Logika odkrycia naukowego

Table of contents :
SPIS TREŚCI
SŁOWO WSTĘPNE
PRZEDMOWA DO PIERWSZEGO WYDANIA. 1934
PRZEDMOWA DO PIERWSZEGO WYDANIA ANGIELSKIEGO. 1959
I. WSTĘP DO LOGIKI NAUKI
1. PRZEGLĄD NIEKTÓRYCH PROBLEMÓW PODSTAWOWYCH
2. PROBLEMY TEORII METODY NAUKOWEJ
II. NIEKTÓRE STRUKTURALNE SKŁADNIKI TEORII DOŚWIADCZENIA
3. TEORIE
4. FALSYFIKOWALNOŚĆ
5. PROBLEM BAZY EMPIRYCZNEJ
6. STOPNIE SPRAWDZALNOŚCI
7. PROSTOTA
8. PRAWDOPODOBIEŃSTWO
9. PEWNE SPOSTRZEŻENIA DOTYCZĄCE TEORII KWANTÓW
10. POTWIERDZENIE, CZYLI JAK TEORIA STAWIA CZOŁA TESTOM
UZUPEŁNIENIA
NOWE UZUPEŁNIENIA
INDEKS NAZWISK
INDEKS RZECZOWY

Citation preview

KARL R. POPPER

LOGIKA ODKRYCIA NAUKOWEGO Z angielskiego przełożyła URSZULA NIKLAS

WARSZAWA 1977 PAŃSTWOWE WYDAWNICTWO NAUKOWE

Oryginał angielski: KARL R. POPPER

The Logic of Scientific Discovery Hutchinson Publishing Group Ltd, London 1974, © Karl Raimund Popper 1959, 1968, 1972.

Okładkę projektował Zygmunt Ziemka Redaktor prowadzący Kazimierz Czarnota Redaktor techniczny Teresa Skrzypkowska Korektor Ewa Łowczyńska

Mojej zonie dzięki której książka ta pojawiła się na nowo

Hipotezy są sieciami: ten tylko złowi, kto je zarzuca. Novalis

Dla człowieka nauki nie ma nic bardziej niezbędnego niż jej historia oraz logika odkrycia...: sposób wykrywania błędu, posługiwania się hipotezą, wyobraźnią, tryb spraw­ dzania. Lord Acton

SPIS TREŚCI

Jerzy Kmita: Słowo wstępne.............................................................................................................................. 11 Przedmowa do pierwszego wydania. 1934 ....................................................................................................... 20 Przedmowa do pierwszego wydania angielskiego. 1959 .................................................................................. 21

Część I WSTĘP DO LOGIKI NAUKI Rozdział I. Przegląd niektórych problemów podstawowych................................................................................ 29 § 1. Problem indukcji.................................................................................................................................... 29 § 2. Eliminacja psychologizmu..................................................................................................................... 32 § 3. Dedukcyjne sprawdzanie teorii.............................................................................................................. 33 §4. Problem demarkacji................................................................................................................................. 34 § 5. Doświadczenie jako metoda................................................................................................................... 38 § 6. Falsyfikowalność jako kryterium demarkacji........................................................................................ 39 § 7. Problem „bazy empirycznej”................................................................................................................. 41 § 8. Obiektywizm naukowy a przekonanie subiektywne.............................................................................. 42 Rozdział n. Problemy teorii metody naukowej..................................................................................................... 46 § 9. Dlaczego rozstrzygnięcia metodologiczne są niezbędne....................................................................... 46 § 10. Naturalistyczne podejście do teorii metody........................................................................................... 47 § 11. Reguły metodologiczne jako konwencje.............................................................................................. 49 r

Część

n

NIEKTÓRE STRUKTURALNE SKŁADNIKI TEORII DOŚWIADCZENIA Rozdział III. Teorie............................................................................................................................................... 53 § 12. Przyczynowość, wyjaśnianie i dedukowanie przewidywań............................................................... 53 § 13. Uniwersalność ścisła i numeryczna.................................................................................................... 55 § 14. Pojęcia uniwersalne i pojęcia indywiduowe....................................................................................... 57 § 15. Zdania ściśle uniwersalne i egzystencjalne........................................................................................ 60 §16. Systemy teoretyczne................................................................................................................................ 62 § 17. Pewne możliwości interpretacji systemu aksjomatycznego.............................................................. 63 § 18. Poziomy uniwersalności. Modus tollens................................................................................................... 66 Rozdział IV. Falsyfikowalność............................................................................................................................. 68 § 19. Pewne zarzuty ze strony konwencjonalizmu...................................................................................... 68 § 20. Reguły metodologiczne.......................................................................................................................... 71 § 21. Logiczne badanie falsyfikowalności...................................................................................................... 72

§ 22. Falsyfikowalność i falsyfikacja.......................................................................................... 74 §23. Ząjścia i zdarzenia............................................................................................................................... 75 § 24. Falsyfikowalność a niesprzeczność ................................................................................................... 78 Rozdział V. Problem bazy empirycznej............................................................................................................ 80 § 25. Doświadczenia postrzeżeniowe jako baza empiryczna: psychologizm............................................. 80 § 26. W sprawie tzw. „zdań protokolarnych*'............................................................................................ 81 § 27. Obiektywność bazy empirycznej........................................................................................................ 83 § 28. Zdania bazowe.................................................................................................................................... 85 § 29. Względność zdań bazowych. Rozwiązanie trylematu Friesa............................................................ 88 § 30. Teoria i eksperyment.......................................................................................................................... 90 Rozdział VI. Stopnie sprawdzalności................................................................................................................ 95 § 31. Program oraz ilustracje....................................................................................................................... 95 § 32. W jaki sposób porównywać mamy klasy potencjalnych falsyfikatorów?......................................... 96 § 33. Porównywanie stopni falsyfikowalności za pomocą relacji inkluzji................................................. 97 § 34. Struktura relacji inkluzji. Prawdopodobieństwo logiczne......................................................... ... . 98 § 35. Treść empiryczna, wynikanie i stopnie falsyfikowalności................................................................ 101 § 36. Poziomy uniwersalności oraz stopnie ścisłości................................................................................. 102 § 37. Zasięgi logiczne. Uwagi o teorii pomiaru..........................................................................................104 § 38. Stopnie sprawdzalności porównywane przez odniesienie do wymiarów..........................................106 § 39. Wymiar zbioru krzywych................................................................................................... .. . . . 108 §40. Sposoby redukowania liczby wymiarów zbioru krzywych................................................................ 110 Rozdział VII. Prostota....................................................................................................................................... 113 §41. Eliminacja estetycznego i pragmatycznego pojęcia prostoty............................................................. 113 § 42. Metodologiczny problem prostoty..................................................................................................... 114 § 43. Prostota a stopnie falsyfikowalności..................................................................................................116 §44. Kształt geometryczny i forma funkcjonalna.......................................................................................118 § 45. Prostota geometrii Euklidesowej........................................................................................................119 § 46. Konwencjonalizm i pojęcie prostoty............................... .................................................................. 120 Rozdział VIII. Prawdopodobieństwo................................................................................................................ 121 § 47. Problem interpretacji zdań probabilistycznych..................................................................................122 § 48. Interpretacja obiektywna i subiektywna.......................... .................................................................. 122 § 49. Fundamentalny problem teorii przypadku......................................................................................... 124 § 50. Częstościowa teoria von Misesa........................................................................................................ 125 § 51. Projekt nowej teorii prawdopodobieństwa.........................................................................................127 § 52. Względna częstość w klasie skończonej............................................................................................128 § 53. Selekcja, niezależność, niewrazliwość, niepowiązanie..................................................................... 130 § 54. Ciągi skończone. Selekcja porządkowa i selekcja wedle sąsiedztwa............................................... 131 § 55. /z-swoboda w ciągach skończonych.................................................................................................. 132 § 56. Ciągi segmentów. Pierwsza postać dwumianu Newtona...................................................................135 § 57. Ciągi nieskończone. Hipotetyczne estymacje częstości....................................................................136 § 58. Badanie aksjomatu losowości............................................................................................................ 139 § 59. Ciągi przypadkowe. Prawdopodobieństwo obiektywne........................................ ........................... 142 § 60. Problem Bemoullego..........................................................................................................................142 § 61. Prawo wielkich liczb (Twierdzenie Bemoullego)............................................................................. 145 § 62. Twierdzenie Bemoullego a interpretacje zdań probabilistycznych...................................................148 § 63. Twierdzenie Bemoullego i problem konwergencji............................................................................149 § 64. Eliminacja aksjomatu konwergencji. Powiązanie „podstawowego problemu teorii przy­ padku” ............................................................................................................................................... 151 § 65. Problem rozstrzygalności................................................................................................................... 154 §66. Forma logiczna zdań probabilistycznych............................................................................................156 § 67. Probabilistyczny system metafizyki spekulatywnej...........................................................................160

$

§ 68. Prawdopodobieństwo w fizyce............................................................................................................. 161 § 69. Prawo i przypadek................................................................................................................................. 166 § 70. Dedukowalność makropraw z mikropraw............................................................................................ 168 § 71. Formalnie jednostkowe zdania probabilistyczne.................................................................................. 170 § 72. Teoria zasięgu....................................................................................................................................... 172 Rozdział IX. Pewne spostrzeżenia dotyczące teorii kwantów.......................................................................... 176 § 73. Program Heisenberga i relacje nieoznaczoności................................................................................176 § 74. Krótki zarys statystycznej interpretacji teorii kwantów.....................................................................180 § 75. Statystyczna ieinterpretacja formuł nieoznaczoności........................................................................ 181 § 76. Próba eliminacji elementów metafizycznych przez odwrócenie programu Heisenberga wraz z zastosowaniami.........................................................................................................................185 § 77. Eksperymenty rozstrzygające............................................................................................................... 191 § 78. Metafizyka indeterministyczna..................................................................................._..................... 198 Rozdział X. Potwierdzenie, czyli jak teoria stawia czoła testom..................................................................... 202 § 79. Uwagi na temat tzw. weryfikacji hipotez...........................................................................................203 § 80. Prawdopodobieństwo hipotezy a prawdopodobieństwo zdarzeń: krytyka logiki probabi­ listycznej .............................................................................................................................................. 205 §81. Logika indukcyjna a logika probabilistyczna........................................................................................211 § 82. Pozytywna teoria potwierdzania: jako hipoteza może „wykazać hart”................................................213 § 83. Potwierdzalność, sprawdzalność i prawdopodobieństwo logiczne...................................................... 216 § 84. Uwagi dotyczące użycia pojęć „prawdziwy” i „potwierdzony”...........................................................220 § 85. Droga nauki........................................................................................................................................... 222

UZUPEŁNIENIA i. ii. iii. iv. v. vi. vii.

Definicja wymiaru teorii............................................................................................................................. 227 Ogólny rachunek częstości w klasach skończonych................................................................................ 229 Wyprowadzenie pierwszej postaci dwumianu Newtona............................................................................232 Metoda budowania modeli ciągów losowych ...........................................................................................234 Rozważania dotyczące pewnego zarzutu. Eksperyment dwuszczelinowy ............................................... 237 Uwagi na temat nie-predyktywnych procedur pomiarowych.................................................................... 240 Uwagi dotyczące pewnego eksperymentu myślowego..............................................................................243

NOWE UZUPEŁNIENIA • *i. Dwie noty o indukcji i demarkacji, 1933-1934 ....................................................................................... 248 *0. Nota na temat prawdopodobieństwa, 1938 .............................................................................................. 253 «iii. O heurystycznym użyciu klasycznej definicji prawdopodobieństwa, szczególnie przy wypro­ wadzaniu ogólnego prawa mnożenia..........................................................................................................257 *iv. Formalna teoria prawdopodobieństwa........................................................................................................260 *v. Derywacje w formalnej teorii prawdopodobieństwa............................................................................... 279 *vi. O obiektywnym nieładzie albo losowości................................................................ .............................. 288 «vil. Prawdopodobieństwo zerowe oraz struktura subtelna prawdopodobieństwa i treści . . . . 292 *viiL Treść, prostota i wymiar............................................................................................................................. 305 *ix. Potwierdzenie, waga świadectwa empirycznego i testy statystyczne.........................................................312 *x. Pojęcia uniwersalne, dyspozycje i konieczność przyrodnicza....................................................................339 *xi. O użyciu i nadużyciu eksperymentów myślowych, szczególnie W fizyce kwantowej . . . . 357 *xii. Eksperyment Einsteina, Podolsky’ego i Rosena. List od Alberta Einsteina...............................................368 Indeks nazwisk......................................................................................................................................................375 Indeks rzeczowy................................................................................................................................................... 378

9

'

SŁOWO WSTĘPNE Przekład polski Popperowskiej Logic of Scientific Discovery ukazuje się w momencie, gdy w filozoficznej refleksji nad poznaniem naukowym na plan pierwszy zdecydowanie wysunął się problem determinant rozwoju nauki. I jakkolwiek książka jednego z naj­ wybitniejszych filozofów współczesnych nie zawiera żadnych nowych argumentów, mogą­ cych dziś odegrać istotniejszą rolę w sporze toczącym się wokół tego problemu — wyraża bowiem po prostu dawno już sformułowane (a rozwinięte pod pewnymi względami nieco szerzej w Objective Knowledge oraz w pracach uczniów i kontynuatorów Poppera) stano­ wisko jednej ze stron w owym sporze — to jednak zapoznanie się z treścią Logiki odkrycia naukowego jest niezbędne dla każdego, kto pragnie dokładniej zrozumieć charakter pod­ stawowego dla epistemologii współczesnej problemu spornego oraz zorientować się w roli, jaką przy jego krystalizowaniu się odegrały koncepcje hipotetystyczne. Koncepcje owe zostały wysunięte w swoim czasie przez Poppera w wyraźnej opozycji w stosunku do szeregu centralnych idei akceptowanych przez filozofów Koła Wiedeń­ skiego. Jeden z ważniejszych momentów tej opozycji scharakteryzowany został przez autora Logiki odkrycia naukowego w sposób następujący: „Jakie są reguły metody nauko­ wej i dlaczego są nam potrzebne? Czy może istnieć teoria takich reguł, metodologia? Sposób, w jaki udzielimy na pytania te odpowiedzi, w znacznej mierze zależy od tego, jaką przyjmujemy postawę wobec nauki. Określoną odpowiedź dadzą ci, którzy tak jak pozytywiści, patrzą na naukę empiryczną jako na system twierdzeń, spełniających pewne kryteria logiczne. Innej odpowiedzi udzielą ci, którzy skłonni są (tak jak ja) dopatrywać się cechy wyróżniającej twierdzeń empirycznych w tym, że podlegają one rewizji — w fakcie, że można je krytykować i zastępować lepszymi, i którzy uważają za swe zadanie analizę charakterystycznej dla nauki zdolności do dążenia naprzód oraz charakterystycznego sposobu, w jaki w punkcie zwrotnym dokonywany jest wybór pomiędzy niezgodnymi systemami teoretycznymi” *. Tak więc, podczas gdy dążeniem pozytywistów jest zyskanie odpowiedzi na pytanie: w jakie cechy musi być wyposażony dany system wiedzy, aby można go było uznać za naukowo prawomocny? — dążeniem hipotetysty jest rozwiązanie problemu: jakie relacje łączące dane dwa systemy wiedzy sprawiają, że jeden z nich eliminuje w toku rozwoju nauki system drugi? Dla hipotetysty bowiem podstawowym zagadnieniem ępistemolo1

Por. s. 46 niniejszego wydania.

11

gicznym jest, jak to formułuje Popper, „problem rozwoju wiedzy”. Uznać tedy trzeba, że opozycyjna w stosunku do filozofii neopozytywistycznej idea badań teoriopoznawczych (metodologicznych) jako badań historycznych znalazła szczególnie dobitny wyra£ w Logice odkrycia naukowego, co też w sposób dostrzegalny zaważyło na ukształtowaniu się po­ wszechnej dziś w zachodniej filozofii nauki opinii, iż — by posłużyć się formułą Lakatosa — „metodologia zaślubiona jest z historią”. Formuła powyższa, wzięta w izolacji, jest oczywiście do zaakceptowania także przez marksistę, skoro zgadza się ona z jego przekonaniem, iż nauka jako szczególny typ praktyki społecznej podlega rozwojowi historycznemu w kontekście ogólnego, społecznego procesu rozwojowego. Wszelako sposób, w jaki rozwój nauki został ujęty w Logice odkrycia nauko­ wego oraz dalszych opracowaniach zwolenników hipotetyzmu (przede wszystkim w Popperowskiej Objective Knowledge), żadną miarą nie da się już pogodzić z podstawowymi zało­ żeniami marksistowskiej teorii poznania naukowego. Oto bowiem, zgodnie z późniejszymi sformułowaniami autora Logiki odkrycia naukowego, determinantą tego rozwoju ma być respektowanie przez badaczy normy tzw. racjonalnego krytycyzmu: zgodnie z tą normą w nauce wysuwa się zawsze najpierw określony problem badawczy (zwykle wyrażający się żądaniem wyjaśnienia danego stanu rzeczy), następnie proponuje się próbne, hipote­ tyczne jego rozwiązanie, a na koniec rozwiązanie to poddaje się surowej krytyce — rzetelnej próbie jego falsyfikacji. Prowadzi to do pojawienia się problemu kolejnego i cały cykl ponawia się. Otóż tak ujęty proces rozwoju nauki w dwóch przynajmniej punktach wzbu­ dzić musi zasadniczy sprzeciw: po pierwsze, zakłada się przy tym ujęciu, że ostatecznym źródłem interesującego tu nas procesu rozwojowego jest pewna idea — norma racjonal­ nego krytycyzmu, po drugie, zakłada się również ponadhistoryczne trwanie tej idei — utrzymującej się w postaci nienaruszonej równolegle do wywoływanych przez nią zmian zachodzących na obszarze wiedzy naukowej. Obydwa te poglądy są w sposób jaskrawy niezgodne z materializmem historycznym. Nawiązujący w trybie polemicznym do hipotetyzmu, niejednokrotnie zresztą wycho­ wani w tej szkole myślenia i kontynuujący z tego względu poszczególne związane z nią koncepcje, zachodni filozofowie nauki zaatakowali Popperowską teorię rozwoju poznania naukowego w innym jednak punkcie. Konstatują oni — np. T. S. Kuhn, iż wyniki histo­ rycznych analiz dziejów nauki nie potwierdzają bynajmniej tezy, iż zaobserwowanie faktów niezgodnych z akceptowanymi aktualnie teoriami czy nie dających się wyjaśnić na ich gruncie — prowadzi do falsyfikacji tych teorii; te ostatnie niejednokrotnie utrzymują się nadal mimo mnożących się przypadków dostrzegania „anomalii” (z punktu widzenia odnośnych teorii). Co więcej, kontynuując jedną z idei hipotetyzmu — ideę pierwotności teorii wobec obserwacji (obserwacja jest teoretyczną interpretacją danych obserwacji), można wykazać (P. K. Feyerabend), że ten sam zbiór „nagich” danych empirycznych daje się równie dobrze wyartykułować teoretycznie (jako zbiór określonych faktów) na gruncie dwóch różnych, konkurencyjnych teorii; żadna z nich tedy nie musi ustąpić drugiej przy podjęciu choćby i najsurowszej krytyki. Co więcej jeszcze, zestawiając ze sobą na­ stępujące po sobie, konkretne teorie fizyki, stwierdzić można (P. K. Feyerabend), iż są one ze sobą logicznie nieporównywalne, tak jak np. mechanika relatywistyczna z mechaniką klasyczną. A zatem nie można ustalić między nimi jakichkolwiek relacji logicznych, któ­ rych stwierdzenie mogłoby stanowić uzasadnienie odrzucenia pierwszej, zaś przyjęcia drugiej teorii. Ten ostatni argument prowadzi do najsilniejszego wniosku: norma racjo-

12

nalnego krytycyzmu nie tylko nie jest stosowana w nauce, a w związku z tym fakt jej respektowania przez badaczy nie wyjaśnia jej rozwoju, ale nawet nie może być stosowana — ze względu na nieporównywalność logiczną odnośnych teorii. Nieporównywalność ta zresztą przekreśla z góry możliwość odkrycia jakiejkolwiek normy podobnej do normy racjonalnego krytycyzmu (tzn. zakładającej istnienie określonych relacji logicznych między dwiema teoriami współzawodniczącymi ze sobą). Tak więc zachodnia filozofia nauki rozwijająca Popperowską ideę badań teoriopoznawczych jako badań historycznych doszła — stosując zresztą przekonywającą prze­ ważnie argumentację szczegółowo-historyczną — do rezultatów nie tylko przeczących hipotetystycznej wersji tej koncepcji, ale i całkowicie niemal nihilistycznych, jeśli chodzi o możliwość wykrycia jakichś ogólnych prawidłowości rozwoju nauki, a także —jeśli chodzi o funkcjonowanie w praktyce naukowej jakichś określonych norm i (rozwijających je w konkretne zalecenia) dyrektyw metodologicznych. Jakkolwiek niekiedy sądzi się z niewiadomych powodów, iż Kuhnowska krytyka Popperowskiego modelu rozwoju nauki jest bliższa stanowisku marksistowskiemu niż ów model, to jednak nie ulega wątpliwości, że zastąpienie raczej obiektywno-idealistycznej koncepcji (nauka rozwija się, ponieważ badacze respektują określoną normę przynależną do pozafizycznego i pozapsychicznego „trzeciego świata”) koncepcją raczej subiektywnoidealistyczną (nauka przechodzi od paradygmatu do paradygmatu, ponieważ poszczególni badacze miewają różne, indywidualne powody optowania na rzecz konstytuującego się — dzięki ich przypadkowej, znacznej liczebności — paradygmatu nowego) — nie stanowi żadnego postępu poznawczego. Taki postęp poznawczy osiągnąć dopiero można właśnie na gruncie marksistowskiej teorii poznania naukowego, która — odrzucając „ideologię historyczną” (w Engelsowskim znaczeniu tego terminu) obydwu scharakteryzowanych wyżej, zwalczających się dziś stanowisk —jest w stanie doszukać się w sposób efektywny prawidłowości rozwojowych społecznej praktyki naukowej, dzięki uwzględnieniu momen­ tów następujących. (1) Rzeczone prawidłowości stanowią następstwo najogólniejszych prawidłowości ustalonych przez materializm historyczny, oraz tego stanu rzeczy, iż (2) nauka jako szczególny typ praktyki społecznej funkcjonuje w określony sposób w stosunku do całokształtu praktyki pozanaukowej, przede wszystkim tzw. praktyki materialnej, tzn. od­ powiada na określone jej zapotrzebowania obiektywne, (3) w każdym stadium swego rozwoju nauka wyposażona jest w społeczno-subiektywny regulator w postaci społecznej świadomości metodologicznej (częściowy odpowiednik Kuhnowskiego paradygmatu). Ponieważ owa społeczna świadomość metodologiczna zmienia się historycznie w zależ­ ności od sposobu funkcjonowania społecznego nauki (poszczególnych jej działów), przeto nie ma w tym niczego zaskakującego, że teorie powstałe w różnych stadiach rozwojowych, w kontekście różnych systemów norm i dyrektyw metodologicznych — bywają ze sobą nieporównywalne logicznie. Jednakże nieporównywalność logiczna nie jest nieporównywalnością absolutną; trzeba tylko opuścić teren „ideologii historycznej”, aby dostrzec powią­ zania typu pozalogicznego: każde zasadniczo nowe stadium rozwoju nauki dostarcza wiedzy wyjaśniającej nie—wiedzę dotychczasową, lecz jej minioną, ograniczoną efektywność praktyczną, a w konsekwencji fakt, że została w swoim czasie społecznie zaakceptowana przez określoną grupę społeczną. Tak przecież Marks postępował z materiałem, jaki reprezentowała zastana przez niego wiedza ekonomiczna: nie wcielał jej poprzez wyjaśnienie do swej teorii kapitalistycznego sposobu produkcji, lecz teorią tą właśnie odpowiedział

13

na pytanie, w jakich obiektywnych stosunkach społeczno-ekonomicznych wiedza ta musiała zostać zaakceptowana w klasie kapitalistycznych podmiotów produkcji. Naszkicowana powyżej konfrontacja Popperowskiego modelu rozwoju nauki z modelem zwolenników zasady spiritus fiat ubi vult oraz z pewnymi założeniami marksistowskiej teorii poznania naukowego — nie miała na celu wyłącznie intencji polemiczno-krytycznych; chodziło mi równocześnie o ukazanie niezmiernie pozytywnej roli, jaką przy kształtowaniu się powszechnego dziś pojmowania badań epistemologicznych, jako badań historycznych, odegrała Logika odkrycia naukowego. Nie jest to jednak jedyny wskaźnik znaczenia tego dzida. Zanim wszelako przedstawię następny, zdaniem moim — najistotniejszy, „współ­ czynnik” jego doniosłości, zwrócić muszę uwagę na pewien rzadko dostrzegalny, chociaż nader charakterystyczny dla Popperowskiej filozofii nauki moment. Otóż przyjęty przez autora Logiki odkrycia naukowego obraz nauki i jej rozwoju nale­ żałoby w zasadzie odnieść w równej mierze do nauk przyrodniczych, jak i do nauk hu­ manistycznych—jako że Popper jest zwolennikiem tezy naturalizmu metodologicznego (sam termin zresztą również pochodzi od niego), wedle której to tezy podstawowe normy i dyrektywy metodologiczne są wspólne dla* obydwu tych dziedzin nauki. Jednakże zesta­ wienie pod tym względem Logiki odkrycia naukowego z Nędzą historycyzmu oraz — przede wszystkim —że Społeczeństwem otwartym daje wynik zaskakujący: ujawnia pewną niekonsekwencję wewnętrzną systemu Popperowskiego. Okazuje się bowiem, że w wy­ mienionych dwóch dziełach ostatnich, poświęconych w znacznej mierze refleksji metodo­ logicznej nad humanistyką, formułuje się wprawdzie szereg wypowiedzi w duchu naturalistycznym, jednocześnie jednak postuluje się w gruncie rzeczy dla humanistyki sposoby postępowania naukowego — niezgodne z tymi, które — w odniesieniu do wszelkich nauk empirycznych — zostały zrekonstruowane i zaakceptowane w Logice odkrycia naukowego. Ograniczę się tutaj do jednego, podstawowego jednak, przykładu. Podczas gdy w naukach empirycznych ogólnie obowiązywać mają dyrektywy: (1) formułowania śmiałych i jak najogólniejszych hipotez oraz (2) surowej ich krytyki — w naukach humanistycznych, w takiej mierze, w jakiej stanowią one teoretyczną podstawę „ostrożnej inżynierii społecz­ nej”, przestrzegać należy zasady wysuwania twierdzeń o niskim stopniu ogólności (a co za tym idzie — o ubogiej treści empirycznej w sensie ustalonym w Logice odkrycia nauko­ wego) oraz — starannego, ich modyfikowania w wyniku konfrontacji tychże twierdzeń z następstwami wprowadzanych, drobnych zmian społecznych. Zmiany te winny być w każdym razie na tyle mało rewolucyjne oraz na tyle wyraźnie powiązane przyczynowo ze swymi przypuszczalnymi efektami, aby w każdej chwili można było z nich zrezygnować powracając do stanu pierwotnego. Stosunkowo łatwo można ustalić źródła tej niezgodności, jaka zarysowuje się między ogólną Popperowską filozofią nauki (czy też — nauk przyrodniczych) — oraz antyhipotetystyczną właściwie metodologią humanistyki rysującą się — w opozycji do deklaracji ogólnych — w Nędzy historycyzmu i Społeczeństwie otwartym. Stanowi je niechęć do „historycyzmu”, przede wszystkim — do materializmu historycznego, który właśnie jest teorią śmiałą (w sensie Poppera) i cechującą się wysokim stopniem ogólności. Z drugiej strony stanowi je przywiązanie do ideologii liberalizmu właściwej epoce kapitalizmu wolnokonkurencyjnego, które to przywiązanie łączy się nie tylko z zasygnalizowanym powyżej rysem Popperowskiej metodologii humanistyki, ale również z okolicznością, iż metodologia ta obejmuje dyrektywę indywidualizmu metodologicznego, zakładającą, że wszelkie pra-

14

widłowości rządzące społeczeństwem dadzą się 'wyjaśnić za pomocą prawidłowości doty­ czących jednostek. Jest rzeczą charakterystyczną, że ów indywidualizm metodologiczny, tak dobitnie zaakcentowany w obydwu wymienionych powyżej książkach Poppera, z trudnością daje się uzgodnić z jego koncepcją „trzeciego świata”, wyłożoną w Wiedzy obiektywnej, a wykazującą liczne podobieństwa do koncepcji ducha obiektywnego nie­ mieckiej filozofii idealistycznej. Tak więc, mówiąc obecnie o podstawowym — zdaniem moim — znaczeniu hipotetystycznej teorii poznania naukowego, mieć będę wyłącznie na względzie tę jej postać, w jakiej sformułowana jest ona dla wszelkich nauk empirycznych — z wysuwającym się na plan pierwszy przyrodoznawstwem; Logika odkrycia naukowego stanowi (najwcześniej­ szy) wykład tej właśnie teorii. Pomijam natomiast te wszystkie jej — zazwyczaj niekoherentne z nią — uzupełnienia, w których Popper wypowiada się przede wszystkim jako ideolog. Pobieżny choćby rzut oka na dzieje społecznej praktyki naukowej, na dzieje poszcze­ gólnych jej dziedzin — skłania do przyjęcia poglądu, iż pierwsze jej' stadium rozwojowe posiada charakter ateoretyczny; nauka w ramach tego stadium funkcjonuje w ten sposób względem pozanaukowej praktyki społecznej, z praktyką produkcyjną na czele, że do­ starcza jej przesłanek w postaci wiedzy reprezentowanej przez usystematyzowane deduk­ cyjnie i skodyfikowane treści potocznego doświadczenia społecznego. Na treści te składają się poszczególne, respektowane przez indywidualnych uczestników praktyki społecznej przekonania o postaci uogólniającej, dotyczące fenomenalistycznie pojętych związków przyczynowo-skutkowych. Są one bezpośrednio niejako generowane przez praktykę. Nie miejsce tu na dokładniejszą charakterystykę początków nauki, ani też na szkic choćby wyjaśnienia tego stanu rzeczy, iż początki owe tak właśnie wyglądały. Dodam więc tylko jeszcze, iż równoległy do przedteoretycznego stadium nauki stan rozwoju^społecznej praktyki pozanaukowej nie wysuwał w każdym razie względem tej pierwszej funkcjonalnego wymogu budowania teorii; ponadto zaś — iż filozoficzną werbalizację społecznej świado­ mości metodologicznej nauki tęgo stadium stanowi pozytywistyczna teoria poznania w różnych jej wariantach historycznych (odpowiadających różnym dziedzinom praktyki naukowej): od Bacona po neopozytywizm. Związek pozytywizmu z przedteoretycznym stadium rozwoju nauki staje się dość oczywisty przy bliższej analizie treści poszczególnych tez oraz norm epistemologicznych formułowanych w ramach tej fenomenalistycznie oraz indukcjonistycznie zorientowanej filozofii. Moment, w którym nauka zaczyna konstruować teorie, tj. systemy twierdzeń niezgodne czy nawet logicznie nieporównywalne z przekonaniami potocznego doświadczenia spo­ łecznego (wyjaśniające natomiast ich dotychczasową, względną i ograniczoną efektywność praktyczną), kiedy zaczyna w coraz szerszym zakresie odwoływać się do specyficznie naukowego, opartego już na przesłankach teoretycznych, doświadczenia społecznego (generowanego np. w praktyce laboratoryjno-eksperymentalnej), nazwać można momentem przełomu antypozytywistycznego. Przełom ten najwcześniej wystąpił w dziedzinie nauk przyrodniczych wraz z wyłonieniem się fizyki nowożytnej. Można przy tym, jak sądzę, wykazać, iż decydującą rolę w tym względzie odegrało uformowanie się kapitalistycznego sposobu produkcji, którego dalszy rozwój zdeterminował funkcjonalnie szybkie postępy poznawcze nauk dostarczających przesłanek technologicznych dla produkcji kapitali­ stycznej.

15

Pierwszym, pełnym systemem filozoficznym, wyrażającym społeczną świadomość meto­ dologiczną nauki, ściślej — nauk przyrodniczych (fizyki głównie), w okresie przełomu antypozytywistycznego, była zapewne epistemologia Kanta z jej podkreśleniem pierwotności pojęciowego aparatu teoretycznego względem danych doświadczenia. Epistemologia Poppera stanowi inny wariant historyczny filozoficznego zapisu społecznej świadomości metodologicznej nauki wchodzącej w stadium teoretyczne. Doniosłość jej nie tylko na tym polega, że stanowi subiektywny wyraz pewnego zwrotnego punktu w dziejach nauki, ale również — i na tym, że stanowi wyraz szczególnie adekwatny i dojrzały. Przejawia się to między in. w fakcie, iż hipotetystyczna teoria poznania naukowego skonstruowana jest w sposób zgodny z wysuwanymi przez nią normami i dyrektywami metodologicznymi, co sprawia, że nie potrzebuje plasować samej siebie przed nauką czy ponad nauką, jak to ma miejsce w przypadku np. kantyzmu. Ustalenie obiektywno-historycznego odniesienia przedmiotowego epistemologii hipotetystycznej jest z marksistowskiego punktu widzenia podstawowym zabiegiem badawczym przy jej analizie. Oczywiście można zestawiać poszczególne rysy tej koncepcji z założeniami marksistowskiej teorii poznania naukowego, tak jak próbowałem to powyżej uczynić w odniesieniu do hipotetystycznego pojmowania rozwoju nauki; odnotowanie najbardziej podstawowych rozbieżności jest pożyteczne dla uzyskania ogólnej orientacji. Jednakże odpowiedź na pytanie, dlaczego w ramach danej epistemologii pojawiły się momenty fałszujące adekwatny obraz nauki, a ogólniej — na pytanie, co w danej epistemologii stanowi względnie adekwatny odpowiednik rzeczywistej praktyki naukowej odpowied­ niego okresu, co zaś stanowi efekt deformującego wpływu jej ukierunkowania ideolo­ gicznego — jest możliwa dopiero wówczas, kiedy rozpoznane zostanie jej, jak to określi­ łem, obiektywno-historyczne odniesienie przedmiotowe. Niemożliwe jest oczywiście w ramach niniejszego słowa wstępnego dokładniejsze po­ równanie hipotetystycznego obrazu nauki z okresu przełomu antypozytywistycznego z fak­ tycznym stanem praktyki naukowej z tego okresu. Niemożliwe — także i z tego względu, iż brak jeszcze wielu zaakceptowanych powszechnie w filozofii marksistowskiej ele­ mentów charakterystyki tego stanu. Zwrócę wyłącznie tedy — na zakończenie — uwagę na kilka momentów, ze względu na które uznać można hipotetyzm za jeden z podsta­ wowych zapisów filozoficznych światopoglądu nauki doby przełomu antypozytywistycz­ nego. Po pierwsze zatem, przyjmuje się tutaj, że wprawdzie nauka jest swojego rodzaju „przedłużeniem” poznania zdroworozsądkowego, czyli — w mej terminologii — pozna­ nia zawartego w potocznym doświadczeniu społecznym, jednakże „przedłużenie” to posiada odmienną strukturę. Nawiasem mówiąc, nie sądzę, aby jakakolwiek teoria poznania naukowego, poza marksistowską, zdolna była przekonywająco uporać się z kwestią, na czym w gruncie rzeczy polega owo „przedłużenie” będące przecież jednocześnie negacją poznania zdroworozsądkowego; zarys rozwiązania tej kwestii znajdujemy u Marksa, w jego rozważaniach nad stosunkiem pozoru (obraz pewnej dziedziny rzeczywistości dany w potocznym doświadczeniu społecznym) do istoty (naukowo-teoretyczne ujęcie tejże dziedziny) oraz — w jego specyficznym sposobie poznawczego korzystania ze szczególnego przypadku pozoru, jaki stanowią wyobrażenia kapitalistycznych podmiotów produkcji, przy konstrukcji teorii tego właśnie sposobu produkcji. Po drugie, przeciwstawiając się pozytywistycznemu utożsamieniu wiedzy zdrowo-

16

rozsądkowej z jedyną prawomocną wiedzą o świecie (teoria naukowa winna być — według pozytywistów — przekładalna na fenomenalistyczny język Carnapowskiego „człowieka z ulicy”), hipotetyzm odrzuca z kolei dominację doświadczenia nad teorią. Zdania bazowe, które w ramach tej orientacji reprezentują doświadczenie społeczhe, są odwoływalne w przy­ padku, gdy zachodzi niezgodność między doświadczeniem a teorią; równie dobrze możemy opowiedzieć się w tej sytuacji za zaakceptowanymi uprzednio zdaniami bazowymi, jak też odrzucić je w wyniku dalszej ich kontroli. Ten drugi moment jest szczególnie charakterystyczny dla nauki wstępującej w stadium teoretyczne; zawiesza ona — w ramach abstrakcji — zdroworozsądkowe mniemania potocznego doświadczenia, takie, jak przekonanie, że słońce porusza się względem ziemi, że spadek ciała zależy od jego „ciężaru”, że ciało, na które nie działa żadna siła, pozostaje w spoczynku itd., a następnie z reguły odrzuca je. Mc też dziwnego, że w tym właśnie punkcie hipotetyzm natrafia na szczególny opór ze strony zwolenników epistemologii pozytywistycznej, która — w chwili, gdy nauka wkracza w stadium teoretyczne — stanowi niewątpliwie czynnik konserwatywny, hamujący dalszy jej rozwój za pośrednictwem przeko­ nania o nieodwoływalności czy szczególnej pewności zdań opartych bezpośrednio na doświadczeniu i postulując definiowalność pojęć teoretycznych za pomocą pojęć obserwa­ cyjnych. Nawiasem mówiąc, kontynuatorzy neopozytywizmu, nie będąc już w stanie utrzymać tezy o przekładalności teorii naukowych na fenomenalistyczny język obserwa­ cyjny, bronią przynajmniej (np. „późniejszy” Carnap) poglądu instrumentalistycznego, według którego, jedynie wiedza fenomenalistyczna zinterpretowana być może realistycznie, natomiast teoria naukowa jest wyłącznie „czystym rachunkiem”. Po trzecie, hipotetyzm — w opozycji do pozytywizmu — wysuwa antypsychologistyczną koncepcję zdań bazowych, całej zresztą wiedzy naukowej (jako wiedzy obiektyw­ nej — koncepcja ta została rozbudowana przez Poppera właśnie w jego Wiedzy obiektyw­ nej). Zdania bazowe nie stanowią zapisu doznań zmysłowych poszczególnych jednostek, nie są też w nauce akceptowane (warunkowo) w oparciu o owe doznania; te ostatnie nie bardziej je uzasadniają niż „uderzenie pięścią w stół”. Poszczególne jednostki uznają je wprawdzie na podstawie własnych doznań, ale z punktu widzenia „wiedzy obiektywnej” rolę decydującą odgrywa intersubiektywna na nie zgoda. Ten antypsychologizm wywołał również zdecydowany sprzeciw pozytywistów oraz — co zaskakujące — niektórych mark­ sistów. Nie zdają sobie oni sprawy, że atakują antypozytywistyczne pojmowanie zdań bazowych bynajmniej nie w imieniu epistemologii marksistowskiej, lecz jedynie — swych zdroworozsądkowych odruchów, utwierdzonych długim panowaniem myśli pozytywi­ stycznej. Psychologizm tej ostatniej daje się jeszcze względnie skutecznie bronić w odnie­ sieniu do przedteoretycznego stadium rozwoju nauki, kiedy to zapisuje ona po prostu zdroworozsądkowe mniemania potocznego doświadczenia społecznego; przy nieświado­ mości faktu, że doświadczenie to generowane jest przez praktykę społeczną, stosunkowo łatwo jest opis społecznego procesu jego gromadzenia się mistyfikująco zastąpić opisem procesu indywidualnego przyswajania treści owego doświadczenia przez poszczególne jednostki. Ich indywidualne uczenie się za pośrednictwem zmysłów ukazane zostało w ten sposób przez pozytywizm jako rozwój poznania. Jednakże w okresie teoretycznym nauka w coraz szerszym zakresie zaczyna korzystać z teoretycznie przygotowanego w praktyce naukowej, specjalnego doświadczenia społecznego: fakt, że nie jest ono „wysnute” z doznań zmysłowych „człowieka z ulicy” staje się w związku z tym coraz bardziej widoczny. 2 — Logika odkrycia naukowego

17

Oczywiście Popper, trafnie wysuwając swą antypsychologistyczną (społeczną w gruncie rzeczy) koncepcję doświadczenia, nie mógł siłą rzeczy odwołać się do pojęcia praktyki społecznej, nie mógł odpowiedzieć na pytanie, co stanowi źródło mniej lub bardziej po­ wszechnej zgody na poszczególne konstatacje bazowe; stąd też koncepcja jego posiada wyraźne rysy konwencjonalistyczne. Czwarty z kolei moment łączący hipotetystyczną epistemologię z teoretycznym stadium rozwoju nauki — stanowi związana z momentem poprzednim i zasygnalizowana zresztą przed chwilą idea o „impregnowaniu obserwacji przez teorię’*. Idea ta znajduje swój od­ powiednik we wspomnianym tu już teoretycznym przygotowywaniu doświadczalnych faktów (laboratoryjno-eksperymentalnych) przez naukę z tego stadium. Na koniec podkreślić należy realistyczną orientację hipotetyzmu. Była tu już mowa o tym, że neopozytywista w obliczu ewidentnego faktu nieprzekładalności teorii naukowej na język fenomenalistyczny broni przynajmniej instrumentalizmu: teoria nie daje się wprawdzie przełożyć na język obserwacji, ale też nie mówi niczego o świecie, jest „czystym rachunkiem” służącym jako instrument porządkowania faktycznej wiedzy o rzeczywi­ stości — wiedzy fenomenalistycznej. Otóż instrumentalizm ten z jednej strony związany jest już niewątpliwie z teoretycznym stadium rozwoju nauki, bowiem rejestruje fakt ist­ nienia teorii, jednakże jego funkcja względem nauki jest konserwatywna, broniąc świato­ poglądu pozytywistycznego (tylko zdroworozsądkowa wiedza zgromadzona w doświad­ czeniu społecznym nadaje się do realistycznej interpretacji, prezentuje wiarogodny obraz świata), zajmuje w przypadku wystąpienia dwóch teorii konkurencyjnych, takich np. jak falowa oraz korpuskulama teoria materii, stanowisko, iż obydwie nadają się do akceptacji, jeśli tylko obydwie skutecznie porządkują odpowiednio różne dziedziny faktów doświad­ czalnych. Nie ma natomiast sensu pytać się, która z nich jest prawdziwa, bądź też pytać się, czy przypadkiem obydwie nie są fałszywe, prawdziwa natomiast teoria czeka na swe odkrycie. Nie ma sensu — ponieważ pojęcia prawdziwości i fałszywości (w ich epistemologicznym rozumieniu) nie mogą być zastosowane w odniesieniu do „czystego rachunku”; można jedynie mówić o większej lub mniejszej jego efektywności jako narzędzia. Jeśli obydwie teorie konkurencyjne efektywnie porządkują dane doświadczalne, to obydwie należy przyjąć — każdą w odniesieniu do innej dziedziny tych danych. Zupełnie tak samo nie ma sensu pytać się, czy lepszy jest młotek czy obcążki; obydwa te narzędzia są użyteczne, jakkolwiek w różnych dziedzinach. Opozycjonista instrumentalizmu — realista, zakładający, iż teoria naukowa posiada odniesienie przedmiotowe w rzeczywistości obiektywnej (różnej od wykonstruowanej przez nią dziedziny abstrakcyjnej), a w związku z tym wyraża lepsze lub gorsze jej poznanie, postuluje poszukiwanie nowych teorii reprezentujących postęp poznawczy, czyli o wyższej „zawartości prawdziwościowej” (truth-content), by użyć terminu Poppera. Z tego właśnie powodu uznać można, iż realistycznie nastawiona, hipotetystyczną teoria poznania nauko­ wego należy do rzędu tych epistemologii, które — w przeciwieństwie np. do orientacji instrumentalistycznych — funkcjonują naukotwórczo. Oczywiście, hipotetyzm, podobnie jak i wiele innych systemów teoriopoznawczych, operuje czysto logicznym, semantycznym pojęciem odniesienia przedmiotowego oraz prawdy. Są one w pewnych granicach użyteczne, bowiem — co ujawnia dopiero ich analiza przeprowadzona z punktu widzenia marksistowskiej epistemologii historycznej — sta­ nowią precyzyjne pod względem formalnym eksplikacje pojęć wyrażających odpowiednie 18

stosunki określonych tworów językowych do społecznie funkcjonujących (w nauce czy poza nią) wyobrażeń o rzeczywistości. Posiadają przeto w gruncie rzeczy charakter społeczno-subiektywny. Utożsamienie owych stosunków z obiektywnymi relacjami epistemologicznymi zakłada jednak utożsamienie społecznie funkcjonującego wyobrażenia o rzeczy­ wistości z rzeczywistością samą, a zatem jest wyrazem idealizmu2. Natomiast w mark­ sistowskiej teorii poznania na pierwszy plan wysuwa się związek między rzeczywistością obiektywną oraz społecznie funkcjonującymi jej wyobrażeniami; posiada on charakter pozalogiczny: podstawowe ogniwo łączące stanowi tu praktyka społeczna. Okoliczność, że autor Logiki odkrycia naukowego, wraz ze wszystkimi idealistycznymi teoretykami poznania, związku tego nie uwzględnia i nie może uwzględniać, sprawia, iż jego realizm nie przekracza horyzontów społeczno-subiektywnego pojęcia prawdy. Nie przekreśla to jednak faktu, że należy on do wąskiego kręgu epistemologów najdobitniej wyrażających społeczną świadomość metodologiczną nauki w okresie przełomu antypozytywistycznego. Jerzy Kmita * Obszerniej temat ten traktuje mój szkic Uwagi o neopozytywistycznej teorii poznania, „Człowiek i Światopogląd”, 1976, nr 2. Podobnie obszerniejszą charakterystykę funkcji epistemologii hipotetystycznej zawiera artykuł A. Pałubickiej Epistemologia hipotetystyczna jako subiektywny wyraz antypozytywistycznego przełomu w nauce, „Studia Metodologiczne” nr 15.

i

PRZEDMOWA DO PIERWSZEGO WYDANIA. 1934 Spostrzeżenie, iż człowiek ostatecznie rozwiązał swe najniewdzięczniejsze problemy, stanowi niewielką po­ ciechę dla znawcy filozofii, który nie może pozbyć się obawy, że filozofia nie zdoła nigdy postawić problemu autentycznego. M. Schlick (1930)

Ze swej strony wyznaję pogląd całkiem odmienny' i twierdzę, że ilekroć spór rozpalał się na czas dłuższy, szczególnie na polu filozofii, na dnie jego nie krył się nigdy problem jedynie słowny, ale zawsze autentyczny problem dotyczący rzeczy. I. Kant (1786)

Naukowiec, poświęcający się jakiemuś badaniu, powiedzmy w dziedzinie fizyki, za­ atakować może problem wprost. Może bezzwłocznie zmierzać do sedna sprawy, to znaczy do sedna pewnej zorganizowanej struktury. Struktura teorii naukowych już bowiem istnieje, a wraz z nią ogólnie przyjęta sytuacja badawcza. Z tego też powodu naukowiec może pozostawić innym troskę o umiejscowienie swego dorobku w ramach wiedzy naukowej. Sytuacja filozofa jest odmienna. Nie staje przed strukturą zorganizowaną a raczej przed czymś, co przypomina stertę gruzów (choć możliwe, że jest pod nimi zasypany skarb). Nie może powołać się na fakt istnienia ogólnie przyjętej sytuacji badawczej; bowiem fakt, iż niczego takiego nie ma, jest zapewne jedynym faktem ogólnie przyjętym. W istocie pytanie o to, czy filozofia kiedykolwiek zdoła postawić problem autentyczny, stało się obecnie obiegowym pytaniem w kręgach filozoficznych. Jednakże są jeszcze tacy, którzy wierzą, że filozofia zdolna jest do stawiania auten­ tycznych problemów dotyczących rzeczy, którzy więc ciągle mają nadzieję prowadzenia nad nimi dyskusji i położenia kresu przygnębiającym monologom, jakie obecnie uchodzą za dyskusje filozoficzne. A jeśli zdarzy się, iż przyjęcie żadnego z istniejących wyznań wiary okaże się niemożliwe, wszystko co mogą oni zrobić, to zacząć na nowo, od samego po­ czątku. Wiedeń, jesień 1934.

PRZEDMOWA DO PIERWSZEGO WYDANIA ANGIELSKIEGO. 1959 W dawnej mojej przedmowie z 1934 roku starałem się wyjaśnić — choć obawiam się, że zbyt skrótowo — postawę, którą zajmowałem wobec sytuacji wówczas w filozofii dominującej, a szczególnie wobec ówczesnej filozofii lingwistycznej oraz szkoły analityków języka. W niniejszej, nowej przedmowie zamierzam wyjaśnić swoją postawę wobec sytuacji obecnej i wobec dwóch dziś dominujących szkół analizy języka. Analitycy języka są dla mnie tak samo ważni dziś jak byli wtedy; nie tylko jako oponenci, lecz także jako sojusz­ nicy, gdyż zapewne pozostali niemal jedynymi filozofami, którzy podtrzymują pewne tra­ dycje filozofii racjonalnej. Analitycy języka uważają, że nie ma autentycznych problemów filozoficznych, lub że problemy filozoficzne — o ile w ogóle istnieją — dotyczą użycia językowego lub znaczeń słów. Sądzę jednak, iż istnieje co najmniej jeden problem filozoficzny, zaprzątający wszyst­ kich myślących ludzi. Jest nim problem kosmologii: dążenie do zrozumienia świata, którego częścią jesteśmy my sami oraz nasza wiedza. Uważam, że wszelka nauka jest kosmologią, a wartość, jaką ma dla mnie filozofia, wartość nie mniejsza od wartości nauki, leży wyłącznie w dokonanym przez nią wkładzie w kosmologię. Zarówno filozofia, jak i nauka straciłyby całą atrakcyjność — w każdym razie dla mnie — gdyby dążenia tego zaniechały. Ważną jego część stanowi na pewno zrozumienie funkcji języka, nie chodzi tu jednak o ujmowanie problemów jedynie jako „zagadek” językowych. Analitycy języka uważają, iż stosują jedną ze specyficznych metod filozofii. Sądzę, że są oni w błędzie, gdyż przekonany jestem o słuszności następującej tezy: Filozofowie mają tę samą co inni swobodę posługiwania się każdą metodą w dążeniu do prawdy. Nie istnieje specyficzna metoda filozofii. Druga teza, którą chciałbym tu wysunąć, jest następująca. Centralnym problemem epistemologii zawsze był i jest nadal problem rozwoju wiedzy. A rozwój wiedzy badać można najlepiej badając rozwój wiedzy naukowej. Nie sądzę, ażeby badanie rozwoju wiedzy dało się zastąpić badaniem użyć językowych lub systemów językowych. A jednak skłonny jestem przyznać, że istnieje metoda, którą można by opisać jako „jedyną metodę filozofii”. Nie jest ona jednak właściwa tylko filozofii; jest raczej jedyną metodą wszelkiej racjonalnej dyskusji, zatem tak metodą nauk przyrodniczych, jak i

21

i filozofii. Metoda, którą mam na myśli, polega na stawianiu problemu i krytycznym rozpatrywaniu rozmaitych wysuwanych rozwiązań. Słowa „racjonalna dyskusja” i „krytyczny” napisałem rozstrzelonym drukiem by pod­ kreślić, iż zrównuję postawę racjonalną i postawę krytyczną. Rzecz w tym, że proponując rozwiązanie jakiegoś problemu winniśmy raczej usilnie dążyć do tego, by rozwiązanie to obalić, niż je bronić. Niestety, niewielu spośród nas postępuje zgodnie z tym nakazem, ale na szczęście uwag krytycznych nie poskąpią nam inni, gdybyśmy nie zdołali zrobić tego sami. Krytyka będzie jednak owocna tylko wówczas, gdy problemy stawiać będziemy tak jasno, jak tylko zdołamy, a rozwiązaniom nadamy postać wystarczająco określoną — postać, w której można je rozważyć krytycznie. Nie przeczę, że coś, co opatruje się nazwą „analizy logicznej” może odegrać pewną rolę w procesie wyjaśniania i dociekliwego badania zarówno interesujących nas zagadnień, jak i proponowanych rozwiązań; nie twierdzę, że metody „analizy logicznej” i „analizy języka” koniecznie muszą być bezużyteczne. Teza moja brzmi raczej tak, iż daleko tym metodom do tego, by były jedynymi metodami przynoszącymi korzyść filozofii i że w żad­ nym wypadku nie są dla filozofii specyficzne. Nie są bardziej specyficzne dla filozofii niż dla jakiegokolwiek dociekania naukowego lub racjonalnego. Można by zapewne zapytać, jakimi innymi „metodami” posłużyć się może filozof. Moja odpowiedź jest taka, że chociaż istnieje sporo rozmaitych „metod”, nie zależy mi wcale na ich wyliczaniu. Jest mi obojętne, jakich metod używa filozof (lub ktokolwiek inny), dopóki bada interesujące zagadnienie i dopóki rzeczywiście stara się je rozwiązać. Spośród wielu metod, którymi może posłużyć się filozof — co oczywiście zawsze zależy od konkretnego, badanego zagadnienia — jedna wydaje mi się warta wzmianki. Stanowi ona odmianę (obecnie niemodnej) metody historycznej. Polega po prostu na próbie stwier­ dzenia, co inni myśleli i powiedzieli na temat interesującego nas problemu: dlaczego postawili go, jak go formułowali, jak próbowali rozwiązać. Jest to, jak sądzę ważne, gdyż wchodzi w skład ogólnej metody dyskusji racjonalnej. Zignorowanie tego, co inni ludzie myślą obecnie, lub myśleli w przeszłości, musi dyskusji takiej położyć kres, choć każdy z nas może dalej z zadowoleniem mówić sam do siebie. Niektórzy filozofowie z mówienia do siebie samych uczynili cnotę; być może dlatego, iż mieli poczucie, że nie ma nikogo, z kim warto by pomówić. Obawiam się, że filozofowanie w ten nieco podniosły sposób stanowić może symptom zmierzchu dyskusji racjonalnej. Bez wątpienia Bóg rozmawia głównie z sobą samym, gdyż nie istnieje nikt, z kim warto byłoby Mu mówić. Ale filozof powinien wiedzieć, że jest podobny bogom nie bardziej od innych. Istnieje kilka historycznie interesujących powodów przemawiających na rzecz roz­ powszechnionego przekonania, iż prawdziwą metodą filozofii jest to, co nazywamy „analizą językową”. Jednym z owych powodów jest słuszne przekonanie, że do rozwiązania paradoksów logicznych w rodzaju paradoksu kłamcy („w tej chwili kłamię”) lub paradoksów sfor­ mułowanych przez Russella, Richarda i innych, potrzebna jest metoda analizy językowej, przynosząca sławne rozróżnienie pomiędzy sensownymi (lub „poprawnie zbudowanymi”) a bezsensownymi wyrażeniami języka. To słuszne przekonanie bywa następnie często łączone z mylnym mniemaniem, że źródłem tradycyjnych problemów filozofii są próby zmierzające do rozwiązania paradoksów filozoficznych, o strukturze analogicznej do struktury paradoksów logicznych, tak iż rozróżnienie między wypowiedzią sen-

22

sowną i bezsensowną musi również w filozofii mieć kapitalne znaczenie. Bardzo łatwo można się przekonać, iż mniemanie to jest błędne. A przekonać nas o tym może właśnie analiza logiczna. Pokazuje ona bowiem, że w żadnym z tzw. paradoksów filozoficznych — nawet w antynomiach Kanta —■ nie spotkamy pewnego charakterystycznego typu zwrotności czy samo-odniesienia, stale obecnego w paradoksach logicznych. Główny powód wynoszenia metody analizy językowej nad inne wydaje się jednak następujący. Istniało poczucie, że tzw. „nowe badanie idei” Locke’a, Berkeleya i Hume’a, czyli psychologiczna, a raczej pseudopsychologiczna metoda badania idei oraz ich pochodzenia ze zmysłów, winna ustąpić miejsca metodzie bardziej „obiektywnej”, a mniej genetycznej. Istniało poczucie, iż winniśmy poddawać analizie raczej słowa i ich znaczenia oraz użycia, niż „idee” lub „koncepcje” czy „pojęcia”; że winniśmy analizować raczej sądy logiczne, twierdzenia lub zdania, niż „myśli”, „przekonania” lub „sądy”. Chętnie przyznam, że zastąpienie „nowego badania idei” Locke’a przez „nowe badanie słów” stanowiło postęp i to postęp pilnie potrzebny. Zrozumiałe, że ci, którzy niegdyś jedyną prawdziwą metodę filozofii widzieli w „nowym badaniu idei”, skłonić się mogli ku przekonaniu, że „nowe badanie słów” jest jedyną prawdziwą metodą filozofii. Stanowczo nie zgadzam się z tym prowokującym poglądem, poczynię jednak na ten temat tylko dwie uwagi krytyczne. Po pierwsze, „nowe badanie idei” nigdy nie miało występować jako główna metoda filozofii, a tym bardziej jako jedyna metoda prawdziwa. Nawet Locke wprowadził ją jedynie jako metodę pewnych rozważań wstępnych (w preliminariach do nauki etyki); zarówno u Berkeleya, jak i u Hume’a służyła ona głównie jako broń, nękająca oponentów. Ich własna interpretacja świata — świata rzeczy i ludzi — na przekazaniu której im zależało, nigdy na tej metodzie nie była oparta. Nie budował na niej Berkeley poglądów na religię, ani Hume teorii politycznych (choć opierał na niej swój determinizm). Ale najpoważniejszy mój zarzut, skierowany wobec przekonania, iż albo „nowe ba­ danie idei”, albo „nowe badanie słów” jest główną metodą teorii poznania — czy, być może, nawet filozofii — jest następujący. Problem epistemologii ujmować można dwojako: (1) jako problem wiedzy zdrowo­ rozsądkowej czy potocznej, lub (2) jako problem wiedzy naukowej. Filozofowie, którzy wyżej cenią pierwsze z tych podejść, utrzymują słusznie, że wiedza naukowa może być jedynie rozszerzeniem wiedzy zdroworozsądkowej, a także sądzą mylnie, że wiedza zdroworozsądkowa łatwiej niż naukowa poddaje się analizie. Tym sposobem filozofom owym udaje się zastąpić „nowe badanie idei” przez analizę języka potocznego, języka, w którym formułowana jest wiedza zdroworozsądkowa. Zastępują oni analizę widzenia, percepcji, poznania lub wiary przez analizę zwrotów: „widzę”, „postrzegam”, lub „wiem”, „wierzę”, „utrzymuję, że jest to możliwe”; albo, być może, przez analizę zwrotu „być może”. Zwolennikom tego podejścia w teorii poznania odpowiedziałbym w sposób następujący. Aczkolwiek zgadzam się, że wiedza naukowa jest jedynie rozszerzeniem wiedzy potocznej czy zdroworozsądkowej, utrzymuję jednakże, iż najbardziej doniosłe i najciekawsze pro­ blemy epistemologiczne pozostać muszą całkowicie niewidoczne dla tych, którzy ograni­ czają się do analizy wiedzy potocznej czy zdroworozsądkowej lub jej ujęcia w języku potocznym. Pragnę podać tutaj jeden tylko przykład problemów, o jakie mi idzie: problem rozwoju naszej wiedzy. Krótki namysł pokaże, iż większość zagadnień, związanych z rozwojem 23

wiedzy nieuchronnie wykraczać musi poza wszelkie badanie, ograniczone do wiedzy zdroworozsądkowej, przeciwstawionej wiedzy naukowej. Najważniejszym bowiem sposo­ bem, w jaki rozwija się wiedza zdroworozsądkowa jest właśnie przeistaczanie się jej w wiedzę naukową. Wydaje się ponadto jasne, że rozwój wiedzy naukowej stanowi najważniejszy i najbardziej interesujący przypadek rozwoju wiedzy. Należy w tym kontekście pamiętać, że niemal wszystkie zagadnienia epistemologii tradycyjnej wiążą się z problemem rozwoju wiedzy. Skłonny jestem powiedzieć nawet więcej: od Platona do Kartezjusza, Leibniza, Kanta, Duhema i Poincarćgo; oraz od Bacona, Hobbesa i Locke’a do Hume’a, Milla i Russella teorię poznania inspirowała nadzieja, iż pozwoli nam ona nie tylko na lepsze poznanie wiedzy, lecz także przyczyni się do pchnięcia wiedzy naprzód — wiedzy naukowej. (Pośród wielkich filozofów jedynym chyba wyjątkiem od tej reguły, jaki przychodzi mi na myśl, jest Berkeley). Większość filozofów, upatrujących w analizie języka potocznego specyficzną metodę filozofii, utraciła -zapewne ów godny podziwu optymizm, jaki niegdyś inspirował tradycję racjonalistyczną. Wydaje się, że przy­ jęli on/postawę rezygnacji, jeśli nie rozpaczy. Nie tylko pozostawiają naukowcom posu­ wanie wiedzy naprzód, ale nawet określają filozofię w taki sposób, by z definicji stała się niezdolna do wnoszenia wkładu w naszą wiedzę o świecie. Nie nęci mnie samookaleczenie, jakiego domaga się owa nadspodziewanie dobrze trafiająca do przekonania definicja. Nie istnieje nic takiego jak esencja filozofii, którą można oddestylować i skondensować w definicji. Definicja słowa „filozofia’* może mieć jedynie charakter konwencji czy umowy, lecz jeśli chodzi o mnie, to nie widzę, jakie zalety miałaby przynieść arbitralna propozycja zdefiniowania słowa „filozofia” w taki sposób, by całkowicie udaremnić wszelkie próby wnoszenia własnego wkładu w rozwój wiedzy o świecie, jakie bzfdacz filozofii mógłby podjąć jako filozof. Wydaje mi się też paradoksalne, że filozofowie, szczycący się specjalizacją w badaniu języka potocznego, są tym niemniej przekonani, iż w problemach kosmologii orientują się na tyle dobrze, by mieć pewność, iż w istocie swej odbiega ona od filozofii tak znacznie, że filozofia niczego wnieść do niej nie może. I niewątpliwie są oni w błędzie. Jest bowiem faktem, że idee czysto metafizyczne — a zatem idee filozoficzne — mają dla kosmologii znaczenie najdonioślejsze. Idee metafizyczne wiodły od Talesa do Einsteina, od staro­ żytnego atomizmu dq rozważań Kartezjusza nad materią, od rozważań Gilberta, Newtona, Leibniza i Boscovica dotyczących sił do rozważań Faradaya i Einsteina dotyczących pól sił. Takie są, pokrótce, racje, na których opieram przekonanie, że nawet w dziedzinie epistemologii pierwsze z wymienionych wyżej podejść — to znaczy badanie wiedzy na drodze analizy języka potocznego — jest zbyt wąskie i nieuchronnie przeoczyć musi problemy najbardziej interesujące. Jestem jednak daleki od jednomyślności z wszystkimi tymi filozofami, którzy są zwo­ lennikami podejścia drugiego — podejścia polegającego na analizie wiedzy naukowej. Aby łatwiej wyjaśnić, w jakich punktach się z nimi zgadzam, a w jakich się nie zgadzam, zamierzam filozofów, opowiadających się za podejściem drugim, podzielić na dwie grupy, jakby na wilki i owce. Do grupy pierwszej należą ci, których zamiarem jest badanie „języka nauki**, a wybraną metodą filozoficzną konstruowanie sztucznych języków modelowych; chodzi tu o konstruo­ wanie tego, co oni uważają za modele „języka nauki”. Grupa druga nie ogranicza się do badania języka nauki lub jakiegoś innego języka

24

i nie dysponuje żadną wybraną metodą filozoficzną. Członkowie jej filozofują na wiele rozmaitych sposobów, gdyż dążą do rozwiązania wielu różnych problemów; z zadowole­ niem powitają każdą metodę, o ile dojdą do wniosku, że stać się ona może pomocna w jaśniejszym stawianiu problemów lub znajdywaniu choćby prowizorycznych rozwiązań. Zajmę się najpierw tymi, którzy obrali metodę konstruowania sztucznych modeli języka nauki. Historycznie rzecz biorąc, oni także wyszli od „nowego badania idei”. I oni również zastępują analizą językową (pseudo)psychologiczną metodę dawnego „nowego , badania”. Być może dzięki duchowemu pokrzepieniu, jakie niesie nadzieja wiedzy „ścisłej”, „dokładnej” czy „sformalizowanej”, wybranym przedmiotem analizy językowej staje się „język nauki”, a nie język potoczny. Na nieszczęście wydaje się jednak, iż nie istnieje nic takiego jak jeden „język nauki”. Stają więc oni przed koniecznością skonstruowania go. Jednakże skonstruowanie pełnowymiarowego, roboczego modelu jakiegokolwiek języka nauki —języka, w którym moglibyśmy uprawiać realną naukę taką jak fizyka — okazuje się w praktyce dość trudne; z tego powodu badacze owi pochłonięci są konstruowaniem skomplikowanych modeli roboczych — ogromnych systemów składających się z drobnych pomysłów. i Według mnie tej grupie filozofów dostaje się wszystko, co najgorsze. Wskutek posługi­ wania się metodą konstrukcji miniaturowych języków modelowych nie dostrzegają za­ gadnień w teorii poznania najciekawszych, związanych z rozwojem wiedzy. Złożoność aparatury nie stoi bowiem w żadnym związku z jej efektywnością i w praktyce żadna ważniejsza teoria naukowa nie da się sformułować za pomocą owych ogromnych systemów, skonstruowanych z drobiażdżków. Owe języki modelowe nie pozostają w żadnym związku ani z nauką, ani ze drowym rozsądkiem. W rzeczy samej modele „języka nauki”, konstruowane przez tych filozofów, nie mają nic wspólnego z językiem współczesnej nauki, co widać z następujących uwag, odnoszących się do trzech najbardziej znanych języków modelowych. (Mówi się o nich w przypisie 13 i 15 do uzupełnienia #viii oraz w przypisie *2 do § 38.) W pierwszym języku modelowym brak nawet środków do wyrażenia identyczności. W konsekwencji nie można sformułować równania, nie zawiera on nawet najbardziej podstawowej arytmetyki. Drugi język modelowy funkcjonuje tak długo, póki nie wzbogacimy go środkami dowodzenia zwykłych twierdzeń' arytmetycznych — np. twierdzeniem Euklidesa, że nie istnieje największa liczba pierwsza lub nawet zasadą, iż każda liczba ma następnik. W trzecim języku modelowym — naj­ bardziej z nich wszystkich znanym i rozwiniętym — także nie można sformułować mate­ matyki, a również — co j.est jeszcze ciekawsze — nie można męwić o własnościach mie­ rzalnych. Z tych, i wielu innych powodów, trzy wspomniane języki modelowe są zbyt ubogie, by posłużyć się nimi mogła jakaś nauka. Oczywiście są one także zasadniczo uboższe od języków potocznych, wliczając nawet języki najbardziej prymitywne. Wspomniane ograniczenia nałożono na języki modelowe po prostu dlatego, że w prze­ ciwnym razie zostałyby podważone pewne rozstrzygnięcia, przyjęte przez autorów owych języków. Fakt ten łatwo można udowodnić, a częściowo został udowodniony przez nich samych. Wydaje się, że wszyscy oni utrzymują i (a) że ich metody, w tym czy innym sensie, przydatne są do rozwiązywania problemów teorii wiedzy naukowej lub, innymi słowy, że metody te stosują się do nauki (podczas gdy faktycznie z pewnym przybliżeniem stosują się jedynie do języków niezwykle elementarnych oraz (b) że metody ich są „ścisłe” i „do­ kładne”. Jasne jest, że obu tych roszczeń nie można wysuwać równocześnie.

25

Zatem metoda konstruowania sztucznych języków modelowych nie pozwala uporać się z problemami rozwoju wiedzy i jest do tego celu jeszcze mniej przydatna, niż metoda analizowania języków naturalnych, z tego prostego powodu, że języki modelowe są uboższe od języków naturalnych. Wskutek ich ubóstwa otrzymujemy model rozwoju wiedzy w naj­ wyższym stopniu mylący i niedokładny — model powiększającej się gromady zdań obser­ wacyjnych. Przejdę teraz do ostatniej grupy epistemologów — do badaczy, którzy nie wiążą się z góry z jakąkolwiek metodą filozoficzną, i którzy w dziedzinie epistemologii wykorzystują analizy problemów, teorii i procedur naukowych oraz — co najważniejsze — dyskusji naukowych. Grupa ta powołać się może na prawie wszystkich wielkich filozofów jako swych poprzedników. (Mogą włączyć do swego rodowodu nawet Berkeleya mimo faktu, iż był on, w istotnym sensie tego słowa, wrogiem samej idei racjonalnej wiedzy naukowej, a rozwój jej napełniał go obawą.) Do najwybitniejszych przedstawicieli tej grupy na przestrzeni ostat­ nich dwustu lat należą Kant, Whewell, Mili, Peirce, Duhem, Poincare, Meyerson, Russell oraz, przynajmniej w pewnych okresach, Whitehead. Większość jej członków zgodziłaby się z tym, że wiedza naukowa jest wynikiem rozwoju wiedzy zdroworozsądkowej. Ale wszyscy oni odkryli, że łatwiej jest badać wiedzę naukową niż zdroworozsądkową. Jest ona bowiem jak gdyby wiedzą zdroworozsądkową zapisaną dużymi literami. Jej istotne problemy są wyolbrzymionymi problemami wiedzy zdroworozsądkowej. Na przykład Hume’owski problem „racjonalnego przekonania*' zastąpiony został zagad­ nieniem racji, przemawiających za przyjęciem lub odrzuceniem teorii naukowej. Ponieważ dysponujemy wieloma dokładnymi sprawozdaniami z dyskusji, toczących się wokół kwestii, czy teorie takie jak Newtona, Maxwella lub Einsteina należy przyjąć czy odrzucić, możemy wziąć owe dyskusje pod mikroskop, dzięki czemu szczegółowo i obiektywnie zbadamy niektóre z ważniejszych zagadnień, wiążących się z „racjonalnym przekonaniem”. Takie podejście do problemów epistemologii (podobnie, jak w pozostałych dwu wy­ padkach) obywa się bez pseudo-psychologicznej, czy „subiektywnej” metody nowego badania idei (metody stosowanej jeszcze przez Kanta). Postawa ta skłania do badania dyskusji naukowych, a także sytuacji badawczych w nauce. Tym sposobem również może ułatwić zrozumienie historii myśli naukowej. Próbowałem pokazać, że najważniejsze z tradycyjnych zagadnień epistemologii — zagadnienia związane z rozwojem wiedzy — wykraczają poza dwie standardowe metody analizy językowej i wymagają analizy wiedzy naukowej. Jednakże ostatnią rzeczą, której bym pragnął, jest obrona kolejnego dogmatu. Nawet badaniu nauki -p „filozofii nauki” — grozi, że stanie się modą, specjalizacją. Jednakże filozofowie nie powinni być specjalistami. Jeśli o mnie chodzi, interesuję się nauką i filozofią dlatego, że pragnę roz­ wiązywać zagadkę świata, w którym żyjemy i zagadkę wiedzy ludzkiej o świecie. Jestem przeświadczony, że jedynie ożywienie zainteresowania owymi zagadkami uchroni nauki i filozofię przed wąską specjalizacją i obskurancką wiarą w szczególne umiejętności eksperta, jego osobistą wiedzę i autorytet; wiarę tak doskonale pasującą do nowego, „post-racjonalistycznego” i „post-krytycznego” wieku, który z dumą uczynił swoim celem zniszczenie tradycji filozofii racjonalnej i samej myśli racjonalnej. Penn, Buckinghamshire, wiosna 1958.

26

PODZIĘKOWANIA, 1960 i 1968

Pragnę podziękować Panu Davidowi G. Nichollsowi za przekazanie mi zachwycającego fragmentu, obecnie zamieszczonego na str. 6, a pochodzącego z Manuskryptów Actona z Biblioteki Uniwersyteckiej w Cambridge (Add. MSS 5011:266). Wznowienie książki dostarcza miłej okazji zacytowania owego fragmentu. Lato, 1959.

W drugim wydaniu angielskim niniejszej książki uzupełnienia wzbogacono o cztery krótkie dodatki. Poprawiono drobne błędy, dokonałem też kilku ulepszeń językowych. Poprawiono błędy druku dostrzeżone przez Imre Lakatosa, Davida Millera i Alana Musgrave. Zaproponowali oni również liczne nowe hasła w indeksie rzeczowym. Jestem im bardzo wdzięczny. Dług największy zaciągnąłem u Paula Bemaysa, który — wkrótce po ukazaniu się tej książki w języku angielskim — dokładnie przejrzał moją aksjomatyzację rachunku prawdopodobieństwa, szczególnie w nowym uzupełnieniu *v. Jego aprobatę cenię bardziej, niż to potrafię wyrazić słowami. Oczywiście nie zwalnia mnie to z ponoszenia wyłącznej odpowiedzialności za pomyłki, jakie mogłem popełnić. Listopad, 1967. K. R. P.

Część I

WSTĘP DO LOGIKI NAUKI

Rozdział I

PRZEGLĄD NIEKTÓRYCH PROBLEMÓW PODSTAWOWYCH Naukowiec — teoretyk czy eksperymentator — formułuje zdania lub systemy zdań, które sprawdza krok po kroku. W szczególności na polu nauk empirycznych konstruuje on hipotezy, systemy teorii i sprawdza je doświadczalnie poprzez obserwację i ekspe­ ryment. Sądzę, że zadaniem logiki odkrycia naukowego lub logiki wiedzy jest dokonanie lo­ gicznej analizy owej procedury, czyli zbadanie metod nauk empirycznych. Ale jakie są te „metody nauk empirycznych**? I co nazywamy „nauką empiryczną’*?

§ 1. PROBLEM INDUKCJI

Zgodnie z powszechnie przyjmowanym poglądem — któremu przeciwstawimy się w niniejszej książce — nauki empiryczne scharakteryzować można poprzez fakt stosowania w nich tzw. „metod indukcyjnych”. Wedle tego poglądu logika odkrycia naukowego byłaby identyczna z logiką indukcyjną, czyli z logiczną analizą owych metod indukcyjnych. Zwykle wnioskowaniem „indukcyjnym” nazywane bywa takie wnioskowanie, które prowadzi od zdań jednostkowych (nazywanych niekiedy zdaniami „szczegółowymi”), takich jak sprawozdania z wyników obserwacji lub eksperymentów, do zdań uniwer­ salnych, takich jak hipotezy lub teorie. Otóż z logicznego punktu widzenia wcale nie jest oczywiste, czy uprawnione jest wnio­ skowanie, wiodące od zdań jednostkowych, niezależnie od ich liczby, do zdań uniwersal­ nych; każdy wniosek na tej drodze osiągnięty zawsze okazać się może fałszywy: bez względu na to, w ilu przypadkach zaobserwowaliśmy białe łabędzie, wniosek, iż wszystkie łabędzie są białe, pozostanie nieprawomocny. Pytanie o to, czy, lub pod jakimi warunkami, wnioskowania indukcyjne są uprawnione, znane jest jako problem indukcji. Problem indukcji można również ująć jako zagadnienie zasadności lub prawdziwości zdań uniwersalnych, opartych na doświadczeniu, takich jak hipotezy i systemy teoretyczne nauk empirycznych. Wielu ludzi wierzy, że prawdziwość tych zdań uniwersalnych „znana jest z doświadczenia”. Jest jednak jasne, że zdać sprawę z doświadczenia — obserwacji 29

lub wyniku eksperymentu — może w pierwszym rzędzie jedynie zdanie jednostkowe, nie zaś uniwersalne. Wobec tego ludzie, którzy mówią, iż prawdziwość zdań uniwersalnych znamy na podstawie doświadczenia, zwykle mają na myśli to, iż prawdziwość zdania uniwersal­ nego daje się w jakiś sposób zredukować do prawdziwości zdań jednostkowych, natomiast prawdziwość zdań jednostkowych znana jest z doświadczenia. Sprowadza się to do powie­ dzenia, iż zdanie uniwersalne opiera się na wnioskowaniu indukcyjnym. Zatem pytanie, czy istnieją prawa przyrodnicze, których prawdziwość znamy, okazuje się inaczej sformułowa­ nym pytaniem, czy wnioskowania indukcyjne są logicznie prawomocne. Gdy jednakże chcemy znaleźć sposób uzasadnienia wnioskowań indukcyjnych, musimy przede wszystkim postarać się sformułować zasadę indukcji. Zasada indukcji byłaby zdaniem, pozwalającym nadać wnioskowaniom indukcyjnym postać poprawną z logicznego punktu widzenia. Wedle zwolenników logiki indukcyjnej zasada indukcji ma dla metody naukowej znaczenie pierwszorzędne: „...zasada ta — powiada Reichenbach — deter­ minuje prawdziwość teorii naukowych. Wyeliminowanie jej z nauki nie byłoby niczym innym, jak pozbawieniem nauki środków do określania prawdziwości lub fałszywości teorii. Jest jasne, że bez tej zasady, nie mielibyśmy w nauce prawa odróżniać teorii od kapryśnych i dowolnych tworów umysłu poety”1. Otóż zasada indukcji nie może być prawdą czysto logiczną, jaką jest tautologia lub zdanie analityczne. Istotnie, gdyby istniało coś takiego, jak czysto logiczna zasada indukcji nie byłoby problemu indukcji; w takim wypadku bowiem wszystkie wnioskowania induk­ cyjne należałoby traktować jako przekształcenia czysto logiczne lub tautologiczne, zu­ pełnie tak samo, jak wnioskowania w logice dedukcyjnej. Zatem zasada indukcji musi być zdaniem syntetycznym, czyli zdaniem, którego negacja nie jest wewnętrznie sprzeczna, lecz logicznie możliwa. Tak powstaje pytanie, dlaczego w ogóle zasadę tę mielibyśmy przyj­ mować oraz w jaki sposób można racjonalnie usprawiedliwić jej przyjęcie. Niektórym zwolennikom logiki indukcyjnej zależy, podobnie jak Reichenbachowi, na wykazaniu, że „zasada indukcji w całej nauce przyjmowana jest bez zastrzeżeń i również w życiu codziennym nikt nie może serio w nią powątpiewać”2. Jednak nawet założywszy prawdziwość tego stwierdzenia — bo mimo wszystko „cała nauka” mogłaby błądzić — utrzymywałbym nadal, że zasada indukcji jest zbędna i musi prowadzić do logicznych sprzeczności. Od czasów Hume’a winno być jasne, że zasada indukcji łatwo do sprzeczności może doprowadzić **, a także to, iż sprzeczności da się uniknąć tylko z trudem, o ile w ogóle jest to możliwe. Bowiem zasada indukcji musi. z kolei sama być zdaniem uniwersalnym. Jeżeli więc będziemy usiłowali traktować ją jako zdanie, którego prawdziwość znana jest z doświadczenia, wówczas dokładnie te same problemy, do rozwiązania których zasada została powołana, pojawią się na nowo. Aby ją uprawomocnić musielibyśmy posłużyć się wnioskowaniami indukcyjnymi, a dla uprawomocnienia tych wnioskowań musielibyśmy założyć zasadę indukcji wyższego rzędu — i tak dalej. Tak więc próba ugruntowania zasady 1 H. Reichenbach, „Erkenntnis" I, 1930, s. 186 (por. też s. 64 n.). Por. dotyczący Hume’a przed­ ostatni paragraf rozdz. XII w Russella History of Western Philosophy, 1946, s. 699. 2 Reichenbach ibid., s. 67. łl Rozstrzygające fragmenty z Hume’a cytowane są w uzupełnieniu *vll, przypisach 4, 5 i 6; patrz także przypis 2 do § 81 poniżej.

30

indukcji w doświadczeniu załamuje się, ponieważ prowadzić musi do regressus ad infinitum. Kant usiłował znaleźć wyjście z tej trudności traktując zasadę indukcji (którą nazwał „zasadą przyczynowości powszechnej”) jako „ważną a priori”. Nie sądzę jednak, by ta pomysłowa próba zapewnienia zdaniom syntetycznym uzasadnienia apriorycznego, była udana. Moim zdaniem zarysowane tu wielorakie trudności, związane z logiką indukcyjną, są nie do przezwyciężenia. Nie do rozwiązania są też problemy tkwiące w szeroko dziś rozpowszechnionej teorii, iż wnioskowanie indukcyjne, choć nie jest „zasadne w ścisłym sensie”, osiągnąć może pewien stopień „rzetelności” lub „prawdopodo­ bieństwa”. Zgodnie z tą koncepcją wnioskowania indukcyjne są „wnioskowaniami probabilistycznymi” 3. „Określiliśmy — mówi Reichenbach — zasadę indukcji jako na­ rzędzie, za pomocą którego w nauce rozstrzyga się kwestię prawdziwości. Ujmując to ściślej należałoby powiedzieć, że służy ona do rozstrzygania o prawdopodobieństwie. Nie jest bowiem nauce dane dotarcie do prawdy lub fałszu... lecz twierdzenia nauki osiągnąć mogą jedynie ciągłe stopnie prawdopodobieństwa, których nieosiągalną górną i dolną granicę stanowią prawda i fałsz”4. W tym miejscu pominąć mogę fakt, iż wyznawcy logiki indukcyjnej przyjmują taką koncepcję prawdopodobieństwa, którą odrzucę w dalszych rozważaniach jako niedogodną dla ich własnych celów (patrz § 80 poniżej). Mogę tak uczynić, ponieważ wspomniane tutaj trudności nie wymagają nawet w najmniejszej mierze odwoływania się do prawdopodo­ bieństwa. Jeśli bowiem zdaniom, opartym na wnioskowaniu indukcyjnym, mamy przypisać pewien stopień prawdopodobieństwa, trzeba to uzasadnić powołując nową, odpowiednio zmodyfikowaną zasadę indukcji. A z kolei tę nową zasadę trzeba też uprawomocnić i tak dalej. Co więcej, nic nie zyskujemy, traktując z kolei samą zasadę indukcji nie jako „prawdziwą”, ale jedynie „prawdopodobną”. Krótko mówiąc, logika wnioskowań pro­ babilistycznych, czy „logika probabilistyczna”, jak każda inna postać logiki indukcyjnej, prowadzi albo do regressus ad infinitum, albo do doktryny aprioryzmu *2. Teoria, którą zamierzam poniżej rozwinąć, znajduje się w wyraźnej opozycji wobec wszystkich prób wykorzystywania pomysłów logiki indukcyjnej. Scharakteryzować ją można jako teorię dedukcyjnej metody sprawdzania, lub jako pogląd, iż hipotezę sprawdzić można jedynie empirycznie i to wyłącznie po jej sformułowaniu. Zanim koncepcję tę przedstawię (można ją opatrzyć mianem „dedukcjonizmu” w prze­ ciwstawieniu do „indukcjonizmu” 6), muszę najpierw jasno odróżnić psychologię wie3 Por. J. M. Keynes A Treatise on Probabiiity, 1921; O. Kfilpe Vorlesungen uber Logik (red. Selz, 1923); Axiomatik der Wahrscheinlichkeiłsrechnung, „Mathem. Zeitschr.” 34, 1932. 4 Reichenbach, „Erkenntnis”, I, 1930, s. 186. ** Patrz również rozdz. X poniżej, szczególnie przypis 2 do § 81, oraz rozdz. *ii w Postscript, gdzie krytyka ta została przedstawiona w sposób pełniejszy. 6 Liebig (w Jnduktion md Deduktion) zapewne pierwszy odrzucił metodę indukcyjną z punktu widzenia nauk przyrodniczych; atak swój skierował na Bacona. Duhem (w La thśoriephisigue, son objet et sa structure, 1906) wyraźnie głosi poglądy dedukcjonistyczne. (* W książce Duhema znaleźć jednak można również poglądy indukcjonistyczne, np. w rozdz. III, część pierwsza, gdzie mówi się, że jedynie eksperyment, indukcja i uogólnienie, pozwoliły sformułować Kartezjusza prawo refrakcji.) Zdeklarowanym dedukcjonistą jest również V. Kraft Die Grundformen der Wissenschaftlichen Methoden, 1925; por. też Camap, „Erkenntnis”, II, 1932, s. 440.

31

dzy, traktującą o faktach empirycznych, od logiki wiedzy, która zajmuje się jedynie relacjami logicznymi. Wiara w logikę indukcyjną bierze się bowiem w dużej mierze z po­ mieszania problemów psychologicznych z epistemologicznymi. Warto zauważyć nawiasem, że owo pomieszanie pojęć powoduje kłopoty nie tylko w logice wiedzy, ale również w psy­ chologii wiedzy. § 2. ELIMINACJA PSYCHOLOGIZMU

Jak wyżej powiedziałem, praca naukowca polega na formułowaniu i sprawdzaniu teorii. Wydaje mi się, że stadium początkowe, akt powzięcia pomysłu czy wymyślenia teorii, ani nie wymaga analizy logicznej, ani się takiej analizie nie poddaje. Pytanie, jak się to dzieje, że ktoś wpada na nowy pomysł — czy będzie nim temat muzyczny, intryga drama­ tyczna, czy teoria naukowa — może tyć niezmiernie interesujące dla psychologii empi­ rycznej, jest jednak bez znaczenia dla logicznej analizy wiedzy naukowej. Analiza logiczna nie zajmuje się bowiem pytaniami o fakty (Kantowskie ąuid facti?\ ale wyłącznie pytaniami dotyczącymi prawomocności lub ważności (Kantowskie ąuid juris?). Stawia ona pytania następującego rodzaju. Czy twierdzenie jakieś można uzasadnić? Jeżeli tak, to w jaki sposób? Czy jest ono sprawdzalne? Czy jest logicznie zależne od pew­ nych innych twierdzeń? Albo może stoi z nimi w sprzeczności? Ażeby twierdzenie jakieś można było poddać tego rodzaju badaniu logicznemu, musi być nam ono przedtem przed­ stawione. Ktoś musi je sformułować i przedłożyć do analizy. Wprowadzę przeto wyraźne rozróżnienie pomiędzy procesem rodzenia się nowego pomysłu, a metodami i wynikami jego logiczne) analizy. Jeśli chodzi o zadanie logiki wiedzy — w przeciwstawieniu do psychologii wiedzy — oprę się na założeniu, że pplega ono jedynie na badaniu metod stosowanych w trakcie systematycznego sprawdzania, jakiemu poddać trzeba każdą nową koncepcję, jeżeli mamy ją poważnie wziąć pod uwagę. W tym miejscu można by wysunąć zarzut, iż bardziej celowe byłoby postawienie przed epistemologią zadania polegającego na dążeniu do uzyskania tego, co'nazywa się „racjo­ nalną rekonstrukcją” kroków, wiodących naukowca do odkrycia — do znalezienia jakiejś nowej prawdy. Powstaje jednak pytanie: co właściwie pragniemy zrekonstruować? Jeżeli rekonstruować mielibyśmy procesy, zachodzące w trakcie rozbudzania i słabnięcia inspiracji, wówczas nie zgodziłbym się na przyjęcie takiej rekonstrukcji jako zadania logiki wiedzy. Procesami tego typu zajmuje się psychologia empiryczna, lecz chyba nie logika. Inaczej rzeczy się mają, gdy pragniemy dokonać racjonalnej rekonstrukcji późniejszych testów, które pozwolą odkryć odkrywczość inspiracji lub dowiedzieć się, iż stanowi ona wiedzę. W tej mierze, w jakiej naukowiec krytycznie osądza, modyfikuje czy odrzuca własną inspirację, wolno nam traktować podjętą tu analizę metodologiczną jako pewnego rodzaju „racjonalną rekonstrukcję” odpowiednich procesów myślowych. Jednakże procesy te nie są w ramach rekonstrukcji opisywane w taki sposób, w jaki naprawdę zachodzą: przynieść może ona jedynie logiczny szkielet procedury sprawdzania. Jest to jednak chyba wszystko, o co chodzić może tym, którzy mówią o „racjonalnej rekon*strukcji” dróg uzyskiwania wiedzy. Tak . się składa, że argumentacja zawarta w niniejszej książce jest od problematyki powyższej całkowicie niezależna. Jednakże wedle mego stanowiska w tej sprawie —

32

słusznego czy niesłusznego — nie istnieje nic takiego, jak logiczna metoda wpadania na nowe pomysły lub logiczna rekonstrukcja owego procesu. Stanowisko swe ująć mogę mówiąc, iż każde odkrycie kryje „element irracjonalny” albo „intuicję twórczą” w sensie Bergsona. W podobny sposób Einstein mówi o „poszukiwaniu owych wysoce uniwersal­ nych praw..., z których w drodze czystej dedukcji otrzymać można obraz świata. Żadna ścieżka logiczna — powiada on — nie wiedzie do tych... praw. Dotrzeć do nich można jedynie drogą intuicji, opartej na czymś przypominającym intelektualne współodczuwanie („'Einfuhltmg”) z przedmiotami doświadczenia”1. s

§ 3. DEDUKCYJNE SPRAWDZANIE TEORII

Zgodnie z poglądem, który v tu przedstawię, metoda krytycznego sprawdzania teorii i dokonywania pomiędzy nimi wyboru, zgodnego z wynikami testów, przebiega zawsze w sposób następujący. Z nowej koncepcji, wysuniętej prowizorycznie, która nie jest jeszcze w żaden sposób uprawomocniona — z antycypacji, hipotezy, systemu teoretycznego, z czego tylko chcecie — wyciąga się wnioski drogą logicznej dedukcji. Wnioski te porów­ nuje się następnie między sobą oraz z innymi wchodzącymi w grę zdaniami, by stwierdzić, jakie związki logiczne (w rodzaju równoważności, wyprowadzalności, zgodności lub niezgodności) między nimi zachodzą. Wyróżnić można cztery różne drogi, jakimi przebiega sprawdzanie teorii. Po pierwsze, wchodzi tu w grę wzajemne logiczne porównywanie wniosków, dzięki czemu sprawdza się wewnętrzną spójność systemu. Po drugie, bada się logiczną formę teorii mając na oku stwierdzenie, czy teoria ta ma charakter empiryczny, czyli naukowy, czy też jest na przykład tautologiczna. Po trzecie, można porównywać ją z innymi teoriami głównie w tym celu, by ustalić, czy teoria — o ile przetrwa rozmaite testy, którym ją poddamy — stanowić będzie krok naprzód w dziedzinie nauki. I na koniec teorię sprawdza się poprzez empiryczne zastosowanie wniosków, jakie można z niej wyprowadzić. Celem testów ostatniego rodzaju jest stwierdzenie, w jakiej mierze nowe konsekwencje sprawdzanej teorii — bez względu na to, jak nowatorska jest treść jej twierdzeń — sprostać mogą wymaganiom praktyki, narzucanym bądź przez czysto naukowe sytuacje ekspery­ mentalne, bądź przez praktyczne zastosowania technologiczne. I w tym wypadku okazuje się, że procedura sprawdzania ma charakter dedukcyjny. Z teorii tej dedukuje się pewne zdania jednostkowe — które nazwać możemy „przewidywaniami” — za pomocą innych, uprzednio przyjętych zdań; przede wszystkim przewidywania, które są łatwe do spraw­ dzenia lub zastosowania. Spośród owych zdań wybiera się takie, których nie można wy­ wieść z teorii obiegowej, a zwłaszcza te zdania, które są z obiegową teorią sprzeczne. Następnie podejmujemy decyzję co do tych (i innych) wydedukowanych zdań, porównując je z wynikami zastosowań praktycznych oraz eksperymentów. Jeżeli decyzja jest pozy­ tywna, czyli jeśli jednostkowe wnioski okazały się możliwe do przyjęcia, czyli zostały

1 Mowa z okazji 60-tej rocznicy urodzin Maxa Plancka. Cytowany fragment rozpoczyna się od słów: „Najwyższym zadaniem fizyka jest poszukiwanie owych wysoce uniwersalnych praw.” itd. (Cytat za: A. Einstein Mein Weltbild, 1934, s. 168). Podobne idee wcześniej znaleźć można u Liebiga, op. cit.; por. też E. Mach Prinzipen der Warmerlehre, 1896, s. 443 n.

3 — Logika odkrycia naukowego

33

zweryfikowane, wówczas teoria czasowo przetrwała test: nie ma powodu, by ją od­ rzucić. Ale jeżeli decyzja jest negatywna, czyli innymi słowy, gdy wnioski zostały sfalsyfikowane, falsyfikacja wniosków falsyfikuje również teorię, z której zostały one logicznie wywiedzione. Zauważmy, iż decyzja pozytywna dostarcza teorii poparcia jedynie czasowego, po­ nieważ każda późniejsza decyzja negatywna może ją obalić. Dopóki teoria wychodzi zwycięsko z drobiazgowych i surowych testów i dopóki — za sprawą postępu nauki — inna teoria nie zajmie jej miejsca, możemy powiedzieć, że „okazała hart”, lub że została, „potwierdzona” (corroborated)*1 przez dotychczasowe doświadczenie. W zarysowanej tu procedurze nie pojawia się nic, co przypominałoby logikę indukcyjną. W żadnym miejscu nie zakładam, że o prawdziwości teorii wnosić można na podstawie prawdziwości zdań jednostkowych. W żadnym miejscu nie zakładam, iż o „prawdziwości” lub jedynie „prawdopodobieństwie” teorii rozstrzyga się na mocy wynikłych z niej „zwery­ fikowanych” wniosków. W niniejszej książce zamierzam dokonać szczegółowej analizy metod sprawdzania dedukcyjnego. Spróbuję też pokazać, że ujęcie to pozwala na badanie wszelkich zagadnień, zwykle nazywanych „epistemologicznymi”. W szczególności problemy, powstające na gruncie logiki indukcyjnej, dają się wyeliminować bez jednoczesnego stwarzania w -ich miejsce problemów nowych.

§4. PROBLEM DEMARKACJI

Spośród wielu prawdopodobnych zarzutów wobec poglądu tu przedstawionego najpo­ ważniejszy jest chyba następujący. Można powiedzieć, że odrzucając metodę indukcji pozbawiam nauki empiryczne tego, co wydaje się ich cechą najważniejszą, a to oznacza, że znoszę bariery, oddzielające naukę od spekulacji metafizycznej. Na zarzut ten odpowiem, iż głównym powodem, dla którego odrzucam logikę indukcji jest to właśnie, iż nie do­ starcza ona dogodnego wyróżnika wskazującego na empiryczny, nie-metafizyczny charakter systemu teoretycznego; innymi słowy, że nie dostarcza ona dogodnego „kryterium demarkacji”. Problem znalezienia kryterium, pozwalającego na odróżnienie pomiędzy naukami empirycznymi z jednej strony, a matematyką i logiką, jak również systemami „meta­ fizycznymi” z drugiej, nazywam problemem demarkacji1. Zagadnienie to znał i próbował rozwiązać Hume2. U Kanta stało się ono centralnym problemem teorii poznania. Jeżeli problem indukcji nazywamy, w ślad za Kantem, „problemem Hume’a”, to problem demarkacji nazwać moglibyśmy „problemem Kanta”. Sądzę, że z tych dwóch problemów — które są źródłem prawie wszystkich pozostałych problemów w teorii poznania — bardziej fundamentalny jest problem demarkacji. W rzeczy łl

W związku z tym terminem patrz przypis *1 przed § 79 oraz § *29 w Postscript. Porównaj tutaj (a również §§1-6 oraz 13-24) moją notę w „Erkenntnis”, III, 1933, s. 426; * prze­ tłumaczona i przedrukowana jako uzupełnienie *i. 2 Por. ostatnie zdanie Badań dotyczących rozumu ludzkiego, [Kraków, 1947]. * Następny akapit (i moją aluzję do epistemologów) porównaj np. z cytatem z Reichenbacha w tekście, do któiego odnosi się przypis 1 w § 1. 1

34

samej, wydaje się, że głównym powodem, dla którego epistemologowie o tendencjach, empirystycznych skłonni są pokładać nadzieje w „metodzie indukcji”; jest przekonanie, iż jedynie ta metoda przynieść może dogodne kryterium demarkacji. Odnosi się to szcze­ gólnie do empirystów, kroczących pod sztandarem „pozytywizmu”. Dawniejsi pozytywiści pragnęli przyjmować, jako naukowe czy uzasadnione, tylko te pojęcia (względnie idee), które—jak to ujmowali — „wyprowadzone były z doświad­ czenia”; czyli pojęcia, które w ich przekonaniu były logicznie redukowalne do takich ele­ mentów doświadczenia zmysłowego jak doznania (dane zmysłowe), wrażenia, postrzeżenia, przypomnienia wizualne lub słuchowe, itd. Pozytywiści współcześni skłonni są wyraźniej dostrzegać, że nauka jest raczej systemem zdań, niż systemem pojęć*1. Pragną przeto przyjmować jako naukowe lub uprawnione jedynie te zdania, które są redukowalne do elementarnych (lub „atomowych”) zdań doświadczeniowych, do „sądów postrzeżeniowych”, „zdań atomowych”, „zdań protokolarnych” lub jeszcze innych *2. Jasne jest, że wynikające stąd kryterium demarkacji identyczne jest z postulowaniem jakiejś logiki indukcyjnej. Ponieważ odrzucam logikę indukcyjną, odrzucić muszę także wszystkie tego rodzaju próby rozwiązania problemu demarkacji. Wskutek tej decyzji problem demarkacji zyskuje na znaczeniu z punktu widzenia niniejszych dociekań. Znalezienie akceptowalnego kry­ terium demarkacji stać się musi węzłowym zadaniem w każdej epistemologii, która nie przyjmuje logiki indukcyjnej. Pozytywiści interpretują zazwyczaj problem demarkacji w sposób naturalistyczny; ujmują go tak, jak gdyby należał do nauk przyrodniczych. Zamiast postawić sobie za zadanie sformułowanie dogodnej konwencji wierzą oni, że muszą dążyć do wykrycia pewnej różnicy, niejako tkwiącej w naturze rzeczy, pomiędzy naukami empirycznymi z jednej strony, a metafizyką z drugiej. Nieodmiennie starają się dowieść, że metafizyka z samej swej natury jest jedynie czczą nonsensowną gadaniną — „sofistyką i złudzeniem” jak mówi Hume, które powinniśmy „wydać na pastwę płomieni” *3. Jeżeli pragniemy, by wyrazy „nonsensowny” lub „bezsensowny” oznaczały na mocy definicji tyle tylko, co „nie należący do nauki empirycznej”, wówczas charakterystyka metafizyki jako nonsensu pozbawionego znaczenia byłaby trywialna, metafizykę bowiem zwykle definiuje się jako nieempiryczną. Pozytywiści zaś oczywiście wierzą, że o metafizyce potrafią powiedzieć dużo więcej niż to, iż niektóre jej twierdzenia mają charakter nie*ł Obecnie widzę, że pisząc ten akapit przeceniłem „nowoczesnych pozytywistów**. Powinienem był pamiętać, że obiecujący pod tym względem początek Traktatu Wittgensteina [Warszawa, 1970] — „Świat jest ogółem faktów, nie rzeczy” — przekreślony został przez zakończenie, oskarżające tego, kto „pewnym znakom swoich zdań nie nadał żadnego znaczenia”. Patrz również moja książka Open Society and its Enemies, rozdz. II, § ii, oraz rozdz. *i w Postscript szczególnie §§11 (przypis 5), *24 (pięć ostatnich akapitów), oraz *25. *3 Nic oczywiście nie zależy od nazwy. Gdy podsunąłem nową nazwę „zdanie bazowe” (lub „twier­ dzenie bazowe”, patrz poniżej, § 7 i § 28) kierowałem się jedynie tym, by dysponować terminem nie ob­ ciążonym konotacjami zdania mówiącego o postrzeżeniu. Niestety termin ten wkrótce przejęty został przez innych i użyty do przekazywania dokładnie tego znaczenia, którego pragnąłem uniknąć. Por. również Postscript, *29. *3 Tak więc Hume, podobnie jak Sekstus, potępił swe własne Badania na ich ostatniej stronie; zupełnie tak, jak później Wittgenstein, który potępił swój Traktat na jego ostatniej stronicy. (Patrz przypis 2 w § 10.) 3*

35

empiryczny. Wyrazy „bezsensowny” i ^nonsensowny” zamierzone są jako wyrażenia pejoratywne i taką ocenę wyrażają; bez wątpienia celem, jaki pozytywiści naprawdę chcą osiągnąć, nie jest przeprowadzenie owej linii demarkacyjnej, lecz ostateczne odrzucenie 3 i unicestwienie metafizyki. Jakkolwiek rzeczy by się miały, stwierdzić można, że za każdym razem, gdy pozytywiści usiłują powiedzieć wyraźnie, co znaczy „sensowny”, kolejna próba prowadzi do tego samego rezultatu — do pewnej.definicji „zdania sensownego” (w prze­ ciwstawieniu do „bezsensownego pseudozdania”), będącej po prostu powtórzeniem kry­ terium demarkacji z przyjętej przez nich logiki indukcyjnej. W bardzo wyraźny sposób „uwidacznia się” to w wypadku Wittgensteina, wedle którego każde zdanie sensowne musi być logicznie redukowalne4 do zdań elementarnych (lub atomowych), charakteryzowanych przez Wittgensteina jako opisy lub „obrazy rzeczy­ wistości” 5 (nawiasem mówiąc, charakterystyka ta obejmować ma wszystkie zdania sen­ sowne). Widać stąd, że Wittgensteina kryterium sensowności pokrywa się z indukcjonistycznym kryterium demarkacji, o ile używać będziemy słowa „sensowny” wszędzie tam, gdzie u indukcjonistów znajdziemy „naukowy” lub „prawomocny”. Problem indukcji obraca właśnie wniwecz pozytywistyczną próbę rozwiązania problemu demarkacji ^pozy­ tywiści, którym tak bardzo zależy na unicestwieniu metafizyki, razem z nią unicestwiają nauki przyrodnicze. Prawa naukowe bowiem nie dają się również zredukować do elemen­ tarnych zdań mówiących o doświadczeniu. Gdybyśmy konsekwentnie stosowali Wittgen­ steina kryterium sensowności, należałoby odrzucić jako bezsensowne te prawa przyrodnicze, których poszukiwanie—jak powiada Einstein6—jest „najdonioślejszym zadaniem fizyka”: praw tych nigdy nie moglibyśmy traktować jako autentycznych, pełnoprawnych zdań. Podjętą przez Wittgensteina próbę zdemaskowania problemu indukcji jako pseudoproblemu Schlick ujął w następujących słowach:4* „Problem indukcji polega na żądaniu logicznego uzasadnienia dla zdań uniwersalnych, mówiących o rzeczywistości... Za Hume’em stwierdziliśmy, że tego rodzaju logiczne uzasadnienie nie istnieje: nie może go być dlatego po prostu, że zdania te nie są autentycznymi zdaniami” 7 . 3 Camap, „Erkenntnis”, II, 1932, s. 219 n. Wcześniej Mili używał w podobnym znaczeniu słowa „bezsensowny”, niewątpliwie pod wpływem Comte’a; por Comte Early Essays on Social Philosophy, 1911, s. 223; patrz też Open Society, przypis 51 w rozdz. II. 4 Wittgenstein Tractatus logico-philosophicus, teza 5. * Ponieważ zostało to napisane w 1934 r., chodzi mi tu oczywiście jedynie o Traktat. s Wittgenstein, op. cit. tezy 4.01, 4.03, 2.221. 6 ' Por. przypis 1 w § 2. ** Pomysł traktowania praw nauki jako pseudo-zdań — i rozwiązania w ten sposób problemu in­ dukcji — przypisany został Wittgensteinowi przez Schlicka. (Por. Open Society, przypisy 46 i 51 w rozdz. II.) W rzeczywistości jest on znacznie starszy. Stanowi część tradycji instrumentalistycznej, którą wyśledzić można u Berkeleya i później. (Por. np. mój artykuł Three Views Concerning Humań Knowledge, w: Contemporary British Philosophy, 1956; także A Notę on Berkeley as a Precursor of Mach w „The British Journal for the Philosophy of Science”, IV, 1953, s. 26 n., przedruk w Conjectures and Refutations, 1959. Dalsze odnośniki w przypisie *1 przed § 12. Problemem tym zajmuję się również w Postscript, §§ *11 do *14 oraz *19 do *26.) 7 Schlick, „Naturwissenschaften”, XIX, 1931, s. 156. (Podkreślenia moje.) Na temat praw przyrody Schlick pisze (s. 151): „Niejednokrotnie zauważano, że ściśle rzecz biorąc nie możemy nigdy mówić o absolutnej weryfikacji prawa, ponieważ zawsze dokonujemy jak gdyby ukrytego założenia, że może ono zostać zmodyfikowane w świetle dalszego doświadczenia. Pragnąłbym nawiasem dodać — pisze dalej Schlick — kilka słów na temat powyższej sytuacji logicznej: fakt ten oznacza, że prawo przyrody

36

Widać stąd, dlaczego indukcjonistyczne kryterium demarkacji nie nadaje się do nakre­ ślenia linii oddzielającej systemy naukowe pd metafizycznych, oraz dlaczego nadawać im musi taki sam status; werdykt pozytywistycznego dogmatu sensowności głosi bowiem, że oba systemy są systemami bezsensownych pseudo-zdań. Tak więc pozytywizm, zamiast wykorzenić metafizykę z nauk empirycznych, doprowadza do wdarcia się metafizyki w dziedzinę nauki8. • W przeciwieństwie do owych chwytów anty-metafizycznych, to znaczy anty-metaJizycznych w intencji, nie upatruję swego zadania w doprowadzaniu metafizyki do upadku. Dążę raczej do sformułowania dogodnej charakterystyki nauk empirycznych czy zde­ finiowania w taki sposób pojęć „nauka empiryczna’* i „metafizyka”, by o danym systemie twierdzeń można było orzec, czy dokładne jego zbadanie leży lub nie w zakresie nauk empirycznych. Proponowane przeze mnie kryterium demarkacji trzeba będzie w związku z tym trak­ tować jako propozycję umowy lub konwencji. Dogodność wszelkich tego typu konwencji oceniana może być różnie, a rozsądna dyskusja nad tą kwestią możliwa jest tylko wówczas, gdy obie strony stawiają sobie wspólny cel. Oczywiście wybór celu musi być >v ostatecznej instancji kwestią decyzji, nie mieszczącej się w granicach argumentacji racjonalnej *5. Zatem każdy, kto wynik lub cel nauki upatruje w systemie twierdzeń absolutnie pewnych i niepodważalnych 9, niewątpliwie odrzuci propozycje, jakie tu wysunę. Podobnie uczyni każdy, kto widzi „istotę nauki... w jej godności”, której siedzibą jest „całościowy” charakter nauki oraz jej „realna prawda i istotność”10. Niezbyt chętnie ktoś taki godność tę przy­ znałby współczesnej fizyce teoretycznej, którą nie ja jeden uważam za dotychczas naj­ pełniejszą realizację tego, co nazywam „nauką empiryczną”. Cele nauki, jakie tu mam na myśli, są różnorodne. Nie usiłuję jednakże ich uzasadniać przedstawiając je jako jedynie prawdziwe i istotne zadania nauki. Doprowadziłoby to do wypaczenia całego zagadnienia i stanowiłoby nawrót do pozytywistycznego dogmatyzmu. Wedle mego rozeznania istnieje jedna tylko droga racjonalnej argumentacji na rzecz wysuwanych przeze mnie propozycji. Polega ona na badaniu ich konsekwencji logicznych i ukazaniu ich płodności — zdolności do rozjaśniania problematyki epistemologicznej. Przyznaję więc szczerze, że formułując swe propozycje kierowałem się — sięgając najgłębiej — sądami wartościującymi oraz upodobaniami. Mam jednak nadzieję, że propo­ zycje te przyjąć będą mogli ci, którzy cenią nie tylko rygor logiczny, ale również nieza­ leżność od dogmatów, którzy, mają na oku stosowalność praktyczną, lecz których jeszcze bardziej pociągają przygoda naukowa i odkrycia, wciąż na nowo stawiające przed nami w zasadzie nie ma logicznego charakteru zdania, lecz jest raczej zaleceniem dotyczącym formułowania zdań.” * G,Formułowanie” bez wątpienia obejmować miało przekształcenia i derywacje.) Schlick przy­ pisywał tę teorię Wittgensteinowi, który przekazał mu ją w bezpośrednich rozmowach. Patrz też § *12 w Postscript. 8 Por. § 78 (np. przypis 1). * Patrz też Open Society, przypisy 46, 51 i 52 w rozdz. II oraz mój artykuł The Demarcation between Science and Metaphyslcs w tomie poświęconym Camapowi z serii „Library of Living Philosophers”, red. P. A. Schilpp, przedruk w Conjectures and Refutations, 1963 i 1965. *s Jestem przekonany, że rozsądna dyskusja zawsze jest możliwa między partnerami dążącymi do prawdy i gotowymi poświęcić sobie wzajemnie uwagę. (Por. Open Society, rozdz. 24.) 9 Jest to pogląd Dinglera; por. przypis 1 w § 19. ł0 Jest to pogląd Spanna (Kategorienłehre, 1924).

37

nowe i nieoczekiwane pytania, zmuszające do zaryzykowania nowych odpowiedzi, o jakich się jeszcze nie śniło. Fakt, iż na moje propozycje wpływ mają sądy wartościujące, nie oznacza, bym po­ pełniał błąd, o który oskarżam pozytywistów — próbę uśmiercenia metafizyki poprzez obrzucenie jej wyzwiskami. Nie posuwam się nawet do stwierdzenia, że metafizyka jest bez wartości dla nauk empirycznych. Nie można bowiem zaprzeczyć, że prócz idei meta­ fizycznych, utrudniających postęp nauki były też inne — jak atomizm spekulatywny — które postępowi sprzyjały. Patrząc na tę sprawę z punktu widzenia psychologii skłaniam się do poglądu, iż odkrycie naukowe nie jest możliwe bez wiary w idee typu czysto spekulatywnego, niekiedy całkiem mgliste; wiara taka jest najzupełniej naukowo nieusankcjonowana i w tej mierze jest „metafizyczna”u. Sformułowawszy wszystkie te ostrzeżenia nadal sądzę, że pierwszorzędnym zadaniem logiki wiedzy jest zaproponowanie pojęcia nauki empirycznej, dzięki czemu obecne, w pewnej mierze chwiejne użycie językowe, zostanie, na ile to możliwe, ustalone, a po­ nadto zakreślona zostanie wyraźna linia demarkacyjna pomiędzy nauką a ideami meta­ fizycznymi — choćby nawet idee te posuwały naukę naprzód w jej rozwoju historycznym.

§ 5. DOŚWIADCZENIE JAKO METODA

Sformułowanie dobrej definicji pojęcia „nauki empirycznej” jest zadaniem nie pozba­ wionym trudności. Niektóre z nich biorą się z faktu, że musi istnieć wiele systemów teoretycznych o strukturze logicznej bardzo podobnej do struktury systemu, który w jakimś określonym momencie staje się systemem przyjętym w naukach empi­ rycznych. Sytuację tę czasami opisuje się mówiąc, że istnieje bardzo wiele — zapewne nieskończenie wiele — „światów logicznie możliwych”. Jednakże system nazywany „nauką empiryczną” reprezentować ma tylko jeden świat: „świat rzeczywisty” lub „świat naszego doświadczenia” *1. Myśl tę wyrazimy nieco ściślej wyróżniając trzy warunki, jakie spełniać musi nasz empiryczny system teoretyczny. Po pierwsze, musi być syntetyczny aby mógł reprezen­ tować niesprzeczny, możliwy świat. Po drugie, spełniać musi kryterium demarkacji (patrz §§ 6 oraz 21), czyli nie może być metafizyczny, ale reprezentować musi świat możli­ wego doświadczenia. Po trzecie, musi być systemem w pewien sposób wyróżnionym spośród innych jako system reprezentujący nasz świat doświadczenia. Ale w jaki sposób wyróżnić mamy system, który reprezentuje nasz świat doświadczenia? Odpowiedź brzmi: wyróżnia go fakt, iż poddany został sprawdzaniu i z prób tych wyszedł zwycięsko. Oznacza to, że wyróżnimy go stosując doń tę metodę dedukcyjną, której zba­ danie i opisanie uczyniłem swoim celem. Wedle powyższego poglądu „doświadczenie” okazuje się metodą dystynktywną, pozwalającą wyróżnić pewien teoretyczny system spośród innych; wydaje się więc, że naukę empiryczną charakteryzuje nie tylko forma logiczna, ale także metoda dystynk11 Por. również Planck Positivismus md reale Aussenwelt (1931) oraz Einstein Die Religiositat der Forscfumg w Mein Weltbild, 1934, s. 43. * Patrz także § 85 oraz Postscript. *l Por. uzupełnienie *x.

.38

tywna. (Oczywiście pogląd ten podzielają także indukcjoności, którzy naukę empiryczną usiłują scharakteryzować przez stosowanie w niej metody indukcyjnej.) Teorię poznania, której zadaniem jest analiza metody, czy procedury swoistej dla nauk empirycznych można w związku z tym scharakteryzować jako teorię metody empirycznej — teorię tego, co zwykle nazywa się „doświadczeniem”.

§ 6. FALSYFIKOWALNOŚĆ JAKO KRYTERIUM DEMARKACJI

Kryterium demarkacji, nieodłączne od logiki indukcyjnej — inaczej mówiąc, pozy­ tywistyczny dogmat sensowności — równoważne jest żądaniu, by prawdziwość oraz fałszywość wszystkich zdań nauki empirycznej (lub wszystkich zdań „sensownych”), była ostatecznie rozstrzygalna; powiemy, iż muszą być one „konkluzy wnie rozstrzygalne”. Znaczy to, że muszą mieć taką postać, by logicznie możliwe było zarówno ich zwery­ fikowanie, jak też sfalsyfikowanie. Schlick tak powiada: „...twierdzenie auten­ tyczne poddawać się musi konkluzywnej weryfikacji”1; Waismann mówi jeszcze wyraźniej: ,Jeśli na żadnej drodze nie można rozstrzygnąć, czy zdanie jest praw­ dziwe, wówczas zdanie to nie ma w ogóle żadnego znaczenia. Bowiem znaczeniem zdania jest metoda jego weryfikacji”2. Otóż moim zdaniem nie ma niczego takiego jak imdukcja *1. Zatem logicznie niedo­ puszczalne jest wnioskowanie, prowadzące do teorii od zdań jednostkowych, „weryfiko­ walnych w doświadczeniu” (cokolwiek miałoby to oznaczać). Teorie zatem nigdy nie są weryfikowane empirycznie. Jeśli nie chcemy popełnić pozytywistycznej pomyłki, polega­ jącej na eliminacji — na mocy przyjętego kryterium demarkacji — systemów teoretycznych nauk przyrodniczych **, wówczas dobrać musimy takie kryterium, które pozwoli zaliczyć do dziedziny nauk empirycznych nawet te zdania, których zweryfikować nie można. Naturalnie tylko wówczas traktuję pewien system jako empiryczny lub naukowy, gdy poddaje się on sprawdzeniu w doświadczeniu. Z rozważań tych wynika, że za kry­ terium demarkacji należy przyjąć nie weryfikowalność, lecz falsyfikowalność systemu *3. Innymi słowy, nie wymagam, by jakiś system naukowy można było wybrać 1

Schlick, „Naturwissenschaften”, XIX, 1931, s. ISO. Waismann, „Erkenntnis”, I, 1930, s. 229. *ł Oczywiście nie rozważam tu tzw. „indukcji matematycznej”. Zaprzeczam temu, by istniało coś takiego jak indukcja w tzw. „naukach indukcyjnych”: zarówno istnieniu „procedur indukcyjnych”, jak „wnioskowań indukcyjnych”. *a Camap w Logical Syntax (1937) przyznał (w związku z moją krytyką), że była to pomyłka; w jeszcze pełniejszy sposób dał temu wyraz w Testability and Meaning uznając fakt, iż prawa uniwersalne nie tylko są „dogodne” dla nauki, a także „istotne”. Ale w swoich indukcjonistycznych Logical Foundatioru of Probability (1950) powraca do stanowiska nader zbliżonego do tego, które tutąj krytykujemy: stwierdząjąc, iż prawa uniwersalne mąją prawdopodobieństwo zerowe (s. Sil) zmuszony jest przyznać, że -KpV9),

a dalej, podstawiąjąc w (1) najpierw „~p" za „p”, a potem

(2)

za „'-'p V otrzymujemy

~p->(p->g),

co daje, na mocy prawa „importacji” (3)

~p-p^q.

Jednakże (3) pozwala na wydedukowanie, na mocy modus ponens, dowolnego zdania q z dowolnego zdania o postaci „~P'P” lub (Patrz również moja uwaga w „Mind”, 52, 1943, s. 47 n.) Fakt, iż ze sprzecznego zbioru przesłanek można wydedukować wszystko, P. P. Wiener słusznie traktuje jako powszechnie znany (The Philosophy of Bertrand Russell, pod red. P. A. Schilppa, 1944, str. 264); jest jednak zadziwiające, że Russell spierał się na ten temat z Wienerem w swej odpowiedzi (op. cit., s. 695 i dalej), mówiąc jednakże o „zdaniach fałszywych” tam, gdzie Wiener mówił o „sprzecznych przesłankach”. Por. Coujectures and Refutations, 1963, 1965, s. 317 n.

78

celów są jednakże przydatne #1. (Przykładem jest tu przybliżenie Nemsta równania stanu gazów.) Doniosłość żądania niesprzeczności systemu docenimy uprzytomniwszy sobie,, że system wewnętrznie sprzeczny nie przynosi żadnych informacji. Jest tak dlatego, że można wyprowadzić z niego każdy dowolny wniosek. Żadne zdanie nie wyróżnia się: spośród innych tym, że jest z systemem niezgodne lub jest zeń wyprowadzalne, gdyż wyprowadzalne są wszystkie. System niesprzeczny dokonuje podziału zbioru wszystkich możliwych zdań na zdania z nim sprzeczne oraz zgodne. (W tej drugiej grupie znajdują się konkluzje, jakie można z systemu wyprowadzić.) Dlatego właśnie niesprzeczność jest naj­ bardziej generalnym wymogiem, nakładanym na systemy empiryczne i nieempiryczne, jeśli mamy mieć z nich jakikolwiek pożytek. Prócz niesprzeczności system empiryczny winien spełniać pewien dalszy warunek: musi być falsyfikowalny. Oba te warunki są w znacznej mierze analogiczne1. Zdania,, które nie spełniają warunku niesprzeczności, nie dają podstaw do rozróżniania między żadnymi dwoma zdaniami, należącymi do całości wszystkich możliwych zdań. Zdania,, które nie spełniają warunku falsyfikowalności, nie dają podstaw do rozróżniania między żadnymi dwoma zdaniami, należącymi do całości wszystkich możliwych zdań bazowych. *ł Por. Postscript, § *3 (moja odpowiedź na „drugą propozycję”); także § *12, punkt (2). Por. moja uwaga w „Erkenntnis”, Ul, 1933, s. 426. * Jest ona obecnie wydrukowana poniżej jako uzupełnienie *i. 1

Rozdział V

PROBLEM BAZY EMPIRYCZNEJ Dokonaliśmy redukcji zagadnienia falsyfikowalności teorii do zagadnienia falsyfikowalności tych zdań, które nazwałem zdaniami bazowymi. Ale jakiego rodzaju zdaniami jednostkowymi są owe zdania bazowe? W jaki sposób można je sfalsyfikować? Pytania te mają niewielkie znaczenie dla naukowca, przeprowadzającego badania praktyczne. Jednak niejasności i nieporozumienia, towarzyszące temu zagadnieniu sprawiają, że warto zająć się nim bliżej. § 25. DOŚWIADCZENIA POSTRZEŻENIOWE JAKO BAZA EMPIRYCZNA: PSYCHOLOGIZM

Koncepcja, wędle której nauki empiryczne redukowalne są do postrzeżeó zmysłowych, a tą drogą do naszego doświadczenia, przyjmowana jest przez wielu jako oczywista ponad wszelką wątpliwość. Koncepcja ta jednakże utrzymuje się lub upada wraz z logiką induk­ cyjną, a tutaj razem z nią zostaje odrzucona. Nie zamierzam zaprzeczać, iż można doszukać się ziarna prawdy w poglądzie, że matematyka i logika opierają się na myśleniu, natomiast nauki empiryczne na postrzeżeniu zmysłowym. Prawdy dostrzegane z tej perspektywy nie mają jednak większego znaczenia dla problemu epistemologicznego. W istocie trudno w teorii poznania o zagadnienie, które by dotkliwiej ucierpiało skutkiem pomieszania psychologii z logiką niż problem bazy zdań mówiących o doświadczeniu. Niewielu myślicieli problem bazy doświadczenia dręczył tak bardzo jak Friesa1. Nauczał on, iż twierdzeń naukowych nie należy przyjmować dogmatycznie, lecz po­ winniśmy umieć je uzasadniać. Jeżeli domagamy się uzasadnienia drogą racjonalnego dowodzenia w sensie logicznym, zmuszeni jesteśmy wówczas do przyjęcia poglądu, że zdania mogą być uzasadniane jedynie przez zdania. Żądanie, by wszystkie zdania uzasadnione były logicznie (charakteryzowane przez Friesa jako „predylekcja do dowodzenia”) musi zatem doprowadzić do regressus ad mfinitum. Jeżeli pragniemy uniknąć niebezpieczeństwa dogmatyzmu na równi z regressus ad infinitumy wydaje się, iż jedyną ucieczkę stanowi psychologizm, czyli teoria, wedle której zdania uzasadniać można nie tylko przez zdania, ale także przez doświadczenie postrzeżeniowe. W obliczu tego trylematu — dogmatyzm albo regressus ad mfinitum albo psychologizm — Fries, a z nim niemal wszyscy epistemologowie, pragnący badać problem wiedzy empirycznej, wybierali psycho1

J. F. Fries Neue oder anthropologische Kritik der Yemunft (1828 do 1831).

80

logizm. Z doświadczenia zmysłowego — nauczał Fries, czerpiemy „poznanie bezpo­ średnie”8: za pomocą owego poznania bezpośredniego uzasadnić możemy „poznanie pośrednie” — poznanie wyrażone w symbolice jakiegoś języka. Owo poznanie pośrednie zawiera oczywiście twierdzenia nauki. Zazwyczaj zagadnienie to nie jest badane tak głęboko. W epistemologiach sensualizmu i pozytywizmu przyjmuje się, że twierdzenia nauk empirycznych „mówią o naszych dozna­ niach” 8. Jak bowiem inaczej moglibyśmy uzyskać jakąkolwiek wiedzę o faktach, jeśli nie drogą postrzegania zmysłowego ? Samo myślenie ani odrobinę nie poszerzy naszej wiedzy o świecie faktów. Zatem doświadczenie percepcyjne musi być jedynym „źródłem wiedzy” we wszystkich naukach empirycznych. Wszystko, co wiemy o świecie faktów, musi być zatem wyraźalne w formie zdań o naszych doznaniach. O tym, czy stół ten jest czer­ wony czy niebieski przekonać się można jedynie odwołując się do doświadczenia zmysło­ wego. Dzięki bezpośredniemu uczuciu przekonania, jakie doświadczenie to ze sobą niesie, odróżnić możemy zdanie prawdziwe, które głosi tak, jak jest w doświadczeniu, od zdania fałszywego, które nie jest z doświadczeniem zgodne. Nauka jest tylko próbą sklasyfiko­ wania i opisania wiedzy, jaką daje postrzeżenie, owo bezpośrednie doświadczenie, w praw­ dziwość którego nie sposób wątpić. Nauka jest systematyczną prezentacją na­ szych bezpośrednich przeświadczeń. W moim przekonaniu u podstaw tej teorii leży problem indukcji oraz pojęć uniwersal­ nych. Nie jesteśmy bowiem w stanie sformułować ani jednego twierdzenia naukowego, które nie wykraczałoby daleko poza pewność „na podstawie doświadczenia bezpośred­ niego”. (Fakt ten określić można jako „transcendencję właściwą wszelkiemu opisowi”.) Każdy opis czyni użytek z nazw uniwersalnych (lub symboli czy idei), każde zdanie ma charakter teorii, hipotezy. Zdania „Tutaj znajduje ^się szklanka wody” nie zdołamy zwery­ fikować poprzez jakiekolwiek doświadczenie typu obserwacyjnego. Przyczyna leży w tym, że pojęć uniwersalnych, które w zdaniu tym się pojawiają, nie można skorelować z żadnym szczególnym rodzajem doświadczenia zmysłowego. („Doświadczenie bezpo­ średnie” raz tylko jest „dane bezpośrednio”, jest niepowtarzalne.) Na przykład słowo „szklanka” oznacza ciało fizyczne, przejawiające pewne zachowania prawo-podobne, to samo tyczy się słowa „woda”. Pojęć uniwersalnych nie da się zredukować do klas do­ świadczeń; nie można ich „ukonstytuować”4.

§ 26. W SPRAWIE TZW. „ZDAŃ PROTOKOLARNYCH”

Wydaje mi się, że omówiony w poprzednim paragrafie pogląd, który nazywam „psychologizmem”, ciągle jeszcze tkwi u podstaw współczesnej teorii bazy empirycznej, choć jej zwolennicy nie mówią już o doznaniach czy postrzeleniach, a zamiast tego o „zdaniach” — zdaniach reprezentujących doznania. Zostały one przez Neuratha1 i Carnapa8 nazwane zdaniami protokolarnymi. * Por., np., J. Kraft Von ffusserl zu Heidegger, 1932, s. 102. Idę tu niemal dosłownie za przedstawieniem tej sprawy przez P. Franka (por. § 27, przypis 4) oraz H. Halina (por. § 27, przypis 1). 4 Por. przypis 2 w § 20 oraz tekst, „ukonstytuowany” jest terminem Carnapa. 1 Termin ten pochodzi od Neuratha; por. na przykład Sociologie w „Erkeuntnis”, II, 1932, s. 393. 2 Camap, „Erkenntnis”, II, 1932, s. 432 i nast.; ni, 1932, s. 107 n. 8

6 — Logika odkrycia naukowego

81

I

Podobną teorię wysunął wcześniej Reininger. Dla niego punktem wyjścia było pytanie: na czym polega odpowiedniość lub zgodność pomiędzy zdaniem a faktem lub stanem rzeczy przez nie opisywanym? Reininger doszedł do wniosku> że zdania porównywać można jedynie ze zdaniami. Zgodnie z tym poglądem odpowiedniość zdania i faktu nie jest niczym innym jak tylko logiczną odpowiedniością między zdaniami o różnych poziomach uni­ wersalności : jest ona 8 „... odpowiedniością pomiędzy zdaniami wyższego szczebla a innymi zdaniami o podobnej treści, w ostatecznej instancji zdaniami, stanowiącymi zapis doświad­ czenia.” (Reininger nazywa je niekiedy „zdaniami elementarnymi” 4.) Carnap wychodzi od pytania postawionego nieco inaczej. Teza jego brzmi, iż wszelkie dociekanie filozoficzne dotyczy „form mowy” 5. Logika nauki badać musi „formy języka nauki”6. Nie mówi ona o „przedmiotach” (fizycznych), lecz o słowach; nie o faktach, lecz o zdaniach. Wysłowieniu poprawnemu w „ujęciu formalnym” Carnap przeciwstawia wysłowienie zwykłe, czyli—jak powiada — „ujęcie materialne”. Aby uniknąć nieporo­ zumień, ujęcia materialnego należy używać tylko tam, gdzie możliwe jest przetłumaczenie go na poprawne ujęcie formalne. Otóż pogląd ten — z którym mogę się zgodzić — prowadzi Camapa (podobnie jak Reiningera) do stwierdzenia, że logika nauki nie upoważnia nas do stwierdzenia, że zdania sprawdza się porównując je ze stanami rzeczy lub doznaniami; możemy jedynie powie­ dzieć, że zdania sprawdza się porównując je z innymi zdaniami. Jednak w rzeczywistości, Carnap pozostaje przy podstawowych ideach psychologizmu, a wszystko, czego dokonuje, to przełożenie ich na sformułowania w „ujęciu formalnym”. Powiada on, że zdania nauki sprawdza się „za pomocą zdań protokolarnych”7; ponieważ jednak zdania protokolarne uważa się za twierdzenia lub zdania, „które nie wymagają konfirmacji, lecz stanowią podstawę dla wszystkich innych zdań nauki”, stwierdzenie Carnapa sprowadza się do powiedzenia — w zwykłym ujęciu „materialnym” — że zdania protokolarne mówią o tym, co jest „dane”: o „danych zmysłowych”. Opisują one (jak to ujmuje sam Carnap) „treści doświadczenia bezpośredniego albo zjawiska, a więc najprostsze fakty poznawalne"8. Widać stąd zupełnie wyraźnie, że teoria zdań protokolarnych nie jest niczym innym, jak psychologizmem przetłumaczonym na ujęcie formalne. W znacznej mierze to samo odnosi się do poglądu Neuratha 9, który domaga się, by w zdaniach protokolarnych wyrazom takim jak „postrzega”, „widzi”, itp. towarzyszyło imię autora zdania, podane w pełnym brzmieniu. Zdanie protokolarne—jak wskazuje sama nazwa — winno zapisywać, protokołować bezpośrednie obserwacje lub postrzeżenia. Podobnie jak Reininger10, Neurath uważa, że zdanie postrzeżeniowe, zapisujące do­ znania, czyli „zdanie protokolarne” — nie jest niepodważalne i niekiedy można je od8

R. Reininger Metaphysik der Wirklichkeit, 1931, s. 134. Reininger, op. cit., s. 132. * Carnap, „Erkenntnis”, II, 1932, s. 435, These der Metalogik. • Carnap, „Erkenntnis”, III, 1933, s. 228. 7 Carnap, „Erkenntnis”, II, 1932, s. 437. 8 Carnap, „Erkenntnis”, s. 438. 0 Otto Neurath, „Erkenntnis”, III, 1933, s. 205 n. Neurath dąje następujący przykład: „Kompletne zdanie protokolarne mogłoby brzmieć następująco: (zapis Ottona o godz. 3 min. 17: [zwerbalizowana myśl Ottona z godz. 3 min. 16: (o godz. 3 min. 15 w pokoju stał stół obserwowany przez Ottona)!}”. 10 Reininger, op. dt., s. 133. 4

82

rzucić. Nie zgadza się on u z poglądem Carnapa (później przez Camapa zrewidowanym)12, że zdania protokolarne są ostateczne i nie wymagają konfirmacji. Reininger opisuje metodę, pozwalającą na sprawdzenie w wątpliwych przypadkach zdań „elementarnych” za pomocą innych zdań — metoda ta polega na dedukowaniu i sprawdzaniu wniosków, natomiast Neurath żadnej metody takiej nie podaje. Wspomina tylko, że możemy albo „usunąć” zdanie, stojące w sprzeczności z systemem „... lub też przyjąć je, a system zmody­ fikować w taki sposób, by pozostał niesprzeczny po dołączeniu owego zdania”. Moim zdaniem, pogląd Neuratha, że zdania protokolarne nie są niepodważalne, sta­ nowi znaczny postęp. Jednakże oprócz zastąpienia postrzeżeó zdaniami postrzeżeniowymi — co jest tylko przekładem ujęcia formalnego — teoria głosząca, iż zdania protokolarne podlegają rewizji, jest jedynym krokiem naprzód, jakiego Neurath dokonał (dzięki Friesowi) w sprawie bezpośredniości poznania postrzeżeniowego. Jest to krok we właściwym kierunku, który jednak nigdzie nie zaprowadzi o ile nie towarzyszy mu krok drugi: po­ trzebny jest zbiór reguł, ograniczających arbitralność „usuwania” (albo „przyjmowania”) zdań protokolarnych. Neurath żadnych takich reguł podać nie zdołał, tym samym niezamierzenie godząc w empiryzm. Bowiem bez takich reguł nie można odróżnić zdań empi­ rycznych od zdań innego rodzaju. Każdy system daje się obronić, o ile wolno nam (a wedle poglądu Neuratha wolno każdemu) po prostu „usunąć” niewygodne zdanie protokolarne. Tym sposobem nie tylko możemy, na modłę konwencjonalistyczną, uratować dowolny system; dysponując odpowiednim zasobem zdań protokolarnych można nawet dowolny system potwierdzić, opierając się na świadectwie osób, które zaświadczyłyby, czy zaproto­ kołowały to, co widziały lub słyszały. Uniknąwszy pewnej postaci dogmatyzmu Neurath toruje drogę, na której dowolny system można ukonstytuować jako „naukę empiryczną”. Wcale nie jest łatwo stwierdzić, jaką rolę pełnić mają u Neuratha zdania prokolarne. Wedle wczesnego Camapa system zdań protokolarnych był probierzem, za pomocą którego oceniane były wszystkie twierdzenia nauk empirycznych. Dlatego właśnie musiały one być „niepodważalne”. Tylko one bowiem pozwalają na obalanie zdań — oczywiście zdań innych niż protokolarne. Jeżeli jednak pozbawimy je tej funkcji, jeżeli one same mogą zostać obalone przez teorie — do czego mają służyć? Ponieważ Neurath nie usiłuje roz­ wiązać problemu demarkacji wydaje się, że koncepcja zdań protokolarnych jest jedynie reliktem — żywym przypomnieniem tradycyjnego poglądu, iż nauki empiryczne początek swój mają w postrzeżeniu.

§ 27. OBIEKTYWNOŚĆ BAZY EMPIRYCZNEJ

Proponuję, abyśmy na naukę spojrzeli nieco inaczej, niż to z upodobaniem robią rozmaite szkoły psychologistyczne: pragnę wyraźnie odróżnić obiektywną naukę z jednej strony, od „naszej wiedzy” z drugiej. Łatwo się zgodzę, że jedynie obserwacja dostarcza nam „wiedzy o faktach” i że mo­ żemy (jak powiada Hahn) „uświadamiać sobie fakty jedynie dzięki obserwacji” \ Ale owa 11

Neurath, op. cit., s. 209 n. Camap, „Erkenntnis”, III, §933, s. 215 n.; por. przypis 1 w §29. 1 H. Hahn Logik, Mathematik und Naturerkemen w: „Einheitswissenschaft”, 2, 1933, s. 19 i 20. u

8*

83

świadomość, wiedza, jaką dysponujemy, nie usprawiedliwiają ani nie ustanawiają prawdzi­ wości żadnego zdania. Nie wierzę więc, Że pytanie, jakie postawić musi epistemologia, brzmi: „...na czym opiera się nasza wiedza?... lub dokładniej, w jaki sposób mogę, mając doznanie S, uzasadnić opis tego doznania i bronić go przed wątpliwościami?” 2. Nie pomoże tu nawet zmiana terminu „doznanie” na „zdanie protokolarne”. Według mnie epistemologia winna zapytać raczej: w jaki sposób twierdzenia nauki sprawdza się poprzez ich konsekwencje logiczne?*1. Jakiego rodzaju konsekwencje należy wybrać do tego celu, jeżeli z kolei one same mają być intersubiektywnie sprawdzalne? Obecnie takie obiektywne i nie-psychologiczne podejście jest dość powszechnie przyjęte, gdy chodzi o zdania logiki lub tautologie. Jednakże nie tak dawno temu utrzymywano, iż logika jest nauką dotyczącą procesów umysłowych i praw nimi rządzących — praw myśle­ nia. Wedle tego poglądu logiki nie można było uzasadnić inaczej niż przez odwołanie do domniemanego faktu, że po prostu nie możemy myśleć inaczej. Wnioskowanie logiczne wydawało się uzasadnione dzięki temu, iż doświadczano jego konieczności, dzięki poczuciu nieuchronności myślenia w pewien sposób. W dziedzinie logiki tego typu psychologizm należy chyba do przeszłości. Nikomu nie śniłoby się uzasadnianie ważności wnioskowania logicznego, lub bronienie go przed zarzutami, poprzez zapisanie na marginesie następu­ jącego zdania protokolarnego: „Protokół: Sprawdzając dzisiaj niniejszy ciąg wnioskowań doznałem zniewalającego uczucia przekonania”. Sytuacja ulega zasadniczej zmianie, gdy dochodzimy do empirycznych twierdzeń naukowych. Tutaj panuje powszechne przekonanie, że podstawą ich są doświadczenia w rodzaju percepcji; wyrażając to w ujęciu formalnym — zdania protokolarne. Większość z nas spostrzegłaby, że próba oparcia twierdzeń logiki na zdaniach protokolarnych stanowi przypadek psychologizmu. Dziwne jednak, że w wypadku twierdzeń empirycznych rzecz tego samego pokroju uchodzi dziś pod nazwą „fizykalizmu”. Myślę jednak, że zarówno w wypadku twierdzeń logiki, jak i twierdzeń nauk empirycznych, odpowiedź jest taka sama: nasza wiedza, którą nieprecyzyjnie scharakteryzować można jako system dyspozycji, a którą badać może psychologia, w obu wypadkach łączyć się może z wiarą lub uczuciem przekonania: w jednym wypadku zapewne z poczuciem nieuchronności myślenia w pewien sposób, w drugim z „pewnością percepcyjną”. Wszystko to jednak interesuje tylko psycho­ loga i nawet nie dotyka problemów takich jak logiczne związki pomiędzy twierdzeniami naukowymi, które dla epistemologa są jedynie ważne. (Istnieje rozpowszechnione mniemanie, że zdanie „Widzę, że ten stół tutaj jest biały” ma, z punktu widzenia teorii poznania znaczną przewagę nad zdaniem „Ten stół tutaj jest biały”. Jednakże z punktu widzenia ęceny możliwych testów obiektywnych, zdanie pierwsze, mówiące o mnie, okazuje się nie bardziej pewne niż zdanie drugie, mówiące o tym tutaj stole.) O zasadności pewnego ciągu, rozumowania logicznego przekonać się można w jeden tylko sposób. Polega on na tym, by rozumowaniu nadać taką postać, w której najłatwiej będzie je sprawdzić: wyodrębniamy w nim liczne mniejsze kroki, łatwe do skontrolowania 8

Camap Scheinprobleme in der Philosophie, 1928, s. 15 (w oryginale nie ma podkreśleń). Obecnie pytanie to sformułowałbym w sposób następujący: W jaki sposób możemy najlepiej dokonać krytyki naszych teorii (hipotez, domysłów) zamiast brać je w obronę przed wątpliwościami? Oczywiście sprawdzanie stanowiło zawsze, wedle mego poglądu, część krytyki. (Por. Postscripty § *7, tekst po­ między przypisami S i 6, oraz koniec § *52.) 41

/ 84

przez każdego, kto zaznajomił się z logiczną lub matematyczną techniką przekształcania zdań. Jeżeli wówczas ktoś jeszcze żywiłby wątpliwości możemy tylko poprosić go, by wskazał błąd w krokach dowodowych lub przemyślał całą rzecz od nowa. W wypadku nauk empirycznych sytuacja jest w dużej mierze taka sama. Dowolnemu twierdzeniu naukowemu można nadać taką postać (opisując przebieg eksperymentów, itp.), że każdy, kto zna odpo­ wiednie techniki, może je sam sprawdzić. Jeśli w rezultacie ktoś twierdzenie odrzuci, nie zadowoli nas mówiąc o uczuciu wątpliwości czy uczuciu przekonania żywionym wobec własnych postrzeżeń. Niezbędne jest natomiast sformułowanie twierdzenia sprzecznego z naszym i podanie wskazówek dotyczących procedury sprawdzania. Jeśli zrobić tego nie zdoła, możemy mu tylko powiedzieć, by dokładniej przyjrzał się naszemu eksperymentowi i przemyślał go od nowa. Twierdzenie, które nie jest sprawdzalne z racji swej formy logicznej może w nauce odgrywać rolę co najwyżej bodźca: podsuwać problemy. W dziedzinie matematyki przy­ kładem takim jest problem Fermata, a w dziedzinie historii naturalnej — relacja o wężach morskich. W wypadkach takich naukowcy nie utrzymują, że relacje te są bezpodstawne, że Fermat był w błędzie lub że wszystkie sprawozdania na temat węży morskich są kłam­ stwami. Zamiast tego naukowiec zawiesza sąd s. Oprócz perspektywy epistemologicznej możliwe są różne punkty widzenia na naukę, możemy na przykład spoglądać na nią jak na zjawisko biologiczne lub socjologiczne. Z tego punktu widzenia naukę opisuje się jako narzędzie, instrument, zapewne porówny­ walny do jakiegoś typu urządzenia przemysłowego. Naukę traktować można jako środki produkcji — jako ostatnie słowo „cyklu produkcyjnego” 4. Nauka oglądana z tej perspek­ tywy nie wiąże się ściślej z „naszym doświadczeniem” niż inne instrumenty czy środki produkcji. Nawet wówczas, gdy naukę traktujemy jako sposób zaspokajania naszych potrzeb intelektualnych, jej związek z doświadczeniem w zasadzie nie odbiega od związku, jaki zachodzi między doświadczeniem a jakąkolwiek inną strukturą obiektywną. Wcale nie jest błędem stwierdzenie, że nauka jest „instrumentem”, którego celem jest „... przewi­ dywanie późniejszych doznań na podstawie doznań bezpośrednich czy danych, a nawet kontrolowanie ich tak dalece, jak to jest możliwe”5. Nie sądzę jednak, byśmy zyskali jasność mówiąc o doznaniach. Postępowanie to nie bardziej jest celowe niż, poprawne przecież, opisywanie wieży szybu naftowego jako urządzenia, którego celem jest dostar­ czanie nam pewnych doznań: dostarczanie nie ropy naftowej, lecz widoku i zapachu ropy; nie pieniędzy, lecz uczucia, że się pieniądze posiada.

§28. ZDANIA BAZOWE

Wskazaliśmy już krótko rolę, jaką w bronionej przeze mnie teorii poznania odgrywają zdania bazowe. Są one potrzebne do rozstrzygnięcia, czy daną teorię uznamy za falsyfikowalną, czyli empiryczną (por. § 21). Są również potrzebne do potwierdzania hipotez falsyfikujących, zatem do falsyfikowania teorii (por. § 22). ' Por. uwaga na temat „zjawisk okultystycznych” w § 8. 4 Wyrażenie to pochodzi od Bohma-Bawerka (Produktiortsumweg). * Frank DasKausalgesetzundseine Grenzett, 1932, s. 1. * W sprawie instrumentalizmu patrz przypis *1 przed § 12 oraz Postscript, szczególnie §§ *12-*15.

85

Zdania bazowe muszą więc spełniać następujące warunki, (a) Żadnego zdania bazowego nie można wydedukować z samego zdania uniwersalnego, któremu nie towarzyszą warunki początkowe *1. Z drugiej strony (b) zdania uniwersalne i zdania bazowe mogą pozostawać w sprzeczności. Warunek (b) spełniany jest jedynie wówczas, gdy z teorii, z którą pewne zdanie bazowe jest sprzeczne, można wyprowadzić negację tego zdania. Z tego, oraz z warunku (a) wynika, że zdanie bazowe musi mieć taką postać logiczną, by jego negacja nie była sama zdaniem bazowym. Spotkaliśmy już zdania, których forma logiczna różna jest od formy ich negacji. Były to zdania uniwersalne oraz zdania egzystencjalne: są one nawzajem swymi negacjami i różnią się pod względem formy logicznej. Podobnie budować można zdania jednostko we. O zdaniu „W obszarze czasoprzestrzennym k znajduje się kruk” powiedzieć można, iż różni się ono pod względem postaci logicznej — a nie tylko językowej — od zdania „W obszarze czasoprzestrzennym k nie ma żadnego kruka”. Zdanie o postaci „W obszarze czasoprzestrzennym k znajduje się to-a-to” lub „W obszarze czasoprzestrzennym k zachodzi takie-a-takie zdarzenie” (por. § 23) można nazwać „jednostkowym zdaniem egzy­ stencjalnym” lub „jednostkowym zdaniem-istnieje” (there-is-statement). Negując takie 41 Pisząc to byłem przekonany, iż jest całkiem jasne, że z teorii Newtona niczego o charakterze zdań obserwacyjnych wyprowadzić się nie da bez warunków początkowych (a zatem oczywiście także zdań bazowych). Niestety okazało się, że fakt ten, oraz jego konsekwencje w sprawie zdań obserwacyjnych lub „zdań bazowych” nie został dostrzeżony przez niektórych krytyków mojej książki. Dorzucę więc w tym miejscu kilka uwag. Po pierwsze, z czystego zdania-o-wszystkich nie wynika nic obserwacyjnego — powiedzmy ze zdania „Wszystkie łąbędzie są białe”. Łatwo to spostrzec rozważywszy fakt, iż zdania „Wszystkie łabędzie są białe” i „Wszystkie łabędzie są czarne” oczywiście nie są sprzeczne, lecz wspólnie jedynie implikują, że nie ma łabędzi — co rzecz jasna nie jest zdaniem obserwacyjnym, a nawet nie może zostać „zweryfikowane”. (Jednostronnie falsyfikowalne zdanie w rodzaju „Wszystkie łabędzie są białe” ma, nawiasem mówiąc, tę samą formę logiczną co „Nie ma łabędzi”, gdyż jest ono równoważne zdaniu „Nie istnieją nie-białe łabędzie”.) Jeżeli zgodzimy się z tym, co wyżej powiedziano, stanie się natychmiast widoczne, że jednostkowe zdania, które można wydedukować ze zdań czysto uniwersalnych, nie mogą być zdaniami bazowymi. Mam na myśli zdania o postaci: „Jeżeli łabędź znajduje się w miejscu k, to biały łabędź znąjduje się w miejscu &”. (Lub: „W miejscu k albo nie ma żadnego łabędzia, albo znąjduje się biały łabędź”.) Teraz widzimy od razu, dlaczego owe „zdania o przypadkach poszczególnych”, jak można by je nazwać, nie są zdaniami bazowymi. Powód jest taki, że owe zdania mówiące o poszczególnych przypadkach nie mogą' grać roli zdań testowych Gub roli potencjalnych fałsyfikatorów), którą to właśnie rolę odgrywać mąją zdania bazowe. Gdybyśmy zdania o poszczególnych przypadkach przyjęli w charakterze zdań testowych, dla każdej teorii otrzymalibyśmy wówczas przytłaczającą ilość weryfikacji (zarówno dla „Wszystkie łabędzie są białe”, jak i dla „Wszystkie łabędzie są czarne”) — w istocie ilość nieskończoną z uwagi na fakt, że w przytłaczającej części świata nie ma łabędzi. Ponieważ zdania o przypadkach poszczególnych są wyprowadzalne ze zdań uniwersalnych, negacje ich muszą być potencjalnymi falsyfikatorami, a zatem mogą być zdaniami bazowymi (jeżeli warunki, wyszczególnione powyżej w tekście, zostaną spełnione). Zdania o przypadkach poszczególnych będą więc miały, vice yersa, postać zanegowanych zdań bazowych (patrz również przypis *4 w § 80). Warto zauważyć, że zdania bazowe (które są zbyt mocne, by można było wyprowadzić je z samych tylko praw uniwersalnych) niosą więcej treści informacyjnej niż ich negacje dotyczące poszczególnych przypadków; znaczy to, że treść zdań bazowych przewyższa ich prawdopodobieństwo logiczne (gdyż musi przewyższać 1/2). Takie właśnie spostrzeżenia leżały u podstaw mojej teorii logicznej formy zdań bazowych. (Patrz Conjectures and Refutations, 1963, s. 386 n.)

86 \

zdanie otrzymujemy natomiast: „W obszarze czasoprzestrzennym k nie znajduje się żadne to-a-to” lub „W obszarze czasoprzestrzennym k nie zachodzi żadne takie-a-takie zdarzenie”, czyli zdanie, które nazwać można „jednostkowym zdaniem non-egzystencji” lub „jednostkowym zdaniem-nie istnieje” (there-is-not-statemenł). Możemy obecnie podać następującą regułę, dotyczącą zdań bazowych: zdania ba­ zowe mają postać jednostkowych zdań egzystencjalnych. Reguła ta oznacza, że zdania bazowe spełniać będą warunek (a), gdyż jednostkowego zdania egzystencjalnego nigdy nie uda się wydedukować ze zdania ściśle uniwersalnego, czyli ze ścisłego zdania non-egzystencji. Spełniony zostanie również warunek (b), co widać z faktu, iż z każdego jednostkowego zdania egzystencjalnego można wyprowadzić zdanie czysto egzystencjalne pomijając po prostu jakiekolwiek odniesienie do jakiegokolwiek jednostkowego obszaru czasoprzestrzennego; jak widzieliśmy, zdanie czysto egzystencjalne istotnie może być sprzeczne z teorią. Zauważyć trzeba, żfe koniunkcja dwóch zdań bazowych p i r, które nie są nawzajem sprzeczne, sama z kolei jest zdaniem bazowym. Niekiedy możemy otrzymać zdanie bazowe dołączając jakieś zdanie bazowe do innego zdania, które nie jest bazowe. Na przykład utworzyć możemy koniunkcję zdania bazowego r „Wskazówka znajduje się w miejscu kn oraz jednostkowego zdania non-egzystencji ~p: „Żadna wskazówka nie porusza się w miejscu k”. Jest jasne, że koniunkcja dwóch zdań r-~p („r i nie-/?”) równoważna jest jednostkowemu zdaniu egzystencjalnemu „W miejscu k znajduje się wskazówka w spo­ czynku”. Prowadzi to do tej konsekwencji, że jeśli mamy teorię t oraz warunki początkowe r, skąd dedukujemy przewidywanie p, wówczas zdanie r-~p będzie falsyfikatorem teorii i również zdaniem bazowym. (Z drugiej strony zdanie warunkowe „/■-»/?”, czyli „jeśli r, to /?”, jest w niewiększym stopniu bazowe niż negacja ~/», gdyż jest ono równoważne negacji zdania bazowego, mianowicie negacji zdania r-~p.) Były to wymogi formalne, nakładane na zdania bazowe i spełniane przez wszystkie jednostkowe zdania egzystencjalne. Prócz nich zdania bazowe spełniać muszą wymóg materialny, dotyczący zdarzenia, które — jak głosi zdanie bazowe — zachodzi w miejscu k. Zdarzenie to musi być „obserwowalne”; inaczej mówiąc, zdania bazowe muszą być intersubiektywnie sprawdzalne przez „obserwację”. Ponieważ są one zdaniami jednostko­ wymi, warunek ten tyczyć się może obserwatorów zajmujących dogodne miejsca w czasie i przestrzeni (w kwestię tę nie będziemy wnikać). Niewątpliwie odnieść można wrażenie, iż żądając obserwowalności pozwoliłem jednak w końcu, by psychologizm po cichu wcisnął się z powrotem do mojej teorii. Tak jednak nie jest. Na pewno pojęcie zdarzenia obserwowalnego interpretować można w sposób psychologistyczny. Sens jednak, w jakim pojęcia tego używam, doskonale pozwala na zastąpienie go przez „... zdarzenie dotyczące położenia i ruchu ciał makroskopowych”. Dokładniej ująć to można w ten sposób, że każde zdanie bazowe albo samo musi być zdaniem mówiącym o względnych położeniach"ciał fizycznych, albo musi być równoważne jakiemuś zdaniu bazowemu typu „mechanistycznego” czy „materialistycznego”. (Wyko­ nalność tego żądania związana jest z faktem, iż teoria sprawdzalna intersubiektywnie będzie również sprawdzalna intersensualnie1. Znaczy to, że testy, angażujące postrzeżenia jed­ nego z naszych zmysłów można w zasadzie zastąpić testami angażującymi inne zmysły.) 1

Camap, „Erkenntnis”, II, 1932, s. 445.

87

Tak więc oskarżenie, że odwołując się do obserwowalnośd potajemnie dopuściłem znów psychologizm, nie ma większej mocy niż oskarżenie, że dopuściłem mechanizm lub mate­ rializm. Widać stąd, iż teoria moja w rzeczywistości jest neutralna i żadnej z powyższych etykietek nie da się jej przyczepić. Wszystko to mówię jedynie w tym celu by termin „obserwowalny” w moim rozumieniu uchronić przed piętnem psychologizmu. (Obserwacje i postrzeżenia mogą być psychologiczne, lecz nie obserwowalność.) Nie leży w moich zamiarach definiowanie terminu „obserwowalny” lub „zdarzenie obserwowalne”, chociaż gotów jestem kwestię tę rozjaśnić za pomocą przykładów psychologistycznych lub mechanistycznych. Sądzę, że powinno się wprowadzić go jako termin niezdefiniowany, któremu użycie nada wystarczającą dokładność: jako pojęcie pierwotne, którego użycia epistemologowie muszą nauczyć się tak samo jak użycia terminu „symbol”, lub jak fizycy, którzy muszą nauczyć się użycia terminu „punkt materialny”. Zdania bazowe są zatem — stosując ujęcie materialne — twierdzeniami głoszącymi, że jakieś obserwowalne zdarzenie zachodzi w pewnym jednostkowym obszarze czasu i przestrzeni. Rozmaite terminy, występujące w tej definicji, wyjąwszy termin pierwotny „obserwowalny”, zostały wyjaśnione dokładniej w § 23; „obserwowalny” pozostaje nie zde­ finiowany, lecz—jak widzieliśmy — sens jego można dość dokładnie wyjaśnić.

§ 29. WZGLĘDNOŚĆ ZDAŃ BAZOWYCH. ROZWIĄZANIE TRYLEMATU FRIESA

/ Każdy test teorii, bez względu na to, czy prowadzi do jej potwierdzenia, czy falsyfikacji, zatrzymać się musi na tym lub innym zdaniu bazowym, które postanawiamy przyjąć. Jeżeli nie poweźmiemy żadnej decyli i nie przyjmiemy tego lub innego zdania bazowego, test zaprowadzi nas donikąd. Z logicznego punktu widzenia nic nas nigdy nie zmusza do zatrzymania się na tym akurat zdaniu bazowym, a nie na innym lub do całkowitego po­ niechania sprawdzania. Każde bowiem zdanie bazowe można poddać dalej testom, uży­ wając jako probierza któregoś ze zdań bazowych, dających się zeń wydedukować za po­ mocą pewnej teorii, czy to sprawdzonej, czy nie. Procedura ta nie ma naturalnego końca K Jeśli więc test zaprowadzić miałby nas donikąd, pozostaje nam tylko zatrzymać się w tym czy innym miejscu i uznać tę sytuację za chwilowo zadowalającą. Nietrudno dostrzec, że zgodnie z tą procedurą zatrzymujemy się tylko przy takich zdaniach, które szczególnie łatwo można sprawdzić. Innymi słowy zatrzymujemy się przy takich zdaniach, których przyjęcie lub odrzucenie łatwo można uzgodnić. Jeżeli opinie badaczy będą w tej kwestii rozbieżne, sprawdzanie będzie kontynuowane albo rozpocznie się je od nowa. Jeżeli i to nie da pożądanego rezultatu możemy wówczas, powiedzieć, 1 Por. Caraap, „Erkenntnis”, III, 1933, s. 224. Zgadzam się na tego rodząju ujęcie mojej teorii przez Carnapa, wyjąwszy kilka niezbyt istotnych szczegółów. Po pierwsze, Caraap sugeruje, że zdania bazowe (nazywane przez niego „zdaniami protokolarnymi”) stanowią punkt wyjściowy budowania nauki; po drugie zauważa on (s. 225), że zdanie protokolarne może zostać potwierdzone „z takim a takim stop­ niem pewności”, i po trzecie, że „zdania o postrzeżeniach” stanowią „równie zasadne ogniwa łańcucha”, do których to właśnie odwołujemy się „w wypadkach krytycznych”. Por. cytat w tekście, do którego odnosi się następny przypis. Pragnę skorzystać z okazji i podziękować profesorowi Camapowi za przyjazne uwagi na temat mojej nieopublikowanej pracy, które znaleźć można we wspomnianym artykule.

88

że badane twierdzenia nie są intersubiektywnie sprawdzalne lub, że pomimo wszystko nie mieliśmy do czynienia ze zdarzeniami obserwowalnymi. Gdyby okazało się pewnego dnia,, że dokonujący obserwacji naukowcy nie mogą osiągnąć zgody co do zdań bazowych,, spowodowałoby to klęskę języka jako środka powszechnej komunikacji. Powstałaby wtedy nowa wieża Babel: odkrycia naukowe przeistoczyłyby się w absurd. Nowa wieża Babel, strzelista budowla nauki, ległaby wkrótce w gruzach. Podobnie jak w wypadku dowodu logicznego, który zyskuje postać zadowalającą dopiero gdy zakończymy żmudną pracę i możemy wszystko łatwo sprawdzić, tak i w nauce,, dokonawszy dzieła dedukcji i wyjaśniania, zatrzymujemy się przy łatwo sprawdzalnych zdaniach bazowych. Tego typu zdaniami na pewno nie są zdania mówiące o prywatnych doznaniach — czyli zdania protokolarne; nie byłyby one zbyt dogodne w roli zdań,, przy których się zatrzymujemy. Oczywiście czynimy użytek ze sprawozdań czy protokołów w rodzaju certyfikatów testów, wydawanych przez departament badań naukowych i prze­ mysłowych. O ile zajdzie potrzeba, poddać je mbżna ponownemu badaniu. Na przykład okazać się może niezbędne sprawdzenie czasu reakcji rzeczoznawców, przeprowadzają­ cych testy (czyli określenie popełnianego przez nich błędu subiektywnego). Na ogół,, a zwłaszcza „...w przypadkach krytycznych”, zatrzymujemy się przy zdaniach łatwo sprawdzalnych, a nie, jak zaleca Carnap, przy postrzeżeniach lub zdaniach protokolarnych,, czyli nie „... zatrzymujemy się akurat przy nich... ponieważ intersubiektywne sprawdzanie zdań postrzeżeniowych... jest względnie złożone i trudne”8. Jakie stanowisko zajmiemy teraz wobec trylematu Friesa, czyli wyboru pomiędzy dogmatyzmem, regressus ad infinitum i psychologizmem? (por. § 25). Zdania bazowe, na. których poprzestaniemy, które postanowimy przyjąć jako zadowalające i wystarczająco sprawdzone, w zasadzie mają charakter dogmatów, ale jest tak tylko wówczas, gdy uchylamy się od uzasadniania ich w drodze dalszego rozumowania (lub przez dalsze testy). Ten rodzaj dogmatyzmu jest jednak nieszkodliwy, gdyż w razie potizeby zdania owe łatwo poddać możemy dalszemu sprawdzaniu. Przyznaję, iż skutkiem tego łańcuch dedukcji staje się w zasadzie nieskończony. Ten rodzaj regressus ad infinitum jest również nieszko­ dliwy, jako że na gruncie naszej teorii nie powstaje problem udowadniania tą drogą żadnych twierdzeń. I na koniec sprawa psychologizmu: przyznaję znowu, że postanowienie przyjęcia zdania bazowego, uznania go za zadowalające, związane jest przyczynowo z na­ szymi doznaniami — szczególnie z doświadczeniami percepcyjnymi. Nie zamie­ rzamy jednak uzasadniać zdań bazowych za pomocą doznań. Doznania mogą moty­ wować postanowienie, a na tej drodze przyjmowanie lub odrzucanie zdań, lecz zdania bazowego nie można w ten sposób uzasadnić 7- w każdym razie w nie większym stopniu niż przez walenie pięścią w stół8. * Por. poprzedni przypis. * Artykuł Caraapa, o którym tu mowa, zawiera pierwsze opublikowane sprawozdanie z mojej teorii sprawdzania hipotez; pogląd tutąj cytowany z owego artykułu był w nim błędnie przypisywany mnie. * Wydaje mi się, że pogląd tutaj głoszony bliższy jest „krytycznej” (Kantowsldej) szkole filozofii, (być może w postaci, jaką reprezentuje Fries) niż pozytywizmowi. Fries w swej teorii o „predylekcji do dowodzenia” podkreśla, że (logiczne) relacje, zachodzące pomiędzy zdaniami, są całkowicie odmienne od relaęji pomiędzy zdaniami a doznaniami zmysłowymi; pozytywizm, z drugiej strony, stara się znieść torozróżnienie: albo cała nauka stanowi część mojego poznania, „mojego” doznania zmysłowego (monizm. danych zmysłowych), albo doznania zmysłowe stanowią część obiektywnej siatki argumentów o postach zdań protokolarnych (monizm zdań).

89

§ 30. TEORIA I EKSPERYMENT

Zdania bazowe przyjmowane są w wyniku decyzji lub umowy i w tej mierze są kon­ wencjami. Decyzje podejmowane są zgodnie z procedurą, określaną regułami. Wśród nich szczególnie ważna jest reguła mówiąca, iż nie należy przyjmować luźnych zdań bazo­ wych, czyli nie powiązanych logicznie, winniśmy natomiast przyjmować zdania bazowe w toku sprawdzania teorii: stawiając teoriom takie pytania, na które odpowiedzi mogą przynieść przyjmowane zdania bazowe. Sytuacja jest więc w rzeczywistości zupełnie inna, niż to wyobraża sobie naiwny empirysta lub wyznawca logiki indukcjonistycznej. Sądzi on, że wspinanie się po drabinie nauki rozpoczynamy od gromadzenia i systematyzowania doświadczeń. Inaczej mówiąc — w ujęciu bardziej formalnym — że pragnąc stworzyć naukę, musimy najpierw zgromadzić zdania protokolarne. Ale gdybym otrzymał polecenie: „zdaj sprawę z tego, czego w tej chwili doświadczasz'*, nie bardzo wiedziałbym, w jaki sposób spełnić to niejednoznaczne żądanie. Czy mam zdać sprawę z tego, że piszę, że słyszę dźwięk dzwonka, okrzyki gaze­ ciarza, monotonny dźwięk głośnika; czy też mam zdać sprawę z tego, że dźwięki te mnie drażnią? A nawet gdyby polecenie to było wykonalne, gdybyśmy zebrali dowolnie dużo zdań, nigdy nie dałyby one w sumie nauki. Nauka zakłada przyjęcie pewnego punktu widzenia i postawienie problemów teoretycznych. Zgodę w sprawie przyjmowania lub odrzucania zdań bazowych z reguły osiąga się w trakcie stosowania teorii; owa zgoda w rzeczywistości stanowi część zastosowania, będącego sprawdzianem teorii. Osiągnięcie zgody co do zdań bazowych, podobnie jak inne typy zastosowań, jest działaniem celowym, którym rządzą rozmaite względy teore­ tyczne. Sądzę, że potrafimy obecnie rozwiązywać takie problemy, jak na przykład pytanie Whiteheada, jak to się dzieje, że śniadanie dotykalne zawsze podawane jest wraz ze śnia­ daniem widzialnym, a dotykalny „Times" wraz z widzialnym i słyszalnie szeleszczącym „Timesem” **. Logika indukcjonistę, który wierzy, iż wszelka nauka wychodzi od roz­ proszonych postrzeżeń elementarnych, dziwić muszą tego rodzaju regularne koincydencje i muszą wydawać mu się całkowicie „przypadkowe”. Wyjaśnianie regularności poprzez odwoływanie się do teorii jest dla niego niedostępne, gdyż skrępowany jest tezą, że teorie są niczym innym jak stwierdzeniem regularnych koincydencji. Jednakże zgodnie z przyjętym tutaj stanowiskiem, związki pomiędzy różnymi naszymi doznaniami są wyjaśnialne i dedukowalne na gruncie sprawdzonych przez nas teorii. (Teorie nasze nie usprawiedliwiają oczekiwania, że wraz z księżycem widzialnym pojawi się księżyc dotykalny, lub że niepokoić nas będzie słyszalne nocne widziadło.) Na pewno pozostaje jednak jeszcze jedno pytanie — pytanie, na które nie może oczywiście odpowie­ dzieć żadna teoria falsyfikowalna, a które zatem jest „metafizyczne”: jak to się dzieje, że tak często udaje nam się konstruować dobre teorie — jak to się dzieje, że istnieją „prawa przy­ rodnicze” ? *2. Wszystkie te rozważania istotne są z punktu widzenia epistemologicznej teorii eksperymentu. Teoretyk zadaje eksperymentatorowi pewne określone pytania i ekspery41

A. N. Whitehead Art Enąuiry Conceming the Principles of Natural Knowledge, 1919, s. 194. Pytanie to rozważane będzie w § 79 oraz uzupełnieniu *x; patrz również Postscript, szczególnie § *15 i § *16. 43

90

mentator pragnie na te pytania) a nie na żadne inne, udzielić wiążącej odpowiedzi poprzez swe eksperymenty. Wszystkie inne pytania stara się stanowczo odsunąć. (Ważną rolę odgrywać tu może względna niezależność podsystemów teorii.) Eksperymentator prze­ prowadza test zajmując się jednym, wybranym pytaniem .. tak uważnie, jak to tylko możliwe, a zarazem tak nieuważnie, jak to tylko możliwe, wszystkimi innymi pytaniami pokrewnymi... Praca jego po części polega na odsiewaniu wszelkich możliwych źródeł błędu”1. Jednakże mylne byłoby przypuszczenie, że postępowanie eksperymentatora „ma na celu rzucenie światła na pytania teoretyczne”2 lub dostarczenie teoretykowi pod­ staw do uogólnień indukcyjnych. Teoretyk przeciwnie, na długo przed zakończeniem pracy a przynajmniej jej najistotniejszej części, musi swe pytania sformułować możliwie najdo­ kładniej. Tak więc teoretyk wskazuje drogę eksperymentatorowi. Jednakże nawet ekspery­ mentator nie stawia sobie przede wszystkim za cel dokonywania precyzyjnych obserwacji, gdyż i jego praca ma w dużej mierze charakter teoretyczny. Teoria rządzi pracą ekspery­ mentalną od początkowego momentu nakreślenia planu aż po ostateczne poprawki w la­ boratorium *s. Dobrą ilustracją mogą tu być przypadki, gdy teoretykowi uda się przewidzieć zjawisko obserwowalne, następnie uzyskane w laboratorium: chyba najpiękniejszym tego przykła­ dem jest przewidywanie de Broglie’a, dotyczące falowej natury materii, po raz pierwszy potwierdzone eksperymentalnie przez Davissona i Germera *4. Zapewne jeszcze lepszą ilustrację stanowią wypadki, gdy eksperymenty w sposób jawny wpływały na rozwój teorii. W takich sytuacjach prawie zawsze do poszukiwania nowej teorii zmusza teoretyka empiryczna falsyfikacja teorii do tej pory przyjętej i potwierdzonej w wyniku teore­ tycznie ukierunkowanych testów. Znanymi przykładami są tutaj eksperymenty Michelsona-Morleya, prowadzące do teorii względności oraz falsyfikacja prawa promieniowania Rayleigha i Jeansa oraz prawa promieniowania Wiena, dokonana przez Lummera i Pringsheima, co prowadziło do teorii kwantów. Zdarzają się oczywiście odkrycia przy­ padkowe, są one jednak względnie rzadkie. Mach 3 słusznie mówi w takich wypadkach o „korygowaniu opinii naukowych przez okoliczności przypadkowe” (uznając w ten sposób, wbrew samemu sobie, doniosłość teorii). Być może teraz uda nam się odpowiedzieć na pytanie: jak i dlaczego pewną teorię wybieramy spośród innych? Wybór ten na pewno nie jest skutkiem eksperymentalnego uzasadnienia twierdzeń, 1 H. Weyl Philosophie der Mathematik md Naturwissenschaft, 1927, s. 113. * Weyl, ibid. *3 Obecnie mam poczucie, że powinienem był w tym miejscu położyć nacisk na pogląd, który znaleźć można w tej książce w innych miejscach (np. w czwartym i ostatnim akapicie w § 19). Mam na myśli pogląd, iż obserwacje, a jeszcze bardziej zdania obserwacyjne i zdania mówiące o wynikach eksperymentów, zawsze są interpretacjami obserwowanych faktów; że są interpretacjami w świetle teorii. Jest to jeden z głównych powodów, dla których znalezienie weryfikacji teorii jest zawsze łudząco łatwe, i dla których wobec własnych teorii winniśmy przyjmować postawę wysoce krytyczną, jeżeli nie chcemy krążyć w kółko — postawę polegającą na podejmowaniu prób ich obalenia. ** Historię tę znakomicie i krótko opisuje Max Bom w Albert Einstein, Philosopher-Scientist, pod red. P. A. Schilppa, 1949, s. 174. Istnieją lepsze ilustracje, takie jak odkrycie Neptuna przez Adamsa i Leverriera, czy fal Hertza. 3 Mach Die Prinzipien der Warmerlehre, 1896, s. 438.

91

wchodzących w skład teorii, nie jest skutkiem logicznej redukcji teorii do doświadczenia. Wybieramy taką teorię, która wypada najlepiej w rywalizacji z innymi teoriami, która w drodze doboru naturalnego okazała się najlepiej przystosowana do przeżycia. Będzie nią ta teoria, która nie tylko do tej pory oparła się najbardziej surowym testom, ale jest również sprawdzalna w najbardziej rygorystyczny sposób. Teoria jest narzędziem spraw­ dzanym w użyciu, narzędziem, którego przydatność oceniamy wedle rezultatów tego użycia *8. Z logicznego punktu widzenia sprawdzanie teorii zależy od zdań bazowych, a z kolei przyjęcie lub odrzucenie tych zdań zależy od naszych decyzji. Tak więc decyzje prze­ sądzają o losach teorii. W tej mierze moja odpowiedź na pytanie: „jak wybieramy teorię?’* przypomina odpowiedź konwencjonalisty; podobnie jak on twierdzę, że wybór ten po części zdeterminowany jest względami użyteczności. Pomimo to jednak pomiędzy stano­ wiskiem konwencjonalisty a moim zachodzi ogromna różnica. Utrzymuję bowiem, iż dla metody empirycznej charakterystyczne jest to, że konwencja lub decyzja nie wpływają bezpośrednio na akceptację zdań uniwersalnych, lecz przeciwnie, oddziałują na przyj­ mowanie zdań jednostkowych, czyli zdań bazowych. W konwencjonalizmie przyjmo­ waniem zdań uniwersalnych rządzi zasada prostoty: wybiera się system najprostszy. Ja natomiast proponuję, aby w pierwszym rzędzie brać pod uwagę surowość testów. (Zachodzi ścisły związek między tym, co nazywam „prostotą”, a surowością testów, tym niemniej mój sposób rozumienia prostoty znacznie odbiega od koncepcji konwencjonalistycznej; patrz § 46.) Utrzymuję również, że o losie teorii ostatecznie przesądza wynik testu, czyli zgoda co do zdań bazowych. Podobnie jak konwencjonaliści utrzymuję, że wybór pewnej określonej teorii jest aktem, kwestią praktyczną. Jednakże według mnie na wybór ten decydujący wpływ wywiera zastosowanie teorii oraz akceptacja związanych z nim zdań bazowych, podczas gdy wedle konwencjonalisty decydujące są względy este­ tyczne. Różnię się więc od konwencjonalisty poglądem, że zdania, o których rozstrzyga umowa, nie są uniwersalne, lecz jednostkowe. Różnię się też od konwencjonalisty poglądem, iż zdania bazowe nie są uzasadnialne w oparciu o bezpośrednie doświadczenie, lecz przyj­ mowane są — z logicznego punktu widzenia — na mocy aktu swobodnej decyzji. (Z psy­ chologicznego punktu widzenia może to być reakcja celowa i dobrze przystosowana.) Na istotne rozróżnienie pomiędzy uzasadnieniem a decyzją — decygą podjętą zgodnie z pewną procedurą, kierowaną regułami — może rzucić światło analogia ze starą procedurą sądzenia przez ławę przysięgłych. Werdykt wydany przez ławę przysięgłych (yere dictum — prawdziwie powiedziane), podobnie jak werdykt eksperymentatora, przynosi odpowiedź na pytanie o fakty (quid factil), które musi być przedłożone w możliwie najbardziej dobitnej i określonej postaci. Jednakże to, jakie pytanie zostanie postawione, w jaki sposób zostanie ono postawione w dużej mierze zależy od sytuacji prawnej, czyli od aktualnie panującego systemu prawa karnego (który odpowiada systemowi teorii). Zgodną decyzją przysięgłych przyjęta zostaje konstatacja zajścia, jakie faktycznie miało miejsce—jak gdyby zdanie bazowe. Do*s W sprawie krytyki poglądu „instrumentalistycznego” patrz jednakże odsyłacze w przypisie *1 przed 9 12 oraz dodatek z gwiazdką do przypisu 1 w § 12.

92

niosłość owej decyzji polega na tym, iż z niej oraz uniwersalnych zdań systemu (prawa karnego) wydedukować można pewne konsekwencje. Innymi słowy decyzja ta stanowi podstawę zastosowania systemu, werdykt zaś odgrywa rolę „prawdziwego zdania o faktach”. Jest jednak jasne, że zdanie to wcale nie jest prawdziwe jedynie z tego powodu, iż zaakceptowali je przysięgli. Fakt ten uwzględnia reguła pozwalająca na unieważnienie lub rewizję werdyktu. Werdykt wydawany jest zgodnie z procedurą, określoną pewnymi regułami. Reguły te zaś znajdują oparcie w pewnych fundamentalnych zasadach, których celem głównym, jeśli nie jedynym, jest wykrywanie prawdy obiektywnej. Niekiedy dopuszczają one do głosu nie tylko subiektywne przekonanie, lecz nawet subiektywne uprzedzenie. Jednakże nawet gdy pominiemy owe szczególne aspekty dawnej procedury, a wyobrazimy sobie procedurę, której wyłącznym celem jest przyczynianie się do wykrycia obiektywnej prawdy, to nadal werdykt ławy przysięgłych nigdy nie dostarczy uzasadnienia ani podstawy praw­ dziwości tego, co się w nim stwierdza. Również subiektywne uczucie przekonania, jakie żywią przysięgli, nie może być trak­ towane jako uzasadnienie podjętej decyli; aczkolwiek pomiędzy owym uczuciem a decyzją zachodzi oczywiście ścisły związek przyczynowy, dający się opisać za pomocą 'praw psycho­ logii. Uczucie przekonania nazwać więc można „pobudką” decyzji. Fakt, iż uczucie przeko­ nania nie dostarcza uzasadnienia, wiąże się z faktem, iż postępowanie ławy przysięgłych określać mogą rozmaite reguły (na przykład większości zwykłej lub kwalifikowanej). Widać stąd, że uczucie przekonania, jakiego doznają przysięgli, pozostawać może w różnych relacjach do wydawanych przez nich werdyktów. W odróżnieniu od werdyktu ławy przysięgłych wyrok ferowany przez sędziego jest „uzasadniony”: zarówno wymaga uzasadnienia, jak i je zawiera. Sędzia stara się uzasadnić wyrok odwołując się do innych zdań lub logicznie go z nich dedukując — chodzi tu o zdania, należące do systemu prawnego w połączeniu z werdyktem, odgrywającym rolę warunków początkowych. Z tej racji wyrok zaatakować można na płaszczyźnie logicznej. Natomiast decyzję ławy przysięgłych zakwestionować można jedynie podając w wątpli­ wość, czy podjęto ją zgodnie z przyjętymi regułami proceduralnymi, czyli zakwestionować formalnie, a nie co do treści. (Uzasadnienie treści decyzji nosi znaczącą nazwę „motywacji”, a nie „logicznego uzasadnienia”.) Pomiędzy ową procedurą a sposobem rozstrzygania kwestii zdań bazowych zachodzi wyraźna analogia. Rzuca ona światło między innymi na względność owych zdań oraz na sposób, w jaki uzależnione są one od pytań, formułowanych na gruncie teorii. W wypadku sądzenia przez ławę przysięgłych zastosowanie „teorii” nie mogłoby oczywiście wy­ przedzać werdyktu wydanego mocą jej decyzji; jednakże werdykt mieścić się musi w ra­ mach procedury zgodnej z ogólnym kodeksem prawnym, a zatem stosuje się do niego. Sytuacja jest tu analogiczna jak w przypadku zdań bazowych. Przyjęcie zdań bazowych stanowi część zastosowania systemu teoretycznego i dzięki temu możliwe stają się wszelkie dalsze jego zastosowania. Tak więc empiryczna baza nauki obiektywnej nie kryje nic absolutnego 4. Nauka nie * Weyl (op. cit., str. 83) pisze: „ta para pojęć przeciwnych: subiektywny — absolutny i obiek­ tywny — względny zdaje się zawierać jedną z najgłębszych prawd epistemologicznych, które przynieść może badanie przyrody. Każdy, kto pragnie tego, co absolutne, nie uniknie również subiektywności —

93

spoczywa na niewzruszonych podstawach. Śmiała struktura teorii naukowych jak gdyby wznosi się nad grzęzawiskiem. Przypomina gmach wzniesiony na słupach wbijanych z góry w to grzęzawisko, lecz nie sięgających żadnej naturalnej ani „danej” podstawy. Wbijanie słupów przerywamy wcale nie dlatego, że osiągnęliśmy twardą ziemię. Przerywamy po prostu wtedy, gdy uznamy, że tkwią one wystarczająco mocno, aby przynajmniej tymcza­ sowo udźwignąć strukturę. Dodatek, 1972

(1) Używany przeze mnie termin „baza” ma posmak ironiczny; baza ta nie jest trwała. (2) Przyjmuję realistyczny i obiektywistyczny punkt widzenia: usiłuję postrzeganie rozumiane jako „baza” zastąpić sprawdzaniem krytycznym. (3) Doświadczenie obserwacyjne nie wykracza nigdy poza sferę sprawdzalności, jest zespolone z teorią. (4) „Zdania bazowe” są „zdaniami testowymi”: podobnie jak całość języka, zespolone są z teoriami. (Nawet język „fenomenalistyczny”, dopuszczający zdania w rodzaju „tutaj teraz czerwono” zespolony byłby z teoriami dotyczącymi czasu, przestrzeni i barwy.) egocentryczności — natomiast każdy, kto dąży ku obiektywności nie ominie problemu względności”. A przedtem czytamy: „To, czego doznajemy bezpośrednio, jest subiektywne i absolutne...; z drugie, zaś strony, świat obiektywny, który nauki przyrodnicze pragną ująć w czystej, krystalicznej postaci... jest względny”. Boni wypowiada się w podobnych słowach (Die Relatmtdtstheorie Einsteins und ihre physikalischen Grundłagen, 3-cie wyd., 1922, Wstęp). W istocie pogląd ten jest konsekwencją Kantowskiej teorii obiektywności (por. przypis 5 w § 8 i cały ten paragraf). Reininger także mówi o tej sytuacji. Pisze on w Das Psycho-Physische Problem, 1916, str. 29: „Metafizyka nie jest możliwa jako nauka... ponieważ w istocie doświadczamy tego, co absolutne, i z tej racji odczuwamy to intuicyjnie, nie da się ono ująć w słowa. Bowiem „Spricht die Seele, so spricht, ach! schon die Seele nicht mehr”. (Jeżeli mówi dusza wówczas, niestety! to już nie dusza przemawia.)

Rozdział VI

STOPNIE SPRAWDZALNOŚCI Teorie bywają sprawdzalne w sposób mniej lub bardziej surowy; inaczej mówiąc, bywają trudniej lub łatwiej falsyfikowalne. Stopień sprawdzalności ma znaczenie ze względu na dokonywanie wyboru między teoriami. W rozdziale niniejszym porównam różne stopnie sprawdzalności, czyli falsyfikowalności teorii w drodze porównywania ich potencjalnych falsyfikatorów. Dociekania te w żadnym stopniu nie wiążą się z kwestią, czy można przeprowadzić absolutne rozróżnienie pomiędzy teoriami falsyfikowalnymi a nie-falsyfikowalnymi. Można by w istocie powiedzieć, że rozdział niniejszy „relatywizuje” faisyfikowalność pokazując, iż falsyfikowalność jest kwestią stopnia.

§ 31. PROGRAM ORAZ ILUSTRACJE

Teoria jest falsyfikowalna jeśli, jak przekonaliśmy się w § 23, istnieje co najmniej jedna niepusta klasa homotypowych zdań bazowych, przez tę teorię zakazywanych; inaczej mówiąc, jeśli klasa jej potencjalnych falsyfikatorów nie jest pusta. Jeżeli klasę wszystkich możliwych zdań bazowych przedstawimy — jak w § 23 — w postaci koła, a możliwe zda­ rzenia jako promienie koła, wówczas powiedzieć można, iż co najmniej jeden promień — lub lepiej, jeden wąski wycinek, którego szerokość reprezentuje fakt, iż zdarzenie ma być „obserwowalne” — musi być z teorią niezgodny i przez nią wykluczony. Poten­ cjalne falsyfikatory różnych teorii przedstawić można za pomocą wycinków o różnych szerokościach. Powiemy też, że teorie mają więcej lub mniej potencjalnych falsyfikatorów zgodnie z tym, czy wykluczone przez nie wycinki są szersze czy węższe. (Pytanie, czy owo „mniej” lub „więcej” daje się w ogóle uściślić, pozostawiamy na razie otwarte.) Ponadto powiemy, że jeśli klasa potencjalnych falsyfikatorów jednej teorii jest „obszerniejsza” niż drugiej, istnieje więcej szans, że pierwsza z tych teorii może zostać obalona przez doświad­ czenie. Tak więc pierwsza teoria, w porównaniu z drugą, jest „falsyfikowalna w wyższym stopniu”. Znaczy to również, że pierwsza teoria mówi więcej o świecie doświadczenia niż druga, gdyż wyklucza obszerniejszą klasę zdań bazowych. Fakt, iż klasa zdań dozwolo­ nych staje się w ten sposób szczuplejsza, nie ma wpływu na nasze rozumowanie; przeko95

naliśmy się bowiem, że na temat tej klasy teoria nie przynosi żadnych stwierdzeń. Tak więc powiedzieć można, że suma informacji empirycznych, jakie teoria niesie, czyli jej treść empiryczna, wzrasta wraz ze wzrostem falsyfikowalności. Wyobraźmy sobie teraz, że mamy daną pewną teorię i że wycinek, reprezentujący zakazane przez nią zdania bazowe staje się coraz szerszy. W rezultacie zdania bazowe, nie zakazane przez teorię, reprezentować będzie pozostały wąski wycinek. (Jakiś wycinek pozostać musi, o ile teoria ma być niesprzeczna.) Teorię tego rodzaju oczywiście można by bardzo łatwo sfalsyfikować, gdyż pozostawia ona jedynie bardzo wąski zakres możliwości w świecie empirycznym, wyklucza bowiem niemal wszystkie dające się pomyśleć, czyli logicznie możliwe zdarzenia. O świecie doświadczenia stwierdza tak wiele, jej treść empi­ ryczna jest tak znaczna, iż istnieje niewielka szansa uniknięcia falsyfikacji. Otóż nauki teoretyczne zmierzają do formułowania teorii łatwo falsyfikowalnych w powyższym sensie. Zmierzają do zawężenia do minimum zakresu dopuszczalnych zda­ rzeń; i — o ile jest to w ogóle wykonalne — do takiego zawężenia, by każde następne ograniczenie prowadziło do faktycznej empirycznej falsyfikacji teorii. Gdyby tego rodzaju teorię udało nam się otrzymać, wówczas opisywałaby ona „nasz właśnie świat” tak do­ kładnie, jak to teoria zdoła uczynić; z klasy wszystkich logicznie możliwych światów doświadczenia wybrałaby ona świat „naszego doświadczenia” z największą precyzją, do jakiej nauki teoretyczne są zdolne. Wszystkie i tylko te zdarzenia, czyli klasy zajść, z któ­ rymi rzeczywiście zetknęliśmy się i które zaobserwowaliśmy, traktowane byłyby jako .„dozwolone” *1. § 32. W JfiKL SPOSÓB PORÓWNYWAĆ MAMY KLASY POTENCJALNYCH FALSYFIKATORÓW ?

Klasy potencjalnych falsyfikatorów są nieskończone. Intuicyjne pojęcia „więcej” i „mniej”, które bez szczególnych obwarowań stosują się do klasy skończonych, nie mogą w podobny sposób stosować się do klas nieskończonych. Niełatwo obejść tę trudność; nie jest to łatwe nawet wówczas, gdy — w celu dokonania porównania — zamiast zakazanych zdań bazowych lub zajść weźmiemy pod uwagę klasy zakazanych zdarzeń, aby stwierdzić, która z nich zawiera tych zdarzeń „więcej”. Liczba zdarzeń zakazanych przez daną teorię empiryczną jest bowiem również nieskończona, 0 czym przekonuje fakt, iż koniunkcja zdarzenia zakazanego z jakimkolwiek innym zda­ rzeniem (zakazanym lub nie) jest również zdarzeniem zakazanym. Rozpatrzę trzy drogi nadawania ścisłego znaczenia intuicyjnym pojęciom „więcej” 1 „mniej”, nawet w wypadku klas nieskończonych, aby stwierdzić, czy któregoś z nich użyć można przy porównywaniu klas zakazanych zdarzeń. (1) Pojęcie liczby kardynalnej (lub mocy) zbioru. Pojęcie to nie może być pomocne w rozwiązywaniu naszego problemu, gdyż łatwo okazać, że ldasy potencjalnych falsyfikatorów mają dla wszystkich teorii tę samą liczbę kardynalną1. *x Dalsze uwagi dotyczące zadań nauki znaleźć można w uzupełnieniu *x oraz w § *15 w Postscript, a także w moim artykule The Aint of Science, „Ratio”. I, 1957, s. 24-35. 1 Tarski dowiódł, że przy pewnych założeniach każda klasa zdań jest przeliczalna (por. „Monatshefte f. Mathem. u. Physik”, 40,1933, s. 100 oraz przypis 10). * Pojęcie pomiaru nie stosuje się tu z podobnych powodów (czyli dlatego, że zbiór wszystkich zdań jakiegoś języka jest przeliczalny).

96

(2) Pojęcie wymiaru. Niejasną, intuicyjną myśl, iż sześcian w pewnym sensie za­ wiera więcej punktów aniżeli na przykład linia prosta, można ująć jasno i w sposób niekwestionowalny logicznie za pomocą teoriomnogościowego pojęcia wymiaru. Na tej drodze rozróżnić możemy klasy lub zbiory punktów zgodnie z tym, jak bogate „relacje sąsiedztwa” zachodzą pomiędzy ich elementami: zbiory o większym wymiarze są bogatsze w relacje sąsiedztwa. Pojęcie wymiaru, które pozwala na porównywanie klas o „większym** i „mniejszym” wymiarze, zostanie tu użyte do rozwiązywania problemu porównywania stopni sprawdzalności. Jest to możliwe dzięki temu, że zdania bazowe w koniunkcji z innymi zdaniami bazowymi znów dają zdania bazowe, które jednak mają „wyższy stopień zło­ żenia” niż ich składowe; stopień złożoności zdań bazowych połączyć można z pojęciem wymiaru. Trzeba będzie jednak zająć się złożonością nie zdarzeń zakazanych, lecz zdarzeń dopuszczalnych. Powód jest taki, że zdarzenia zakazane mogą być złożone w stopniu do­ wolnym, natomiast niektóre ze zdarzeń dopuszczalnych są dopuszczalne po prostu na mocy swej formy, lub też, ujmując to dokładniej, ponieważ ich stopień złożenia jest zbyt niski, by mogły pozostawać w sprzeczności z daną teorią; fakt ten wykorzystać można przy porównywaniu wymiarów *1. (3) Relacja inkluzji. Niech wszystkie elementy klasy a będą również elementami klasy /?, tak by a była podklasą(3 (symbolicznie: aFsb(y), wtedy i tylko wtedy gdy klasa potencjalnych *l Niemiecki termin „komplexn przetłumaczony został tutaj, i w podobnych kontekstach, przez „złożony” (composite), a nie przez „skomplikowany” (