symbolizowało antytezę judaizmu i chrystianizmu” (Wallis, 1973:97). „We flamandzkich i holenderskich martwych naturach XVII wieku [...] bukiet kwiatów sym­ bolizował przemijanie rzeczy. Ptak lub motyl — duszę. Jabłko było symbolem grzechu pier­ worodnego, chleb — ciała Chrystusa, wino — krwi przelanej przez Chrystusa na krzyżu, szklana karafka — źródła życia. Gąsienica sym­ bolizowała żywot ziemski człowieka, poczwarka — śmierć, wyklucie się motyla z kokonu — zmartwychwstanie. Laur symbolizował sławę, wieczyście zielony bluszcz — nieśmiertelność” (Wallis, 1973:97—98). Nic dziwnego, że takiej mnogości i różnorod­ ności symboli nie mogło objąć jedno pojęcie. Zarysowały się więc rozbieżne tendencje. I tak za symbole według jednych uchodzą rzeczy (Dąmbska), według drugich — zdarze­ nia lub zdarzenia i rzeczy (Morris), a według jeszcze innych — funkcje spełniane przez zna­ ki (Buhler). Symbol raz bywa uważany za przeciwieństwo znaku ikonicznego (pierwszy pogląd Morrisa), a innym razem za przeciwieństwo sygnału (póź­ niejszy pogląd Morrisa). Niekiedy znów mówi się, że znaki ikoniczne stanowią gatunek sym­ boli i noszą wtedy nazwę symboli ikonicznych (Morris i Dąmbska). Kiedy indziej natomiast 176

powiada się, że znaki ikoniczne, na równi zresz­ tą z pozostałymi, np. umownymi, mogą jedy­ nie reprezentować symbole i że wtedy mamy do czynienia z reprezentacją dwustopniową; pewien znak, ikoniczny czy umowny, odnosi się do symbolu, a z kolei symbol — do symboli­ zowanej rzeczy lub cechy (Wallis). Dla jednych symbol jest znakiem konwen­ cjonalnym, czyli umownym (Morris, Mulder i Hervey). Inni zaś skłonni są symbole odróżnić od znaków umownych. Czynią to z różnych powodów. Mówią np.: symbol nie jest znakiem umownym, bo między symbolem a rzeczą sym­ bolizowaną występuje namiastka związku na­ turalnego, podczas gdy znak umowny jest cał­ kowicie arbitralny (de Saussure). Albo mówią: znak umówmy może być zastąpiony jakimkol­ wiek innym znakiem, a symbol nie może (Wal­ lis). Albo wreszcie: „symbolem może być pew­ ne zjawisko przyrody nie wytworzone przez pewną istotę żywą”, podczas gdy „znak jest przedmiotem wytworzonym fizycznie lub przy­ najmniej użytym w pewnej określonej sytuacji przez pewną istotę żywą” (Wallis, 1073:93). In­ ni się temu sprzeciwiają: to sygnał, nie zaś symbol może być zjawiskiem naturalnym, sym­ bol natomiast jest zawsze wytworzony przez swego interpretatora i z tego właśnie powodu konwencjonalny (późniejszy pogląd Morrisa). Niekoniecznie konwencjonalny'— replikują in­ ni (Dąmbska) — choć zawsze zaprojektowany, zawsze mający swego nadawcę. Konwencjonal­ ny jest wówczas, gdy stanowi uczuciowo obo­ jętny składnik komunikatu, wyposażony w fun­ kcję semantyczną; takimi są symbole logiki, wyrażenia mowy czy wizerunek krowy na zna­ ku drogowym, gdy zaś — jak pieśń Konrada z Improwizacji Dziadów części III — uprzy­ tamnia i uwydatnia jakieś wartości dodatnie 12 Wstęp do semiotyki

177

lub ujemne, to wówczas jego podstawą jest me­ tafora (Dąmbska). Nie tylko metafora — rozle­ gają się głosy — także analogia, metonimia lub intensyfikacja jakiejś cechy przez ukazanie jej w przedmiocie lub zdarzeniu szczególnie repre­ zentatywnym (Wallis). To zróżnicowanie stanowisk wynika w dużej mierze — w większej niż z rozbieżności po­ glądów — z wieloznaczności takich słów, jak: „konwencjonalny”, „naturalny”, „ikoniczny” czy „sygnał”. A także stąd, że jedni używają słowa „symbol” tylko w węższym znaczeniu, takim, w którym kaczka z Dzikiej kaczki Ibse­ na jest symbolem, a wyraz „albo” nim nie jest (np. Wallis), drudzy zaś odróżniają tc dwa jego pojęcia (np. Dąmbska), a jeszcze inni po­ sługują się nadrzędnym pojęciem symbolu, obejmującym oba poprzednio wymienione (np. późniejszy pogląd Morrisa). Gdybyśmy chcieli wskazać dominujące ten­ dencje, które dają się zauważyć wśród użyt­ kowników pojęcia symbolu, można by się chy­ ba zgodzić, iż przeważa następująca opinia. Jeśli nawet nie każdy symbol oparty jest wy­ łącznie na konwencji, to nie ma symboli, w których by elementy konwencjonalne nie wy­ stępowały. Jeśli nawet nie każdy symbol jest wytworem ludzkim, to jednak każdy musi zo­ stać w tej roli przez kogoś użyty, także zja­ wiska przyrody. Jeśli nawet nie każdy symbol jest zmysłowo spostrzegalny, to jednak tego rodzaju symbole przeważają. Jeśli nawet w wielu symbolach cechy ikoniczne nie odgrywają roli, to przecież w wielu odgrywają, a wówczas, wraz z nimi, pojawić się mogą elementy natu­ ralne, wiadomo bowiem, że ikoniczność jest związana z podobieństwem, niektóre zaś podo­ bieństwa mają swe źródło w naturze rzeczy. Wreszcie jeśli nawet w pewnego rodzaju sym­ bolach, np. tych stosowanych w naukach for;178

malnych, żadne uczucia nie dochodzą do głosu, to jednak niemało jest symboli innego rodzaju, ekspresyjnych i nasyconych emocjonalnie,^ np. w sztuce, religii i marzeniach sennych. Rozróżnienie rodzajów znaków zależy od jego zastosowania

Powiedzmy otwarcie: rozważania na temat pojęć wskaźnika, symptomu, oznaki, znaku ikonicznego, sygnału i symbolu nie mogą nie wy­ wołać rozczarowania;. Sprawiają zawód, jeśli się oczekiwało wytyczenia ostrych i zdecydo­ wanych granic; jeśli się liczyło na nie budzącą wątpliwości informację: co to symptom, a co wskaźnik, albo czym się różni sygnał od sym­ bolu. Niestety, istniejący stan rzeczy nie po­ zwala udzielić tego rodzaju informacji. Słowa „wskaźnik”, „symptom”, „oznaka”, „znak ikoniczny”, „sygnał”, „symbol”, wreszcie „znak” są — każde z nich — rozumiane na różne sposoby. I nic dziwnego, że tak jest, sko­ ro należą zarówno do języka potocznego, jak do języków różnych nauk: medycyny i techni­ ki, poetyki i historii sztuki, fizjologii i meteoro­ logii, logiki i matematyki. W każdej z tych dziedzin pragnie się zużytkować dane słowo do jej własnych potrzeb i w tym celu buduje się odpowiednią jego definicję regulującą. Wydo­ bywa ona i uwydatnia w znaczeniu definiowa­ nego wyrażenia jedne cechy, a pomija inne.. Skutkiem tego zdarza się, że np. pojęcia wskaź­ nika i sygnału, występujące w dwóch różnych dziedzinach, są sobie bliższe niż dwa odmienne pojęcia sygnału. Wszelkie te różnice należy rejestrować i uprzytamniać tym, którzy się posługują owymi wieloznacznymi wyrazami. Staraliśmy się to uczynić. Wydało się natomiast nie wskazane formułowanie norm oraz arbitral­ ne decydowanie, co należy, a czego nie należy rozumieć przez dane pojęcie. To bowiem za­

li»

17&

wsze korzystnie jest uzależnić od rodzaju jego zastosowań. Pojęcia są narzędziami do obróbki myślowej. Rodzaj tych narzędzi, ich kształt i sposób działania powinny być za każdym ra­ zem dostosowane do tego, do czego mają one służyć.

Klasyfikacja czy typologia znaków Klasyfikacja znaków czy klasyfikacja sposobów icli użycia

Czarne jagody w niektórych regionach Pol­ ski ludzie nazywają „borówkami”, w innych zaś „czernicami”. Wyrażenia „czarna jagoda”, „borówka” i „czernica” są w tym wypadku równoznaczne. Ale słowo „borówka” ma także inne znaczenie, takie samo jak słowo „bruszni­ ca”; oznacza wówczas czerwone jagody, z któ­ rych przyrządza się konfitury podawane do mięsa. Mimo jednak, że wyraz „borówka” ma dwa znaczenia, nikt nie pomyli z sobą owoców oznaczanych przezeń w każdym z tych znaczeń; owoce te są różne: jeden czarny z niebieskim odcieniem, drugi czerwony, dwie różne rzeczy. Nigdy też czernica nie jest zarazem brusznicą. Gdy zaś ten czarny owoc raz nazywany „czar­ ną jagodą”, a kiedy indziej „czernicą”, nikt znający sens tych słów się nie zawaha, że cho­ dzi o te same jagody, o jedną i tę samą rzecz. Inaczej w wypadku wskaźników, sympto­ mów, oznak, znaków ikonicznych, sygnałów i symboli. Inaczej, gdyż po pierwsze, nie zaw­ sze są to rzeczy; bywają nimi również zdarze­ nia i zjawiska. Po drugie zaś, jedna i ta sama rzecz, jedno i to samo zdarzenie, jedno i to samo zjawisko może być — i prawie zawsze jest — zarazem znakiem tego, tamtego i owego rodzaju. Podobnie jak jeden i ten sam Jacek jest zarazem ojcem, synem, bratem i mężem.

180

Owoce można poklasyfikować: te — to jabł­ ka, tamte — gruszki, tu poziomki, tam maliny. I klasyfikacja taka okaże się rozłączna, czyli ekonomiczna: żadne jabłko, nie będzie zarazem poziomką, żadna gruszka nie będzie zarazem maliną. Tymczasem gdy próbujemy klasyfiko­ wać znaki, najczęściej nie udąje się nam zacho­ wać rozłączności podziału. Ten oto symbol, wi­ zerunek gałązki oliwnej, jest zarazem znakiem ikonicznym, a znowu tamten sygnał, dźwięk syreny alarmowej, jest zarazem oznaką, np. oznaką tego, że impulsy elektryczne wprawiły w drgania membranę mechanizmu akustyczne­ go. Dzieje się tak dlatego, że to, co zostało przez kogoś użyte jako znak, spełnia różnorakie funk­ cje, a nie jedną tylko: zarazem symbolizuje i sygnalizuje, wyraża i oznacza, często zaś po­ nadto coś obrazuje. Innymi słowy, ten oto znak, bywa zarazem symbolem z uwagi na jedną ze swych funkcji, symptomem z uwagi na drugą, wskaźnikiem z uwagi na trzecią, sygnałem z uwagi na czwartą, a często jeszcze w dodatku znakiem ikonicznym — z uwagi na piątą swoją funkcję. Może by zatem w takim razie zamiast klasyfikować znaki i odróżniać wśród nich oznaki, symptomy, syndromy, wskaźniki, znaki ikoniczne, sygnały i symbole, poklasyfikować ich funkcje, ich role, a ściślej to, w jaki sposób i w jakim celu znaki te są przez nas używane, czyli ich użycia. Taki zabieg byłby wykonalny, ale pod wa­ runkiem, że spośród wielu pojęć oznaki, wskaź­ nika, symptomu, znaku ikonicznego, sygnału, symbolu i nade wszystko samego znaku wybra­ libyśmy po jednym, pilnując przy tym, aby te wybrane przez nas pojęcia wzajem sobie nie przeszkadzały. Chodziłoby więc np. o to, aby wybrane przez nas pojęcie sygnału, a raczej funkcji sygnalizowania, czy jeszcze lepiej — 181

użycia sygnalizacyjnego, wykluczało się z wy­ branym przez nas pojęciem znaku ikonicznego, a raczej funkcji obrazowania, czy jeszcze lepiej użycia przedstawieniowego; chodziłoby też o to, aby oba wymienione pojęcia zostały podpo­ rządkowane pojęciu znaku, ściślej zaś użycia czegoś jako znaku. Klasyfikacja tego rodzaju jest wprawdzie zabiegiem wykonalnym, ale można wątpić, czy wystarczającym. Pojęcia bowiem takie, jak użycia sygnalizacyjnego, funkcji sygnalizowa­ nia, czyli krótko — sygnału, nie są klasyfika­ cyjne, lecz typologiczne. Cecha klasyfikacyjna a cecha typologiczna

O różnicy między cechą klasyfikacyjną a ce­ chą typologiczną napomknęliśmy wyżej. Dla przypomnienia: cecha klasyfikacyjna, np. cecha bezdzietności, to taka, za pomocą której można, niby nożem, przeciąć dany zbiór. Oto mamy zbiór ludzi; ze względu na tę cechę, cechę bezdzietności, odróżnimy w nim bez trudu podzbiór bezdzietnych i jego dopełnienie, drugi podzbiór, złożony z tych, co mają choć jedno dziecko. Inaczej rzecz się ma np. z cechą ner­ wowości. Ze względu na nią nie można rozciąć danego zbioru ludzi na dwa dopełniające się wzajem podzbiory: nerwowych i nienerwowych. Okazuje się bowiem, że ći oto są mniej nerwowi, tamci bardziej. Ale ci mniej nerwowi nie dadzą się jednak zaliczyć do nienerwowych. Czy w ogóle są tacy na świecie? I od którego punktu zaczyna się nienerwowość; w którym kończy nerwowość; którędy przebiega granica między nimi; czy w ogóle istnieje jakaś grani­ ca? Cecha nerwowości jest — powiadamy — cechą typologiczną. Jak widać, tego rodzaju cechy są stopniowalne. A przy tym słowa, któ­ re się do nich odnoszą, w tym wypadku wyra­ 182

zy „nerwowość’, „nerwowy”, najczęściej by­ wają nieostre, czyli niejasne, oraz niewyraźne. Wyrażenia nieostre

Na czym polega nieostrość wyrażenia? Wyjaśnimy to za pomocą przeciwstawienia. Słowo „bezdzietny” jest ostre. Gdy się o kimś dowie­ my, że nie ma dzieci, bez wahania nazwiemy go bezdzietnym, czyli zaliczymy do zakresu przymiotnika „bezdzietny”. Słowo „nerwowy” jest natomiast nieostre. W pewnych wypadkach, mianowicie gdy ktoś ma nerwy jak postronki i niczym się ¡nie przejmuje, gotowi jesteśmy odmówić mu miana człowieka nerwowego. W pewnych innych wypadkach, gdy mamy do czy­ nienia z osobą, która przeżywa każde, najmniej­ sze nawet zmartwienie, która podskakuje na krześle na odgłos dzwonka telefonu, słowem, jest kłębkiem nerwów — w takich wypadkach powiadamy bez wahania: „to człowiek nerwo­ wy”. Ale zarówno owych pierwszych wypad­ ków, jak drugich, a więc wypadków skrajnych, jest stosunkowo mało. Najczęściej, mianowicie w tzw. pośrednich wypadkach, nic nam nie po­ może, że się szczegółowo dowiemy, jak nasz kandydat na nerwowego reaguje w różnych okolicznościach. Nic nam nie pomoże zebranie nawet bardzo wielu drobiazgowych informacji: mimo ich posiadania nie będziemy w stanie rozstrzygnąć, czy nasz „pacjent” zasługuje na nazwę „nerwowy”, czy też należy go z jej za­ kresu wykluczyć. Nie nasza to wina, lecz same­ go wyrażenia „nerwowy”. Powiadamy, iż nie dostarcza nam ono kryterium, którym kierując się moglibyśmy w każdym wypadku zadecydo­ wać, czy mamy przed sobą nerwowego czy nienerwowego. Bardzo często nieostrość danego słowa czy danych słów wypływa z innej ich wady, 183

mianowicie z niewyraźności. W języku natu­ ralnym te dwie usterki tak zazwyczaj bywają zc sobą stopione, iż trudno jedną od drugiej odróżnić. Aby to uczynić, i tym razem spróbu­ jemy się uciec do przeciwstawienia, a nawet do dwóch przeciwstawień. Nieostrość wyrażenia jest mankamentem jego zakresu. Polega na tym, iż nie ma on gra­ nicy w postaci linii, np. w postaci okręgu koła, narysowanego dobrze zatemperowanym ołów­ kiem, lecz zamiast tego — jakby zamazane kontury, szeroki pas ziemi niczyjej, a właściwie nie wiadomo czyjej. Nieostrość więc jakie­ goś słowa powoduje kłopoty z jego zakresem, a ściślej kłopoty przy podejmowaniu de­ cyzji czy dany przedmiot zaliczyć do tego za­ kresu. Wyrażenia niewyraźne; cechy konstytutywne a cechy konsekutywne

Tymczasem niewyraźność danego słowa jest mankamentem jego znaczenia. Polega ona na tym, że owo znaczenie ma zamazane kontury: tylko o pewnych cechach wiadomo, iż do niego należą, i tylko o pewnych wiadomo, że nie na­ leżą; ale są i takie, co do których nie sposób rozstrzygnąć, czy stanowią elementy tego zna­ czenia, czy też nie stanowią. Nie sposób zaś rozstrzygnąć nie na skutek naszej nieznajomo­ ści języka, lecz na skutek usterki samego zna­ czenia; nie na skutek tego, iż to my niewy­ raźnie rozumiemy wspomniane słowo, choć ma ono sprecyzowane znaczenie, lecz na skutek tego, iż owo znaczenie jest nie sprecyzowane. Wyjaśnimy to za pomocą przeciwstawienia. Słowo „kwadrat” jest wyraźne;- na jego znacze­ nie składają się cechy prostokątności i równoboczności zarazem; obie one i tylko one. Wia­ domo, że trzeba je zaliczyć do znaczenia wyrazu „kwadrat” Wiadomo także, iż pewne inne ce­

184

chy, tzw. konsekutywne, np. równoległoboczność czy równość przekątnych, wynikają z tam­ tych dwóch, tzw. konstytutywnych. I nie wa­ hamy się co do tego, czy dana cecha jest w tym wypadku konsekutywna, czy też nie jest. Tym­ czasem słowo „kłamstwo” jest niewyraźne. Nie wiadomo, czy cecha fałszywości zawsze należy do jego znaczenia, czy tylko niekiedy; czy więc kłamie wyłącznie ten, kto mówi nieprawdę i zarazem wie o tym, że mówi nieprawdę, czy i ten, kto myśląc, że mówi nieprawdę i chcąc odbiorcę wprowadzić w błąd, przez pomyłkę lub na skutek własnej niewiedzy powiedział przypadkowo prawdę, czy wreszcie i ten, kto prawdę zataił. A zatem niewyraźność danego słowa powoduje kłopoty przy podejmowaniu decyzji, czy daną cechę zaliczyć do tego znacze­ nia, a więc w konsekwencji także kłopoty przy rozstrzyganiu, które cechy są w tym wypadku konsekutywne. Z kolei kłopoty ze znaczeniem pociągają za sobą kłopot z zakresem niewyraźnego słowa. Skoro np. nie wiadomo, czy cecha fałszywości musi należeć do znaczenia rzeczownika „kłam­ stwo”, to również nie wiadomo, czy wypadki zatajenia prawdy bądź powiedzenia jej przez pomyłkę zaliczyć do zakresu tego słowa. Dla­ tego właśnie niewyraźność idzie zazwyczaj w parze z nieostrością. Czy mętność wyrażenia jest jego wadą?

I jedną, i drugą nazywaliśmy usterkami czy mankamentami wyrażeń. Ale może bezpieczniej i przezorniej byłoby je zakwalifikować jako własności wyrażeń, nie przesądzając, iż są to ich wady. Można bowiem na nieostrość i niewyrażność wyrażeń, czyli łącznie na ich mętność, spojrzeć z innego punktu widzenia; tak jak zwykło się patrzyć na sformułowania statutów czy regulaminów, ustaw czy rozporządzeń, za­ 185

rządzeń czy przepisów. Rozpowszechniona jest oninia, iż powinny one być ramowe, nie powin­ ny zaś rozstrzygać szczegółów. Wtedy będą ela­ styczne i rozszerzy się ich stosowalność. Nie będzie ich trzeba odrzucać ani modyfikować, gdyż życie przyniesie nie przewidywane dotych­ czas sytuacje. Podobnie rzecz się ma z wyra­ żeniami języka naturalnego. Jeśli mają nam służyć w rozlicznych i różnorakich sytuacjach, to musimy się pogodzić z ich ramowym cha­ rakterem, nieostrością i niewyraźnością, z ich. mętnością, bo dzięki tym cechom są elastyczne, funkcjonalne i poręczne. Gdy natomiast owa sytuacja czy też dziedzina, w której te wyraże­ nia języka naturalnego mają zostać użyte, jest już znana, gdy zatem wiemy, jakiego rodzaju materiał przyjdzie nam obrabiać za pomocą wyrażeń-narzędzi, wówczas trzeba je do tego celu dostosować, wyostrzając, uwyraźniając i uściślając, tak aby z mętnych wyrażeń po­ wstały precyzyjne terminy. Stopniowalność cech rodzajowych znaku i jego niejednorodność

Dotyczy to również słów „znak”, „oznaka", „wskaźnik”, „symptom”, „znak ikoniczny", „sygnał” oraz „symbol”. Wszystkie one są nie­ ostre i niewyraźne. I wszystkie mają charakter typologiczny, nie zaś klasyfikacyjny. Stąd ce­ chy bycia oznaką, wskaźnikiem, symptomem, syndromem, znakiem ikonicznym, sygnałem, symbolem czy znakiem — są stopniowalne. Że zaś owo bycie znakiem — czy, zgrabniej, fakt, iż coś jest znakiem — to tyle, co użycie kiedyś czegoś przez kogoś jako znaku czegoś innego, przeto stopniowalne są także owe użycia czegoś jako pewnego rodzaju znaku, np. jako symbolu. Znaczy to, że daną rzeczą w określonym czasie możemy się w mniejszym l.ub większym stop­ niu posłużyć jako symbolem czegoś; i że tą sa­ 186

mą rzeczą, niekiedy w tym samym czasie, mo­ żemy się w mniejszym lub większym stopniu posłużyć — powiedzmy — jako znakiem ikonicznym czegoś. Wiadomo np. z historii sztuki, że w jednych epokach malarzowi bardziej zale­ żało na tym, aby namalowany przedmiot coś symbolizował, niż aby wiernie przedstawiał. W innych epokach bywało na odwrót. W pierw­ szym wypadku malowidło w większym stopniu służyło za symbol niż w drugim wypadku; a także w pierwszym wypadku w mniejszym stopniu służyło za znak ikoniczny niż w drugim wypadku. Poza tym zaś w pierwszym wypad­ ku bardziej służyło za symbol niż za znak iko­ niczny, a w drugim wypadku na odwrót. Użycia czegoś przez kogoś jako znaku są nie tylko stopniowalne. Również mają one charak­ ter mieszany. Obie te ich własności dostrzegano już dawniej. Morris np. pisał, że „ikoniczność podlega stopniowaniu” (Morris, 1971:273), a Peirce zwracał uwagę na to, że w znaku ikonicznym podobieństwu przychodzą z pomocą reguły konwencjonalne, czego przykładem jest formula algebraiczna (Peirce, 2.279). Analogicznie przedstawia się sprawa znaków innego rodzaju, choćby symbolu, ściślej zaś użycia danego znaku jako symbolu. Już wspo­ mnieliśmy, że zawiera ono domieszki, np. do­ mieszkę ikoniczności. To że zawiera ową do­ mieszkę, niekoniecznie jednak skłania nas do zakwalifikowania takiego użycia jako ikonicznego. Wszak o słowach „węgiel” czy „smoła”, wydrukowanych na czarno, nie myślimy jako o podobiznach — pod względem koloru — węg­ la i smoły, lecz jako o ich znakach umownych, konwencjonalnych, uważanych za symbole, mianowicie symbole językowe. Tym bardziej jeśli wyraz „śnieg” wydrukujemy na czarno, mało kto posłuży się nim — ze względu na kolor danego egzemplarza słowa „śnieg” —

187

jako znakiem ikonicznym węgla czy smoły. Nie powie, że słowo „śnieg”, ponieważ samo jest czarnego koloru, przeto przestało odnosić się do śniegu, a zaczęło do czarnych przedmiotów. Ale mógłby tak powiedzieć. Pod warunkiem wszelako, że zostanie w tym wypadku ustano­ wiona i zaakceptowana odpowiednia konwencja jako podstawa takiego ikonicznego użycia owe­ go napisu, to jest, gdy umówimy się np., że: wszystkie słowa w danym tekście zostają po­ zbawione swego zwykłego znaczenia; przestają też oznaczać to, co normalnie oznaczają; za­ miast tego każdy napis wydrukowany na zie­ lono odnosić się będzie do zielonych przedmio­ tów, a wydrukowany na czerwono — do czer­ wonych. Na ogół jednak takich konwencji nie ustanawiamy ani nie akceptujemy. Przykładem połączenia elementów symbolicz­ nych z ikonicznymi w obrębie jednego i tego samego użycia danego znaku jest chociażby onomatopeja, czyli wyraz naśladujący swym brzmieniem to, do czego się na mocy konwen­ cji odnosi. Oto rzeczowniki „tętent” czy „sze­ lest” jako umowne symbole oznaczają odpo­ wiednie zdarzenia, a jako znaki ikoniczne sta­ nowią podobizny dźwiękowe owych zdarzeń. Że zaś użycie każdego słowa wyraża też pewne przeżycia mówiącego i wywołuje pewną reak­ cję słuchacza, przeto do elementów symbolicz­ nych oraz ikonicznych dołączają się elementy oznakowe, wskaźnikowe, objawowe i sygnali­ zacyjne. I to jest sytuacja normalna. „Czys­ tych” użyć nie ma. Zdarza się niekiedy, że amalgamat tworzą: użycie symboliczne w jednym znaczeniu przy­ miotnika „symboliczny” g użyciem symbolicz­ nym w innym znaczeniu tegoż przymiotnika. Przykładu dostarcza urzędowy list z Kuby, otrzymany kiedyś przez autora tych uwag. Ma­ szynopis, pochodzący od tamtejszego wydaw­

188

nictwa, kończył się zamiast zwyczajowej for­ mułki grzecznościowej słowem „Revolucionarmente” — „po rewolucyjnemu”, tekst zaś wy­ drukowany został czerwonym kolorem. Można więc sądzić, że kolor pisma nie był przypadko­ wy, lecz symboliczny; wszak czerwień jest symbolem rewolucji. Symbolem opartym na metaforze. Z drugiej zaś strony, słowa i zdania tekstu były symbolami w innym sensie: zna­ kami językowymi, opartymi na konwencji. Tak oto powstało użycie symboliczno-symboliczne. Ale także i w tym wypadku dołączyły się inne elementy. Tekst był przecież oznaką tego, co przeżywał jego nadawca, zarazem zaś sygnali­ zował odbiorcy, że oczekuje się od niego sfor­ mułowania opinii, a więc pewnego zachowa­ nia. Powtórzmy zatem: nie ma „czystych”, jed­ norodnych użyć znaków. Wszelkie ich użycia są w opisanym sensie mieszane. Dotyczy to również naturalności i konwencjonalności. Nie ma użyć czysto naturalnych ani czysto kon­ wencjonalnych. Każde jest naturąlno-konwencjonalne. Jeśli się tedy mówi o pewnym użyciu, że jest naturalne, a o innym, że konwencjonalne — czy też w praktyce krócej: że ten znak jest naturalny, a tamten konwencjonalny — to czy­ ni się to z uwagi na elementy w danym wy­ padku dominujące. Faktycznie bowiem — jak zauważyliśmy mówiąc skrótowo, każdy znak jest naturalno-konwencjonalny. Analogicznie w wypadkach użycia czegoś jako oznaki czy sygnału, symbolu czy znaku ikonicznego. Jeśli się np. mówi, iż dane użycie jest ikoniczne, w praktyce zaś krócej: iż dany znak jest ikoniczny, to czyni się tak z uwagi na to, że w tym właśnie użyciu czegoś jako znaku elementy ikoniczne przeważają, czyli że wśród motywów, które użytkownika tego znaku skłoniły do po­ 189

służenia się nim, motywem głównym było mniemanie, iż to, czym się posłużył jako zna­ kiem, jest podobne, np. pod względem wyglądu, do przedstawianej rzeczy. Można zatem powiedzieć, że pojęcia oznaki, wskaźnika, symptomu, syndromu, znaku ikonicznego, sygnału i symbolu są względno. Da­ ny znak bowiem kwalifikujemy np. jako sym­ bol, ze względu na to, iż przeważają w nim ele­ menty symboliczne. Ściślej zaś: dane użycie znaku kwalifikujemy jako symboliczne ze względu na to, że choć został on użyty na róż­ ne sposoby równocześnie, to jednak wśród nich użycie symboliczne było najważniejsze. To właśnie dlatego o wężu na obrazach zatytuło­ wanych Adam i Ewa mówi się, że jest symbo­ lem, mianowicie symbolem szatana, a nie po­ dobizną węża; choć niewątpliwie jest i tym, i tym, i do tego jeszcze sygnałem-ostrzeżeniem dla grzeszników i oznaką przeżyć artysty ma­ larza. Być może to właśnie miał na myśli Peirce, gdy pisał, że „funkcja przedstawiania speł­ niana przez znak nie polega ani na jego mate­ rialnej własności, ani na użyciu go wyłącznie do wskazania czegoś: funkcja ta polega nie na tym, jaki jest sam ów znak, ani też na tym, jak dalece w rzeczywistości odpowiada on swe­ mu przedmiotowi, lecz na tym, czym ten znak jest dla myśli” (Peirce, 5.287). Jak wspomnieliśmy, pojęcia znaku, oznaki, wskaźnika, symptomu, syndromu, znaku ikonicznego, sygnału i symbolu są typologiczne, a nie klasyfikacyjne, i relatywne, czyli względne, a nie absolutne, czyli bezwzględne. Odpowied­ nie cechy, mianowicie cechy bycia znakiem, czy bycia znakiem tego lub owego rodżaju, są w związku z tym stopniowalne. Rzeczowniki bę­ dące mianami tych pojęć są nieostre i niewyraź­ ne, czyli w sumie mętne. Wreszcie konkretne, a więc umiejscowione w czasie i przestrzeni, uży190

cia przez kogoś pewnej rzeczy, zdarzenia lub zjawiska w roli znaku czegoś mają charakter mieszany: naturalno-konwencjonalny, zarazem oznakowy, wskaźnikowy, sygnalizacyjny, ikoniczny i symboliczny. Z tych wszystkich względów odróżnieniu po­ szczególnych rodzajów i gatunków znaków lepiej od klasyfikacji służy zabieg bardziej zło­ żony, zwany typologią. Cecha typowa, typ realny, typ idealny

Zanim się z nim zaznajomimy, wprowadźmy pojęcie cechy typowej. I ono jest względne. Trzeba mianowicie za każdym razem dodać, ze względu na jaki zbiór oraz pod jakim względem typowej. Gdy np. mamy kosz pełen różnych owoców i pytamy, które z nich są ty­ powe — jabłka, gruszki, śliwki czy wiśnie — to zbiór rozpatrywany stanowić będą wszystkie te owoce, a względem, pod którym pragniemy wyznaczyć ich cechę typową, będzie rodzaj owoców. Odpowiemy w tym wypadku, że ce­ chą typową w owym zbiorze ze względu na rodzaj owoców jest cecha bycia jabłkiem, po­ nieważ okazało się, że jabłek było w koszu więcej niż innego rodzaju owoców. Gdy nato­ miast zapytamy, które są typowe pod wzglę­ dem liczby pestek w pojedynczym owocu, to wprawdzie zbiór rozpatrywany pozostanie ten sam, ale będziemy musieli policzyć, czy więcej jest owoców wielopestkowych, jabłek i gruszek razem wziętych, czy też jednopestkowych. wiś­ ni i śliwek. Jeśli okazało się, że więcej jest tych pierwszych, to powiemy, że pod wzglę­ dem liczby pestek w zbiorze tym cechą typo­ wą jest wielopestkowość. Zwróćmy przy okazji uwagę na różnicę mię­ dzy cechą typową a cechą typologiczną. Jednopestkowość występowała w powyższym przykładzie jako cecha typowa. Nie jest to jed191

■nak cecha typologiczna, lecz klasyfikacyjna. Dany owoc albo jest jednopestkowy, albo nie jest. Nie może być ani mniej, ani bardziej jed­ nopestkowy niż inne. A wielopestkowość: czy jest ona cechą klasyfikacyjną, czy też typolo­ giczną? Ta zależy, co się rozumie przez „wielo­ pestkowość”. Jeżeli „wielopestkowy” znaczy tyle co, „mający więcej niż jedną pestkę”, wówczas cecha wielopestkowości jest cechą klasyfikacyjną. Natomiast jeżeli „wielbpestkowy” znaczy „mający wiele pestek”, to własność wielopestkowości jest stopniowalna i typolo­ giczna. Jak widać, tak cechy klasyfikacyjne, jak typologiczne mogą się stać cechami pod pew­ nym względem typowymi w danym zbiorze. Z kolei można wprowadzić pojęcie przedmio­ tu typowego, zwanego krótko typem, w jednym z wielu znaczeń słowa „typ”. Gdybyśmy się ograniczyli do dwóch wspomnianych cech, to w rozpatrywanym zbiorze przedmiotem typo­ wym byłoby każde jabłko. Dlaczego? Dlatego, po pierwsze, że pod względem rodzaju owoców należy do podzbioru najliczniejszego w tym zbiorze, mianowicie do jabłek. Po drugie zaś, pod względem liczby pestek należy — wraz z gruszkami — do wielopestkowych, a te okazały się liczniejsze od jednopestkowych. Jednakże podczas gdy ta czy owa gruszka ma tylko jed­ ną cechę typową — wielopestkowość, każde jabłko ma dwie cechy typowe w rozpatrywa­ nym zbiorze: to, że jest jabłkiem, i to, że ma więcej niż jedną pestkę. Każde więc jabłko, a nie gruszka, będzie w przyjętych tu warun­ kach przedmiotem typowym. Jak widać, gdy określony jest zbiór i podane względy, pod którymi pragniemy wskazać ce­ chy typowe elementów tego zbioru, nie ma już teoretycznych przeszkód, by rozstrzygnąć, co jest w tym zbiorze przedmiotem typowym, czyli typem, pod podanymi względami. Będzie

192

to przedmiot bądź przedmioty, którym przy­ sługuje najwięcej cech typowych — oczywiście ciągle pod podanymi względami i w rozpatry­ wanym zbiorze; stąd będą to przedmioty naj­ bardziej reprezentatywne. W tym wypadku mieliśmy do czynienia z tzw. typem realnym czy też konkretnym, mianowicie z rzeczywiście istniejącym przed­ miotem, z jabłkiem. Typ, aby był realny, nie musi być płodem przyrody, jak owoc czy zwie­ rzę. Można też za typ realny uznać tzw. mart­ wy przedmiot, np. jakiś sprzęt czy narzędzie, a także zdarzenie; byleby pierwszy istniał, a drugie zachodziło. Zdarza się jednak dosyć często, że w danym zbiorze nie jesteśmy w stanie wskazać typu realnego pod wybranymi względami. Okazuje się bowiem, zwłaszcza gdy lista owych wzglę­ dów jest długa, że żaden z elementów rozpatry­ wanego zbioru nas nie zadowala jako kandy­ dat do roli typu realnego. Wyobraźmy sobie np., że cechami typowymi w tym zbiorze są a, b, c, d, e, f, zbiór zaś składa się z trzech ele­ mentów O, P, R. I oto O jest ab, P jest cd, R jest ef. Żaden więc z przedmiotów nie jest bardziej od pozostałych reprezentatywny. Każ­ demu brak większości cech typowych, za każ­ dym razem innych. W takiej sytuacji jesteśmy zmuszeni sami zbudować typ, ale wówczas już typ na obstalunek, tzw. typ idealny. Będzie to taki nie istniejący w rzeczywistości, lecz, tylko wymyślony przedmiot T, któremu przysługują zarazem wszystkie cechy w danym zbiorze ty­ powe, w naszym więc przykładzie cechy a, b, c, d, e, f. Typologia, klasyfikacja, relacja równoważnościowa, relacja porządkująca, uporządkowanie, systematy­ zacja

Gdy znaleźliśmy typ realny albo skonstruo­ waliśmy typ idealny, możemy się każdym 13 Wstęp do semiotyki

193

z nich posłużyć do wymierzania „odległości” między owym typem a przedmiotami, zdarze­ niami lub zjawiskami faktycznie spotykanymi w życiu. Chodzi tu o „dystans” czy „odległość” w cudzysłowie. Oto np. wystawa psów raso­ wych. Sędziowie, specjaliści od kynologii, wie­ dzą, jaki jest typ idealny jamnika długowłose­ go. Uszy określonej długości, łapki odpowiednio krzywe, ogon z pióropuszem uniesiony pod właściwym kątem. Takiego jamnika nie ma na świecie. Ale pośród tych, które istnieją w rze­ czywistości, jedne okazują się bardziej zbliżone do ideału niż drugie. Dzięki temu, posługując się owym typem idealnym jako miernikiem, można zgłoszone do konkursu psy uporządko­ wać: jednym przyznać ocenę doskonałych, in­ nym bardzo dobrych Czy dobrych; jedne przy­ ozdobić żółtą obróżką, inne zaś czerwoną czy zieloną. Takie uporządkowanie przedmiotów, doko­ nane z uwagi na ich cechy w danym zbiorze typowe pod określonymi względami, nosi na­ zwę typologii. Nawiasem mówiąc ta może być jedno- lub wielowymiarowa. Wielowymiarowa, to znaczy przeprowadzona z myślą o więcej niż jednym typie realnym czy idealnym. Nie robi się tego wprawdzie na wystawie psów, ale można by kiedyś dokonać takiej np. ich typologii: zara­ zem ze względu na cechy zewnętrzne, psią urodę, oraz ze względu na cechy charakteru; u jamników byłby to upór i obrażliwość. Za­ równo wymienione tu cechy powierzchowności, jak cechy charakteru jamnika są typologiczne i w związku z tym stopniowalne. Typologiczne także i stopniowalno są cecha bycia typowym, czyli typowości, a zatem i samo pojęcie typu. Typologie dokonywane ze względu na włas­ ności typologiczne i stopniowalne w roli cech typowych są zwłaszcza często spotykane w ob­

194

rębie szeroko rozumianej humanistyki. Odnosi się to m.in. do typologii znaków. Konstruując typ idealny znaku, oznaki, wskaźnika, sympto­ mu, syndromu, znaku ikonicznego, sygnału czy symbolu, jako ich cechy typowe bierzemy głównie pod uwagę właściwości typologiczne, np. stopniowalne podobieństwo dwóch bytów pod jakimś względem, stopniowalną naturalność tego, co zostało użyte jako znak, albo stopnio­ walną konwencjonalność związku upatrywane­ go między owym znakiem a oznaczaną czy przedstawianą rzeczą. Również same owe wy­ liczone przed chwilą typy idealne znaków róż­ nego rodzaju mają charakter typologiczny, a stąd i stopniowalny. Zależy on od liczby cech uznanych za typowe przy konstruowaniu da­ nego typu idealnego oraz — jeśli są to cechy typologiczne, a tak bywa najczęściej — od ich intensywności. To zaś z kolei, z ilu i jak inten­ sywnych własności korzystamy jako z cech typowych przy konstruowaniu typu idealnego zarówno znaku, jak jego odmian, a zatem i przy dokonywaniu typologii, bywa, przynajmniej zaś powinno być, uzależnione, od zadania, które ma ona spełnić w konkretnej sytuacji badawczej. W praktyce więc stale stykamy się z tym, że coś — dana rzecz, zdarzenie bądź zjawisko — w większym lub mniejszym stopniu bywa zna­ kiem, a ściślej: bywa użyte jako znak, oraz również w mniejszym lub większym stopniu stanowi tę czy inną jego odmianę, a ściślej: by­ wa użyte w tej czy innej roli znakowej. Przy pomocy psów, zwłaszcza jamników długowłosych, oraz za pomocą owoców, zwłasz­ cza jabłek, gruszek, śliwek i wiśni, staraliśmy się w sposób intuicyjno-pogadankowy opi­ sać pojęcia cechy typowej, typu i typologii. Podsumujemy teraz te spostrzeżenia, korzysta­ jąc (por. Kmita, 1973:153—162) z pewnych po­ jęć logicznych. 13»

19S

Klasyfikując owoce na jabłka, gruszki, śliwki i wiśnie, jako zasadę tej klasyfikacji przyjęliś­ my stosunek, czyli relację: „jest tego samego rodzaju owocem co”. Relacja ta była w tym zbiorze zwrotna, gdyż każdy owoc jest tego samego rodzaju owocem co on sam; symetrycz­ na, gdyż jeśli pierwszy owoc jest tego samego rodzaju co drugi, to i drugi jest tego samego rodzaju co pierwszy; wreszcie przechodnia, gdyż jeśli pierwszy owoc jest tego samego ro­ dzaju co drugi, a drugi — tego samego rodza­ ju co trzeci, to pierwszy jest tego samego ro­ dzaju owocem co trzeci; w sumie relacja ta była równoważnością w tym zbiorze, a jej klasy abstrakcji — podzbiory: jabłek, gruszek, śliwek i wiśni — członami klasyfikacji. Gdybyśmy się posłużyli relacją: „mający więcej pestek niż”, otrzymalibyśmy uporządko­ wanie tego zbioru. Relacja ta jest przeciwsymetryczna, gdyż jeśli pierwszy owoc ma wię­ cej pestek niż drugi, to nieprawda, że drugi ma więcej pestek niż pierwszy; przechodnia, gdyż jeśli pierwszy owoc ma więcej pestek niż drugi, a drugi — niż trzeci, to pierwszy ma więcej pe­ stek niż trzeci; wreszcie relacja ta jest — w za­ leżności od tego, czy w danym zbiorze zachodzi między każdymi dwoma jego elementami, czy też nie między każdymi dwoma — albo spójna, albo niespójna. Spójna, wówczas gdy w zbiorze tym nie ma owoców o jednakowej liczbie pes­ tek, wskutek czego zachodzi ona między dowol­ nie, na chybił-trafił wybranymi dwoma cwccami z tego zbioru. W przeciwnym wypadku jest niespójna. Relacja w danym zbiorze przeciwsymetryczna, przechodnia i spójna porządkuje ten zbiór całkowicie, natomiast przeciwsymetryczna, przechodnia, ale niespójna porządkuje go częściowo. W tym drugim wypadku między niektórymi owocami zachodzi relacja: „ma tyle samo pes­ 196

tek co”. Jest ona tutaj relacją nieodróżnialności ze względu na ich uporządkowanie częścio­ we. Jako relacja zwrotna, symetryczna i prze­ chodnia, czyli równoważność, może się stać zasadą klasyfikacji. Tego rodzaju klasyfikacja, której zasadą jest przechodnia relacja nieodróżnialności z uwagi na pewne uporządkowanie częściowe, bywa nazywana systematyzacją. W rozpatrywanym przykładzie systematyzacja zbioru owoców doprowadza do odróżnienia w nim podzbiorów, z których każdy z osobna zawiera owoce mające taką samą liczbę pestek; podzbiory te będą z kolei uporządkowane: od zawierającego owoce np. jednopestkowe do za­ wierającego owoce, powiedzmy, ośmiopestkowe. Spośród tych podzbiorów możemy teraz wy­ brać człony graniczne, np. podzbiór „czteropestkowców” i podzbiór „sześciopestkowców”. To z kolei pozwala nam wskazać typy będące sumami członów dokonanej systematyzacji, a więc sumami podzbiorów. Przyjmiemy np., że typem „małopestkowców” jest suma podzbiorów „jedno-”, „dwu-” i „trójpestkowców”; typem „średniopestkowców” — suma podzbiorów „cztero-”, „pięcio-” i „sześciopestkowców”, a typem „wielopestkowców” — suma podzbiorów „siedmio-” i „ośmiopestkowców”. W ten spo­ sób przeprowadziliśmy jednowymiarową typo­ logię naszych owoców. Możemy teraz określić, które owoce są bar­ dziej typowe od drugich. Gdyby się np. okaza­ ło, że w wyróżnionym przez nas typie „mało­ pestkowców” podzbiór owoców jednopestkowych był najliczniejszy, wówczas z dwóch owoców: mającego jedną pestkę i mającego dwie pestki, ten jednopestkowy zostałby uznany za bardziej typowy jako „małopestkowiec”. Jeśli natomiast podzbiory składające się na dany typ są jednakowo liczne, np. w każdym jest po dziesięć owoców, czy też w każdym 197

nieskończenie wiele, to możemy albo uznać, że „jedno-”, „dwu-” i „trójpestkowce” są jedna­ kowo typowe jako owoce z małą liczbą pestek, albo za najbardziej typowe uznać jednopestkowe. gdyż ich podzbiór w rozpatrywanym upo­ rządkowaniu „wyprzedza” pozostałe podzbiory, a zarazem typ „małopestkowców” „wyprzedza” pozostałe typy. Z kolei w odniesieniu do wielopestkowców za bardziej typowy — w wypadku równoliczności podzbiorów — uznalibyśmy ten, który w uporządkowaniu „następuje” po in­ nych, w związku z czym typowym „wielopestkowcem” stałby się „ośmiopestkowiec”. Dostosowanie typologii danych przedmiotów do konkretnych zadań badawczych polega zwłaszcza na wyborze relacji stanowiącej zasa­ dę wyjściowego uporządkowania, a zatem i za­ sadę następującej po nim systematyzacji, oraz na takim czy innym wyborze członów granicz­ nych, wreszcie na określeniu, które sumy pod­ zbiorów — np. czy sumę obejmującą człony graniczne lub jeden z nich, czy też sumę bez któregoś z nich lub bez obu — uznamy w da­ nym wypadku za typ.

Typologia znaków Jeśli chodzi o typologię znaków, a właściwie użyć znaków, to najczęściej bywa ona wielo­ wymiarowa. Taka, jaka by była typologia owo­ ców uwzględniająca obok liczby pestek w każ­ dym z nich, owoców tych rodzaj, gatunek, so­ czystość, wartość odżywczą, cenę, wskazania dietetyczne, zastosowania kulinarne, odporność na przechowywanie, łatwość transportowania itp. A właściwie byłaby owa typologia znaków bez porównania trudniejsza od tamtej. Z tego choćby powodu, że wszelkie tak liczne relacje, zachodzące między znakami i mogące się stać zasadą ich typologii, są o wiele mniej uchwytne niż relacja: „ma więcej pestek niż”. Nic więc 198

dziwnego, że mało komu dotychczas udało się poprawnie pod względem logicznym i zadowa­ lająco pod względem merytorycznym poklasyfikować, usystematyzować czy stypologizować znaki. Również i my powstrzymujemy się tu­ taj od dokonania ich typologii. Nie tylko jednak z lęku przed trudnościami. Nie zawierał jej wprawdzie poprzedni rozdział, w którym sta­ raliśmy się z różnych punktów widzenia scha­ rakteryzować oznaki, wskaźniki, symptomy, syndromy, znaki ikoniczne, sygnały i symbole, ściślej zaś użycia czegoś jako znaku w każdej z tych ról. Ale odróżnienia tam poczynione mo­ gą się przydać, mogą się okazać pomocne przy budowaniu takiej typologii, mogą stanowić wstęp do niej. A to właśnie jest zadaniem wstę­ pu do semiotyki — jak zresztą wstępu do każ­ dej nauki — zakładać fundamenty, przygoto­ wywać narzędzia pojęciowe. Uważamy przy tym, że nie ma i nie powinno być jednej jakiejś, wzorcowej typologii zna­ ków, lecz różne. Za każdym razem należy ją przeprowadzać z myślą o tym, czemu ma służyć w konkretnym wypadku. Dlatego właśnie bar­ dziej racjonalne wydało się dostarczenie pew­ nych danych do przemyśleń, które dobrze, aby poprzedzały dokonywanie każdej klasyfikacji, uporządkowania, systematyzacji i typologii użyć czegoś w roli znaku. W przemyśleniach tych mogą się okazać pożyteczne zarówno prze­ prowadzone wyżej rozważania na temat na­ turalności i konwencjonalności znaku, jak przedstawione tutaj sprawozdanie z głównych kierunków, w których zmierzały dotychczasowe próby odróżnienia poszczególnych odmian zna­ ku, a właściwie rozmaitych jego funkcji, ról czy raczej sposobów użycia.

199

Użycie czegoś jako znaku a wnioskowanie Wnioskowanie, przesłanka, zdania za prawdziwe

konkluzja,

uznanie

Skoro tyle występuje rodzajów znaków — oznaki, wskaźniki, symptomy, syndromy, znaki ikoniczne, sygnały i symbole — czy jest coś, co je łączy? Czy mają z sobą coś wspólnego wszystkie te odmienne użycia? Tak. Ilekroć używamy czegoś jako znaku, tylekroć przepro­ wadzamy rozumowanie, czyli szeroko pojmo­ wane wnioskowanie, zwane też inferencją. „Wnioskowanie” rozumie się tutaj jako „ura­ bianie w sobie lub wzmacnianie pewnych prze­ konań na podstawie pewnych innych przeko­ nań już posiadanych” (Kotarbińska, 1957:109). Przekonania zaś nasze przybierają postać zdań oznajmiających, wygłoszonych czy napisanych albo tylko pomyślanych, nieraz w sposób nie­ pełny, skrótowy, fragmentaryczny. Można więc przyjąć następującą definicję wnioskowania: „Wnioskowaniem nazywamy czynność myślo­ wą, która polega na tym, że na podstawie uznania z jakimś stopniem pewności zdań, które nazywamy przesłankami, dochodzi się do uzna­ nia z jakimś, ale zawsze większym niż dotych­ czas stopniem pewności innego zdania, zwanego wnioskiem” (Ajdukiewicz, 1965:282). Z pojęciem uznawania zdania zetknęliśmy się już w rozdziale o semeiach, gdy była mowa o różnicy między sądem a supozycją. Ale w tam­ tych wyjaśnieniach sam zwrot „uznawanie zdań” nie występował. Zamiast niego figuro­ wały zwroty „wiara, że tak a tak”, „przeświad­ czenie, że tak a tak”, „przekonanie, że tak a tak”. Otóż związek między tym pierwszym a tymi drugimi jest następujący. Skoro jestem przekonany, że tak a tak, to uznaję odpowied­ nie zdanie; np. skoro jestem przekonany, że rok 1980 jest przestępny, to uznaję za praw200

dziwę zdanie „Rok 1980 jest przestępny”. A że pojęcia wiary, przeświadczenia i prze­ konania są typologiczne, i stąd stopniowalne, więc i uznawaniu zdań towarzyszy raz taki, raz zaś inny stopień pewności. Np. z większym stopniem pewności uznaję zdanie „Rok 1980 jest przestępny” niż zdanie „Rok 1976 był w Polsce chłodniejszy niż rok 1975”. Do uznania pewnego zdania za prawdziwe dochodzimy w dwojaki sposób: bezpośredni lub pośredni. Zdanie „To jest żółte” uznaje w spo­ sób bezpośredni za prawdziwe, gdy patrzę na ten eto żonkil; uznaję wówczas owo zdanie na podstawie spostrzeżenia. Natomiast zdanie „Są­ siadom za ścianą chyba urodziło się dziecko” uznaję za prawdziwe w sposób pośredni, mia­ nowicie dlatego, że uznałem za prawdziwe m.in. zdania: „Dochodzi stamtąd płacz niemowlęcia”, „Widuje się ich z wózkiem”, „Kupują w są­ siedniej aptece odżywkę dla niemowląt”. Te trzy ostatnie zdania, w tym wypadku uznane w sposób bezpośredni, na podstawie spostrze­ żenia słuchowego lub wzrokowego, oraz pewne inne, przemilczane zdania na temat związku opisanych zdarzeń z faktem, iż zostali rodzi­ cami, to przesłanki mego rozumowania. Pierw­ sze zaś zdanie „Sąsiadom za ścianą chyba urodziło się dziecko”, stanowi wniosek, czyli konkluzję tegoż rozumowania. Zdanie to uznaję teraz z większym stopniem pewności niż do­ tychczas. Poprzednio bowiem w ogóle mi na myśl nie przyszło, że urodziło im się dziecko, w ogóle nie uznawałem tego zdania. Zacząłem je uznawać dopiero jako wynik przeprowadzo­ nego wnioskowania. Zarówno przesłanki w tym — iw każdym zresztą — wnioskowaniu, jak i konkluzja, są zdaniami. Zdania te odnoszą się do zdarzeń. Niektórych z tych zdarzeń byłem świadkiem bezpośrednim, innych zaś nie. Oto na własne 201

uszy słyszałem, że rozlega się płacz dziecka, a widziałem, jak owi sąsiedzi pchają przed sobą wózek i jak kupują w aptece odżywkę dla nie­ mowląt. Natomiast nie byłem przy urodzeniu dziecka. Tego, iż za ścianą mieszka jakieś nie­ mowlę i że jest to ich dziecko, tylko się do­ myślam. Te zdarzenia, których byłem świad­ kiem, posłużyły mi jako znaki tego zdarzenia, którego się domyślam. Czasem mówimy skró­ towo, że przesłanki są znakami, a wniosek — tym, do czego się te znaki odnoszą. Nie tylko więc zdania uznajemy w dwojaki sposób, bez­ pośredni lub pośredni. Również świat poznajemy na dwa sposoby: na podstawie bezpośred­ niego doświadczenia bądź za pośrednictwem znaków, a zatem i za pomocą wnioskowania. Semioza a inferencia

Jak wiemy, związek między używaniem zna­ ków a wnioskowaniem dostrzeżono już w staro­ żytności. Zauważyli go stoicy i trafnie o nim mówili. A i później nieraz uczeni różnych cza­ sów wskazywali, że zachodzi. Peirce na przykład był zdania, że „myślimy tylko za pomocą zna­ ków” (Peirce, 2.300), cytowani zaś poprzednio Muider i Hervey (1971:327) piszą, iż „Byt a jest wskaźnikiem zawsze i tylko wówczas, jeżeli udziela on informacji (że b) o czymś poza nim samym... Relację «a udziela informacji, że b'» dałoby się też zapisać jako: «z a można wy­ wnioskować b»”. Najpełniejsze omówienie sprawy związku za­ chodzącego między użyciem czegoś jako znaku a wnioskowaniem można znaleźć u Kotarbiń­ skiej, która pisze, iż „zjawiska typu A są dla osoby O oznakami zjawisk typu B, wtedy jedy­ nie, gdy zechcemy stwierdzić, że osoba O goto­ wa jest wnioskować o zachodzeniu jakiegoś zjawiska typu B na tej podstawie, że zaszło jakieś zjawisko typu A, czyli innymi słowy, że 202

w mniemaniu osoby O między zjawiskami typu A a zjawiskami typu B zachodzi pewien stały związek, uprawniający do wnioskowania” (Ko­ tarbińska, 1957:106). Powyższe sformułowa­ nie podaje warunek konieczny użycia czegoś przez kogoś jako oznaki; warunek konieczny, to jest taki, bez którego nie zajdzie zdarzenie uwarunkowane. Warunek zaś wystarczający, czyli takie zdarzenie, iż jeśli ono wystąpi, to zajdzie również zdarzenie uwarunkowa­ ne, otóż warunek wystarczający użycia cze­ goś przez kogoś jako oznaki scharakteryzowała Kotarbińska w następujący sposób: „Jeżeli ktoś stwierdziwszy, że zaszło pewne zjawisko, typu A, wnioskuje na tej podstawie o zajściu pewne­ go zjawiska typu B — pierwsze z tych zjawisk jest dla niego oznaką drugiego..., o ile speł­ niony jest nadto (czyli oprócz spełnienia wyżej wymienionego warunku koniecznego — przyp. J.P.) jeden z następujących warunków: (a) w mniemaniu tego kogoś między zjawiskiem typu A a zjawiskiem typu B zachodzi stała prawidłowość przyrodzona lub pewna więź konwencjonalna; bądź też (b) przesłanka, na której ten ktoś swój wniosek opiera, stwierdza, że zaszło jakieś zjawisko typu f (x), wniosek zaś wysnuty z tej przesłanki stwierdza zajście jakiegoś zjawiska typu g (x), przy czym owe zjawiska typu A są wtedy zjawiskami typu f (x), a zjawiska typu B — zjawiskami typu g (®)” (Kotarbińska, 1957:108—109). Powyższe sformułowania warunków koniecz­ nego i wystarczającego tego, by coś stało się dla kogoś oznaką czegoś innego, uczyńmy punktem wyjścia naszych własnych rozważań na temat związku między użyciem czegoś jako znaku — czy jak powiedzieliby Peirce i Morris, semiozą — a wnioskowaniem, czyli inferencją. W tym celu jednak będziemy zmuszeni wprowadzić kilka dosyć istotnych zmian.

203:

Po pierwsze, jak wskazuje analiza pojęcia oznaki i pokrewnych pojęć wskaźnika, symp­ tomu oraz syndromu, odpowiednie słowa są wieloznaczne i bynajmniej nie zawsze odnoszą się do zjawisk czy zdarzeń; czasem — również do rzeczy konkretnych bądź przedmiotów ide­ alnych. Także wszelkiego rodzaju znaki to w jednych wypadkach rzeczy, w innych zdarze­ nia, a w jeszcze innych zjawiska. Pamiętamy bowiem, że każdym przedmiotem konkretnym czy idealnym, każdym zdarzeniem czy zjawis­ kiem można się posłużyć czy to jako oznaką, czy to jako znakiem. Pragnęlibyśmy zatem wspomniane warunki, konieczny i wystarcza­ jący, rozciągnąć na znaki szeroko rozumiane. Do znaków zaś szeroko rozumianych należą i oznaki, i wskaźniki, i symptomy, i syndromy, i znaki ikoniczne, i sygnały, i symbole — w ta­ kim czy innym rozumieniu wyrazów będących ich mianami. Ponieważ owo szerokie pojęcie znaku, a ściślej użycia czegoś przez kogoś jako znaku czegoś innego, odnosi się nie tylko do zjawisk, przeto w sformułowaniu powyższych warunków, zamiast o zjawiskach wolimy mó­ wić o bytach, mając przy tym na myśli, iż owy­ mi bytami mogą być zjawiska lub zdarzenia, a także przedmioty realne bądź idealne. Za­ miast zaś odnosić te warunki jedynie do oznak, wolimy je odnosić do wszelkich znaków. Po drugie, nie uważamy, aby ten, kto używa czegoś jako znaku czegoś innego, musiał stwier­ dzić wystąpienie owego znaku, a więc stwier­ dzić albo obecność jakiegoś przedmiotu, albo zajście jakiegoś zdarzenia. Nie musi tego stwierdzić, jeśli przez „stwierdzenie czegoś” rozumie się dwie rzeczy naraz, mianowicie: że to coś faktycznie ma miejsce i że stwier­ dzający sądzi, iż tak jest. Wydaje się — wiemy o tym z wielu doświadczeń — iż często używa­ my czegoś jako znaku nie na podstawie tak 204

rozumianego stwierdzenia, lecz na podstawie iluzorycznego przeświadczenia, złudzenia czy pomyłki, że się coś stało, albo że coś się tu znajduje. Wolelibyśmy zatem w sformułowaniu powyższych warunków, koniecznego i wystar­ czającego, zwroty takie jak ten, iż „zaszło ja­ kieś zjawisko”, mające nam posłużyć jako znak, bądź iż „stwierdziliśmy, że zaszło”, za­ stąpić zwrotami „w mniemaniu użytkownika znaku to a to — ogólnie, pewnego rodzaju byt — wystąpiło” czy też „użytkownik znaku był przeświadczony, że wystąpiło”. To samo do­ tyczy więzi między znakiem a tym, do czego się on odnosi. Owa więź, związek naturalny czy konwencjonalny, nie musi faktycznie za­ chodzić. Wystarczy, aby ten, kto się danym znakiem posługuje, był o istnieniu takiej wię­ zi przekonany. Trzecia sprawa dotyczy jej stałości. Wszak często mamy do czynienia ze znakami, ściślej zaś z użyciami czegoś w roli znaków, doraźny­ mi, ad hoc, okolicznościowymi. Te zaś nie wy­ magają od użytkownika domniemania stałego związku między bytem występującym jako znak a bytem, do którego się ten pierwszy od­ nosi. To nie dla czego innego pewne użycia znaków bywają okolicznościowe, a nawet jed­ norazowe, lecz właśnie dlatego, że wspomniany związek, na którym się opiera relacja znakowa, związek rzeczywisty czy tylko wyimaginowany, wcale nie jest stały; przeciwnie: bywa przemi­ jający, krótkotrwały, niekiedy zachodzący tyl­ ko w jednym wypadku. Dzieje się tak z dwóch powodów. Czasem krótkotrwałe, efemeryczne są te realne lub fikcyjne przedmioty, zdarzenia, czy zjawiska, między którymi ów stosunek zna­ kowy zachodzi. Czasem zaś sama ta łącząca je więź, faktyczna lub tylko pomyślana, bywa krótkotrwała bądź nawet jednorazowa. Gdy np. dziewczęta wróżą sobie z kwiatu, obrywając 205

z niego po jednym płatku, nie zawsze związek między znakiem a przyszłym stanem rzeczy da się zamknąć w zwyczajowym „kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje”; czasem ustanawiają sobie inną więź. Podobnie czyni­ my przy stawianiu pasjansa albo gdy spada gwiazda. W tym ostatnim wypadku owa więź bywa ad hoc wybrana, a i zdarzenie jest jedno­ razowe. Mimo to jednak służy przecież do wzmocnienia przekonania, staje się dla kogoś znakiem czegoś. Dlatego w sformułowaniu wspomnianych warunków, koniecznego i wy­ starczającego, wcięlibyśmy uniknąć wymaga­ nia, aby związek znakowy był stały. W sumie więc, po pierwsze, proponujemy, żeby uważać, iż nie tylko użycie oznak, lecz również użycie wszelkich znaków polega na pewnego rodzaju wnioskowaniu. Po drugie, proponujemy, żeby się zgodzić, iż w roli zna­ ków mogą występować nie tylko zjawiska lub zdarzenia, lecz również rzeczy i w ogóle wszel­ kiego rodzaju byty. Po trzecie, proponujemy, żeby do znaków zaliczyć nie tylko byty przez nas stwierdzone, to jest faktycznie istniejące, lecz również pomyślane jedynie lub wyobrażo­ ne, nie tylko realne, lecz również fikcyjne. Po czwarte, proponujemy, żeby to samo dotyczyło bytów, do których się znaki odnoszą, to jest, żeby za takowe uważać nie tylko rzeczy, zda­ rzenia lub zjawiska konkretne, realne, lecz rów­ nież wyimaginowane, urojone. Po piąte, pro­ ponujemy, żeby za związek znakowy, za ową naturalną czy konwencjonalną więź między znakiem a tym co oznaczane, uznać nie tylko związek, który faktycznie zachodzi, lecz również i taki, który swe istnienie zawdzięcza jedynie wyobraźni, złudzeniu, omyłce czy urojeniu użytkownika znaku. Wreszcie po szóste, propo­ nujemy, żeby jako związek znakowy traktować nie tylko stałą więź, faktyczną czy fikcyjną,

206

między znakiem a tym, do czego się on odnosi, lecz również przemijającą, krótkotrwałą, nawet jednorazową. Użytkownicy znaku: nadawca, odbiorca

Sądzimy, jak już wspomnieliśmy, że ilekroć ktoś w pewnej chwili posługuje się czymś jako znakiem czegoś innego, tylekroć przeprowadza pewnego rodzaju wnioskowanie, czyli rozumo­ wanie. Obecnie pora się zastanowić, jak owo wnioskowanie, owa inferencja, przebiega. W tym celu należy rozpatrzyć dwa wypadki: gdy użytkownik znaku jest jego nadawcą oraz gdy użytkownik znaku jest jego odbiorcą. W dwojaki bowiem sposób posługujemy się znakami. Albo jako ich autorzy, a zatem np. jako mówiący i piszący, malujący i rysujący, jako aktorzy, lektorzy i recytatorzy, jako ge­ stykulujący i robiący miny, jako wytwórcy znaków oraz ich odtwórcy — słowem, jako znaków tych nadawcy. Albo też posługujemy się znakami jako widzowie, czytelnicy lub słu­ chacze, ogólnie jako ci, co faktycznie lub tylko we własnym mniemaniu postrzegają znaki oraz je interpretują, czyli rozumieją. W praktyce te dwie role, nadawcy znaku i odbiorcy znaku, bardzo często się łączą. Ten sam użytkownik znaku jest zarazem jego nadawcą i odbiorcą. Z reguły zaś zarówno wtedy, gdy nadaj e znak, jak wtedy, gdy go odbiera, czyniąc to, znak ten interpretuje. Tutaj jednakże wygodniej bę­ dzie rozważyć te dwie sytuacje osobno, zaczy­ nając od opisu wnioskowania, które przepro­ wadza odbiorca znaku. Interpretowanie znaków przez ich odbiorcę, domysły semantyczne: znaczenie i to co oznaczane; domysł pragmatyczny: to co wyrażane

Co mamy na myśli mówiąc, że ktoś odbiera jakiś znak? Jedną z trzech rzeczy. Po pierwsze, 207

tylko to, iż zobaczył coś, np. napis lub rysunek, albo usłyszał, dotknął, poczuł smak — ogólnie: spostrzegł bądź wyobraził sobie, że spostrzegł, ale nie jest świadom, że ma do czynienia z ja­ kimś znakiem, gdy tymczasem dla kogoś innego owo coś stanowiło lub stanowi znak. Jest to najsłabsze pojęcie odbioru znaku. W drugim, mocniejszym, dołącza się do poprzedniego prze­ konanie odbiorcy, że to, co faktycznie lub tyl­ ko we własnym mniemaniu spostrzegł, jest ja­ kimś znakiem. W trzecim, najmocniejszym ro­ zumieniu, o które będzie nam tutaj chodziło, odbiorca znaku nie tylko go spostrzegł, nie tyl­ ko jest przekonany, iż ma do czynienia z ja­ kimś znakiem, ale ponadto znak ów interpre­ tuje. Zamiast „interpretu je” mówi .się niekiedy „dekoduje”, a zamiast jednego i drugiego moż­ na by mówić „rozumie w pewien sposób”. Dla­ tego „rozumie w pewien sposób”, nie zaś krót­ ko „rozumie”, że to ostatnie słowo ma również drugie znaczenie — „właściwie rozumie”, „ro­ zumie jak należy”, „rozumie zgodnie z intencją nadawcy znaku”. Może się więc zdarzyć, iż ten, kto danego znaku nie rozumie w tym ostatnim znaczeniu, jednak rozumie go w poprzednim sensie. Na czym polega to, iż odbiorca jakiegoś (A), jakiejś więc rzeczy, zdarzenia lub zjawiska, rozumie je w pewien sposób, czyli interpretu­ je? Na tym, że ów odbiorca wnioskuje pod wpływem dwóch motywów. Pierwszym jest mniemanie, że (.4) wystąpiło. Drugim — mnie­ manie, że między owym (A) a jakimś (Bi, tak­ że rzeczą, zdarzeniem czy zjawiskiem, zachodzi pewien związek, na podstawie którego z obec­ ności (A) można się domyślić wystąpienia (B). W istocie domyślamy się kilku różnych (B). Po pierwsze więc, domysł osoby interpre­ tującej znak — skierowany bywa ku (BI), mia­ nowicie ku tej rzeczy, zdarzeniu czy zjawisku,

208

które ów znak oznacza, wskazuje, przedstawia czy symbolizuje, czyli których jest znakiem. Np. lekarz, spostrzegłszy u pacjenta pewne ob­ jawy, stawia diagnozę, czyli hipotezę, na co ów pacjent jest chory. Klient, przeczytawszy na to­ rebce napis „cukier”, domyśla się, jaka jest jej zawartość. Kierowca, spostrzegłszy na poboczu drogi autobus z obu kierunkowskazami mruga­ jącymi, domyśla się, że jest on zepsuty. Najczęściej jednak tak rozumianego (BI) do­ myślamy się w sposób pośredni: rzecz, zdarze­ nie czy zjawisko oznaczane, wskazywane, przed­ stawiane czy symbolizowane przez dany znak „dostrzegamy” dzięki temu, iż domyśliliśmy się innego (B), mianowicie (B2), znaczenia zna­ ku (A), dopiero zaś za pośrednictwem tego zna­ czenia domyślimy się, do których rzeczy, zda­ rzeń lub zjawisk ów znak się odnosi. Po drugie więc, domysł osoby interpretującej znak — skierowany bywa ku znaczeniu tego znaku. Np. ktoś, przeczytawszy napis „najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego”, opierając się nie na znajomości geografii, lecz wyłącznie na zna­ jomości języka polskiego, pomyśli, że chodzi o wyższą od innych górę w paśmie górskim, którego imię własne brzmi „Beskid Sądecki”. Dopiero za pośrednictwem tego znaczenia (B2) oraz posiłkując się wiedzą geograficzną domysł swój przeniesie na oznaczaną przez ten zwrot górę, Jaworzynę Krynicką (BI). Po trzecie, domysł osoby interpretującej dany znak często bywa skierowany ku jeszcze innemu (B), mianowicie (B3), to jest ku stano­ wi psychicznemu, ku myślom, uczuciom, prag­ nieniom nadawcy tego znaku, ku wyrażanym przez ów znak przeżyciom. Dzieje się tak wów­ czas, gdy (A) jest — przynajmniej w mniema­ niu odbiorcy — znakiem pochodzącym od czło­ wieka lub zwierzęcia, zwłaszcza zaś znakiem nadanym świadomie i umyślnie. 14 Wstęp do semiotyki

Z’

209

Przez zwrot „znak pochodzący od człowieka czy zwierzęcia” rozumiemy nie tylko znaki, które istota czująca, obdarzona życiem psy­ chicznym, wysyła w celu przejawienia swych przeżyć i przekazania wiadomości o nich in­ nym istotom czującym, lecz i bezwiedne oznaki tych przeżyć. A zatem tak rozumianym znakiem pochodzącym cd istoty czującej będzie zarówno czyjś uśmiech, skierowany świadomie do roz­ mówcy, jak odruchowe psie merdanie ogonem. W związku z tym zarysowuje się tu różnica między wąskim a szerokim rozumieniem zwro­ tu „nadawca znaku”. W wąskim sensie za nadawcę znaku uchodzi ten tylko, o kim — jak o nadawcy listu — mniemamy, iż wysłał ów znak świadomie. W szerokim zaś sensie jako nadawca znaku bywa traktowany także i ten, kto bezwiednie, nieświadomie zachował się — bądź myślimy, że się zachował — w taki sposób, iż można z tego odczytać, co przeżywa. Granica między znakami mającymi swego szeroko rozumianego nadawcę a znakami go pozbawionymi jest płyn­ na. Do tych ostatnich zaliczamy np. plamy rdzy na metalu, świadczące o korozji. Do pierw­ szych — wyraz oczu, postawę i ruchy człowie­ ka bądź zwierzęcia, także i wtedy, gdy nie wiedzą, że ktoś ich widzi. A jak jest z takim np. opuchnięciem i zaczerwienieniem twarzy przy bólu zęba? Wszak mamy do czynienia nie tylko z syndromem zapalenia okostnej, ale i ze zna­ kiem ujawniającym cierpienie chorego. Czy ów drugi znak ma nadawcę w szerokim rozumie­ niu? Oto i przykład wypadku granicznego. Dla uproszczenia ograniczymy się w tym mo­ mencie do analizy odbioru znaków świadomie i umyślnie wysyłanych, takich jak sygnał od­ jazdu pociągu, dany przez zawiadowcę stacji, albo jak wypowiedzi, wygłaszane przez kogoś w rozmowie. Można się zastanawiać, czy tego

210

rodzaju znaki bezpośrednio kierują domysł od­ biorcy tylko ku (B3) — przeżyciu psychiczne­ mu nadawcy, a więc np. ku pomyśleniu za­ wiadowcy, że pociąg właśnie powinien odje­ chać, dopiero zaś pośrednio ku (B2) — znacze­ niu słowa „odjazd”, czy raczej ku znaczeniu zdania „niech ten pociąg teraz odjedzie”, a wreszcie ku (BI) — pewnemu konkretnemu zdarzeniu, mianowicie odjazdowi owego pocią­ gu w danej chwili. Czy też może te trzy do­ mysły kierują się ku trzem różnym (B) — sta­ nowi psychicznemu (B3) nadawcy, znaczeniu (B2) i temu co oznaczane (BI) — na równych niejako prawach? Można też rozważać, czy w każdym wypadku użycia takiego znaku pochodzącego od istoty czującej domysły odbiorcy są skierowane ku wszystkim trzem (B). Wydaj e się, że niekiedy osoba, która interpretuje znaki tego rodzaju, zwraca uwagę — głównie lub czasem nawet wyłącznie — na (B3), przeżycia lub stany psy­ chiczne nadawcy. Gdy np. podczas kłótni pada­ ją nieobliczalne słowa gróźb czy oskarżeń, czę­ sto ich znaczenie (B2) i to, do czego się odno­ szą (BI), nie zwracają w ogóle uwagi odbiorcy; ta skupia się wyłącznie na tym, co wyrażają: na gniewie, pasji, zacietrzewieniu; z gestów, mimiki, intonacji i siły głosu przeciwnika, wreszcie z jego wypowiedzi, wnioskujemy prze­ de wszystkim o gwałtowności jego uczuć. Kiedy indziej znów wyciągamy wniosek wy­ łącznie lub głównie na temat (BI) — pewnego zewnętrznego stanu rzeczy, do którego dany znak się odnosi, nie zaś na temat (B3) — prze­ żyć psychicznych nadawcy. Dzieje się tak zwłaszcza, gdy ten jest anonimowy, jak w wy­ padku owego nonsensownego napisu w autobu­ sach: „nie zasłaniać widoczności”; nonsensow­ nego, ponieważ zasłonić można tylko jakiś kon­ kretny przedmiot, nigdy zaś cechę. 14*

21L

Z kolei zdarza się i tak, iż spoza znaku wy­ zierają wprawdzie wszystkie trzy (B), ale spo­ śród nich bezpośrednio i głównie — (B3), uczu­ cie lub nastrój nadawcy, a dopiero pośrednio znaczenie (B2) tego znaku i zjawisko czy zda­ rzenie, do których się on odnosi (BI). Dotyczy to choćby pewnych wypowiedzi lirycznych. Gdy np. czytamy słowa poety: „świat... jest po­ marańczą, która mi aż z ust wycieka”, tym, co interpretujący odbiorca przede wszystkim dostrzega, jest (B3) — euforia, radosne podnie­ cenie — nie zaś dosłowne oraz przenośne zna­ czenie (B2) cytowanej wypowiedzi i nie stan rzeczy (BI), który jej odpowiada. Bywa też niekiedy, że odbiorca ten posługuje się wywnio­ skowanym z tekstu zdaniem o (B3), przeżyciu nadawcy znaku, jako przesłanką w następnym wnioskowaniu, które prowadzi do konkluzji na temat (BI), pewnego zewnętrznego faktu, będą­ cego przedmiotem owego przeżycia. Tak jest bodajże, gdy w IV pieśni Beniowskiego czyta­ my: „Czuję, jak pachną kochanki warkocze. Widzę, jaki ma w oczach blask promienny”. Ale bywa i na odwrót. Domysł odbiorcy zna­ ków kieruje się bezpośrednio ku (B2), ich zna­ czeniu, oraz ku (BI), oznaczanemu przez nie fragmentowi rzeczywistości, a dopiero pośred­ nio ku (B3), przeżyciom psychicznym nadaw­ cy. Np. więc, przeczytawszy czyjś nekrolog, najpierw myślimy o zmarłym, a dopiero póź­ niej, pośrednio, o smutku i żałobie tych, co ne­ krolog zamieścili; gdy zaś nadawcą jest insty­ tucja, nie myślimy o niczyim stanie uczuciowym. Stosunki (A) — (BI) oraz (A) — (B2), za­ chodzące między znakiem (A) a odpowiadającą mu rzeczą, zdarzeniem lub zjawiskiem (BI) oraz znaczeniem (B2) tego znaku, noszą nazwę semantycznych. Natomiast stosunki (A) — (B3) oraz (B3) — (A), a więc stosunki, których czło­ nami są znak i przeżycia psychiczne jego na­ 212

dawcy, należą do pragmatycznych. Pragmatycz­ ne są także stosunki między znakiem a przeży­ ciami jego odbiorcy, ogółem stosunki zachodzące między znakiem a jego użytkownikami. Sprowadzalność relacji semantycznych do pragma­ tycznych; pogląd Wittgensicina.

Mimo że o relacji (A) — (BI) mówimy: „znak to a to oznacza”, „znak to a to przedstawia”, „znak to a to symbolizuje”, ogólnie — „znak do tego a tego się odnosi”, o relacji zaś (A) — (32) mówimy: „znak to a to — czy tak a tak — znaczy”, to przecież za każdym razem fak­ tycznie mamy na myśli, iż my sami, użytko­ wnicy znaku, oznaczamy coś, przedstawiamy czy symbolizujemy za jego pomocą; my sami posługujemy się nim tak, aby się do czegoś odnosił; my sami nadajemy mu znaczenie rozu­ miejąc go w określony sposób. Posługiwanie się zaś znakiem (A) w pewien sposób przez użyt­ kownika tego znaku należy do sfery pragma­ tycznej. Stąd wspomniane relacje semantyczne daje się — według jednego z poglądów — spro­ wadzić do pragmatycznych. Wittgenstein np. nawoływał, by nie pytać o znaczenie wyrażeń, lecz zająć się ich użycia­ mi, to jest przyglądać się, jak przebiega „gra językowa”, złożona z językowych i niejęzykowych zachowań rozmówców. Na podstawie przebiegu tej gry można odtworzyć reguły, które nią rządzą, reguły używania wyrażeń. To właśnie owe reguły posługiwania się nazwą w taki sposób, by oznaczała pewne rzeczy, a zdaniem w taki sposób, by — prawdziwie albo fałszywie — zdawało sprawę z pewnego zdarze­ nia, pytało albo rozkazywało — to właśnie owe reguły gry językowej mamy na myśli mówiąc o znaczeniach wyrażeń. Ale owe znaczenia nie są żadnymi rzeczami posiadanymi przez te wy­ rażenia. Mówimy wprawdzie, że np. zdanie 213

„podaj cegłę” ma znaczenie, ale nie chodzi nam o nic innego jak o to tylko, co zdoła wywnios­ kować obserwujący — zwykłą w czasach Wittgensteina — scenę na budowie: majster mu­ rarski krzyczy „podaj cegłę”, a pomocnik na ten rozkaz ją podaje. Owo zdanie, gesty oraz towarzysząca im sytuacja — oto tzw. znaczenie słów „podaj cegłę” (Wittgenstein, 1972:16—26). Rozumowanie, które przeprowadza odbiorca znaku: entymematyczne i genetycznie infcrencyjne

Zgodziliśmy się, że odbiorca znaku przepro­ wadza wnioskowanie, czyli rozumowanie. Pole­ ga ono na czynieniu domysłów eo do tego, co ów znak znaczy, oznacza i wyraża. Domysły te, poddane rekonstrukcji, przybrałyby postać ta­ kiej oto inferencji: „Wystąpiło (A)” —pierwsza przesłanka: „Między (A) i (B) zachodzi taki a taki zwią­ zek” — druga przesłanka; „Związek ten jest tego rodzaju, iż z obec­ ności (A) można się domyślić, że i (B) ma miej­ sce” — trzecia przesłanka; „(B) jest tym, co zostało wskazane, oznaczo­ ne, przedstawione przez (A)” — wniosek. Trzeba sobie zdawać sprawę, że wnioskowa­ nia tego rodzaju przybierają w praktyce po­ stać szczątkowych i utajonych. Nikt więc, pa­ trząc na czyjąś fotografię, nie formułuje — nawet w myśli — przesłanek i wniosku. Nikt nie buduje zdań w rodzaju: „oto leży przede mną fotografia; układ i proporcje odcinków linii prostej oraz linii krzywych są na niej takie a takie; również we frontonie pałacu w Łazienkach ów układ i proporcje są takie same; między fotografią a pałacem w Łazienkach za­ chodzi podobieństwo geometryczne; podobień­ stwo geometryczne między fotografią a pew­ nym przedmiotem poza nią każę się domyślić, iż fotografia ta stanowi znak ikoniczny, przed­ 214

stawiający ów przedmiot; zatem ta fotografia to znak ikoniczny pałacu w Łazienkach”. Zwykle, spojrzawszy na fotografię, od razu skrótowo formułujemy gotowy wniosek: „to jest pałac w Łazienkach”. Pomijamy przesłanki jako oczywiste. Takie rozumowanie, w którym pominięto przesłankę lub przesłanki, nosi na­ zwę entymeraatycznego. I rozumowania, które przeprowadzamy, interpretując znaki, właśnie przeważnie bywają entymematyczne. Bardziej kompletną postać przybierają do­ piero wtedy, gdy mamy trudności z rozszy­ frowaniem znaku, ze zrozumieniem go, z iden­ tyfikacją tych rzeczy lub zdarzeń, do których się odnosi. Oto np. pokazano nam fotografię jakiegoś budynku wykonaną z lotu ptaka. Nigdyśmy tej budowli nie oglądali z góry. Zastana­ wiamy się więc. „Zaraz, zaraz [...] po obu stro­ nach woda. A pod jednym ze skrzydeł obiektu widniejącego na fotografii — jakby kanał łą­ czący dwa stawy. Do dużego prostokąta, znaj­ dującego się pośrodku, przylegają bokami z le­ wej i prawej dwa mniejsze — to pewnie dachy głównego budynku i jego skrzydeł. Już wiemy. Przecież taki właśnie jest pałac w Łazienkach. Tak, to musi być zdjęcie lotnicze tego pałacu”. Jak widać, w wypadkach wątpliwości co do tego, czego znakiem jest dana rzecz lub zda­ rzenie, nasze wnioskowania stają się mniej skrótowe, a także bardziej uchwytne dla nas samych. Zwykle bowiem, gdy w pełni opanowaliśmy dany system znakowy, rozumowania, na któ­ rych polega posługiwanie się znakami, są dla nas samych utajone; nie zdajemy sobie sprawy, że je przeprowadzamy. Gdy np. czytamy tekst w języku ojczystym, rozumiemy wszystko au­ tomatycznie, niejako nie myśląc, nie zastana­ wiając się. Dopiero gdy biedzimy się nad wypo­ wiedziami języka słabo znanego, dochodzi do 215

formułowania przesłanek — w myślach — i do wyciągania z nich wniosków. Zaglądamy do sło­ wnika, wyszukujemy, co znaczą poszczególne słowa, robimy domysły na temat znaczenia zdań, słowem rozumujemy. Gdy zaś dojdzie­ my do tego, jaki jest sens całego urywka, orientujemy się też, o czym on mówi, do czego się odnosi, jakie rzeczy bądź zdarzenia opisuje. Ale te wypadki, w których posługiwanie się znakami polega na świadomym wnioskowaniu, na uznawaniu zdań będących przesłankami i wyciąganiu z nich wniosku, należą do wyjąt­ kowych. Zwykle odbiorca znaku nie przepro­ wadza pełnych, rozwiniętych rozumowań, lecz entymematyczne. Zwykle też trudno powie­ dzieć, że je świadomie przeprowadza; raczej przebiegają w nim automatycznie, niejako bez jego wiedzy. Interpretowanie znaków ma wów­ czas charakter genetycznie inferencyjny. Nie­ mniej zawsze polega ono na rozumowaniu, wnioskowaniu, inferencji.

Rozumowanie, które przeprowadza nadawca znaku: naśladowcze To samo dotyczy wypadków, w których użyt­ kownikiem znaków jest ich nadawca. W tej roli występuje albo wytwórca znaku, np. arty­ sta malarz, autor obrazów figuralnych, albo odtwórca znaku, np. recytator deklamujący czyjś wiersz. W rzeczywistości te dwie funk­ cje nie dają się od siebie tak zdecydowanie od­ dzielić. Wytwórca czy twórca znaków bywa zarazem po części i pod pewnym względem ich odtwórcą. Odtwórca zaś znaków, nadając je, wnosi w swe działanie wkład indywidualny. Nie tylko sięga po gotowy znak, by go przeka­ zać innym, lecz ponadto wytwarza własne jego uzupełnienia i modyfikacje. Pamiętając o tym, rozpatrzymy wypadek umyślnego wytwarzania znaku. Czy ten, kto

216

tak właśnie, świadomie i umyślnie, nadaje znak, przeprowadza przy tym wnioskowanie podobne do zauważonego w procesie odbierania znaków? Spróbujmy zrekonstruować rozumowanie za­ wiadowcy, który latarką, chorągiewką czy tzw. lizakiem daje sygnał odjazdu pociągu i tym samym staje się sprawcą pewnego procesu zna­ kowego. Zawiadowca ten, zanim uniósł do góry latarkę, wiedział, jaki to wywoła skutek. Nie­ raz przedtem bywał świadkiem podobnej sytu­ acji; nieraz przedtem interpretował tego rodza­ ju znaki, to jest przeprowadzał odpowiednie * wnioskowanie. Mianowicie na podstawie prze­ słanek: „zawiadowca uniósł do góry latarkę” i „istnieje «przepis, według którego czynność ta w określonej sytuacji winna spowodować od­ jazd pociągu” — wyciągał wniosek, że pociąg za chwilę ruszy. Także więc tym razem, zanim dał sygnał odjazdu, rozpoczął analogiczne wnioskowanie. Ale natychmiast je przerwał, z góry znając wniosek, do którego by doprowa­ dziło. Było ono ułamkowe i zapewne wymyka­ ło się spod kontroli świadomości. Można by rzec, iż zawiadowca poprzestał jia stworzeniu warunków do tego, by podobne rozumowanie przeprowadził maszynista odprawianego po­ ciągu. Albo też migawkowo i nie w pełni świa­ domie wyobraził sobie, jak ów maszynista za­ reaguje na dany sygnał odjazdu, co pomyśli, jakie przesłanki weźmie pod uwagę i do jakiego dojdzie wniosku. Za każdym więc razem na­ dawca znaku stawia się niejako w roli odbior­ cy tegoż znaku. Antycypuje lub naśladuje to rozumowanie, które — niemal bezwiednie i w mgnieniu oka — przeprowadzi ów odbiorca in­ terpretując znaki. We wnioskowaniach tych nie ma czasu na formułowanie przesłanek i wniosku w postaci pełnych zdań. A może na­ wet nie ma w nich osobnych myśli. Może są jedną myślą, tyle że złożoną z paru przekonań, 217

ale następujących po sobie tak błyskawicznie, iż — jak sądzą niektórzy — pojawiają się one jednocześnie i stapiają z sobą w nierozerwalną całość. Wnioskowanie semictyczne

Powtórzmy: zarówno nadawca znaków, zwła­ szcza nadawca świadomy i umyślny, jak ich odbiorca interpretują je, czyli rozumieją w pe­ wien sposób, to zaś polega na wnioskowaniu. A zatem każdy użytkownik znaku, ilekroć w pewnej chwili posługuje się czymś jako zna­ kiem czegoś innego, tylekroć przeprowadza opisanego rodzaju wnioskowanie. I na odwrót: ilekroć przeprowadza takie rozumowanie, ty­ lekroć dochodzi do użycia przezeń znaku. Ro­ zumowanie takie można by nazwać wnioskowa­ niem semiotycznym, gdyż po raz pierwszy do­ strzeżono je i poddano analizie w rozważaniach na temat pojęcia semeionu, przeprowadzonych w starożytnej filozofii greckiej. Jakie to są rozumowania? Wszystkie czy tyl­ ko niektóre? Zarysowują się dwie odpowiedzi na to pytanie. Według jednego poglądu: gdzie wnioskowanie, tam i użycie znaku; a także na odwrót. Gdy więc np. z tego, iż żaden kot nie jest psem, wnioskujemy, że żaden pies nie jest kotem, to wówczas pierwszy z wymienionych faktów staje się dla nas znakiem drugiego. Także więc tzw. wnioskowania bezpośrednie stanowiłyby podstawę semiozy, czyli użycia czegoś jako zna­ ku. Drugi pogląd zaostrza wymagania: użycie czegoś jako znaku zawsze wprawdzie polega na przeprowadzeniu rozumowania, ale rozumowa­ nia szczególnego typu. Mianowicie wśród swych przesłanek winno ono zawierać jedną na temat — faktycznego lub rzekomego — wystąpienia jakiegoś przedmiotu, zdarzenia lub zjawiska, 218

słowem, jakiegoś bytu, drugą: na temat rze­ czywistego bądź rzekomego związku owego by­ tu z jakimś innym bytem i trzecią: na te­ mat pewnej własności tego związku, własności polegającej na tym, iż skoro pierwszy byt wy­ stąpił, to — w mniemaniu użytkownika znaku — i ów drugi, z nim związany, jest albo był obecny lub może być spodziewany. Do takich związków należą np.: ten, który zachodzi mię­ dzy teraz istniejącą blizną a odniesioną kiedyś raną albo między błagalnym złożeniem dłoni a doznawaniem uczucia pokory i zdania się na czyjąś łaskę, albo między słowem „szpak” a szpakiem. Na ogół natomiast nie zalicza się do takich związków ani np. stosunku większości, gdyż to, że pewna rzecz jest w czyimś mnie­ maniu większa od innej, nie czyni pierwszej znakiem drugiej, ani stosunku starszeństwa, gdyż to, że Paryż jest starszy od Pcimia, nie czyni z Paryża znaku Pcimia. Przeważnie nie czyni, ale uczynić może. Wszak zależy to tylko od użytkownika znaku. Każdy bowiem byt, za­ równo rzeczywiście istniejący, jak urojony, i na podstawie każdego związku, -zarówno rzeczy­ wiście zachodzącego, jak urojonego, każdy byt może się stać — według określenia Husserla — przezroczysty (Husserl, 1913). Chodzą tu o przenośnie rozumianą przezroczystość — o przezroczystość semiotyczną, właściwą znako­ wi: „widać” przezeń te przeżycia, które wyra­ ża, te cechy, które współoznacza, oraz te przed­ mioty, zdarzenia czy zjawiska, do których się odnosi. Znak a człowiek i zwierzęta Antropocentryzm semiotyezny i pogląd przeciwny: spór rzeczowy czy słowny

Użycie znaku polega na wnioskowaniu semiotycznym. Każde zaś wnioskowanie — na 219

dochodzeniu do uznania za prawdziwe jednego zdania na podstawie uznania za prawdziwe in­ nego lub innych. Tylko ludzie posługują się zdaniami, uznają je albo odrzucają. Wynikałoby z tego, że tylko ludzie używają znaków. I tak właśnie myślą niektórzy: znaki są czymś swo­ iście ludzkim, czymś dostępnym jedynie czło­ wiekowi, czymś, co go odróżnia od innych istot żywych lub nawet wyróżnia spośród całej przy­ rody. Stanowisko takie można by nazwać antropocentryzmem semiotycznym. Ale obok tego istnieje pogląd odmienny. Po­ jawił się już w filozofii greckiej. Ta niekiedy nie ograniczała korzystania z semeiów do ro­ dzaju ludzkiego. Umiejętność posługiwania się nimi przyznawała również zwierzętom. A i póź­ niej opinię tę podzielali zwolennicy tzw. biolo­ gicznych teorii znaku, np. Morris. Wszelkie or­ ganizmy żywe używają znaków — głosili — także rośliny. A nawet fragmenty owych or­ ganizmów, np. komórki. Powstały też osobne specjalności w obrębie semiotyki, badające rolę znaku w sferze pozaludzkiej, np. zoosemiotyka, nauka o posługiwaniu się znakami przez zwie­ rzęta (por. Sebeok, 1976, 1978). Kto ma rację: antropocentrycy czy ich oponenci? Tylko ludzie używają znaków, czy także inne organizmy żywe? Przede wszystkim powstaje pytanie, czy róż­ nica zdań w tej sprawie ma charakter rzeczo­ wy czy charakter jedynie słowny. Miałaby cha­ rakter rzeczowy, gdyby przeciwnicy operowali tym samym pojęciem znaku, a zarazem w od­ mienny sposób zapatrywali się na to, komu znaki są dostępne: człowiekowi czy wszelkim organizmom żywym. Stałaby się natomiast sporem słownym, gdyby każda ze stron inne pojęcie znaku brała pod uwagę. I tak właśnie bywa najczęściej: inaczej rozumieją słowo 220

„znak” i pokrewne wyrazy zwolennicy koncep­ cji biologicznych, jak Morris, inaczej zaś antropocentrycy, jak Cassirer. Pierwsi pojęcie zna­ ku nierzadko utożsamiają z pojęciem fizyczne­ go bodźca, działającego na odpowiednie recep­ tory w organizmie żywym i wywołującego reakcje fizjologiczne. Drudzy skłonni są zbliżyć pojęcie znaku do pojęcia symbolu, a za ten ostatni uważają to tylko, co myśli ludzkiej i ludzkiemu ustanowieniu zawdzięcza swą funkcję informacyjną. Którą drogę ma wybrać ten, kto pojęcie uży­ cia czegoś jako znaku charakteryzuje w taki sposób, jak myśmy to uczynili w tej książce? Gdyby chciał sferę znaków rozszerzyć na świat roślinny i zwierzęcy, musiałby zrezygnować z hipotezy, iż warunkiem koniecznym i wystar­ czającym użycia czegoś jako znaku jest przepro­ wadzenie opisanego wyżej wnioskowania semiotyczfiego. Gdyby zaś chciał oprócz człowieka również zwierzęta, lecz nie rośliny, uznać za użytkowników znaków, musiałby albo — tak jak w poprzednim wypadku — zrezygnować ze wspomnianej hipotezy, albo w taki sposób zmo­ dyfikować pojęcie wnioskowania semiotycznego, aby również i o zwierzętach można było powie­ dzieć, iż doknują pewnego rodzaju inferencji semiotycznych. Percepcje, wyobrażenia i przekonania ludzkie a zwierzęce; rozszerzone pojęcie wnioskowania semiotycznego

To ostatnie, kompromisowe rozwiązanie wydaje się najlepsze. Wnioskowania przeprowa­ dzane przez ludzi polegają na wzmacnianiu jednych przekonań na podstawie innych. Owe przekonania mogą — w razie potrzeby — zo­ stać zwerbalizowane, to jest, przybrać postać zdań. Nie zawsze jednak taką postać przybiera­ ją. W praktyce często bywają tylko na pół 221

/ zwerbalizowane, nie występują jako porządne i kompletne sformułowania. Wprawdzie zwierzęta nie budują zdań, nie uznają ich ani nie odrzucają, ale według opinii specjalistów mimo to żywią — oczywiście nie zwerbalizowane — uczucia, myśli i przekona­ nia, dochodzą do nich, wzmacniają je lub osła­ biają. Czynią to m.in. w toku tzw. myślenia sensorycznego. „Jako poznawanie związków (np. przestrzennych, służebności-celowości itp.) — pisze psycholog — myślenie jest możliwe bez mowy i niewątpliwie występuje u wielu zwie­ rząt” (Pieter,1963:165). Nie jest to pogląd odosobniony. Zdaniem wy­ bitnego neurofizjologa „całokształt asocjacji wytwarzanych w życiu codziennym ludzi po­ dzielić można na dwie grupy: asocjacje z udzia­ łem mowy we wszystkich jej aspektach (asoc­ jacje werbalne) i asocjacje obywające się bez mowy (asocjacje niewerbalne). O ile pierwsza grupa właściwa jest jedynie gatunkowi homo sapiens, o tyle druga istnieje również u wielu gatunków zwierząt” (Konorski, 1969:259). Asocjacje, czyli skojarzenia — to w tym wy­ padku „stosunki między bodźcami, percepcjami lub wyobrażeniami”, sam zaś termin „asocja­ cja” ma tutaj „znaczenie [...] psychologiczne lub funkcjonalne” (Konorski, 1969:169). Przypad­ kiem szczególnym asocjacji jest tzw. klasyczne warunkowanie. Mamy z nim do czynienia np. wtedy, gdy dwa bodźce, zapach pożywienia i dźwięk gongu, w pewnym okresie działają równocześnie na organizm psa, wywołując od­ powiednie reakcje. Jeśli pierwszy bodziec po­ woduje obfite wydzielanie się śliny jako reak­ cję bezwarunkową, to po ustaniu owego pierw­ szego bodźca pozostały, warunkowy, nadal bę­ dzie u zwierzęcia wywoływał ślinienie się, tym razem jednak już jako reakcję warunkową, któ­ ra po pewnym czasie wygaśnie. 222

Był to przykład stosunku między bodźcami, percepcjami i wyobrażeniami, a zatem przy­ kład asocjacji. Wymagają w nim wyjaśnienia słowa „percepcja” i „wyobrażenie”. Percepcja, czyli postrzeżenie, polega na rozpoznaniu przed­ miotu. W rozpatrywanym wypadku polega na tym, iż pies coś wywęszył i rozpoznał to jako pożywienie oraz coś usłyszał i rozpoznał to jako dźwięk gongu. Z kolei wyobrażenie różni się od percepcji tym, że ta ostatnia „jest z reguły odnoszona do określonego zjawiska, przebiega­ jącego w świecie zewnętrznym, podczas gdy wyobrażenia doznajemy jako zachodzącego w naszym umyśle [...]. Gdy np. wyobrażamy sobie twarz znanej osoby, świecę albo książkę, naj­ częściej «widzimy» te przedmioty odizolowane przed naszymi oczyma, lecz bez rzutowania ich na zewnątrz” (Konorski, 1969:172—174, 505, 507). Zdaniem specjalistów percepcje i wyobraże­ nia są u człowieka i niektórych zwierząt takie same: „Sądzimy [...], iż jeśli u człowieka psy­ chiczne doznanie percepcji jakiegoś wzorca bodźcowego przejawia się w określonym akcie behawioralnym lub w określonych potencjałach bioelektrycznych w mózgu i jeżeli u danego zwierzęcia (np. u małpy lub kota) wzorzec ten wywołuje dokładnie takie same reakcje, mamy wówczas prawo twierdzić, że zwierzę to doznaje percepcji danego przedmiotu w ten sam mniej więcej sposób, co my. Podobnie, jeśli pies powraca do miejsca karmienia, skąd został siłą odciągnięty, tak jak my powracamy do nie do­ kończonego posiłku, od którego oderwała nas rozmowa telefoniczna, możemy przyjąć, że zwie­ rzę to posiada wyobrażenie nie dokończonej porcji jedzenia, podobnie jak my je posiadamy. Zaprzeczenie takiemu twierdzeniu równałoby się przeprowadzeniu ostrej granicy między działalnością mózgu człowieka a działalnością 223

mózgu innych wyższych kręgowców, co z biolo­ gicznego punktu widzenia byłoby nie do przy­ jęcia” (Konorski, 1969:9). Stwierdzenie znacznego podobieństwa per­ cepcji ludzkich i zwierzęcych, a także wyobra­ żeń, prowadzi do wniosku, że i przekonania są u człowieka i zwierząt podobne. Przekonania bowiem uchodzą — zdaniem psychologów — za składniki percepcji, czyli postrzeżeń: „W faktach spostrzeżeń zmysłowych możemy wy­ różnić przedstawienia i przekonania” (Witwicki, 1925:1, 71) przekonania zaś to tyle, co sądy w znaczeniu psychologicznym. W powyższych kompetentnych opiniach znaj­ dujemy podstawę do własnych, niefachowych, przeświadczeń w pewnych sprawach z dziedziny neurofizjologii i psychologii zwierząt. Trudno się nam mianowicie oprzeć wrażeniu, iż zdolne są one wzmacniać w sobie jedne przekonania na podstawie innych. A to przecież stanowi właśnie istotę wnioskowania. Co więcej', narzu­ ca się przypuszczenie, że do owego wzmacnia­ nia przekonań zwierzęta dochodzą na skutek spostrzegania i rozumienia znaków. A to z ko­ lei stanowi istotę wnioskowania semiotycznego. Pies chociażby, który objawia radość, wi­ dząc, że jego państwo wkładają płaszcze i się­ gają po smycz wiszącą na wieszaku, czyż nie interpretuje znaków, czyż na podstawie prze­ konań o zapowiadających spacer czynnościach nie wzmacnia w sobie przekonania, iż za chwilę wyjdzie? A ów — zapamiętany z dzieciństwa — foksterier Ciapciuś, który uciekał do czwar­ tego pokoju i chronił się pod łóżkiem, usłysza­ wszy rzuconą mimochodem przez któregoś z do­ mowników uwagę: „trzeba będzie tego łajdaka wykąpać”, czyż nie interpretował znaków i nie przeprowadzał pewnego typu wnioskowania semiotycznego? A niemiecki owczarek Atos, który przynosi z przedpokoju smycz, kładzie ją na 224

kolanach swego pana, a następnie ciągnie go za połę do drzwi wyjściowych, siada przed nimi albo skomląc wspina się łapami na klamkę, czyż nie nadaje znaków? Czyż nie nadaje ich Trot, jamnik długowłosy, gdy — obrażony na któregoś z domowników — przez wiele godzin manifestacyjnie kładzie się tyłem do niego? Powtórzmy: skoro percepcje, czyli spostrze­ żenia zmysłowe, są u zwierząt podobne do ludz­ kich i skoro w skład tych spostrzeżeń wchodzą m.in. przekonania czy sądy w sensie psycholo­ gicznym, to chyba staje otworem droga do skonstruowania szerszego i bardziej liberalnego pojęcia wnioskowania aniżeli pojęcia obiegowe w metodologii logicznej. Wnioskowanie takie polegałoby — tak jak owo tradycyjnie rozu­ miane — na przechodzeniu od słabszych prze­ konań do mocniejszych, tyle że przekonań nie tylko zwerbalizowanych, ale i niewerbalnych; na przechodzeniu nie tylko poddanym rygorom poprawności formalnej, ale i na poczuciowym, w istocie jednak analogicznym do procesu my­ ślenia inferencyjnego u ludzi. Ponętna to perspektywa. Gdyby się udało zbudować tak szerokie i swobodne pojęcie inferencji, to wówczas można by także o zwierzę­ tach powiedzieć dwie rzeczy zarazem: po pier­ wsze, iż posługują się znakami oraz, po drugie, iż czynią to przeprowadzając wnioskowania semiotyczne; dodajmy, wnioskowania semiotyczne w szerokim i swobodniejszym od do­ tychczasowego sensie. Scmioza bez wnioskowania albo znaki ludzkie różne od zwierzęcych

Niektórzy specjaliści, zwłaszcza zoosemiotycy, nie mają żadnych zgoła wątpliwości co do pierwszej z tych rzeczy, mianowicie że zwie­ rzęta posługują się znakami (np. Sebeok, 1976, 1978). Autorzy ci nigdy7 jednak nie wspominają 15 Wstęp do semiotyki

225

o drugiej, nigdy pojęcia użycia czegoś jako zna­ ku nie wiążą z pojęciem wnioskowania. Jeśli natomiast ktoś — tak jak my — uważa, iż na­ dawanie i odbieranie znaków polega na wnios­ kowaniu semiotycznym, to uzna, że rozstrzyg­ nięcie kwestii, czy i zwierzęta się nimi posługują, jest dziś przedwczesne, gdyż nie rozporządzamy jeszcze owym wspomnianym szerokim i liberal­ nym pojęciem wnioskowania. Pozostawałyby wówczas następujące trzy in­ ne rozwiązania, które jednakże znacznie mniej nam odpowiadają. Pierwsze z nich jest antropocentryczne: owszem, użycie znaków polega na wnioskowa­ niu semiotycznym, ale też tylko ludzie się nimi posługują. Tym samym więc, wybierając to rozwiązanie, wznieślibyśmy mur między psy­ chiką ludzką i zwierzęcą, mur, który według stanowczych opinii neurofizjologów i psycholo­ gów nie istnieje. Ponadto zaś zrezygnowalibyś­ my z dobrego wyjaśnienia mnóstwa znanych faktów zachowania się zwierząt. Jakżeby więc można było wytłumaczyć to zachowanie, skorobyśmy nie chcieli w nim widzieć nadawania znaków i kierowania się znakami? Drugie rozwiązanie również wydaje się nie do przyjęcia. Jest ono popularne zwłaszcza wśród biologów i zwolenników tzw. biologizmu, integracji wszelkich nauk na podstawach przyrodozriawczych: owszem, zarówno- ludzie, jak zwierzęta posługują się znakami, ale ani u pier­ wszych, ani u drugich nie ma to nic wspólnego z wnioskowaniem. Na czym więc miałoby pole­ gać użycie znaków? Jedni utrzymują, że na fizjologicznych reakcjach warunkowych orga­ nizmu, wywołanych przez fizyczne bodźce wa­ runkowe. Ale to nie wyjaśniałoby, jak dochodzi do posługiwania się w roli znaków bytami fak­ tycznie nie istniejącymi, nieempirycznymi. pozafizycznymi. Inni idą śladem Morrisa; pisze 226

on: „Jeśli A jest bodźcem przygotowawczym, który — pod nieobecność bodźców-przedmiotów, zapoczątkowujących ciąg reakcji w postaci pewnego rodzaju zachowań — wywołuje w da­ nym organizmie dyspozycję do zareagowania ciągiem zachowań tegoż rodzaju, to A jest zna­ kiem [...]; nie rozstrzyga się kwestii, czy istnie­ ją znaki nie spełniające tych warunków” (Mor­ ris. 1971:366). Ci inni używają wprawdzie ter­ minów neurofizjologii i psychologii, ale chyba tylko na pozór pozostają w granicach typowej biologicznej koncepcji bodźca — reakcji. Wszak żgadzają się na to, by w roli bodźców wystę­ powały nie tylko konkretne fizyczne rzeczy; por.adto dopuszczają oni psychologiczne pojęcie dyspozycji; wreszcie nie wykluczają możliwo­ ści użycia znaków na innej zasadzie. W sumie więc wybierając tę odmianę drugiego rozwią­ zania utracilibyśmy — wbrew pozorom — je­ go podstawę w postaci teorii odruchów warun­ kowych. Zarazem zaś, nie przyznając się dó te­ go, ¿tworzylibyśmy furtkę teorii wiążącej uży­ cie znaku z pewnymi procesami psychicznymi, do których m.in. należy przecież i wnioskowa­ nie. . Trzecie rozwiązanie, choć kompromisowe, także wydaje się niezadowalające. Jego zwolen­ nicy powiadają: owszem, i ludzie, i zwierzęta używają znaków, ale tylko u ludzi polega to na wnioskowaniu, a u zwierząt — na czymś in­ nym; nie bardzo zresztą wiadomo na czym. W takim jednak razie, dlaczego jedno i drugie zachowanie, i owo ludzkie, i owo zwierzęce, uważać za posługiwanie się znakami. Skoro każde z nich na czym innym polega, to widocz­ nie mamy do czynienia nie z jednym, lecz z- dwoma różnymi pojęciami użycia czegoś jako znaku. Wybierając więc to ostatnie rozwiązanie utracilibyśmy nadzieję na uzyskanie jednego wspólnego pojęcia użycia znaku, a zatem i po­ 15»

227

jęcia znaku. Zarazem zaś tolerowalibyśmy mil­ cząco istnienie muru, o którym była mowa w związku z pierwszą koncepcją. Jak widać, każde z powyższych trzech roz­ wiązań ma poważne wady. Z drugiej strony, hipoteza, według której, po pierwsze, i ludzie, i zwierzęta używają znaków, po drugie, i u lu­ dzi, i u zwierząt polega to na wnioskowaniu semiotycznym, ma następujące zalety. Pozwala w jednolity sposób ująć pewnego rodzaju zacho­ wania się ludzkie i zwierzęce oraz w jednolity sposób je wyjaśniać; tego domagają się specja­ liści. Pozwala skonstruować jedno — dla ludzi i zwierząt — pojęcie użycia czegoś w roli zna­ ku oraz jedno pojęcie znaku; tego wymaga in­ teres semiotyki jako nauki interdyscyplinarnej. Pozwala oprzeć pojęcie posłużenia się znakiem na pojęciu wnioskowania; to znajduje coraz to nowe potwierdzenia. Z tych względów wskazane wydaje się dążyć do rozszerzenia pojęcia wnioskowania w taki sposób, aby zarówno o człowieku, jak przynaj­ mniej o pewnych zwierzętach, zarówno o na­ dawcach, jak o odbiorcach wszelkiego rodzaju znaków, można było powiedzieć, że używając znaku przeprowadzają oni wnioskowanie semiotyczne. Innymi słowy, aby można było po­ wiedzieć, iż motywami użycia czegoś w pewnej chwili jako znaku czegoś innego są dwa mnie­ mania użytkownika znaku: iż to pierwsze — swobodnie i ogólnie mówiąc — istnieje oraz iż. między tym pierwszym a tym drugim zacho­ dzi taki związek, że ów użytkownik czuje się skłonny do wyciągnięcia wniosku z tych mnie­ mań, mianowicie wniosku, po pierwsze, o sta­ nie psychicznym nadawcy znaku, po drugie zaś o zewnętrznym stanie rzeczy, do którego ów znak się odnosi.

3

SEMIOTYKA

Pięć pojęć semiotyki Wieloznaczność słowa „semiotyka”

W pierwszej części tej książki zastanawialiś­ my się nad znaczeniami wyrazów „semiotyka”, „semiologia” i „semantyka”. Rozważania te Obudziły taką m.in. refleksję: bardziej niepo­ kojące od tego, że jedni używają pierwszego z wymienionych słów, a inni drugiego, a jesz­ cze inni trzeciego, jest to, iż nawet wśród po­ sługujących się tą samą nazwą jedni często mają na myśli coś zupełnie innego niż drudzy i sami sobie z tego nie zdają sprawy. Obiecaliś­ my wrócić do kwestii tych ukrytych, nie uświa­ domionych różnic znaczeniowych słowa „semio­ tyka”. Właśnie teraz to uczynimy. Najbardziej rozpowszechnione jest pojęcie semiotyki jako nauki o znakach. Obok niego jednakże występują — tak przynajmniej sądzi­ my — jeszcze cztery inne, na ogół od tamtego nie odróżniane. Wyliczymy je teraz, by w na­ stępnych rozdziałach każde z nich nieco szerzej opisać. Semiotykaw

Po pierwsze, semiotyka to tyle, co własności syntaktyczne, semantyczne lub pragmatyczne znaku: albo własności, czyli cechy, jednego z 229

wyliczonych rodzajów, albo dowolnych dwóch, albo wszystkich trzech. A przy tym albo pewne wybrane własności, albo ich ogół. Na przykład zamiast pytać, jakie są własności semiotyczne danego zdania, można zadać pytanie, jaka jest semiotyka owego zdania. I podobnie — jaka jest jego składnia, czyli syntaktyka, jaka jego semantyka, jaka jego pragmatyka. Ponieważ za każdym razem chodzi tu o własności, propo­ nujemy nazwy: „semiotyka«,", „syntaktyka«-”, „semantykaw” i „pragmatyka«/'. SemiotykaN

Po drugie, semiotyka to. tyle, co teoria lub dyscyplina, której przedmiotem są wspomniane poprzednio własności semiotyczne; teoria więc lub dyscyplina naukowa, której przedmiot sta­ nowią: semiotyka«,-, a zatem także syntaktyka«,, semantyka«, i pragmatyka«,. Teoria taka lub dyscyplina opisuje i definiuje owe własności oraz związki między nimi, wyjaśnia, od czego zależą i jakie pociągają za sobą następstwa, przeprowadza klasyfikację, porządkowanie, sy­ stematyzację i typologię elementów semioty­ ki«.. Ponieważ są to zadania, które zazwyczaj wykonuje nauka, proponujemy dla tak rozu­ mianych teorii semiotycznej czy semiotyki jako dyscypliny naukowej nazwy: „semiotykaN”, „syntaktykaN”, „semantyka^” i „pragmatykaN”. SemiotykaMN

Po trzecie, semiotyka to tyle, co taka teoria lub nauka, która — z wyższego niejako piętra — patrzy na semiotykę^ i jej działy. To wyż­ sze piętro nosi nazwę metateoretycznego lub metanaukowego. Przedrostek grecki „meta-”, czyli polskie „po-”, wziął się tutaj stąd, że naprzód musi istnieć teoria, by następnie moż­ na było ją analizować w obrębie metateorii; naprzód musi istnieć nauka, by następnie moż­ 230

na było zbudować naukę o tej pierwszej, czyli jej metodologię lub metanaukę. Historycznie, ta praktyka terminologiczna poprzedzania przedrostkiem „meta-” nazwy teorii na te­ mat teorii albo nauki o nauce pochodzi z czasów starożytnych. Oto miano „metafizyka”, a ściślej ta meta ta physica, czyli „to co po (sprawach) fizycznych, przyrodniczych”, nada­ no tym księgom Arystotelesa, które nastąpiły po jego rozważaniach przyrodniczych, czyli po „fizyce”, a dotyczyły zagadnień istnienia i po­ znania bytów opisanych w poprzednich dzie­ łach; podobno ten pomysł terminologiczny za­ wdzięczamy filozofowi' greckiemu z I wieku, Andronikowi z Rodosu, wydawcy pism Arysto­ telesa. Ponieważ to trzecie pojęcie semiotyki, o którym teraz mowa, dotyczy semiotyki jako teorii lub nauki, której przedmiotem jest semiotykaN, przeto ono samo ma charakter metateoretyczny czy metanaukowy. Proponujemy zatem nazwę „semiotykaMN”. W praktyce semiotykaN, czyli teoria lub nauka, której przed­ miotem jest semiotykaw, występuje łącznie ze swą nadbudową metodologiczną, to jest semiotykąMN, której przedmiot stanowi semiotykaN. Parę złożoną z semiotykiN i semiotykiMN pro­ ponujemy nazwać „semiotyką teoretyczną”, czyli „semiotykąT”. Semiotyka^

Po czwarte, semiotyka to tyle, co metoda semiotyczna lub ogół metod semiotycznych. Naj­ ogólniej polegają one na traktowaniu róż­ nego rodzaju przedmiotów, zdarzeń lub zja­ wisk jako znaków, np. na przypisywaniu funk­ cji znakowych nie tylko tekstom językowym, co narzuca ich natura, lecz również budowlom, strojom, obrzędom, krajobrazom czy ciałom nie­ bieskim. Do wszystkich bowiem tych przedmio­ tów można stosować i faktycznie się stosuje me­ 231

tody semiotyczne lub którąś z nich. np. metodę interpretacji. Widząc zaś w tym, co badamy, przedmioty podległe rozumieniu w pewien spo­ sób, a zatem widząc w nich znaki, możemy się względem nich posłużyć inną z kolei metodą semiotyczną, mianowicie metodą formalizacji. Dla semiotyki rozumianej jako metoda lub me­ tody semiotyczne proponujemy nazwę „semiotykaM”. Ponieważ zaś wśród metod semiotycznych można rozróżnić właściwe syntaktyce, czyli składni, semantyce i pragmatyce, przeto w obrębie semiotykiM mamy do czynienia z syntaktykąM, semantyką M i pragmatyką^. Semiotykas

Po piąte, semiotyka to tyle, co semiotyka sto­ sowana. Gdy posługując się metodami semiotycznymi, czyli semiotykąM, poddajemy analizie jakąś dziedzinę rzeczywistości, np. sztuki pla-. styczne, architekturę, film, zachowania się zwierząt, modę, obyczaje ludowe itd., to wów­ czas wyniki naszych badań składają się na ta­ kie działy wiedzy, jak: semiotyka sztuki, archi­ tektury, filmu, mody, obyczajów ludowych, zoosemiotyka czy biosemiotyka. Jak widać, ma­ my tu za każdym razem do czynienia z semio­ tyką czegoś, a nie, jak w wypadku semiotykiT i semiotykiM krótko — z semiotyką. Również własności semiotyczne, a więc semiotykaw, przysługują czemuś. Mówi się więc np. o włas­ nościach semiotycznych pewnej nazwy czy zda­ nia, o własnościach semiotycznych pewnego znaku — czasem prostego, jak pojedyncza głos­ ka, czasem zaś złożonego, jak scena batalistycz­ na czy budowla. Ale wyliczenie wielu nawet własności semiotycznych choćby najbardziej złożonego znaku nie stanowi jeszcze żadnego osobnego działu wiedzy, żadnej doktryny ani dyscypliny, tak jak nie stanowi jej jeszcze wy­ liczenie własności geometrycznych figury o ty­

232

siącu boków, tysiącu dwusiecznych jej kątów wewnętrznych i pięciuset przekątnych. Tym­ czasem wyniki zastosowania metod semiotycznych do pewnej dziedziny życia, wiedzy czy sztuki dają się ująć w postać twierdzeń, te zaś podlegają uzasadnieniu, klasyfikacji, uporząd­ kowaniu, niektóre wynikają z pewnych innych — słowem powstaje system wiedzy, a niekiedy dyscyplina naukowa, właśnie semiotyka owej dziedziny, semiotyka stosowana. Proponujemy dla niej nazwę „semiotykas”. Warto pamiętać o powyższych różnicach mię­ dzy wymienionymi tu pięciu pojęciami semio­ tyki: semiotykąw, semiotykąN, semiotykąMN — te dwie ostatnie tworzą semiotykęT — semiotykąM i semiotykąs. Tym bardziej, że na ogół nie dostrzega się tych różnic i poprzestaje — co najwyżej — na przeciwstawieniu metod semiotycznych swobodnie rozumianej semiotyce, ja­ ko obejmującej wszystkie pozostałe jej rodzaje, a więc i semiotykęw, i semiotykęN, i semiotykęMN, i semiotykęs. Własności semiotyczne znaku, czyli semiotykaw Relacje semiotyczne, czyli funkcje semiotyczne: syntaktyczne, semantyczne, pragmatyczne

Własności semiotyczne znaku wygodnie jest ujmować jako jego stosunki, czyli relacje: do innych znaków, do tego, czego znak stanowi, i do użytkowników rozważanego znaku. Zamiast o relacjach semiotycznych mówi się niekiedy o funkcjach semiotycznych znaku. I tak: syntaktyczne są te jego funkcje, które pełni wzglę­ dem innych znaków; semantyczne — te, które pełni względem cech, przedmiotów, zdarzeń lub zjawisk przez siebie oznaczanych, wskazywa­ nych bądź przedstawianych; wreszcie pragma­ 233

tyczne są te funkcje, które pełni względem swych użytkowników, nadawcy — jeżeli taki istnieje — i odbiorcy. Funkcje syntaktyczne, semantyczne i pragmatyczne znaku to trzy ro­ dzaje jego funkcji semiotycznych. Nie trzeba chyba przypominać, iż powiedzenie, że znak pełni jakieś funkcje semiotyczne, jest skrótem i przenośnią, mianowicie stanowi przykład per­ sonifikacji, uosobienia. To my, użytkownicy znaku, my tylko, za jego pomocą spełniamy pewne funkcje. Stale o tym pamiętając, będzie­ my jednak korzystali z możliwości takiego do­ godnego, skrótowego formułowania myśli. Znaczenie — pojęcia semiotyczne a nicsemiotyczne

Zaczniemy od rozważań na temat znaczęn i a. Każdy znak coś znaczy albo — jak się mówi — ma znaczenie. Co to jest owo znaczenie? Oto i centralny problem semiotyki; problem, czyli zagadnienie, albo — by użyć in­ nego wyrazu — pytanie. Ściśle rzecz biorąc, może to być centralne pytanie semiotyki, ale tylko wówczas, gdy rozumiemy je w pewien określony sposób. Okazuje się bowiem, że sło­ wo „znaczenie” jest wieloznaczne, czylima wie­ le znaczeń; tak wiele, że o znaczeniu „znaczenia” napisano dziesiątki prac naukowych, a wśród nich jest i gruba książka pod takim właśnie ty­ tułem: Znaczenie „znaczenia”" — The Meaning of Meaning (Ogden, Richards, 1923). W książce tej analizuje się te znaczenia słowa „znaczenie", które występują w rozważaniach nad myśle­ niem i mową, to jest w językoznawstwie, w pewnych dziełach filozofii i w pewnych dzia­ łach psychologii. Są to więc semiotyczne sensy tego wyrazu. I jest ich wiele. Obok nich jednak jest również wiele niesemiotycznych. Ludzie bardzo często mieszają owe semiotyczne znacze­ nia wyrazu „znaczenie” z niesemiotycznymi. Wynika stąd mnóstwo nieporozumień. Trzeba 234

więc odgrodzić od siebie te dwie grupy znaczeń tego samego wyrazu „znaczenie”. Jak to zrobić? Najlepiej będzie przyjąć na wstępie taką wskazówkę: słowo „znaczenie”, a także blisko­ znaczne lub nawet równoznaczne z nim słowo „sens”, są rozumiane w sposób niemetaforyczny, dosłowny i występują w jednym ze znaczeń semiotycznych, gdy o znakach, o wszelkiego rodzaju znakach, mówimy, że mają znaczenie czy też że mają sens, a więc po prostu, że zna­ czą. Gdy natomiast o czymś innym niż znak po­ wiadamy, że ma znaczenie albo jest bez znacze­ nia, lub że ma sens albo jest bez sensu, to wów­ czas słowa „znaczenie’” i „sens” mają któreś ze znaczeń niesemiotycznych, a przy tym są rozu­ miane w sposób przenośny, metaforyczny. Niesemiotyczne znaczenia słów „znaczenie” i „sens”

Jakież są te niesemiotyczne znaczenia wyra­ jów „znaczenie” i „sens”? Innymi słowy, jakie są niesemiotyczne pojęcia znaczenia i sensu? Można je, jak mniemamy, podzielić na trzy grupy. Do pierwszej grupy zaliczymy cztery pojęcia. a — Pojęcie celu: słowo „sens” — lecz nie słowo „znaczenie” — bywa rozumiane jako cel. Na przykład zamiast „jaki to ma sens” można niekiedy zapytać „po co?”, „w jakim celu?”. b — Pojęcie wyniku: słowo „sens” — raczej niż słowo „znaczenie” — bywa rozumiane jako wynik. Na przykład zamiast powiedzenia „sen­ sem procesu fotosyntezy, zachodzącego w roś­ linach zielonych, jest przyswajanie dwutlenku węgla” możemy użyć zwrotu „wynikiem pro­ cesu...” To pojęcie sensu bywa mieszane z po­ przednim, bo i cel, i wynik są na końcu danego ciągu zdarzeń; i do celu, i do wyniku owe zda­ rzenia — jak się przenośnie mówi — zmierza­ ją czy dążą. c — Pojęcie funkcji: zarówno słowo „sens”, 235

jak słowo „znaczenie” rozumie się niekiedy ja­ ko funkcję lub rolę. Na przykład mówimy „znaczenie bezpiecznika polega na tym, iż prze­ rywa on obwód elektryczny, gdy natężenie prądu niebezpiecznie wzrasta”, ale moglibyś­ my równie dobrze powiedzieć „sens bezpieczni­ ka’’, „funkcja bezpiecznika” czy „rola bezpiecz­ nika”. d — Pojęcie braku potrzeby: zwrot „nie ma sensu, żeby”, np. „nie ma sensu, żebyś tam je­ chał”, bywa używany zamiast „nie trzeba, że­ byś tam jechał”, „nie powinieneś tam jechać”. W zwrotach tego rodzaju występuje wyłącznie wyraz „sens”, nigdy zaś „znaczenie”. Powyższe cztery pojęcia są ze sobą o tyle związane, że — jak wspomnieliśmy — i cel, i wynik występują na końcu danego procesu, funkcja z kolei lub rola wiążą się ze środkami prowadzącymi do owego celu lub wyniku, a za niepotrzebne uchodzi to, co bezcelowe. Do drugiej grupy zaliczymy trzy pojęcia. a — Pojęcie motywu: słowo „sens” i chyba na równych prawach wyraz „znaczenie” rozu­ mie się niekiedy jako motyw, motywy, moty­ wację. Na przykład zamiast „Zastanawiał się nad sensem jej wahania” można powiedzieć „Zastanawiał się nad tym, jakie motywy spra­ wiły, że się waha”. b — Pojęcie przyczyny: słowa „sens” i „zna­ czenie” bywają niekiedy rozumiane jako przy­ czyna. Na przykład w powiedzeniu: „po prze­ prowadzeniu eksperymentów laboratoryjnych jasny się stał sens tego zjawiska” czy „znacze­ nie tego zjawiska”, chodzić może o przyczynę eksperymentalnie badanego stanu rzeczy. c — Pojęcie genezy: słowa „sens” i „znacze­ nie” rozumiemy czasami jako genezę, źródło, jako zdarzenia poprzedzające dany stan rzeczy, ale nie będące jego przyczyną. Na przykład zamiast „sensu tych posunięć prezydenta szu236

kac należy w sytuacji jego macierzystego stron­ nictwa” można powiedzieć, że owa sytuacja stanowiła genezę tych posunięć, że są one jej dalszymi etapami, że się z niej rozwinęły jako kolejne stadia ewolucyjne. Co mają wspólnego te trzy pojęcia sensu czy znaczenia? To, że i wskazanie motywu, i wska­ zanie przyczyny, i wskazanie genezy danego zdarzenia służy wyjaśnieniu owego zdarzenia. Do trzeciej grupy zaliczymy trzy wartościu­ jące pojęcia znaczenia i sensu. a — Pojęcie wartości dodatniej: słowa „sens” i „znaczenie” występują często zamiast wyrazu „wartość” czy zwrotu „wartość dodatnia”. Na przykład tak jest w powiedzeniach „wszystko straciło dla niej sens” albo „Gdy urodziło się dziecko, ich życie nabrało znaczenia”. b — Pojęcie ważności: słowo „znaczenie” — nie zaś wyraz „sens” — bywa rozumiane jako to, co dla kogoś ważne pod danym względem. Na przykład zamiast „sprawa bez najmniejsze­ go znaczenia” można powiedzieć „zupełnie nie­ ważna”, a zamiast „to miało dla niej wielkie zna­ czenie” można powiedzieć „było bardzo ważne”. c — Pojęcie istoty, pojęcie tego, co główne: oba wyrazy, „sens” i „znaczenie”, bywają ro­ zumiane jako to, co w danej sytuacji dla kogoś najważniejsze pod pewnym względem. Na przykład zamiast „cały sens tego odkrycia po­ legał na tym, że umożliwiło przekazywanie ob­ razu na odległość”, można powiedzieć, iż było to istotą owego odkrycia, tym, co w nim naj­ ważniejsze. Związek między tymi trzema wartościują­ cymi, czyli aksjologicznymi, pojęciami sensu i znaczenia jest widoczny: to co dla kogoś war­ tościowe, cenne, staje się dla niego ważne, a pośród rzeczy lub spraw cennych są najcen­ niejsze, pośród zaś ważnych — najważniejsze. Z drugiej jednak strony, te pojęcia wartościu­ 237

jące wiążą się też z pojęciami obu grup po­ przednich. Utrata celu idzie często w parze z poczuciem utraty wartości; tak samo zanik mo­ tywacji. Z kolei o ważności danej rzeczy lub zdarzenia często decyduje ich funkcja czy rola w jakiejś sprawie. Ważne też staje się to. co przynosi oczekiwane skutki lub wyniki. A zatem słowo „znaczenie” lub słowo „sens” bywają niekiedy rozumiane metaforycznie i w sposób niesemiotyczny: jako cel, wynik, funkcja i rola, jako motyw, przyczyna i geneza, wresz­ cie jako wartość dodatnia, ważność oraz istota. Można chyba zaryzykować opinię, iż mówiąc o znaczeniu lub sensie jakiejś rzeczy, zdarzenia bądź zjawiska, ludzie najczęściej mają na myś­ li właśnie jedno z owych niesemiotycznych po­ jęć, zwłaszcza pojęcia celu i wartości dodatniej. Byłoby nieporozumieniem, gdyby wówczas mniemali, iż biorą pod uwagę zagadnienia semiotyczne, iż posługują się metodami semiotycznymi bądź uprawiają semiotykę stosowaną. Ogólna charakterystyka semiotycznych pojęć zna­ czenia; od czego zależy wybór teorii znaczenia

Przejdźmy teraz do semiotycznych pojęć zna­ czenia. Jest ich kilka; innymi słowy, istnieje kilka teorii znaczenia. W większości wypadków wyrazy „znaczenie” i „sens”, występujące w tych teoriach, są synonimiczne, czyli równo­ znaczne. Niekiedy zaś pojęcie znaczenia oddajemy również za pomocą takich terminów, jak „intensja” lub „konotacja”. Ale mimo iż spoty­ kamy różne semiotyczne pojęcia znaczenia, czyli mimo wieloznaczności wyrazów „znacze­ nie”, „sens”, „intensja” i „konotacja” stosowa­ nych do znaku, wspólne dla nich jest to, że są rozumiane w sposób dosłowny, a nie przenośny, metaforyczny. Gdy się zatem powiada, że znak znaczy, konotuje, ma sens, czy też — ma intensję, to wówczas nie chodzi ani o to, że 238

ma on cel lub wynik, ani o to, że ma motyw, przyczynę lub genezę, ani o to, że jest cenny lub ważny. O co więc chodzi? To zależy od tego, jaką wybierzemy teorię znaczenia. Wybór ten zaś zależy z kolei od trzech przynajmniej okoli­ czności. Po pierwsze, czego znaczeniem w da­ nym wypadku się zajmujemy, np. wyrazów mowy czy znaków drogowych, obrazów czy symptomów chorób. Po drugie, jakie są nasze poglądy filozoficzne, zwłaszcza w dziedzinie ontologii oraz teorii poznania. Po trzecie, kogo uważamy za użytkowników znaków: tylko czło­ wieka czy zarówno człowieka, jak i — niektóre lub wszystkie — zwierzęta, czy wreszcie także rośliny. Poszukujący uniwersalnej teorii znaczenia powinni być przygotowani na to, iż zapewne czeka ich los poszukiwaczy panaceum, czyli lekarstwa na wszystkie choroby: rozczarowanie. O wiele rozsądniejsze wydają się wysiłki zmie­ rzające do tego, by pojęcie znaczenia konstruo­ wać z myślą o celu, któremu ma ono służyć. Dotychczas bowiem zawsze się okazywało, że teorie znaczenia, a zatem i pojęcia znaczenia, zbyt ambitne, mające wyprzeć wszelkie inne konkurencyjne, zawodziły oczekiwania i były narażone na słuszną krytykę, gdyż mogły speł­ nić tylko część stawianych im zadań. Przedstawimy teraz krótko najważniejsze teorie znaczenia oraz występujące w każdej z nich jego pojęcia. Asocjacyjna teoria znaczenia: John Locke

Prekursorem tej teorii był angielski filozof, John Locke (1632—1704), który pisał:- „Przez ustawiczne powtarzanie powstaje tak ścisłe powiązanie między określonymi dźwiękami i odpowiadającymi im ideami, że nazwy, skoro tylko się je usłyszy, prawie tak samo szybko 239

wywołują pewne idee, jak gdyby faktycznie pobudzały zmysły te właśnie rzeczy, które zdolne są je wywołać” (Locke, 1955:17). Wed­ ług tzw. asocjacjonistów, czyli skojarzeniowców, myślenie przebiega równolegle z mówie­ niem i polega na kojarzeniu w świadomości ludzkiej pewnych wyobrażeń. Znajomość zaś języka zależy od tego, czy mamy odpowiednie dyspozycje do kojarzenia, czyli asocjacji, dwóch elementów; pierwszym jest spostrzeżenie lub wyobrażenie sobie brzmienia pewnego wyrazu bądź wyglądu pewnego napisu, drugim zaś choćby ułamkowe wyobrażenie sobie rzeczy bądź pomyślenie o zdarzeniu lub zjawisku od­ powiadającym danemu słowu. Na przykład więc na widok napisu „drzewo” wyobrażamy sobie drzewo i jakoś o nim myślimy. Na dźwięk „zawiść” jakoś myślimy o zawiści. Zna­ czeniem danego wyrazu są właśnie owe wyo­ brażenie i pomyślenie skojarzone ze spostrze­ żeniem bądź wyobrażeniem brzmienia czy wy­ glądu tego wyrazu. Natychmiast powstają dwie wątpliwości. Czyje wyobrażenie i pomyślenie, a po wtóre, jakie — w powyższym przykładzie — drzewo ten ktoś sobie wyobraża i o jakim myśli: o iglastym czy liściastym, starym czy młodym, wreszcie — gdy ,się to rozstrzygnie — o którym konkretnie drzewie. Jeśli znaczeniem słowa „drzewo” mają dla Jana być wyobrażenie wie­ rzby, która rośnie obok jego domu, i pomyśle­ nie o niej, a dla Kalego wyobrażenie i myśli mające za przedmiot palmę daktylową w jego afrykańskiej wiosce, to jak dochodzi do poro­ zumienia między tymi dwoma ludźmi i na ja­ kiej podstawie można twierdzić, iż słowo „drze­ wo” ma jedno znaczenie, a nie miliony znaczeń; tyle, ile jest, było i będzie jednostkowych wy­ obrażeń i pomyśleń kojarzonych z tym słowem w umysłach jego użytkowników. 240

Być może jednak asocjacjoniści inaczej .poj­ mują znaczenie wyrażeń. Choć sami wyraźnie nie formułują swego poglądu, można by prze­ cież — niejako w ich imieniu — wysunąć do­ mysł, iż za znaczenie danego słowa pragną oni uważać nie po prostu skojarzone z tym słowem jakieś jednostkowe wyobrażenie, lecz pewne wyobrażenie jako wyobrażenie określonego ty­ pu i pewną myśl jako myśl określonego typu. Nie usuwałoby to jednakże kolejnego zarzutu. Oto są ludzie, którzy na dźwięk słowa „prosto­ kąt” wyobrażają sobie zawsze prostokąt sto­ jący na krótszym boku, inni zaś — prostokąt leżący na dłuższym boku. Mamy więc dwa typy wyobrażeń. Czyżby zatem były i dwa znacze­ nia słowa „prostokąt”? (por. Ajdukiewicz, 1960: 102—136). Asocjacjonistyczna teoria znaczenia nie jest bynajmniej uniwersalna. Przede wszystkim — przynajmniej w swej pierwszej postaci — do­ tyczy wyłącznie ludzi. Po drugie, proponowane przez nią pojęcie znaczenia jako myśli pewne­ go typu, skojarzonej z użyciem tego a tego zna­ ku, daje się zastosować nie do wszystkich znaków. Nawet nie do wszystkich wyrażeń mowy. Najlepiej pasuje do poszczególnych słów, zwłaszcza do nazw przedmiotów konkretnych, takich jak rzeczownik „góra”, i do czasowni­ ków, które się łączą z tego rodzaju nazwami, takich jak „jechać”. Natomiast teoria ta okazu­ je się bezradna, a wypracowane przez nią po­ jęcie znaczenia bezużyteczne wobec zjawis­ ka zwanego twórczym charakterem języka. Ów twórczy charakter języka — to dobrze znana własność wszystkich jego wyrażeń złożonych; zwłaszcza zdań. Oto są one dla znających dany język zrozumiałe, chociaż ci nigdy przedtem ich nie słyszeli ani nie czytali. Ponadto potra­ fimy układać nowe, to jest nigdy przez nas do­ tychczas nie spotykane zdania. Tymczasem 16 Wstęp do semiotyki

241

asocjacjonistyczna teoria znaczenia wyrażeń widzi w nim myśl skojarzoną w naszym umyśle z tymi wyrażeniami. Aby zaś mogło dojść do. skojarzenia dwóch wyobrażeń czy wyobrażenia z myślą, oba one muszą co najmniej raz zostać wcześniej przez nas przeżyte. A przecież gdy rozpoznajemy znaczenie zdania usłyszanego lub przeczytanego po raz pierwszy w życiu lub gdy sami po raz pierwszy w życiu wypowiadamy ja­ kieś zdanie wyposażone w znaczenie, to nie mo­ gły wystąpić warunki konieczne do powstania asocjacji (Ajdukiewicz, 1960:102—136). Biologiczna teoria znaczenia: Iwan P. Pawiow, Charles Morris

Podobny zarzut można wysunąć wobec na­ stępnej teorii znaczenia, teorii bodźca i reakcji. Stanowi ona biologiczną odmianę i zarazem roz­ winięcie poprzedniej. Ma wyjaśniać, co to są znaki używane nie tylko w świecie ludzkim, ale i zwierzęcym. Jej zwolennikiem był — jak wie­ my — Charles Morris. Wywodzi się zaś ona od Pawłowa, od jego teorii neurofizjologicznej (Pawłów, 1951). Sam jednak twórca modelu bodźca warunkowego i reakcji warunkowej nie posługiwał się wyrazem „znak” ani nie mówił o znaczeniu. Wspominał natomiast o tym, że dla człowieka słowo jest takim samym bodźcem warunkowym jak wszelkie inne bodźce warun­ kowe, wspólne ludziom i zwierzętom. Zarazem wszakże wyrażenia mowy zaliczał do specyficz­ nie ludzkiego, tzw. drugiego układu sygnaliza­ cyjnego, na który składają się sygnały sygna­ łów. Morris, reprezentant koncepcji behawiorystycznej, czyli polegającej na badaniu zachowań się istot żywych, wszelkie znaki — m.in. więc i wypowiedzi języka etnicznego — uważał za bodźce warunkowe, ale za bodźce warunkowe szczególnego rodzaju, mianowicie zastępcze i :242

przygotowawcze. Reakcją na znak jest zawsze — jego zdaniem — powstała w organizmie dys­ pozycja do zachowania się zmierzającego do zaspokojenia określonej potrzeby, a podobnego do tego zachowania się, które by wywołał nie znak, lecz jego odpowiednik rzeczowy, np. nie wypowiedź przez nas usłyszana, lecz opisany w niej stan rzeczy. Co w tej teorii uchodzi za znaczenie znaku?' Do roli znaczenia pretendują w niej dwa po­ jęcia: przede wszystkim pojęcie interpretantu, a na drugim miejscu pojęcie sygnifikacji, czyli sygnifikatu. Najlepiej uzmysłowi to przykład. Głodny pies, widząc lub wyczuwając węchem jedzenie, biegnie do . miski. Jeśli przez pewien czas podaniu pożywienia towarzyszyć będzie dźwięk dzwonka, pies odpowiednio nauczony, zacznie reagować na ten nowy, warunkowy bo­ dziec i gdy usłyszy dzwonienie, pobiegnie tam, gdzie dawniej czekało jedzenie, mimo iż nie widzi go ani nie czuje. Dźwięk dzwonka stał się tutaj znakiem pożywienia, pies zaś odbior­ cą owego znaku. Interpretantem jest w tym wypadku dyspozycja do zachowania się zmie­ rzającego do zaspokojenia głodu, powstała w psie na skutek usłyszenia przezeń dzwonka. Na zachowanie to składa się szereg reakcji. Pier­ wszą z nich wywołał bodziec dźwiękowy: pies zrywa się z miejsca. Ostatnia zaś — pies zjada pożywienie — to reakcja na bodziec będący celem, w tym wypadku na jedzenie: częściowo łub całkowicie zaspokaja ono głód i tym sa­ mym usuwa stan organizmu psa, przedtem mo­ tywujący opisaną serię reakcji. Owo jedzenie, znajdujące się w zwykłym miejscu, stanowi denotat wspomnianego znaku. Wreszcie sygnifikacją, czyli sygnifikatem tego znaku jest pe­ wien zbiór cech, a w terminologii Morrisa — warunków, takich jak to, że denotat nadaje się do zjedzenia oraz znajduje w zwykłym miejs­

16*

243-

cu (Morris, 1971:94, 361, 363). Jak więc widać, interpretant znaku to dyspozycja do pewnego typu zachowań celowych, sygnifikacja zaś — to zbiór warunków, pod którymi ów znak coś denotuje, zbiór cech przysługujących temu denotatowi. Pojmowanie znaczenia jako dyspozycji spra­ wia kłopot. Ta bowiem najczęściej bywa uwa­ żana za własność psychiczną, taką jak zespół cech osobowości danego osobnika czy jego uzdolnienia, stanowiące warunek lub warunki realizacji pewnych przeżyć psychicznych (Pie­ ter, 1963:64). Tymczasem behawioryści, m.in. więc i Morris, programowo unikają pojęć z re­ pertuaru psychologii świadomości. Ponadto po­ jęcie dyspozycji, a wraz z nim także pojęcie znaczenia, są względne, mianowicie wymagają odniesienia do danego podmiotu przeżywające­ go. Po prostu: jeden ma takie dyspozycje psy­ chiczne, a drugi owakie; jeden odznacza się skłonnością do śmiechu, drugi do płaczu, jeden inteligencją, drugi głupotą (Witwicki, 1925:1.7). Pociągałoby to za sobą subiektywizację pojęcia znaczenia znaku, skoro znaczenie — to inter­ pretant, interpretant zaś to dyspozycja. Inny­ mi słowy, ten sam znak co innego by znaczył dla jednego odbiorcy niż dla drugiego — w za­ leżności od tego, jakie by w każdym z nich wywoływał dyspozycje. Dotyczy to również po­ jęcia dyspozycji fizycznych, takich jak różna u różnych osobników kurczliwość mięśni czy niezborność soczewek (Witwicki, 1925:1, 7). Najwidoczniej więc inne pojęcie dyspozycji miał na myśli Morris. Może pojęcie dyspozycji nabytych, a nie wrodzonych. Ale i ono wywo­ łuje takie same jak poprzednio wątpliwości. Rzecz w tym, iż — według Morrisa — znak □na wywoływać w organizmie dyspozycję do reakcji należących do tej samej rodziny zacho­ wań co reakcje, które wywołałby denotat :244

owego znaku, gdyby był obecny. Takie pojmo­ wanie znaku przez Morrisa nie zgadza się z je­ go własnym określeniem pojęcia rodziny za­ chowań. Wszak pisał (Morris, 1971:87), że dwa łańcuchy, reakcji należą do tej samej rodziny zachowań, gdy oba zaczynają się od reakcji na podobne przedmioty występujące w roli bodź­ ców początkowych i gdy oba kończą się osiąg­ nięciem tychże przedmiotów, tym razem jako celów zaspokajających podobne potrzeby orga­ nizmu. Np. więc wszelkie ciągi reakcji, które zaczynają się od spostrzeżenia jedzenia, a koń­ czą na spożyciu go, należą — według Morrisa — do tej samej rodziny zachowań. Wypadki zaś. w których bodźcem początkowym, a na­ stępnie celem jest określony rodzaj pożywienia, np. mięso królicze, stanowią jedną z podrodzin tej rodziny zachowań (Morris, 1971:87). Podane przez Morrisa przykłady znaków — m.in. dźwięk dzwonka jako znak, że jedze­ nie czeka na psa w określonym miejscu — nie spełniają powyższych warunków, gdyż reakcje na znak jako na bodziec należą do innej rodzi­ ny zachowań niż reakcje na przedmiot ozna­ czany. Po pierwsze bowiem dzwonek nie jest podobny do jedzenia; pomijamy tu nieścisłość powiedzenia, że jakieś dwie rzeczy są do siebie podobne, gdy się nie wyjaśnia, pod jakim względem i do jakiego stopnia. Po drugie, re­ akcje psa na dźwięk dzwonka nie kończą się zjedzeniem dzwonka (Kotarbińska, 1957:93— 95). Obok interpretantu również sygnifikacja zna­ ku mogłaby uchodzić za jego znaczenie w obrę­ bie omawianej teorii biologicznej. Tym kolej­ nym pojęciem znaczenia zajmiemy się niżej, mianowicie w rozważaniach na temat konotącyjnej teorii znaczenia. Obecnie poprzestanie­ my na odnotowaniu, że gdyby przyjąć, iż zna­ 245

czeniem znaku jest jego sygnifikacja, rozumia­ na tak jak u Morrisa, powstałaby następująca niedogodność. Pies uwarunkowany na dźwięk dzwonka jako na znak czekającego pożywienia, zareaguje na ten bodziec tak samo w różnych wypadkach, mianowicie zarówno wtedy gdy w misce znajduje się mięso, jak wówczas gdy jest w niej kasza, zupa, kość, mleko, ciasto, cukier czy ziemniaki. Natomiast cechy każdego z tych denotatów będą za każdym razem inne, stąd więc inna też będzie sygnifikacja znaku, czyli w tym wypadku jego znaczenie. Tak poj­ mowane znaki byłyby zatem wieloznaczne, a organizm reagujący na owe znaki nie uwzględ­ niałby tej ich wieloznaczności: pies, usłyszaw­ szy dzwonek, tak samo za każdym razem bie­ głby do miski i zjadał to, co się w niej znaj­ duje. Wysunięte wyżej zarzuty godzą nie tyle w samą biologiczną koncepcję znaku jako bodźca wywołującego reakcję warunkową organizmu, ile w sformułowanie przez Morrisa warunków, których spełnienia oczekuje on od znaku. Sama zaś koncepcja, tak jak i inne teorie znaku, nadaje się do wyjaśnienia niektórych, ale by­ najmniej-nie wszystkich wypadków użycia zna­ ków. Konotacyjne teorie znaczenia: John Stuart Mili, Kazimierz Ajdukiewicz; cecha charakterystyczna, logiczne a językoznawcze pojęcie konotacji

Teorię tę wiąże się z nazwiskiem angielskiego logika i filozofa Johna Stuarta Milla, autora Systemu logiki dedukcyjnej i indukcyjnej (1843). Ale i wcześniej, jeszcze w średniowieczu, pojawiły się podobne poglądy, choć nie w tak pełnej i usystematyzowanej postaci. Mili odróż­ niał znaczenie, czyli współoznaczenie, od ozna­ czania; innymi słowy, konotację od denotacji wyrażenia. Odróżnienie to stosowało się do

246

nazw, to jest do większości rzeczowników, do przymiotników i do zwrotów rzeczownikowych, było zaś szczególnie wyraziste w wypadku ta­ kich nazw ogólnych i konkretnych, jak czło­ wiek”. „Słowo «człowiek» — pisał Mili (1962: 1,50—51) — oznacza Piotra, Jana, Janinę i nie­ określona. liczbę innych jednostek, których, wziętych jako klasa, jest ono nazwą. A sto­ suje się ta nazwa do nich dlatego, że te jed­ nostki posiadają pewne cechy, i stosuje się ją właśnie dlatego, żeby wskazać, że te jednostki dane cechy posiadają. Tymi cechami są, jak się zdaje: cielesność, życie zwierzęce, rozum­ ność oraz pewien kształt zewnętrzny, który dla odróżnienia nazywamy kształtem ludzkim. Wszelka rzecz istniejąca, która posiada wszyst­ kie te cechy, byłaby nazwana człowiekiem; a wszelka rzecz, która by nie posiadała żadnej z tych cech albo tylko jedną czy dwie czy też nawet trzy spośród nich, lecz bez czwartej, nie byłaby tak nazwana [...]. Tak więc o nazwie mówi się, że oznacza podmioty bezpośred­ nio. cechy zaś pośrednio; oznacza ona podmioty, implikuje zaś, obejmuje w uwikła­ niu, wskazuje czy też, jak odtąd będziemy mó­ wili, współoznacza, konotuje cechy. [...] Wszędzie tam, gdzie nazwy, dawane przed­ miotom, podają pewne informacje, to znaczy, gdzie mają one pewne znaczenie, znaczenie to tkwi nie w tym, co one oznaczają, lecz w tym, co one współoznaczają” (Mili, 1962:1, 55). W wywodach Milla występuje termin „konotować”, czyli „współoznaczać”. Mianowicie na­ zwa — jego zdaniem — konotuje cechę charak­ terystyczną, czyli swoistą, to jest cechę wszyst­ kich i tylko tych przedmiotów, które owa na­ zwa oznacza, których jest nazwą, którym moż­ na ją nadać zgodnie z prawdą, a zatem budu­ jąc odpowiednie zdania prawdziwe, np. „War­ szawa jest miastem”, „Kraków jest miastem”, 247

gdzie nazwa „miasto” występuje jako orzecznik w zdaniach mających w podmiocie gramatycz­ nym wyraz „Warszawa” czy „Kraków”. Często nazwa konotuje nie jedną cechę cha­ rakterystyczną, lecz charakterystyczny zbiór cech, czego nie należy mieszać ze zbiorem cech charakterystycznych. Tak np. nazwa „kwadrat” konotuje charakterystyczny, czyli swoisty zbiór cech, to jest zbiór cech przysługujący wszyst­ kim kwadratom i niczemu poza nimi na świę­ cie. Zbiór ten składa się z cech prostokątności i równoboczności. Żadna z tych cech, z osobna wzięta, nie jest jednakże cechą charakterysty­ czną kwadratów. Widać więc, że zbiór cech złożony z prostokątności i równoboczności to w tym wypadku charakterystyczny zbiór cech, nie zaś zbiór cech charakterystycznych . Współoznaczaną przez daną nazwę cechę cha­ rakterystyczną przedmiotów oznaczanych przez tę nazwę, albo ich charakterystyczny zbiór cech, nazywamy konotacją owej nazwy. Trze­ ba jednak pamiętać, że termin „konotacja” wy­ stępuje również w co najmniej dwóch innych znaczeniach, zwłaszcza w tekstach językoznaw­ czych. Oto powiada się tam, po pierwsze, że dana forma gramatyczna, np. biernik „psa”, konotuje inną formę, np. „widzę”, formę rzą­ dzącego tym biernikiem czasownika przechod­ niego. A zatem podczas gdy Millowskie pojęcie konotacji było semantyczne, to obecnie wymie­ nione ma charakter syntaktyczny, czyli skład­ niowy. Obok niego występuje w językoznawstwie drugie pojęcie konotacji, wprowadzone do składni przez Karla Ludwika Biihlera (1934). Uważał on, że np. przymiotnik „czerwony” odnosi się bezpośrednio do cechy czerwoności, natomiast pośrednio do przedmiotów czerwo­ nych, np. do maków. Stąd, pojawiwszy się w tekście, otwiera drogę słowom takim, jak 248

„mak” czy „krew”; podobnie przysłówek „szyb­ ko", gdy występuje w tekście, pozwala w nim oczekiwać takich czasowników, jak „jechać”, „iść”, „czytać”. Bühler mówił, że przymiotnik „czerwony” konotuje np. rzeczownik „mak” lub „krew”, a przysłówek „szybko” — np. czasowniki „jechać”, „iść”, „czytać” (Gołąb, Heinz, Polański, 1968:296). Miał przy tym chy­ ba na myśli nie tylko to, że w sąsiedztwie dane­ go wyrazu występują pewne inne, ale i to, że dany wyraz spełnia dwojaką funkcję semanty­ czną: oznaczania bezpośredniego oraz oznacza­ nia pośredniego, czyli konotowania. Stanowis­ ko to jednak było przeciwne względem odróż­ nienia Milla. Bühler uważał, że wyraz bezpo­ średnio oznacza pewną cechę lub cechy, a konotuje przedmioty, czynności, zdarzenia czy stany, którym ta cecha bądź cechy przysługu­ ją. Tymczasem Mili, na odwrót, uważał, że na­ zwa bezpośrednio oznacza pewne przedmioty, a konotuje cechę lub cechy, które owym przed­ miotom i tylko im przysługują. Millowskie pojęcie znaczenia, rozumianego jako konotacja, ma ograniczone zastosowania. Po pierwsze, według Milla tylko nazwy konotują. Przy tym za nazwę uważał on słowo lub zwrot mogące występować jako orzecznik w zdaniu. Wynikało stąd, że nie konotują ani cza­ sowniki, ani przysłówki, ani zdania, nie mó­ wiąc już o przyimkach czy spójnikach. Wszyst­ kim im zatem trzeba odmówić tak pojmowa­ nego znaczenia. Gdyby się od jego utraty chciało uchronić czasowniki, trzeba by je przekła­ dać na zwroty rzeczownikowe, będące nazwa­ mi złożonymi, np. więc „mówi” — na „ktoś, kto mówi”, „ten, który mówi” czy „jest mówią­ cy". Ten ostatni przekład czasownika „mówi” zawodziłby jednak w języku angielskim, gdzie „he speaks” znaczy, że w ogóle mówi, a „he is speaking” — że mówi właśnie w tej chwili. 249

Po wtóre, zdaniem Milla, nie wszystkie ?azwy konotują. Odmawiał on mianowicie tej funkcji imionom własnym, twierdząc, że wprawdzie „one oznaczają jednostki nimi na­ zywane; lecz nie wskazują czy też nie oznacza­ ją implicite żadnych cem jako przynależących tym jednostkom [...]. Jedyne nazwy przedmio­ tów, które nic nie współoznaczają, to imiona własne; i te, ściśle biorąc, nie mają żadnego znaczenia” (Mili, 1962:1, 52, 55). Co się zaś tyczy nazw abstrakcyjnych, to tylko niektórym z nich przyznawał znaczenie, mianowicie takim, jak słowo „wada”. Oto są­ dził, że „choć są nazwami jedynie cech, (słowa te) można [...] słusznie uważać z.a współoznaczające; albowiem same cechy mogą mieć z kolei pewne cechy; i słowo,, które oznacza ce­ chy, może współoznaczać cechę fvch cech” (Mili, 1962:1, 51). Natomiast takim nazwom abstrakcyjnym, jak „białość”, odmawiał funk­ cji konotowania, uważając, iż „oznaczają tylko cechę [...], żadna więc z tych nazw nie jesi konotatywna, współoznaczajaca” (Mili, 1962:1, 49). Jak zatem widać, oprócz nie-nazw również i pewne nazwy były — według Milla — pozba­ wione znaczenia rozumianego jako konotacja. Ale i w tych wvpadkach, gdy — według Milla — nazwa spełnia funkcję konotowania, pojęcie konotacji budzi zastrzeżenia. Oto wska­ zywano (Ajdukiewicz, 1960:120—124; 1971: 116—117), że konotację potrafimy zdefincwać tylko w odniesieniu do nazw, które są koniunkcjami innych nazw, np. „okrągły i czerwony”, albo skrótami konwencjonalnymi takich koniunkcji, np. „kwadratowy” jako skrót koniu nkcji „prostokątny i równoboczny”. Gdy nato­ miast mamy do czynienia z nazwą o znacze­ niu intuicyjnym, taką jak „pies”, albo z nazwa­ mi złożonymi alternatywnie, np. „okrągły iub

250

czerwony”, sformułowanie reguły budowania ich konotacji napotyka trudności. To samo ty­ czy się par nazw złożonych niesymetrycznie, np. „brat matki Jana” i „matka brata Jana” czy „czerwony, lecz nieokrągły” i „okrągły, lecz nieczerwony”: trudno w sposób ogólny ująć różnicę między ich konotacjami. Ponadto zauważono (Ajdukiewicz 1971:115 —116), że nawet owe nazwy, których konota­ cję łatwo na pozór wskazać, takie jak „kwad­ ratowy”, również- sprawiają kłopot. Wszak kwadratom przysługuje nie jeden jedyny cha­ rakterystyczny zbiór cech, prostokątność wraz z równobocznością, ale więcej takich zbiorów; choćby to, że wszystkie kwadraty i tylko one są iigurami, które dają się wpisać w koło, a zarazem są równoległobokami mającymi dwie prostopadłe przekątne (Ajdukiewicz, 1965a:51). Czy więc termin geometrii „kwadrat” ma wię­ cej niż jedną konotację, a zatem więcej niż jedno znaczenie? Aby zaradzić wymienionym- wyżej wadom Mirowskiego pojęcia konotacji, próbuje się je zmodyfikować. Jedną z takich prób podjął wielki logik i filozof Kazimierz Ajdukiewicz, ale jej nie ukończył, gdyż śmierć przerwała jego prace nad tym zagadnieniem. Jako punkt wyjścia przyjął on, że konotacją danej nazwy nie jest po prostu pierwszy lepszy charakte­ rystyczny zbiór cech, wyznaczający jednozna­ cznie wszelkie przedmioty oznaczane przez tę nazwę i tylko takie przedmioty, lecz pewien zbiór tego rodzaju, mianowicie — wyróżniony przez jej znaczenie w danym języku. Jak więc widać, Ajdukiewicz odróżniał znaczenie nazwy od jej konotacji, czyli treści językowej. Różni­ cę tę ilustrował takim przykładem: gdyby ktoś dowiedziawszy się, że pewna figura jest pros­ tokątem równobocznym, zaprzeczył, iż jest ona kwadratem, lub nie potrafił powiedzieć, czy 251

jest kwadratem, to dałby tym samym dowód, iż nie używa on wyrazu „kwadrat” w takim znaczeniu, w jakim wyraz ten występuje w ję­ zyku geometrii szkolnej. Gdyby natomiast nie wiedział lub zaprzeczył,, że chodzi o kwadrat, usłyszawszy, iż jest to równoległobok mający dwie prostopadłe przekątne i dający się wpi­ sać w koło, to tym samym ujawniłby swą nie­ wiedzę w zakresie pewnego fragmentu geo­ metrii, nie zaś nieznajomość znaczenia słowa „kwadrat”. Otóż tylko w pierwszym wypad­ ku mieliśmy do czynienia z konotacją, czyli treścią językową, nazwy „kwadrat”, mianowi­ cie ze zbiorem cech złożonym z prostokątności i równoboczności, podczas gdy w drugim wy­ padku był to wprawdzie pewien charakterysty­ czny zbiór cech, przysługujący kwadratom, pewna treść charakterystyczna słowa „kwad­ rat”, ale nie jego treść językowa, czyli kono­ tacja, to jest nie taka treść charakterystyczna, która została wyróżniona przez znaczenie tego słowa. Według Milla konotacja danej nazwy była jej znaczeniem. Dla Ajdukiewicza konotacja przestała być znaczeniem. Znaczenie nazwy — pisał — jednoznacznie determinuje jej kono­ tację, a ta z kolei jednoznacznie determinuje zbiór wszystkich przedmiotów oznaczanych przez daną nazwę. I tak znaczenie słowa „kwadrat” jako terminu w geometrii szkolnej jednoznacznie wyznacza jego treść językową, czyli konotację — prostokątność wraz z równobocznością — ta zaś jednoznacznie wyznacza zbiór wszystkich kwadratów i tylko ich. Ale był to dopiero pierwszy krok, miano­ wicie ustalenie, co to jest konotacja nazw, bę­ dących ukrytymi lub jawnymi koniunkcjami, takich jak „kwadratowy” lub „czerwony i okrągły”. Następny krok polegał na wskazaniu, iż konotacją wszelkich wyrażeń złożonych, a 252

w szczególności zdań, nie jest, zwykła suma ko­ notacji ich nazw składowych, lecz pewna funk­ cja ustalająca jedno-jednoznaczne przyporząd­ kowanie między pozycjami syntaktycznymi każdego bez wyjątku składnika wypowiedzi złożonej, także jej składnika domyślnego, a tym, do czego się każdy taki składnik odnosi. Na przykład w zdaniu „Sokrates lubi Alcybia­ desa”, oznaczywszy pozycję syntaktyczną, czyli składniową, całej wypowiedzi liczbą (1),. otrzymamy następujące pozycje syntaktyczne poszczególnych składników: „Sokrates (1.1)

lubi (1,0)

Alcybiadesa” (1,2)

Powyższe oznaczenia liczbowe odzwiercied­ lają hierarchię w obrębie budowy składnio­ wej analizowanego zdania. Jego kręgosłupem konstrukcyjnym, czyli głównym funktorem albo operatorem głównym, jest słowo „lubi”; stanowi ono człon pierwszego rzędu całego zda­ nia (1) i jako numer swej pozycji syntaktycznej w obrębię tego zdania otrzymuje liczbę (1,0). Do . operatora głównego doczepione są w tym zdaniu dwa tzw. argumenty, mianowicie słowa „Sokrates” i „Alcybiadesa”, w takiej właśnie kolejności, to znaczy na pierwszym miejscu „Sokrates”, a na drugim „Alcybiade­ sa”; dlatego otrzymują one jako numery swych pozycji syntaktycznych liczby: słowo „Sokra­ tes” (1,1), a słowo „Alcybiadesa” (1,2). Taka numeracja pozycji syntaktycznych pozwala zrekonstruować strukturę tej, i każdej zresztą, wypowiedzi złożonej; także w wypadku, gdy jej składniki podano w niewłaściwej kolej­ ności, np. „lubi” (1,0), „Alcybiadesa” (1,2), „So­ krates” (1,1). Każdy z tych wyrazów składowych odnosi się do czegoś poza językiem: słowo „lubi” do pewnego stanu psychicznego lub zdarzenia, 25a

mianowicie do relacji lubienia, słowo „Alcy­ biadesa” — do pewnej osoby, mianowicie do Alcybiadesa, słowo „Sokrates” do innej osoby, mianowicie do Sokratesa. Ale oprócz powyż­ szych stosunków między poszczególnymi słowa­ mi a ich pozajęzykowymi odpowiednikami, czyli — jak je nazywamy — denotatami, można wskazać inne relacje: mianowicie przyporząd­ kowanie tych denotatów nie słowom, lecz po­ zycjom syntaktycznym tych słów. Otrzymamy wówczas funkcję: (1,1) — Sokrates; (1,0) — lubi; (1,2) — Alcybiades.

W powyższym napisie obok liczb występują nazwy osób lub zdarzeń, a nie nazwy słów. Chodzi więc nie o to, by np. pozycji (1,1) przy­ porządkować słowo „Sokrates”, lecz samego So­ kratesa. Takie właśnie jedno-jednoznaczne przyporządkowanie bytów pozajęzykowych po­ zycjom syntaktycznym składników wyrażenia złożonego stanowi jego konotację. Gdy wyra­ żeniem złożonym jest zdanie oznajmiające, je­ go konotację stanowi sąd. Tak rozumiana konotacja każdego wyraże­ nia złożonego determinuje jednoznacznie jego odpowiednik pozajęzykowy, zwany zakresem lub denotacją. W podanym przykładzie zapis symboliczny denotacji przybierze taką oto po­ stać: Sokrates n,i)

lubi (i,o)

Alcybiadesa. (1,2)

W zapisie tym, tak samo jak w poprzednio przytoczonym symbolicznym zapisie konotacji, poszczególne słowa są nazwami osób lub wiążącej je relacji, a nie nazwami słów, liczby zaś wskazują, jaką budowę ma stan rzeczy, do któ­ rego odnosi się zdanie „Sokrates lubi Alcybia­ desa” jako do swojej denotacji, a nie jaką bu254

dowę syntaktyczną ma samo to zdanie. Zacho­ dzi więc różnica między napisami „Sokrates (1,1)

lubi (1,0)

Alcybiadesa” (1,2)

oraz — bez cudzysłowu — Sokrtaes (1,1)

lubi (1,0)

Alcybiadesa. (1,2)

W pierwszym z nich chodzi o taki, a nie inny układ słów w zdaniu. W drugim — o taki a nie inny układ bytów w tej rzeczywistości, która została skonstruowana według recepty: (1,1) — Sokrates; (1,0) — lubi; (1,2) — Alcybiades,

czyli według konotacji zdania „Sokrates lubi Alcybiadesa”. Owa konotacja to sąd stwierdzo­ ny przez powyższe zdanie. Wypowiadając z przekonaniem „Sokrates lubi Alcybiadesa”, ustanawiamy jedno-jednoznaczne przyporządkowanie między pozycjami syntaktycznymi w tym zdaniu a przedmiota­ mi, do których odnoszą się jego człony. Zgod­ nie z tym ustanowieniem odpowiedni wycinek świata obejmowałby Sokratesa, Alcybiadesa i relację lubienia między pierwszym z nich a drugim. Tak przedstawiałby się fragment świata wykonany według recepty zawartej w naszym zdaniu „Sokrates lubi Alcybiadesa”. Jeśli —co więcej — tak właśnie wygląda pewien fragment rzeczywistego świata, to zna­ czy, jeśli istotnie Sokrates lubi Alcybiadesa, to powyższe zdanie jest prawdziwe; w przeciw­ nym razie byłoby ono fałszywe, wyznaczona więc przez jego konotację denotacja nie stano­ wiłaby kawałka świata realnego, czyli rzeczy­ wistości empirycznej (Ajdukiewicz, 1971:112— 127). Jak widać, dokonana przez Ajdukiewicza przebudowa pojęcia konotacji pozwoliła zasto­ 255

sować je do wszelkich wyrażeń, nie tylko zaś do niektórych nazw. Zarazem jednak znikło utożsamienie pojęć konotacji i znaczenia, wy­ stępujące u Milla. Teoria sensu i nominału, wyrażenia ekstensjonalne a intensjonaine: Gottlob Frege

Nie ma tego utożsamienia również w innej teorii semantycznej, ogłoszonej w r. 1892 przez Gottloba Fregego, jednego z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszego logika w całej hi­ storii tej nauki. Jest w niej natomiast — tak jak było u Milla — odróżnienie tego, co wyra­ żenia oznaczają, od ich sensu, czyli znaczenia. To pokrewieństwo pozwala pomysły obu tych uczonych umieścić na tej samej linii rozwojo­ wej. Różnicę między przedmiotem oznaczanym przez dane wyrażenie a sensem, czyli znacze­ niem, owego wyrażenia zilustrował Frege (1967:225—251) następującymi przykładami. Mamy oto dwa imiona własne „Gwiazda Poran­ na” i „Gwiazda Wieczorna”. Są one mianami tej samej planety, mianowicie odnoszą się do planety Wenus. O tym, że tak jest, wiemy, z astronomii. Natomiast ktoś, kto nie znając astronomii poprzestałby na informacji dostar­ czonej przez język, nie domyśliłby się, że cho­ dzi o to samo ciało niebieskie. Sądziłby raczej, że mamy do czynienia z dwiema różnymi gwiazdami: pierwszą — widoczną rano, drugą — ukazującą się na niebie wieczorem. Innymi słowy, imiona własne „Gwiazda Poranna” i „Gwiazda Wieczorna” mają ten sam nominat, w terminologii Fregego — Bedeutung. Sensy zaś tych wyrażeń, czyli ich znaczenia. u Fre­ gego Sinn, są różne. Sensem imienia własnego „Gwiazda Poranna” jest to, że chodzi o gwiaz­ dę na porannym niebie. Genzaś imienia włas­ nego „Gwiazda Wieczorna” jest inny: informu256

je ono, iż chodzi o gwiazdę, którą widać wie­ czorem. Dotyczy to nie tylko wyrazów i zwrotów, które gramatyka określa jako imiona własne. Wyobraźmy sobie trójkąt, a w nim trzy tzw. środkowe, czyli odcinki linii prostej łączące jego wierzchołki ze środkami przeciwległych boków. Środkowe te — oznaczmy je literami a, b, c — przecinają się w tym samym punkcie P. A zatem wyrażenie „punkt przecięcia a oraz b” odnosi się do punktu P. Do tegoż punktu P odnoszą się wyrażenia „punkt przecięcia a oraz c” i „punkt przecięcia b oraz c”. Wszyst­ kie trzy wyrażenia mają więc ten sam nomi­ nał, ale — zauważa Frege — każde z nich ma inny sens, bo mówi o innej za każdym razem parze środkowych trójkąta. Jak widać, nominatem danego wyrażenia jest — według Fregego — ten przedmiot, który ono oznacza. Przyjmował przy tym, iż każde wy­ rażenie, z wyjątkiem takich nic nie oznaczają­ cych, czyli pustych, jak wyraz „Hamlet”, ozna­ cza jeden tylko przedmiot, ma jeden nominał. Na przykład nominatem słowa „Arystoteles” jest przedmiot indywidualny, czyli jednostkowy. Arystoteles, nominatem słowa „drzewo” — przedmiot abstrakcyjny, czyli oderwany, zbiór wszystkich drzew, nominatem zdania „Napoleon urodził się na Korsyce” — przedmiot idealny, Prawda, nominatem zaś zdania „Napoleon urodził się w Warszawie” — przedmiot idealny, Fałsz. A czym jest sens wyrażenia? Frege wyjaśniał to w następujący sposób. Nominat wyrażenia bywa w taki lub inny sposób przedstawiony czy naświetlony przez sens owego wyrażenia. Na przykład inny aspekt planety Wenus uka­ zuje się dzięki sensowi imienia własnego „Gwiazda Poranna” niż dzięki sensowi imie­ nia własnego „Gwiazda Wieczorna”. 17 W»:ęp do semiotyki

257

„Zazwyczaj związek między znakiem, jego sensem i jego nominatem jest taki — pisał Frege — że znakowi odpowiada określony sens, a temu sensowi odpowiada znów określony no­ minat; natomiast danemu nominatowi (obiek­ towi) nie musi odpowiadać tylko jeden znak” (Frege, 1967:227). Zwracał przy tym uwagę, że „zarówno no­ minat, jak sens znaku należy odróżnić od skoja­ rzonego z nim wyobrażenia” (Fiege, 1967:229). „Nominat imienia własnego — wyjaśniał — to ten obiekt, który ono desygnuje; wyobrażenie, które możemy mieć zarazem, jest czymś cał­ kiem subiektywnym; sens zawiera się pośrod­ ku: nie jest subiektywny, jak wyobrażenie, ale też nie jest owym obiektem” (Frege, 1967:230). Różnicę tę ilustrował następującym przykła­ dem: „Ktoś obserwuje księżyc przez teleskop. Księżyc da się przyrównać do nominatu; jest przedmiotem obserwacji, danym za pośrednic­ twem obrazu rzeczywistego, rzuconego przez obiektyw do wnętrza teleskopu, oraz za pośred­ nictwem obrazu siatkówkowego, powstałego w oku obserwatora. Ten pierwszy obraz porów­ nać można z sensem, drugi zaś z przedstawie­ niem (bądź wyobrażeniem w znaczeniu psychologciznym). Obraz rzeczywisty we wnętrzu te­ leskopu jest jednakże relatywny; zależy od punktu widzenia; mimo to jest obiektywny, o tyle że może służyć kilku obserwatorom” (Fre­ ge, 1967:230). A zatem według Fregego dane „słowo, znak, zespół znaków, wyrażenie”, to jest — jak pisał — dane „imię własne [.. .Jwyraża swój sens, a desygnuje, czyli oznacza, swój nominat” (Fre­ ge, 1967:231). Imionami własnymi nazywał nie tylko wy­ razy, które pod tym mianem występują w gra­ matyce, np. „Paryż”, ale i takie rzeczowniki pospolite, jak „dom”, i przymiotniki, jak ..nie­ 258

bieski”, a także zwroty opisowe, czyli deskrypcje, w rodzaju przytoczonej tu „punkt przecię­ cia a oraz b”, i wreszcie zdania, choćby „Napo­ leon zwyciężył pod Austerlitz”. Postanowił bo­ wiem — jak pisał — „dla krótkości” każdy znak uważać za imię własne, mianowicie za imię własne oznaczanego przez nie jedynego nominatu, czyli pewnego przedmiotu — tu do­ dawał — „w najszerszym sensie tego słowa”. Zauważyliśmy, że nominatem jednych wyra­ żeń był przedmiot indywidualny, innych — abstrakcyjny zbiór, jaszcze innych — przedmiot idealny, mianowicie wartość logiczna. Nominaty tego ostatniego rodzaju miały — według Fregego — imiona własne, będące z punktu widzenia gramatyki zdaniami oznaj­ miającymi. Oto nominatem każdego niezależne­ go zdania prawdziwego jest — jak twierdził — jeden i ten sam przedmiot idealny, mianowi­ cie Prawda, każdego zaś fałszywego — Fałsz. Natomiast sensem każdego takiego zdania nie­ zależnego jest wyrażany przez nie sąd. Było to rozwiązanie dziwne, odbiegające od potocznych intuicji. Zwykle bowiem i zgodnie z tradycją odróżniamy zdania od nazw, a tym bardziej od imion własnych. Zwykle też uwa­ żamy. że dwa różne zdania prawdziwe oznacza­ ją dwa różne stany rzeczy, np. zdanie „Warsza­ wa leży nad Wisłą” odnosi się do Warszawy jako leżącej nad Wisłą czy do takiego a takie­ go położenia Warszawy, podczas gdy zdanie „Bociany jesienią odlatują z Polski do ciepłych krajów” dotyczy czegoś zupełnie innego: bocia­ nów oraz ich sezonowych wędrówek. Potocznie powiedzielibyśmy, że pierwsze zdanie jest o Warszawie, a drugie o bocianach. Dla Fregego zaś oba były o Prawdzie. Nasuwa się przypuszczenie, że przez „Praw­ dę” (dużą literą) rozumiał on świat taki, jaki jest, a przez „Fałsz” — taki świat, którego nie 17*

259*

ma, ale który mógłby istnieć. Wszelkie zdania prawdziwe — tak może myślał — trafiają w świat istniejący, taki, na którym jest Warsza­ wa i Wisła, bociany i ciepłe kraje, na którym Warszawa leży nad Wisłą, a bociany odlatują na zimę do ciepłych krajów. Zdania fałszywe, np. „Hamlet jest ojcem Jana III Sobieskiego” czy „12 jest liczbą pierwszą”, odnoszą się do takiego fikcyjnego świata, którego częściami są Hamlet wraz ze swym synem Janem III Sobies­ kim oraz liczba dwanaście jako podzielna bez reszty tylko przez jeden i przez samą siebie. O ile motywy powyższej decyzji Fregego nic są w pełni znane, o tyle wiadomo, co dzięki niej osiągnął: jednolity sposób traktowania wszelkich wyrażeń języka i płynące stąd do­ brodziejstwa dla analizy wielu zjawisk seman­ tycznych, m.in. własności semantycznych róż­ nego rodzaju zdań podrzędnych, współrzędnych i złożonych. Pokazał mianowicie, iż nie zawsze zdanie oznajmiające oznacza Prawdę albo Fałsz jako swój nominat, a wyraża sąd jako swój sens. Tak dzieje się wówczas, gdy owo zdanie ani nie zostało przytoczone w cudzysłowie ani nie jest zdaniem zależnym, to znaczy, nie wystę­ puje w mowie zależnej, czy ogólniej — nie jest zdaniem podrzędnym. Gdy natomiast dane zdanie stanowi cytat w mowie niezależnej, to ma ono inny nominat: już nie wartość logiczną. Także gdy pewne zdanie występuje w mowie zależnej, to traci swój zwykły nominat, a zaczyna się odnosić do no­ minału zależnego. To samo dotyczy wielu zdań podrzędnych, podczas gdy inne zdania podrzęd­ ne albo zachowują swój zwykły nominat — Prawdę czy Fałsz — albo mają zarazem dwa nominaty: ów zwykły, a oprócz niego zależny. Z pierwszym wypadkiem mamy do czynienia w przykładach: 260

Jan mówi: „Cytryny zawierają witaminę C” albo Jan mówi: „Stół”.

Co jest nominatem każdego z wyrażeń przy­ toczonych w cudzysłowie w mowie niezależnej? Równokształtne z nim wyrażenie, ale już bez cudzysłowu. Nominatem więc przytoczenia „Cy­ tryny zawierają witaminę C” jest zdanie Cy­ tryny zawierają witaminę C, a do­ piero ono ma swój zwykły nominat, tutaj — Prawdę. Nominatem zaś przytoczenia „Stół” jest słowo s t ó ł, a dopiero ono ma swój zwykły nominat — zbiór wszystkich stołów. Kiedy z kolei rozpatrywane zdanie występu­ je w mowie zależnej, np. zdanie podrzędne „w Warszawie stale przybywa samochodów” w ob­ rębie wypowiedzi złożonej „Jan mówi, że w Warszawie stale przybywa samochodów”, to — według Fregego — ma ono jako swój nominat nie wartość logiczną, lecz sąd, sensem zaś tego zdania podrzędnego nie jest sąd, lecz znaczenie słów „sąd logiczny, iż w Warszawie stale przy­ bywa samochodów”, będące tylko częścią sądu logicznego, wyrażanego przez całą wypowiedź złożoną. Inaczej mówiąc, nominatem zależnym danego wyrażenia jest wówczas dawny, pier­ wotny sens tego wyrażenia, ten mianowicie sens, który ono ma, gdy występuje jako wyra­ żenie niezależne. Dotyczy to — zauważył Frege — również zdań podrzędnych po takich sło­ wach, jak „słyszeć”, „uważać”, „być przekona­ nym” „wierzyć”, „cieszyć się”, „żałować”, „bać się”, „wnioskować”, „rozkazywać”, „prosić”, „nie pozwalać”, oraz zdań pytajnych zależnych, czy — jak je nazywają — pytań zawisłych, za­ czynających się od słów „kto”, „co”, „gdzie”, „kiedy”, „jak” itd. Z kolei zdania podrzędne podmiotowe, względne, okolicznikowe i niektóre warunko­ 261

we przeważnie — jak wykazał Frege — nie wyrażają pełnego sądu jako swego sensu i w związku z tym ich nominałem nie jest Prawda ani Fałsz. Oto np. w okresie warunkowym „Jeśli liczba jest mniejsza od 1, a większa od 0, to jej kwadrat jest także mniejszy od 1, a większy od 0” zdanie podrzędne warunkowe, czyli poprzednik okresu warunkowego, zaczy­ nający się od spójnika „jeśli”, nie ma pełnego sądu logicznego jako swego sensu, lecz wspól­ nie ze zdaniem nadrzędnym, czyli z następni­ kiem, wyraża jeden sąd logiczny, którego częś­ ci nie są już sądami. Dzieje się tak — wyjaś­ niał Frege — na skutek nieokreśloności słowa „liczba”. Kiedy indziej znów sens zdania podrzędnego obejmuje oprócz jednego sądu część drugiego; trzeba je interpretować dwojako i za nominał takiego zdania — z jednej strony uznać war­ tość logiczną, a zatem nominat niezależny, z drugiej zaś sąd, a zatem nominat zależny. Oto np. w wypowiedzi złożonej „Jan się łudzi, że agresywne nastawienie sąsiadów można złago­ dzić ustępując im na każdym kroku” zdanie podrzędne ma — zdawałoby się — nominat zależny, mianowicie odpowiedni sąd, nie zaś wartość logiczną. Cała jednak wypowiedź zło­ żona wyraża — jak zauważył Frege — dwa są­ dy, mianowicie, po pierwsze, Jan wierzy, że agresywne nastawienie sąsiadów można złago­ dzić ustępując im na każdym kroku, oraz po drugie, agresywnego nastawienia sąsiadów nie można złagodzić ustępując im na każdym kro­ ku. W tym drugim sądzie, którego sformuło­ waniem jest rozpatrywane tu zdanie podrzęd­ ne, mamy już nominat niezależny, wartość lo­ giczną. Zdanie to zatem podlega dwojakiej in­ terpretacji: odpowiadają mu zarazem nominat niezależny i zależny. Analogiczna sytuacja wy­ 262

stępuje w zdaniach podrzędnych po słowie „wiedzieć”. Zdarza się wreszcie, na co również zwrócił uwagę Frege, że sens zdania podrzędnego by­ wa częścią innego sądu logicznego, który wraz z sądem wyrażonym przez to zdanie podrzędne składa się na „całkowity sens wypowiedzi złożo­ nej. Na przykład w wypowiedzi złożonej „wo­ bec tego, że ciężar właściwy lodu jest mniejszy niż wody, lód pływa w wodzie” sens zdania podrzędnego „wobec tego, że ciężar właściwy lodu jest mniejszy niż wody” nie ogranicza się do sądu, iż ciężar właściwy lodu jest mniejszy niż wody, lecz obejmuje ponadto część sądu, iż jeżeli coś ma ciężar właściwy mniejszy niż wo­ da, to owo coś w niej pływa (Frege, 1967:249). A zatem i tego rodzaju zdanie podrzędne ma nie tylko swój zwykły nominat, wartość lo­ giczną. Dotyczy to również zdań podrzędnych warunkowych, zaczynających się od spójnika „gdyby”, w tzw. nierzeczywistych okresach warunkowych. We wszystkich powyższych wypadkach — to znaczy gdy, po pierwsze, zdanie podrzędne nie ma swego zwykłego nominatu, wartości logicz­ nej, gdyż wyraża tylko część sądu, lub, po drugie, gdy ma ono wprawdzie swój zwykły niezależny nominat, wartość logiczną, Prawdę czy Fałsz, ale oprócz tego ma i nominat zależ­ ny» gdyż albo wyraża — jako swój sens — oprócz jednego sądu także część drugiego, albo też sens części tego zdania podrzędnego jest zarazem składnikiem innego sądu logicznego — we wszystkich tych wypadkach mamy do czy­ nienia z tzw. zdaniami intensjonalnymi. Charakteryzują się one tym, iż prawdziwość lub fałszywość, czyli — ogólnie mówiąc — war­ tość logiczna całego zdania złożonego zależy nie ód wartości logicznej składowego zdania pod­ rzędnego, lecz od treści owego zdania podrzęd263

nego. Stąd mając prawdziwą wypowiedź złożo­ ną, np. „Zygmunt Stary był przekonany, że Warszawa leży nad Wisłą”, której składnikiem jest prawdziwe zdanie podrzędne, w tym wy­ padku „Warszawa leży nad Wisłą”, niekoniecz­ nie otrzymamy prawdziwą wypowiedź złożoną, zastąpiwszy owo zdanie podrzędne innym, rów­ nież prawdziwym. Tylko niektóre takie zastą­ pienia przebiegają — jak powiadamy — salva veritate, z zachowaniem prawdziwości. Tak się dzieje, gdy zdanie „Warszawa leży nad Wisłą” zastąpimy zdaniem „Kraków leży nad Wisłą”, otrzymamy wówczas prawdziwą wypowiedź złożoną „Zygmunt Stary był przekonany, że Kraków leży nad Wisłą”. Jeśli natomiast w po­ danej na początku wypowiedzi złożonej zastą­ pimy zdanie podrzędne „Warszawa leży nad Wisłą” również prawdziwym zdaniem „War­ szawa jest od roku 1596 stolicą Polski”, otrzy­ mamy wypowiedź złożoną, fałszywą „Zygmunt Stary był przekonany, że Warszawa jest od roku 1596 stolicą Polski”; fałszywą, gdyż Zyg­ munt Stary zmarł przed rokiem 1596. Jak widzieliśmy, Frege, stosując swe pojęcia sensu i nominatu wyrażenia, podał wyjaśnienie zjawiska intensjonalności, tak ważnego ze względu na swą powszechność w języku na­ turalnym, gdzie większość wyrażeń złożonych, a wśród nich modalne, zaczynające się od słów „możliwe, że”, albo „jest rzeczą konieczną, by” — ma taki właśnie charakter. Większość, ale nie wszystkie. Nie wszystkie zdania złożone to wypowiedzi intensjonalne. Odróżniamy od nich — ekstensjonalne. Ich przykładami są takie oto zdania złożone współrzędnie, jak: „Warszawa leży nad Wisłą i Kraków leży nad Wisłą”, „Warszawa leży nad Wisłą, a Poznań leży nad Wartą”. Prawdziwość albo fałszywość, słowem, wartość logiczna ca­ łej wypowiedzi złożonej zależy tu od wartości 264

logicznej zdań składowych. Stąd jeśli w jednej z podanych wyżej wypowiedzi złożonych praw­ dziwych któreś ze zdań współrzędnych zastą­ pimy jakimkolwiek innym, również jak i tamto prawdziwym, np. zdanie „Warszawa leży nad Wisłą” — zdaniem „Toruń leży nad Wisłą”, otrzymamy wypowiedź złożoną prawdziwą: „Toruń leży nad Wisłą i Kraków leży nad Wis­ łą”. Uogólniając powiemy, że do zdań ekstensjonalnych stosujemy regułę zastępowania, któ­ ra pozwala bez zmiany wartości logicznej całej złożonej wypowiedzi ekstensjonalnej zastąpić dowolne jej zdanie składowe innym zdaniem, mającym taką samą jak tamto wartość logiczną, a więc prawdziwe prawdziwym, fałszywe zaś fałszywym, obojętne jakiej treści. Frege opisywał zjawisko ekstensjonalności wskazując, że każde ze zdań składowych, a w przytoczonym przykładzie współrzędnych, wy­ raża w tych wypadkach pełny sąd logiczny jako swój sens i w związku z tym kaźcie też ma no­ minat zwykły, niezależny, a więc wartość lo­ giczną. Dodawał, iż dotyczy to również niektó­ rych wypowiedzi złożonych podrzędnie, jak np. zdań przyzwolonych ze spójnikiem „chociaż”. Oto w wypowiedzi złożonej „Czechosłowacja ma swą flotę morską, chociaż nie leży nad morzem” zarówno’ zdanie nadrzędne, jak podrzędne wy­ rażają — każde — pełny sąd i mają jako no­ minat Prawdę. Podobnie w. okresach warunko­ wych rzeczywistych każde ze zdań składowych wyraża pełny sąd, jeżeli w zdaniu podrzędnym warunkowym występuje jako podmiot grama­ tyczne imię własne bądź — jak ujął to Frege — „ćoś, co poczytuje się za równoważne imie­ niu własnemu” (Frege, 1967:246). Na przykład w okresie warunkowym „jeżeli Acapulco leży między zwrotnikiem Raka a równikiem, to ma gorący klimat” nominatem każdego ze zdań składowych jest Prawda, a sensem — pełny 265

sąd logiczny. Prawda jest także nominatem całego okresu warunkowego. Pozostanie nim, gdy zdanie podrzędne warunkowe „Acapulco leży między zwrotnikiem Raka a równikiem”, zastąpimy innymi również prawdziwym, np. „Acapulco leży mniej więcej na tej samej sze­ rokości geograficznej co Chartum”, i otrzyma­ my okres warunkowy „jeżeli Acapulco leży mniej więcej na tej samej szerokości geogra­ ficznej co Chartum, to ma gorący klimat”. Ten ostatni okres warunkowy — tak zresztą jak każdy okres warunkowy, w którym oba zdania mają ten sam podmiot gramatyczny — jest równoważny następującej wypowiedzi zło­ żonej: „Acapulco, które leży mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Chartum, ma gorący klimat”. Także więc i w jej obrę­ bie każde ze zdań — zarówno nadrzędne, jak i podrzędne względne — wyraża pełny sąd lo­ giczny i oznacza swój zwykły nominat, w tym wypadku — Prawdę. Prawdziwa jest również cała wypowiedź złożona. A przy tym — po­ dobnie jak okres warunkowy, którego parafrazę stanowi — ma ona charakter ekstensjonalny. Zdania złożone ekstensjonalne są — jakeśmy widzieli — pod względem swej wartości lo­ gicznej, czyli prawdziwości lub falszywości, za­ leżne tylko od wartości logicznej zdań składo­ wych; nie są natomiast wrażliwe na ich treść. Jest to z jednej strony wielka zaleta wszelkich zdań ekstensjonalnych, czyli prawdziwościo­ wych, gdyż pozwala stwierdzić ich prawdzi­ wość lub fałszywość, a więc weryfikować je bądź falsyfikować, jedynie na podstawie wie­ dzy o wartości logicznej ich zdań składowych. W związku z tym zdania ekstensjonalne łatwiej poddają się formalizacji oraz metodom rachun­ kowym. Dlatego niejednokrotnie usiłowano usunąć z języka naturalnego tak bogato w nim reprezentowane zdania intensjonalne, zastępu­ 266

jąc je równoważnymi strukurami ekstensjonalnymi. Autorem jednej z nowszych prób tego rodzaju jest Kazimierz Ajdukiewicz (Ajdukiewicz, 1971a:128—160). Paradoks implikacji; intensjonalny okres warunkowy

Z drugiej jednak strony wspomniana zaleta zdań ekstensjonalnych, ich zależność wyłącz­ nie od wartości logicznej, wiąże się z pewną wadą. Oto np. gdy w przytoczonym okresie warunkowym prawdziwym: „Jeżeli Acapulco leży między zwrotnikiem Raka a równikiem, . to ma gorący klimat” zastąpimy podrzędne zda­ nie warunkowe prawdziwe: „Acapulco leży między zwrotnikiem Raka a równikiem” in­ nym zdaniem prawdziwym „Acapulco nosi na­ zwę zaczynającą się od samogłoski”, to wów­ czas — zgodnie z regułą zastępowania salva veritate zdań prawdziwych prawdziwymi, a fałszywych fałszywymi — otrzymamy okres warunkowy prawdziwy „jeżeli Acapulco nosi nazwę zaczynającą się od samogłoski, to ma go­ rący klimat”. Otóż użytkownicy języka natu­ ralnego buntują się przeciw takiemu pojmo­ waniu prawdziwości tego ostatniego okresu warunkowego i jemu podobnych, mimo że nie kwestionują prawdziwości żadnego z jego zdań składowych ani prawomocności reguły zastę­ powania w obrębie wypowiedzi ekstensjonal­ nych. Po prostu nasza intuicja, ukształtowana przez języki etniczne, z natury swej intensjonalne, skłania nas do tego, by zdanie „jeżeli Acapulco nosi nazwę zaczynającą się od samo­ głoski, to ma gorący kimat” skwitować sło­ wami „tak się nie mówi” albo „co to ma do rzeczy” i w ogóle nie wdawać się w sprawę jego prawdziwości. Najwidoczniej więc również i od wypowiedzi złożonych ekstensjonalnych wymagamy tzw. więzi rzeczowej czy raczej związku treściowego między ich zdaniami skła­

267

dowymi, tym samym zatem interpretujemy je tak, jak gdyby były intensjonalne. Dotyczy to również, w większym nawet stop­ niu, tych okresów warunkowych, a w termino­ logii logicznej — implikacji materialnych, któ­ re z punktu widzenia logiki są prawdziwe, choć ich człony — poprzednik bądź i poprzednik, i następnik — są fałszywe. Oto — powiadają logicy — prawdziwa jest implikacja materialna „jeżeli Kraków leży w Hiszpanii, to 2X2 = 4”, gdyż z fałszu może implikacyjnie wynikać prawda, poprzednik zaś i następnik implikacji nie muszą pozostawać w związku treściowym, a mimo to implikacja materialna jako całość będzie zdaniem prawdziwym. Prawdziwa rów­ nież będzie z punktu widzenia logiki implika­ cja materialna „jeżeli Kraków leży w Hiszpanii, to 2X2 = 79”, gdyż i poprzednik implikacji, czyli zdanie podrzędne warunkowe, i jej na­ stępnik, czyli zdanie nadrzędne, mogą być fał­ szywe, mogą też być „od Sasa do Łasa”, czyli pozbawione więzi treściowej, a mimo to ona, to jest cały okres warunkowy, pozostanie praw­ dziwa. Zjawiska te znane są pod nazwą paradoksu implikacji. Paradoksu, a więc czegoś nie do wiary, czegoś, co się kłóci ze zdrowym rozsąd­ kiem; czy w tym wypadku może raczej z przy­ zwyczajeniami myślowymi ludzi posługujących się mową potoczną. Odrzucą oni oba powyższe zdania, odmówią też zajmowania się ich praw­ dziwością, ponieważ w implikacjach tych brak więzi treściowej między poprzednikiem a na­ stępnikiem. Ale nie tylko dlatego. Jak się bo­ wiem zdaje, również odmówiliby kwalifikowa­ nia prawdziwości okresu warunkowego „jeżeli Warszawa leży nad Notecią, to jest miastem polskim”. A przecież w wypowiedzi tej zwią­ zek treściowy między poprzednikiem a następ­ nikiem zachodzi. Czyżby więc powodem odmo­ 2S8

wy było tutaj to, że ów poprzednik jest zda­ niem fałszywym? Chyba nie tylko. Bo z drugiej strony, akceptują oni jako poprawnie użytą, a nawet uważają za prawdziwą, niejedną im­ plikację materialną, mającą poprzednik fałszy­ wy, związany treściowo z następnikiem praw­ dziwym, choćby np. taką: „Jeżeli Bronisław Trentowski studiował w Jenie, to znał język niemiecki”, w rzeczywistości Trentowski nie studiował w Jenie, lecz w Królewcu, Heidel­ bergu i Fryburgu. Owszem, zdanie to uznają za prawdę; pod jednym wszelako warunkiem: że nie są ani świadomi fałszywości poprzedni­ ka, ani pewni prawdziwości następnika. Wie­ dząc bowiem, że Trentowski znał niemiecki i że nie studiował w Jenie, nigdy by tak nie powiedzieli, lecz zamiast tego raczej: „Tren­ towski znał język niemiecki, mimo że nie stu­ diował w Jenie”. A jakie, jest stanowisko użytkowników języka etnicznego wobec okresów warunkowych ma­ jących i poprzednik, i następnik fałszywy? Za­ leży ono od dwóch względów: po pierwsze od tego, czy mówiący dostrzegają więź merytory­ czną między owym poprzednikiem i następni­ kiem, oraz po drugie od tego, czy zdają sobie sprawę z owej fałszywości: Gdy w naszym mniemaniu związku rzeczo wego nie ma, jak w przytoczonej wyżej wypo­ wiedzi, „jeżeli Kraków leży w Hiszpanii, to 2X2 = 79”, wówczas odrzucamy ją bez waha­ nia jako powiedzenie dziwaczne oraz treściowo niespójne i ani myśliniy oceniać jej prawdzi­ wości. Gdy natomiast potrafimy się dopatrzyć związku treściowego między zdaniami składo­ wymi okresu warunkowego, zajść mogą dwa wypadki: albo fałszywość tych zdań jest nam znana, albo o niej nie wiemy. Z pierwszym mamy do czynienia np. w zdaniu „jeżeli Po­ 269

znań leży nad Sekwaną, to jest miastem fran­ cuskim”. Zapytani, czy to prawda, odpowie­ my zapewne: to by była prawda, gdyby Po­ znań leżał nad Sekwaną, ale przecież wcale tak nie jest. Dlatego będziemy skłonni uchylić się od rozpatrywania prawdziwości tego okresu wa­ runkowego. Wyczuwamy jego niestosowność czy niewłaściwość. Dostrzegamy w nim nie błąd gramatyczny i nie brak więzi merytory­ cznej ani — jak się potocznie mówi — brak logiki: raczej. wywołane samym użyciem go w tych okolicznościach naruszenie pewnej normy pragmatycznej, według której mówiący, skoro jest świadomy fałszywości poprzednika i na­ stępnika, nie powinien był się posłużyć okre­ sem warunkowym rzeczywistym, lecz zamiast niego zbudować w tej sytuacji zdanie: „Gdy­ by Poznań leżał nad Sekwaną, to by był mias­ tem francuskim”. Pozostaje do rozpatrzenia ostatni wypadek: zdania składowe okresu warunkowego są we­ dług nas treściowo powiązane, ponadto są one fałszywe, ale my o tym nie wiemy. Taki okres warunkowy traktujemy tak, jak gdyby mógł zawierać przejście od prawdy do prawdy. Oto zapewne Ptolemeusz Klaudiusz, twórca teorii budowy geocentrycznej świata, w ten właśnie sposób rozumiałby zdanie: „Jeżeli nieruchoma Ziemia znajduje się w. środku Wszechświata, to wszystkie ciała niebieskie krążą wokół niej”. Zapewne też powyższa wypowiedź byłaby z je­ go punktu widzenia zdaniem prawdziwym. Ale byłaby nim nie dzięki temu ani pomimo to, że zawiera przejście od fałszu do fałszu, lecz na skutek tego, iż błędnie uważał ją za po­ wiązanie dwóch zdań wysoce prawdopodob­ nych, a przy tym połączonych więzią warun­ kową. Czego zatem użytkownicy języków etnicz­ nych wymagają od okresu warunkowego rze­ 270

czywistego; w jakich okolicznościach gotowi są go zbudować; kiedy uważają, iż został w spo­ sób właściwy użyty i skłonni są uznać go za prawdziwy? Wtedy, gdy, po pierwsze, dostrze­ gają związek treściowy między jego poprzed­ nikiem a następnikiem; gdy, po drugie, nie są przekonani o fałszywości tych zdań składowych; gdy, po trzecie, nie są pewni ich prawdziwości; oraz gdy, po czwarte, dopatrują się istnienia więzi warunkowej między treścią zdania pod­ rzędnego a treścią zdania nadrzędnego. Wów­ czas dopiero sądzą, że posłużenie się takim okresem warunkowym jest czymś na miejscu oraz uważają go za zdanie prawdziwe. Zagadnienie wartości logicznej, czyli praw­ dziwości bądź fałszywości, poprzednika i na­ stępnika okresu warunkowego wymaga wyja­ śnienia. Prawdziwość tych zdań należy odróż­ nić od uważania ich przez mówiącego za praw­ dziwe. Zdanie jest wówczas prawdziwe, gdy zgodne z rzeczywistością, fałszywe zaś — gdy z nią niezgodne. Natomiast mówiący uważa je za prawdziwe nie tylko i nie zawsze wtedy, gdy jest ono zgodne z rzeczywistością; czasem się myli i fałsz uznaje za prawdę. Otóż o ile na terenie logiki w odniesieniu do implikacji materialnej istotna jest jedynie prawdziwość lub fałszywość poprzednika i na­ stępnika, o tyle w odniesieniu do okresów wa­ runkowych języka etnicznego istotne jest to, jaką wartość logiczną mówiący przypisuje owe­ mu poprzednikowi, a jaką następnikowi: czy uznaje jeden z nich bądź oba za prawdę czy też za fałsz i czy jest tego pewny, czy nie. Jeśli jesteśmy w pełni przekonani o praw­ dziwości jakichś dwóch zdań, to mimo iż w naszym mniemaniu zachodzi między nimi związek treściowy i zespala je więź warunko­ wa, czujemy opory przed zbudowaniem z nich okresu warunkowego. Sztuczny więc wyda się 271

taki np. okres warunkowy, złożony z dwóch zdań prawdziwych: „Jeżeli Zygmunt Krasiń­ ski był Polakiem, to umiał mówić po polsku”. Sztuczność tę zatraciłby, gdyby został wygło­ szony przez kogoś, kto nie słyszał o twórcy Iry­ diona, choćby przez cudzoziemca, domyślające­ go się tylko, jakiej narodowości mógł być czło­ wiek noszący nazwisko o takim brzmieniu. My byśmy zaś raczej zamiast tego woleli powie­ dzieć: „Zygmunt Krasiński był Polakiem, więc umiał mówić po polsku”. Gdy natomiast nie mamy pewności, że da­ ne dwa zdania są prawdziwe, i gdy towarzyszy temu brak przekonania o ich fałszywości. po­ nadto zaś dopatrujemy się więzi treściowej oraz warunkowej między nimi, to wówczas już bez oporów jesteśmy gotowi jedno z nich uczy­ nić poprzednikiem, a drugie następnikiem okresu warunkowego. Odnosi się to zarówno do wypowiedzi dotyczących przeszłości, jak teraź­ niejszości czy przyszłości; zarówno do złożo­ nych ze zdań, które obiektywnie i faktycznie są prawdziwe, jak ze zdań, które są fałszywe, czy wreszcie ze zdań mających różną wartość logiczną. Na przykład więc ktoś, kto się nie orientuje w pochodzeniu żony Zygmunta Starego ani nie jest pewny, że znała ona Mediolan, ale zara­ zem mniema, że Sforzowie byli książętami Me­ diolanu, powie: „Jeżeli królowa Bona pocho­ dziła z rodu Sforzów, to znała Mediolan”. Jest to wypowiedź złożona z dwóch zdań prawdzi­ wych, a dotyczy przeszłości. Ktoś inny, wierząc, iż nie jest wykluczone, że królowa Bona była księżniczką Este ani że znała Mediolan, zarazem jednak nic będąc przekonany, że tak było, sądząc natomiast, że to właśnie miasto stanowiło siedzibę owego ro­ du, mógłby zbudować odnoszące się do prze­ szłości zdanie, w którym od fałszu dochodzimy 272

do prawdy: „Jeżeli królowa Bona pochodziła z rodu Este, to znała Mediolan”. W jeszcze innym układzie przekonań mówią­ cego mieściłaby się jego wypowiedź, w której i poprzednik, i następnik są fałszywe: „Jeżeli królowa- Bona pochodziła z rodu Este, to przy­ szła na świat w Ferrarze”. W tym wypadku mówiący nie wie, że oba zdania są fałszywe, ale też nie jest pewny ich prawdziwości, są­ dzi natomiast, że książęta Este panowali w Fer­ rarze. Na koniec, ciągle w dobrej wierze, mówiący może zbudować okres warunkowy, w którym od prawdy dochodzi się do fałszu, mianowicie: „Jeżeli królowa Bona pochodziła z rodu Sfo­ rzów, to urodziła się w Ferrarze”. Tutaj nie wie on o fałszywości następnika, nie jest też przekonany o prawdziwości żadnego ze zdań składowych, przy tym jednak wierzy, iż gniaz­ dem rodowym Sforzów była Ferrara. Nawia­ sem mówiąc, jak wiadomo, w Ferrarze władali książęta Este, Sforzowie zaś w Mediolanie. Podobne do powyższych uwagi powtórzyć można o okresach warunkowych dotyczących teraźniejszości. Zależnie od treści naszych prze­ konań budujemy wypowiedzi złożone ze zdań prawdziwych albo z fałszywych, albo i takich, i takich. Na przykład od prawdy do prawdy przechodzimy w zdaniu: „Jeżeli w lewobrzeż­ nej Warszawie ulice równoległe do Wisły mają numery parzyste po stronie bliższej rzeki, to Pałac Staszica nosi numer parzysty”. Natomiast złożony ze zdań fałszywych jest okres warun­ kowy: „Jeżeli w lewobrzeżnej Warszawie ulice równoległe do Wisły mają numery nieparzyste po stronie bliższej rzeki, to Pałac Staszica nosi numer nieparzysty”. Przejście od prawdy do fałszu zawiera okres warunkowy: „Jeżeli w lewobrzeżnej Warszawie ulice równoległe do Wisły mają numery parzyste po stronie bliż18 Wstęp do semiotyki

273

•szej rzeki, to Pałac Staszica nosi numer nie­ parzysty”. Wreszcie od fałszu dochodzimy do prawdy w zdaniu: „Jeżeli w lewobrzeżnej War­ szawie ulice równoległe do Wisły mają nume­ ry nieparzyste po stronie bliższej rzeki, to Pa­ łac Staszica nosi numer parzysty”. To samo dotyczy okresów warunkowych rzeczywistych języka etnicznego odnoszących się do przyszłości. W nich także przechodzimy od prawdy do prawdy lub od fałszu do fałszu bądź od fałszu do prawdy, czy też od prawdy do fałszu, co kolejno ilustrują przykłady. „Je­ żeli 1 stycznia 2000 r. przypadnie w sobotę, to 12 stycznia 2000 r. przypadnie w środę”, „Je­ żeli 1 stycznia 2000 r. przypadnie w niedzielę, to 12 stycznia 2000 r. przypadnie w czwartek”, „Jeżeli 1 stycznia 2000 r. przypadnie w niedzie­ lę, to będzie to dzień wolny od pracy”, „Jeżeli 1 stycznia 2000 r. przypadnie w sobotę, to 1 marca 2000 r. przypadnie we wtorek”. Nawia­ sem mówiąc, często się zdarza, iż w obecnej chwili nie potrafimy rozstrzygnąć, czy zdania składowe okresu warunkowego odnoszącego się do przyszłości są prawdziwe czy też fałszywe, jak np. w wypowiedzi: „Jeżeli 25 marca 2000 r. będzie ładna pogoda, to i pierwszego dnia Wiel­ kanocy w roku 2000 będzie ładna pogoda”. Nie­ mniej jednak, choć o tym teraz nie wiemy, zdania te są albo prawdziwe, albo fałszywe, tyle że się to okaże dopiero za lat niespełna dwadzieścia. Powtórzmy: każda kombinacja wartości lo­ gicznych poprzednika i następnika okresu wa­ runkowego jest w językach etnicznych dopusz­ czalna i faktycznie występuje, byleby tylko respektowane były wspomniane warunki prag­ matyczne: mówiący dostrzega związek treścio­ wy między zdaniami składowymi okresu wa­ runkowego, nie jest przekonany o ich fałszywości ani pewny ich prawdziwości oraz sądzi,

274

iż między treścią podrzędnego zdania warunko­ wego a treścią zdania nadrzędnego istnieje więź warunkowa. Tymczasem, jak pamiętamy, w logice impli­ kacja materialna jest zawsze i tylko wówczas prawdziwa, gdy zawiera przejście od prawdy do prawdy, od fałszu do prawdy lub od fałszu do fałszu. Nie bierze się przy tym pod uwagę ani związku treściowego między poprzednikiem a następnikiem, ani niczyjego poczucia, iż następ­ nik wynika z poprzednika, ani przekonania, że nie są one zdaniami fałszywymi, ani wreszcie braku pewności, że są prawdziwe. Powstaje pytanie, dlaczego logika, budując swój sztuczny język, odbiega od wzorca języ­ ków etnicznych i spójnikowi „jeżeli, to” nadała taki właśnie, ekstensjonalny charakter. Uczyniła to m.in. dlatógo, że pojęcia więzi rzeczowej, jedności tematycznej i związku treś­ ciowego są nieostre i niewyraźne. Można się spierać o to, czy w danym wypadku związek taki występuje. Jedni twierdzą, że zachodzi on zawsze i wszędzie bez wyjątku; nazywają to nawet wszechzwiązkiem zjawisk. Inni zaprze­ czają. Może więc lepiej odciąć się od całej spra­ wy i nie stwarzać • okazji do subiektywnych rozstrzygnięć przy kwalifikowaniu tej a tej implikacji materialnej jako prawdziwej albo jako fałszywej, w zależności od tego, czy jej poprzednik wiąże się treściowo z następnikiem. To nas — powiadają więc logicy — nie będzie obchodziło. Pragniemy brać w rachubę jedy­ nie wartość logiczną poprzednika i wartość lo­ giczną następnika, ustalając, że cała implika­ cja materialna jest zawsze i tylko wówczas fałszywa, gdy z prawdy wynika fałsz, czyli gdy jej poprzednik jest zdaniem prawdziwym, a na­ stępnik fałszywym, np.: „Jeżeli Słońce wscho­ dzi i zachodzi, to obraca się ono wokół Ziemi”. Powyższa decyzja zdyskwalifikowała jedynie

18’

275

te implikacje, które — można to tak wyrazić — schodzą z drogi cnoty. Pięknie zaczynają, mianowicie od zdania prawdziwego, ale źle koń­ czą, gdyż dochodzą do fałszu; a to się wiąże ze stratą poznawczą. Natomiast ta sama decyzja okazała się tolerancyjna wobec tych wypad­ ków, w których od fałszywego poprzednika do­ chodzimy do fałszywego następnika, jak np. w zdaniu: „Jeżeli wszystkie łabędzie są białe, to żaden czarny ptak nie jest łabędziem”. Okażmy — proponują logicy — wyrozumiałość i cier­ pliwość tym, którzy błądzą i nie potrafią się z błędu wydobyć. Wszak jest to los wielu po­ czynań poznawczych, wielu dociekań nauko­ wych. Choć nie przyczyniają się one do postę­ pu wiedzy, to jednak nie stanowią kroku wstecz. Oparta na doświadczeniu mądrość powstrzy­ muje od ich potępiania. Takie bowiem potępie­ nie mogłoby sparaliżować dążności i wysiłki tych, co starając się zerwać z fałszywymi są­ dami, porzucić fałszywe mniemania, czynią to bez powodzenia. Gdyby wiedzieli, że krok od fałszu do fałszu jest zakazany, tkwiliby w bez­ ruchu i nigdy nie osiągnęli prawdy. Dajmy im więc szansę — myślą logicy — usankcjonuj­ my wszelkie związki implikacyjne, których po­ przednik jest zdaniem fałszywym: jako zło ko­ nieczne te, które i w następniku zawierają zda­ nie fałszywe, a jako rzecz pożądaną te, które mają następnik prawdziwy. Oto dlaczego się mówi, że z fałszu wynika wszystko: i fałsz, i prawda. Nie ma w tym intencji nadawania przywilejów fałszowi, lecz tylko zwykłe pogo­ dzenie się z faktami. Przecież w nauce i w praktyce codziennej nierzadko myśli nasze bie­ gną od fałszu do fałszu. Czasem jednak od fałszu udaje się nam dojść do prawdy, jak np. w implikacji; „Jeżeli cho­ roba jest dziełem złych mocy, to zamawianie i okadzanie może doprowadzić do wyleczenia”; 276

poprzednik jej jest zdaniem fałszywym, na­ stępnik — prawdziwym, co potwierdza psycho­ terapia. Tego rodzaju przejście od fałszu do prawdy jest oczywiście dozwolone, więcej — zasługuje na uznanie. Implikację więc, której poprzednik jest zdaniem fałszywym, a następ­ nik prawdziwym, logika kwalifikuje jako prawdziwą. Za takim jak przyjęte w logice uzależnieniem wartości logicznej całej implikacji materialnej od wartości logicznych jej poprzednika i następ­ nika przemawiają nie tylko względy poznaw­ cze. Oprócz nich — chyba również pewne nasze intuicje etyczne i praktyka wychowawcza. Oto np. wyobraźmy sobie sytuację, w której wy­ chowankowi obiecano za coś nagrodę: jeżeli będziesz grzeczny pójdziesz do kina. W jednym tylko wypadku mógłby się on poczuć oszukany i pokrzywdzony: gdyby mimo iż był grzeczny, nie poszedł do kina. p Zdanie: Prawdziwe Fałszywe Fałszywe Prawdziwe

Q Prawdziwe Fałszywe Prawdziwe Fałszywe

jeżeli p, to q

Prawdziwe Prawdziwe Prawdziwe Fałszywe

W logice matryca implikacji uwidacznia, kiedy ta funkcja zdaniowa przechodzi w zda­ nie prawdziwe, kiedy zaś w fałszywe, w zależ­ ności od tego, jaką wartość logiczną przybiera­ ją argumenty, mianowicie poprzednik i następ­ nik. Informuje o tym powyższa tabela. W tabeli tej przewidziano wszystkie możli­ wości, które się realizują w okresach warunko­ wych języka etnicznego. Czy wszystkie? Wspo­ mnieliśmy przecież, że język etniczny dopuszcza

277

takie okresy warunkowe, w których fak­ tycznie przechodzimy od prawdy do fałszu. Logika zaś tego przejścia nie toleruje. Może więc zaniedbano w niej zarezerwowania dla nich szufladki? W rzeczywistości dyskwalifika­ cja takich implikacji przez logikę dobrze oddaje jedno z wymagań stawianych przez nas okresom warunkowym języka etnicznego, miano­ wicie wymagania, abyśmy byli przekonani o zachodzeniu więzi warunkowej między zdania­ mi podrzędnym i nadzędnym. Kiedy w na­ szym mniemaniu więź taka nie występuje? Wówczas, gdy dopuszczamy, iż może być tak, że zachodzi to, co głosi poprzednik, zarazem zaś nie zachodzi to, co głosi następnik. Nie dlaczego innego sądzimy, iż nie ma więzi wa­ runkowej między poprzednikiem a następni­ kiem okresu: „Jeżeli coś jest jakiegoś koloru, to jest ono czerwone”, podczas gdy dostrzega­ my uwarunkowanie w wypowiedzi: „Jeżeli c.s jest czerwone, to jest też jakiegoś koloru”. Wszak często się zdarza, że coś jest, iakiegoś koloru, nie będąc czerwone; piawdziwy jest więc poprzednik pierwszego okie.su, fałszywy zaś następnik. Nigdy natomiast się nie zdarza, by to, co czerwone, nie było zarazem jakiegoś koloru; w drugim zatem okresie warunkowym nigdy z prawdy nie wynika fałsz. Powyższa matryca implikacji oprócz warun­ ków przechodzenia tej funkcji w zdania praw­ dziwe Jub fałszywe zawiera coś więcej, okreś­ lą znaczenie ekstensjonalnego „jeżeli, to”, funktora implikacji, różne — jak wiemy — od zna­ czenia spójnika intensjonalnego „jeżeli, to”, wy­ stępującego w okresach warunkowych. Cóż mianowicie znaczy owo logiczne „jeżeli, to”? Nic poza tym, co możemy wyczytać z podanej tabeli. A możemy z niej wyczytać następujące rzeczy: że funktor ten łączy z sobą dwa zda­ nia, że zdania te mogą być dowolnej treści, nie 278

muszą więc wykazywać żadnego związku rze­ czowego, że po połączeniu tych argumentów zdaniowych powstanie zdanie złożone i że bę­ dzie ono prawdziwe zawsze i tylko wówczas, jeżeli nie jest tak, iż poprzednik implikacji przybrał wartość prawdę, zarazem zaś następ­ nik — wartość fałsz. Do tego sprowadza się ekstensjonalna charakterystyka znaczenia słów „jeżeli, to” występujących w języku logiki; nic innego one nie znaczą. Jeszcze jedną informację uzyskujemy z ma­ trycy implikacji. Oto tabela ta wskazuje, jak można się obejść bez funktora implikacji, mia­ nowicie przekładając wyrażenia, w których on występuje, na wyrażenia zawierające jedynie funktory negacji oraz koniunkcji bądź negacji oraz alternatywy. Innymi słowy, moglibyśmy w języku logiki w ogóle nie mieć spójnika lo­ gicznego, czyli funktora, „jeżeli, to”, a mimo to wyrazić wszystko, co on wyraża, posługując się jedynie parą słów „nie” oraz „i” albo parą „nie” oraz „lub”. Skoro bowiem implikacja „jeżeli p, to q” przechodzi w zdanie fałszywe, ilekroć p staje się prawdą, a q fałszem, skoro zatem przejście taicie jest wzbronione pod karą popadnięcia w fałsz, to w takim razie, gdy zachodzi „jeżeli p, to q”, czyli gdy daje ono prawdę, tym samym nie zachodzi wypadek, w którym p jest praw­ dziwe, czyli po prostu p, q zaś jest zarazem fałszywe, czyli po prostu nie-q. Można to za­ pisać jako „nie jest tak, iż: p, a zarazem nie q”, co w skrócie daje „nie: i nie-q”. To ostatnie wyrażenie jest równoważne implikacji „jeżeli p, to q”. Z kolei skoro „jeżeli p, to q” staje się zda­ niem prawdziwym, ilekroć zarówno na miejsce p, jak q podstawimy zdania prawdziwe bądź na miejsce obu tych zmiennych argumentowych p oraz q zdania fałszywe, bądź wreszcie na 279

miejsce p zdanie fałszywe, a na miejsce g — prawdziwe, to w takim razie zamiast „jeżeli p, to q” można jako równoważnik zaproponować alternatywę „nie-p lub q”, wyraża ona bowiem myśl zawartą w matrycy implikacji, mianowi­ cie, że gdy p staje się fałszem, q może być wszystko jedno jakie, gdy zaś q staje się praw­ dą, p może być, jakie chce, a mimo to z całej implikacji powstanie zdanie prawdziwe. Jak widać, dzięki możliwości dokonania po­ wyższych przekładów wyrażenia zawierającego funktor implikacji na wyrażenie, w którym już on nie figuruje, gdyż został zastąpiony parą złożoną z funktorów negacji i koniunkcji bądź negacji i alternatywy, otwiera się droga do uproszczenia języka logiki. Zamiast kilku róż­ nych funktorów, ekstensjonalnych, zwanych też stałymi logicznymi, potrafimy się obejść dwoma tylko i używając np. logicznych słów „nie” oraz „i” wyrazić wszystko to, co formu­ łujemy w zdaniach złożonych za pomocą lo­ gicznego „jeżeli, to” czy logicznego „lub” wraz z przeczeniem logicznym „nie”. Ekstensjonalnc stale logiczne a intensjonalne spójniki języka etnicznego

Jest to o tyle dogodne, iż stałe negacji oraz koniunkcji, to jest logiczne „nie” oraz logiczne „i”, bliższe są pod względem znaczenia tak sa­ mo brzmiącym słowom języka etnicznego ani­ żeli funktor implikacji czy alternatywy w po­ równaniu z odpowiednimi spójnikami „jeżeli, to” i „lub”. Mianowicie właśnie słowa „nie” oraz „i” również w języku etnicznym mają niejednokrotnie charakter ekstensjonalny, a więc taki, jaki z reguły przysługuje im w języ­ ku logiki. Aby się o tym przekonać, wystarczy zbadać wartość logiczną zdań zaczynających się od „nie” czy „nieprawda, że”, np. „Nie­ prawda, że Warszawa jest większa niż Paryż”. 280

Są one prawdziwe, gdy przeczą fałszowi, fał­ szywe zaś, gdy negują prawdę, niezależnie od tego, jaka jest treść zdania następującego po słowach „nieprawda, że”. Z kolei zdania złożone współrzędnie i połą­ czone spójnikami „i”, „oraz”, np. „W pocią­ gach są dwie klasy i klasa pierwsza jest o po­ łowę droższa”,, stosunkowo często okazują się prawdziwe w tych samych wypadkach, co zda­ nia koniunkcyjne języka logiki, mianowicie, gdy oba zdania składowe są prawdziwe; i w tych samych wypadkach okazują się fałszywe, mia­ nowicie, gdy fałszywe jest choć jedno ze zdań współrzędnych. Stosunkowo też mniej od in­ nych zdań złożonych są one wrażliwe na zastą­ pienie w nich zdania składowego zdaniem innej treści, tej samej jednak wartości logicznej, co zdanie zastępowane, a zatem na zastąpienie zda­ nia prawdziwego — dowolnym prawdziwym, fałszywego zaś — dowolnym fałszywym. Oto w wyżej cytowanym przykładzie drugie z prawdziwych zdań współrzędnych możemy za­ stąpić innym prawdziwym, choćby zdaniem: „W klasie pierwszej wygodniej się podróżuje”; otrzymamy wówczas zdanie złożone: „W pocią­ gach są dwie klasy i w klasie pierwszej wygod­ niej się podróżuje”. Jest ono prawdziwe, tak samo jak poprzednie zdanie złożone, w którym dokonano zastąpienia. Ilekroć słowa „nie”, „nieprawda, że” oraz „i” mają w języku etnicznym charakter ekstensjonalny, łatwo jest sformalizować zdania, w któ­ rych owe wyrazy występują jako funktory, oraz do zdań tych zastosować metody rachunkowe, a nawet przyporządkować partykule „nie” oraz spójnikowi „i” odrębne stany urządzeń elektro­ nicznych. Stwarza to możliwość programowa­ nia maszyn matematycznych, jak również do­ konywania przekładu maszynowego. Ponieważ zaś do owych ekstensjonalnych „nie” oraz „i” 281

potrafimy sprowadzić wszelkie inne spójniki ekstensjonalne — „lub”, „albo”, „jeżeli, to”, „zawsze i tylko wówczas, jeżeli” — każdą więc wypowiedź złożoną podrzędnie bądź współ­ rzędnie można przedstawić jako wyrażenie, w którym spośród wszystkich stałych logicznych występują jedynie negacje przyzdaniowe i koniunkcje międzyzdaniowe, a stąd każde rozu­ mowanie powierzyć komputerowi. Mimo jednak, iż w języku etnicznym słowa „nie”, „nieprawda, że”, „i”, „oraz” zachowują się bardziej ekstensjonalnie niż np. spójniki „lub” „albo”, „gdy” czy „jeżeli, to”, mimo więc, iż są one wskutek tego bliższe od tych ostat­ nich odpowiednim ekstensjonalnym funktorom logicznym, mianowicie negacji i koniunkcji, to przecież ani partykuła „nie” i .przeczenie ...nie­ prawda, że”, ani spójniki „i”, „oraz” nie mają w języku naturalnym charakteru czysto ekstensjonalnego. Toteż traktowanie ich w sposób czysto ekstensjonalny pozbawiłoby je istot­ nych cech pragmatycznych. Siady intensjonalności wyrazu „i” jako spój­ nika języków etnicznych można dostrzec w tym, iż za dziwaczne uważamy połączenie nim zdań, które w naszym mniemaniu nie wykazu­ ją związku treściowego, np.: „W pociągach są dwie klasy i Bolesław Chrobry był królem”. Ponadto spójnik ten nie zawsze pozwala na zmianę kolejności zdań współrzędnych; np. nie można zamiast „zachorował i umarł” powie­ dzieć „umarł i zachorował”. Tymczasem koniunkcja jest w logice przemienna. Widocznie owo „i” ma w tym wypadku znaczenie ..a na­ stępnie”. Kiedy indziej znów spójnik ten nie dopuszcza zmiany porządku zdań współrzęd­ nych, gdyż znaczy tyle, co „więc” lub „przeto”, jak np. w wypowiedzi: „Zasypało drogi i nie mogli dostać się do miasta”. Intensjonalne domieszki w spójniku „i” ję­ 282

zyków etnicznych stają się widoczne także i wtedy, gdy zestawiamy go ze spójnikiem „a”, „zaś”,'„ale”, „a także”, „a jednak”. Spójniki te, rozpatrywane z ekstensjonalnego punktu wi­ dzenia, nie różnią się pod względem znaczenio­ wym. Każdy z nich łączy z sobą dwa zdania, dając całość prawdziwą zawsze i tylko wów­ czas. gdy oba te zdania są prawdziwe; i na tym koniec. Ze stanowiska więc ekstensjonalizmu wszystko jedno czy powiemy: „Ty pój­ dziesz górą, a ja doliną” czy też: „Ty pójdziesz górą i ja doliną”; „Nie przestajesz się spóźniać, a tyle razy cię prosiłem” czy też „Nie przesta­ jesz się spóźniać, ale tyle razy cię prosiłem”, „On się zgodził, natomiast ona nie” czy też „On się zgodził i ona nie”. Każda z powyższych wypowiedzi złożonych mówi o parze zdarzeń czy stanów rzeczy. Niezależnie do tego, jaki spójnik łączy zdania współrzędne w obrębie ta­ kiej wypowiedzi, owe pary zdarzeń pozostają nie zmienione. Na przykład ostatniemu zdaniu złpżonemu odpowiadają — w dowolnej kolejno­ ści — następujące dwa zdarzenia: on się zgo­ dził, ona się nie zgodziła. Frege twierdził nawet (Frege, 1967:246), że dotyczy to również spójnika „chociaż”, który — podobnie jak „ale” czy „a jednak” — sam nie wyraża sensu, lecz jedynie naświetla w swoisty sposób sens tych zdań, w których wy­ stępuje, nie wpływając natomiast na idi praw­ dziwość. Stąd też — jak twierdził Frege — każde takie zdanie można zastąpić innym, ma­ jącym tę samą wartość logiczną. Wówczas jed­ nak — przyznawał — owo naświetlenie Sensu łatwo mogłoby się okazać niestosowne, „tak jakby ktoś miał smutną pieśń zaśpiewać w spo­ sób wesoły”. Przykładem stosownego naświe­ tlenia sensu byłoby — z tego punktu widze­ nia — zdanie „Warszawa leży nad Wisłą i To­ ruń leży nad Wisłą”, odśpiewaniem zaś smutnej 283

pieśni w sposób wesoły — „Warszawa leży nad Wisłą, chociaż Toruń leży nad Wisłą” czy „Warszawa leży nad Wisłą, natomiast Toruń leży nad Wisłą”. Wszystkie trzy powyższe wypowiedzi odno­ szą się do tego samego, każda z nich natomiast co innego wyraża. Odnoszą się one do obiek­ tywnego faktu, że Warszawa jest tak a tak po­ łożona, i faktu, że Toruń jest tak a tak poło­ żony. Przy tym jednak pierwsza wypowiedź wyraża po prostu przekonanie mówiącego, że tak się rzeczy mają. Druga wypowiedź dodatko­ wo wyraża jego opinię, iż fakt pierwszy, położe­ nie Warszawy, jest nieoczekiwany, jeśli się bierze pod uwagę fakt drugi, położenie Torunia, czy też, że fakt pierwszy nie powinien mieć miejsca, skoro wystąpił drugi. Wreszcie trzecia wypowiedź wyraża — oprócz tego, co wyrażała pierwsza — jeszcze i pogląd mówiącego, źe te dwa fakty, do których odnosi się całe zdanie złożone, mianowicie położenie Warszawy i po­ łożenie Torunia, kontrastują z sobą, przeciw­ stawiają się sobie czy są sprzeczne. Odnosze­ nie się zdania do zdarzeń, zjawisk czy stanów rzeczy jest jego własnością semantyczną, wyra­ żanie zaś przekonań, opinii, uczuć czy pragnień mówiącego jest własnością pragmatyczną zda­ nia. Czy intensjonalność omawianych spójników języka etnicznego polega tylko na tym, źe w odróżnieniu od ekstensjonalnych funktorów języka logiki tym pierwszym przysługują pew­ ne własności pragmatyczne? Sprawa jest dys­ kusyjna. Można utrzymywać, że np. rola ..cho­ ciaż” w porównaniu z rolą bardziej neutralne­ go pod względem pragmatycznym „i” — w przykładach: „Posypano jezdnie solą i były cne śliskie” oraz „Chociaż posypano jezdnie solą, były one śliskie” — polega nie tylko na owej nadwyżce pragmatycznej w słowie „chociaż”. 284

Można mianowicie twierdzić, iż te dwa zdania wcale się nie odnoszą do tego samego. Pierwsze z nich dotyczy dwóch faktów: że posypano solą jezdnie i że jezdnie są śliskie. Drugie zaś zda­ nie odnosi się do tamtych dwóch faktów, a w dodatku do trzeciego: że inne liczne nawierz­ chnie posypane solą nie są śliskie. Obok więc różnicy pragmatycznej wystąpiła semantyczna: „chociaż” co innego znaczy niż „i”. To właśnie wystąpienie obok siebie tych dwóch faktów —■ że te oto jezdnie posypane solą są śliskie, a in­ ne liczne nie są — wywołało w mówiącym uczucie zaskoczenia i sprawiło, iż użył on słów mogących to wyrazić. Bez względu jednak na to, jak będziemy się zapatrywać na różnice semiotyczne między wy­ mienionymi tu spójnikami, nie ulega wątpli­ wości, że owe słowa mają w języku etnicznym charakter intensjonalny. Natomiast stałe logicz­ ne — funktory negacji, konidnkcji, alternaty­ wy. dysjunkcji, implikacji i równoważności, zapisywane jako symbole „cv”, „A ”, „v”, „/” — są ekstensjonalne. To tylko od biedy czytamy je jako „nie”, „i”, „lub”, „albo”, „jeżeli to”, „zawsze i tylko wtedy, gdy”, bo ja­ koś przeczytać musimy. Mimo to jednak nie po­ winniśmy tracić z oczu ich odrębności; i w ogóle odrębności sztucznego języka logiki. Przeciwsta­ wienie ekstensjonalność—intensjonalność po­ zwala wydobyć na jaw istotną cechę języka na­ turalnego: jest on językiem intensjonalnym. Intensja a ekstensja; dcsygnat, denotacja,. komprehensja; nazwy puste

Pokrewne przeciwstawienie intensja — ekstensja powraca w wielu teoriach semantycz­ nych, przede wszystkim w konotacyjnych i po­ krewnych. Przybiera ono postać takich rozróż­ nień, jak poznane już: konotacji i denotacji oraz sensu i nominatu, a poza tym treści i zakresu, 285

sygnifikacji i komprehensji, wreszcie tego, co wyrażenie znaczy, i tego, co ono oznacza. Zdajemy sobie sprawę z odmienności tych dwóch relacji semantycznych w obrębie każdej z wy­ mienionych par. Wyrażenia „duchowny kato­ licki, który w roku 1977 był arcybiskupem metropolitą krakowskim” oraz „pierwszy Polak, który został papieżem” znaczą co innego, ozna­ czają zaś tę samą osobę, Karola Wojtyłę. Dla uwydatnienia odrębności tych funkcji seman­ tycznych powinno się przestrzegać odpowied­ niego odróżnienia terminologicznego: „znacze­ nie” — „oznaczanie”, „znaczy, że” — „oznacza kogoś lub coś”. Zgrzytem więc jest zwrot „oznacza, że”; należy go unikać, wprowadza bo­ wiem zamieszanie. Ale i w sformułowaniu „wyrażenie o z n acza to a to” kryją się niedopowiedzenia oraz wieloznaczność. Po pierwsze, zamiast powyż­ szego sformułowania zalecimy ściślejsze: „da­ ne wyrażenie, występujące w takim a takim znaczeniu, oznacza to a to”, np. „słowo «krzyż» w znaczeniu anatomicznym oznacza kość znaj­ dującą się w dolnej części kręgosłupa”, „słowo «krzyż» w znaczeniu sakralnym oznacza chrześ­ cijański symbol męki Jezusa Chrystusa”. W dalszym jednak ciągu czasownik „oznacza” pozostaje wieloznaczny. Oto nazwa „fizyk” w jej obecnym znaczeniu oznacza Einsteina, ale oznacza też zbiór złożony z wszystkich fizy­ ków. W pierwszym wypadku mamy do czynie­ nia z relacją zachodzącą między tą nazwą a pojedynczym człowiekiem. W drugim zaś wy­ padku członami relacji są ta sama nazwa oraz abstrakcyjny zbiór, zbiór w rozumieniu dystrybutywnym, przyjętym w teorii mnogości, zbiór, którego elementami są Galileusz, Newton, Maxwell, Einstein, Bohr i setki innych ludzi. Pożądane jest odróżnienie terminologiczne tych dwóch rodzajów relacji semantycznych 286

oznaczania. Mówimy więc, że nazwa „fizyk” w tym a tym znaczeniu desygnuje np. Faradaya,, denotuje zaś wspomniany zbiór wszystkich fi­ zyków. Jednym przeto z desygnatów nazwy „fizyk” użytej w powyższym znaczeniu będzie Janusz Groszkowski, innym Laplace. Natomiast ów zbiór, zbiór wszystkich desygnatów danej nazwy, występującej w tym a tym znaczeniu, stanowi jej zakres, czyli denotację. Co to więc jest desygnat P nazwy N wystę­ pującej w znaczeniu Z? Jest to każdy i tylko taki przedmiot P, o którym można zgodnie z prawdą powiedzieć, że P jest N-em, tak jak o Newtonie mówimy, że jest fizykiem. Na przy­ kład więc Kant nie jest desygnatem nazwy „fizyk”, gdyż zdanie „Kant jest fizykiem” to wypowiedź fałszywa. Jak widać, nadawanie przedmiotom właściwych nazw, przysługują­ cych im w danym języku, polega na orzekaniu prawdziwym o tych przedmiotach, czyli na bu­ dowaniu o nich zdań prawdziwych, podmiotowo-orzecznikowych, zawierających w orzeczni­ ku nadawaną nazwę. Mylny więc jest pogląd, iż językoznawcę nie obchodzi sprawa prawdziwoś­ ci wypowiedzi, gdyż język służy do mówienia zarówno prawdy, jak nieprawdy. Owszem, obchodzi go, np. gdy opracowuje słownik. W związku z podaną wyżej definicją desygnatu nazwy powstaje pytanie, co jest desygna­ tem nazwy „muza” w jej mitologicznym zna­ czeniu. Na to pytanie można odpowiedzieć dwo­ jako. Albo, że nazwa „muza” jest pusta, nie ma desygnatów. Wszak nie ma, nie było i nie będzie na świecie żadnej takiej osoby ani rze­ czy, o której by można było prawdziwie orzec, iż jest muzą w mitologicznym sensie tego sło­ wa. Odpowiadając w ten sposób zajmujemy względem języka stanowisko transcendentne i kierujemy się naszą wiedzą o świecie empirycz­ nym. Ale możemy też wybrać stanowisko im-

287

manentne i kierując się informacjami czerpa­ nymi z samego języka, nie zaś z rzeczywistości pozajęzykowej, odpowiedzieć, że wyraz „muza” ma desygnaty i np. Euterpe jest jednym z nich, gdyż zdanie „Euterpe jest muzą” to wy­ powiedź prawdziwa, mianowicie prawdziwa na gruncie mitologii, albo — jak się także mówi — spełniona w modelu, którym jest świat bo­ gów greckich, świat możliwy, czyli w tym wy­ padku — niesprzeczny. Intencją pierwszej odpowiedzi jest takie zdefiniowanie desygnatu danej nazwy, aby był on konkretnym, fizycznym przedmiotem, róż­ nym od postaci mitologicznych i tworów fanta­ zji poetyckiej. Co jednak wówczas począć z tymi rzeczami lub osobami, którym się wpraw­ dzie dana nazwa należy, ale które nie są ta­ kimi fizycznymi konkretami, gdyż albo już nie istnieją, albo jeszcze nie istnieją? Czy więc Mickiewicz jest nadal desygnatem nazwy „poeta”, skoro od dawna nie żyje; czy orzeł, który wykluje się za lat dwieście, jest już dzisiaj desygnatem nazwy „skrzydlaty”? Jeśli tak, to utracimy pożądaną konkretność desyg­ natu, stanie się on abstrakcją. Dylemat ten powraca w rozważaniach nad pojęciem zakresu nazwy. Okazuje się ono dwu­ znaczne. Albo chodzi o zbiór złożony z wszyst­ kich istniejących jej desygnatów, albo o taki, który składa się ze wszystkich możliwych, czyli dających się w sposób niesprzeczny po­ myśleć. Każdemu z tych zbiorów próbowano nawet nadać różne miana. Pierwszy nazwano denotacją, drugi komprehensją (Lewis, 1943: 236—250). Stosując tę terminologię powiedzieli­ byśmy, że słowo „satyr” ma zerową denotację, natomiast jego komprehensją nie jest zerowa. Ale i w tym rozróżnieniu brak kropki nad „i”. Nie wiadomo mianowicie, czy denotacja nazwy składa się ze wszystkich obecnie istniejących 288

desygnatów tej nazwy, a nie obejmuje prze­ szłych ani przyszłych, czy też — ze wszystkich kiedykolwiek istniejących, a zatem, czy np. van Gogh należy dziś do denotacji słowa „malarz”, czy tylko do jego komprehensji. Rozstrzygnięcia wspomnianego dylematu mia­ łyby daleko idące konsekwencje. Gdyby wbrew tradycyjnemu poglądowi przyjąć, że desygnat danej nazwy nie ma charakteru ponadczaso­ wego, trzeba by się też zgodzić, iż deskrypcja „autor Balladyny", dotychczas uważana za ma­ jącą jeden desygnat, staje się pusta, była zaś kiedyś niepusta, mianowicie za życia Słowac­ kiego, ściślej od daty napisania przezeń tej tra­ gedii do dnia śmierci poety. A czy była też deskrypcją określoną i jednostkową od dnia na­ rodzin Słowackiego aż do chwili poprzedzają­ cej ukończenie Balladyny? Również zdanie „Słowacki jest autorem Bal­ ladyny” trzeba by uznać za fałszywe, zarówno wówczas, gdy występujące w nim słowo „jest” spełnia funkcję bezczasowego łącznika, jak wte­ dy, gdy znaczy „jest w chwili wygłaszania tej wypowiedzi”. W związku z tym powstaje nowy kłopot: jak odróżnić dwa rodzaje fałszywości zdań — ten w przytoczonym wyżej przykładzie od tego w powiedzeniu „Rembrandt jest auto­ rem Balladyny”. Otóż bowiem fałszywość pier­ wszego z tych zdań polegałaby na tym, iż wprawdzie Słowacki napisał Balladyną, ale już nie żyje. Fałszywość drugiego zaś wypływałaby stąd, że Rembrandt nie napisał Balladyny. Gdybyśmy za desygnat danej nazwy wystę­ pującej w określonym znaczeniu gotowi byli uznać jedynie taki przedmiot, który nie tylko spełnia podane wyżej warunki definicyjne, ale ponadto istnieje jako konkretna, materialna rzecz w chwili użycia tej nazwy, to — jak widać — musielibyśmy desygnatom nadać zna­ miona czasowe: np. więc Juliusz Słowacki tyl19 Wstęp do semiotyki

289

ko za życia byłby desygnatem nazwy „męż­ czyzna”, natomiast po 3 kwietnia 1849 r. wszelkie nazwy odnoszące się jedynie do tego poety utraciłyby desygnat i stałyby się puste. Idąc konsekwentnie po tej drodze, kto wie, czy zabiegowi ograniczania w czasie nie trzeba by również poddać i tych desygnatów, które ist­ nieją materialnie w chwili użycia ich nazwy. Oto np. Napoleon Bonaparte był żywym czło­ wiekiem i w roku 1806, w czasie bitwy pod Jeną, i w roku 1815, w czasie bitwy pod Waterloo. Mimo to jednak staje się sprawą dysku­ syjną, czy z omawianego stanowiska można uznać Napoleona z roku 1806 za desygnat deskrypcji „zwyciężony spod Waterloo”. Gdyby od­ powiedź brzmiała negatywnie, deskrypcje „zwy­ cięzca spod Jeny” i „zwyciężony spod Waterloo”, uważane dotychczas za równoważne, czyli ma­ jące ten sam zakres, mianowicie zbiór jednost­ kowy, którego elementem jest Napoleon Bona­ parte jako desygnat każdej z tych nazw złożo­ nych, przestałby desygnować tę samą osobę i utraciłby równoważność. Wszak deskrypcja „zwycięzca spod Jeny” odnosi się do Napole­ ona z roku 1806, a jeśli ten tytuł jest dożywot­ ni, to i z lat późniejszych, natomiast deskrypcja „zwyciężony spod Waterloo” nie dotyczy Na­ poleona sprzed roku 1815. Język etniczny częściowo radzi sobie z tymi kłopotami, stosując rozróżnienia czasu grama­ tycznego czasowników oraz określenia czasowe wyrażeń nominalnych, np. „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci” albo „Czego się Jaś nie nauczy, tego Jan nie umie” czy, jak w autentycznym powiedzeniu górala z Białego Dunajca, cytowanym w roku 1945 przez poetę Feliksa Gwiżdża: „Było gut, jest charasio, ale będzie dobrze”. .

290

Wskaźniki czasu i inne parametry pragmatyczne: Richard Montague

Logika tradycyjna w obrębie klasycznego rachunku zdań nie bierze pod uwagę parametru czasu. Dotyczy to takich własności semantycz­ nych, jak desygnowanie i denotowanie w wy­ padku nazw oraz prawdziwość i fałszywość w wypadku zdań. Z tego punktu widzenia zwrot „sztuczny satelita Ziemi” zawsze miał desygnaty, także i np. w roku 1800, choć z uwagi na ówczesną wiedzę uchodził za pusty; zdanie zaś „Pierwszy zegar wahadłowy został skonstruo­ wany przez Huygensa w roku 1657” zawsze było prawdziwe, także za czasów Kazimierza Wielkiego. W logikach wielowartościowych już w staro­ żytnych rozważaniach na temat wartości logi­ cznej zdań brano pod uwagę okoliczności czasu i wypowiedziom o zdarzeniach przyszłych przy­ pisywano niekiedy trzecią wartość logiczną, będącą czymś pośrednim między prawdą a fałszem. Średniowieczna doktryna o supozy­ cjach terminów uwzględniała własności cza­ sowe desygnowanych przedmiotów. Współczes­ na logika czasu (np. Prior, 1957) oraz pragma­ tyka logiczna (np. Montague, 1968, 1970) czyn­ nik czasowy wiąże z wyrażeniami, jako tzw. ich wskaźniki lub punkty odniesienia, nie zaś z oznaczanymi przez te wyrażenia przedmio­ tami bądź zdarzeniami. Oto np. nazwę „zielony” opatrujemy wskaźnikiem czasu „ti”, otrzymu­ jąc „zielony tx”, czyli „zielony w czasie tj”, a więc nazwę mającą wzbogacone znaczenie, na skutek czego jej zakres ogranicza się do wszyst­ kich i tylko tych przedmiotów, które w cza­ sie ti są zielone. W ten sposób zostaje rozstrzy­ gnięta sprawa fizycznego istnienia desygnatów oraz ich ograniczenia w czasie. Możemy też dodawać do wyrażeń inne wskaźniki, np. 19»

291

miejsca, dzięki czemu desygnatami danej na­ zwy staną się wszystkie i tylko te przedmioty, o których można ją w danym czasie i miejscu zgodnie z prawdą orzec, jak choćby „sąsiadu­ jący ti mit czyli „sąsiadujący w czasie ti i że względu na miejsce mi”. Czas i miejsce wygłoszenia, czy ogólniej na­ dania, wypowiedzi należą do okoliczności jej użycia, czyli — jak się też mówi — do jej kontekstu użycia. Każdy znak — o czym nie­ jednokrotnie była już mowa — jest czyjś, w tym sensie, że zostaje przez kogoś użyty, ktoś się nim posługuje wtedy a wtedy w tym a tym miejscu. Relacje zachodzące między znakiem a jego użytkownikami — nadawcami i odbior­ cami — oraz między użytkownikami znaku a znakiem są to relacje pragmatyczne. Również więc czas i miejsce nadania lub odbioru wy­ powiedzi to czynniki pragmatyczne. Nie jedyne, oczywiście. Należy do nich przede wszystkim osoba nadawcy. Uwzględnienie jej jako jeszcze jednego wskaźnika, którym opatrujemy wyra­ żenie, pociąga dalsze zmiany zakresu tego wy­ rażenia, co uprzytomnić mogą przykłady: „mło­ dy mężczyzna Au ti” i „młody mężczyzna A2, t2”, gdzie Aj — Mickiewicz, — 1818 r., -42 — Goethe, t2 — 1829 r. Pierwsza z tych nazw odnosi się do wszystkich i tylko tych mężczyzn, którzy w oczach dwudziestoletniego Mickiewi­ cza byli młodzi, podczas gdy druga oznacza tych, których osiemdziesięcioletni Goethe uwa­ żał za młodych. Imię własne a nazwa prosta lub dcskrypcja; wielo­ znaczność słowa „jest”: Bertrand Russell

Zgodnie z podaną wyżej definicją desygnatem nazwy występującej w takim a takim zna­ czeniu jest — jak pamiętamy — dowolny przed­ miot, o którym nazwę tę można orzec w zdaniu prawdziwym. Powstaje w związku z tym pyta­ 292

nie, czy imiona własne nadają się na orzeczniki, a zatem, czy mają desygnaty. Oto przykłady zdań, w których imię własne figuruje w orzecz­ niku: „Stolica Polski jest Warszawą” albo „Od­ krywca prawa powszechnej grawitacji był New­ tonem”. Wyczuwamy w nich niestosowność. Nie ma jej natomiast w powiedzeniach: „Warszawa jest stolicą Polski” czy „Newton był odkrywcą prawa powszechnej grawitacji”. Nie ma jej również w wypowiedziach: „Stolica Polski to Warszawa” lub „Odkrywca prawa powszechnej grawitacji to Newton”. Co nas razi w pierw­ szych dwóch zdaniach; dlaczego następne nie budzą podobnych zastrzeżeń? Nie może tu cho­ dzić o jednostkowy charakter rzeczownika „Warszawa”, bo i zwrotowi „stolica Polski’’ od­ powiada jeden przedmiot, a mimo to zdanie „Warszawa jest stolicą Polski” uznajemy za całkowicie poprawne. Rzecz w tym — twierdzą niektórzy logicy (Russell, 1967:283) — iż słowo „jest” znaczy w nim co innego niż w zdaniu „stolica Polski jest Warszawą”. Mianowicie w pierwszyóh z tych zdań wyraz „jest” stanowi część orzecze­ nia złożonego — występuje jako łącznik między podmiotem gramatycznym „Warszawa” a orzecznikiem „stolicą Polski” — i znaczy tyle co „jest elementem zbioru”; chodzi więc o to, że Warszawa jest elementem zbioru stolic Pols­ ki, zbioru w tym wypadku jednostkowego. Na­ tomiast w wypowiedzi: „Stolica Polski jest Warszawą” czasownik „jest” znaczy „jest toż­ samy z’”, odgrywa rolę funktora identyczności. Całe więc zdanie przybiera postać: „Stolica Polski jest tożsama z Warszawą” czy też „Sto­ lica Polski i Warszawa są identyczne”, „Sto­ lica Polski i Warszawa są tą samą rzeczą”. W tych ostatnich sformułowaniach imię własne „Warszawa” przestało już być orzecznikiem. A to one przecież oddają formę logiczną czy 293

też — jak się mówi w gramatykach transformacyjno-generatywnych — strukturę głęboką, ściślej zaś jedną z wielu możliwych struktur głębokich zdania, którego tzw. strukturami po­ wierzchniowymi są: „Stolica Polski jest War­ szawą”, „Stolica Polski to Warszawa” czy „Warszawa to stolica Polski”. Zwolennicy tego poglądu powiadają, że imiona własne — w od­ różnieniu od nazw prostych i deskrypcji — nigdy nie bywają orzecznikami, a zatem ozna­ czane przez nie przedmioty bądź osoby nie są desygnatami. Widać więc, że z tego stanowiska czasowni­ kowi „oznacza” przybywa jeszcze jedno zna­ czenie, gdy odnosi się on do relacji zachodzą­ cej między imieniem własnym a nosicielem tego imienia. Jest to bowiem — według oma­ wianego zapatrywania — relacja różna od tej, która wiąże nazwę lub deskrypcję z ich odpo­ wiednikami pozajęzykowymi. Dla zaakcento­ wania tej różnicy można by posłużyć się in­ nymi terminami i mówić, iż przedmiot Warsza­ wa jest: nominatem imienia własnego „War­ szawa”, jednym z desygnatów słowa „miasto”, jedynym deskryptem deskrypcji „stolica Polski w roku 1980”, a jednym z deskryptów deskryp­ cji „stolica państwa europejskiego”. Tylko w pierwszym wypadku, to jest, gdy chodzi o imię własne, nadajemy je przedmiotowi w sposób arbitralny i nie grozi nam popełnienie błędu: tak np. mianem „Warszawa” obdarzono nie tylko obecną stolicę Polski, ale i miejscowości w Stanach Zjednoczonych, i pewien typ samo­ chodu. Natomiast w pozostałych wypadkach, aby jakiś przedmiot stał się desygnatem pewnej nazwy lub deskryptem pewnej deskrypcji, mu­ szą mu przysługiwać te cechy, które składają się na jej znaczenie. Według innego poglądu nie ma różnicy w sposobie oznaczania między imionami własnymi a pozostałymi rodzajami

294

nazw: wszystkie one mogą spełniać funkcję desygnowania. Onomatoid, czyli nazwa pozorna: Tadeusz Kotarbiński

A czy jest różnica między wszystkimi wy­ mienionymi wyrażeniami nominalnymi, z jed­ nej strony, a tzw. nazwami pozornymi, czyli onomatoidami, z drugiej strony? Czy te ostat­ nie, np. wyrażenia: „rozpacz”, „wybuch”, „star­ szeństwo”, „wada”, „białość”, mają desygnaty? Jedni odmawiają im własności desygnowania, powołując się na to, że nie istnieją odpowiada­ jące im przedmioty: rozpacz, wybuch, starszeń­ stwo, wada czy białość. Kto by z występowa­ nia wymienionych słów wnosił o istnieniu tych przedmiotów, popełniłby błąd hipostazowania, czyli powoływania do życia bytów urojonych. Wszak istnieje nie rozpacz, lecz zrozpaczeni czy rozpaczający ludzie, nie wybuch, lecz wybu­ chające wulkany bądź bomby, nie białość, lecz białe przedmioty. A skoro nie istnieje np. przedmiot starszeństwo, to i słowa „starszeń­ stwo” nie można o niczym orzec w sposób zgod­ ny z rzeczywistością, wyraz ten nie spełnia więc funkcji desygnowania i w ogóle nie jest nazwą, lecz imitacją nazwy. Tymczasem inni przyjmu­ ją szersze pojęcie przedmiotu, co pozwala im twierdzić, iż np. wyrażenie, „wada” jest orze­ kane prawdziwie o takich „rzeczach”, jak: le­ nistwo, zawiść czy próżność; to one właśnie są jego desygnatami. Które wyrażenia desygnują?

Istnieje też pogląd przyznający własność desygnowania także wyrażeniom nienominalnym, m.in. czasownikom i zdaniom; np. desyg­ natami czasownika „latać” są wszystkie lata­ jące bądź mogące latać przedmioty, desygnatern zdania „Słońce świeci” jest według jed­ 295

nych odpowiedni stan rzeczy, według innych odpowiedni typ myśli, według jeszcze innych — wartość logiczna (Carnap, 1942). Różne są, jak widać, pojęcia desygnatu i re­ lacji desygnowania. Skutkiem tego funkcję tę przypisuje się albo (a) tylko niepustym predy­ katom nieabstrakcyjnym, jak „krzesło”, „od­ krywca Ameryki”, „miasto powiatowe”; albo (b) wymienionym poprzednio oraz pustym, jak „krasnoludek”, „odkrywca kamienia filozoficz­ nego”, „człowiek żyjący tysiąc lat”; albo (c) wymienionym w punktach (a) i (b), ponadto zaś imionom własnym niepustym, np. „Kra­ ków"; albo (d) — wymienionym poprzednio oraz imionom własnym pustym, np. „Apollo”; albo (e) oprócz wszystkich wymienionych — jeszcze i onomatoidom, jak „szczęście” czy „własność promieniowania”; albo (f) — wszyst­ kim powyższym i w dodatku także czasowni­ kom. np. „chodzić”, i zdaniom, np. „Księżyc za­ szedł”. W związku z tym desygnatami stają się albo, po pierwsze, tylko realne, konkretne osoby łub rzeczy, jak Arystoteles, wino; albo, po dru­ gie, oprócz wymienionych również przedmioty fikcyjne, tzw. intencjonalne, jak Hamlet; albo, po trzecie, w dodatku takie byty abstrakcyjne, jak klasy, zdarzenia, stany rzeczy, cechy i relacje. W tym ostatnim wypadku zaciera się różni­ ca między desygnatem wyrażenia, z jednej strony, a jego denotacją bądź nawet znacze­ niem, z drugiej strony. Różnic pojęciowych nie należy mieszać z ter­ minologicznymi. Oto w niektórych tekstach, zwłaszcza językoznawczych, miano „desygnat” nadaje się znaczeniu wyrazu. Z kolei w niejed­ nej publikacji z zakresu logiki lub filozofii występuje zamiast słowa „desygnat” wyraz „denotat”. W związku z tym czasownik „denotować” staje się dwuznaczny, gdyż odnosi się albo do relacji między wyrażeniem a poszcze­ 296

gólnym jego desygnatem, czy w tej termino­ logii denotatem, albo do relacji między wyraże­ niem a zbiorem wszystkich desygnatów, to jest denotacją, czyli zakresem. Intencjonalne teorie znaczenia: Kazimierz Twardow­ ski, Edmund Husserl — przezroczystość znaku, Ro­ man Ingarden — przedmiot intencjonalny, scliematyczność znaczenia, konkretyzacja

Wspominaliśmy o tym, że tzw. nazwy puste, np. „muza”, „Hamlet”, odnoszą się do przed­ miotów intencjonalnych. Pojęcie intencjonalności, pochodzące z filozofii średniowiecznej, zmodyfikował i zastosował w swej teorii psy­ chologicznej Franz Brentano. Jeden z jego uczniów, Kazimierz Twardowski, rozważał za­ gadnienie intencjonalności oraz przedmio­ tów intencjonalnych w badaniach z pogranicza psychologii, gramatyki i logiki (Twardowski, 1965:3—91, 114—197, 217—240); drugi zaś uczeń, Edmund Husserl, uczynił z intencjonal­ ności kluczowe pojęcie swej fenomenologii. Utrzymywał on, że ilekroć spostrzegamy, myślimy, sądzimy, kochamy czy chcemy, tylekroć na­ sze przeżycie zmierza lub odnosi się do jakiegoś przedmiotu, jest więc aktem, przeżyciem po­ łączonym z intencją, w odróżnieniu od takich przeżyć nieintencjonalnych, jak wrażenia. Do przeżyć intencjonalnych zaliczał m.in. odbiera­ nie przez nas znaków. Gdy czytamy lub słyszy­ my wyrażenia, jednocześnie z doznaniem treści zmysłowej ich kształtu lub dźwięku przeżywa­ my dwa akty intencjonalne: jeden skierowa­ ny na spostrzegane wyrażenie, drugi zaś — na przedmiot idealny, do którego się owo;wyraże­ nie odnosi, mianowicie na jego znaczenie. Ten drugi akt intencjonalny, zwany intencją zna­ czeniową, dominuje w naszym przeżyciu; samo wyrażenie staje się jak gdyby przezroczyste — po prostu przestajemy je dostrzegać (Hus207

serl, 191:2,1). Podobnie, patrząc przez okno, na ogół widzimy nie szybę, lecz znajdujące się na zewnątrz przedmioty; chyba że umyślnie skupimy uwagę na samej szybie. Wówczas jed­ nak przestajemy widzieć to, co poza nią. Prze­ zroczystość semantyczna wszelkich znaków po­ lega na tym, iż nie jesteśmy zdolni myśleć o nich samych i zarazem przeżywać odpowiednią intencję znaczeniową, czyli rozumieć je i zda­ wać sobie sprawę z tego, do czego się odnoszą. Znaki, których używamy porozumiewając się ze sobą, są dla nas przezroczyste semantycznie. Tylko wyjątkowo, np. gdy robimy korektę, a więc poza obrębem porozumiewania się, tracą one swą przezroczystość. Znaczeniem danego znaku jest typ intencji znaczeniowych związa­ nych z tym znakiem w danym systemie, a więc pewien ich abstrakcyjny zbiór, nie zaś ta a ta konkretnie przeżywana przez kogoś intencja. Teorię tę zmodyfikował Roman Ingarden, uczeń Husserla i Twardowskiego. Podobnie jak ten ostatni, odróżnił on dwa rodzaje tego, ku czemu skierowana jest intencja, czyli dwa ro­ dzaje przedmiotów intencjonalnych: tzw. także-intencjonalne oraz czysto intencjonalne. Gdy widzę jakąś konkretną rzecz, np. tę oto zadru­ kowaną stronicę książki, staje się ona przed­ miotem także-intencjonalnym mego spostrze­ żenia: istnieje poza tym w rzeczywistości, nie­ zależnie od tego, czy ją postrzegam. Gdy na­ tomiast myślę o czymś — wszystko jedno: rze­ czywistym czy urojonym — owo coś stanowi przedmiot pierwotnie czysto intencjonalny me­ go pomyślenia; jako tak właśnie pomyślane istnieje tylko dzięki mnie i tylko mnie samemu jest dostępne. Od takich monosubiektywnych przedmiotów pierwotnie intencjonalnych Ingar­ den odróżniał intersubiektywne, czyli dostępne wielu podmiotom poznającym, pochodne przed­ mioty intencjonalne. Te ostatnie są wytwarzane 298

przez niektóre wyrażenia języka, mianowicie przez samodzielne twory językowe, m.in. na­ zwy. Każde takie samodzielne wyrażenie składa się — według Ingardena — z brzmienia i zna­ czenia. Znaczenie jest wytworem przeżycia, pewnej czyności świadomościowej; nie istnia­ łoby bez niej. Nie należy zatem — jak u Husserla — do przedmiotów idealnych i tym sa­ mym ponadczasowych, lecz do intencjonalnych, mających początek w psychice. Natomiast — podobnie jak u Husserla — ma ono charakter intencji: kieruje się ku wspomnianemu intersubiektywnemu pochodnemu przedmiotowi in­ tencjonalnemu. A czyni to w wieloraki sposób. Na przykład znaczenie nazwy „nożyczki” od­ nosi się do nożyczek, zarazem zaś określa, że są one takie a takie oraz że są rzeczą, wreszcie rozstrzyga, iż jest to rzecz realna i w dodatku istniejąca. Recepta zawarta w znaczeniu' wyra­ żenia określa i rozstrzyga tylko pewne — jak je Ingarden nazywał — momenty, stąd i wy­ konany według niej pochodny przedmiot in­ tencjonalny jest schematyczny, ma miejsca — to znowu termin Ingardena — „niedookreślo­ ne”. Czytelnik uzupełnia ten szkielet, przyoble­ kając go w ciało konkretyzacji (Ingarden, 1947; 1947—1984; 1969 : IV—V, 1972). Teorią reguł Ajdukiewicz

znaczeniowych

języką:

Kazimierz

Pogląd fenomenologów, że doznaniu treści zmysłowej wywołanemu przez czytany napis lub słyszane dźwięki słowne towarzyszy jedno­ czesne przeżycie aktu intencji znaczeniowej, wystąpił w latach trzydziestych w rozważaniach Kazimierza Ajdukiewicza (Ajdukiewicz, 1960: 114—136), ale został tam poddany daleko idą­ cemu ograniczeniu i modyfikacji. Do czego Ajdukiewicz sprowadza — tu użyjemy termi­ nów Husserla — pojęcia „kierunku intencji”

29»

znaczeniowej oraz „materii aktu”? Do tego, że używając pewnych słów i zdań jako wyrażeń danego języka stosujemy się do jego reguł zna­ czeniowych, ustalających, jakiego rodzaju prze­ życie jest motywem zarazem wystarczającym i koniecznym do uznania danej wypowiedzi za prawdziwą. Reguły te są — jak mniemał Ajdukiewicz — trojakiego rodzaju: aksjomatyczne, dedukcyjne i empiryczne. Oto reguły aksjomatyczne języka głoszą, iż w żadnych okolicz­ nościach nie można odrzucić takich zdań, jak „każdy trójkąt ma trzy boki”, nie gwałcąc za­ razem ich znaczenia. Reguły dedukcyjne stano­ wią podstawę uznania takich par zdań, jak „Kraków jest mniejszy od Londynu” i „Londyn jest większy od Krakowa”: uznawszy za praw­ dziwe jedno z nich, nie możemy odrzucić dru­ giego, odrzucając bowiem naruszylibyśmy przy­ jęte w języku znaczenia wyrazów. Wreszcie re­ guły empiryczne ustalają, że pewnych zdań nie można — bez zmiany przyjętego ich znaczenia — odrzucać w pewnych okolicznościach, np. zdania „Teraz jest noc” — w nocy (Ajdukiewicz, 1965:158). Wróćmy na chwilę do poglądu fenomenolo­ gów. Twierdzą oni — jak wiemy — że użycie np. słowa „sad” w języku polskim polega na tym, iż czytając lub słysząc ten wyraz, jedno­ cześnie pomyślimy o sadzie. Ajdukiewicz zaś wyjaśniał, że takie pomyślenie o sadzie polega na gotowości do uznania np. zdań „W sadzie ro­ sną drzewa owocowe”; „Sad jest rzeczą”, „To jest sad” na skutek odpowiednich motywów, a to z kolei, jakiego rodzaju motywów, ustalają właściwe reguły znaczeniowe. Przy tym przyj­ mował, że jeśli dwa zdania są — na podsta­ wie odpowiedniego typu reguły — tak samo umotywowane, to są też równoznaczne, i na odwrót. Równoznaczność zaś składników zda­ niowych wiązał z równoznacznością zdań, co 300

uwidaczniają przykłady: „Anna kupuje codzien­ nie butelkę mleka” — „Anna kupuje codzien­ nie flaszkę mleka”. Zdania te są równoznaczne, mimo iż w pierwszym występuje wyraz „butel­ ka”, a w drugim „flaszka”. Jeżeli w każdym zdaniu, zastąpiwszy jeden z tych wyrazów drugim, otrzymamy zdanie równoznaczne z po­ przednim, to słowa te są równoznaczne, i na odwrót. A czymże jest — według Ajdukiewicza — znaczenie danego wyrażenia, a więc słowa, zwrotu czy zdania, w danym języku? Jest to — odpowiada — wspólna własność wszystkich i tylko tych wyrażeń, które są z danym wyraże­ niem równoznaczne w tym języku. Jak widać, obrawszy punkt wyjścia bliski intencjonalnej teorii znaczenia Ajdukiewicz doszedł do jego odmiennej koncepcji, którą zresztą w latach pięćdziesiątych, porzucił dla konotacyjnej. Weryfikacyjna teoria znaczenia; izomorfizm intensjonalny: Rudolf Carnap

Ajdukiewiczowska koncepcja reguł języka wiązała znaczenie zdań z uznawaniem ich za prawdziwe. Według pewnego poglądu, aby daną wypowiedź wolno było uznać za prawdziwą lub fałszywą, musi ona być sprawdzalna. Spraw­ dzalne zaś, czyli możliwe do zweryfikowania, są — zdaniem filozofów neopozytywistycznych i przedstawicieli tzw. empiryzmu logicznego oraz ich następców — tylko te twierdzenia, o których zgodności lub niezgodności z rzeczy­ wistością potrafimy się przekonać w sposób do­ świadczalny. Stąd wynika, iż zdanie coś zna­ czy, czyli jest sensowne, wówczas tylko, jeżeli istnieje empiryczna metoda jego weryfikacji. Wyrażenia zaś niezdaniowe są sensowne zawsze i tylko wtedy, gdy można z nich uczynić skład­ niki zdania sensownego. Jak widać, według tej teorii znaczenie zdania nie jest wprawdzie tym samym, co metoda jego weryfikacji, ani tym 301

samym, co sprawdzalność, ale fakt, iż zdanie ma znaczenie, iż zdanie jest sensowne, zależy od sprawdzalności: aby wypowiedź była sen­ sowna, musi ona być sprawdzalna, i to — jak mówiono — intersubiektywnie sprawdzalna, a zatem w sposób dostępny nie tylko temu, kto ją wygłosił — lecz i innym podmiotom, innym użytkownikom języka. Zwolennikom tej teorii chodzi o to, aby z rozważań naukowych wykluczyć jako bezsen­ sowne tzw. zdania metafizyczne, np. „Absolut jest pierwszą przyczyną”. Są one bezsensowne, gdyż — jak twierdzili — nie istnieje metoda ich weryfikacji. Natomiast sensowna jest wy­ powiedź „Ten oto zegarek stoi”, śoiślej zaś — tak właśnie skłonni byli formułować twierdze­ nia — „Ten oto zegarek teraz i tutaj stoi”: jest ona sensowna, gdyż można wskazać sposób do­ świadczalnego jej sprawdzenia. Sprawdzając dane zdanie, ustalamy, czy speł­ nione są warunki jego prawdziwości. Jeśli owe warunki są te same w odniesieniu do dwóch twierdzeń, wówczas twierdzenia te to samo zna­ czą. Od równoznaczności zaś zdań nietrudno — jak już wiemy — dojść do ich znaczenia. W powyższy sposób sprawę znaczenia zdań, ale tylko zdań empirycznych, rozwiązywał m.in. Carnap w latach trzydziestych (Carnap, 1936). Później porzucił to zapatrywanie, by zastąpić je teorią, według której dwa wyrażenia, nie tylko zdania empiryczne, są równoznaczne, gdy mają taką samą strukturę intensjonalną, czyli są intensjonalnie izomorficzne, to jest są jed­ nakowo zbudowane, a między odpowiadającymi sobie składnikami tych wyrażeń zachodzi rela­ cja równoważności logicznej (Carnap, 1947). Bezsens a nonsens

Wspomnieliśmy wyżej o wyrażeniach bezsen­ sownych. Nie należy ich mieszać z nonsensow­ 302

nymi, zwłaszcza z nonsensownymi w rozu­ mieniu syntaktycznym, czyli składniowym. Przykładem tych ostatnich jest powiedzenie „albo bywa trzymajcie”, będące szeregiem słów połączonych ze sobą wbrew odpowiedniej regule składniowej, która w tym wypadku głosi, że na pierwszym i trzecim miejscu, to jest przed słowem „bywa” i po nim, winno występować wyrażenie należące do kategorii syntaktycznej nazw, np. rzeczownik lub przymiotnik. W po­ wyższym zaś przykładzie na pierwszym miej­ scu figuruje spójnik, na trzecim czasownik, do­ szło więc do pomieszania kategorii syntaktycznych. Sensowna w rozumieniu składniowym bę­ dzie wypowiedź „praca bywa ciekawa”. Również sensowne, choć fałszywe, są zdania „puch bywa twardy”, „kanciasty bywa wodą”; nie ma w nich przecież bezładu składniowego: na miej­ scu podmiotu i orzecznika występują nazwy. Zauważmy, że nonsensowne wyrażenie złożo­ ne „albo bywa trzymajcie” składa się z trzech syntaktycznie sensownych w języku polskim wyrazów: „albo”, „bywa” oraz „trzymajcie”. Mówiąc, że są one syntaktycznie sensowne, mamy na myśli to, iż zostały poprawnie zbudo­ wane; stanowią przecież takie zestawienia dźwięków, które słownik języka polskiego wy­ mienia jako wyrazy. W języku tym bezsensow­ ne syntaktycznie są natomiast np. dźwięki „olba”, „abyw”, a także „house”, gdyż nie ma w nim reguły budowania wyrazów, która pozwala na tworzenie powyższych szeregów głosek. Każ­ da omawiana tutaj teoria znaczenia wyrażeń zakłada milcząco ich syntaktyczną sensowność. Instrumentalne teorie znaczenia: John L. Austin — wypowiedzi performacyjne, Ludwig Wittgenstein, Gilbert Ryle

Weryfikacja zdania sensownego polega — według poprzedniej teorii — na przeprowadze­ 303

niu pewnego doświadczenia, a zatem na jakimś działania. Tego rodzaju czynne zachowanie się użytkowników języka jest związane ze zdania­ mi, z ich rozumieniem, z tego więc powodu może uchodzić za pewnego rodzaju zachowanie językowe. Zachowaniem językowym w ściślej­ szym sensie jest jednakże samo posługiwanie się zdaniami, ich użycie, polegające na wygła­ szaniu czy odbieraniu wypowiedzi oraz towa­ rzyszących tomu czynnościach. W obrębie tak pojmowanych zachowań językowych zdanie — według zwolenników teorii instrumentalnej — jawi się nam jako narzędzie służące do wyko­ nania pewnych zadań, np. do powstrzymania kogoś cd działania bądź do skłonienia go, aby tak a tak postąpił, do wyrażenia własnych przeżyć lub obudzenia wzruszeń czy pragnień w innych ludziach, do opisania jakiegoś zda­ rzenia albo do zapytania, czy zaszło, wreszcie do wytworzenia pewnego stanu rzeczy. Przy­ kładami wymienionych tu rodzajów wypowiedzi-narzędzi mogą być wyrażenia: „przestań”, „zamknij okno”, „boję się”, „jak ci nie wstyd!”, „zgasło światło”, „czy już zjadłeś?”, „przyrze­ kam!”. To ostatnie zdanie nosi nazwę wypowiedzi dokonawczej, czyli performacyjnej (Austin, 1962). Różni się ona od takiego zdania, jak „właśnie sprzątam”. Sprzątanie nie polega na wygłoszeniu słów „właśnie sprzątam”; jest czynnością względem nich zewnętrzną, z której za pomocą tych słów zdajemy sprawę. Nato­ miast słowo „przyrzekam” nie opisuje żadnej mojej czynności ani przeżycia polegających na przyrzekaniu, a równoczesnych z wypowiedze­ niem tego wyrazu: wygłoszenie go na serio, w dobrej wierze oraz w odpowiednich okolicznoś­ ciach — oto na czym polega złożenie przyrze­ czenia. Znaczenie wypowiedzi jest jej funkcją se­ 304

mantyczną. Wypowiedź zaś to narzędzie. Funk­ cję danego narzędzia zna ten, kto wie, jak się nim posługiwać. Podobnie, znaczenie wypowie­ dzi pojął, kto potrafi jej poprawnie użyć do wykonania wymienionych poprzednio zadań: powiadamiania, opisywania czy wzruszania, wskazania przedmiotu, powiedzenia prawdy czy skłamania. Jak wspomnieliśmy, Wittgenstein rzucił hasło: „nie pytajcie o znaczenie, pytajcie o użycie”, uważając, że zdania o tyle są sensow­ ne, coś znaczą, o ile nadają się do użycia. I tylko do tego sprowadzał ich znaczenie. Język zaś — a ściślej, porozumiewanie się za pomocą mowy — porównywał, podobnie jak de Saussure, do gry w szachy. W tej grze wyrażenia są niby figury i pionki szachowe, które — na tym polega ich użycie — przesuwamy według pewnych reguł po szachownicy sytuacji poro­ zumiewania się (Wittgenstein, 1972). Podobnie jak nie można się nauczyć dokonywania po­ prawnych ruchów koniem szachowym nie na­ uczywszy się gry innymi figurami, tak też nie można nabyć umiejętności posługiwania się jakimś jednym wyrażeniem danego języka nie znając reszty. Wyrażenia te spełniają mniej lub bardziej określone funkcje, grają — każde — swoją rolę, ale tych funkcji czy ról nie za­ stępują, podobnie jak figury szachowe nie za­ stępują niczego poza szachami, choć każda z nich spełnia tę czy inną funkcję. I nie ma ta­ kich dwóch pudełek, żeby jedno służyło do przechowywania figur i pionów szachowych, a drugie do przechowywania ich funkcji w sza­ chach. Tak samo znaczenia słów: nie są żad­ nymi przedmiotami, różnymi od owych słów. Stosunek zachodzący między zdaniem a jego znaczeniem da się — według Ryle’a — porów­ nać do relacji między pieniądzem a jego siłą kupna czy wartością nabywczą, nie zaś między pieniądzem a tymi przedmiotami, które można 20 Wstęp do semiotyki

zań kupić. Z kolei znaczenia poszczególnych składników wypowiedzi zdaniowej nie tak się maja, do jej znaczenia jak atomy do cząsteczek, lecz jak rakieta tenisowa do uderzeń, które nią wykonano lub które można wykonać. Zna­ czenie więc składnika to współczynnik funk­ cyjny wielu twierdzeń, pytań, rozkazów (Ryle, 1967). Instrumentalna teoria znaczenia rozwinęła się w połowie tego stulecia w Anglii, głównie w Oksfordzie i Cambridge. Jej zwolennicy uprawiali, bądź uprawiają nadal, przeważnie tzw. filozofię lingwistyczną, w szczególności zaś filozofię języka potocznego, polegającą na ana­ lizowaniu roli, którą język ten odgrywa w po­ wstawaniu i rozwiązywaniu zagadnień filozo­ ficznych. Relacje pragmatyczne: rozumienie znaku, postawy propozycjonalne; pragmatyka a semantyka i syntaktyka

Główne pojęcia instrumentalnej teorii zna­ czenia, mianowicie pojęcie użycia wyrażeń i ich sposobu użycia, mają charakter pragmaty­ czny. Kto bowiem używa znaków? Ich na­ dawcy i odbiorcy; oni też decydują, w jaki spo­ sób to uczynić. Relacje zaś między wyrażenia­ mi a ich użytkownikami, i na odwrót, określa się jako pragmatyczne. Ilekroć więc rozpatru­ jemy wyrażenia w kontekście ich użycia bądź w obrębie tzw. sytuacji porozumiewania się, tylekroć do rozważań nad funkcją semantyczną znaczenia dołączają się rozważania pragmaty­ czne. O pojęciu kontekstu użycia i punktów odnie­ sienia, mianowicie m.in. czasu i miejsca nada­ nia lub odbioru wypowiedzi, a także osoby bądź osób, które się nią posłużyły, była już mowa poprzednio. Wspominaliśmy również o innych pojęciach pragmatycznych, np. o stoso­

306

wanych przez Ajdukiewicza pojęciach uzna­ wania zdania za prawdziwe bądź odrzucania zdania jako fałszywego. Podczas gdy prawdzie wość i fałszywość zdania, jego wartości logicz­ ne, są własnościami semantycznymi, uznawanie za prawdę czy fałsz to postawy pragmatyczne. Pragmatyczny także charakter ma, również występujące m.in. u Ajdukiewicza, pojęcie zna­ czenia jako sposobu rozumienia wyrażeń, po­ krewne pojęciu sposobu ich użycia. Pojęcie sposobu rozumienia, czy po prostu rozumienia, odgrywa ważną rolę w analizie pragmatycznego pojęcia porozumiewania się (np. Morris, 1971). Co podlega rozumieniu w podstawowym sensie tego wyrazu? Można przy­ jąć, że wszelkie znaki i tylko one. A co mamy na myśli mówiąc, że ktoś dany znak rozumie, ściślej zaś, że rozumie go w sposób właściwy czy — jak- się powiada — adekwatny? Spotyka­ my różne odpowiedzi na to pytanie. Pojęcie rozumienia wszelkich znaków sprowadza się często do pojęcia rozumienia odpowiednich zdań; np. rozumienie słowa „świeci” — do ro­ zumienia różnych zdań, w których ono występu­ je; rozumienie drogowego znaku zakazu postoju — do rozumienia zdania „Nie wolno pozosta­ wiać tutaj pojazdu”. Na czym więc polega adekwatne rozumienie zdania? Według jednego z poglądów — ten adekwatnie rozumie dane zdanie, kto wie: jak ono jest zbudowane, co znaczy każdy z jego składników oraz jakie są warunki prawdziwości tego zdania. Na przykład zatem pewna osoba rozumie zdanie języka polskiego „Ten oto płyn jest kwasem”, jeżeli wie: że składa się ono z pięciu słów języka polskiego pełniących takie a takie funkcje składniowe, że, dalej, takie a takie śą znaczenia poszczególnych wyrazów oraz, wreszcie, że do warunków prawdziwości tego zdania należą takie zdarzenia, jak to, iż płyn, o którym mo­ 20*

307

wa, ma kwaśny smak, zabarwia papierek lak­ musowy na czerwono, a podczas elektrolizy odszczepia w postaci kationów tylko jony wo­ dorowe. Jak widać, rozumie dane zdanie w spo­ sób adekwatny ten, kto wie wymienione wyżej rzeczy. Z kolei to, iż ktoś wie, że jest tak a tak, można rozbić na dwa elementy: ów ktoś wie­ rzy, że tak a tak, ponadto zaś tak się właśnie rzeczy mają. Jak zatem widać, pojęcie rozumienia znaku pochodzi pośrednio od pojęcia wierzenia w od­ powiednie zdanie. Często też słowo „wierzy” uznajemy za termin pierwotny pragmatyki, a więc za wyraz, którego nie definiujemy, gdyż postanowiliśmy zachowywać się tak, jakby każdy go rozumiał, co zresztą znajduje potwier­ dzenie w pewnych naszych intuicjach. Na przy­ kład powszechnie się zgadzamy, iż jeśli wierzy­ my, że psy są ssakami, to nie wierzymy w ne­ gację tego zdania; albo jeśli nie wierzymy, że Słońce obraca się wokół Ziemi, to wierzymy, iż nieprawda, że tak jest. Wiara w to, co zdanie głosi, należy — obok np. niewiary czy wątpienia — do tzw. postaw propozycjonalnych, czyli stanowisk pragmaty­ cznych zajmowanych przez nas wobec wypo­ wiedzi. Przeżycie polegające na wierzeniu jest skądinąd przedmiotem zainteresowania psycho­ logii. Sprawa prawdziwości uwikłana w rozu­ mienie znaku jest znów przedmiotem zaintere­ sowania semantyki. Budową wypowiedzi zaj­ muje się składnia. Problemem zaś wiedzy epi­ stemologia. Widać więc, że pragmatyczne po­ jęcie rozumienia ma charakter złożony i po­ chodny; występują w nim elementy psycholo­ giczne, semantyczne, syntaktyczne oraz epistemologiczne. Toteż, mając na myśli powyższe okoliczności, mówi się niekiedy, że pragmatyka zakłada semantykę i syntaktykę, semantyka zaś — tylko syntaktykę. 308

Takie postawienie sprawy znajduje potwier­ dzenie i w tym jeszcze, że pragmatyczna rela­ cja rozumienia odnosi się tylko do bytów, któ­ rym przysługuje semantyczna własność znacze­ nia: nie można rozumieć czegoś, co nie ma zna­ czenia. Z kolei w semantyczną cechę znaczenia wyposażone są przedmioty — tylko jako tak a tak zbudowane, mające taki a taki kształt i po­ zostające w określonych stosunkach do innych znaków, również rozpatrywanych ze względu na ich cechy syntaktyczne. Z jeszcze innego powodu się mówi, że nie ma pragmatyki bez semantyki i syntaktyki oraz nie ma semantyki bez syntaktyki, natomiast syntaktyka może się obejść bez semantyki i pragmatyki, semantyka zaś bez pragmatyki. Chodzi mianowicie o to, że w rozważaniach o znakach można abstrahować od ich znaczenia oraz użytkowników i zajmować się tylko aspek­ tami syntaktycznymi tych znaków. W rozwa­ żaniach semantycznych na temat znaczenia, oznaczania i prawdziwości, aczkolwiek musimy brać pod uwagę budowę syntaktyczną znaków, to przecież możemy pominąć to, w jakim sto­ sunku pozostają one do swych nadawców i od­ biorców. Natomiast w rozważaniach pragma­ tycznych nie sposób pominąć strony znaczenio­ wej, a więc semantycznej, oraz budowy znaków, a więc ich składni. Z drugiej jednak strony należy pamiętać o wspomnianych wyżej próbach sprowadzenia po­ jęć semantycznych, np. pojęcia znaczenia, do pragmatycznych, np. do pojęć użycia wyraże­ nia, uznania zdania za prawdziwe, czy sposobu rozumienia. W tym sensie własności semanty­ czne wyrażeń są pochodne w stosunku do pra­ gmatycznych. Znaki nie byłyby tak a tak zbu­ dowane, czyli nie miałyby własności syntaktycznych, i nie miałyby takiego a takiego znaczenia ani nie odnosiłyby się do takich a ta­ 309

kich bytów, czyli nie miałyby własności seman­ tycznych, gdyby nie miały własności pragma­ tycznych, to jest gdyby użytkownicy nie posłu­ giwali się takiego a takiego kształtu przedmio­ tami w sposób, dzięki któremu uzyskują one owe własności. To tylko mówić możemy o zna­ ku pomijając jego znaczenie i osoby jego użyt­ kowników, natomiast znaku, który byłby po­ zbawiony znaczenia i użytkowników, nie ma. Semiotyka teoretyczna, czyli semiotykaT Język przedmiotowy a metajęzyk

Zdanie „Pada śnieg”, gdy zostało użyte w rozmowie czy w liście, nie zaś — jak tutaj — w roli przykładu, odnosi się do pewnego rzeczy­ wistego zdarzenia, mianowicie do tego, że pada śnieg. Umówmy się, iż w obecnych rozważa­ niach wszelkie rzeczy, osoby, cechy, stany rze­ czy, zdarzenia i zjawiska nazywać będziemy krótko przedmiotami, rozumiejąc ten ostatni termin odpowiednio szeroko. Zgodnie z tą umo­ wą powiemy, że powyższe zdanie odnosi się do pewnego przedmiotu. Przyjmijmy, iż w roz­ patrywanym wypadku przedmiotu tego nie uwa­ żamy za znak. Jest to zresztą sytuacja normal­ na: padanie śniegu, choć może zostać użyte jako znak, najczęściej nie występuje w tej roli. Otóż wszelkie znaki, w szczególności wszelkie wyrażenia, odnoszące się do przedmiotów, któ­ re w naszym mniemaniu nie mają charakteru znakowego, nazywamy znakami przedmiotowy­ mi. Powiedzenie więc w rozmowie „śnieg pa­ da” jest zdaniem przedmiotowym, gdyż mówi o pewnym przedmiocie nie będącym znakiem; a wyrażenia „śnieg” i „pada” są wyrażeniami przedmiotowymi, gdyż odnoszą się do przed­ miotów, których w tym wypadku nie uważamy za znaki. Zarówno’ te wyrażenia, jak to zdanie 310

należą wówczas do języka przedmiotowego — w pierwszym rozumieniu zwrotu „język przed­ miotowy”. Zauważmy, że język jest zawsze usytuowany o jedno piętro wyżej niż ta rzeczywistość, o któ­ rej mówi. Żeby powiedzieć, że śnieg pada, używamy nie śniegu, lecz odpowiednich słów. Padanie śniegu odbywa się na parterze. Zdanie „Pada śnieg” mieszka na pierwszym piętrze i stamtąd opisuje, co się dzieje na dole. Zdanie to, w normalnej sytuacji porozumiewania się, ma określone własności syntaktyczne, seman­ tyczne i pragmatyczne, czyli ma swoją syntaktykęw, semantykęw i pragmatykęw. Oto składa się z dwóch wyrazów języka polskiego mają­ cych taki a taki kształt i występujących w ta­ kich a takich rolach składniowych; znaczy, że śnieg pada, i jest prawdziwe, jeśli właśnie pa­ da śnieg; w pewnej chwili i miejscu ktoś je z przekonaniem lub bez przekonania do kogoś wypowiedział, a tamten uwierzył bądź nie uwie­ rzył — taka jest semiotykaw tego zdania. Powyższe nasze rozważania nie dotyczyły te­ go, że śnieg pada, lecz zdania „Pada śnieg” na­ leżącego do języka przedmiotowego. Zdanie to uważamy za znak, choć wymieniając je, opi­ sując i analizując — jak właśnie przed ćhwilą — nie posługujemy się nim jako znakiem. Było ono dla nas przedmiotem, o którym mówiliśmy. Ale ponieważ mówiliśmy o pewnym fragmen­ cie języka przedmiotowego, czyli języka z pier­ wszego piętra, musieliśmy w tym celu posłu­ żyć się językiem usytuowanym na drugim pię­ trze. Język taki nazywamy metajęzykiem, w tym wypadku metajęzykiem pierwszego stop­ nia. A zatem, gdy wyrażenie „pada śnieg” od­ nosi się nie do tego, że śnieg pada, lecz — co uwydatniliśmy ujmując je w cudzysłów—ozna­ cza równokształtne zdanie języka przedmioto­ wego, mianowicie zdanie Pada śnieg, już 311

bez cudzysłowu, wówczas owo wyrażenie cu­ dzysłowowe „pada śnieg” należy do metajęzyka pierwszego stopnia i nie jest w tym metajęzy­ ku zdaniem, lecz nazwą. Czego nazwą? Mają­ cego taki sam kształt jak ona zdania języka przedmiotowego. Jak widać, metajęzyk służy do opisu języka o jedno piętro niższego niż on sam. Ów opisy­ wany język staje się przedmiotem, którego do­ tyczą rozważania sformułowane w metajęzyku, i z tego powodu bywa nazywany językiem przedmiotowym, nawet jeśli kiedy indziej wy­ stępował w roli metajęzyka, czyli służył do mówienia o jakimś innym języku. Terminolo­ gia ta odbiega od poprzedniej. Według tamtej — dany język jest przedmiotowy wtedy tylko, gdy zajmuje pierwsze piętro, a zatem mówi o przedmiotach nie będących — w naszym mnie­ maniu — znakami ani językiem. Według tej — dany język jest przedmiotowy, gdy stanowi przedmiot naszych rozważań. Ponieważ tak ro­ zumiany język przedmiotowy może być języ­ kiem z piętra wyższego niż pierwsze, przeto i odpowiedni metajęzyk może być stopnia wyż­ szego niż pierwszy, a zatem zajmować piętro wyższe niż drugie; zawsze przecież musi miesz­ kać o jedno piętro wyżej niż to, o czym mówi. Dany więc język, jeśli występuje w roli me­ tajęzyka, to zawsze ze względu na pewien inny język, o jedno piętro niższy. Piętro, na którym usytuowany jest metajęzyk, określamy w zależności od najwyżej zamieszkałego jego składnika. Jeśli więc np. choć jeden znak da­ nego metajęzyka znajduje się na n-tej kondy­ gnacji, gdyż oznacza znaki z piętra n-1, żaden zaś nie oznacza znaków z pięter wyższych niż n-1, to ów metajęzyk lokujemy na n-tym pię­ trze.

312

Metajęzyki semiotycznc: syntaktyczny, semantyczny, pragmatyczny

Jak wiemy, na semiotykęw wyrażeń języka składają się trojakiego rodzaju własności: syntaktyczne, semantyczne i pragmatyczne. W związku z tym do rozważań nad językiem po­ trzebne są trojakiego rodzaju metajęzyki: syn­ taktyczny — do opisu syntaktykiw języka przedmiotowego, semantyeżny — do opisu jego semantykiw oraz pragmatyczny — do opisu je­ go pragmatykiw. Najuboższy z nich jest meta­ język syntaktyczny, a najbogatszy pragmaty­ czny. Metajęzyk' syntaktyczny składa się z nazw wyrażeń opisywanego języka przedmiotowego, z predykatów, czyli orzeczników, które odnoszą się do relacji między owymi wyrażeniami, oraz z reguł określających te relacje. Natomiast metajęzyk ten nie zawiera nazw przedmiotów, do których się odnoszą wyrażenia opisywanego języka przedmiotowego. Oto więc w metajęzy­ ku syntaktycznym znajdziemy wyraz „śnieg”, będący nazwą słowa śnieg, jeśli występuje ono w opisywanym języku przedmiotowym, natomiast nie będzie w nim tego drugiego sło­ wa, czyli nazwy śniegu. Nazwy wyrażeń języka przedmiotowego mogą być w metajęzyku po­ dane tak jak wyżej, to jest ujęte w cudzysłów, a wewnątrz cudzysłowu równokształtne z tym, do czego się odnoszą. Mogą też przybierać po­ stać deskrypcji; np. deskrypcja „pierwsze sło­ wo tytułu tej książki” jest metajęzykową na­ zwą wyrażenia wstęp. Przykładami predyka­ tów syntaktycznych są wyrażenia: „jest równokształtny z” (wyrazem), „jest składnikiem” (wy­ rażenia, „jest poprawnie zbudowanym” (wyra­ żeniem). Wreszcie przykładem reguły syntaktycznej języka polskiego może być zdanie: „Po zaprzeczonym czasowniku przechodnim nastę­ puje dopełnienie rzeczownikowe w dopełniaczu”; 313

jak widać, w regule tej figurują tylko nazwy wyrażeń oraz predykat syntaktyczny. Metajęzyk semantyczny składa się z meta­ języka syntaktycznego oraz z opisywanego ję­ zyka przedmiotowego, ponadto zaś z predyka­ tów, które odnoszą się do relacji zachodzących między wyrażeniami języka przedmiotowego a oznaczanymi przez nie przedmiotami, i wreszcie z reguł określających te relacje. Oprócz więc wyrazu „śnieg”, czyli matajęzykowej nazwy słowa śnieg, znajdziemy w tym metajęzyku samo to słowo, czyli nazwę śniegu, należącą do języka przedmiotowego. Ponadto zaś w me­ tajęzyku semantycznym występują takie pre­ dykaty semantyczne, jak: „desygnuje”, „denotuje”, „znaczy”, „jest prawdziwe”, „spełnia”, wreszcie reguły semantyczne w rodzaju „w ję­ zyku polskim deskrypcja «najludniejsze miasto świata w r. 1980» oznacza stolicę Meksyku”. Metajęzyk pragmatyczny obejmuje jako swo­ ją część poprzedni, to jest semantyczny, a za­ tem i syntaktyczny, ponadto zaś zawiera nazwy użytkowników wyrażeń badanego języka przed­ miotowego, predykaty pragmatyczne, odnoszą­ ce się do relacji między swymi użytkownikami a wyrażeniami, i na odwrót, wreszcie reguły określające te relacje. Znajdziemy więc w tym metajęzyku takie deskrypcje, jak „nadawca wyrażenia języka przedmiotowego”; takie pre­ dykaty, jak „rozumie”, „uznaje za prawdziwe”; wreszcie takie reguły, jak „zdań sprzecznych nie należy zarazem uznawać za prawdziwe”. Struktura języka: słownictwo, reguły budowania zdań i reguły przekształcania zdań; logiczna koncep­ cja języka; antynomie semantyczne

Ponadto o budowie każdego z wymienionych metajęzyków można powtórzyć to, co w ogóle dotyczy struktury języków, mianowicie, że do 314

scharakteryzowania języka trzeba i zarazem wystarcza podać jego słownictwo i reguły. Słownik języka można przedstawić w sposób syntaktycany, to jest jako listę słów, jednakże bez wyjaśnień, co każde z nich znaczy. Infor­ mujemy wówczas o tym jedynie, jakiego kształtu przedmioty wyposażone są w znacze­ nie, a zatem należą do danego języka. Oto np. w słowniku języka hiszpańskiego znajdujemy jako jedno z haseł napis lućhar, nie ma tam zaś napisu rahcul, z czego — jeszcze zanim prze­ czytamy, jak się ten pierwszy rozumie — wnio­ skujemy, iż ma on jakieś znaczenie w tym ję­ zyku, a zatem jest wyrazem hiszpańskim, pod­ czas gdy drugi nim nie jest. Reguły języka dzielą się na reguły budowa­ nia zdań i reguły przekształcania zdań. Pierw­ sze z nich ustalają, jakiego rodzaju połączenia wyrażeń tego języka uznajemy w nim za po­ prawne zdania. Innymi słowy, mamy tu do czynienia z regułami składni gramatycznej. Na przykład w odniesieniu do języka polskiego jedna z takich reguł stanowi, iż wyrażenia „ze­ gar chodzi” oraz „zegar łysieje” są to zdania poprawnie zbudowane, natomiast nie jest po­ prawne pod względem składniowym wyrażenie „jeżeli zegar, to albo”. Drugiego rodzaju reguły języka, zwane regułami przekształcania, okre­ ślają, kiedy z jednego zdania w języku tym wynika bezpośrednio drugie, a zatem kiedy uznawszy za prawdziwe to pierwsze, np. zdanie „Do r. 1970 żaden Polak nie był astronautą”, winniśmy też uznać owo drugie, mianowicie zdanie „Do r. 1970 żaden astronauta nie był Po­ lakiem”. Również powyższym regułom języka — po­ dobnie jak jego słownikowi — można nadać charakter syntaktyczny. Nie bierzemy w nich wówczas pod uwagę znaczenia ani kontekstu użycia wyrażeń, lecz ograniczamy się do kształ­ 315

tu napisów bądź brzmienia wypowiedzi. Tak właśnie postępujemy konstruując systemy zaksjomatyzowane i sformalizowane, np. rachunki logiczne. Zrazu więc powstaje schemat formal­ ny — w tym wypadku poprawnie zbudowane napisy, pozbawione znaczenia, związane z sobą relacją bezpośredniego wynikania. Szkielet ów możemy przyoblec w ciało, mianowicie nadając jego wyrażeniom formalnym znaczenie, czyli — jak się mówi — dodając do nich interpretację, wyznaczoną przez reguły semantyczne, miano­ wicie reguły sensu i reguły oznaczania. Niekie­ dy temu samemu schematowi formalnemu na­ da jemy raz taką, raz zaś inną interpretację. Do­ tyczy to wszelkich wyrażeń formalnych. Oto np. wyrażenie formalne A = B możemy kolejno opatrzyć dwiema różnymi interpretacjami: tak aby raz chodziło o powierzchnię dwóch miesz­ kań, a innym razem o wagę dwóch osób. W językach etnicznych słowa występują nie jako brzmienia lub napisy pozbawione znaczeń, lecz dane są wraz z interpretacją, czyli jako wyrażenia sensowne. Często jednak kontekst skłania nas do wyboru takiej a nie innej inter­ pretacji; zanim to uczynimy, wyrażenie ma charakter formalny — jest pozbawionym zna­ czenia dźwiękiem czy napisem. Oto np. prze­ czytawszy słowo „bez” nadamy mu interpreta­ cję przyimkową, jeśli poprzedziło je pytanie „Czy to było przyjęcie z alkoholem?”, nato­ miast interpretację rzeczownikową w odpowie­ dzi na pytanie „Jałcie kwiaty najbardziej lu­ bisz?” W logice operujemy pojęciem języka opar­ tym na tzw. jedno-jednoznacznym przyporząd­ kowaniu znaczeń kształtom czy brzmieniom wyrażeń: wyrażenie danego kształtu ma jedno znaczenie i na odwrót. Z tego punktu widzenia słowo „bez” w znaczeniu przyimkowym należy do innego języka polskiego niż słowo „bez" ja­ 316

ko nazwa kwiatu. Każdy więc język etniczny jest zbiorem tak rozumianych języków w uję­ ciu logiki. Co więcej, jest on zbiorem języków z różnych pięter: od języka przedmiotowego aż do metajęzyków wysokiego nieraz stopnia. Ponieważ słownictwo tych różniących się po­ ziomem języków jest niemal takie samo, a gra­ matyka niemal identyczna, często nie zdajemy sobie sprawy, na którym piętrze językowym się znajdujemy. Niekiedy prowadzi to do anty­ nomii semantycznych, jak np. w wypadku zda­ nia „To co teraz mówię, jest fałszem”. Wszak jeśli przed chwilą mówiłem prawdę, wówczas — zgodnie z powyższym zdaniem — był to fałsz, a jeśli mówiłem nieprawdę, wówczas nie był to fałsz, a zatem była to prawda. Pozorna sprzeczność wewnętrzna powstaje tutaj, jeśli zapominamy o zasadzie, według której język musi być o jedno piętro wyżej niż to, o czym mówi, żadne wyrażenie nie może się więc od­ nosić do siebie samego; tym zaś właśnie zgrze­ szyło powiedzenie „To, co teraz mówię”. Semiotyka^, syntaktykaN, semantyka^, pragmatyka^

Wymienione wyżej metajęzyki: syntaktyczny, semantyczny i pragmatyczny, to trzy ro­ dzaje metajęzyka semiotycznego. Posługuje się nim semiotyka, to jest nauka o znakach bądź teoria wyjaśniająca ich funkcje semiotyczne, bądź ta czy inna analiza własności semiotycznych znaku. Własności te, czyli semiotykaw, przysługują w tym wypadku znakowi przed­ miotowemu, wyrażeniu przedmiotowemu czy językowi przedmiotowemu. SemiotykaN zajmu­ je się semiotykąw jako swym przedmiotem. W obrębie zaś semiotykiN syntaktykaN, posługując się metajęzykiem syntaktycznym, bada syntaktykęw, czyli własności znaków—wyłącznie jako przedmiotów takiego a takiego kształtu, np. 317

graficznego bądź akustycznego, oraz relacje za­ chodzące między znakami — wyłącznie ze względu na kształt tych ostatnich. SemantykaN metajęzykiem semantycznym opisuje i analizu­ je semantykęw, czyli relacje znaku do tego wszystkiego, czego jest on znakiem, bada więc znaczenie, desygnowanie, denotowanie i war­ tość logiczną, to jest prawdziwość lub fałszywość. Wreszcie pragmatykaN swoje rozważania ha temat pragmatykiw, czyli relacji zachodzą­ cych między znakiem a jego nadawcą i odbior­ cą oraz między nimi a znakiem, formułuje w metajęzyku pragmatycznym. W naszych dotychczasowych rozważaniach na temat pojęcia znaku i jego własności semiotycznych, czyli jego semiotykiw, operowaliśmy właśnie metajęzykiem semiotycznym: czasem syntaktycznym, czasem semantycznym, naj­ częściej zaś — pragmatycznym. Wprawdzie więc to, o czym była mowa, należało do semiotykiw, same nasze uwagi stanowiły część semiotykiwPowiedzieliśmy gdzieś np., że nazwa „fizyk” desygnuje Einsteina. Uwaga ta dotyczyła pew­ nej własności semantycznej jednego ze słów należących do przedmiotowego języka polskie­ go, dotyczyła więc fragmentu semantykiw tego języka, a zatem i jego semiotykiw. Samo jed­ nak zdanie „Nazwa «fizyk» desygnuje Einstei­ na”, sformułowane w metajęzyku semantycz­ nym, stanowi już fragment semantykiN, a za­ tem i semiotykiN. SemiotykaMN a semiotyka^; uogólnione pojęcie języka a język naturalny oraz systemy zaksjomatyzowane i sformalizowane

Spostrzeżenie zaś, iż cytowane zdanie należy do semantykiw, wchodzi w skład semiotykiMw, czyli semiotyki metateoretycznej czy metanaukowej, albo — by użyć innego terminu — wchodzi w skład metasemiotyki, której przed318

miotem jest semiotykaN. Owa metasemiotyka, czyli semiotykaMN, posługuje się metajęzykiem semiotycznym drugiego stopnia, to jest meta-metajęzykiem syntaktycznym, semantycznym lub pragmatycznym. Jak wspomnieliśmy, semiotykaN przeplata się i zazębia z semiotykąMM lub nawet z semioty­ ką z wyższego jeszcze piętra, mianowicie z semiotykąMMN, czyli z meta-metasemiotyką, tworząc semiotykęT, czyli semiotykę teoretycz­ ną. W związku z tym semiotykaT w swym wy­ kładzie posługuje się na przemjan metajęzy­ kami semiotycznymi pierwszego lub wyższych stopni: zmianie piętra rozważań odpowiada za­ wsze zmiana poziomu metajęzyka. Tak też jest w całej tej książce: jej narracja to wstępuje na piętro metajęzyka drugiego lub trzeciego stopnia, to znów — jak choćby w analizie przykładów — schodzi na piętro naj­ niższego metajęzyka, same zaś przykłady nie­ jednokrotnie sformułowane są w języku w tym sensie przedmiotowym, że jego wyrażenia od­ noszą się do konkretnej rzeczywistości. Ściślej mówiąc, odnosiłyby się — dotyczy to m.in. zdania „Pada śnieg” — gdyby wystąpiły, po­ wiedzmy, w rozmowie, nie zaś jako przykłady. Przykład bowiem należy do tzw. wyrażeń samozwrotnych: zdanie „Pada śnieg”, jako cu­ dzysłowowe, kieruje uwagę na „siebie samo”, ściślej — dla uniknięcia antynomii — na wy­ rażenie równokształtne ze swą częścią we­ wnątrz cudzysłowu, a nie na stan pogody. A zatem gdy semiotykaN poddaje analizie zdanie „Pada śnieg” i setki innych wyrażeń języka przedmiotowego, nie jest zainteresowa­ na tymi fragmentami rzeczywistości, do któ­ rych się każde z nich odnosi. Zdania te stano­ wią w obrębie semiotykiN materiał przykłado­ wy. Nie wynika stąd jednak, by zmierzała ona do zdobycia wiedzy o samych tych wyraże­

319

niach. SemiotykaN nie po to analizuje semiotykęw zdania „Pada śnieg”, by zdobyć wiedzę o tym akurat wyrażeniu, o jego własnościach syntaktycznych, semantycznych i pragmatycz­ nych, w odróżnieniu od tychże własności ja­ kichś innych wyrażeń, lecz po to, by na pod­ stawie owej wiedzy — będącej w tym wypadku środkiem, a nie celem — dojść do uogólnień na temat samych owych własności. Podobnie po­ stępujemy w fizyce, opisując własności fizycz­ ne np. kuli bilardowej: nie chodzi nam prze­ cież o gromadzenie wiedzy na temat bilardu, lecz o to, by na jego przykładzie i za jego po­ średnictwem opisać i wyjaśnić ogólne własnoś­ ci materii. SemiotykaN — podobnie jak starożytna lub średniowieczna gramatyka uniwersalna, prag­ nąca opisać i wyjaśnić naturę lingua mentalis, czyli języka myślowego — jest zainteresowana własnościami semiotycznymi znaku dla nich samych, często więc przedmiotem swego bada­ nia czyni nie ten lub ów poszczególny język etniczny bądź sztuczny — z tych czerpie przy­ kłady — lecz pewien twór abstrakcyjny, na­ zywany językiem w ogóle bądź uogólnionym pojęciem języka. Stopień tego uogólnienia by­ wa różny w zależności od zadania badawczego, które sobie w danym wypadku stawiamy. Może więc chodzić np. o język pozycyjny w ogóle bądź o uogólnione pojęcie języka naturalnego, czy szerzej — języka. Nie przyciągają wówczas, naszej uwagi odrębności tego lub owego języ­ ka etnicznego, dzięki czemu tym wyraźniej wy­ stępują cechy, które dzieli orf z każdym innym: to, że jest narzędziem służącym do ujmowania rzeczywistości i wydzielania w niej składników, do poznawania świata i przekazywania sobie informacji. Uogólnione pojęcie języka to pewnego rodza­ ju konstrukcja teoretyczna. Przy jej wznoszę-

320

niu nieodzowny jest język naturalny. Od niego właśnie pochodzi samo pojęcie języka. Nie ina­ czej, jak tylko zbierając dane szczegółowe do­ tyczące różnych języków etnicznych, dochodzi­ my do uogólnień, które się na nią składają. A opis jej formułujemy znowu w tym czy innym języku naturalnym. Toteż język ten musi sta­ nowić przedmiot semiotyki, bez niego by jej nie było, podczas gdy inne języki lub systemy znaków mogą, lecz nie muszą być przez nią badane; gdyby nawet ten lub ów pominęła, choć uboższa, istniałaby nadal. W każdym języku naturalnym nierozerwal­ nie są ze sobą spojone aspekty syntaktyczne, semantyczne i pragmatyczne. Gdyby jego wy­ rażenia były wyposażono jedynie we własności syntaktyczne, stałyby się pustymi dźwiękami pozbawionymi znaczenia, a zatem przestałyby być wyrażeniami. Gdyby nikt nigdy ich nie użył, nie miałyby znaczenia, a zatem przesta­ łyby być wyrażeniami. Gdyby wreszcie nie miały określonego kształtu, nie mogłyby się stać tzw. nośnikami znaczenia, gdyż nie było­ by się czym posłużyć w celu przekazania myśli, czyli nie byłoby do czego przywiązać znacze­ nia: nie byłyby więc wyrażeniami. Niekiedy jednak okazuje się pożądane wyod­ rębnienie jednego aspektu semiotycznego, np. zbioru własności syntaktycznych znaku. W tym celu budujemy systemy zarazem zaksjomatyzowane i sformalizowane, np. rachunki logicz­ ne. Ich struktura, zwana składnią logiczną, od­ bija pewne istotne cechy wspólne składni po­ szczególnych języków etnicznych. Wiadomo zaś, że poznanie struktury logicznej jakiegokol­ wiek systemu ułatwia poznanie roli jego ele­ mentów. Dlatego, zbudowawszy system deduk­ cyjny, złożony z języka systemu, to jest z gra­ ficznych formalnych, czyli nie wyposażonych w znaczenie, symboli pierwotnych i reguł two21 Wstęp do semiotyki

321

rżenia poprawnych skończonych ciągów tych symboli, oraz ze sformalizowanej teorii syste­ mu, to jest z reguł przekształcania wyrażeń formalnych, z aksjomatów i twierdzeń w po­ staci formuł złożonych z symboli — posługuje­ my się nim jako wzorcem, do którego przy­ mierzamy języki naturalne. Pozwala to spoj­ rzeć na język etniczny jako na system deduk­ cyjny i dostrzec w językach naturalnych — wiemy, że uczynił to Ajdukiewicz — aksjoma­ ty, będące zdaniami analitycznymi, czyli praw­ dziwymi na mocy samego ich znaczenia, w ro­ dzaju „Każdy trójkąt ma trzy kąty”, oraz re­ guły dedukcyjne, tj. reguły przekształcania wy­ rażeń, nakazujące uznać prawdziwość jednych na podstawie prawdziwości drugich. Zależności między systemami dedukcyjnymi a językami naturalnymi są obustronne: z ko­ lei język etniczny jest wzorem, według które­ go budujemy systemy zaksjomatyzowane i sformalizowane, to on bowiem był źródłem pomysłu ich konstrukcji, a ponadto służył do formułowania reguł systemu. Te muszą prze­ cież być zrozumiałe, aby zaś były, trzeba je wypowiedzieć zwykłymi słowami. Model semantyczny; pojęcie światów możliwych; okazjonalność wyrażeń

Gdy do języka systemu dedukcyjnego doda­ my wyznaczoną przez reguły denotowania i reguły sensu interpretację, powstanie język sformalizowany. I on może posłużyć jako mier­ nik, z którym zestawiamy semantykęw języków etnicznych. Porównujemy np. operatory języka sformalizowanego z przedimkami i zaimkami naturalnego, a stałe logiczne — ze spójnika­ mi. Teoria danego systemu staje się zinterpreto­ wana, gdy przyporządkowujemy jej pewną dziedzinę; np. swej biologicznej teorii znacze­ 322

nia Morris — jak wspominaliśmy — przypo­ rządkował dziedzinę będącą układem stanów organizmu wywołanych przez zastępcze bodźce przygotowawcze, czyli znaki, które działają pod nieobecność bodźców właściwych, czyli denotatów. Modelem teorii jest układ przedmio­ tów prawdziwie przez nią opisywanych. Niesprzeczne teorie dedukcyjne mają więcej niż jeden model. Gdy zatem język naturalny uj­ mujemy jako system dedukcyjny, otwiera się możliwość przyporządkowania mu, ściślej zaś jakiemuś jego fragmentowi, różnych modeli, np. rzeczywistości empirycznej i światów fik­ cyjnych, które jeśli są niesprzeczne, noszą na­ zwę światów możliwych. Możemy wówczas ba­ dać, jakie cechy mieć będzie w różnych świa­ tach możliwych ten sam przedmiot, desygnat danej nazwy. Oto np. deskrypcja „siedmiomi­ lowe buty”, pusta w modelu empirycznym, uzyskuje deskrypt w modelu bajki o kocie w butach. Semantyczna teoria modeli przynosi jedno z rozwiązań zagadnienia bytów nieistnie­ jących. Inną odpowiedź w tej sprawie propo­ nuje teoria deskrypcji stworzona przez Bertran­ da Russella (Russell, 1967). Pojęcie światów możliwych znajduje zastoso­ wanie również w pragmatyceN jako badaniu cech pragmatycznych języka przedmiotowego. Jedną z nich, często spotykaną oraz szczególnie ważną i typową dla wszelkich języków etnicz­ nych, jest tzw. okazjonalność ich wyrażeń, po­ legająca na tym, iż zależnie od okoliczności użycia zmieniają się funkcje semantyczne owych wyrażeń. Óto np. słowo „tutaj”, wygło­ szone w różnych miejscach, oznacza coraz to inny punkt przestrzeni. Tę właściwość więk­ szości wypowiedzi języka naturalnego udaje się stosunkowo dobrze opisać i wyjaśnić bada­ jąc ich relacje do innego za każdym razem świata możliwego. Znowu więc pojęcie z krę-

41»

323

gu semiotykiN i semiotykiMN systemów deduk­ cyjnych służy jako narzędzie w analizie semio­ tykiw języka naturalnego. Przedmiot semiotyki?

Przedmiotem semiotyki? — co najmniej dwu­ piętrowej semiotyki teoretycznej, złożonej z se­ miotykiN oraz semiotykiMN i ewentualnie metasemiotyk wyższych stopni — jest semiotyka™ języków, a także poszczególnych znaków, ich zbiorów i systemów. Bada więc semiotyka? własności syntaktyczne, semantyczne i pragma ­ tyczne języka naturalnego. Analizuje wszelkie rzeczy, cechy, zdarzenia i zjawiska użyte jako znaki, np.: wysypkę jako symptom choroby; to, że się stłukło lusterko, jako zły omen, a pa­ jąka widzianego wieczorem — jako dobry; rosę o poranku jako prognostyk ładnej pogody; fo­ tografię — jako znak ikoniczny sportretowanej osoby; to, że nie wystąpiła negatywna reakcja organizmu na próbnie wstrzykniętą małą daw­ kę leku — jako znak, iż pacjent nie jest uczu­ lony na daną substancję; rodzaj wymowy i słownictwo — jako znak, skąd mówiący pocho­ dzi oraz skąd się wywodzi itd. Według tego, czego semiotykęw bada semiotyka?, odróżniamy rodzaje tej ostatniej, np. taktemika interesuje się znakami dotykowymi, a proksemika — włas­ nościami semiotycznymi organizacji przestrze­ ni czy odległości między mówiącymi. Oprócz tego semiotyka? obiera jako swój przedmiot wspomniane już systemy zaksjomatyzowane i sformalizowane, np. klasyczny rachunek zdań; poza tym zaś systemy znaków zaksjomatyzo­ wane, lecz nie sformalizowane, jak szkolny wy­ kład geometrii elementarnej; systemy znaków w stadium przedaksjomatycznym intuicyjnym, np. przedeuklidesowy wykład geometrii; wyra­ żenia formalne bądź ich nie zaksjomatyzowane systemy, np. system numeracji dziesiętnej; 324

wreszcie wszelkie inne znaki sztuczne lub ich systemy, jak choćby system znaków drogowych. SemiotykaT opisuje, analizuje i wyjaśnia własności semiotyczne wszelkich wymienionych znaków; odróżnia wśród nich wyrażenia ekstensjonalne od intensjonalnych oraz zdania anali­ tyczne, np. „Nieprawda, że pewne drzewo jest iglaste i zarazem nie jest iglaste”, od syntety­ cznych, których wartość logiczną określamy od­ wołując się do doświadczenia, np. „To oto drzewo jest iglaste”. Ponadto semiotykaT prze­ prowadza klasyfikację, porządkowanie, syste­ matyzację i typologię znaków. Wieloznaczność, mętność i chwiejność wyrażeń; ekwiwokacja, amfibolia, niedopowiedzenie; absurd, nonsens, antynomia

Badaniom tym oprócz teoretycznych przy­ świecają również intencje praktyczne; podej­ muje się mianowicie starania, by udoskonalić wszelkie narzędzia przekazywania myśli i po­ średniego poznawania rzeczywistości. Oto dla­ czego semiotykaT wydobywa na jaw takie ce­ chy tych narzędzi, jak: wieloznaczność wyra­ żeń, np. słowa „socjalizm”, ich nieostrość, a stąd i chwiejność znaczeniową, np. słowa „po­ południe”, niewyraźność, np. słowa „przewod­ ni”, czy niedopowiedzenie, np. w zdaniu „utwo­ ry Wagnera są do siebie podobne”. Cechy te, z jednej strony, mogą uchodzić za zalety, gdyż z wyrażeń czynią narzędzia wielofunkcyjne. Z drugiej jednak strony, mogą sprzyjać powsta­ waniu błędów semiotycznych, takich jak: ekwiwokacje, np. nieporozumienie wywołane zwro­ tem „to biedny człowiek”, gdy mówiący ma na myśli nieszczęśliwe usposobienie, a słuchacz — opłakany stan materialny; amfibologie, np. w zdaniu „lęki wywołują stany chorobowe”, bu­ dzącym wątpliwość, co jest podmiotem, a co dopełnieniem; absurdy, czyli wyrażenia sprze­ 325

czne, np. zwrot „większa połowa”, oraz nonsen­ sy, o których wspominaliśmy już poprzednio. SemiotykaT nie ogranicza się do analizy i kla­ syfikacji wyżej wymienionych błędów oraz do wskazania ich przyczyn. Opracowuje też środki zapobiegające wystąpieniu nieporozumień oraz metody usuwania powstałych błędów, m.in. np. doradza, jak uściślać sformułowania za pomocą definicji nominalnych, a także podaje sposoby rozwiązywania antynomii semantycznych za pomocą odróżniania pięter językowych. W obrębie semiotykiT semiotykaN zajmuje się semiotykąw znaków przedmiotowych, a semiotykaMri — semiotykąN, niższym piętrem tej samej budowli, zamieszkałym przez metaznaki. Oto semiotykaN analizuje własności syntaktyczne, semantyczne i pragmatyczne setek słów, zwrotów i zdań języka przedmiotowego, min. np. wyrazu „kwadrat”: informuje ona, iż wyraz ten konotuje, czyli współoznacza cechy prostokątności i równoboczności. Tymczasem semiotykaMN wyjaśnia, na czym w ogóle polega re­ lacja konotowania i co to jest konotacja danej nazwy. A więc zarówno semiotykaN, jak semiotykaMN zajmują się własnościami semiotycznymi, ale są to własności czego innego. Te, które stanowią przedmiot semiotykiN, to własności znaków odnoszących się do nie-znaków. Nato­ miast te, które stanowią przedmiot semiotykijiN» to cechy cech, mianowicie własności zna­ ków odnoszących się do znaków. Stąd też semiotykaMN posługuje się metajęzykami wyższe­ go stopnia o jeden niż te, których w swym wykładzie używa semiotykaN. Mianowicie semiotykaMN operuje meta-metajęzykami syntaktycznym, semantycznym i pragmatycznym. Związki między semiotykąN i semiotykąMM, to jest piętrami semiotykiT, polegają m.in. na tym, że opisując w obrębie semiotyki^ własnoś­ ci semiotyczne np. wyrazu „choinka”, używamy 326

takich słów, jak „znaczy”, „desygnuje”, „denotuje”, „wyraża”, tym samym więc posługujemy się odpowiednimi pojęciami semiotycznymi: zna­ czenia, desygnowania, denotowania czy wyra­ żania. Te zaś zostały opracowane o piętro wy­ żej, mianowicie przez semiotykeMM. Ona jed­ nak z kolei, aby wytworzyć te narzędzia anali­ zy semiotycznej, musiała mieć materiał. Ma­ teriału tego, w postaci danych szczegółowych o własnościach semiotycznych wielu różnych znaków przedmiotowych, dostarczyła semiotykaN. SemiotykaMN dane te uogólniła. Pewne zresztą uogólnienia powstały już zapewne na niższym poziomie, tak iż transportowano ów materiał nie tylko jako drobnicę, ale i w po­ jemnikach. Toteż nieraz trudno wskazać wy­ raźną granicę między niższym piętrem semio­ tyki]« a wyższym semiotykiMN. Również płynne są przejścia na następne kondygnacje: semiotykiMMN oraz metasemiotyk wyższych poziomów. Orientację ułatwia za każdym razem stwier­ dzenie, na którym piętrze metajęzykowym znajduje się dane sformułowanie. Na przykład nasze uwagi mające za swój przedmiot semiotykęwN sformułowane są w meta-metajęzyku, a zatem należą do semiotyki^,,w. czyli do meta-metasemiotyki. Pięter tych może być więcej, o czym świadczy powyższe zdanie. Ogólnie biorąc semiotykaMN i metasemiotyki z wyższych pięter zajmują się metaznakami, mają charakter metodologiczny bądź metanaukowy. SemiotykaN zaś bada znaki przedmioto­ we. Jedne i drugie, to jest metaznaki różnych poziomów oraz znaki przedmiotowe, to przecież znaki, choć usytuowane na różnych kondygna­ cjach. Dlatego można powiedzieć, że semiotykaN wraz z nadbudowanymi nad nią metasemiotykami tworzy semiotykęT, naukę o zna­ kach. 327

Metody semiotyczne, czyli semiotyka»? Metoda interpretacji

Za semiotykę często uchodzi któraś z metod semiotycznych, zwłaszcza metoda interpretacji. Oprócz tej pierwszej wymienimy jeszcze dwie inne: metodę analizy językowej i metodę for­ malizacji. Ich ogół składa się na semiotykęM. Metoda interpretacji polega na tym, iż oso­ by, rzeczy, cechy, zdarzenia i zjawiska, które z natury swej nie są znakami, traktujemy tak, jak gdyby nimi były, to jest poddajemy je rozumieniu. Oto samochód: można nim jeździć, ale również można go rozumieć, uczyniwszy zeń znak, np. znak sytuacji majątkowej właścicie­ la i jego prestiżu społecznego. Samochód w roli środka transportu nie jest przezroczysty pod względem semiotycznym, natomiast z chwilą gdy posłużymy się wobec niego metodą inter­ pretacji, nabiera przezroczystości semiotycznej: Może nawet służyć do porozumiewania się: w niektórych krajach, kupując kosztowny i oka­ zały samochód, mówimy w ten sposób sąsia­ dom: dobrze się nam powodzi, jesteśmy waż­ niejsi od was. Semiotyka»? jako metoda interpretacji była uprawiana od najdawniejszych czasów: przez wróżbitów, przez tłumaczących znaczenie snów, przez astrologów, przez kapłanów. Z lotu pta­ ków, z linii ręki, z marzeń sennych, z układu ciał niebieskich, ze zjawisk przyrody określali oni losy człowieka i zbiorowości ludzkich. W praktykach różdżkarzy i w przepowiedniach pogody lub urodzaju, wreszcie w diagnostyce znachorskiej, a później lekarskiej metoda in­ terpretacji z wolna nabierała cech naukowych i coraz bardziej się rozszerzał zakres jej za­ stosowań. Stała się metodą interdyscyplinarną; jednoczącą różne dziedziny poznania. Poddaje328

my interpretacji zarówno wytwory ludzkie — budowle, stroje, obrzędy, obyczaje, rytuały, po­ trawy, maniery, postępowania, sposoby bycia, krajobrazy ukształtowane przez człowieka, jak twory przyrody: zachowanie się zwierząt, ich produkty — np. pajęczyny, gniazda, mrowiska, tamy wznoszone przez bobry — wschody i za­ chody słońca oraz jego zaćmienia, powodzie, huragany i trzęsienia ziemi. Z jednej strony, otwiera to nęcące perspek­ tywy: integracji nauk za pomocą jednolitego ujęcia ich przedmiotów, a po wtóre, zastosowa­ nia do nich nowych procedur i technik badaw­ czych. Interpretując bowiem cokolwiek, nadajemy interpretowanemu przedmiotowi, także takiemu, który należy do natury, charąkter przedmiotu podległego rozumieniu, a zatem charakter humanistyczny. Wszak rozumienie jest rodzajem poznania typowym dla humanis­ tyki, nie darmo nazywamy ją nauką rozumieją­ cą. Z ujednoliceniem podejścia do interpretowa­ nych przedmiotów, podejścia humanistycznego, wiąże się możliwość zastosowania do ich obrób­ ki takich narzędzi, które będąc typowe dla humanistyki, okazywały się dotychczas nieprzy­ datne, gdy chodziło o analizowanie tworów na­ tury. Wiadomo przecież, że to, co ma charakter humanistyczny, poddaje się m.in. takim postę­ powaniom badawczym, które są bezużyteczne wobec przedmiotów niehumanistycznych. Oto np. tylko wytwory ludzkie, wytwory świado­ mego sprawcy, zwłaszcza wytwory kultury du­ chowej człowieka, w których przejawia się jego zamysł, intencja, dążenie, można oceniać, pod względem moralnym. Tylko im można przypi­ sywać ten rodzaj wartości estetycznych, które nazywamy artystycznymi. Tylko wytwory świadomego sprawcy można rozpatrywać jako racjonalne, celowe, oszczędne, a zatem z punk­ tu widzenia intelektualnego i prakseologiczne329

go. Stosując zatem wobec danego bytu metodę interpretacji, czynimy go podatnym na wymie­ niane tu procedury i techniki badawcze, m.in. aksjologiczne, czy z uwagi na wartości teleologiczne, czyli z uwagi na cel. W sumie więc semiotyczna metoda interpretacji wydaje się obiecująca: i jako integrujący czynnik interdy­ scyplinarny, i jako szansa zastosowania wraz z nią ocen moralnych, estetycznych oraz podejś­ cia prakseologicznego ozy teleologicznego. Z drugiej jednak strony, posługiwanie się metodą interpretacji kryje w sobie niebezpie­ czeństwo, ilekroć jej nadużywamy; a wypadki tego rodzaju nie należą do rzadkości. Oto sto­ sując ją traktujemy interpretowany przedmiot, jak gdyby był on urzeczywistnieniem zamia­ rów, pragnień czy tęsknot świadomego spraw­ cy, wyrazem jego przeżyć. W rezultacie zaćmie­ nie Słońca staje się dla interpretującego nie tyl­ ko znakiem, ale w dodatku znakiem mającym swego świadomego nadawcę, który po to posłu­ żył się tym zjawiskiem, by np. objawić swój gniew. Ochronne ubarwienie zwierząt staje się znakiem przemyślności natury i jej celowego postępowania. Wkradają się do analizy inter­ pretacyjnej presonifikacje, antropomorfizmy, słowo „znaczenie” w sposób niepostrzeżony nabiera charakteru metaforycznego, a z tą chwilą obszary semiotyki pozostają za nami: wkraczamy w świat, na którym wszystko jest tekstem — w tajemniczych, bliżej nie określonych, różnych rozumieniach tego sło­ wa — i wszystko znaczeniem. Wymarzona krai­ na dla tych, co myśl mętną topią w mnogości słów. Meioda analizy języka słownego i języka myślowe­ go; gramatyka uniwersalna; hermeneutyka

Metoda interpretacji wywodzi się z innej me­ tody semiotycznej: analizy języków, a więc wy­ 330

tworów, które od początku zostały powołane do roli znaków. Cóż innego bowiem, jak nie wyrażenia języka właśnie, z natury rzeczy pod­ lega interpretacji i rozumieniu w podstawo­ wym, pierwotnym sensie tych terminów? Analiza języka jest metodą uprawianą od wieków: w gramatyce tradycyjnej — jako roz­ biór zdania, odróżnianie części mowy, opis bu­ dowy wyrazów i ich odmiany; w retoryce i sty­ listyce — jako badanie własności wyobrażenio­ wych i uczuciowych mowy, systematyka jej figur i tropów; w filologii — jako hermeneuty­ ka, czyli ustalanie poprawnego tekstu, i jako egzegeza, czyli opatrywanie tekstu komenta­ rzem. Od samego początku jednak, a więc już w starożytności i średniowieczu, analiza języka miała za swój przedmiot obok mowy akustycz­ nej i tej utrwalonej na piśmie — także mowę umysłową, oratio mentalis, złożoną z myśli, czyli tzw. modyfikacji naszego umysłu, według ówczesnego mniemania będących — tak jak i pojęcia — kopiami, a zatem i oznakami rzeczy, które się znajdują poza umysłem. Oprócz więc gramatyk poszczególnych języków rozwijała się „gramatyka uniwersalna” owego lingua mentalis, języka myślowego, nastawiona na ba­ danie powszechników językowych, gdyż za ta­ kie uważano rzeczowniki, czasowniki i zdania, podmioty, przydawki i orzeczenia, występujące w oratio mentalis, która obejmowała to, co wspólne poszczególnym językom etnicznym. Jak widać, już w owym najwcześniejszym pojmowaniu mowy, języka i jego gramatyki tkwił zalążek idei, by stosowanie metody ana­ lizy języka rozszerzyć na myśli i pojęcia. Uznano je za szczególnego rodzaju wyrażenia i potraktowano na równi ze słowami i zdaniami. Ale myśli i pojęcia to — z jednego stanowiska — czyjeś pomyślenia, czyjeś przeżycia psychi­ czne, drugiego zaś — pewnego rodzaju przed­ 3*1

mioty idealne, abstrakcje, mianowicie sądy w sensie logicznym i znaczenia. Przeto dzięki owemu dwojakiemu charakterowi starożytnej a średniowiecznej analizy języka już bardzo dawno temu pojawiły się pojęcia, których póź­ nymi następcami są: u de Saussure’a rozróż­ nienie języka, mowy i mówienia czy dzisiej­ szym językoznawstwie transformacyjno-generatywnym odróżnienie struktury powierzchniowej wyrażeń od głębokiej, dawniej zwanej formą logiczną, albo kompetencji językowej od jej wykonania; wreszcie pojęcia uniwersaliów ję­ zykowych, presupozycji czy spójności tekstu. Już bardzo dawno temu został przerzucony po­ most między gramatyką, retoryką, dialektyką, czyli logiką, oraz w ogóle filozofią, obejmującą zapowiedzi nie znanej jeszcze wówczas psycho­ logii, pomost następnie zerwany, a dziś, po dłu­ gich wiekach, odbudowany przez semiotykę, ję­ zykoznawstwo teoretyczne i filozofię języka. Dawno też została utorowana droga do nauk humanistycznych jako opartych na rozumieniu znaków i posługujących się metodą interpreta­ cji. Stara metoda filologii tradycyjnej, herme­ neutyka, zachowując nazwę, zmieniła charakter i od lat stu, od czasów Diltheya, Windelbandta i Rickerta, stała się najważniejszą metodą nauk humanistycznych. Jej doniosłość, już jako me­ tody interpretacji, wzrastała wraz z rozwojem współczesnej historii, psychologii, językoznaws­ twa i socjologii, to jest nauk, w których wyjaś­ nianie polega m.in. na zrozumieniu ludzkich intencji i motywów, dających się odczytać za­ równo z tekstów językowych, jak niejęzykowych, mianowicie z czynności człowieka, jego zachowań i jego wytworów, zwłaszcza wytwo­ rów kultury duchowej.

332

Filozofia lingwistyczna; stylizacja materialna a me­ tajęzykowa, sformułowania pseudoprzedmiotowe; epistemologia semantyczna

Semiotyczna metoda analizy języka bywa stosowana do wszelkich tekstów słownych, m.in. do języków poszczególnych nauk oraz filozofii. W tej ostatniej dziedzinie stała się główną me­ todą w obrębie wspomnianej już filozofii ling­ wistycznej, która zamiast rozważań na temat takich bytów pozajęzykowych, jak wola, wie­ dza czy konieczność, analizuje odpowiednie wy­ razy, w tym wypadku „chce”, „wie”, „koniecz­ ny”, oraz zachodzące między nimi relacje semiotyczne. Postępuje zaś tak dlatego, że wy­ powiedzi w tzw. stylizacji materialnej, np. „Ta okoliczność jest logicznie konieczna” (Ayer, 1959:25), uważa za pseudoprzedmiotowe (Carnap, 1934), to jest na pozór tylko mówiące o ja­ kichś rzeczach, w istocie zaś orzekające jedy­ nie o wyrażeniach językowych. Odnosi się to m.in. do przytoczonej przed chwilą. Według zwolenników tego kierunku nie mówi ona o ża­ dnej okoliczności koniecznej, lecz o zdaniu, mianowicie, iż jest ono analityczne. Zamiast więc poprzedniej wypowiedzi proponują oni jako równoważną — „To zdanie jest analitycz­ ne”. Wypowiedź w ten sposób sformułowana chroni nas przed mającymi swe źródło w języ­ ku urojeniami metafizycznymi, bo już nie udaje, że mówi o takim bycie jak konieczność. Po­ nadto stosunkowo łatwo daje się zweryfiko­ wać, gdyż dobrze wiadomo, jakiego rodzaju zdania są analityczne. Natomiast nie potrafi­ my zweryfikować zdania o konieczności, po­ nieważ nie wiadomo, jak moglibyśmy się prze­ konać, czy dana okoliczność jest konieczna. Wreszcie tego rodzaju przekład wypowiedzi ze stylizacji materialnej na metajęzykową dema­ skuje różnice znaczeniowe, często niewidoczne

333

w łudząco podobnych do siebie sformułowa­ niach pseudoprzedmiotowych. Metodą analizy języka uprawiano i uprawia się nadal, min. teorię poznania. Powstała w ten sposób odmiana tego działu filozofii, zwa­ na semantyczną teorią poznania lub epistemo­ logią semantyczną. Nie analizuje ona relacji między sądami logicznymi, czyli poznaniem w sensie logicznym, a faktami realnymi, lecz re­ lacje między zdaniami, których znaczeniami są te sądy, a tym, do czego się te zdania odnoszą (Ajdukiewicz, 1960:265—266). Metoda formalizacji; wyrażenia formalne, interpre­ tacja; znaczenie operacyjne a ejdetyczne; język sformalizowany i- teoria sformalizowania; „symbolomania” i „pragmatofobia”

Analizując język, poddajemy badaniom m.in. jego składnię. Dotyczy to zarówno języków etnicznych, jak języków poszczególnych nauk. Skupieniu się na strukturze systemu sprzyja oderwanie uwagi od innych jego własności. Gdy chodzi o system znaków — od ich własności se­ mantycznych i pragmatycznych. Wówczas w po­ lu widzenia pozostają tylko własności fizyczne znaków: ich kształt graficzny lub brzmienie akustyczne. Metoda formalizacji, trzecia spośród metod semiotycznych składających się na semiotykę«, polega na abstrahowaniu od semantykiw i pragmatykiw znaku i rozpatrywaniu go wyłącznie ze względu na jego formę graficzną. Metoda powyższa jest więc stosowana do języka i w ogóle znaków pisanych. W tej postaci występu­ je ona np. w logice formalnej, czyli symbolicz­ nej, i w matematyce. Można jednak formalizować również znaki nie graficzne, lecz np. akus­ tyczne bądź dotykowe. Za każdym bowiem ra­ zem istota formalizowania pozostaje ta sama: odrywamy od znaku jego szeroko rozumianą interpretację, to jest znaczenie poznawcze i

334

uczuciowe oraz wszelkie inne funkcje seman­ tyczne, jak prawdziwość, a także pragmatyczne, i przestajemy się ową interpretacją zajmować, natomiast poddajemy badaniu schemat kon­ strukcyjny, sam szkielet czy samo rusztowanie, złożone ze znaków formalnych, oraz wykonu­ jemy takie działania formalne, jak: zastępowa­ nie jednych znaków drugimi, podstawianie jed­ nych na miejsce drugich czy dopisywanie jed­ nych do drugich. Postępowanie takie ma wiele zalet. Po pierw­ sze, łatwiej jest się posługiwać znakami for­ malnymi niż znakami wyposażonymi w taką czy inną interpretację, gdyż znaki formalne, to jest mające tylko tzw. znaczenie operacyjne, czyli własności syntaktyczne, a pozbawione znaczenia ejdetycznego, czyli własności seman­ tycznych i pragmatycznych, możemy rozpatry­ wać biorąc pod uwagę wyłącznie ich łatwo do­ strzegalne dla każdego cechy zewnętrzne. To właśnie z uwagi na nie klasyfikujemy znaki, konstruujemy z nich poprawnie zbudowane ca­ łości, a w znaku złożonym, m.in. w tzw. wyra­ żeniu cząsteczkowym, czyli molekularnym, np. w zwrocie „wschód słońca”, wyodrębniamy wy­ rażenia proste, czyli atomowe, w tym wypad­ ku „wschód" i słońca”. Manipulowanie więc znakami formalnymi jest niejako mecha­ niczne i przypomina kładzenie pasjansa. Po drugie, operowanie znakami formalnymi sprowadza się do wykonywania działań przepi­ sanych przez reguły syntaktyczne, decydujące, które konfiguracje, kombinacje i przekształce­ nia znaków są dopuszczalne; np. w języku al­ gebry wyrażenie formalne „0:a” jest poprawne w odróżnieniu od wyrażenia „a:0”. Nie musimy się więc kierować intuicją ani nie przemy­ camy żadnych milczących założeń. Wszystko co dozwolone, zostało wypisane czarno na bia­ łym.

335

Po trzecie, do znaków formalnych można stosować metody rachunkowe, o tyle wygodne, że uwalniają nas one od pamiętania i brania pod uwagę znaczenia znaków, ich denotacji oraz okoliczności ich użycia w danym wypadku, o tyle zaś bezpieczne, iż każde kolejne działanie wypisuje się, co chroni przed pominięciem lub dorzuceniem czegokolwiek. Oto np. jakże po­ ręczny i łatwy do zapamiętania jest schemat formalny', (p -> q)w(~ q -* ~ P),

który czytamy „«jeżeli p, to q» jest równoważ­ ne «jeżeli nie q, to nie p»”, w porównaniu ze zdaniem zbudowanym według tego schematu, czyli mającym taką samą jak on formę logicz­ ną, mianowicie: „Jeżeli z tego, że ze śmietanki nie można ubić kremu, wynika, iż jest w niej zbyt niski procent tłuszczu, to z tego, że pro­ cent tłuszczu nie jest w niej zbyt niski, wyni­ ka, iż można z niej ubić krem; a także, jeżeli z tego, że procent tłuszczu nie jest w niej zbyt niski, wynika, że można z niej ubić krem, to z tego, że nie można z niej ubić kremu, wynika, iż procent tłuszczu jest w niej zbyt niski”. Nie­ jednego zawiedzie intuicja, gdy będzie próbo­ wał rozstrzygnąć, czy powyższe zdanie jest prawdziwe. Natomiast poprzednio podaną for­ mułę sprawdzi bez trudu metodą rachunko­ wą, skrupulatnie wypisując kolejne operacje. Po czwarte, pozbawiając interpretacji jakieś wyrażenie bądź podstawiając na jego miejsce znak pozbawiony interpretacji, otrzymujemy wyrażenie formalne; możemy się nim posłużyć niby pustym naczyniem, do którego kolejno wlewamy różne płyny. Oto np. liczbom „0” i „1” odbieramy ich interpretację arytmetycz­ ną; stają się wtedy pustymi nośnikami znako­ wymi, owalem i kreską, którym z kolei może­ my nadać nową interpretację i „0” traktować 336

jako znak dowolnego zdania fałszywego, „l” zaś — prawdziwego. W podobny sposób histo­ rycy sztuki odebrali tradycyjną interpretację znakom ikonicznym, które występują w sie­ demnastowiecznych martwych naturach holen­ derskich, i nadali tym znakom inną interpreta­ cję, według której np. namalowane czerwone wino w kielichu symbolizuje krew przelaną przez Chrystusa na krzyżu (Wallis, 1977:97). Znaki formalne, wyrażenia formalne i języki formalne są więc niby wielofunkcyjne narzę­ dzia — dogodne właśnie ze względu na to, że można do nich przyłączyć różne interpretacje, a następnie jedne z drugimi zestawić jako pa­ sujące do tego samego schematu strukturalnego i w ten sposób przeprowadzać porównawcze badania różnych fragmentów rzeczywistości. Po piąte, język formalny, mający wyraźnie określony słownik oraz syntaktykęw logiczną, to język sformalizowany i teoria sformalizowa­ na, czyli system zaksjomatyzowany i sformali­ zowany, który składa się z aksjomatów, termi­ nów pierwotnych, reguł budowania i prze­ kształcania wyrażeń oraz z teorematów, czyli twierdzeń. Tego rodzaju system sformalizo­ wany jest schematycznym modelem, którego przejrzysta budowa z powodzeniem reprezen­ tuje własności strukturalne wielu systemów znakowych, skonstruowanych w analogiczny sposób. Nie ma w nim wyrażeń wieloznacz­ nych, nie ma też wyjątków. Reguły syntaktyczne takiego systemu są najbardziej precyzyj­ nymi normami konstrukcji języków. Postępu­ jąc według nich, otrzymujemy języki, których wyrażenia adekwatnie oddają tzw. formę lo­ giczną. Stąd też systemy sformalizowane mogą służyć za wzorce przy budowaniu języków sztucznych oraz opisywaniu, analizowaniu i wy­ jaśnianiu struktury i reguł języka naturalnego. Formalizacja jest zabiegiem stosowanym albo 22 Wstęp do semiotyki

337

w celu przedstawienia w jak najjaśniejszy spo­ sób, sprecyzowania i usystematyzowania pew­ nej określonej teorii, albo też w celu skonstru­ owania języka w tym sensie doskonałego, iż można w nim sformułować każdą teorię. Po­ czątkowo przypuszczano, że tego rodzaju ideal­ ny język zdolny byłby pod każdym względem zastąpić wszelkie języki etniczne; o takim właśnie języku przemyśliwał Leibniz. Później zaś zrezygnowano z podobnie maksymalistycznych dążeń. Obecnie wyznacza się językowi sformalizowanemu węższe i skromniejsze, choć niezmiernie ważne zadanie: ma on przejąć je­ dynie funkcje intelektualne, poznawcze, nie zaś emocjonalne, języka naturalnego i wykonywać je w udoskonalony sposób (Caton, 1967:168— 170). Po szóste, ponieważ metoda formalizacji daje się zastosować do tak różnych systemów zna­ kowych, jak systemy liczb oraz języki etniczne, jak — dalej — poszczególne teorie, np. teoria relacji, i całe dyscypliny, np. algebra, stanowi ona czynnik integrujący odlegle nieraz dzie­ dziny myśli ludzkiej. • Po siódme, metoda formalizacji pozwala osiągnąć oszczędności i uproszczenia w zapisie stosowanym w systemach znakowych, gdyż mając swobodę doboru symboli możemy wpro­ wadzać jak najkrótsze, jednoliterowe. Trzeba pamiętać, że obok wymienionych za­ let metoda formalizacji, gdy nadużywana bądź używana nieopatrznie, ma potencjalne wady. Przede wszystkim więc, aby zastosowanie jej przyniosło pożądane wyniki, pojęcia formalizowanego języka lub teorii należy uprzednio w sposób intuicyjny uściślić. W przeciwnym bo­ wiem razie ich usterki staną się po sformali­ zowaniu tym bardziej niebezpieczne, że mało widoczne. Wyobraźmy sobie np., iż formalizując język polski, wprowadziliśmy symbol N za­

.338

miast słów „niektórzy”, „niektóre”; wówczas symbol ten odziedziczy ich dwuznaczność: „przynajmniej niektórzy” — „tylko niektórzy”, zarazem zaś będzie stwarzał pozór precyzji i jednoznaczności. Po wtóre, formalizacja wyrażeń czy języka — choć ułatwia uniknięcie paradoksów i nie­ konsekwencji — nie jest cudownym środkiem do usuwania banałów i głupstw. To środek pomocniczy, nie zaś zastępczy. Sformalizowanie tego, czego nie wiemy, nie daje żadnego przy­ rostu wiedzy. Staje się co najwyżej ozdobnym pseudonaukowym parawanem, zasłaniającym jej niedostatek. Ponadto przydatność metody formalizacji ma swoje granice; wytyczać je powinien zdrowy rozsądek, który podpowiada, że ten pożytecz­ ny zabieg wart jest zastosowania tylko wów­ czas, gdy chodzi o rzeczy ważne i skompliko­ wane. W przeciwnym razie wykonanie go przestaje być racjonalne, po prostu traci sens, tak jak powierzenie komputerowi mnożenia 7X11 lub korzystanie z samolotu, żeby się dostać na sąsiednią ulicę (Wang, 1963:63). Trzeba wreszcie pamiętać, że formalizacja nie jest celem samym w sobie, lecz drogą wio­ dącą do celu. Wszak należy do metod semictycznych, czyli do metod badania znaków. Te zaś służą do porozumiewania się, możliwego wów­ czas tylko, jeśli znaki mają interpretację. Gdybyśmy je poddali formalizacji i na tym po­ przestali, a zatem raz na zawsze usunęli z pola widzenia interpretację i operowali wyłącznie formalnymi nośnikami znakowymi, to znaki utraciłyby funkcję narzędzi do poznawania rzeczywistości oraz przekazywania informacji (Bocheński, 1965:35—43; 65—74). Profesor Kazimierz Twardowski, założyciel szkoły filozoficznej lwowsko-warszawskiej, zna­ nej w świecie pod nazwą polskiej szkoły logiki,

22*

339

wsławionej dziełami Kazimierza Ajdukiewicza, Romana Ingardena, Tadeusza Kotarbińskiego, Stanisława Leśniewskiego, Jana Łukasiewicza, Alfreda Tarskiego i Władysława Tatarkiewicza, ukuł specjalne słowo „symbolomania”, jako miano wybujałej niezachwianej wiary, w me­ todę formalizacji, traktowaną jako cel, a nie jako środek przygotowawczy wiodący do celu. Niechęć zaś do rozważań nad interpretacją zna­ ków, nad rzeczami i zdarzeniami symbolizowa­ nymi, nazywał pragmatofobią (Twardowski, 1971a:30). Tę jego opinię podzielali m.in: Wła­ dysław Tatarkiewicz i Roman Ingarden. Również wśród filozofów języka naturalne­ go, skupionych w Oksfordzie i Cambridge, roz­ legały się i rozlegają głosy, iż formalizacja ję­ zyka naturalnego — zamiast ułatwiać wgląd w jego istotę — zniekształca go i ukazuje w krzywym zwierciadle. Wyrażenia tego języka są z natury nieostre, nie wyraźne oraz chwiejne pod względem znaczeniowym. I właśnie te ich cechy przyczyniają się do powstania problemów filozoficznych, mających swe źródło w języku; takich zaś problemów jest bardzo wiele. Język, opięty gorsetem formalizacji, przestałby być językiem naturalnym, stałby się zaś tworem sztucznie spreparowanym: pod wielu względa­ mi doskonalszym, lecz pozbawionym życia. Do­ konując jego sekcji — powiadają filozofowie z tego kręgu — nigdy byśmy się nie zetknęli z zagadnieniami filozoficznymi, które wystę­ pują jedynie w żywym organizmie mowy co­ dziennej. Poza tym opasawszy jej wyrażenia owym gorsetem, pozbawilibyśmy jej siły wyko­ nywania wielorakich zadań, mianowicie roli performacyjnej, czyli dokonawczej, wyrażania i wywoływania uczuć czy pobudzania do dzia­ łań. Po sformalizowaniu zostałyby ograniczone do jednej jedynej funkcji — mówienia o fak­ tach. 340

Jak widać, metoda formalizacji, choć nie­ wątpliwie cenna, nie jest metodą uniwersalną. To samo odnosi się do pozostałych dwóch me­ tod semiotycznych, czyli do całej semiotykiM, i w ogóle do wszystkich metod czy teorii.

Semiotyka stosowana, czyli semiotykas Dziedziny semiotykis

Semiotykas a ściślej semiotykis, np. semio­ tyka literatury, semiotyka kultury, psychosemiotyka czy socjosemiotyka, to owoc systema­ tycznego stosowania metod semiotycznych, zwłaszcza metody interpretacji oraz metody analizowania języka, do pewnego kompleksu przedmiotów, zdarzeń i zjawisk, tworzącego uporządkowaną całość, taką jak ten czy ów dział sztuki, ta czy owa gałąź wiedzy, ta czy owa dyscyplina. Jednym z działów twórczości, który od naj­ dawniejszych czasów badano metodami semiotycznymi, jest literatura: poezja i proza. Stoso­ wano do nich przede wszystkim metodę analizy językowej, gdyż literatura piękna to sztuka sło­ wa, budulcem jej utworów jest język. Nic dziwnego przeto, że ta właśnie metoda narzu­ cała się historykom i krytykom piśmiennictwa artystycznego jako najnaturalniejsza. Dotyczy to również wszelkich innych tekstów języko­ wych, np. naukowych czy użytkowych: wiedzę o nich zdobywamy semiotyczną metodą anali­ zowania języka. Można więc powiedzieć, że nauki o literaturze miały zawsze i mają nadal po części charakter semiotyki stosowanej: se­ miotyki literatury, semiotyki poezji, semiotyki prozy; po części zaś dlatego, że ani biografia pisarzy, ani bibliografia ich dzieł nie są rezul­ tatem zastosowań metod semiotycznych do tek­ stów językowych. 341

Nie tylko jednak z uwagi na posługiwanie się w nich.metodą analizowania języka—nauki o literaturze przybierają postać semiotyki piś­ miennictwa. Jest ono przecież tą dziedziną, w której zastosowanie znajduje również inna me­ toda semiotyczna, mianowicie metoda interpre­ tacji. Każde bowiem dzieło literackie to znak: przeżyć swego autora, znak czasu, panującej mody, kierunku artystycznego, prądu kulturo­ wego, znak przedstawianych w tekście rzeczy i zdarzeń. Oprócz tego pozostaje ono pod wpły­ wem innych dzieł, a więc innych znaków, oraz innych autorów, a także na inne dzieła i innych twórców oddziałuje. Jest też w pewien sposób przyjmowane przez czytelników, wywiera wpływ na ich upodobania, postawy i zachowa­ nia: nadają oni dzieciom imiona ulubionych bohaterów, ubierają się na wzór popularnych postaci literackich, nawet przeżywają podobne rozterki i uniesienia. Problemy mimesis, czyli naśladowania natury, zagadnienia fikcji, fan­ tastyki, konwencji literackiej, realizmu, ekspresjonizmu czy impresjonizmu, recepcji lite­ rackiej, wpływów i zależności artystycznych — wszystkie one mają charakter semiotyczny. Dlatego nauki o literaturze stały się w dużej mierze semiotyką literatury, rezultatem zasto­ sowań metody interpretacji oraz metody anali­ zowania języka do tekstu literackiego. To samo dotyczy wszelkich utworów, któ­ rych tworzywem, choćby po części, jest język, a więc do sztuk teatralnych, do dzieł opero­ wych, filmowych, radiowych i telewizyjnych. A na granicy sztuki lub poza jej obrębem — do religii oraz mitu. We wszystkich tych wy­ padkach znajduje zastosowanie semiotyka^, mianowicie obie wspomniane metody semiotyczne, we wszystkich też wypadkach powstaj? taka czy inna semiotykas, a więc: semiotyka te­ atru, semiotyka opery, operetki, musicalu, se­

342

miotyka filmu, semiotyka radia, semiotyka tele­ wizji, semiotyka religii czy semiotyka mitu. Ale to, co w jednych sztukach zostaje wyra­ żone słowem bądź słowem i obrazem albo sło­ wem i muzyką, w innych wypowiadamy sa­ mym obrazem, samą muzyką, samym gestem, czy też obrazem albo gestem wraz z muzyką. Do dzieł więc malarstwa, rzeźby, fotografiki, architektury, muzyki, tańca, filmu niemego czy pantomimy stosujemy semiotyczną metodę in­ terpretacji, co prowadzi do powstania odpowied­ nich odmian semiotykis. Wszystkie te sztuki podlegają rozumieniu, bo są wyrazem przeżyć artysty, albo w dodatku przedstawiają jakiś fragment rzeczywistości empirycznej lub fik­ cyjnej, urojonej. Nie tylko jednak sztuka wyraża przeżycia swego twórcy. Przedmioty pozaartystyczne, przedmioty codziennego użytku, także mogą nam posłużyć za znaki zamysłu czy intencji ich wytwórców. Kształt kieliszka do koniaku, pod­ dany interpretacji, a więc potraktowany semiotycznie, staje się znakiem intencji projektan­ tów; zaczynamy rozumieć, iż po to zwęzili jego górną część, by uzyskać stosunkowo mały otwór i w ten sposób zapobiec utracie aromatu. Systematyczne rozpatrywanie wytworów ręko­ dzieła i rzemiosła oraz produktów przemysło­ wych semiotyczną metodą interpretacji prowa­ dzi do powstania różnych działów semiotyki kultury materialnej. Obok przedmiotów również urządzenia oraz instytucje podlegają interpretacji i dzięki temu stają się dla nas znakami zamierzeń pomysło­ dawców lub woli organizatorów. Możemy np. ze stanowiska semiotycznego rozpatrywać in­ stalację elektryczną do oświetlania schodów, system przedsprzedaży i kasowania biletów tramwajowych i autobusowych, ordynację wy­ borczą, hierarchię w obrębie urzędu, wojska

343

czy kościoła. Tego rodzaju zastosowania metod semiotycznych w pewnej określonej dziedzinie przybierają po usystematyzowaniu postać jej semiotyki, np. semiotyki urządzenia mieszkań, semiotyki organizacji społecznych, semiotyki instytucji państwowych, semiotyki stosunków politycznych. Niemal we wszystkich tych dziedzinach jako element występują zachowania ludzkie i sposób bycia: z jednej strony, determinują one dobór i strukturę przedmiotów, z których korzysta­ my, urządzeń oraz instytucji, z drugiej zaś, by­ wają przez nie wyznaczone. Zachowania więc i sposób bycia człowieka — przejawiające się m.in. w obyczajach, formach towarzyskich, mo­ dach, zabawach, ceremoniach, rytuałach, spo­ żywaniu tradycyjnych potraw — to jeszcze jed­ no pole uprawiane metodami semiotycznymi, a semiotyka zachowań ludzkich to jeszcze jedna gałąź semiotyki stosowanej. Nie tylko zachowań ludzkich, ale i zwierzę­ cych: również i na nie ten i ów specjalista patrzy pod kątem semiotyki, czego rezultatem jest stosunkowo szeroko rozwinięty dział semiotykis, zwany zoosemiotyką (Sebeok, 1976). Obok niej zaś rodzi się jeszcze ogólniejsza dy­ scyplina, mianowicie biosemiotyka. Scmiotykas a semiotyka-^ i scmiotykaT

Każdego rodzaju semiotykas jest semiotyką czegoś: semiotyką sztuki, kultury czy zacho­ wań zwierzęcych. Ale i semiotykaw jest semio­ tyką czegoś, mianowicie znaków przedmioto­ wych; i semiotyka-,- również jest semiotyką cze­ goś, mianowicie semiotvkiw. W jaki więc spo­ sób odróżnić semiotykę5, czyli’stosowaną, z jed­ nej strony, od semiotykiw, czyli własności se­ miotycznych, i od semiotyki-r, czyli teoretycz­ nej, z drugiej strony. Odróżnienie semiotykis od semiotyki w jest 344

łatwe. Ta ostatnia — to cechy semiotyczne zna­ ków przedmiotowych, a nie żadna gałąź wiedzy, teoria czy dyscyplina. Natomiast semiotykas jest pewnego rodzaju wiedzą stosowaną czy nauką stosowaną. Z kolei czym się różni semiotykas od semiotykiT, w szczególności od najniższego piętra tej drugiej — od semiotykiN? Różni się zadaniem badawczym. Semiotykas to pewnego rodzaju przedmioty, np. naczynia i szaty liturgiczne, traktuje jako znaki i poddaje interpretacji, by zdobyć wiedzę o tym, co te właśnie przedmio­ ty znaczą, wyrażają czy symbolizują. Tymcza­ sem seimiotykaT, jeśli nawet w obrębie pewne­ go swego fragmentu analizuje owe naczynia i szaty liturgiczne, to czyni tak nie dla nich sa­ mych, nie z myślą o ich akurat znaczeniu czy funkcji symbolicznej, lecz w tym celu, aby na podstawie owych szczegółowych badań dojść do uogólnień na temat pojęć: własności semiotycznej, znaczenia, wyrażania i symbolizowa­ nia — bez względu na to, czy owe własności przysługują przedmiotom kultu religijnego czy też czemukolwiek innemu użytemu w roli zna­ ku. Dlatego przedmioty analizowane przez semiotykęT nie stanowią żadnej jednorodnej ca­ łości, takiej jak architektura, religia czy świat zwierzęcy. Przeciwnie, ubiegamy się o zróżni­ cowanie przykładów, aby uzyskać możliwie sze­ roką podstawę uogólnień, uniknąć zaś wnios­ ków pochopnych i jednostronnych. W wykła­ dzie więc semiotyki^ sąsiadują z sobą rozwa­ żania na temat semiotykiw: jakiegoś języka etnicznego i jakiegoś utworu muzyki progra­ mowej, ceremonii religijnej i uczty weselnej, stroju samuraja i ogrodu klasycysiycznego. Analizując tak odmienne przedmioty, mamy nadzieję dojść do zadowalająco ogólnego pojęcia np. syntaktyki: i jako składni języka natural­

345

nego, i jako kompozycji utworu muzycznego, i jako kolejności oraz hierarchii obrzędów, i jako zestawu potraw, i jako elementów ubioru, i jako rozplanowania zieleni. Natomiast w danego rodzaju semiotyces, np. w semiotyce architektury, analizie poddajemy wyłącznie obiekty określonej kategorii, w tym wypadku budowle; stanowią one jednolity kor­ pus znaków, obranych jako przedmiot badań oraz dostarczających materiału przykładowego. Jak z tego wynika, może się zdarzyć, iż pewien fragment rozważań z zakresu semiotykiT niczym nie będzie się różnił od jakiegoś fragmentu rozważań z zakresu semiotykig. Na przykład i jeden, i drugi opisuje oraz interpre­ tuje własności semiotyczne, czyli semiotykęw, sonetu Mickiewicza Stepy akermańskie, posłu­ gując się w tym celu metajęzykami z tego sa­ mego piętra: syntaktycznym, semantycznym i pragmatycznym. Żadne też różnice w sformu­ łowaniach nie muszą sygnalizować przynależ­ ności jednego do semiotykiT, a drugiego do semiotykis. Innymi słowy, może to być po prostu ten sam tekst. Tyle że należąc do semiotykiT, zajmuje się Stepami akermańskimi nie jako ce­ lem, lecz jako środkiem do osiągnięcia celu: nie dla nich samych, lecz aby wziąwszy pod uwagę i ten między innymi przykład, zbudować poję­ cia własności semiotycznej, znaczenia, oznacza­ nia czy wyrażania. Natomiast należąc do semiotykis, w tym wypadku do semiotyki poezji bądź do semiotyki sonetu, analizuje Stepy akermań­ skie, żeby wiedzę o tym właśnie utworze albo o sonetach, albo w ogóle o poezji. wzbogacić o poznanie ich aspektów semiotycznych — jest to więc cel, a nie środek do osiągnięcia celu. Mimo że semiotykas stawia sobie za cel zro­ zumienie badanych przedmiotów, nie zaś do­ chodzenie do uogólnień na temat natury zna­ czenia czy innych własności semiotycznych, to 346

jednak opisy tych przedmiotów oraz ich analizy dokonywane w obrębie semiotykis przyczyniają się do budowy lub przebudowy pojęć owych własności semiotycznych. W ten sposób semio­ tykis wspomagają semiotykęT w wykonywaniu jej właściwych zadań. Wprawdzie w zgodzie z idealnym porządkiem rzeczy teoria powinna poprzedzać zastosowania, czyli najpierw semiotykaT powinna wytworzyć narzędzia pojęciowe i przekazać je semiotyces, by ta później je użytkowała, praktyka jednak często bywa od­ wrotna. Oto nieraz semiotykis albo pojawiają się przed semiotykąT, albo występują równo­ cześnie z nią. Z jednej strony, rośnie dzięki temu empiryczny fundament teorii semiotycznej, co jest zjawiskiem pożądanym. Z drugiej jednak strony, powstają nieporozumienia i błę­ dy, gdyż semiotykas nierzadko operuje wadli­ wymi pojęciami. Dzieje się tak na skutek tego, że jest ona uprawiana przeważnie przez specja­ listów od tej dziedziny, której dotyczą zasto­ sowania metod semiotycznych, a nie od semio­ tyki teoretycznej. Na przykład więc semiotyką literatury zajmują się historycy lub krytycy literatury, semiotyką muzyki — muzykolodzy lub krytycy muzyczni, semiotyką architektury — architekci. Kiedy semiotykas przestaje być semiotyką?

Nie zawsze zdają sobie oni sprawę ze wspo-_ mnianych poprzednio różnic między semiotycznymi a niesemiotycznymi pojęciami znacze­ nia i myśląc, że uprawiają semiotykęs, niekie­ dy w rzeczywistości zajmują się sprawami spo­ za jej zakresu, np. dociekaniami na temat celu, wyniku, roli, funkcji, wartości dodatniej, waż­ ności, przyczyny, motywu lub genezy badanych rzeczy. zdarzeń lub zjawisk; tyle że za każdym razem używają słowa „znaczenie” i twierdzą, że ich rozważania mają charakter semiotyczny.

347

Wywołuje to zrozumiałą nieufność wobec se­ miotyki, a niekiedy i oskarżenia, iż nie dbając o rygory naukowości, w sposób dyletancki, bez­ troski i nieodpowiedzialny pragnie ona rozpra­ wiać de omnibus rebus et quibusdam aliis — o wszystkich rzeczach, a w dodatku jeszcze o pewnych innych. Bywa to wprawdzie krytyka uzasadniona i trafna, ale nie godzi w semioty­ kę, lecz w ignorancję niektórych rzekomych jej adeptów. W istocie semiotykas, różne działy semiotyki stosowanej, to badania i pożyteczne, i obiecu­ jące, choć trudne oraz — rzec by można — ryzykowne. Polegają bowiem — jak wiemy — na dociekaniu znaczenia badanej rzeczywistości. Gdy idzie o twory językowe, o teksty słowne, znaczenie to jest w tym sensie zastane, że zo­ stało ono już wcześniej określone przez odpo­ wiednie reguły języka. Zadanie więc semioty­ ka sprowadza się do wykrycia czy ustalenia pewnego obiektywnie istniejącego stanu rzeczy. Podobnie w wypadku takich systemów znako­ wych, jak sygnalizacja flagowa czy znaki dro­ gowe, to jest wszędzie tam, gdzie odpowiednia konwencja w sposób nie budzący wątpliwości rozstrzyga, co dany znak znaczy. Przeciwnie natomiast ma się sprawa niemal we wszystkich tych — jakże częstych — wypadkach, w któ­ rych badania z zakresu semiotykis opierają się głównie lub wyłącznie na stosowaniu metody interpretacji, a za przedmiot swój mają dzie­ dzinę pozbawioną ścisłych konwencji semiotycznych, jednoznacznych reguł sensu. Wówczas bardzo wiele zależy od intuicji interpretatora. Jest on w sytuacji oglądającego rysunek sześ­ cianu, często zamieszczany w podręcznikach psychologii jako ilustracja eksperymentu z za­ kresu tzw. psychologii postaci: zależnie od własnej woli może spojrzeć tak, aby zobaczyć górną, frontową i prawą stronę owej kostki

348

sześciennej, albo tak, aby oprócz frontowej ujrzeć jej dolną i lewą ścianę. Interpretując,' obdarza ten płaski zbiór przecinających się od­ cinków znaczeniem: wyposaża go w przestrzen­ ność oraz w takie, nie inne usytuowanie wzglę­ dem obserwatora. To samo się dzieje w więk­ szości badań z zakresu semiotykis: otworem stoi droga do subiektywnej, dowolnej interpretacji. Dlatego cnotami kardynalnymi są w nich ostrożność i powściągliwość, zdolne uchronić od nieuzasadnionego przypisywania znaczeń. ♦

Teraz dopiero można by zacząć systematycz­ ny wykład semiotyki, kolejno w każdym z wy­ mienionych tu i pobieżnie przedstawionych pięciu jej pojęć. My jednak zatrzymamy się u progu, w drzwiach, które uchyliliśmy na chwi­ lę, by zajrzeć do wnętrza. Udało się dostrzec największe tylko i najbliżej stojące rzeczy. Jeś­ li owa chwila obudzi przeświadczenie, iż jest ich więcej i warte są obejrzenia, to ten Wstęp do semiotyki spełnił postawione mu zadanie.

BIBLIOGRAFÍA

Ajdukiewicz Kazimierz 1960 Język i poznania. T. 1. Wybór pism z lat 1920—1939. .1965 Język i poznanie. T. 2. Wybór pism z lat 1945—1963. Warszawa, PWN. 1965a Logika pragmatyczna. Warszawa, PWN. 1971 Sąd jako konotacja zdania, w: Semiotyka polska 1894—1969. Wyboru dokonał oraz wstępem i przypisami opatrzył Jerzy Pelc. Warszawa, PWN. 1971a Wyrażenia intensjonalne, w: Semiotyka polska 1894—1969... Ardener E. (ed.) 1971 Social Anthropology and Language. Lon­ don, Favistock. Arnauld Antoine, Nicole Pierre 1958 Logika, czyli sztuka myślenia. Przełożyła i poprzedziła wstępem Seweryna Komahnowa. Warszawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filozofii 39. Arystoteles 1975 Kategorie i Hermeneutyka z dodaniem Isagogi Porjiriusza. Przełożył, wstępem i przypisa­ mi opatrzył Kazimierz Leśniak. Warszawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filozofii 116. Austin John L. 1962 How to Do Things with Words. Oxford. Oxford University Press. Awicenna 1974 Księga wiedzy. Przełożył, wstępem i przy­ pisami opatrzył Bogdan Składanek. Warszawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filozofii 113.

.350

Ayer Alfred J. 1959 Editor’s Introduction, w: Logical Positivism. New York, The Free Press. Barthes Roland 1964 Eléments de sémiologie, w: „Communica­ tions” 4, Paris. 1968 Elements of Semiology. New York, Hill and Wang. Bocheński Józef M. 1965 The Methods of Contemporary Thought. Translated from the German by Peter Caws. Dor­ drecht-Holland, D. Reidel Publishing Company. Bühler Karl Ludwig 1965 Sprachtheorie: Die Darstellungsfunktion der Sprache. Stuttgart, Gustaw Fischer. I wyd. 1934. Carnap Rudolf 1934 Logische Syntax der Sprache. 1937 Testability and Meaning, „Philosophy of Science” II, A; IV, 1. 1942 Introduction to Semantics. Cambridge, Mas­ sachusetts, Harvard University Press. 1947 Meaning and Necessity: a Study in Seman­ tics and Modal Logic. Chicago, Chicago University Press. Cassirer Ernst 1923—1929 Philosophie der symbolischen Formen, t. 1—3. Berlin, Bruno Cassirer. 1944 An Essay on Man: an Introduction to a Phi­ losophy of Human Culture. New Haven, Yale Uni­ versity Press. Caton Charles E. 1967 Artificial and Natural Languages, w: The Encyclopedia of Philosophy. Red. Paul Edwards. New York-London, Macmillan. Condillac Etienne Bonnot de 1952 Logika, czyli pierwsze zasady sztuki my­ ślenia. Z oryginału francuskiego przełożył Jan Znosko. Wstępem i przypisami opatrzył Tadeusz. Kotarbiński. Warszawa, PWN, Biblioteka Klasy­ ków Filozofii 1. Dąmbska Izydora 1973 O konwencjach semiotycznych, w: „Studia semiotyczne”, t. 4. Wydał i wstępem opatrzył Jerzy Pelc. Warszawa—Wrocław, Ossolineum. Eco Umberto 1968 La struttura assente. Milano, Bompiani. 1976 A Theory of Semiotics. Bloomington—Lon­ don, Indiana University Press. Frege Gottlob 1967 Sens i nominat, w: Logika i język: studia

351

z semiotyki logicznej. Wyboru dokonał, przełożył oraz wstępem i przypisami opatrzył Jerzy Pelc. Warszawa, PWN. Gołąb Zbigniew; Heinz Adam; Polański Kazimierz 1968 Słownik terminologii językoznawczej. War­ szawa, PWN. Gieimas Algirdas Julien 1970 Du sens, essais sémiotiques. Paris, Seuill. Guiraud Pierre 1974 Semiologia. Tłumaczył Stanisław Cichowicz. Warszawa, WP, Biblioteka Wiedzy Współczesnej „Omega” 270. 1976 Semantyka. Tłumaczył Stanisław Cichowicz. Warszawa, WP, Biblioteka Wiedzy Współczesnej „Omega” 295. Hiż Henryk 1978 Logiczna podstawa semiotyki, w: „Studia semiotyczne”, t. 8. Wydał i wstępem opatrzył Jerzy Pelc. Hjelmslev Louis 1953 Prolegomena to a Theory oj Language. Baltimore, Waverly. Hobbes Tomasz 1954 Lewiatan, czyli materia, forma i władza państwa kościelnego i świeckiego. Z oryginału angielskiego przełożył Czesław Znamierowski. War­ szawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filozofii 6. Husserl Edmund 1890 Zur Logik der Zeichen (Semiotik), w: Phi­ losophie der Arithmetik. Red. Lethar Elegy The Hague 1970, M. Nijhoff, s. 340—372. 1913 Logische Untersuchungen. Halle, Niemayer (liczba rzymska oznacza tom, arabska — część). 3ngarden Roman 1947 Szkice z filozofii literatury. T. 1. Łódźy Spół­ dzielnia Wydawnicza „Polonista”. 1947—1948 Spór o istnienie świata. T. 1—2. Kra­ ków, Polska Akademia Umiejętności. 1960 O dziele literackim: badania z pogranicza antologii, teorii języka i filozofii literatury. Tłu­ maczyła Maria Turowicz. Warszawa, PWN (liczby oznaczają rozdział). 1972 Z teorii języka i filozoficznych podstaw lo­ giki, w: Dzieła filozoficzne Romana Ingardena, t. 5. Warszawa, PWN. Kmita Jerzy 1973 Wykłady z logiki i metodologii nauk. War­ szawa, PWN.

352

Konerski Jerzy 1969 Integracyjna działalność mózgu. Warszawa, PWN. Korzybski Alfred 1921 Manhood of Humanity: the Science and Art uf Human Engineering. New York, E.P. Dutten. 1933 Science and Sanity: an Introduction to Non- Aristotelian Systems and General Semantics. Lan­ caster. Pensylvania, The Intern. Non-Aiistotelian Library Pub. Company. 1951 The Role of Language in the Perceptual Processes. Kotarbińska Janina 1957 Pojęcie znaku. „Studia Logica”, IX. Kotarbiński Tadeusz • 1929 Elementy teorii poznania, logiki formalnej i metodologii nauk. Lwów, Ossolineum (cyfra rzymska oznacza część, arabska — rozdział) 1993 Spór o desygnat. „Prace Filozoficzne”, t. 18, 1. Warszawa. Przedruk, w: Semiotyka polska lSH-1—läti!)... Warszawa 1971, PWN. I>ambert Johann Heinrich 1794 Neues Organon oder Gedanken über die Erforschung und Bezeichnung des Wahren und «lesen Unterscheidung vom Irrthum und Schein, 2. Band. Leipzig, Wendler. Leibniz Gottfried Wilhelm 1955 Nowe rozważania dotyczące rozumu ludz­ kiego. Z oryginału francuskiego przełożyła i opa­ trzyła przypisami Izydora Dąmbska. Wstępem po­ przedził Leszek Kołakowski. Warszawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filozofii 17. Lewis Clarence Irving 1943 The Modes of Meaning. „Philosophy and Prenomenological Research”, IV. 2. Locke John 1955 Rozważania dotyczące rozumu ludzkiego. Przełożył B.J. Gawęcki. Warszawa, PWN, Biblio­ teka Klasyków Filozofii” 15 (liczby w nawiasie od­ noszą się do księgi, rozdziału i paragrafu). Metz Christian 1966 Les sémiotiques ou sérnies. „Communica­ tions” 7. Mill John Stuart 1962 System logiki dedukcyjnej i indukcyjnej. Przełożył Czesław Znamierowski. Wstępem poprze­ dził Klemens Szaniawski. T. 1—2. Warszawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filozofii 67. Montague Richard 1968 Pragmatics, w: Contemporary Philosophy: 353

Á-Survey. J. Logic and Foundations of Mathema­ tics. Red. Raymond Kiibansky. Firenze, ba Nuova Italia Editrice. 1970 Pragmatics and Intensional Logic. „Synthese” 22. Morris Charles 1938 Foundations of the Theory of Signs, w: „International Encyclopedia of Unified Science”, t. 1, nr 2, Chicago, Univ, of Chicago Press. 1946 Signs, Language and Behavior. New York. Prentice-Hall. 1971 Writings on the General Theory of Signs. The Hague--Paris. Mouton. „Approaches to Se­ miotics” 16. Mounin Georges 1970 Introduction A la sémiologie. Paris, Minuit. Mulder Jan W.F., Hervey, Sandor, G.J. 1971 Index and Signum. „Semiotica” IV, 4. Ockharn William 1971 Suma logiczna. Wybór, tłumaczenie z języ­ ka łacińskiego, wstęp i przypisy: Tadeusz Włodar­ czyk. Warszawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filo­ zofii 104. Ogden C.K., Richards I.A. 1923 The Meaning of Meaning: a Study of the Influence of Language upon Thought and of the Science of Symbolism. London, Routledge and Ko­ gan Paul. Pawłów Iwan P. 1951 Wybór pism. Warszawa. Peirce Charles Sanders 1931—1935 The Collected Papers of Charles S, Peirce. T. 1--6. (Ed.) Charles Hartshorne and Paul Weiss. 1958 T. 7—8. (Ed.) A. Barks. .. (Liczby w nawiasach oznaczają: pierwsza tom, dru-, ga — po kropce — paragraf). 1965 -1966 The Collected Papers of Charles S. Peirce. Red. Charles Hartshorne, Paul Weiss, Ar­ thur W. Burks. Cambridge Massachusetts, Harvard University Press. (Liczby w nawiasach oznaczają: pierwsza tom, dru­ ga — po kropce — paragraf). 1977 Semiotic and Signifies: the Correspondence Between Charles Sanders Peirce and Victoria La­ dy Welby, (Ed.) Charles S. Harwick, Bloomington, Indiana University Press. (Liczby po literze W o■znaczają numer strony). 354

Pieter Józef 1963 Słownik psychologiczny. Wrocław—Warsza­ wa, Ossolineum. Platon 1902 Platonis Cratylus Thacteus post Carolum Fridericum Hermannům recogn. Martinus Wohlrab. Edit, stereol. Lipsiae, B.G. Teubner. Biblioteca Scriplorum Graecorum et Romanorum Tcubncri, nr 2. Prieto Luis J. 1970 Przekazy i sygnały. Tłumaczył Janusz Lalewicz. Warszawa, PWN. Prior A.N. 1957 Time and Modality. Oxford, Oxford Uni­ versity Press. Russell Bertrand 1967 Deskrypcja, w. Logika i język — studia z semiotyki logicznej. Wyboru dokonał, przełożył oraz wstępem i przypisami opatrzył Jerzy Pelc. War­ szawa, PWN. Ryto Gilbert 1967 Teoria znaczenia, w: Logika i język — stu­ dia z semiotyki logicznej... Saussure Ferdinand de 1967 Cours de linguisligue generale'. Red. R. En­ gler. Wiesbaden, Otto Harrrsowitz. Sebeok Thomas Albert 1976 Contributions to the Doctrine of Signs. Bloomington—Lisse, Indiana University Press and the Peter de Ridder Press. 1977 A Perfusion of Signs. Red. Thomas A. Se­ beok. Bloomington and London, Indiana Univer­ sity Press. 1978 The Sign and Ils Masters. Austin--Lon­ don, University of Texas Press. Sekstus Empiryk 1970 Przeciw logikom. Przełożyła, słowem od tłumacza, objaśnieniami i słownikami opatrzyła Izydora Dąmbska; posłowie dodała Maińa Pąkcińska, Warszawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filo­ zofii 96. Tarski Alfred 1933 Pojęcie prawdy iv językach nauk dedukcyj­ nych. Warszawa. Towarzystwo Naukowe Warszaws­ kie. 1936 O ugruntowaniu naukowej semantyki. „Przegląd Filozoficzny” XXXIX, 1. 1944 The Semantic Conception of Truth and the Foundations of Semantics. „Philosophy an Phe­ nomenological Research” 4.

355

1956 Logic, Semantics, Metamalhemutics. Oxford, Clarendon Press. Twardowski Kazimierz 1965 Wybrane pisma filozoficzne. Warszawa, PWN. 1971 O czynnościach i wytworach. Kilka uwag z pogranicza psychologii, gramatyki i logiki, w: Se­ miotyka polska 1894—1969... 1971a Symbolomania i pragmalofobia, w: Semio­ tyka polska 1894—1969... Wallis Mieczysław 1977 Uwagi o symbolach, w.: Studia semiotyczne, l. 7. Wydał i wstępem opatrzył Jerzy Pelc. Wro­ cław—Warszawa—Kraków—Gdańsk, Ossolineum. Wang Hao 1963 >1 Survey of Mathematical Logic. Amster­ dam. Whitfield Francis. W. Hill, Archibald A. (Ed.) 1969 Linguistics Today. New York, Basic Books. Wittgenstein Ludwig 1970 Tractatus logico-philosophicus. Przełożył Bo­ gusław Wolniewicz. Warszawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filozofii 98. 1972 Dociekania filozoficzne. Przełożył, wstępem i przypisami opatrzył Bogusław Wolniewicz. War­ szawa, PWN, Biblioteka Klasyków Filozofii 107. Wit wieki Władysław 1925 Psychologia dla użytku słuchaczów wyż­ szych zakładów naukowych, t. 1—2. Lwów—War­ szawa—Kraków, Ossolineum. Zeman J. Jay 1977 Peirce’s Theory of Signs, w: .4 Perfusion of Signs. Edited by Thomas A. Sebeok. Blooming­ ton-London, Indiana University Press.

SPIS TREŚCI

PRZEDMOWA DO PIERWSZEGO WYDAŃ IA

5

PRZEDMOWA DO DRUGIEGO WYDANIA

8

.

1. „SEMIOTYKA”, „SEMIOLOGIA" CZY „SE­ MANTYKA”? . ................................................ 10