Feminizm. Ideologie i koncepcje społeczne współczesnego feminizmu
 8371323107

Citation preview

Kazimierz Slęczka

F E MINIZ M »Książnica«

FEMINIZM

Armie, Alicji, Bartkowi i Agnieszce — wspaniałym ludziom — syn/mąż/ojciec

Kazimierz

ślęczka

FEMINIZM Ideologie i koncepcje społeczne współczesnego feminizmu

Wydawnictwo „Książnica”

Recenzent prof. dr hab. Teresa Hołówka Opracowanie graficzne Marek J. Piwko Ilustracja na okładce Maurice Denis, „Muzy”, 1893 © ADAGP, Paryż 1999

© Photo RMNj H. Lewandowski © Kazimierz Ślęczka

For the Polish édition © Copyright by Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 1999

3C-

ISBN 83-7132-310-7

288558

Spis treści

Wstęp

9

Części

ŹRÓDŁA FEMINIZMU 21

Płeć a społeczeństwo

24

Płeć a życie społeczne 25

Kulturowe sygnalizatory płci

30

Czynniki konserwujące system ról płciowych 32 32

Ideologie zachowawcze Socjalizacja 40

Kobiety a feminizm 42 Kobiety niechętne feminizmowi 42

Na drodze do feminizmu 44 Część II

DZIEJE FEMINIZMU 49

Pierwszy ruch kobiet {First Wave Feminism')

Interludium (1920—1963) Lęk przed wolnością 62 Syreni zew kobiecości

67

62

56

6

FEMINIZM

Nowy ruch kobiet: feminizm {Second Wave Feminism)

79

Świat nie chce matek: feminizm liberalny wkracza na scenę (1963—1967) Betty Friedan: The feminine mystique 83

80

The woman in America

Rewolucjoniści i rewolucjonistki: feminizm marksistowski? (1964—1968) 104 Juliet Mitchell: Women: The longest revolution

109

Córki chcą zmienić świat: Women’s Liberation — wczesny feminizm radykalny (1964—1968) 113 Women’s Liberation — początek drogi 113 Joanne Cooke: Here’s to you, Mrs. Robinson 115 Język i teorie wyzwolenia kobiet 119 Grupy Poszerzania Świadomości 121 Mass media lansują feminizm 125 Feminizm a lesbizm 127 Teoria krystalizuje się 131 Kate Millett: Sexual politics 131 Shulamith Firestone: The dialectic of sex IĄO Pierwsze sukcesy: ERA 148 Feminizm zmienia społeczeństwo amerykańskie 153

Poprawiać świat czy budować nowy: feminizm równości i feminizm różnicy (1970—1980) 155 Sukcesy feminizmu liberalnego w latach 70. 159 Feminizm radykalny zmienia oblicze 166 Adrienne Rich: Compulsory heterosexuality and lesbian existence Susan Brownmiller: Against our will 177 Ku wywyższeniu kobiecości 179 Juliet Mitchell: Psychoanalysis and feminism 182 Dorothy Dinnerstein: The murmaid and the minotaur 184 Nancy Chodorow: The reproduction of mothering 188 Mary Daly: Beyond God the Father 195 Mary Daly: Gyn/Ecology 201 Feminizm socjalistyczny szuka tożsamości 20Ó Kobieta z „nową świadomością” 207

Przeciw sobie: siostrobójcze walki (1980—1992) Kontruderzenie 212 Kampania antypornograficzna Postfeminizm? 223

172

210

215

Wnuczki wyruszają na podbój świata: feminizm siły (lata 90.) Naomi Wolf: Fire with fire 243 Christina Hoff Sommers: Who stole feminism?

249

236

7

SPIS TREŚCI

Część III TYPY FEMINIZMÓW — IDEOLOGIE FEMINISTYCZ­ NE 259

Co to jest ideologia? Struktura analiz 263 Feminizm liberalny

268

Poglądy (ideologia) 269 Dokumentacja 282 Obraz społeczeństwa: opis, wyjaśnienie przyczynowe (teoria), ocena Aksjologia 291 Metody działania i organizacja 292 Cele i programy 295

Feminizm radykalny

300

Poglądy (ideologia) 302 Dokumentacja 320 Teoria społeczna 320 Fakty i ich interpretacje (obraz społeczeństwa) Aksjologia 3^7 Metody i organizacja 37® Cele i programy 37°

Feminizm socjalistyczny 383

Poglądy (ideologia) 384 Dokumentacja

388

Teoria społeczna 3^8 Fakty i ich interpretacje 39^ Aksjologia 403 Metody działania i organizacja Cele 407

4°4

Feminizm kulturowy 410 Poglądy (ideologia) 411 Dokumentacja 421 Teoria i fakty (obraz świata) 421 Aksjologia 44° Metody działania i organizacja 442 Cele i programy 445

34$

282

FEMINIZM

8 Feminizm siły {Power feminism) 447

Poglądy (ideologia) 448

Dokumentacja 453 Obraz świata — fakty i ich interpretacje Aksjologia 465 Metody działania i organizacja 4^5 Cele i programy 468

Część IV

453

FEMINIZM CZY FEMINIZMY? 471

To co wspólne w feminizmie 473

Typologie 480 Perspektywy

486

Wskazówki bibliograficzne 489 Uwagi wstępne 489 Opracowania ogólne 489 Ujęcia systematyzujące 49° Ujęcia historyczne 49° Podręczniki do women’s studies i informatory feministyczne

491

Feminizm liberalny 492 Feminizm radykalny 494 Okres Ruchu Wyzwolenia Kobiet (Women’s Liberation) Okres późniejszego feminizmu radykalnego 494 Feminizm socjalistyczny 496

Feminizm kulturowy 498 Postfeminizm? 502 Feminizm siły 503 Krytyka feminizmu 504 Indeks osób

507

494

Wstęp

Kiedy w drugiej połowie lat sześćdziesiątych pojawił się w USA feminizm, nie zamierzano traktować go poważnie. Telewizja i prasa zadecydowały, że ma to być egzotyczna i zabawna efemeryda, jeszcze jedna przemijająca moda na fali wzburzonej i wciąż pączkującej kontrkultury. Po kilku latach, kiedy uparty aktor nie schodził ze sceny, zmieniono ton, zaczęto z nim rozmawiać bardziej serio, zwłaszcza że w wielu krajach Europy Zachodniej równie stanowczym głosem odezwały się jego siostry. Stopniowo oswojono się z obecnością intru­ za, który zresztą sam przemieścił się na obrzeże sceny politycznej, choć nie dawał spokoju i od czasu do czasu hałasował, a nawet na chwilę wdzierał się w samo centrum, zakłócając rytm innych toczących się akurat dramatów. Potem wielokrotnie, pewnie z nadzieją, już w połowie lat siedemdziesiątych, a najrzewniej, nostalgicznie i z ulgą w latach reaganowskiego konserwatyzmu, ogłaszano jego koniec, powtarzając wciąż refren o nadejściu ery postfeminizmu. Rzeczywistości nie udało się jednak zakląć słowem. Feminizm przetrwał. Przestał jednak być modny. Za to temat: kobiety, od słynnego ONZ-owskiego Roku Kobiet 1975, ani na chwilę nie opuścił już agendy publicznej i nie ma dziś państwa, które nie zabiegałoby o sprawianie pod tym względem dobrego wrażenia. Towarzyszą temu nieraz daleko idące przeobrażenia w społecznym funkcjonowaniu płci. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo przyczynił się do tych transformacji ruch feminis­ tyczny. Być może jesteśmy świadkami odwrócenia trendu. Feminizm ponownie przestaje być wstydliwą deklaracją. Wystarczy zajrzeć do niektórych najnow­ szych publikacji autorek młodego pokolenia, aby pozbyć się resztek — dla niektórych pocieszających — złudzeń. Młode, optymistycznie nastrojone kobiety rozpychają się na dobre pośród tuzów establishmentu i mówią o sobie, że są feministkami, czym niepokoją starsze aktywistki, które inaczej pojmowały cele ruchu. Co gorsza, młode autorki i działaczki nie okazują starszyźnie należytego szacunku. Nie wystarczą im już swobody i wolności obywatelskie. Ani alternatywna społeczność kobiecych klubów. Nowe feministki chcą po prostu władzy. Nie — wpływu na władzę, nie — uwagi dla wypowiadanych

IO

FEMINIZM

przez siebie opinii, ale samej władzy, władzy dla siebie i dla kobiet w ogóle. I to brzmi znacznie poważniej, dla wielu bardziej niepokojąco niż postulowane pierwotnie wyzwolenie kobiet. Czym właściwie jest feminizm? Najchętniej uchyliłbym się na razie od odpowiedzi na to pytanie, zwłaszcza jeśli miałaby to być odpowiedź wiążąca. Feminizm to zjawisko wielopostaciowe. Przedstawiona w książce galeria jego portretów nie stanowi tylko dookreślającego wypełnienia wyraźnego już od początku konturu. To raczej poszukiwanie tożsamości bohatera, który pojawia się we wciąż nowych kostiumach i rolach i nigdy nie odsłania się do końca. Jego materialna identyfikacja jest łatwiejsza do przeprowadzenia, gdyż wrażenie jakiegoś podobieństwa zawsze pozostaje, gorzej natomiast z ustaleniem logiki dyktującej wybór owych kolejnych ról, zwłaszcza że ich lista nie wydaje się zamknięta. Na domiar złego nasz bohater przejawia nader często manierę upierania się, iż kreowana właśnie postać jest jedynie właściwa i ostateczna, a wszystkie pozostałe są nieporozumieniem. Czytelnikowi naprawdę zaintry­ gowanemu muszę zatem doradzić chociażby pobieżne przewertowanie całego tomu, a lubiącym pojęciowe dystynkcje i precyzacje polecić końcowy rozdział, gdzie w sposób bardziej pogłębiony sam szukam rozwiązania tej kwestii. O to samo pragnę zresztą prosić także Czytelnika, który pytanie o feminizm pojmuje jako retoryczne, zna bowiem odpowiedź i jest gotów sam sobie (i pozostałym) sprawę prosto i po żołniersku wyjaśnić. Często słyszy się lub wyczuwa takie gotowe i nie pozostawiające wątpliwości opinie, zwłaszcza w telewizji i w radiu, a i publicystyka felietonowa nie pozostaje w tyle. Otóż tych autorów i ukształ­ towanych przez nich słuchaczy pragnąłbym bardzo mieć za czytelników. Wiadomo, jak szybko i łatwo przychodzi formułowanie wyrazistych i jedno­ znacznych poglądów w sprawach dotyczących płci. A o tym przecież femi­ nizm traktuje. Tyle że — wbrew częstym przeświadczeniom — czyni to w sposób znacznie bardziej zróżnicowany i frapujący niż zazwyczaj się uważa, kiedy jedną z odpowiedzi, przeważnie już poddaną upraszczającej obróbce w mediach, przyjmuje się mylnie za całokształt tego, co feminizm ma do powiedzenia. Jak już powiedziałem, łatwiej zidentyfikować feminizm od strony material­ nej niż merytorycznej. Ale i w pierwszej kwestii pozostają wątpliwości. Feminizm to ruch społeczny i związane z nim idee. Jako kompleks idei może być rozpatrywany we względnym oderwaniu od samego ruchu, gdyż książki, czasopisma, filmy, obrazy i inne zmaterializowane postacie myśli i wyobrażeń feministycznych trwają niezależnie od tego, czy żyją jeszcze ich autorki i autorzy, czy nadal podtrzymują swoje przekonania i pierwotną ocenę własnych dzieł, czy istnieją inni ludzie uważający te idee za własne. Poglądy, dziś identyfikowane jako feministyczne, pojawiały się także dawniej, także w okresach, kiedy nie było szerszych sił społecznych gotowych wypisać je na swoich sztandarach. Ideologiami feminizmu stają się one jednak dopiero wtedy, kiedy łączą się z ruchem społecznym, który je przynajmniej przez jakiś czas akceptuje jako wyraz własnych dążeń i pod którego wpływem podlegają przeobrażeniom i reinterpretacjom. Jeśli chcemy spojrzeć na feminizm jako ideologie — a tak właśnie głównie będziemy na niego spoglądać w niniejszej

WSTĘP

II

książce — związek tak rozumianego feminizmu z ruchem czy ruchami feministycznymi jest absolutnie nie do pominięcia. Feminizm to przede wszystkim feministki, to ich działalność i współwyznaczające ją ich przeko­ nania. W opracowaniu niniejszym za idee feminizmu będziemy uważali te koncepcje i poglądy, które były lub są żywe w ruchu feministycznym. Skoro ruch feministyczny jest ich nośnikiem — i wyznacznikiem — to pojawia się wobec tego problem sposobu określania granic feminizmu jako ruchu. A jest to konglomerat bardzo wielu często nietrwałych ugrupowań o nie zawsze ostrych granicach i w dodatku skłóconych wewnętrznie lub ze sobą wzajemnie. Przyjęte tu zostało stanowisko najmniej restryktywne z możliwych, wbrew intencjom części feministek, stale usiłujących z obszaru feminizmu wykluczyć orientacje samookreślające się jako feminizm, ale niezgodne z ich własną. Ponieważ zadaniem autora jest możliwie bezstronna prezentacja poglądów zwaśnionych nieraz aktywistek i autorek, przyjęta została zasada, iż do obszaru feminizmu zaliczamy wszelkie ruchy i ugrupowania, które: (i) bądź same identyfikują się jako feministyczne, (2) bądź jako takie są identyfikowane (a) przez inne feministyczne ugrupowania lub (b) przez opinię publiczną w stosunku do nich zewnętrzną. W większości wypadków mamy do czynienia z nakładaniem się wszystkich tych kryteriów lub z przypadkiem, kiedy grupie określającej się mianem feministek inne feministki zaszczytu tego (bo w ich mniemaniu jest to zaszczyt) odmawiają. Rzadziej zdarza się, iż wbrew woli zainteresowanych ich poglądy i działania identyfikowane są jedynie przez zewnętrzną niefeministyczną opinię jako feminizm (wtedy przeważnie jako oskarżenie), a w jednym może tylko wypadku mamy do czynienia z sytuacją, kiedy ugrupowanie uważające się za krytyczne wobec feminizmu jest przez inne środowisko feministyczne uznawane za typowo feministyczne1. Czy tak wyodrębniony feminizm ma jakiś wspólny mianownik? Czy ugrupowaniom feministycznym właściwe są jakieś wspólne cele, założenia programowe, metody działania? A może łączą je raczej służące do ich uzasadniania elementy ideologicznego przyodziewku, więc np. przyjmowana wizja świata społecznego, teoria społeczna, może wspólna hierarchia war­ tości lub przynajmniej wartości uznawane za najwyższe? Czy też może wszystkie feminizmy łączy tylko pewna wspólna genealogia, ale późniejsze rozgałęzienia doprowadzają do całkowitego rozejścia się stanowisk? Odpo­ wiedzi na to pytanie szukałem na drodze systematycznej analizy prezentowa­ nych tutaj różnych postaci feminizmu. Efekty tych rozważań zostały przed­ stawione w końcowej części książki, ale już w tym miejscu winienem Czytelnikowi krótką, uprzedzającą dalszą lekturę informację ustalającą pewne wspólne dla całego feminizmu meritum, które — jak się okazuje — jednak istnieje. 1 Francuskie autorki orientacji postlacanowskiej, odcinające się od feminizmu, w oczach amerykańskich feministek kulturowych uchodzą za intrygujący je bardzo i inspirujący „French feminism”, francuski feminizm. (Zob. A. A. Jardine Gynesis. Configurations of woman and modernity, Ithaca 1985, s. 14—24, gdzie szerzej omówione zostało to qui pro quo).

12

FEMINIZM

Co na pewno nie łączy wszystkich feminizmów, to ich programy, cele czy metody działania. Nie łączy ich też jedna, wspólna hierarchia wartości ani wspólna teoria społeczna, ani nawet wspólna wizja świata. Cóż zatem pozostaje? Syndrom ideowy feminizmu obejmuje następujące minimum prze­ konań: (1) Kobietom jako kobietom, na podstawie samej różnicy płci w stosunku do mężczyzn, dzieje się w społeczeństwie krzywda', (2) ten krzywdzący dla kobiet stan rzeczy można — w każdym razie obecnie już można — zmienić; (3) ten stan rzeczy należy zmienić; (4) w tym celu kobiety muszą same podjąć stosowne działania, nie podporządkowując własnych celów żadnym innym celom głoszonym przez inne ruchy i instytucje społeczne. Od feministki oczekuje się ponadto praktycznego zaangażowania w femini­ styczną działalność, choć forma tej aktywności może być różna — może to być zaangażowanie w praktykę społeczną, jak niesienie pomocy pokrzywdzonym kobietom, może to być bezpośrednia walka polityczna o zmianę dotych­ czasowych reguł i praktyk w życiu społecznym, może to być praktyka teoretyczno-badawcza lub artystyczna, polegająca na krytyce istniejącej i two­ rzeniu nowej, potrzebnej dla prokobiecej transformacji wiedzy i na tworzeniu nowych dzieł artystycznych wyrastających z kobiecego doświadczenia i sposo­ bu widzenia świata, może to być też, zwłaszcza na początku, li tylko praca nad samą sobą w celu poszerzenia własnej świadomości. Mężczyzna — w mniema­ niu zapewne większości, choć nie wszystkich feministek — może co najwyżej wspierać feministki w tej działalności, pozostając na zewnątrz ruchu, a jeśli już w niektórych przypadkach dopuszcza się go do udziału w samym ruchu, to na pozycjach niekierowniczych i ideowo nieprzywódczych. Rzadko zatem używa się określenia „feminista”, już raczej „pro-feminista” lub „sympatyk femini­ zmu”. Żeby nie utrudniać lektury, w niniejszej książce posługujemy się wyłącznie formą żeńską tego rzeczownika, nie zapominając wszakże, iż część mężczyzn aspiruje do tej nazwy. Aby być feministką, nie trzeba zatem być tym wszystkim, co wielu czytelników kształtujących swą opinię poprzez mass media uważa być może za bezwzględny kanon: nie trzeba koniecznie nienawidzić mężczyzn, nie trzeba być lesbijką, nie trzeba swoim ubiorem i brakiem makijażu demonstrować pogardy dla mody, nie trzeba nie nosić stanika, najlepiej uprzednio publicznie go spaliwszy. Nie trzeba pikietować parlamentów, agresywnie żądając prawa do „aborcji na żądanie” lub pełnej swobody rozwodów. Nie trzeba koniecznie wszędżie i zawsze z pogardą lub gniewem odrzucać pomocną męską dłoń, szydzić z galanterii i uprzejmości mężczyzny, i najlepiej w ogóle nie wychodzić za mąż. Tak może być i bywa w przypadku feministek, ale nie jest to wyróżnik feminizmu. Nie jest nim też rzekomy brak urody, który zresztą ma wszystko, co wcześniej wymieniono, tłumaczyć. Taki stereotyp feministki jest bardzo odległy od prawdy, zwłaszcza w odniesieniu do feministki współczesnej. Niechże nazbyt rozgorączkowany Czytelnik uwierzy mi w tym miejscu i przyjmie wraz ze mną proponowane kryteria: pragmatyczne i merytoryczne.

WSTĘP

13

Feministka to ktoś, kto się za taką uważa lub jest — w szerszej praktyce społecznej — za taką uważany; to także ktoś, kto żywi wspomniane wyżej przeświadczenia wchodzące w skład standardowego syndromu feminizmu. Feminizm zaś to różne formy ruchów społecznych feministek i wyznawane przez nie poglądy. Nawet jeśli to rozwiązanie jest sporne, to zakres opi­ sywanego zjawiska wyznaczony zostaje na tyle szeroko, iż nie zgubimy żadnego z jego reprezentantów. A jeśli z jakichś powodów ktoś pragnie zawę­ zić obszar feminizmu, zawsze można to zrobić w obrębie szerzej zakreślo­ nego pola. Jedno zawężające ograniczenie trzeba jednak przeprowadzić, gdyż w pol­ skich warunkach i w ogóle na gruncie europejskim celem uniknięcia dwuznacz­ ności okazuje się ono niezbędne. Na gruncie amerykańskim nie jest ono konieczne, gdyż pod nieobecność partii socjalistycznych i socjaldemokratycz­ nych nie utworzył się tam niefeministyczny ruch kobiet, w Europie ukształ­ towany wokół tzw. kwestii kobiecej. Stąd w USA określenie Women's Movement, ruch kobiet, jest uznawane za tożsame z feminizmem. W warun­ kach europejskich pojęcie ruchu kobiet jest znacznie szersze. Oprócz femini­ zmu obejmuje też takie organizacje, które działają w obrębie lub „u boku” innych partii i ruchów, jak w komunistycznej Polsce Liga Kobiet Pol­ skich, Koła Gospodyń Wiejskich itp., a dziś zwłaszcza także organizacje kobiet katolickich i inne kobiece organizacje wyznaniowe. Także one stawiają sobie za cel troskę o interesy kobiet, ale przeważnie tylko pewnych ich środowisk, a główna różnica między nimi i ruchami feministycznymi po­ lega nade wszystko na tym, że cele te chcą osiągać w ramach programów ruchów, partii i instytucji nadrzędnych, wobec których cele kobiece są pochodne czy uboczne. Organizacje i ruchy niefeministyczne nie są samo­ dzielne organizacyjnie i merytorycznie. Przeważnie też stawiają sobie cele bardziej umiarkowane. W niefeministycznych ruchach kobiecych solidar­ ność wszystkich kobiet uchodzi za sprawę mniej istotną, czasem utopijną, a czasem wręcz szkodliwą (komuniści wręcz obawiali się, aby „ich” kobiety nie przedłożyły kobiecej wspólnoty interesów nad interes światowego pro­ letariatu). W związku z tym błędne jest spotykane czasem mniemanie, że wszelkie działania, deklaracje, seminaria, konferencje itp. poświęcone „spra­ wom kobiet” są przez to feministyczne. W rzeczywistości bywa czasem i tak, że sam udział feministek jest w nich niemile widziany lub wykluczany. Z drugiej strony część ugrupowań feministycznych ze swej strony odcina się od szerszego ruchu kobiecego, a także pozafeministycznych działań na rzecz kobiet — jako nieprawomocnych, mało skutecznych, osłabiających „właściwy” ruch kobiecy, a nawet celowo mu szkodzących. W warunkach amerykańskich poważniejszy ruch kobiet występował z reguły jako siła autonomiczna. Feminizm radykalny, znany jako Women's Liberation Move­ ment — Ruch Wyzwolenia Kobiet, pojawił się właśnie w opozycji do marksistowskich organizacji studenckich, usiłujących utrzymać go we włas­ nych szeregach na modłę socjalistycznego ruchu kobiet w Europie. W polskich warunkach (i w wielu krajach Europy) istnienie kobiecych formacji socjalis­ tycznych i wyznaniowych utrudniało tworzenie się w pełni autonomicznych

14

FEMINIZM

organizacji feministycznych2 i dopiero teraz, począwszy od upadku komuni­ zmu, jesteśmy świadkami ich rozwoju3. Poza tymi zupełnie obiektywnie, choć nie bez udziału arbitralnej woli, ugruntowanymi delimitacjami zakresu zjawiska feminizmu dokonałem w pracy redukcji przedmiotu podyktowanej względami pragmatycznymi. Pora teraz uprzedzić lojalnie Czytelnika i o takich cięciach. Po pierwsze, książka traktuje wyłącznie o feminizmie współczesnym, utożsamionym przeze mnie z femini­ zmem w ogóle. Mam tu na uwadze ruch feministyczny (i jego idee), który pojawił się najpierw w USA w połowie lat sześćdziesiątych, a następnie rozwinął się także w większości krajów Zachodu, i który trwa do dzisiaj. Ruch kobiet w XIX wieku stanowi oczywisty pierwszy etap walki kobiet o sprawied­ liwe traktowanie w społeczeństwie, ale feminizm współczesny (dla nas po prostu: feminizm) ukształtował się pierwotnie na własnych podstawach społecznych i ideowych, nie jako kontynuacja czy ożywienie tamtego; dopiero później część aktywistek i teoretyczek ruchu zaczęła szukać korzeni w dawniej­ szym ruchu kobiet, określać go mianem feminizmu „pierwszego”, a siebie — jako feminizm „drugiej fali”. Nie spierając się o dopuszczalność rozciągnię­ cia określenia „feminizm” na wcześniejsze ruchy kobiet, które tylko w części, i to pod koniec XIX wieku, zaczęły stosować ten termin w odniesieniu do siebie lub być nim określane — co być może w każdym wypadku jest zabiegiem ahistorycznym, ale ewentualnie dopuszczalnym — przyjmuję regulatywnie, iż „feminizm” w niniejszej książce znaczy tyle samo, co feminizm współczesny, czyli w innych ujęciach feminizm drugiej i ewentualnie trzeciej fali4. 2 Wyraźnie podkreśla to rozróżnienie Olive Banks, zauważając, iż owe niefeministyczne „organizacje kobiece” (działające w innych zrzeszeniach lub pod ich auspicjami — w partiach i przy partiach politycznych, w Kościołach itp.) czasem popierają feminizm, więc wcale nie zawsze. (Zob. O. Banks Faces offeminism. A study offeminism as a social movement, [I wyd. 1981], Oxford 1986, s. 247). Mimo to, moim zdaniem niekonsekwentnie, zalicza do feminizmu charytatywne organizacje i działania na rzecz potrzebujących tego kobiet, co określa mianem evangelicalfeminism (ibidem, s. 243). W tym wypadku pomoc niesiona jest kobietom nie jako kobietom w ogóle, lecz jako istotom „upadłym” czy jakoś pechowym, prawda że kobietom i że ich płeć ten upadek prowokuje (bo np. rodzą dzieci), ale płeć sama o tym nie przesądza, istnieje bowiem wiele kobiet nieupadłych, niepechowych, szczęśliwych, które opieki i pomocy nie potrzebują. Tu ludzi dzieli się na upadłych, nieszczęsnych i biednych oraz pozostałych, a dopiero w tej pierwszej grupie wyróżnia się kobiety ze względu na szczególny rodzaj ich nieszczęścia, którego notabene nie nazywa się niesprawiedliwością społeczną. O podobne rozróżnienie dopomina się inna brytyjska feministka: „Znak równania między organizowaniem się kobiet a feminizmem stał się milcząco praktyką powszechną, dlatego zachodzi pilna potrzeba zakwestionowania takiego posługiwania się ter­ minem »feminizm« jako terminem blankietowym na określenie wszelkiej kobiecej aktywności.” R. Delmar What is feminism?, w: J. Mitchell, A. Oakley (red.) What is feminism, Oxford 1986, s. 11. Wszystko dlatego, że „[...] feminizm jest zazwyczaj definiowany jako aktywnie wyrażane pragnienie zmiany pozycji kobiet w społeczeństwie”, co jest prawdą, ale nie tylko w odniesieniu do feminizmu (ibidem, s. 13). 3 Wydany w 1995 roku Informator o organizacjach i inicjatywach kobiecych w Polsce nie przeprowadza tego rozróżnienia, więc trudno ustalić, jaki procent organizacji kobiecych ma charakter feministyczny. W obecnych warunkach mamy zapewne często do czynienia z nieostrym przejściem, a zacieranie omawianej różnicy ma też może charakter taktyczny, gdyż określenie „feministyczny” może na wiele kobiet działać odstręczająco, zważywszy na upowszechnienie się stereotypu feministki w Polsce jako ateistycznie podbudowanej „zwolen­ niczki aborcji”.

WSTĘP

15

Po drugie, przedmiotem rozważań są przede wszystkim ideologie femini­ zmu, nie zaś jego bardzo złożone dzieje, nadal czekające na gruntowne opracowanie przez historyków. O takim rozmieszczeniu akcentów zadecydo­ wało rzecz jasna przygotowanie autora niniejszych słów. Ale wydaje się, iż w obliczu pojawienia się feminizmu w krajach do niedawna komunistycznych jest pilnie potrzebne zapoznanie się z feminizmem jako pewnym sposobem patrzenia na świat, pewnymi programami i stylem działania, gdyż tworzące się ugrupowania feministyczne czerpią niewątpliwe inspiracje z feministycznych lektur, a po części też z osobistych kontaktów ze współcześnie działającymi feministkami Zachodu. Z tego punktu widzenia szczegółowe informacje o dziejach feminizmu — na pewno interesujące same w sobie — mogą jeszcze poczekać. Mimo to zrelacjonowanie pewnego wątku zdarzeń historycznych zajmuje pokaźną część niniejszego opracowania. Prezentuję mianowicie ten wycinek dziejów ruchu feministycznego, w którego toku i w związku z którym rodziły się podstawowe idee i teorie feministyczne. W praktyce sprowadza się to prawie wyłącznie do feminizmu amerykańskiego. Historia idei bez chociaż­ by cząstkowego zaprezentowania rodzących je wydarzeń, których następnie były żywym współuczestnikiem, byłaby oczywiście wadliwa i zapewne nudna. Po trzecie, ograniczyłem się głównie do literatury amerykańskiej, a w póź­ niejszej fazie ogólnie anglojęzycznej. Jedynie tytułem uzupełniającego przy­ kładu odwołuję się kilkakrotnie do publikacji niemieckich. Wybór ten nie jest arbitralny. Wprawdzie Juliet Mitchell protestowała w 1970 roku przeciw przedstawianiu feminizmu w mediach jako „ruchu anglosaskiego, głównie amerykańskiego”45, dowodząc, że przecież w owym czasie był już obecny we wszystkich prawie krajach liberalnej demokracji z wyjątkiem Islandii, Austrii i Szwajcarii, a ponadto w Republice Południowej Afryki, Australii, Turcji i Afganistanie, ale od strony teoretycznej w skali międzynarodowej liczył się przez wiele lat głównie feminizm amerykański. Zarówno ubiegłowieczny ruch kobiet, jak i współczesny feminizm pojawiły się pierwotnie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. W innych krajach tworzyły się później 4 Są też w użyciu określenia „neofeminizm” albo „nowy feminizm” (to ostatnie np. w: G. G. Yates What women want. The ideas of the Movement, Cambridge, Massachusetts 1975, s. 1). Podobnie autorka standardowej angielskiej historii ruchów kobiecych łączy ruch XIX-wieczny ze współczesnym wspólnym mianem „feminizm” i mówi o „dawnym i nowym feminizmie” jako tworzących „jeden ciągły proces historyczny”, zob. O. Banks Faces of feminism, op. cit., s. 1. W paternalistycznie przychylnej książce o XIX-wiecznym ruchu kobiet, określanym mianem „feminizmu”, autor, zupełnie zaskoczony nagłym pojawieniem się nowego ruchu kobiet, nazywa go — raczej z nutką złośliwości — neofeminizmem (P. Smith Daughters of the promised land. Women in American history. Being an examination of the strange history of thefemale sexfrom the beginning to the present, with special attention to the women of America, illustrated by curious anecdotes and quotations by divers authors, ancient and modern, Boston 1970, s. 349). O wcześniejszym feminizmie liberalnym, reprezentowanym przez Betty Friedan, mówi z przekąsem jako o „półfeminizmie” (ibidem, s. 341). Już w 1971 roku dwie radykalne feministki amerykańskie jednoznacznie anektują dawny ruch kobiet do feminizmu, pisząc pierwszą historię feminizmu nowej fali, w której odwo­ łują się nieustannie do poprzedniej fali ruchu kobiet jako do „feminizmu”. O takiej decyzji terminologicznej świadczy już tytuł ich książki — zob. J. Hole, E. Levine Rebirth offeminism, New York 1971. 5 J. Mitchell Woman’s estate, (I wyd. 1971), Harmondsworth 1986, s. 11.

i6

FEMINIZM

i zdecydowanie pod wpływem feminizmu USA, choć działały w nich także lokalne, specyficzne bodźce. Podstawowa literatura feminizmu, stanowiąca standard w całym świecie, to literatura amerykańska. W późniejszym okresie dołączają także pozycje anglojęzyczne z innych krajów, zapewne w niemałym stopniu tylko dlatego, że nie działała tu bariera językowa, a wydawnictwa ukazywały się równocześnie na obszarze wszystkich krajów anglojęzycznych. Poważniejsze znaczenie odgrywają angielskie i australijskie publikacje dla zrozumienia typowego w tych krajach, a słabo reprezentowanego w USA, feminizmu socjalistycznego. Środowisko amerykańskie akceptowało je jednak nader selektywnie, na ogół bezbłędnie wyłuskując pozycje bardziej oryginalne lub szczególnie dobrze napisane. Do zupełnych wyjątków należą standardy światowe wywodzące się spoza kręgu literatury anglojęzycznej — i zawsze łączy się to z ich przekładem i wydaniem w USA. Pewien — jedyny — wyjątek stanowi późniejszy feminizm francuski, ale i on zaczął być dostrzegany w innych krajach dopiero od czasu zaadaptowania go do środowiska amerykań­ skiego, nie zawsze zresztą w drodze translacji, lecz czasem wręcz personalnej kooptacji, czego przykładem jest Monique Wittig, od pewnego czasu pisząca także po angielsku i aktywnie obecna w amerykańskim feminizmie. W literatu­ rze feministycznej innych krajów dominują z reguły przekłady pozycji amerykańskich, do których dochodzą, tylko lokalnie czytane, przeważnie teoretycznie wtórne pozycje rodzime. Francuski feminizm kulturowy, który jest zjawiskiem nader hermetycznym, choć dziś już znanym w elitarnych kręgach feministycznych całego świata, został tutaj także pominięty. W odróż­ nieniu od pozostałych jest to wariant feminizmu o oddziaływaniu dotąd raczej wąsko akademickim i artystycznym, choć niewykluczone, że jego znaczenie ideologiczne będzie narastać. Po czwarte, mimo tych wszystkich ograniczeń rozmiary przedmiotu analiz nadal znacznie przekraczały możliwości pojedynczego autora. Przyznaję, iż przez moje ręce przeszła zaledwie cząstka ogromnej feministycznej literatury, choć większość kluczowych pozycji książkowych nie jest mi obca. Ze względu na główny cel pracy, którym jest rekonstrukcja podstawowych feministycz­ nych budowli ideologicznych, jest to może jakoś wybaczalne. Literatura feministyczna w warstwie ideologicznej pozwala się sprowadzić do pewnego ograniczonego zasobu idei, stale powtarzanych w zbliżonych do siebie wariantach, towarzysząc jako wprowadzenie, komentarz lub wnioski prezen­ towanym faktom, często bardzo indywidualnie traktowanym, od których dokonywane są raptowne przeskoki do uogólnień i ocen, właśnie w horyzoncie ideologicznym. Jedna z feministek zauważa z sarkazmem—moim zdaniem nie usprawiedliwionym — iż lektura licznych publikacji feministycznych kojarzy się ze słuchaniem mocno zużytej płyty. To prawda. Ale taka jest właśnie istota publikacji o przesłaniu ideologicznym. Jest to wciąż ta sama szata, w którą przyobleka się kolejne nowe, odpowiednio dobrane fakty. Monotonia tych powtórzeń należy do samej istoty funkcjonowania ideologii. W każdym razie pominięcie literatury wtórnej, nie cytowanej szerzej przez inne feministyczne autorki, nie grozi raczej przeoczeniem czegoś istotnego w warstwie ideologicz­ nej, co najwyżej mogą pozostać niedocenione jakieś wyjątkowo zręczne

WSTĘP

17

sformułowania, które często pojawiają się dopiero w pozycjach mniej oryginal­ nych (w niektórych wypadkach wolę je cytować niż pozycje źródłowo pierwotne). Ideologie to dobro zespołowe, to duch całych wspólnot, nie jest w ich wypadku ważne pierwszeństwo pomysłu i prawo autorskie. Piszące feministki same często nie przywiązują wagi do tych spraw. Po piąte, kompendium niniejsze jest zaledwie wprowadzeniem. W tej roli, mam nadzieję, może jednak funkcjonować nie tylko jako zachęta i ułatwienie dla dalszej lektury, ale także jako pewna zamknięta i wystarczająca całość; dla tych mianowicie, którzy chcą sobie jedynie wyrobić pogląd na temat zjawiska feminizmu we współczesnym świecie, nie mają natomiast zamiaru interesować się nim głębiej. Dla pozostałych przydatne okażą się być może wskazówki bibliograficzne, jakimi dopełniłem opracowanie. Książka ma strukturę tworzącą pewien ciąg logiczny, z drugiej strony, świadom jej możliwej roli jako rodzaju leksykonu, starałem się każdej części nadać pewną samodzielność. To sprawia, iż nie unikałem powtórzeń w zmie­ nionych kontekstach. Trzon zasadniczy stanowi część trzecia, w której nakreślona została i przedstawiona galeria wyodrębnionych analitycznie pod­ stawowych orientacji w feminizmie. Wydało się jednak celowe poprzedzenie jej dwiema wprowadzającymi ją — każda w inny sposób i z innego powodu — częściami. Celem części pierwszej jest li tylko uprzytomnienie Czytelnikowi tego wszystkiego, co w życiu współczesnych społeczeństw staje się zarzewiem ruchów feministycznych. W skrótowy, zupełnie nieoryginalny i daleki od kompletności sposób zostaje zaprezentowany, należałoby rzec: przypomniany, obraz roli płci w życiu społeczeństwa. W zamyśle miał to być czysty, nie wartościujący opis, w którym oceny pojawiają się wyłącznie jako jeden z rodzajów faktów społecznych; opis, który uzmysławia, dlaczego niektórzy członkowie społeczeństwa mogą czuć się społecznie pokrzywdzeni i być motywowani do podejmowania protestu feministycznego. Po omówieniu uzależnienia od płci społecznego rozkładu ról i dystrybucji dóbr przedsta­ wione zostały mechanizmy konserwowania istniejących rozwiązań, w tym także ideologie zachowawcze wobec istniejącego stanu rzeczy. Tu najbar­ dziej ryzykowny jest na pewno rozdział ostatni tej części, w której podjąłem próbę charakterystyki typowych dróg prowadzących do aktywności feminis­ tycznej. Część druga to szkic historyczny. Ruchu kobiet tzw. „pierwszej fali” nie można było całkowicie pominąć, gdyż późniejszy feminizm, jak już wspo­ mniałem, nawiązuje czasami do jego doświadczeń i przyczyn jego zaniknięcia, ale dzieje tego ruchu potraktowane zostały zupełnie skrótowo, nie należą bowiem wprost do przedmiotu naszych dociekań. Dalej relacja ześrodkowuje się na historii feminizmu prawie wyłącznie na gruncie amerykańskim, z przy­ czyn omówionych już wyżej. W opis zdarzeń włączona została prezentacja współkształtujących je podstawowych idei, ujętych w ich historycznej logice rozwojowej. Treść kilku wyróżnionych pozycji, o kluczowym dla ruchu feministycznego znaczeniu ideologicznym, została przedstawiona w zwartej całości, co uzasadnione jest ich rolą historyczną (i brakiem dostępności—nadal

18

FEMINIZM

— w polskim środowisku). Muszę w tym miejscu z naciskiem podkreślić, iż część historyczna pracy nie spełnia do końca wymagań stawianych naukowym opracowaniom historycznym. Stanowi niekrytyczną, nie opartą na źródłowych badaniach historycznych, rekonstrukcję dziejów amerykańskiego feminizmu współczesnego, konieczną dla lepszego zrozumienia części teoretycznej. Pod­ stawowe źródło informacji stanowiły tu nieliczne opracowania historyczne, często silnie zideologizowane, więc zapewne stronnicze także w samym opisie faktów, a także relacje samych bohaterek tych wydarzeń. Mimo wszystko wydaje się jednak, iż opis podstawowych faktów nie może odbiegać od rzeczywistego przebiegu zdarzeń w stopniu odbierającym mu użyteczność dla naszych celów. A zupełne pominięcie relacji historycznej było nie do po­ myślenia. Część trzecia, jak zaznaczyłem, stanowi zasadniczy trzon rezultatu moich poszukiwań i wysiłków badawczych. Tu także mieści się fragment najbardziej ryzykowny dla mnie jako autora: rekonstrukcje budowli ideologicznych po­ szczególnych nurtów czy orientacji w ruchu feministycznym. Już sama artykulacja prądów w feminizmie i jej nazewnictwo bywa czymś spornym. Tym bardziej mogą budzić wątpliwości i sprzeciw syntezy poglądów, które w rzeczywistości pojawiają się w wielkim rozproszeniu, a ich wyznawczynie czasem programowo uchylają się od stawiania kropek nad „i” i niekoniecznie starają się o uzyskanie wewnętrznej zborności oraz koherencji z przekonaniami innych członkiń ruchu. Mimo to wydawało się czymś pożytecznym i godnym wysiłku podjęcie próby rekonstrukcji pewnych typów struktur myślowych, pomijające oryginalne sformułowania i wieloznaczności. Zastosowany został przy tym schemat struktury ideologii, zaproponowany i objaśniony na początku tej części. Portrety ideologii w sposób nieuchronny okazują się uproszczone i nazbyt jednoznaczne w stosunku do realiów, ale mam nadzieję, iż nie zamieniają się w karykatury, a główne ich linie przebiegają w zgodzie z istotą portretowanych oryginałów. Każdy typ feminizmu zaprezentowany zostaje dwukrotnie: po rekonstrukcji podstawowych treści danej ideologii jako mniej lub bardziej spójnej wizji świata i motywowanych na jej gruncie programów działania następuje jej autoprezentacja za pośrednictwem cytatów z kluczowych lub bardziej typowych publikacji. W ten sposób nie odebrałem Czytelnikowi szansy skonfrontowania rezultatu moich wysiłków rekonstruk­ cyjnych z oryginalnymi źródłami, aczkolwiek jest rzeczą oczywistą, iż doborem cytatów kierowało także moje subiektywnie uwarunkowane odczytanie tych tekstów i w jakimś stopniu przypadek. Domknięciem prezentacji jest dołączo­ ny na końcu książki przewodnik bibliograficzny, chociaż jedynie w niewielkim stopniu może on stanowić pomoc dla przeciętnego czytelnika, albowiem po­ zycji wydanych po polsku brak prawie zupełnie6, obcojęzyczne zaś są trudno lub w ogóle niedostępne w krajowych bibliotekach. Dotyczy to zwłaszcza pub­ 6 Szczególnie cenny wyjątek stanowi antologia tekstów radykalnego feminizmu amerykań­ skiego pod redakcją Teresy Hołówki Nikt nie rodzi się kobietą, Warszawa 1982, a także wydana nie tak dawno książka Margaret Humm Słownik teorii feminizmu, Warszawa 1993, co prawda mocno stronnicza, ale prezentująca rozległy materiał, niestety w rozproszeniu słownikowym.

WSTĘP

19

likacji wcześniejszych, gdzie zawinił nie tylko ówczesny brak środków dewizo­ wych, lecz także nader powszechne przekonanie, iż literatura feministyczna nie jest czymś godnym naukowego zainteresowania. Od kilku lat sytuacja uległa zmianie, ukazuje się coraz więcej prac feministycznych i o feminizmie, wydaje się przekłady niektórych pozycji i niewykluczone, że także dawniejsza klasyka feministyczna trafi w ręce polskich czytelników. Część czwarta to próba — pokornego wobec zgromadzonego świadectwa faktycznego — doszukania się jednak jakiegoś wspólnego mianownika, jakiegoś mimo wszystko trwałego reziduum w osobowości feminizmu, tylokrotnie zmieniającego swe oblicze. Rezultatem tych analiz zdążyłem się podzielić z Czytelnikiem już na wstępie, ale całe ugruntowanie czeka dopiero na Jego uwagę. Niniejsza książka powstawała przez wiele lat bardzo nierytmicznej i niesys­ tematycznej pracy. Zmieniała się jej koncepcja, tak jak zmieniał się świat, w który miała wkroczyć. Przed dziesięciu laty polskie środowisko traktowałoby temat feminizmu jako egzotyczny i charakteryzujący kraje obfitości, w których „kobietom przewraca się w głowie” z braku poważniejszych problemów. Dziś mnożą się inicjatywy feministyczne, chociaż nadal wielu obywateli o tym zapewne nie wie. Być może dobrze się stało, z przyczyn co prawda nie mających z takim zamysłem nic wspólnego, iż finał mojego projektu następuje dopiero teraz. Pracowałem samotniczo. Nieliczne okazje do prezentowania cząstkowych wyników moich badań pokazały, że tematyka ta nie była w Polsce źle przyjmowana, choć zarazem nie wzbudzała też entuzjastycznego wsparcia ani chęci świadczenia środków. Serdeczne wyrazy podziękowania winienem złożyć przede wszystkim moim przyjaciołom i krewnym, dzięki których uprzejmości i życzliwości było mi dane dotrzeć do dobrze zaopatrzonych w interesującą mnie literaturę bibliotek zachodnich. Ute Franke i Jacek Piechucki tolerowali z niezwykłą życzliwością moje kilkakrotne, przecią­ gające się ponad miarę pobyty w ich domu w Hamburgu, dzięki którym mogłem spędzić wiele godzin w tamtejszej bibliotece. Podobnie odnieśli się do mnie i moich potrzeb Ewa Kulisz i Karol Lukoszek w Mullheim, skąd dojeżdżałem do biblioteki w Essen. Dwukrotnie i przez długi czas okazywali mi swą nieocenioną, serdeczną gościnność wujostwo Aniela Rodziewicz i nieżyjący już dzisiaj wuj Aleksander, pod których londyńskim dachem w Mitcham mogłem się zadomowić, by stamtąd codziennie docierać do prawdziwych skarbów księgozbioru British Library. (Siedząc w tej samej sali pod kopułą, gdzie przed pięćdziesięciu laty Virginia Woolf przygotowy­ wała słynny wykład o kobiecości w literaturze, pomyślałem, iż pod jednym względem dokonała się zmiana zasadnicza: prawie wszystkie książki o kobie­ tach, które ona przeglądała, napisali mężczyźni, ja zaś miałem teraz do czynienia prawie wyłącznie z autorkami). Gościnność tej brytyjskiej instytucji wobec cudzoziemców godna jest najwyższego podziwu i wdzięczności. Tu na miejscu zaś, w kraju, decydujące dla pomyślnego zrealizowania planów okazało się pełne wyrozumiałości, życzliwe wsparcie ze strony najbliższej rodziny, która musiała przez ponad dziesięć lat znosić uciążliwości moich nazbyt

20

FEMINIZM

jednostronnych zainteresowań i związanych z pracą zmiennych nastrojów. Im należy się szczególne podziękowanie. Świadom jestem niedoskonałości treści i formy oddawanego w ręce polskiego Czytelnika efektu moich wysiłków. Może pomimo fragmentaryczno­ ści i pewnej arbitralności okaże się niniejsza publikacja jednak pomocnym elementem w zaspokajaniu czy czasem dopiero rozbudzaniu zainteresowań bardzo ważną, jak sądzę, problematyką roli społecznej płci i tym wszystkim, co na ten temat miał, ma, i na pewno będzie miał nadal do powiedzenia feminizm. Także polski. Także w Polsce. Cieszyn, w styczniu 1998

Część pierwsza

Źródła feminizmu

Feminizm to ruch protestu. I program zaradzenia złu. Na czym polega zło, przez kogo i jak jest doświadczane? Kiedy budzi niezadowolenie wystarczająco silne wystarczająco licznych członków społeczeństwa, aby byli w stanie pokonać w sobie zachowawcze lęki i opór konserwatywnej materii społecznej na zewnątrz siebie i zorganizować się jako ruch społeczny? Zanim wnikniemy szczegółowo w dzieje i współczesność ruchów feminis­ tycznych, spróbujemy ogólnie naszkicować możliwie obiektywny obraz sytua­ cji społecznej, na której gruncie rodzi się feminizm, oraz rozważyć okoliczno­ ści, w których, i powody, dla których część członków społeczeństwa waży się — bo rzecz wymaga początkowo nie lada odwagi — na podjęcie feministycznej formy protestu. Nie zasypiemy tu Czytelnika gradem liczb ani nie zarzucimy nań sieci tabel i wykresów, bo przedmiotem naszych rozważań czynimy nie jedno wybrane konkretne społeczeństwo, lecz raczej pewien typ, ucieleśniony w różnych wariantach w społeczeństwach kultury zachodniej. Obraz kreślo­ ny poniżej będzie raczej przypomnieniem tego, co Czytelnik i tak wie, gdyż w takim społeczeństwie żyje i przeważnie uważa tę jego płciową geometrię za coś oczywistego* 1.

1 Po konkretne dane w odniesieniu do Polski proponuję sięgnąć do niedawno wydanej pozycji Renaty Siemieńskiej Kobiety: nowe wyzwania. Starcie przeszłości z teraźniejszością, Warszawa 1996, oraz do poprzednich publikacji tejże autorki. Podobną rolę może spełnić nieco wcześniejsza praca Henryka Domańskiego Zadowolony niewolnik? Studium o nierównościach między mężczyz­ nami i kobietami w Polsce, Warszawa 1992, oraz Ireny Reszke Nierówności płci w teoriach. Teoretyczne wyjaśnienia nierówności płci w sferze pracy zawodowej, Warszawa 1991. Warto także zajrzeć do zbioru pod redakcją Joanny Sikorskiej Kobiety i ich mężowie. Studium porównawcze, Warszawa 1996. Rozlegle studium sytuacji kobiety w świecie stanowi przełożona na język polski i wydana w Krakowie w 1971 roku słynna Druga płeć Simone de Beauvoir. Od momentu ukazania się najpierw we Francji w 1949 roku, potem w wielu innych krajach, stanowiła dla wielu przyszłych feministek punkt wyjścia i często punkt późniejszego odniesienia. Do lektury tego dzieła szczególnie zachęcam.

Płeć a społeczeństwo

Co w sytuacji społecznej kobiet może rodzić ich niezadowolenie? Niezadowole­ nie kobiet jako kobiet, a nie: robotnic, chłopek, mieszczek, pań profesor uniwersytetu, lekarek, sprzedawczyń, sekretarek itd.? Nawet jeśli sprzeciw wychodzi tylko z określonych kręgów społecznych, na przykład — jak było w przypadku feminizmu radykalnego — z kręgów studentek i pracowniczek wyższych uczelni, to — jeśli jest feministyczny — ma zawsze odniesienie do płci, do żeńskości jako cechy ściągającej nieszczęście, jest protestem kobiet w imieniu kobiet w ogóle, a nie sprzeciwem jakiejś grupy zawodowej, klasowej, wiekowej, etnicznej itp. przeciw niesprawiedliwemu traktowaniu tej tylko grupy. Także różnice pomiędzy kobietami, czy to z tytułu przynależności do odmiennych grup społecznych, czy to w zakresie różnych walorów (inteligen­ cja, charakter, uroda itd.) bywają podstawą krzywdzących — w mniemaniu poszkodowanych — nierówności. Tu jednak rozważamy, co w sytuacji współczesnych społeczeństw typu zachodniego rodzi feminizm, a zatem szukamy tego, co wspólne wszystkim kobietom i co u części z nich rodzi poczucie pokrzywdzenia z tytułu ich płci. Istnieją różne warianty negatywnego wartościowania sytuacji społecznej kobiet, prowadzące do różnych wariantów feminizmu. Ale negatywna ocena losu kobiet nie jest wcale czymś powszechnym. Dlatego spróbujmy najpierw obiektywnie, nie wartościująco, opisać to, co odmienne w sytuacjach społecz­ nych obu płci. Spróbujmy ustalić stan faktyczny, ograniczając się do tego, co nie może być kwestionowane przez żadną ze stron. A ponieważ i fakty społeczne, a nie tylko ich oceny, bywają sporne, ograniczmy się do tych faktów, które już dyskusji podlegać nie mogą. Podstawowe dla nas pytanie brzmi: Czy płeć osobników ludzkich jest społecznie znacząca? Inaczej mówiąc, czy istnieją takie aspekty życia społecznego, w których występujące różnice są skorelowane z płcią? Jest to oczywiście pytanie retoryczne. Wprawdzie odżegnujemy się tu od liczb, ale pierwszy z brzegu przykład — a jest takich wiele w literaturze feministycznej — mówi sam za siebie. W 1989 roku kobiety, stanowiące poło­ wę ludzkości, wykonywały prawie 66% całej — mierzonej czasem — pracy

PŁEĆ A SPOŁECZEŃSTWO

25

w świecie, ale otrzymywały tylko 10% wytworzonego dochodu i posiadały poniżej 1% własności2. Druga autorka podobnie przeglądowej pracy dodaje: z kobiet rekrutowało się 63—64% analfabetów i 75% uchodźców (wliczając dzieci). Żeńska połowa ludzkości reprezentowana była w ok. 4% pośród głów państw, w 3% wśród ministrów rządowych, osiągała aż 5% stanowisk, na których kształtuje się politykę narodową, w parlamentach zasiadała w ok. 10%, obejmowała prawie 6% kierowniczych stanowisk w instytucjach między­ rządowych, a w związkach zawodowych zajmowała ok. 5% pozycji kierow­ niczych3. Przypomnijmy: mówimy o połowie ludzkości, której wyróżnikiem nie jest na przykład wiek czy iloraz inteligencji, lecz biologicznie określona budowa narządów płciowych odmienna niż u drugiej połowy. Nawet jeśli sposób obliczania tych danych nie jest jasny, nawet jeśli założymy z góry, iż autorki jako zaangażowane w działalność feministyczną nie są w pełni wiarygodne, to i tak dobrze wiemy, że sprawy rzeczywiście tak się mają, co najwyżej dane liczbowe mogą wypadać nieco inaczej. Tak wygląda sytuacja kobiet (a zatem odpowiednio — jako jej dopełnienie — sytuacja mężczyzn) opisywana w skali globalnej. W społeczeństwach industrialnych czy postindustrialnych zakres płciowo zróżnicowanych aspek­ tów społeczeństwa jest zapewne mniejszy niż w pozostałych krajach świata (i od dłuższego czasu wciąż maleje). Ponieważ feminizm współczesny powstał najpierw w krajach przemysłowego Zachodu, choć dziś, co prawda w bardzo specyficznych postaciach, rozwija się powoli także w społeczeństwach innego typu, ograniczmy się w tym miejscu do opisu społeczeństwa zachodniego, do jego typu. W tym wizerunku odnajdziemy także Polskę, w której szerzy się właśnie feminizm, świadcząc i pod tym względem o naszym awansie do kręgu zachodniej demokracji.

Płeć a życie społeczne Powtórzmy zatem jeszcze raz nasze retoryczne pytanie nieco inaczej: Czy sposób udziału osobników ludzkich w życiu społecznym i korzystanie przez nich z dóbr społecznych zależą jakoś od płci osobników? Udział kobiet i mężczyzn w pełnieniu niektórych ról społecznych bliski bywa ich udziałowi w całej populacji, czyli stosunkowi 1 : 1, co oznacza, iż płeć w tym wypadku nie odgrywa społecznie znaczącej roli. Tak jest np. na listach wyborców i wydaje się to dziś oczywiste, ale przecież niedawno byli tam tylko mężczyźni. Inaczej sprawa wygląda na listach kandydatów do władzy: tu udział procentowy kobiet gwałtownie maleje. A jeszcze mniej kobiet zostaje ostatecz­ 2 Zob. E. M. Rhoodie: Discrimination against women. A global survey of the economic, educational, social and political status of women, Jefferson, North Carolina 1989, s. IX. 3 Zob. S. Peterson, A. S. Runyan Global gender issues, Boulder 1993, s. 6.

26

ŹRÓDŁA FEMINIZMU

nie wybranych. Stąd wniosek, iż udział we władzy ma wyraźny, bezpośredni lub pośredni, związek z płcią. Na przykład w polskim parlamencie zasiada obecnie około 12% kobiet. Bardzo często, jeśli sfery życia społecznego ujmuje się globalnie, płeć wydaje się czynnikiem nieistotnym, podczas gdy niedawno jeszcze było inaczej. Na przykład jeśli wziąć udział kobiet i mężczyzn w pracy zarobkowej w ogóle, dysproporcje nie są na ogół duże. Podobnie sytuacja wygląda wśród uczących się: nawet w miarę wznoszenia po szczeblach kształcenia nie pojawiają się istotne odchylenia. A jeszcze tak niedawno... Także współczesne prawo traktuje członków społeczeństwa jednakowo, wspominając o płci tylko w szczególnych wypadkach, w których mowa o społecznych konsekwencjach różnic biologicznych między płciami, głównie w zakresie rodzenia i karmienia. Co prawda nadal znajdujemy tu pewne zrelatywizowania względem płci mogące budzić wątpliwości (np. urlopy wychowawcze i zwolnienia do chorych dzieci w wielu krajach przysługują tylko kobietom, z drugiej strony... obowiązek służby wojskowej obciąża tylko mężczyzn). Ale jeszcze stosunkowo niedawno na przykład uprawnienia majątkowe kobiet zawierających małżeń­ stwa, ich uprawnienia rodzicielskie i obywatelskie stawiały je niżej od żeniących się mężczyzn. Przykłady współczesnego zrównania płci można mnożyć, aż po równość na cmentarzach. Wystarczy jednak zajrzeć do wnętrza tych globalnych kategorii, aby odsłoniły się istotne zróżnicowania wyraźnie skorelowane z płcią. Wiele branż czy typów zawodu zdominowanych jest bądź przez mężczyzn, bądź przez kobiety. Jeśli zaś wprowadzimy tutaj punkt widzenia zakresu władzy sprzężo­ nego z miejscem w hierarchii służbowej, to okaże się, że dysproporcja na niekorzyść kobiet nasila się w miarę wznoszenia się po szczeblach drabiny. Dochodzi do takich paradoksów, że nawet w branżach prawie zupełnie sfeminizowanych, jak włókiennictwo czy przemysł odzieżowy, na najwyższych stanowiskach kierowniczych spotyka się raczej mężczyzn. Podobnie w sferze pracy urzędniczej: pomimo dominacji kobiet na najniższych szczeblach hierarchii, ich udział gwałtownie spada w miarę awansowania. Okazuje się zatem, iż płeć jest czynnikiem znaczącym przy określaniu rodzaju zatrudnienia ludzi oraz przy ich doborze na stanowiska kierownicze. A przecież, dodajmy, wykształcenie kobiet jest nie mniejsze (w Polsce nawet większe) niż mężczyzn. Kolejna sprawa, która winna zastanawiać, choć wielu uważa ją za normalną: zawody i branże sfeminizowane mają generalnie niższe płace i niższy prestiż społeczny, przypominają też w znacznym stopniu czynności wykonywane przez kobiety w ramach tzw. obowiązków domowych. Kobiety w domu gotują, obsługują, sprzątają, piorą, pielęgnują, wychowują dzieci i pomagają im w nauce, szyją, dekorują wnętrze... a w sferze zawodowej? Także gotują, obsługują, sprzątają, piorą, są pielęgniarkami i lekarkami (głównie pediatrami, rzadko chirurgami!), wychowawczyniami w przedszkolach i nauczycielkami, zwłaszcza najmłodszych roczników. Przemysł włókienniczy, szwalniczy, spo­ żywczy — to ich domeny. A sekretarki (czy: asystentki dyrektora)? Czyż wymagana od nich „wieloczynnościowość” nie przypomina często do złudze­ nia tradycyjnych obowiązków żony? Typowo męskie zawody nie mają raczej

PŁEĆ A SPOŁECZEŃSTWO

27

odpowiedników „domowych” z tej prostej przyczyny, że mężczyźni w domu udzielali się dotąd tylko okazyjnie, naprawiając żelazko lub przesuwając cięższe meble (tu akurat znajdziemy w pracy zawodowej odpowiedniki). Wojsko, policja, polityka, zarządzanie, badania naukowe, twórczość artystyczna — oto domeny do niedawna prawie wyłącznie męskie. Czy jednak nie są to zawody wymagające znacznie większego zaangażowania umysłu, rozwijającego osobo­ wość, niż prace domowe? Inne, bardziej mechaniczne i fizyczne zajęcia, jak górnictwo, hutnictwo, budowa maszyn mogą monotonią nie ustępować pracy szwaczek, tkaczek czy sprzątaczek, ale na pewno przewyższają je znacznie poziomem zarobków. Wykształcenie... Owszem, dziś dzieci i młodzież obojga płci kształcą się równie wytrwale. W ujęciu globalnym płeć nie różnicuje. Jeśli jednak przyjrzeć się obieranym kierunkom kształcenia, to bez trudu stwierdzamy rozchodzenie się dróg obu płci już po ukończeniu szkoły podstawowej. Obierający kształce­ nie zawodowe, na wszelkich poziomach, kierują się w wyborze przyszłego zawodu istniejącym wśród dorosłych rozdziałem płciowym. Nic więc dziw­ nego, że podtrzymują istniejące podziały na zawody „kobiece” i „męskie”. Gastronomię, ekonomię, pielęgniarstwo wybiorą raczej dziewczęta, budowni­ ctwo, elektrotechnikę, hutnictwo — raczej chłopcy. Na studiach kierunki pedagogiczne to domena żeńskości, politechniki generalnie są męskie. Jeśli jakieś zmiany mimo wszystko zachodzą, to właśnie dzięki narastaniu — zresztą u obu płci — apetytu na zawody dotąd rezerwowane dla płci przeciwnej. Na to wszystko nakładają się oczywiste przemiany wywołane postępem technicznym. Coraz częściej mężczyźni zastępują kobiety w ich tradycyjnych zajęciach (np. jako sprzedawcy), a kobiety... wracają do domu. Symetria zanika także w strukturze bezrobotnych. Nawet jeśli przy zwalnianiu kryterium płci nie odgrywa roli znaczącej, to okazuje się znaczące przy ponownym zatrudnianiu — tak iż udział procentowy kobiet wśród bezrobotnych narasta. Jeśli mimo wszystko dysproporcja nie wydaje się jaskrawa, to w znacznym stopniu dzięki kolejnej dysymetrii: część bezrobotnych kobiet akceptuje rolę gospodyni domowej przy mężu i wypada ze statystyki, gdy tymczasem mężczyźni wytrwale oczekują w kolejce do ponownego zatrudnienia lub po zasiłek. Ponadto — rzecz nieco zaskakująca w zestawieniu z dotychczasowymi nawy­ kami myślowymi — spośród bezrobotnych kobiety częściej podejmują, i to z powodzeniem, próbę samodzielnego upodmiotowienia gospodarczego4. Są sfery czy instytucje w zupełności zdominowane przez mężczyzn: wojsko, policja i... Kościół. Odnotujmy, iż są to instytucje władzy. Sfera sportu okazuje się zmaskulinizowana od strony jego konsumentów, czyli kibiców (może dlatego, że mężczyźni mają więcej wolnego czasu?), co decyduje zapewne o mniejszym udziale kobiet także po stronie aktywnej. Mężczyźni wolą oglądać kobiety na estradzie. Sam podział na dyscypliny kobiece i męskie w sporcie 4 Tematyce tej, zwłaszcza w odniesieniu do Polski, poświęcony jest zbiór artykułów Kobiety wobec przemian okresu transformacji (red. K. Faliszek, E. McLean Petras i K. Wódz), Katowice 1997, gdzie tej problematyki dotyczy także mój artykuł Rola kobiet we współczesnych transforma­ cjach społecznych (w zwierciadle feminizmu).

28

ŹRÓDŁA FEMINIZMU

wydaje się uzasadniony w płaszczyźnie pozaspołecznej różnicami biologicz­ nymi, ale rzecz jest przynajmniej w części dyskusyjna, np. w kategoriach sportów angażujących wyłącznie inteligencję, jak w szachach. Sfera nauki i kultury — to nadal domeny mężczyzn, choć przemiany są w toku i udział kobiet w nich stopniowo wzrasta. Daleko tu jednak do parytetu płciowego. W szczególnych przypadkach, jak sfera rozrywki, w niektórych jej formach kobiety mają przewagę, ale czy nie dlatego właśnie, że płeć żeńska uznana jest za bardziej „rozrywkową” z punktu widzenia męskich upodobań, a to właśnie mężczyźni spędzają przed telewizorem znacznie więcej czasu niż kobiety? Ujmując rzecz ogólnie: w publicznej sferze życia społecznego — pod względem władzy, płacy i prestiżu — dominują mężczyźni. Ale i kobiety mają także swoją sferę dominacji — dom, gospodarstwo domowe i prywatne życie rodzinne. Krótko mówiąc: sferę prywatną. Nadal, mimo przemian obyczajo­ wych i prawnych w tym zakresie, w sferze komórek rodzinnych na kobietach spoczywa — czasem prawie cała — odpowiedzialność. Prowadzą gospodarstwo domowe i w sensie wykonawczym, i zarządzania. Wykonują znakomitą większość czynności domowych w sposób nieznużenie rytmiczny i cykliczny. Kobiety nie tylko rodzą, co zrozumiałe, ale pielęgnują i wychowują dzieci, i opiekują się wszystkimi pozostałymi członkami rodziny. Włączenie się kobiet do pracy zarobkowej spowodowało zrazu jedynie powiększenie ich obowiąz­ ków. Pojawiło się tzw. podwójne obciążenie. Od pewnego czasu zmiany są w toku, zwłaszcza w małżeństwach młodszego pokolenia, ale daleko tu jeszcze do zrównania udziału obu płci. Dom to nadal „miejsce kobiety, czasem zwane jej „królestwem”, ale równie często „kieratem”. Jeśli mężczyźni angażują się coraz bardziej w obowiązki domowe, to traktowane to bywa przeważnie z uznaniem i szacunkiem (dawniej: z pogardą), jako akt dobrowolnego zrzeczenia się części własnej swobody i wolnego czasu, aby „pomóc żonie , gdy tymczasem u kobiet rzecz cała pozostaje nadal oczywistym obowiązkiem, nawet przy ich równym z mężczyznami zaangażowaniu w pracę zarobkową poza domem. To przypomnienie niektórych faktów wystarczy, aby usunąć wszelkie wątpliwości co do tego, iż płeć odgrywa znaczącą rolę w życiu społecznym. Spośród wielu różnic społecznych powiązanych z płcią podkreślmy w tym miejscu zwłaszcza następujące: (1) Znacznie mniejszy udział kobiet w sprawowaniu władzy w społeczeń­ stwie, w dodatku malejący systematycznie w miarę wznoszenia się po jej szczeblach. Stanowi to podstawę do oskarżeń systemu społecznego o dys­ kryminowanie polityczne5 kobiet, a nawet oskarżeń o ucisk kobiet przez mężczyzn, opresjonowanie kobiet. (2) Wyraźnie niższy udział w bezpośrednim zawłaszczaniu dóbr społecz­ nych, gdyż za swoją pracę kobiety otrzymują znacznie niższe wynagrodzenie. Jest to po części konsekwencją pierwszej z wymienionych nierówności — sprawowanie władzy z reguły bywa wyżej opłacane, ale wiąże się ponadto z niższą wagą przywiązywaną do prac tradycyjnie wykonywanych przez kobiety, czyli z przeciętnie niższymi zarobkami w branżach sfeminizowanych;

PŁEĆ A SPOŁECZEŃSTWO

29

utrzymuje się też nadal — tam gdzie to tylko możliwe — płacenie kobietom za tę samą pracę niższego wynagrodzenia niż mężczyznom. Staje się to podstawą oskarżeń systemu społecznego o dyskryminowanie ekonomiczne kobiet albo o wyzysk kobiet ze strony mężczyzn. (3) Większy wpływ kobiet na zjawiska w sferze życia prywatnego, połączony jednak z ich znacznie większym wkładem pracy w tej sferze. Nie rodzi to raczej żalów po stronie mężczyzn ani oskarżeń o ich dyskryminowanie we władzy i pracy domowej przez kobiety, zapewne dlatego iż w obecnych warunkach sytuacja taka jest efektem wyboru raczej mężczyzn niż kobiet. Bywa natomiast to podstawą oskarżeń ze strony kobiet o przytłaczanie ich „podwójnym ciężarem” oraz o narzucanie im „zniewolenia” domem (czyli o formę ucisku), uniemożliwiającego rozwój osobowości i angażowanie się w życie publiczne. Ów stan rzeczy ma świadczyć także o wyzysku ekonomicznym, gdyż prace domowe wykonywane przez żony i matki nie są bezpośrednio opłacane. Przypomniane fakty społeczne są niezbite i bezdyskusyjne. Jest ich oczywiście o wiele więcej i o wielu będzie dalej mowa. Na razie konstatujemy ich występowanie. I nie wdając się w wartościowanie, odnotujmy na razie, iż istnieją w społeczeństwie bardzo różne, często przeciwstawne ich oceny. Podsumowując dotychczasowe, można zaryzykować taki oto obraz global­ ny społeczeństwa z punktu widzenia uczestniczenia w nim kobiet i mężczyzn, obraz do niedawna bardzo wyrazisty, a dziś już nie tak ostry: Jeśli wyobrazić sobie społeczeństwo w postaci wielowymiarowej, przestrzennej sieci pod­ trzymywanej w istnieniu przez stałą, nie kończącą się aktywność tworzących ją jednostek, to okaże się, że sieć tę tworzą nadal głównie mężczyźni, kobiety zaś — wraz z małymi dziećmi—żyją w okach tej sieci, podwieszone do jej punktów węzłowych, czyli do „swoich” mężczyzn. Oczywiście rola kobiet jest bardzo istotna w podtrzymywaniu sieci w istnieniu: obsługują i utrzymują w sprawno­ ści tych, którzy tę sieć wprost tworzą, ale mają nikły wpływ na to, co w tej sieci się dzieje, ponieważ o tym decydują ci, którzy poprzez swoje bezpośrednie postępowanie, interakcje i decyzje ustanawiają ogólnospołeczne, publiczne relacje i kreują społeczne zdarzenia.

5 Pojęcie dyskryminacji, kiedy sprowadza się je do „nierównego traktowania ludzi”, tylko na pozór wydaje się jasne. Z reguły natychmiast wylicza się podstawy nierównego traktowania: rasę, narodowość, religię, płeć. Jest jednak oczywiste, że są sytuacje, w których nierówne traktowanie jest uważane za właściwe. Bliższa refleksja zmusza do uzupełnienia: dyskryminacją jest nierówne traktowanie wówczas, kiedy stosowane kryterium jest „nieistotne”. Tak to ujmuje np. angielska filozofka: „Dyskryminacja ze względu na płeć uznaje płeć za znaczącą w kontekstach, w których nie jest znacząca” (Zob. J. R. Richards The sceptical feminist. A philosophical enquiry [I wyd. 1980], London 1994, s. 136. Także s. 145). Pojęcie „istotności” kryterium kryje w sobie jednak całą dyskusyjność i historyczną zmienność w zastosowaniu kategorii dyskryminacji.

30

ŹRÓDŁA FEMINIZMU

Kulturowe sygnalizatory płci Różnicom w społecznym funkcjonowaniu każdej z płci towarzyszą różnice biologiczne w anatomii i fizjologii ciała, a ponadto dające się stwierdzić już tylko statystycznie różnice psychologiczne. Te pierwsze są wrodzone, co do natury drugich zdania są nadal podzielone6. Istnieją wreszcie różnice między płciami, historycznie zmienne, nałożone na jednostki przez społeczeństwo, a określone w ramach każdorazowej kultury. Dopiero dzięki nim postrzegamy innych ludzi jako kobiety lub mężczyzn (np. strój podkreśla różnice w budowie ciała, a mógłby je ukrywać). Postrzeganie płci w drugim osobniku jest być może ważniejsze od wszystkich innych cech osobniczych, wyparło także myślenie o kobietach i mężczyznach jako po prostu ludziach7. Obecność tych kulturowo wyznaczonych różnic zdradza, jak ważne w życiu społecznym jest uwyraźnia­ nie płci osobników. Nagie, nie uzbrojone w żadną teorię oko ujawnia cały szereg takich odmienności8. Ponieważ jest to fenomen społeczno-kulturowy, wymaga w tym miejscu odnotowania, stanowi bowiem składową nacisków społecznych i bywa włączany do oskarżeń o ucisk i zniewalanie kobiet. Tak zwanap/eć kulturowa (ang. gender') tworzy się u osobników pod ogromną presją, ujawniającą swą obecność w przypadkach prób nieprzystosowania się do oczekiwań. Wzory, dyktowane na gruncie danej kultury, po zinternalizowaniu stają się u dorosłych osobników imperatywnym składnikiem ich płciowego wyposażenia. Chodzi o wzory odmiennych sposobów zachowania się, wypowiadania, ubierania itd., do których realne osobniki ludzkie w ogromnym stopniu się stosują. Od urodzenia wchodzą w świat różnicujący płcie. Nie biologia, lecz kultura sprawia, iż płeć niemowląt rozróżnia się już po kolorze śpioszków i kołderek (a jeśli rodzice za mało to podkreślili, sakramentalne pierwsze pytanie napotkanej na ulicy znajomej brzmi: „Chłopczyk czy dziewczynka?”). 6 Czytelnikowi polskiemu można polecić w tym miejscu książkę Kazimierza Pospiszyla Psychologia kobiety. 1 Klasyczka pierwszego feminizmu pisze: „Zjawisko męskości i kobiecości do tego stopnia stało się dla nas istotne, że to, iż wszyscy jesteśmy pospołu ludźmi, umyka w znacznym stopniu naszej uwadze [...]. Tak postępuje się »po męsku«; tak jest »po kobiecemu«; ale jak powinna zachować się istota ludzka w danych okolicznościach, o tym się nie myśli”. Zob. C. P. Gilman The Man-made world, or our androcentric culture, London 1911, s. 17. W podobnym duchu wypowiada się później słynna pisarka angielska: „Pierwsze, co zauważa pobieżny obserwator, to że kobieta różni się od mężczyzny. To »płeć przeciwna« — (swoją drogą, dlaczego »przeciwna«, nie wiem; a która jest »płcią przyległą«?). Tymczasem jest faktem absolutnie podstawowym, ze kobiety bardziej przypominają mężczyzn niż cokolwiek innego w świecie. Są istotami ludzkimi. Vtr to mężczyzna, femina to kobieta; ale homo to mężczyzna i kobieta.” Zob. D. L. Sayers Unpopular opinions, London 1946, s. 116. , 8 Jak pisze lapidarnie specjalista naukowiec: „Natura określa, czy jesteśmy płci męskiej czy żeńskiej, kultura postanawia, co to znaczy, że jesteśmy płci żeńskiej lub męskiej. (F. Merz Geschlechterunterschiede und ihre Entwicklung. Ergebnisse und Theorien der Psychologie, Góttingen I979> s- 9)-

PŁEĆ A SPOŁECZEŃSTWO

31

Ubiór jest sprawą szczególnie charakterystyczną, gdyż został w zupełności narzucony społecznie. W całym świecie ubiory kobiet i mężczyzn różnią się zasadniczo, w sposób podyktowany tylko w bardzo małym stopniu różnicami morfologicznymi ciała. Jakież to bowiem biologiczne względy miałyby prze­ mawiać na rzecz odmiennej bielizny damskiej i męskiej? Swobody kolorystycz­ nej i jej ubóstwa odpowiednio u kobiet i u mężczyzn? Odmiennych fryzur? Zresztą także przyodziewku zewnętrznego: kobiecych sukien i męskich spodni? Jeśli czasem kobietom zezwala się na męskie stroje, to pod warunkiem, że przynajmniej jakimś detalem zasygnalizują płeć. W ostateczności niechże chociaż zapinają żakiet w przeciwną stronę! Nie ulega wątpliwości: społeczeń­ stwom bardzo na tym zależy, aby osobniki ludzkie manifestacyjnie okazywały swoją płeć, której faktyczne biologiczne prerogatywy pozostają na co dzień w ukryciu. Do tego dochodzą kulturowo dyktowane odmienne sposoby zachowania się (np. chodzenia, noszenia przedmiotów itd.), mówienia (u kobiet formy są mniej asertywne, słownictwo łagodniejsze, gramatyka — w różnych językach różnie — przewiduje ujawnianie płci osób mówiących), tytułowania itd. Nawet w tańcu każda ze stron ma płcią wyznaczone miejsce i odmienną rolę, dopiero taniec dyskotekowy wprowadza tu nieodróżnialność. Wprawdzie i w tym zakresie w wielu zachodnich krajach nastąpiły zmiany i zakres swobody w doborze własnego wystroju kulturowego znacznie wzrósł, ale sama zasada cechuje się wyraźną uporczywością, płcie osobników mają być już na pierwszy rzut oka rozpoznawalne. Kto przekracza każdorazowo określone granice wyboru, zderza się ze zmasowanymi oznakami środowisko­ wej dezaprobaty, a to może być przez niektórych członków społeczeństwa odbierane jako uciążliwe zniewolenie. Część obserwatorów jest też zdania, iż nie chodzi jedynie o odmienność narzucanych wzorców, ale o ich zróżnicowany pod względem opresyjności i uciążliwości charakter. Wzorce nakładane na kobiety znacznie bardziej mają ograniczać ich swobodę ruchów (np. wysoki obcas, wąskie spódniczki itd.) i wypowiedzi (kobietom zabrania się np. ujawniania agresji), choć można także spotkać oceny przeciwne (mężczyznom zabrania się płakać). Do całej sprawy wrócimy w kontekście omawiania literatury feministycz­ nej, bardzo wrażliwej także na tę sferę wymuszania różnic, tu tylko od­ notowujemy zapewne ważki społecznie fakt — powtórzmy — że formy kulturowe wyraźnie służą do odsłaniania, a nie zakrywania płci osobników. Płeć członków społeczeństwa musi odgrywać zaiste kluczową rolę w funkcjonowa­ niu systemu społecznego9. ’ Cytowany już autor poważnego standardu naukowego na temat współczesnego stanu wiedzy i ustaleń w zakresie różnic płci pisze: „Nie ma indywidualnej cechy człowieka, która by miała równie powszechne znaczenie jak płeć. Wszystkich ludzi segreguje się wedle płci i to przyporząd­ kowanie towarzyszy im przez całe życie i współokreśla ich los. Natychmiast po urodzeniu komunikuje się społecznemu otoczeniu płeć noworodka, a jeszcze po śmierci kamienie nagrobne przeważnie pozwalają ją ustalić.” Zob. F. Aterz Geschlechteruntcrschicde und ihre Entwicklung, op. cit., s. 9.

32

ŹRÓDŁA FEMINIZMU

Czynniki konserwujące system ról płciowych Kwestia przyczynowego uwarunkowania społecznego systemu ról płciowych i jego trwałości rodzi szczególnie żywe konflikty w dyskusjach pomiędzy zwolennikami istniejącego stanu rzeczy a tymi, którzy chcą go zmieniać, w tym — feministkami. Nie wdając się na razie w te spory, pozostając nadal w sferze samych faktów społecznych, możemy mimo to wskazać na czynniki, które bezspornie odgrywają rolę konserwującą, choć nie rozstrzygamy o tym, czy jest to rola jedynie pomocnicza czy podstawowa. Te czynniki to zachowawcze oddziaływania ideologiczne10 i socjalizacja.

Ideologie zachowawcze Do stabilizacji istniejącego systemu ról płciowych przyczyniają się pewne rozpowszechnione w świadomości potocznej poglądy. To, czy (a raczej: że) zawierają one jakieś fałszywe przeświadczenia, nie jest w tej chwili przed­ miotem naszych rozważań. Łączy je wszystkie to, że ujmują istniejący stan rzeczy bądź jako stan właściwy, bądź naturalny, bądź w każdym razie nieuchronny czy trudny do zmiany; ewentualnie jako taki, którego zmienianie okazałoby się zabiegiem nazbyt kosztownym, a straty przewyższyłyby ewen­ tualne korzyści. Poglądy te, u poszczególnych członków społeczeństwa wy­ stępujące fragmentarycznie, w sposób nieuporządkowany i niewolny od sprzeczności11, znajdują swoje ugruntowanie i wsparcie w panujących ideo­ logiach, stanowiących formacje w miarę usystematyzowane i zwarte. Można wyróżnić kilka typów zachowawczych ideologii (feministki nazwą je seksistowskimi), a wzajemne relacje między nimi układają się rozmaicie, od prawie że inkluzji, przez częściową rozbieżność aż po oczywistą sprzeczność, wszystkie jednak spełniają tę samą funkcję: utrwalanie istniejącego systemu, jego reprodukowanie i odstręczanie od prób jakichś istotniejszych zmian. Przyjrzyj­ my się im bliżej, także jako faktom społecznym, nie rezygnując nadal z konwen­ cji czystego opisu. Prezentujemy je w ich głównym zarysie, jako pewne typy, świadomi, iż ich historyczne konkretyzacje wypadają w szczegółach rozmaicie. 10 „Ideologiczny” nie będzie tu znaczyło, jak zresztą w całej książce, „fałszywy”, poznawczo deformujący itd. Pojęciem „ideologia” posługuję się czysto funkcjonalnie (zob. szerzej rozdz. „Co to jest ideologia. Struktura analiz”), określam tym mianem zbiór poglądów uzasadniający realizowanie przez siły społeczne pewnych programów, stanowiący przyodziewek aksjologizujący i kauzalnie je podbudowujący. Ideologie jako całość nie mogą być ani prawdziwe, ani fałszywe chociażby dlatego, że odwołują się do wartości, w swej części opisowej mogą natomiast w jakimś zakresie podlegać takim kwalifikacjom — czego ocena nie jest jednak głównym zadaniem tej, opisowej w swej intencji, książki. 11 W tej sprawie zob. wstęp Teresy Hołówki do przygotowanej przez nią antologii tekstów amerykańskiego feminizmu (zob. T. Hołówka [red.] Nikt nie rodzi się kobietą, Warszawa 1982). Szerzej na ten temat tej samej autorki Myilenie potoczne. Heterogenicznoii zdrowego rozsądku, Warszawa 1986.

PŁEĆ A SPOŁECZEŃSTWO

33

Koncepcje porządku przyrodzonego, naturalnego (biologizm, natu­ ralizm). Najbardziej rozpowszechnione wśród przeciętnych członków społe­

czeństwa jest przeświadczenie, że społeczne różnice ról płciowych są czymś nieuchronnym i trwałym, albowiem danym biologicznie. Zakłada się, iż biologicznie wrodzone różnice między płciami idą znacznie dalej niż oczywiste różnice anatomiczne i fizjologiczne, i obejmują cały wachlarz odmiennych cech psychicznych, znajdując swój wyraz w odmienności charakterologiczno-osobowościowej kobiet i mężczyzn. Najczęściej jako wrodzone wymienia się u kobiet ich bierność, opiekuńczość, gotowość do współdziałania i niechęć do konkurowania, konserwatyzm, emocjonalność, intuicyjność, ustępliwość, mi­ łosierdzie, psychiczną niesamodzielność itd. Mężczyzn mają charakteryzować aktywność, indywidualizm, nastawienie na konkurowanie, innowacyjność, opanowanie, racjonalność w myśleniu, skłonność do dominowania i agresyw­ ność, poczucie sprawiedliwości itd. Listy takie można tworzyć na poczekaniu, gdyż respondenci okazują na ogół błyskawiczną gotowość wypowiadania się w tej sprawie, a ich odpowiedzi wykazują znaczny stopień podobieństwa, także i w podawaniu cech popadających ze sobą, przynajmniej na pozór, w sprzecz­ ność12. Np. kobiety mają być opiekuńcze (jedna z najczęściej wymienianych cech), ale i mężczyźni także — więc gdzie tu różnica? Dopiero po bliższym zastanowieniu okazuje się, że opiekuńczość kobiet to ich nie znające granic poświęcenie w troskliwości o dobro ich bliskich i bliźnich w ogóle, gdy tymczasem opiekuńczość mężczyzn to przede wszystkim troska o zaspokojenie potrzeb materialnych rodziny13. Te i inne wrodzone różnice psychiczne mają sprawiać, iż kobiety i męż­ czyźni „w sposób naturalny” (czyli zgodny z ich naturalnym, przyrodniczym wyposażeniem) zajmują w społeczeństwie odmienne miejsca i pełnią odmienne role, „zgodne z ich naturą”. Dlatego między innymi mało jest kobiet w sferze 12 W toku praktyki akademickiej sam wielokrotnie przeprowadzałem takie ankiety wśród studentów i za każdym razem uzyskiwane wyniki były prawie identyczne, chociaż ostatni rok ujawnił już pewne wzbogacenie sylwetki kobiety o cechy przedsiębiorczości i autonomii. 13 Tym potocznym poglądom przychodzą w sukurs nieraz sławy naukowe. Oto jak słynny psychoanalityk wypowiadał się na ten temat w 1948 roku (zob. C. G. Jung Die Frau in Europa, Zürich 1948): „Jest cechą kobiety, iż wszystko potrafi czynić z miłości do jakiegoś człowieka. Kobiety, które coś doniosłego tworzą z miłości do rzeczy (die Liebe zur Sache), stanowią wielki wyjątek, gdyż nie jest to zgodne z ich naturą. Miłość do rzeczy to prerogatywa męska.” A, zdaniem autora, jest oczywiste, że „mężczyzna powinien żyć jak mężczyzna, a kobieta — jak kobieta” (s. 13) I dalej: kobieta może wznieść się co najwyżej do „rozsądkowości”, ale w żadnym razie — do prawdziwej „rozumności” (s. 16). Zasada psychologii kobiety to „Eros” (czyli stosunek duchowy), a psychologii mężczyzny to „Logos” (interes rzeczowy; s. 22), „[...] kobieta w znacznie większym stopniu niż mężczyzna jest »psychologiczna« (s. 25).” Nawet Margaret Mead, przez feministki bardzo ceniona za jej zrozumienie dla płciowego relatywizmu kulturowego, pisze: Istnieją „odrębne dary każdej płci, wktórych każda płeć—odpowiednio—przewyższa drugą”. Mężczyźni będą zawsze przewyższać kobiety „na pewnych polach, jak nauki fizyczne, matematyka i muzyka instrumentalna”, kobiety zaś — dzięki doświadczeniom macierzyństwa (łatwiejszym do zro­ zumienia także dla kobiet bezdzietnych niż dla mężczyzn) — wykazują „wyższość w tych naukach humanistycznych, które wymagają owego typu rozumienia, które badano dotąd pod nazwą intuicji” (M. Mead Male and female. A study of the sexes in a changing world, London 1949, s. 382—383). 2 — Feminizm

ŹRÓDŁA FEMINIZMU

34

politycznej i w ogóle we władzy, w ogniskach domowych zaś — przeciwnie, kobiety pełnią rolę wiodącą. Jeśli wykonują prace w sferze publicznej, to głównie te, które bliskie są ich „naturze”, i z dala trzymają się od bardziej złożonej techniki, zwłaszcza nieusługowej, oraz od aparatu władzy i prze­ mocy. Zazwyczaj w potocznej świadomości rozumowanie tutaj jakby urywa się, ale jego dalszy ciąg ujawnia się w momencie, kiedy ktoś mimo wszystko usiłuje żyć czy nawet żyje w sposób niezgodny z jego płciową naturą, czyli w sposób „wynaturzony”. Postulat życia zgodnego z naturą traci swoją pozorną oczywis­ tość i domaga się dointerpretowania. Nawet gdyby bowiem koncepcja odmien­ nych natur kobiet i mężczyzn odpowiadała prawdzie, to i tak nie tłumaczyłaby koniecznego charakteru panującego ładu. Albo musiałaby zakładać, że ludzie podlegają po prostu przyrodniczej konieczności i nie potrafią zachowywać się inaczej, niż im „natura każę” — ale każdy widzi, że tak nie jest, zdarzają się bowiem wcale liczne wyjątki (a prawo natury nie zna wyjątków). Albo musi się tu do części opisowej dodawać także część aksjologiczną i utrzymywać, że zachowanie zgodne z naturą jest poza tym także jedynie właściwe (należyte, szacunku godne}. Tak też tutaj się dzieje. Niektórzy ludzie bowiem potrafią tej — rzekomej lub prawdziwej — naturze sprzeciwiać się i chcieć pełnić swe role inaczej lub pełnić inne role, niżby to wynikało z porządku przyrodzonego. Ale nie powinni tego robić. Istnieje kilka możliwych powodów, dla których norma życia zgodnego z naturą miałaby obowiązywać. Skoro nie jest to norma przyrodnicza, czyli prawo natury, gdyż prawa przyrody nie wymagają dekretowania, to można tu co najwyżej mówić o „naturalnych skłonnościach”, które do czegoś popy­ chają, ale którym ludzie potrafią się przeciwstawiać. Na pozór najbardziej oczywiste wydawać by się tu mogło uzasadnienie hedonistyczne: żyj zgodnie z naturą, czyli poddawaj się głosowi twych naturalnych skłonności po to, abyś doznawała najwięcej przyjemności w życiu, abyś była szczęśliwa. Jeśli sprzeci­ wisz się naturze, będziesz cierpiała, jak każdy „wynaturzony” osobnik. U ideologów biologizmu (inaczej niż w myśleniu potocznym wielu kobiet, w ich „prywatnej ideologii”14) uzasadnienie takie pojawia się co najwyżej ubocznie. Nakaz życia zgodnego z naturą odwołuje się do innego typu aksjologii, na gruncie której okazuje się, iż nawet jeśli hołdowanie własnej naturze nie sprawia(łoby) kobiecie przyjemności, to i tak powinna (by) żyć odpowiednio do głosu natury. Unikanie uzasadnień hedonistycznych wypływa może stąd, że ci, którzy tworzą oficjalną ideologię „naturalności” ról płciowych, bardzo często w in­ nych wypadkach głoszą nakaz sprzeciwiania się naturze. Tak jest np. w sprawie skłonności seksualnych, skłonności do leniuchowania itp., którym uleganie sprawia przecież przyjemność. Nie o przyjemność tutaj zatem głównie chodzi, lecz — w tym wypadku, nie zawsze — o obowiązek słuchania głosu natury. Owszem, sprzeciwianie się naturze ma — nie wiedzieć dlaczego akurat w tym wypadku — unieszczęśliwiać owe jednostki ludzkie, ale zazwyczaj podkreśla 14 Zob. początek rozdziału „Kobiety a feminizm”.

PŁEĆ A SPOŁECZEŃSTWO

35

się dodatkowo, iż powoduje to także unieszczęśliwianie innych jednostek (w przypadku kobiet: ich dzieci i mężów), a także przynosi szkodę całemu społeczeństwu. Zostaje ono osłabione, kiedy kobiety zabierają się na przykład do rządzenia, a mężczyźni „babieją” i rozpraszają się w domowych pracach. Podobno prowadziło to zawsze do upadku potęg światowych, jak ma o tym świadczyć tradycyjnie przywoływany upadek Rzymu. Okazuje się zatem, że hedonizm nie jest wprawdzie konsekwentnie wykluczany jako motyw, ale dopuszczany jest do głosu tylko wówczas, kiedy nie staje w sprzeczności z inną aksjologią tutaj zakładaną. Jeśli nawet ktoś nie znajduje przyjemności ani szczęścia w życiu zgodnym z jego (głównie: jej) własną naturą, ważniejsza winna być dla niego etyka poświęcania się dla drugich, dla bliźnich, nakaz solidaryzmu społecznego, a w końcu — holistyczna etyka wyższości dobra społeczeństwa nad dobrem tworzących je jednostek. Istnieją rozbudowane opisy zagrożeń, jakie przynosi społeczeństwu, innym ludziom, a nawet samej zainteresowanej jednostce jej zachowanie niezgodne z naturą. Ale te apokaliptyczne wizje nie są konieczne. Być może odejście od natury nie pociąga za sobą od razu katastrofy społecznej — utrzymuje się na gruncie słabszego wariantu naturalizmu — ale pełnienie ról w zgodzie z naturą przynosi społeczeństwu większy pożytek. Ponadto zdarza się tu zapewne jeszcze prostszy schemat myślowy, typowy, jak wiadomo, także u małych dzieci: Z tego, że jest tak, jak jest, wnosi się, że tak być musi. Podejście takie sprawdza się w stosunku do przyrody (determinizm przyrodniczy), przenoszo­ ne jest zatem także na życie społeczne, gdzie jednak owo musi zamienia się niepostrzeżenie w powinno-. „Tak jak jest, być powinno”. Podkreślmy, że osobnikami, wobec których postuluje się owo życie zgodne z ich naturą, są głównie kobiety (a także, gdzie jeszcze się uchowali, niewolnicy; w jakimś też stopniu wszelka służba). Mężczyźni, jak wiadomo, żyją głównie (i co za tym idzie: powinni żyć) narzucając naturze swą własną, ludzką — tu nagle jakby sprzeczną z naturą — wolę, ich specjalnością jest podbój przyrody, jej „okiełznanie” itp. Chyba że sprzeciwianie się naturze uzna się za leżące w naturze mężczyzn. Przewrotność ideologii nie zna granic. Koncepcje porządku nadprzyrodzonego (zgodności z wolą Bożą).

Zachodzi właściwie pełna zgodność religijnych koncepcji z poprzednimi, ponieważ zakłada się, że Bóg stworzył przyrodę i cały świat, a zatem wszystko, co zgodne jest z prawem przyrody, co jest „naturalne”, jest też zgodne z Jego wolą. To On bowiem ustanowił porządek naturalny. I dopiero ludzka wolna wola, źródło zła, umożliwiła ludziom postępowanie na przekór prawu natural­ nemu. Myśleniu potocznemu nie przeszkadza pojawiająca się tutaj sprzeczność w stosunku do wielu innych przypadków, w których wolą Bożą jest, aby głosowi natury raczej się przeciwstawiać (np. w seksie przed- i pozamałżeńskim), mimo że przeciętny wierzący nie ma pojęcia o zawiłościach teologii, radzącej sobie jakoś z tym problemem. Zatem w sprawach społecznej roli płci porządek przyrodzony jest zarazem nadprzyrodzony, co najwyżej z zastrzeże­ niem, że musi się właściwie rozumieć ową „przyrodzoność” i nie określać własnych grzesznych skłonności jako „naturalne”.

36

ŹRÓDŁA FEMINIZMU

W warstwie aksjologicznej odniesienie hedonistyczne słabnie tu jeszcze bardziej, gdyż dla religii chrześcijańskiej — a tylko do niej tutaj się ograniczam — dążenie do własnej przyjemności w żadnym razie nie może być wiodące i przeważnie jest już podejrzane. Na czoło wysuwa się zdecydowanie argument dobra społecznego, któremu winniśmy służyć „zgodnie z wolą Bożą”, warto­ ścią jeszcze wyższą, ostatecznie i bezdyskusyjnie przypieczętowującą nakazy naturalistycznego biologizmu. Tu już nie kryje się faktu, iż pełnienie ról społecznych zgodnie z planem Bożym i naturalnym bywa często kłopotliwe, a nawet wymaga przezwyciężania samej siebie, czyli własnych skłonności hedonistycznych. Ale tak trzeba! Chwilowy dyskomfort ma zresztą w końcu zaowocować satysfakcją z poczucia dobrze pełnionego obowiązku. Różne Kościoły chrześcijańskie miewają tu nie w pełni zbieżne szczegółowe koncepcje tego, jak mają wyglądać naturalne wzorce ról płciowych, ale ich wsparcie dla oddelegowania kobiet do sfery życia prywatnego jest jednoznaczne. Zwraca uwagę ubóstwo i prostota wzorca kobiecego, podczas gdy wzorzec męski jest z natury rzeczy otwarty na wielkie bogactwo wariantów: mężczyźni mogą spełniać swe powołanie — w świecie — na wiele sposobów, kobiety — w rodzi­ nie—właściwie na jeden: rodzić dzieci i opiekować się bliskimi. Nawet sposoby prowadzenia gospodarstwa domowego, kulturowo bardzo zróżnicowane, na gruncie danej kultury są zazwyczaj wąsko zakreślone. Koncepcje nieopłacalności przemian. Dla ludzi bardziej krytycznych

i sceptycznych wobec mocno zideologizowanych koncepcji przyrodzonego i nadprzyrodzonego ładu przewidziano inne jeszcze możliwości skłonienia ich do afirmowania istniejącego stanu rzeczy. Pierwsza z nich — to kon­ cepcja teoretycznie najlepiej rozwinięta przez funkcjonalizm, ale posiadająca równie stary rodowód jak poprzednie. Jej główny argument brzmi: nie warto. Następna, którą zajmujemy się w drugiej kolejności, konkluduje inaczej: jeszcze nie pora. Potoczna wersja funkcjonalizmu jest bardzo prosta i przemawiająca do wyobraźni. Jest chętnie prezentowana dzieciom już w wieku przedszkolnym pod postacią bajeczki o szczęśliwym miasteczku, w którym każdy robił to, co do niego należało i co uzupełniało się z innymi. I doszło do nieszczęścia, kiedy mieszkańcy postanowili robić nie te rzeczy, które powinni. Ludzie we wspólnocie w naturalny sposób rozdzielają między siebie role odpowiednio do posiadanych talentów i umiejętności. Każdy robi to, co potrafi najlepiej, wszyscy zaś pracują dla siebie wzajemnie i dla dobra wspólnego. Szewcy robią buty, krawcy szyją ubrania, piekarze pieką chleb, nauczyciele uczą, policjanci strzegą porządku, a panowie (a nie panie) rządzą. Role są wprawdzie różne, ale komplementarne i w tej komplementarnej użyteczności — równe. I nie ma tu jakiegoś szczególnego przypadku kobiet (i mężczyzn). Kobiety robią także to, do czego nadają się najlepiej, podobnie jak orkiestrami dyrygują ludzie uzdolnieni muzycznie, maszyny konstruują uzdolnieni technicznie, wojskiem dowodzą utalentowani stratedzy itp. A kobiety rodzą dzieci, pielęgnują je i przewodzą w życiu domowym (co im przychodzi tym łatwiej, że same wykonują gros tego, czym zarządzają). Wszyscy w sumie na tym dobrze

PŁEĆ A SPOŁECZEŃSTWO

37

wychodzą, lepiej, niż gdyby każdy chciał sam robić wszystko albo nie to, do czego predysponowała go natura. Jak rodzi się ów optymalny porządek? Potoczna świadomość wierzy tutaj w jakiś ład naturalny czy nadnaturalny, który do tego dotąd doprowadzał, czyli gładko łączy tę koncepcję z poprzednimi. Naukowy funkcjonalizm objaśnia ów fenomen optymalizacji rozdziału ról, a także samego układu ról, działaniem darwinowskiego mechanizmu selekcjonowania lepszych, bardziej efektywnych rozwiązań. Jeśli jest tak, a nie inaczej, to widocznie inne warianty, które dotąd wystąpiły, były gorsze. Co nie wyklucza teoretycznie pojawienia się wariantów lepszych. Lecz możliwość wariantów lepszych, zwłaszcza zacierających różnice płciowe, okazuje się u zwolenników tej koncepcji czysto teoretyczna. Część wyznawców tej doktryny uważa po prostu, iż kobiety, i tylko one, najlepiej nadają się właśnie do tego, co robią. Przecież konserwatyzm i nieinnowacyjność to cechy kobiece, elastyczność i zdolność do pełnienia wielu różnych ról — to cecha męskości. Nawet jeśli kobiety potrafią robić to co mężczyźni, a mężczyźni to co kobiety, to i jedni, i drudzy robią to wtedy gorzej15. Jeśli jednak zgodzić się nawet z tym, powiadają jeszcze inni — i tu pojawia się novum — iż kobiety w gruncie rzeczy równie dobrze potrafią wykonywać funkcje typowe dotąd dla mężczyzn (co niedwuznacznie uwidoczniły wojny, kiedy kobiety były zmuszo­ ne wykonywać to wszystko, co „normalnie” robią mężczyźni), to, pytają, czemuż miałaby służyć tak kosztowna operacja zrównania ról? A jeśli usłyszą w odpowiedzi, iż życzy sobie tego sporo kobiet, które w tradycyjnych rolach źle się czują, wówczas przeciw ich egoistycznej aksjologii wysunięta zostaje holistyczna aksjologia wyższości dobra społecznego: Tak — można usłyszeć — my także wiemy, że kobiety potrafią... Ale czy wiecie, jakim odbyłoby się to kosztem? Cały dotychczasowy porządek społeczny sprawnie wprowadza w życie kolejne pokolenia kobiet i mężczyzn (o czym zaraz będzie mowa w punkcie o socjalizacji), głęboko przekonane o naturalności tego ładu, a teraz, dla garstki nieprzystosowanych kobiet, mielibyśmy burzyć to wszystko? Wywołując powszechną konfuzję, załamanie się dotychczasowych wizji świata, płacąc ogromne koszty przekwalifikowań i pokonywania oporu zwolenników dotychczasowego ładu? Nie, dla dobra społecznego należy powstrzymać się od realizowania takiego projektu, mimo iż — wbrew naiwnym naturalistom i supranaturalistom — jest on i technicznie, i ontycznie, i antropologicznie 15 W sposób klasyczny prezentuje ten punkt widzenia niemiecki profesor biologii. „Przyjmijmy — snuje porównanie — że mamy dwa komputery firm A i B. Każdy z nich oparty jest na innych zasadach działania, chociaż mają porównywalny stopień złożoności. Wiadomo, że każdy problem matematyczny dający się rozwiązać na jednym komputerze można także rozwiązać na drugim. Tyle że wówczas programy trzeba inaczej napisać. Jeśliby teraz ktoś wywodził, iż godzenie się z odmiennym wyposażeniem wnętrza obu komputerów jest czymś sprzecznym z emancypacją i że należy wobec tego powierzyć im te same programy, i to oczywiście programy firmy A, to niech potem się nie dziwi, że postępując w ten sposób uzyska zupełnie odmienną efektywność w każ­ dym z nich, oczywiście na niekorzyść komputera B. Z mężczyzną i kobietą może być podobnie.” (N. Bischoff Biologie als Schicksal}, w: N. Bischoff, H. Preuschoft (red.) Geschlechtsunterschiede. Entstehung und Entwicklung. Mann und Frau in biologischer Sicht, München 1980, s. 26—27).



ŹRÓDŁA FEMINIZMU

możliwy. Zbuntowane panie niech przyjmą to do wiadomości i podporządkują się. Iluż mężczyzn musi także, w każdym pokoleniu, przystosowywać się do nie zawsze zgodnego z ich oczekiwaniami przydziału ról społecznych! Zresztą, w zupełnej ostateczności, można stworzyć wyjątek i wpuścić do męskich struktur także trochę utalentowanych kobiet16. Prawdopodobnie dziś liczba zwolenników takiej koncepcji wzrasta, zwłasz­ cza wśród inteligencji obojga płci. Niejedna kobieta, poznawszy koszty przełamywania oporu istniejących struktur, sama rezygnuje z ambitnych dążeń, kierując się rachunkiem już nie tyle kosztów społecznych, ile kosztów własnych. Koncepcje czasowej i strukturalnej hierarchii spraw do załatwienia

(tu zwłaszcza marksizm, socjalizm, także ruchy narodowowyzwoleńcze, antyrasistowskie, pacyfistyczne, ekologiczne). Omówione dotąd koncepcje z róż­ nych względów opowiadają się za zachowaniem istniejącego społecznego ładu płciowego. Co prawda w żadnym z omówionych sposobów widzenia tych spraw nie wyklucza się, iż istnieją pewne problemy społeczne specyficzne dla kobiet w ogóle, bądź przynajmniej niektórych z nich, które należałoby jednak rozwiązać. Nieco reformatorsko nastawieni lub uwrażliwieni na sprawy socjalne ludzie nie wykluczają wprowadzania pewnych „udogodnień” celem ulżenia losowi kobiet lub otwierania przed niektórymi z nich — w drodze wyjątku — drogi nietypowej, na ogół rezerwowanej dla mężczyzn. Korekty te mają jednak na celu raczej utrwalanie istniejącego systemu, wedle zasady wentyla bezpieczeństwa. Ostatecznie wszystkie omówione dotąd ideologie należą w istocie do zachowawczych, konserwujących istniejący system zróż­ nicowania ról płciowych. Inaczej sprawa wygląda w ujęciu ludzi angażujących się w ruchy refor­ matorskie czy rewolucyjne, zainteresowanych istotnymi przekształceniami systemu społecznego. Już sama możliwość przyciągnięcia na swoją stronę kolejnej grupy niezadowolonych jest atrakcyjna, wymaga jedynie przekonania ich, w tym wypadku niezadowolonych kobiet, że zrealizowanie jakiegoś Wielkiego Projektu przyniesie także realizację ich dążeń. Tu na ogół nie neguje się, iż dotychczasowy system społecznego funkcjonowania płci jest zły; choć często dodaje się, że zły jest zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, a także dla społeczeństwa jako całości. Problemy kobiet nie są czymś wyizolowanym, stanowią inherentną składową wszystkich innych wad systemu społecznego. Oderwane, pojedyncze korekty nie mogą przynieść prawdziwego rozwiązania „kwestii kobiecej”, jak w ruchu socjalistycznym nazwano cały pakiet kobiecych niedoli, mając głównie na uwadze spotęgowanie wyzysku kobiet w kapitalis­ tycznej pracy najemnej. Ale — powiadają — istnieją problemy ważniejsze niż sprawy płci. Na razie nie pora! Na razie kobiety winny połączyć wszystkie 16 Nawet Margaret Mead, która jest za ewentualnym wprowadzeniem kobiet do dziedzin dotąd dla nich zamkniętych, opatruje to zastrzeżeniem: „pod warunkiem, że społeczeństwo na tym zyska, a nie straci.” (Zob. M. Mead Male and female, op. cit., s. 378—379). Np. w nauce kobiety nadają się jej zdaniem do dyscyplin humanistycznych, a do innych raczej nie.

PŁEĆ A SPOŁECZEŃSTWO

39

swoje wysiłki z innymi walczącymi o aktualnie najważniejszą, słuszną sprawę. Nie myśleć egoistycznie o sobie. Efekt oddziaływania takich ideologii z punktu widzenia chwili bieżącej jest podobny do stanowisk wyraźnie konserwatywnych: skoro sprawa równości płciowej musi poczekać, to znaczy, że na razie nie jest szczególnie ważna i przez jakiś czas jeszcze nie należy stawiać jej na porządku dnia. Mimo to nienegowanie istnienia racjonalnych przesłanek dla niezadowolenia kobiet stanowi pewną istotną różnicę, a agenda kobiecych spraw do załatwienia z reguły pojawia się w programach ruchów rewolucyjnych i reformatorskich, działając przyciągająco na część kobiet. Typowe dla tego rodzaju myślenia jest stanowisko marksistowskie: kobie­ tom jako kobietom dzieje się krzywda, ma tu miejsce niesprawiedliwość, a w dodatku społeczeństwa tracą diamenty, zamykając kobiety w domach lub powierzając im do wykonania jedynie proste zadania. Lecz znacznie ważniejsza sprzeczność interesów zachodzi między klasami społecznymi. Pierwotnym źródłem wszelkich form wyzysku, ucisku i dyskryminacji jest prywatna własność środków produkcji. Tę trzeba znieść, a wówczas — tu pojawiają się dwa warianty odpowiedzi — bądź... zniknie nie tylko wyzysk klasowy, ale automatycznie znikną także inne postacie wyzysku; bądź... dopiero wtedy będzie można przystąpić do ostatecznego zniesienia także innych form wyzysku i niesprawiedliwości społecznej. Wniosek z tego w każdym razie jednaki: kobiety winny wszelkimi siłami wesprzeć ruch robotniczy i działać na rzecz rewolucji socjalistycznej. Kobietom robotnicom znacznie bliżej jest do ich braci i mężów robotników niż do ich „sióstr” burżuj ek. Feminizm to koń trojański obrońców kapitalizmu — ma odciągnąć robotnice i działaczki socjalistyczne od zaangażowania się w jedynie obecnie słuszną walkę: o so­ cjalizm. Analogiczne rozumowanie pojawia się w ruchach antyrasistowskich czy antykolonialnych, co rzucało się w oczy w przypadku Ruchu Praw Obywatels­ kich, a potem Nowej Lewicy w Stanach Zjednoczonych, a także współcześnie w ruchach amerykańskich Murzynów. Feminizm kolorowy natrafia na prze­ szkodę w postaci przekonania, że ważniejsze jest wyzwolenie ludów koloro­ wych od dominacji białego kapitalizmu, potem będzie można dopiero pomyśleć o ewentualnym wyzwoleniu kobiet. Pojawia się też wierna kopia hasła o większej bliskości Murzynek i Murzynów niż Murzynek i białych Ameryka­ nek. Ale także ruchy obrońców pokoju, ekologów itd., chętnie powołujące się na szczególnie bliski „kobiecości” charakter ich celów, po serii ukłonów domagają się odłożenia na razie na bok sprawy wyzwolenia kobiet i zajęcia się wyzwoleniem ludzkości od imperialistów, od militarystów, od niszczycieli środowiska itd., co w praktyce oznacza (jak to widzą czujne feministki): odebranie władzy obecnej grupie mężczyzn i przekazanie jej innej grupie mężczyzn. Sprawa zniesienia krzywdy płciowej ma poczekać jako mniej ważna; zresztą potem, po załatwieniu sprawy ważniejszej, znacznie łatwiej przyjdzie ją rozwiązać lub rozwiąże się sama. Taktyki te okazują się nader skuteczne, choć analogia do ruchów marksistowskich jest o tyle niepełna, że w niektórych z tych ruchów kobietom przypada w udziale znacznie poważniejsza rola niż w ruchu

40

ŹRÓDŁA FEMINIZMU

robotniczym i komunistycznym (zwłaszcza w ruchach pacyfistycznych i ekolo­ gicznych, w New Age itp., a także w grupach terrorystycznych). Przedstawiona panorama głównych typów ideologii, chroniących istniejący system społecznego funkcjonowania płci, jest być może niepełna, ale zapewne ci spośród czytelników, którzy niechętni są feminizmowi, odkryją bez trudu bliski im punkt widzenia w którejś z tych formacji.

Socjalizacja Ideologie panujące, chroniące istniejący system, oddziałują na wszystkich członków społeczeństwa, ale szczególnie doniosła rola przypada im w momen­ cie kształtowania się postaw i aspiracji młodych pokoleń. Procesy socjalizacyjne, w tym świadome oddziaływania wychowawcze, przekazują bezpośrednio szereg treści ideologicznych. Bardziej fundamentalne znaczenie mają jednak przekazywane wprost wzory zachowań i modele życia, budujące podłoże trwałości dotychczasowego systemu społecznego. To z tej gleby wyrastają i na powrót ją użyźniają wyobrażenia ideologiczne. Zasadnicza rola socjalizacji (i przemycanej w niej ideologii) tłumaczy może zastanawiające zjawisko, iż mimo upadku barier prawnych większość kobiet i mężczyzn porusza się w życiu nadal po odmiennych torach, zachowując typowe oznaki kobiecych czy męskich cech psychicznych i behawioralnych, i nie korzysta z możliwości wcześniej uniemożliwianych im karier. Rzecz jasna zwolennicy biologizmu spieszą ze swym łatwym, jak im się wydaje, wyjaśnieniem: to właśnie odmienna natura kobiet i mężczyzn powstrzymuje ich przed korzystaniem z wywalczo­ nych swobód obywatelskich. Jednakże — powiadają — daje o sobie znać das ewig Weibliche, wieczysta kobiecość. Kobieta jest kobietą. A mężczyzna? Sobą. Otóż nie wykluczając ewentualnej słuszności tego tłumaczenia — bo niczego poza jawnymi nonsensami nie chcemy tu wykluczać—nie można jednak zamykać oczu na fakt, iż i wychowanie, i szerzej rozumiana socjalizacja robią wszystko, aby utrzymać i utrwalić dotychczasowy system społecznych ról płciowych, a także kulturowych i nawet psychicznych wzorców zachowaniowych. Widać na samej naturze nie można polegać. Do tej „natury”, stanowiącej po prostu społecznie ustalane wzorce zachowań kobiet i mężczyzn, trzeba ludzi wdrażać. Ujmując rzecz najzupełniej skrótowo, gdyż jako do tematu szczególnie eksponowanego w myśli feministycznej będziemy do niego jeszcze wracać, skonstatujmy:lNadal, podobnie jak było uprzednio, trafia do dzieci w zależno­ ści od płci od początku odmienne przesłanie dotyczące ich przyszłości, ich powołania. I nie jest może rzeczą najważniejszą, co na ten temat mówią ich rodzice, a nawet inni wychowawcy. Wzorzec zachowaniowy i sytuacja społecz­ na rodziców i starszego rodzeństwa, sąsiadów i grup rówieśniczych, wreszcie innych członków społeczeństwa mówią same za siebie i dobitnie: miejsce ko­ biet jest w domu, a mężczyzn — w świecie. Owszem, dzieci widzą wyjątki, ale wiedzą, że to są wyjątki.' Czasem wyjątek mogą reprezentować nawet osoby im najbliższe i najbardziej oddziałujące, jak rodzice. I nie pozostaje to bez znaczenia. Z pokolenia na pokolenie przybywa wyjątkowych osobników.

PŁEĆ A SPOŁECZEŃSTWO

41

Wzory nowych zachowań, odrzucających istotne znaczenie płci, pojawiają się w środkach masowego przekazu, w książkach i filmach dla dzieci i młodzieży. Niemniej w większości wypadków panują tam nadal wzorce tradycyjne, w różnych krajach z różnym i zmiennym natężeniem. Nie trzeba specjalnie tłumaczyć, iż sytuacja w Polsce zdominowanej przez nader tradycyjny katolicyzm może przemian takich nie ułatwiać. Tak więc, choć dziś w procesie wychowawczym z reguły nikt nie rozdziela rygorystycznie dzieci według płci, uczęszczają do tych samych szkół i uczą się z tych samych podręczników (nadal czasem miewają niektóre odrębne zajęcia), oglądają, a w każdym razie mogą oglądać, te same filmy w telewizji i czytają, a w każdym razie mogą czytać, te same książki i czasopisma, to jednak odnajdują w nich odrębne przesłania. Nawet w podręczniku arytmetyki jabłka z koszyka rozdziela zawsze mama. W filmach i opowiadaniach, a przede wszystkim w podręcznikach i czytankach szkolnych chłopcy majstrują, or­ ganizują, psocą, podróżują, razem z tatą naprawiają samochód, dziewczęta pomagają mamie, opiekują się rodzeństwem, idą na zakupy, wraz z innymi dziewczętami bawią się lalkami, a jeśli już dołączają do chłopców, to stoją u ich boku i podziwiają ich lub krytykują za niegrzeczne zachowanie. Ale, co ważniejsze, obserwują dorosłych, bo ku nim przede wszystkim zwracają się oczy dorastających dzieci i młodzieży, i widzą, że dorośli pilnie przestrzegają tradycyjnych reguł gry i ról, a jeśli od nich odchodzą, to z komicznymi lub tragicznymi rezultatami. Temat ten omawiany jest coraz częściej, na tyle często, że pozostajemy tu tylko przy jego zasygnalizowaniu17. Dorastający młodzi ludzie obierają w końcu odmienne dla każdej płci strategie życiowe i im podporządkowują swe zachowanie, zainteresowania, dalsze kształcenie lub rezygnację z niego itd. Skoro świat najwyraźniej należy do mężczyzn, skoro mężczyźni w nim dominują, mają władzę i najczęściej zarabiają więcej niż kobiety, to młode kobiety starym zwyczajem budują przyszłość „u boku męża”, mężczyźni zaś na osiągnięciach w pracy. Wraz z dosłownymi wzorcami napływa też do młodych ludzi cała omówiona wcześniej ideologia, oczywiście w strzępach i przypadkowych konfiguracjach, ale w miarę dorastania młodzież sama ją sobie porządkuje, a także coraz częściej słyszy uporządkowane jej wykłady. Trafiają one na wcześniej przyswojone fragmenty funkcjonujące już jako truizmy, tym łatwiej więc zapuszczają teraz korzenie całe systemy myślowe. I w ten sposób indoktrynowane osobniki wybierają drogi życiowe, które z reguły tradycjonalistów nie zaskakują. Przynajmniej do niedawna tak było. Kto wie, czy nie przeżywamy obecnie fazy gwałtownego przyśpieszenia przemian i czy niniejsze słowa i cała książka nie staną się rychło już tylko świadectwem najświeższej przeszłości? 17 Jedna z pierwszych, pionierskich prac na tym polu w Polsce wyszła spod pióra Izabeli Nowackiej (Obraz kobiety w podręcznikach szkolnych, „Nasza Praca”, nr 6, 1989, s. 1—9). Temat staje się stopniowo coraz bardziej popularny i zapewne wnet zaowocuje publikacją rezultatów badań. Zapowiadają to artykuły w „Pełnym głosem”, 3, 1995 (J. Morciniec Skąd się biorą zadowolone niewolnice albo czego uczy elementarz?-, A. Gollnikowa Utrwalanie tradycyjnych ról płciowych przez szkołę i inne). Ostatnio ukazał się numer „Kwartalnika Pedagogicznego” (1995, I, 2) specjalnie temu poświęcony.

Kobiety a feminizm

Kiedy, dlaczego i które kobiety stają się feministkami? Zanim podejmiemy ryzykowną próbę odgadnięcia choć w części odpowiedzi, musimy rozważyć, dlaczego liczne kobiety są przeciwniczkami feminizmu. Wielu uważa, że właśnie wśród kobiet — a nie wśród mężczyzn — feminizm miewa najzawziętszych wrogów.

Kobiety niechętne feminizmowi Na temat tradycyjnej roli kobiet wypowiedziano już wiele podniosłych słów. Oto, żyjąc w zgodzie z wolą Bożą i/lub głosem Natury, czasem też głosem Narodu (vide Matka-Polka), pełnią doniosłą misję, dla społeczeństwa, dla narodu, dla ludzkości, dla Boga: rodzą i wychowują dzieci, stwarzają i pielęg­ nują ognisko domowe, przekazują przyszłym pokoleniom dotychczasowe szczytne wartości, a mężczyznom zapewniają kojące poczucie zakorzenienia i bezpieczeństwa wśród bliskich i nadają sens ich życiowej szarpaninie, dodają im otuchy, przywracają w trudnych chwilach wiarę w siebie itd., itp. Rzadko natomiast, jak odnotowaliśmy wcześniej, słyszy się odwołanie do zwykłego, raczej egoistycznego hedonizmu (którego dziś w innych przypadkach mało kto się wstydzi): że żyć zgodnie z naturą i według woli Bożej jest kobiecie po prostu przyjemnie. Zdobądźmy się na szczerość... Wiele, może nawet większość kobiet uważa, a i niejeden mężczyzna z tym się zgadza, że wcale przyjemnie jest być kobietą. Urodzić się kobietą, to wygrać los na loterii genowej. Podczas gdy mężczyźni miotają się w świecie, bo jest to ich rola, ich obowiązek, bo muszą, kobietom wolno pędzić żywot cichy i spokojny. Czegóż zazdrościć mężczyźnie? Wiecz­ nego stresu, napięć, walki o utrzymywanie się na powierzchni na przekór konkurentom, nie kończącego się nigdy udowadniania, że się potrafi czegoś

KOBIETY A FEMINIZM

43

wartościowego dokonać, i to — lepiej od innych? Nieustannej pogoni za sukcesem, bo od tego zależy dalszy los: zarobki i awans? I za wpływami, władzą, bo to czyni własną pozycję bezpieczniejszą? A i potem nie można spać spokojnie: rywale zewsząd napierają. Toż to los straszny. Ileż kobiet myśli tak w skrytości ducha nawet wówczas, kiedy równocześnie okazują mężczyznom podziw, (niby) zazdroszczą im, głośno zarazem utyskując na swoją kobiecą dolę. Rzecz jasna, także spokój kobiety wymaga zwycięskiego stoczenia w pew­ nym momencie życiowym jednej walki, a potem potwierdzenia się w jednej sprawie, nie jest też ten spokój prawie nigdy do końca bezpieczny. Trzeba mianowicie wygrać w walce o (jako tako dobrego) męża i urodzić choć jedno dziecko. I potem — jeśli mąż się sprawdza — trzeba już tylko być czujną i „utrzymać go przy sobie”. W tej sprawie rywalki nie śpią. O ileż jednak jest to wszystko prostsze? O męża bitwę stacza się w stosunkowo wczesnej fazie życia, potem jeszcze rodzi się dzieci, i spokój. To prawda, utrzymanie ogniska domowego wymaga nieustannego dokładania drew i zwłaszcza w okresie, kiedy dzieci są małe, można się słaniać na nogach. Głównie jednak — ze zmęczenia fizycznego. Przeważająca większość czynności w gospodarstwie domowym nie stresuje umysłu. Potrzeba natomiast sporo sprytu: aby nie zniechęcić męża, a równocześnie osiągać własne, niezbyt w tych warunkach górnolotne cele. Coś za coś: nie jest się aktorem na scenie świata, prowadzi się życie za kulisami, w obsłudze trupy teatralnej, nie układa się tej sztuki, nie reżyseruje, nie zbiera się więc oklasków. Ale — tak naprawdę — czy te dramaty (i komedie) mężczyzn, z których budują dzieje tego świata, nie są przeważnie zabawnie infantylne? Gdyby nie to, że czasem ci chłopcy w okrucieństwie przebierają miarę i urządzają tragiczne jatki, a ostatnio poważnie zagrażają samemu istnieniu teatru, można by spokojnie w gronie przyjaciółek, może przy jakichś robótkach, oddawać się gawędzeniu o bliźnich i o modzie, o pieczeniu ciast i o pielęgnowaniu włosów lub niemowląt, przerywając sobie tylko od czasu do czasu, aby posłać ciepły uśmiech dzielnym artystom i ukoić ich próżność kolejną serią braw. Pieniądze? Przecież oni je tylko zarabiają. Władza? Potrzebna tym, którzy chcą rządzić światem, kobiecie wystarcza, znacznie łatwiejsza do utrzymania, władza w domu. Bogactwo wrażeń, pełnia życia? Można je mieć od czasu do czasu przy boku męża na urlopie, a na co dzień doprawdy nie są potrzebne. Ważniejszy spokój i zdrowie. Notabene dawniej życie kobiet schodziło — dosłownie, bo do końca — na rodzeniu i wy­ chowywaniu dzieci. Prawie stale chodziły w ciąży i umierały młodo. Nie był to wtedy wybór, to była dola. Ale dziś? Odchowa się dzieci, często jedno dziecko, ewentualnie trochę popracuje, raczej dla dorobienia lub rozrywki, mąż zazwyczaj umrze wcześniej i zostawi majątek lub sporą rentę i można jeszcze dość długo cieszyć się spokojnym — czy aby nie trochę pasożytniczym? — życiem. Jest prawdą, iż mężczyźni nieczęsto słyszą takie opinie od kobiet. To ich „prywatna ideologia”. Przeciwnie, żony druzgoczą ich sumienia owym słania­ niem się na nogach, uwijaniem się jak w ukropie od świtu do nocy, męką kieratu domowego, wiecznym utyskiwaniem na los, świeceniem w męskie oczy kobiecą

44

ŹRÓDŁA FEMINIZMU

ofiarnością i poświęceniem. Ma to tę dobrą stronę, iż mężczyźni, którzy w skrytości ducha sądzą, że to oni wygrali lepszy los, muszą czuć z tego powodu wyrzuty sumienia i starać się maksymalnie osładzać kobietom ich ciężkie życie. I upiększać je podniosłymi ideologiami, z których koniecznie ma wynikać, że to nie oni, lecz kobiety są prawdziwym bohaterem świata, że to one pełnią misję dziejową podtrzymywania ludzkości w bycie — bo w świetle męskich przekonań fakt, iż kobiety nie grają w tym świecie wielkich ról, musi być dla nich szczególnie deprymujący. A kobietom te poetyckie draperie nie prze­ szkadzają, niektóre nawet dobrze się w nich czują.

Na drodze do feminizmu Gdyby nakreślona sytuacja była czymś powszechnym, samo pojawienie się feminizmu musiałoby zdumiewać. Ale feminizm jest jednak faktem od z górą trzydziestu lat, i to o znacznym kręgu oddziaływania. Poprzedziła go pierwsza fala ruchów kobiecych, które trwały trzy ćwierćwiecza, do końca pierwszej wojny światowej, i przyniosły zasadnicze zmiany w społecznej sytuacji płci. Zatem ani stan faktyczny nie może przystawać w pełni do powyższego obrazu, ani wszystkie kobiety nie mogą żywić podobnie pogodnych przeświadczeń. Skoro feminizm przestał być li tylko prądem myślowym, czasem modą literacką — w końcu niezadowolone osobniki zawsze się znajdą — lecz jest wyraźnym ruchem społecznym, kim są tworzący go, najwyraźniej niezadowo­ leni ludzie? Wiadomo, że są to w zasadniczej większości kobiety, bardzo niezadowolone kobiety. Jakie kobiety i z czego niezadowolone? Słowa „niezadowolone” używam nieprzypadkowo. Kobiety cierpiące ponad wszelką miarę, zniewolone, zmuszane do nadludzkich wysiłków, poniewierane, prześladowane, maltretowane, stanowiły zapewne zawsze po­ kaźną składową życia społecznego. Uczucia, które w tych warunkach dochodzą do głosu, to posępne pogodzenie się z losem, czasem — rozpacz, ale chyba nie bunt. O sprzeciwieniu się mogą myśleć kobiety, których sytuacja społeczna nie jest aż tak zła, które mogą mieć nadzieję. Kobiety z szerszą wiedzą o świecie, posiadające już wiele swobody i możliwości, ale jeszcze nie dość swobody i możliwości. Kobiety — właśnie — niezadowolone. Więc które? Po pierwsze, nie wszystkim kobietom roszczącym sobie do tego prawo z tytułu ich statusu społecznego udaje się ułożyć życie wedle tradycyjnych wzorców, choć tego pragną. Po drugie, części kobiet nie odpowiada tradycyjny wzorzec. Zmuszone mimo wszystko pędzić życie na tradycyjną modłę, źle się z tym czują. Jeśli zaś próbują układać sobie życie nietradycyjnie, mają kłopoty z realizacją własnego projektu, gdyż społeczeństwo tego nie przewiduje, a otoczenie reaguje wrogo. Rezultat jest taki, że nie brak kobiet rozgoryczonych czy rozgniewanych, z których rekrutowały się pierwotnie feministki. A do tego dochodzi dziś, już od pewnego czasu, trzecia grupa kobiet uważających się za

KOBIETY A FEMINIZM

45

feministki (ku niemałemu zaskoczeniu, czasem protestom, feministek tradycyj­ nych, bo już i tutaj można mówić o modelu tradycyjnym i nietradycyjnym). Są to kobiety sukcesu w świecie publicznym, które jednak różnią się od poprzed­ niczek tym, że sukces osiągają bez upodabniania się do mężczyzn i — co jest najbardziej istotne — pozostają solidarne z innymi kobietami. Co u tych feministek nowe, to to, że są optymistkami. Wreszcie są kobiety, u których feminizm jako ruch jest jedynie narzędziem realizacji osobistego celu, narzędziem równie dobrym jak każde inne. Są po prostu żądne władzy politycznej, podobnie jak wielu mężczyzn. Dziś udaje im się odnosić sukces w wielu różnych strukturach politycznych i partiach, ale nadal nie jest to droga łatwa. Chętnie korzystają z innych nadarzających się okazji, a gdy ich brak — same je organizują. Ruch feministyczny stanowi dla nich szczególną szansę, gdyż tu jedynymi konkurentami, i to na ogół nielicznymi i jeszcze słabymi, są kobiety. Albo współorganizują, albo wkraczają na gotowe, stają na czele i... natychmiast zwalczają konkurentki do władzy, odwołując się — co jest chwytem od wieków praktykowanym — do praw­ dziwych lub rzekomych, często specjalnie naciąganych, różnic teoretycznych i programowych. Zaciętość niektórych sporów teoretycznych w feminizmie jest zastanawiająca. Drugorzędne sprawy urastają do roli pryncypiów może tylko po to, żeby odseparować potencjalne konkurentki od wpływu w danym ugrupowaniu. Na koniec wymieńmy jeszcze jeden z motywów sprzyjających udziałowi w ruchu feministycznym: są i takie kobiety, które po prostu czują się dobrze wyłącznie pośród kobiet — i środowisko feministyczne dobrze zaspokaja tę ich potrzebę. W każdym razie mylny jest, choć popularny, zwłaszcza dzięki prostackim zabiegom mass mediów pogląd, iż feministki to tylko jakieś „zwariowane baby”, którym się w głowie poprzewracało i chciałyby może nawet rządzić w świecie (czyli mężczyznami). Mają to być jakoby kobiety nienawidzące mężczyzn, pewnie dlatego nienawidzące, że ich nikt nie chciał wziąć za żonę (feministki to okropne brzydule lub jędze!), lub dlatego, że źle trafiły (mąż bije, pije, dzieci robi i pieniędzy nie daje, zdradza, czy w ogóle już porzucił matkę z dziećmi na pastwę losu), lub że miały złe doświadczenia z mężczyznami w młodości (może ojciec był nieudany jak wyżej, a może napastował je seksualnie, może pierwszy chłopak wykorzystał i rzucił lub okazał się sadystą, a może zostały zgwałcone?), lub po prostu są lesbijkami. Inaczej mówiąc — jakiś margines, a me „normalne” kobiety. Czyż nie znamy takich opinii? Rzecz jasna, bywają feministki (chyba nierzadko) spełniające któryś z warunków tej definicji. Lecz nie jest ani konieczne, żeby któreś z tych uwarunkowań zachodziło, ani też wystarczające. W ruchu feministycznym uczestniczą także kobiety, którym osobiście ze strony mężczyzn nic szczególne­ go się nie przytrafiło, które w ogóle nie żywią do mężczyzn złych uczuć i w upodobaniach seksualnych pozostają tradycyjne, a które są niezadowolone z rozkładu ról płciowych w społeczeństwie i chcą go zmienić. Są zamężne, mają dzieci. Ich zdaniem, los kobiet jako kobiet właśnie jest w społeczeństwie determinowany w krzywdzący je sposób. Tym różnią się od wielu innych

46

ŹRÓDŁA FEMINIZMU

niezadowolonych kobiet, iż w sytuacjach odbieranych przez inne kobiety jako przykre, ale niekoniecznie przez kogoś zawinione, a jeśli już, to może przez samą cierpiącą lub jakichś przypadkowo podłych ludzi (ot, miała kobieta pecha), one, feministki, dopatrują się tu krzywdy czy niesprawiedliwości o charakterze społecznosystemowym. Interwencja ma mieć zatem charakter nie jednostkowy (ot, komuś trzeba pomóc, ktoś sobie sam nie radzi, bo jest ślamazarą lub pechowcem itp.), lecz globalnospołeczny, a zatem — polityczny. Feminizm to zjawisko p o 1 i t y c z n e, nawet jeśli programowo odcina się od polityki. I nie o działalność partykularną — przynajmniej subiektywnie — tu chodzi. Feministki — w swym mniemaniu — nie tworzą grupy interesu działającej na rzecz pewnego tylko typu kobiet, lecz uważają, iż ich działanie reformatorskie lub wyzwolicielskie leży w interesie wszystkich kobiet, także tych, które nie widzą potrzeby zmian, a nawet są feminizmowi niechętne. Działają w imieniu połowy ludzkości! Często zresztą sądzą, że działają i w interesie mężczyzn, których obecny system wtłacza także w deformujące wzorce, tyle że korzystniejsze niż u kobiet. Więc działają w interesie może nawet... całej ludzkości! Występowanie feministek w imieniu wszystkich kobiet bywa szczególnie irytujące dla wielu kobiet zadowolonych z obecnego układu ról społecznych. Tylko u części feministek pojawia się łagodząca klauzula, iż nie mają zamiaru nikomu narzucać nowych wzorów, a jedynie zapewnić każdej kobiecie pełną swobodę wyboru: od tradycyjnego modelu życia aż po zupełnie odmienny (podobnie — mężczyznom). Na ogół nie kryją, że kobiety tradycyjne stanowią zagrożenie projektu feministycznego i w przyszłości ich styl życia powinien zaniknąć. Stąd może częściej spotyka się szczególnie zaostrzony anty-feminizm18 u kobiet niż u mężczyzn. Zwłaszcza u kobiet żyjących tradycyjnie i bardzo z tego zadowolonych. Bo też niewiele dobrego na temat tradycyjnego modelu życia usłyszą od bardziej radykalnych feministek. I nie jest tak, że autorki mówią z reguły o czymś, czego nie znają i nie zaznały. Wiele z nich żyło w sposób tradycyjny, nie mając przy tym żadnych szczególnie złych doświadczeń (jak chociażby inicjatorka nowoczesnego feminizmu, a zarazem gorzki krytyk modelu życio­ wego gospodyni domowej Betty Friedan), niektóre przywiązują do rodziny wielką wagę. Inne — nie. W feminizmie jest wiele prądów, jak Czytelnik tej książki łatwo się przekona. I jak to często bywa w życiu społecznym, te same fakty społeczne, nawet podobnie doświadczane, poddawane są odmiennemu wartościowaniu. Ingerują w to odmienne czynniki osobowościowe i biograficz­ ne, ale tak rozmaite, że na nic zda się próba sprowadzenia portretu feministki do jednej, najlepiej śmiesznej i może trochę strasznej sylwetki.19 Nie każdy 18 Pisząc „anty-feminizm” z łącznikiem mamy na myśli wrogość wobec feminizmu, a nie mizoginię, wrogość wobec kobiet w ogóle, którą czasem także określa się mianem „antyfeminizmu”. ” Obraz dyskursu feministycznego w Polsce na przestrzeni XIX i XX wieku kreśli ze znawstwem Sławomira Walczewska w książce Damy, rycerze i feministki. Kobiecy dyskurs emancypacyjny w Polsce, Kraków 1999.

KOBIETY A FEMINIZM

47

zapewne może stać się feministką czy — jeszcze rzadziej — feministą, ale na pewno bardzo wielu bardzo różnych ludzi. Osobnym problemem pozostaje pytanie, dlaczego feminizm pojawił się akurat w XX wieku, a społeczny ruch kobiet zaledwie sto lat wcześniej, skoro powody do niezadowolenia mają bardzo długą historię. Zazwyczaj podkreśla się fakt, że i pierwszy ruch kobiet, i feminizm są dziełem kobiet klasy średniej, wykształconych i zdolnych do krytycznego przekroczenia horyzontu panują­ cych ideologii zachowawczych, że powstały w społeczeństwie demokratycz­ nym, które najprzód przyznało równe prawa polityczne wszystkim mężczyz­ nom i przygotowało grunt do wysunięcia podobnych żądań przez drugą połowę ludzkości. Pierwsza fala protestu kobiet zakończyła się takim właśnie, politycz­ nym zwycięstwem — przyznaniem równych praw obywatelskich. Feminizm współczesny pojawił się ponownie w tym samym kraju, przodującym pod względem rozwoju ekonomicznego i dobrobytu, kiedy dzięki postępom w ochronie zdrowia i wiedzy medycznej życie kobiet uległo znacznemu przedłużeniu poza okres rozrodczy, przy równoczesnym umożliwieniu kobie­ tom kontroli urodzeń i ograniczenia własnej płodności. Pojawił się w ich późniejszym życiu niepokojąco pusty okres. Feminizm narodził się zatem z dobrobytu, a nie z nędzy. Dopiero z upływem lat kręgi feministyczne zaczęły rozszerzać się na klasy niższe, z ograniczonym zresztą powodzeniem. Analiza uwarunkowań historycznych genezy feminizmu czeka dopiero na wnikliwych badaczy, a wymienione przyczyny to zaledwie zalążkowe supozy­ cje. W niniejszej pracy musimy na tym poprzestać.

Część

druga

Dzieje feminizmu

Hurra! Jesteśmy już prawdziwym ruchem! Kate Millett Był dzień 26 sierpnia 1970 roku. Pogoda w Nowym Jorku, sądząc ze zdjęć, panowała słoneczna. Na fotografiach widać morze postaci, dalej już tylko głowy, czubki głów. Twarze roześmiane i zdeterminowane. Tłum kobiet, tu i ówdzie poprzetykany sylwetkami mężczyzn. Piąta Aleja szczelnia wypełnio­ na. Nad pochodem liczne transparenty, wśród nich tajemnicze nieco hasło: SISTERHOOD IS POWERFUL — Siostrzeństwo to potęga! Ile ich było? Nikt dokładnie nie zliczył. Źródła policyjne mówią o dziesięciu tysiącach, zapewne było więcej: jakieś dwadzieścia, może nawet pięćdziesiąt tysięcy.1 Mijało właśnie pół wieku, odkąd obywatelki Stanów Zjednoczonych uzyskały wyborcze prawo głosu. Ale jubileusz był tylko pretekstem. I ostrzeże­ niem: tym razem nie dadzą się zbyć byle ustępstwami! Na transparentach — wiele wciąż nie załatwionych spraw, choć mija półwiecze. Formalna rów­ ność w wyborach to za mało! A gdzie równość szans w pracy zawodowej i wykształceniu? Gdzie swoboda aborcji, bez której kobiety pozostają oby­ watelkami drugiej kategorii? Gdzie żłobki i przedszkola, bez których kobieta nie może startować z równych pozycji w życiu publicznym? Dlaczego brak kobiet w parlamencie, w rządzie, wśród gubernatorów, sędziów i generałów? Skoro żyją w demokratycznym państwie, to dlaczego w jego władzach brak reprezentacji całej połowy narodu amerykańskiego?! Żądały zatem już nie tylko równouprawnienia, ale faktycznej równości kobiet w życiu narodowej wspólnoty. Grupie młodszych, radykalnych feministek było i tego mało, żą­ dały czegoś więcej lub może czegoś innego: WOMEN’S LIBERATION — wy­ zwolenia kobiet! Rozmiary demonstracji zaskoczyły ówczesnych polityków, którzy lek­ ceważyli mnożące się od kilku lat spektakularne akcje grupek feministek i różnymi wybiegami prawnymi neutralizowali lobbystyczne naciski nowej, szybko rosnącej partii politycznej kobiet NOW2. Zaskoczone były także same 1 F. Davis the mountain. The Women’s Movement in America since 1960, New York 1991. 2 National Organization for Women — Narodowa Organizacja na rzecz Kobiet.

52

DZIEJE FEMINIZMU

uczestniczki, oswojone dotąd jedynie z działaniami w małych, kameralnych zespołach. Jedna z nich, słynna z autorstwa głośnej już książki na temat polityki płciowej, Kate Millett, po ogarnięciu wzrokiem tego tłumu miała zakrzyknąć: „Wow! We are a movement now!” — „Hurra! Jesteśmy już prawdziwym ruchem!”3 A zatem — dokonał się p rzełom. Feminizm właśnie udowadniał, że nie jest społecznym exoticum, kabaretem ku uciesze mass mediów, szaleń­ stwem małych grupek rozwścieczonych aktywistek studenckiej lewicy, ani też li tylko kuluarową działalnością poważniejszych dam w średnim wieku, przecierających sobie ścieżki do senatorów i wyższej administracji państwowej, by wywalczyć jakieś ulgi i udogodnienia dla kobiet chcących powrócić do pracy zawodowej. Po pięćdziesięcioletniej przerwie na amerykańską scenę wkroczył ponownie autentyczny, rozległy ruch kobiet. Organizatorka tej manifes­ tacji, Betty Friedan, tak po kilku latach wspominała to wydarzenie: „Burmistrz Lindsay nie chcial zamknąć ruchu na Piątej Alei, choć go o to prosiłyśmy. Pamiętam, że rozpoczynałyśmy od marszu dosłownie pod kopyta­ mi konnej policji, która usiłowała utrzymać nas na trotuarach. Przypominam sobie, jak obejrzałam się i podskoczyłam jak najwyżej, aby sięgnąć wzrokiem ponad głowami maszerujących za mną. Nigdy w życiu nie widziałam tylu kobiet naraz; pochód ciągnął się tak daleko, że w ogóle nie było widać końca. Wzięłam pod rękę z jednej strony sympatyczną sędzinę Dorotę Kenyon (która przy swych osiemdziesięciu dwóch latach uparła się, by pójść z nami pieszo, choć zamówiłyśmy dla niej taksówkę), z drugiej strony jakąś młodą kobietę. Do idących przed nami głośno krzyknęłam: »Bierzcie się pod ręce, wszystkie, na całą szerokość jezdni!« I tak też się stało, wypełniłyśmy Fifth Avenue po brzegi. Było nas tyle, że nie dali nam rady i w końcu machnęli ręką. Tak, to była pierwsza, dosłownie pierwsza demonstracja kobiet reprezentujących cały kraj (zresztą szły też z nami setki mężczyzn), pierwsza od czasu, gdy przed pięćdziesięciu laty kobiety uzyskały wyborcze prawo głosu. Dziennikarze strojący sobie dotąd żarty ze »spalaczek staników7« pisali potem, że nigdy jeszcze nie widzieli tak pięknych kobiet, jak te pewne siebie, ale i rozbawione demonstrantki, które tamtego dnia potrafiły odkryć się we wspólnocie, znaleźć ku sobie drogę. Bo też tego dnia wszystkie kobiety były piękne.”4* Skończyły się wówczas żarty. Politycy zmieniali front, w programach obu konkurujących partii pojawiły się pakiety propozycji mających przyciągnąć tę nową, znaczącą siłę polityczną i jeszcze bardziej liczne kobiety-wyborców, które znalazły się pod wpływem idei i żądań feminizmu. W ciągu kilku lat udało się pomyślnie rozstrzygnąć sprawy, które przedtem wydawały się nie do załatwienia. Znoszono jeden za drugim dyskryminujące kobiety przepisy i zasady w pracy zawodowej. Tylko tytułem przykładu wymieńmy niektóre: zniknęły odrębne rubryki ogłoszeń o pracy dla mężczyzn i dla kobiet, towarzystwa lotnicze zniosły przepisy uniemożliwiające stewardesom dalszą 3 Evelyn Reed Problems of women’s liberation. A Marxist approach (I wyd. 1969), New York 1971, s. 10. Zdaniem autorki manifestacja dowiodła, że „nasza wyzwoleńcza walka” uzyskała wymiar ogólnonarodowy i masowy. 1 Betty Friedan It changed my life. Writingsonthe Women’s Movement, New York 1976,8.151.

DZIEJE FEMINIZMU

53

pracę po zamążpójściu lub po ukończeniu trzydziestego roku życia, cofano dotacje dla tych wyższych uczelni, na których stwierdzono dyskryminacyjne praktyki w awansowaniu kobiet, obok Miss i Mrs wprowadzono w for­ mularzach i tytulaturze także skrót Ms, nie ujawniający, jeśli sobie tego kobieta nie życzy, jej stanu cywilnegos. W 1972 roku Kongres uchwalił nagle z dziwną łatwością — po pięćdziesięciu latach daremnych, stale ponawianych prób — poprawkę wprowadzającą słowo „płeć” do ustawy o równości praw ERA {Equal Rights Amendment). W następnym roku Sąd Federalny uznał wreszcie prawo samych kobiet do decydowania o kontynuowaniu ciąży. Zaprzestano nagle sabotowania poprawki do siódmego tytułu ustawy o zakazie dys­ kryminacji w pracy zawodowej. Poprawka ta zabraniała nierównego traktowa­ nia ludzi „ze względu na przynależność narodową, rasę, wyznanie i płeć”. Jak to ujęła później angielska feministka Eva Figes, stało się coś zdumiewającego: przymierzasz się do pchania ogromnego głazu, a tu głaz łatwo ustępuje!5 6 Dodajmy: łatwo, ale nie od razu, a dopiero po wielu bezowocnych i jakby beznadziejnych próbach innych przed tobą. Marsz z 26 sierpnia 1970 roku w Nowym Jorku, a także wiele manifestacji, które odbyły się w tym samym dniu w innych miastach amerykańskich, urosły do rangi symbolicznego momentu zwrotnego: oto w społeczeństwie Stanów Zjednoczonych zrozumia­ no, że wcześniejsza aktywność grupek feministek to tylko wierzchołek góry lodowej, przejaw znacznie poważniejszego i narastającego naporu znacznej liczby kobiet (i bliżej nieznanej mężczyzn), niezadowolonych z dotych­ czasowych reguł gry i ról społecznych przewidzianych odrębnie dla każdej płci. Zrozumiano, że feminizm drugiej fali stał się faktem. Po pięćdziesięciu latach nieobecności ponownie pojawił się na amerykańskiej scenie, jako — znów — znacząca siła społeczna.

Kiedy zaczęło się to wszystko? Początek teoretyczny i ideowy dała niewątpliwie Betty Friedan, publikując jesienią 1963 roku The feminine mystique (Mistykę kobiecości). To na tę książkę chyba najczęściej powołują się feministki przez kilka najbliższych lat, to w niej — wydanej potem wielokrotnie w języku oryginału i licznych przekładach — późniejsi historycy feminizmu jednogłoś­ nie dostrzegają źródło odrodzonego feminizmu, to jej autorka, przezwana potem „papieżycą współczesnego feminizmu”, jedząc lancz z grupką aktyw­ nych działaczek na rzecz zniesienia dyskryminacyjnych praktyk na amerykań­ skim rynku pracy, nakreśliła na papierowej serwetce pierwszy program i wnet została współzałożycielką oraz pierwszą przewodniczącą pierwszej i do dzisiaj jedynej tak znaczącej partii politycznej nowoczesnego feminizmu NOW. Partia powstała jesienią 1966 roku, odtąd więc już na pewno można mówić także o feminizmie jako ruchu7. Z drugiej strony prawdziwa eksplozja następuje 5 Nowy skrót Ms stał się od 1972 roku tytułem bardzo poczytnego magazynu feministycz­ nego. 6 Eva Figes Patriarchal attitudes. Women in society, (I wyd. 1970), London I97^> s- 8. 7 Flora Davis stwierdza na przykład, iż „wraz z utworzeniem NOW ruszyła z miejsca zbierająca od kilku lat swe siły — druga fala”. Zob. F. Davis, op. cit., s. 55.

54

DZIEJE FEMINIZMU

dopiero dwa lata później i dopiero od roku 1968 cały świat dowiaduje się o istnieniu nowej fali zapomnianego już prawie ruchu kobiet. Pojawia się Women's Liberation Movement, Ruch Wyzwolenia Kobiet. I ma od razu wiele matek, bardzo młodych i bardzo rewolucyjnych, i w sobie samych szukających początku. W ciągu pięciu lat szokująca początkowo swym radykalizmem feministyczna wizja Betty Friedan spada do rzędu łagodnych, nieco sentymen­ talnych, ugodowych, „reformistycznych” prapoczątków „właściwego” ruchu, gdzie do roli głównych ideolożek pretenduje już kilka autorek, wśród nich chyba najbardziej zasłużenie Kate Millett i jej manifest feministyczny The sexual politics (Polityka płciowa). Odtąd nie o korekty istniejącego systemu społecznego, nie o „ulżenie” losowi kobiet, nie li tylko o zrównanie praw kobiet i mężczyzn ma toczyć się walka, lecz o rewolucyjne, sięgające samych podstaw życia społecznego i dominacji w nim mężczyzn przeoranie systemu, o obalenie seksizmu, czyli polityki i ideologii płciowej wykorzystującej płeć (ang. sex') jako podstawę nie tylko w dyskryminacji, ale w ucisku i wyzysku jednej z płci (kobiet) przez drugą. „Seksizm” to płciowy „rasizm”. Próba określenia początków współczesnego feminizmu natrafia, jak widać, od razu na trudności związane nie tylko z nieostrością procesu jego genezy, ale i ze sporami o to, który feminizm jest dopiero czy już tym właściwym. Radykalna orientacja w feminizmie woli zaczynać dzieje ruchu od samej siebie, ale po latach autorki także tej proweniencji przyznają, że nie można nie doceniać roli Betty Friedan. Starający się o większą obiektywność historycy zwrócili też uwagę, że Mistyka kobiecości, podstawowe dzieło tej autorki, nie wychynęła samotnie z odmętów wcześniejszego zauroczenia kobiecością (jak może byłoby najlepiej przełożyć określenie tego zjawiska, które opisała Betty Friedan) i że tuż obok skałę toczył profesor David M. Potter, a kilkoro podobnie myślących autorek i autorów opublikowało swe teksty w specjalnym numerze „Daedalusa” w tym samym prawie czasie, wśród nich zwłaszcza druga prekursorka i potem współpracowniczka Betty Friedan, Alice Rossi. Idee zaś wynurzały się w odpowiedzi na zauważany już od końca lat pięćdziesiątych niepokój wśród Amerykanek klasy średniej, których dzieci wyruszały właśnie w świat i które wobec tego także usiłowały do świata powrócić, lecz drzwi w dawnych miejscach pracy zastawały zamknięte. W tym samym czasie ukazywał się też raport komisji Kennedy’ego, powołanej w 1962 roku specjalnie w celu zbadania sytuacji w zatrudnieniu kobiet. I jego wyniki świadczyły nie najlepiej o sposobie traktowania przez władze usprawiedliwio­ nych postulatów kobiet. Jednym słowem: wyraźnej daty, nie budzącej niczyich sprzeciwów, nie można raczej ustalić. Pewne jest, że współczesny feminizm jako ruch pojawił się pierwotnie w USA w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, poprzedzony ożywieniem zainteresowań problematyką społecznej roli i sytua­ cji płci już na początku dekady. Pod koniec lat sześćdziesiątych feminizm amerykański jest postrzegany już w całym świecie jako zjawisko bulwersujące od strony obyczajowej i głośne nie tyle ze względu na liczebność utożsamianego z nim ruchu, ile barwność i krzykliwość manifestacji. Poważnie, coraz poważniej spoglądali na ten ruch już na pewno w 1970 roku politycy, najprzód

DZIEJE FEMINIZMU

55

amerykańscy. W tymże czasie dawał też o sobie coraz głośniej znać feminizm na scenie brytyjskiej, francuskiej i niemieckiej. W latach 70. w całym zachodnim świecie pojawiły się na ogół niezbyt liczne, ale wpływające na opinię publiczną ugrupowania feministyczne. Zmienne były dalsze ich losy, niemniej tak narodzony feminizm istnieje po dziś dzień, mimo ponawianych prób ogłosze­ nia jego kresu pod hasłem nadejścia ery postfeminizmu. Przeciwnie, dziś coraz głośniej mówi się nawet o specyficznej, nowej fazie feminizmu wpółczesnego, o „feminizmie trzeciej fali”. Feminizm rozszerzył się też i nadal rozszerza na dalsze kraje świata, przede wszystkim postkomunistyczne, daje też o sobie znać w krajach Trzeciego Świata. Gdyby ograniczyć się do samych początków współczesnego feminizmu, czyli feminizmu tout court, można by istotnie zacząć tak, jak już prawie zaczęliśmy. W genezie tego ruchu nie odegrało bowiem początkowo istotniej­ szej roli nawiązanie do ruchu kobiecego tzw. pierwszej fali (który współczesne feministki chętnie określają także mianem feminizmu). Współczesny feminizm amerykański rodził się z przyczyn bardzo praktycznych, codziennych, nawet przyziemnych i najzupełniej aktualnych. Wprawdzie już w książce Betty Friedan jest nawiązanie do ruchu kobiet w XIX wieku, ale obecność tego rozdziału warunkują raczej względy akademickie. Tamte hasła przeszły do historii, co postulowano — zmaterializowało się. Nawiązanie historyczne pokazuje raczej, dlaczego mimo wszystko trzeba ponownie przystąpić do działania. Wkrótce jednak autorki feministyczne zaczęły sięgać do haseł, doświadczeń i dziejów ruchu XIX wieku. Nie tylko, aby uzyskać historyczną legitymację, tworząc własne pradzieje. Próbowano uczyć się na tamtych doświadczeniach, dobrych i złych. Generalna teza brzmiała i brzmi: tamte feministki za wcześnie skończyły walkę, za szybko uznały, iż osiągnęły cel. Sądziły, że kobiety mają już wszystko, o co walczyły, bo mają prawo głosu w wyborach, prawo wybierania i bycia wybieranymi, bo nastąpiło zniesienie politycznej nierówności płciowej. Mając wpływ na skład władz, a także dostęp do wykształcenia i prawa majątkowe, kobiety miały jakoby już bez trudu usunąć do reszty dawne nierówności. Pomyliły się. Nie należało składać broni. Tym razem tego błędu nie wolno powtórzyć! Z tych zatem względów, choć nie jest to tematem niniejszej książki, poświęcam na wstępie nieco miejsca na krótkie przypomnienie wcześniejszych dziejów ruchu kobiet w XIX wieku8.

8 Czytelnik zainteresowany szerzej dziejami pierwszego ruchu kobiet znajdzie wskazówki w przewodniku bibliograficznym na końcu książki.

Pierwszy ruch kobiet (First Wave Feminism}

FILOZOF. Powtarzam, iż to jest nieodbitą, samowolną wiarą we mnie, że czas nadchodzi wyzwolenia kobiet i murzynów. MĄŻ. Pan masz rację. Zygmunt Krasiński

Niezadowolenie, rozgoryczenie, poczucie krzywdy... Któż tego w życiu nie doświadcza? Tak było zapewne od początku u obu płci. Poczucie własnej winy — że jest się niezaradnym. Postrzeżenie cudzej winy — że nam ktoś umyślnie uczynił zło. Czasem tylko rozgoryczenie, że dotyka nas pech, zło przez nikogo umyślnie nie sprowokowane, jeśli przez przyrodę, to tym bardziej nieumyślne. Zapewne od dawna pojawiały się też kobiety przeświadczone, że zło, które je spotyka, nie jest wynikiem splotu indywidualnych, niepowtarzalnych zdarzeń jednostkowych, nie jest też skutkiem ich błędu ani nawet czyjejś indywidualnej złośliwości, lecz wypływa z systemu, z przyjętego w społeczeństwie sposobu traktowania kobiet. Były więc indywidualne bunty, najczęściej przegrane, były też sukcesy kobiecych indywidualności, sukcesy na przekór przyjętym wzor­ com i wytyczonym granicom, ale sukcesy jednostkowe, często połączone u bohaterek z niską oceną własnej płci, z brakiem poczucia kobiecej solidarno­ ści. Nie wszystkie epoki jednakowo traktowały płeć, bywały wieki mniej lub bardziej przychylne kobietom, czasem zgoła nieżyczliwe. Ale grupowego buntu kobiet, ruchu kobiet zmierzającego do wywołania zmian w społecznym trybie myślenia o płci, traktowania płci, nie było jak się zdaje w dziejach aż po wiek ubiegły9. Co złożyło się na to, iż w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w roku europejskiej Wiosny Ludów, ogłoszono pierwszy manifest feministycz­ ny zbiorowo opracowany przez blisko dwieście kobiet? Co skłoniło je do tego niezwykłego aktu sprzeciwu — wówczas był to akt niemałej odwagi — zwłasz­ ’ W świecie idei natomiast spór o naturę kobiety zaczął się bardzo wcześnie, już w Atenach V wieku, i powracał co jakiś czas na nowo: Rzym I wieku, Francja XII wieku i wreszcie słynny renesansowy „Querelle des Femmes” (Spór kobiet i o kobiety) w XVI wieku. Jak konstatuje autorka wyboru tekstów z tych wszystkich epok, deprymujące może być to, że „na przestrzeni wieków musiano wciąż od nowa i nieznużenie zwalczać stale te same przesądy na temat umysłowych i praktycznych ograniczeń możliwości kobiet [...]. To tak, jakby każde pokolenie od nowa mu­ síalo wykonywać dla siebie tę samą pracę.” (E. Góssmann [red.]: Das Wohlgelahrte Frauenzimmer, Archiv für Philosophie- und Theologiegeschichtliche Frauenforschung, tom I, Mánchen 1984, s. 8).

PIERWSZY RUCH KOBIET

57

cza że sprawa nie zakończyła się wcale na deklaracji, potoczyła się lawina skandalicznych, jak wówczas sądzono, protestów i wystąpień, potem demonst­ racji, poruszyła całym zachodnim światem i spokój powrócił dopiero na fali wielkiego odprężenia po zakończeniu pierwszej wojny światowej? Nowy pokój społeczny zapanował jednak na zupełnie nowych, szokująco nowych warun­ kach: kobiety w sensie prawnym i politycznym zrównano z mężczyznami. Narodziny ruchu kobiecego dążącego do równouprawnienia kobiet, ruchu zwanego też emancypacyjnym, a czasem nazbyt wąsko sufrażyzmem, nie­ przypadkowo nastąpiły w kraju, w którym z równości ludzi uczyniono od początku zasadę podstawową i w którym tę równość od początku na oczach wszystkich gwałcono, odmawiając równych praw ludziom odmiennej rasy. Właśnie w walce o zniesienie niewolnictwa i równouprawnienie wczorajszych niewolników dojrzała sytuacja, w której także kobiety upomniały się o równość praw. Walcząc o wolność niewolników odkryły, że same są traktowane podobnie. I całą aparaturę ideową, wypracowaną w ruchu abolicjonistycznym, odniosły do siebie. W zasadzie można by podobnej sytuacji oczekiwać we Francji, gdzie horrendalne do niedawna hasło równości wszystkich ludzi przeorało świado­ mość całego społeczeństwa. Europa, przyzwyczajona do feudalnego rozdziele­ nia gatunku ludzkiego na kilka nierównych podgatunków wedle przynależno­ ści stanowej, przeżyła wraz ze zniesieniem stanów tak wielki szok, że zniesienie jeszcze bardziej fundamentalnego i naturalnego podziału człowieczeństwa na ludzi i kobiety wydawało się już zupełnie nie do przyjęcia, a nieliczne buntowniczki — bo i tu pojawiły się takie szalone niewiasty — usunięto sprawdzonym rewolucyjnym sposobem10. Francja, która kobietę jako symbol wolności podarowała Ameryce, pozostała następnie nawet pośród europejskich krajów, u boku Szwajcarii, w ogonie równouprawnienia kobiet i przyznała im wyborcze prawo głosu dopiero po drugiej wojnie światowej. Kiedy inspirowa­ na ideami równościowymi rewolucji francuskiej angielska pisarka i filozof Mary Wollstonecraft w Obronie praw kobiety (A vindication of the rights of 10 W tym kontekście cytowana jest zazwyczaj Olympe de Gouges, jedna z intelektualistek rewolucji, która w projekcie Deklaracji praw kobiety i obywatelki, przygotowanym celem przedłożenia Zgromadzeniu Narodowemu, miała czelność dopominać się takich samych praw dla kobiet, jakie już uzyskali mężczyźni. W preambule projektowanego dokumentu domagała się dopuszczenia kobiet do Zgromadzenia, w art. I pisała: „Kobieta rodzi się wolna i pozostaje w swych prawach równa mężczyźnie. Różnice wolno czynić jedynie wówczas, kiedy tego wymaga pożytek pospólny.” Déclaration des droits de la femme et de la citoyenne,w: Olympe de Gouges Les droits de la femme, bd. (prawdopodobnie 1791), s. 7. Art. X zawierał zaś słynne, często cytowane słowa (podkreślone kursywą przeze mnie): „Nikt nie może być niepokojony z powodu własnych poglądów, chociażby dotyczyły spraw fundamentalnych; kobieta ma prawo wstępować na szafot, powinna mieć zatem też prawo wstępowania na trybunę; pod warunkiem, że jej wystąpienia nie zagrażają porządkowi publicznemu ustanowionemu przez Prawo.” (ibidem, s. 9). Prawa obywatelskie kobiet mogły być ograniczane jedynie w tych wypadkach i w takim samym stopniu, kiedy dopuszczone jest ograniczanie praw mężczyzn (ibidem, s. 11). W postambule autorka apelowała: „Kobieto, obudź się; dzwon rozumu rozlega się już w całym wszechświecie; korzystaj ze swoich praw” (ibidem, s. 11). Pierwsi wołanie to dosłyszeli mężczyźni i w porę zawiedli autorkę na szafot. Na trybunę kobietom we Francji pozostał jeszcze długo wstęp wzbroniony.

58

DZIEJE FEMINIZMU

woman'), dziełku powszechnie traktowanym jako pierwszy manifest feminizmu, dopominała się mimo wszystko o uznanie równych praw kobiet, filozof z Cambridge, dystyngowany Thomas Taylor, w wydanej anonimowo Obronie praw zwierząt (A vindication of the rights of brutes') wykazał ponad wszelką wątpliwość, że i zwierzęta powinny mieć takie same prawa jak ludzie. A skoro to nonsens — dowcipkował — to podobnym nonsensem jest domaganie się praw dla kobiet11. W Stanach było inaczej. W młodym państwie, stworzonym przez niedaw­ nych imigrantów, wolność i równość uważano za coś oczywistego. Jedynie na południu zalęgło się niewolnictwo. Co więcej, przy zdobywaniu Dzikiego Zachodu kobiety były nazbyt cennymi towarzyszkami broni, aby je móc pozamykać na zapleczu domów. Pionierki ramię w ramię z mężami dawały dowody wielkiej waleczności i odwagi. Sytuacja zmieniła się, kiedy społeczeń­ stwo amerykańskie okrzepło i okopało się na własnym terenie. A raczej — zmieniała się stopniowo zwłaszcza tam, gdzie — głównie we wschodnich stanach — korzenie zapuścił przemysł i gdzie klasa średnia przyjmowała nowy model życia: mężczyźni w biurach, urzędach, „w prodróżach i w rozjazdach”, poza domem, kobiety zaś „we własnym królestwie”, czyli w domu. Także wśród robotników pobór do fabryk następował pierwotnie wśród mężczyzn, a więc i u nich przez jakiś czas kobiety odnajdywały się nagle same w domu, otoczone jedynie dziećmi, w dodatku bez służby i pomocy, na które było stać ich siostry utrzymywane przez bogatszych mężów. Tyle że tu potrzeby kapitału rychło odrzuciły na bok przesądy hodowane w środowisku klasy średniej i otwarły bramy fabryk dla słabszej jakoby płci. Miało to i tę zaletę, że można im było płacić znacznie mniej za tę samą pracę. Jako słabszym. Córki niegdysiejszych pionierek, znające jeszcze pozycję matek i babek, mogły nie czuć się najlepiej jako przedmioty zbytku, utrzymywane przez majętnych mężczyzn. Przywoływane dopiero teraz na serio europejskie przesądy nie zdążyły do końca zapuścić korzeni. Nic zatem dziwnego, że ojcowie pozwalali czasem córkom zdobywać przyzwoite wykształcenie — kole­ gium w Mount Holyoke otwarło swe bramy dla kobiet już w 1837 roku12. A ich mężowie i przyjaciele nie widzieli nic zdrożnego w angażowaniu się tych kobiet, u ich boku, w walkę o zniesienie niewolnictwa. W latach trzydziestych w różnych abolicjonistycznych stowarzyszeniach działało około 100 kobiet, zawarto kilka małżeństw w gronie aktywistów. Jakiegoż szoku doznały dwie z nich, kiedy przybywszy w 1840 roku wraz z mężami na kongres abolicjonistyczny do Europy — nie tylko jako ich małżonki, ale także jako działaczki — dowiedziały się, że nie może być mowy o tym, aby zasiadały wraz z mężczyznami na sali kongresowej i może jeszcze w dodatku zabierały głos13. 11 Podaję za: Peter Singer Animal liberation, (I wyd. 1975) London 1995, s. I. 12 Już w 1821 roku powstała pierwsza szkoła średnia dla kobiet w Troy, NY. (W. L. O’Neill: The Woman Movement. Feminism in the United States and England, London 1969, s. 19). 13 O wydarzeniu tym wspomina się wielokrotnie w literaturze feministycznej, począwszy od Betty Friedan The feminine mystique. Mowa o World Anti-Slavery Convention w Londynie. Zob. D. Stienstra Women’s Movements and international organizations, New York 1994, appendix.

PIERWSZY RUCH KOBIET

59

Dla Amerykanek było to niepojęte. Zapewne z upokorzeniem przyjęły, wy­ walczoną po długich targach, zgodę na li tylko przysłuchiwanie się obradom mężczyzn, walczących o równe prawa dla każdego człowieka, nie wyłączając niewolnika, pod warunkiem że człowiek ten jest płci męskiej. Wtedy może zauważyły, że kiedy oświecenie i liberalizm mówią: człowiek, to jest to eo ipso mężczyzna. Obie panie wróciły do ojczyzny mocno wzburzone, a ewolucja ich postawy nabrała przyśpieszenia. Kilku lat potrzeba było jeszcze, by podjęta została próba buntu, może po prostu odreagowania gniewu bez wiary w większy sukces. Elizabeth Cady Stanton, jedna z dam pozbawionych głosu w czasie brytyjskiego kongresu, a mieszkająca w małej mieścinie Seneca Falls (starannie kształcona przez ojca, sędziego, mająca męża abolicjonistę, matka sześciorga dzieci), dała ogłoszenie w miejscowej gazecie „Seneca County Courrier”, że zaprasza na spotkanie wszystkie panie, którym ich los jako kobiet w amerykańskim społeczeństwie nie wydaje się sprawiedliwy. I — ku swemu zdumieniu — ujrzała sznur wozów i powozów ciągnący ku miejscu zbiórki z całej, wyznaczonej zasięgiem abonowania gazety, okolicy o promieniu 50 mil. Tym sposobem w Seneca Falls w 1848 roku zrodził się ruch równouprawnienia kobiet. W efekcie spotkania przyjęto, nie bez napięć między umiarkowanymi i bardziej radykalnymi uczestniczkami, kilka dokumentów, z których najważ­ niejszym okazała się Declaration of Sentiments, cytowana współcześnie w wielu tekstach feministycznych. Jej generalny postulat to traktowanie kobiet jako obywatelek na równi z mężczyznami. Co się przekłada nie tylko na prawo wyborcze dla kobiet (ang. suffrage, stąd określenie ruchu jako sufrażystki)™ — żądanie potem najbardziej eksponowane w opinii publicznej — ale ich prawo do równego wykształcenia, do zachowania prawa do własnego majątku także po zamążpójściu, do pracy bez pytania o zgodę męża, równe prawo w rozstrzyganiu o sprawach życia rodzinnego, np. o miejscu zamieszkania, równe prawa i głos w sprawach wychowywania i losu dzieci. Wszystko, co dziś wydaje się oczywiste. A wtedy było żądaniem tak bezwstydnym, że aż śmiesznym. Wszystko dlatego, że zebrane w Seneca Falls uważały za „oczywi­ ste prawdy”, „iż wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety zostali stworzeni równi; iż Stwórca wyposażył ich w pewne przyrodzone prawa; iż wśród tych praw jest prawo do życia, prawo do wolności i prawo do dążenia do szczęścia; iż dla zapewnienia tych praw powołuje się rządy, których sprawied­ liwe panowanie opiera się na przyzwoleniu rządzonych”. Jeśli jednak to panowanie nie jest sprawiedliwe? Wówczas niesprawiedliwie traktowani/e „mają obowiązek obalić taki rząd i postarać się o nowych strażników ich bezpieczeństwa w przyszłości”14 15. 14 Terytorium Wyoming już w 1869 dało kobietom prawo głosu, podtrzymane w 1890 roku, kiedy stało się stanem, także Kolorado, Idaho i Utah w latach 90. przyjęły prawo wyborcze kobiet. Ostatni potrzebny do większości stan Tennessee ratyfikował prawo wyborcze dla kobiet 26 VIII 1919 i dziewiętnasta poprawka (the Nineteenth Amendment) weszła w życie. Zob. G. G. Yates What women want. The ideas of the Movement, 1975, s. 33; W. L. O’Neill The Woman Movement, op. cit., s. 31. 15 W. L. O’Neill The Woman Movement, op. cit., s. 108. Tam też cały tekst Deklaracji.

6o

DZIEJE FEMINIZMU

Śmiechem próbowano najpierw zbywać wystąpienia czołowych sufrażystek amerykańskich, zwłaszcza wyszydzanej i wykpiwanej Lucy Stone, dworując sobie i z postulatów, i z ich głosicielek. Ponieważ to nie skutkowało i aktywistki ruchu kobiet zdobywały sobie coraz większe poparcie i uznanie wśród Amerykanek, sięgnięto do broni poważniejszej: zaczęto je zohydzać, zaczęto nimi straszyć, a im samym grozić. Rychło pojawił się popularny wizerunek sufrażystek jako okropnych babsztyli, chcących zająć przypisane mężczyznom przez naturę i Boga miejsce. O tym, iż są przeciwniczkami Pana Boga, zdawała się świadczyć napisana przez 23 autorki pod wodzą Elizabeth Cady Stanton16 Biblia Kobiet (The Women’s Bible), odrzucająca np. historię „żebra Adama” i w ogóle reinterpretująca wiele tekstów biblijnych, w których kobiety są przedstawione w nieprzychylnym świetle. Spotkanie z nimi budziło przeważ­ nie zaskoczenie, gdyż wiele okazywało się nader statecznymi małżonkami i matkami, budzącymi zaufanie i uznanie, choć przez pewien czas strojem próbowały podkreślać swą niezależność (osławione bufiaste spodnie z tuniką, zwane „bloomerem”). Większość i z tego zrezygnowała, bo choć ów przyodzie­ wek był nade wszystko wygodny, zwłaszcza w zestawieniu z koszmarem gorsetu, jaki ówczesna moda narzucała kobiecie, to jednak nie był ładny, no i miał w sobie coś koszarowego, sprzecznego z dążeniem do swobody indywidualnej. W atmosferze skandali, nie zawsze sztucznie tylko wywoływanych, ruch nie tylko rozrastał się, ale i podzielił, głównie na dwa skrzydła, radykalne i reformistyczne, jak to przeważnie bywa z ruchami bądź co bądź brzemien­ nymi w rewolucję. Przy braku obiektywnych możliwości jej przeprowadzenia — a takich rzeczywiście nie było, gdyż znakomita większość kobiet potępiała emancypantki i starała się trzymać od nich z daleka — radykalne skrzydło radykalizowało się jeszcze bardziej, odrzucając wszelkie kroki pośrednie i możliwość zwycięstw cząstkowych, zarzucając reformistkom zdradę i roz­ mienianie ruchu na drobne. Reformistki zaś, zwłaszcza przez kontrast ze straszącymi establishment radykalistkami, zyskiwały sobie uznanie opinii, różnych instytucji i w końcu samych polityków. Kolejne uniwersytety dopuszczały kobiety do studiów, znoszono dyskryminujące kobiety ustawy majątkowe i przepisy prawa małżeńskiego oraz rodzinnego. Choć działo się to ku niezadowoleniu frakcji radykalnej, to przecież nie bez jej mimowolnej zasługi. Ta sama sytuacja powtórzy się sto lat później, kiedy radykalne skrzydło feminizmu do tego stopnia zaniepokoi establishment polityczny, iż ustępstwa wobec niektórych żądań liberalnofeministycznej partii NOW wydawać się będą mniejszym złem. Pod koniec XIX wieku autonomiczny ruch kobiet krzewił się także w Europie, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. W starym świecie musiał przybierać jednak jeszcze bardziej drastyczne formy, gdyż ze względu na zastarzałe tradycje opór był tu znacznie silniejszy. Tu niższość kobiet uchodziła nadal za coś oczywistego, co potwierdzała często także nauka i filozofia, jak np. 16 Pierwsza przewodnicząca National American Woman Suffrage Association (NAWSA) — Narodowego Stowarzyszenia Amerykańskiego na rzecz Prawa Głosu Kobiet.

PIERWSZY RUCH KOBIET

6i

psychoanaliza Freuda czy jaskrawo mizoginiczna filozofia Weiningera. Dlate­ go skrzydło radykalne ruchu było tu bardziej widoczne, a słynna akcja rzucania się pod pojazdy posłów udających się do Izby Gmin czy przykuwania się do ogrodzeń przed instytucjami władzy (naśladowane następnie w Ameryce) przeszły do opinii publicznej i do historii jako najbardziej klasyczne przejawy zachowań feministycznych. Inaczej też niż w Stanach Zjednoczonych, na starym kontynencie na rozwój ruchów kobiecych wywarł wpływ silny ruch socjalistyczny, który z niechęcią odnosił się do samodzielnych form protestu kobiecego, mimo że dla „kwestii kobiecej” miał sporo zrozumienia. Socjaliści wietrzyli w mieszczańskim w istocie ruchu kobiet zagrożenie dla własnych szeregów. Podkreślano, że mimo różnych form ucisku, jaki spotyka kobiety także ze strony ich ojców, braci i mężów robotników, łączy je z nimi ich wspólna proletariacka sprawa, natomiast niewiele mają wspólnego z interesami rozkap­ ryszonych pannic z dobrych domów. I udało się socjalistom w zasadzie nie dopuścić do pojawienia się ponadklasowej solidarności kobiet, inaczej niż w USA, gdzie feministki, także przecież zdominowane przez białe kobiety klasy średniej, przeprowadziły udane akcje solidarnościowe ze strajkującymi robotnicami, zyskując ich uznanie. Do szczególnych napięć w łonie auto­ nomicznego ruchu kobiecego doszło w przededniu i w trakcie wojny światowej, kiedy pewna część działaczek zajęła stanowisko pacyfistyczne, gdy tymczasem większość, podobnie jak to zrobili socjaliści, poparła konfrontacyjne stanowi­ ska własnych rządów17. Może nie bez związku z tą postawą, niejako w rewanżu, zaraz po wojnie przyznano ostatecznie kobietom upragniony suffrage, wyborcze prawo głosu. Polki uzyskały prawo wyborcze wraz z niepodległością własnej ojczyzny, już w listopadzie 1918 roku, podobnie stało się w Anglii i wielu europejskich krajach. Amerykanki czekały jeszcze dwa lata. Najdłużej w Europie opierały się Francja i Szwajcaria, choć oba kraje przewodzą na liście republik. Rzeczpo­ spolita może być, jak się okazuje, rzecząpospolitą samych tylko mężczyzn18.

17 Nawet legenda sufrażyzmu angielskiego, Pankhurst, ogłosiła zawieszenie walki kobiet i wzywała do napiętnowania mężczyzn, którzy uchylali się od pójścia na front, przypinaniem im na ulicach białych piórek (symbolu tchórzostwa). Kierowane przez nią pismo ruszyło do patriotycz­ nego ataku na Niemców. (Wspomina o tym Theodore Roszak, szukając przyczyn nieobecności feminizmu na kartach historii pisanych przez mężczyzn. Zob. T. Roszak The hard and the soft, w: B. Roszak, T. Roszak [red.]: Masculine!Feminine. Readings insexual mythology and the liberation of women, New York 1969, s. 98). 18 Co prawda francuskich republikanów tłumaczy po części obawa, iż kobiety — według nich w większości nastrojone konserwatywnie — oddałyby głosy na prawicę, może nawet antyrepublikańską. Ale feministyczny historyk, znawczyni przedmiotu, Sián Reynolds uważa, iż ta argumentacja jest tylko racjonalizacją głęboko mizoginicznych postaw lub przyziemnego tradycjonalistycznego egoizmu mężczyzn w tym kraju (Marianne’s Citizens? Women, the republic and universal suffrage in France, w: S. Reynolds [red.]: Women, state and revolution. Essays on power and gender in Europe since 1789, Amherst 1987). Autorka pisze m.in., iż do dziś we Francji za datę wprowadzenia powszechnego prawa głosu uważa się 1848 rok, zapominając, iż połowę narodu pozostawiono wtedy nadal poza nawiasem obywatelskiej wspólnoty.

Interludium (1920—1963)

Lęk przed wolnością Kobiety doszły zatem oficjalnie do głosu. Mogły wybierać i być wybierane. Mogły wybrać ludzi obojga płci, którzy będą najlepiej reprezentować ich interesy. Uzyskały prawie wszystkie zasadnicze prawa i swobody obywatelskie. Mogły edukować się na równi z mężczyznami, mogły wychodząc za mąż zachować prawa majątkowe w małżeństwie, mogły podejmować pracę nie pytając męża o zgodę, mogły we wszystkim konkurować z mężczyznami — gdyby tylko chciały. Po cóż zatem jeszcze ruch kobiet? Nic w sensie formalnoprawnym nie czyniło ich już obywatelami drugiej kategorii, a mając równe prawa z mężczyznami miały też równe z nimi szanse. Równouprawnie­ nie stało się faktem. Równość musiała z tego wyniknąć. Co jeszcze wymaga korekt, zostanie niebawem skorygowane. Tak zapewne rozumowano. Jedynie amerykańska radykalna Narodowa Partia Kobiet (National Women’s Party') pozostała czujnie na scenie politycznej, ale jej szeregi szybko topniały. Napięcie opadło. Świat Zachodu cieszył się odzyskanym spokojem po wyczerpujących konwulsjach wojny światowej. Powoli goiły się ciężkie rany. Chciano odbudowywać i dalej budować. Cieszono się swobodą i wolnością — na miarę warunków zaistniałych w zrujnowanych krajach. Na scenie politycznej wrzało: tyle nowych państw! A zatem tyle nowych miejsc do robienia kariery dla elit politycznych, zwłaszcza narodów dotąd dławionych niewolą. Rozgorzała zwyczajowa gra demokracji, rychło zmącona przez siły dyskontujące niepowodzenia tej formy rządów. Wybory za wyborami, zmiany gabinetów, zamachy stanu, restrukturyzacje polityczne i gospodarcze... Jak w tej sytuacji odnalazły się kobiety? Czy uczestniczyły? Czy zadbały o swoje interesy? W polityce, w gospodarce, w szkolnictwie? Wolność kobiet rozkwitła przede wszystkim w sferze obyczajowej, ale i tu nie na długo. Czy ruszyły ławą na otwarte nareszcie przed nimi obszary życia publicznego? Czy zaroiło się od nich w salach gimnazjalnych i uniwersyte­ ckich? Część z nich skorzystała z tej szansy, ale w stopniu odległym od wyzyskania pełni możliwości, rezygnując też z bardziej ambitnych projektów. Czy pojawiły się w znaczniejszej mierze niż dotąd w fabrykach, urzędach, innych miejscach pracy publicznej? Owszem, zwłaszcza w fabrykach, przy

INTERLUDIUM

63

najżmudniejszej pracy i za mamą zapłatę. W urzędach, usługach, służbach publicznych — też, do zamążpójścia. Czy wkroczyły nareszcie — i czy podjęły o to w ogóle starania — na sale parlamentów? do gabinetów rządowych? do gremiów kierujących partiami politycznymi? (o wojsku i policji nie wspomina­ jąc!) Tak, jako sekretarki i stenotypistki. Też do czasu zamążpójścia. Był początkowo kraj wyjątkowy: leninowska Rosja. Po rewolucji bolszewi­ ckiej, w której podobnie jak wcześniej we Francji, liczny udział brały kobiety, choć może nie w tak szczytny sposób, jak to później przedstawiała literatura i sztuka radziecka, przez parę lat, na falach ogólnego zamętu, zamąciła się także klarowna, tradycyjna struktura rozdziału ról między kobietami i mężczyznami. Nie trwało to jednak długo. Czołowa ideolożka socjalistycznego wyzwolenia kobiet, Aleksandra Kołłontaj, została spacyfikowana i na wszelki wypadek zesłana do Szwecji w roli ambasadora. Inne buntowniczki przywołali do porządku przeważnie ich mężowie, komuniści. Wbrew obawom rosyjskiego pisarza minionej epoki, uwierzenie, iż „Boga nie ma”, nie zaowocowało na dłuższą metę szaleńczą swobodą. W imperium ateistycznej władzy kobiety odesłano na ich miejsce, wyznaczone wprawdzie nie przez Boga, ale też przez mężczyznę. W USA, Wielkiej Brytanii, w innych krajach Zachodu nie było nawet próby tak daleko idących zmian. Przeciwnie, liczba kobiet pracujących zarobkowo po wojnie początkowo malała. Wiwatujące na cześć swego zwycięstwa Amery­ kanki stanęły w otwartych wreszcie drzwiczkach klatki, porozglądały się z zaciekawieniem, przechodzącym rychło w niepewność i niepokój, niektóre, nieliczne, może nawet próbowały trochę poswawolić, ale szybko zawróciły i... wszystkie cofnęły się do wnętrza. To słynne porównanie kobiety do ptaka chowanego w klatce, autorstwa Bernarda Shawa19, jest często eksploatowane ” W Kwintesencji ibsenizmu słynny dramatopisarz i (pro)feminista angielski pisał: „Pogląd, że kuchnia i bawialnia to naturalne miejsce dla kobiety, rodzi się na tej samej dokładnie drodze, jak przekonanie angielskich dzieci, że klatka to naturalne pomieszczenie dla papugi: ponieważ nigdy nie widziały papugi w jakimś innym miejscu. Bez wątpienia istnieją filisterskie papugi, które w pełni zgadzają się ze swym właścicielem, że lepiej jest przebywać w klatce niż na zewnątrz, dopóki jest w niej obfitość ziarna i innego jadła. Mogą nawet istnieć idealistyczne papugi, które przekonują same siebie, że misją papugi jest dostarczanie szczęścia rodzinie gwizdaniem i papuzim paplaniem i że prawdziwa papuga znajduje najwyższe duchowe ukontentowanie w poświęceniu własnej wolności na rzecz pełnienia owej altruistycznej roli. Nie posunę się aż tak daleko, by twierdzić, iż istnieją teologiczne papugi, które są przekonane, że uwięzienie wynika z woli Bożej, bo jest nieprzyjemne; ale jestem przekonany o istnieniu papug racjonalistek, które potrafią udowodnić, że wypuszczenie papugi po to tylko, by padła ofiarą kotów, a w każdym razie zapomnienie o jej dokonaniach i skazanie jej delikatnej natury na zderzenie z szorstkością niczym nie przesłoniętej walki o byt, byłoby doprawdy okrutną uprzejmością. A jednak dla człowieka wolnego duchem jedynym rodzajem papugi, z którą może sympatyzować, jest ta, która upiera się przy jej wypuszczeniu na wolność jako pierwszym warunku dojścia do ugody. Cóż za egoistyczne ptaszysko, powiesz może. Wyżej stawia swoje zadowolenie od zadowolenia rodziny, która jest tak do niego przywiązana — wyżej nawet od największej sumy szczęścia największej liczby ludzi. Bezmyślnie naśladując niezależnego ducha człowieka odpapużyło samo siebie, utraciło własną tożsamość — przemiłą naturę ptaka, a nie zyskało siły i przedsiębiorczości swego stróża. A mimo to odczuwasz szacunek dla tej papugi, przy całej ścisłości rozumowania. I jeśli będzie upierać się przy swoim, będziesz ją musiał w końcu wypuścić albo zabić. Wszystko sprowadza się do tego, że jeśli Kobieta nie odrzuci kobiecości (womanliness}, swego obowiązku wobec męża, dzieci, społeczeń-

64

DZIEJE FEMINIZMU

w literaturze feministycznej. Po co latać po świecie? Męczyć się fruwaniem? Świat może i jest ciekawy, ciekawszy niż klatka, która teraz wygląda przytulnie, choć do wczoraj traktowana była jak więzienna cela, ale jest przede wszystkim groźny i wymagający. O ileż bezpieczniej, no i jednak chyba wygodniej jest we wnętrzu klatki—większość kobiet wiedziała o tym przez cały czas, kiedy głupie sufrażystki się awanturowały. Właściciel karmi, właściciel troszczy się, wystar­ czy być dla niego miłą, ewentualnie pośpiewać i... dać przychówek. Po cóż samej uganiać się za zdobywaniem karmy? Konkurować z innymi? Narażać się na niebezpieczeństwo? W okresie międzywojennym idee feministyczne podtrzymywali już tylko nieliczni. Oburzała, trochę straszyła Virginia Woolf. Feministycznie po­ brzmiewały wypowiedzi i publikacje niektórych mężczyzn, jak filozofa Bert­ randa Russella, nie mówiąc o zbzikowanym feminiście Bernardzie Shaw. Dokonująca w 1987 roku przeglądu historii feminizmu Nancy F. Cott pisze, iż pod koniec lat 20. feminizm zaczął wydawać się staroświecki, gdyż był „opozycyjnym stanowiskiem zapewne koniecznym dla zburzenia bastionu męskich przywilejów na początku stulecia, kiedy kobiety ograniczano do terenu ich własnej sfery, ale teraz rzeczywistość go przerosła, kobiety i mężczyźni pracowali razem i bawili się razem co dnia. W oczach innych krytyków uchodził za zbyt futurystyczny i odstraszający, zmierzał bowiem do świata, w którym kobiece dążenie do samorealizacji niszczy system rozdziału funkcji między płcie, rozbija rodziny, więzi krewniacze, społeczną spójność i ludzkie szczęście [...]. Feministki musiały nieustannie toczyć walkę z upor­ czywie powracającym karykaturowaniem ich w dwojaki, przeciwstawny, ale wewnętrznie powiązany sposób: feminizm zmierzał jakoby do uczynienia kobiet mężczyznami, z drugiej strony wplątywał rzekomo kobiety w śmiertelny antagonizm płciowy w stosunku do mężczyzn.”20 Ale ruch kobiet zamarł prawie zupełnie. Stosunkowo najdłużej buntujące się Niemki zostały spacyfikowane przez nazistów i zapędzone do właściwej dla ich płci służby narodowi: każda z nich, jak głosiło modne hasło, miała dać Fiihrerowi w podarunku przynajmniej jednego małego niemieckiego faszystę. W Stanach Zjednoczonych kobiety pracowały zarobkowo głównie pod przy­ musem ekonomicznym, a wielki kryzys wymiótł je w pierwszej kolejności na utrzymanie męża. Niepoważnie traktowano corocznie podejmowane wy­ siłki Narodowej Partii Kobiet na rzecz przeforsowania w amerykańskim Kongresie poprawki wnoszącej równość praw, Equal Rights Amendment, tzw. ERA (zapamiętajmy ten skrót, gdyż stanie się głośny pół wieku później), gwarantującej zniesienie wszelkich różnic w prawie powodowanych płcią. Nie stwa, prawa, no, każdego z wyjątkiem siebie samej, nie będzie mogła siebie samej wyemancypować [...], jest błędem, kiedy się mówi, że Kobieta jest dzisiaj bezpośrednio niewolnikiem Mężczyzny; bezpośrednio jest niewolnikiem obowiązku; i tak jak droga mężczyzny do wolności usłana jest gruzami zdeptanych przez niego obowiązków i ideałów, tak samo musi wyglądać droga do wolności kobiety.” Zob. Bernard Shaw: The womanly women, w: B. Shaw The quintessence of Ibsenism, London 1922, s. 40—41. (Zob. też H. Charlamp: G.B. Shaw and the new woman character, Katowice 1978, maszynopis w archiwum UŚ). 20 Nancy F. Cott The grounding of modem feminism, New Haven 1987, s. 271.

INTERLUDIUM

65

tylko Amerykanom, ale i Amerykankom starania te wydawały się zupełnie niezrozumiałe i zbędne, a nawet groźne, bo zagrażały odebraniem kobietom pewnych przywilejów, które w nowej sytuacji jednak posiadały. Popłoch wywoływało zwłaszcza straszenie kobiet, iż wobec tego będą musiały na równi z mężczyznami podlegać obowiązkowi służby wojskowej. Większość kobiet wołała — jeśli w ogóle myślały czasem o tej sprawie — nie poruszać już kwestii równości. Mają równą z mężczyznami wolność. Jeśli korzystają z niej w małym stopniu, jeśli wolą wybierać dotychczasowy model życia — prawda, do niedawna przymusowy — to ich sprawa. Nie chcą inaczej i basta. Widocznie dotychczasowy porządek odmiennych ról płci w społeczeń­ stwie wcale nie był taki zły, widocznie jednak odpowiada i mężczyznom, i kobietom, jest zgodny z ich odmiennymi naturami i, chwalić Boga, nakazami religii. Jest wolność, to i dobrze, ale nie z każdej wolności trzeba od razu korzystać. Sytuacja do tego stopnia ponownie ustabilizowała się, że kobiety, które w jednostkowych przypadkach sięgały jednak, często z powodzeniem, po wywalczone swobody i możliwości i robiły na przykład karierę w wolnych zawodach, w nauce czy nawet w polityce, zaczęto ponownie nie tylko omijać z daleka jako egzotyczne i zwichrowane oryginały, ale i potępiać moralnie. Trzeba przecież znać swoje miejsce! Trzeba wiedzieć, co kobiecie przystoi i do czego jest powołana. Tego rodzaju przeświadczenia okazywały się prawie równie skuteczne, jak dawne bariery prawne. Pod koniec międzywojnia realne funkcjonowanie płci nie różniło się jakoś zasadniczo od stanu sprzed 1920 roku, a nawet pod pewnymi względami nastąpiło cofnięcie się. W atmosferze powszechnego konsensu płci prawdziwym zgrzytem odzywały się publikacje Virginii Woolf, a inne nieliczne indywidualnie wyemancypowane kobiety, jak np. pisarka Dorothy Sayers, nie widziały żadnej potrzeby dalszego podnosze­ nia argumentów emancypacyjnych, gdyż antropologiczna i obywatelska rów­ ność kobiet i mężczyzn była już powszechnie zaakceptowana jako oczywistość, istniejące zaś nierówności stanowiły wynik wyłącznie postaw samych kobiet, którym widocznie te nierówności nie przeszkadzają. „W obecnych warunkach — mówiła w 1938 roku do słuchających jej członkiń angielskiego Stowarzysze­ nia Kobiet (Women’s Society') — agresywny feminizm mógłby wyrządzić więcej złego niż dobrego.”21 Nakłanianie czy przymuszanie kobiet do życia wedle nowych, feministycznych wzorców byłoby właśnie naruszeniem wolności osobistej, o którą przecież ruch kobiet walczył. Drzwiczki klatki otwarto, każda, jeśli chce, ma drogę wolną. Uczyć latać? Wywabiać? Namawiać i przekonywać? A może — straszyć czy kompromitować, zarzucając, iż tkwi się nadal w niewoli, tyle że z własnego wyboru lub braku odwagi? A co robią kobiety, które odważyły się i nawet odniosły sukces? Za jaką cenę? Czyż nie — innego zniewolenia? Czyż nie podporządkowują się niewolniczo męskim normom i regułom gry? Czy nie muszą okazywać się lepsze od mężczyzn, bardziej „męskie”, aby pokonać konkurentów? I czy te kobiety są szczęśliwe? Przecież każdy wie, że albo w ogóle nie wychodzą za mąż, albo małżeństwa im 21 D. L. Sayers Unpopular Opinions, London 1946, s. 106. 3 — Feminizm

66

DZIEJE FEMINIZMU

się rozpadają, są bezdzietne lub jeśli, co gorsza, mają dzieci, to tylko można współczuć tym biedactwom! I to ma być wolność, do której feministki chcą namówić kobiety?! W latach trzydziestych w sukurs tym postawom przychodzą nowe pozycje literackie, moralizatorskie, czasem naukowe lub quasi-naukowe, a zawsze wyraźnie ideologiczne. Dawny mit „odwiecznej kobiecości” święci triumfy, „natura kobiety” tłumaczy wszelkie porażki kobiet w sferze publicznej. Równe prawa z mężczyznami to jedno, a nieprzystojne lub wynaturzone korzystanie z nich to drugie. I jak zawsze dotąd, głosem natury odzywa się najwyższy autorytet. W jego imieniu przemawia Gertrud Le Fort, której książka Wieczysta kobieta, napisana w bardzo religijnym duchu, odnosi ogromny sukces wydawniczy, nie tylko w Niemczech, ale i w wielu innych krajach. Choć, trzeba przyznać, nawet ona ogranicza dawny nakaz bezwzględnego posłuszeń­ stwa mężczyźnie. „Przesada w poddaniu się żony woli mężowskiej staje się zawsze groźna, gdy rozluźnia się lub zgoła zanika związek z Bogiem”22 — koryguje rozpowszechnioną interpretację znanych słów apostoła Pawła. W sukurs koncepcjom proweniencji religijnej, a także zwykłemu ludowemu biologizmowi, przychodzi odpowiednio interpretowana psychoanaliza. Potęż­ nieje tendencja do ponownego eksponowania prawdziwych czy rzekomych różnic między płciami kosztem pomniejszania znaczenia i zakresu elementów wspólnych, skłonność do polaryzującego podporządkowania bogatej różno­ rodności typów osobowości i zachowania, występujących szeroko u obu płci, przyjętemu z góry dychotomicznemu podziałowi na „kobiece” i „męskie”. W tej atmosferze prace naukowe, często w pionierski sposób odsłaniające bardziej złożony obraz różnic płciowych, przechodzą niezauważone. W 1935 roku ukazuje się słynne później studium Margaret Mead Płeć i temperament w trzech pierwotnych społeczeństwach, w którym autorka wyraziście pokazuje kulturowe zrelatywizowanie behawioralnych wzorców „kobiecości” i „męsko­ ści”, czyniące potoczne wyobrażenia o trwałości, odwiecznym charakterze tych wzorców po prostu czymś zabawnym. W dwóch odmiennych społeczeństwach kobiety zachowują się pod wieloma względami w sposób dokładnie przeciw­ stawny, podobnie mężczyźni. Znakomite badania empiryczne korelacji między płcią a typem osobowości, przedstawione przez Lewisa M. Termana i Catha­ rine Cox Miles w pracy Płeć i osobowość, ujawniają ponad wszelką wątpliwość, iż popularne przekonania o zachodzeniu istotnych różnic między płciami w zakresie inteligencji ogólnej i uzdolnień23 nie znajdują empirycznego potwierdzenia, a męskość i kobiecość to pewne aspekty osobowościowe, które występują u osobników obu płci, tyle że ze zmiennym natężeniem24. Ani 22 Gertrud von le Fort Die ewige Frau. Die Frau in der Zeit. Die zeitlose Frau, (l934)> München 1957, s. 86. 23 L. M. Terman, C. C. Miles Sex and personality. Studies in masculinity and femininity, New York 1936, s. I—2. 24 Ibidem, s. 451. Co prawda Terman podobno polemizował potem z M. Mead, uważając, że jego badania „dowiodły, iż płcie różnią się zasadniczo co do »instynktowego i emocjonalnego uposażenia«”. Zob. G. Corea The mother machine. Reproductive technologies from artificial insemination to artificial wombs (I wyd. 1985), London 1988, s. 243.

67

INTERLUDIUM

ówczesna opinia naukowa, ani tym bardziej publiczna nie była w stanie zaakceptować wyników tych badań, skazała je więc wówczas na nieistnienie. Presja ideologiczna, skierowana już wyraźnie przeciw tkwiącym nadal w świadomości Amerykanek pozostałościom feminizmu, osiągnęła kolejny szczebel nasilenia po wybuchu drugiej wojny światowej. Potrzeba wojenna sprzyjała podejmowaniu przez kobiety zadań i funkcji tradycyjnie męskich, wręcz wymuszała je. I kobiety, zupełnie niezgodnie z głoszonymi dotąd teoriami, odnosiły na tym polu wyraźne sukcesy. Pojawiała się groźba, iż po ustaniu nadzwyczajnych powodów nie zechcą wrócić na swoje właściwe miejsce. Stąd atak ze strony ideologów „odwiecznej kobiecości” nasilił się i nie pozostawiał u kobiet cienia wątpliwości, że wykonują rzeczy całkowicie sprzeczne z ich powołaniem i wymuszone wyłącznie patriotyczną potrzebą. Owszem, potrafią, ale jakiż to gwałt zadaje ich naturze. Kiedy tylko skończy się wojna i dzielni chłopcy wrócą z frontu — miejcie nadzieję, że wrócą! — z pewnością rzucicie się z ochotą w ich ramiona i przekażecie im warsztaty pracy w pełnym ruchu. Wtedy z pewnością powrócicie do swej misji, sugerowano. Uwijecie im, zagrzejecie i wypełnicie pisklętami gniazda rodzin­ ne. To zmasowane natarcie okazało się w USA w pełni skuteczne, zwłaszcza że po wojnie Stany Zjednoczone, inaczej niż Europa, nie musiały odbudowywać zniszczonego kraju i kobiety nie stanowiły niezbędnej siły roboczej. Atak na próby odchodzenia od tradycji trwał nieprzerwanie także w latach powojen­ nych (traktuje o tym następny podrozdział), kończąc się pełnym sukcesem w latach pięćdziesiątych. Zwycięstwo to miało okazać się jednak przejściowe i przynieść niebawem, w latach sześćdziesiątych, wręcz przeciwne skutki. W mniemaniu, iż tworzono trwałe fundamenty stabilności i spokoju społecz­ nego, produkowano bezwiednie bombę z opóźnionym zapłonem, „bombę F”, jak ją potem nazywano, bombę feminizmu.

Syreni zew kobiecości Po wojnie nacisk ideowy na kobiety nie zelżał, wręcz przeciwnie. Miały czym prędzej, gdy to tylko możliwe, odstąpić mężczyznom zajęte w czasie wojny ich miejsca i całkowicie poświęcić się rodzinie. Mniej dotyczyło to kobiet z warstwy robotniczej, których praca zarobkowa była często koniecznością ekonomiczną i uchodziła za rzecz normalną. Perswazja skierowana była głównie do kobiet ze średnim i wyższym wykształceniem. Do nich też adresowano popularne podręczniki, poradniki, a także poważne prace naukowe, umacniające to nastawienie. Za szczególnie zasłużoną uznać należy wydaną jeszcze w czasie wojny, w 1942 roku, książkę Henry’ego A. Bowmana Małżeństwo dla współczesnych25, w której małżeństwo przedstawia się jako jedyne spełnienie 25 Marriage for modems.

68

DZIEJE FEMINIZMU

kobiety. Po wojnie ogromnie poczytną, wielokrotnie wznawianą, okazuje się wydana w 1947 roku książka psychoanalityka Maryni F. Farnham i socjologa Ferdinanda Lundberga Kobieta współczesna — zagubiona płeć16, w której feminizm — a epitetem tym obdarza się wszelkie poglądy dawnego ruchu kobiet i późniejsze głosy pojedynczych pisarek, zachęcające kobiety do pracy poza domem — przedstawiono jako groźne wynaturzenie. Słowo „feminizm” wchodzi w szersze użycie jako straszak, jako etykietka dla wszelkich poglądów i programów odciągających kobiety od ich powołania. Praca zawodowa i wyższe wykształcenie — jak wywodzą autorzy — powodują u kobiet zanik tego, co i dla nich, i dla społeczeństwa najcenniejsze: ich kobiecości. Miało to wywierać fatalny wpływ na perspektywę zamążpójścia i udanego życia rodzinnego, unieszczęśliwiając kobiety i równocześnie zagrażając dobru całego społeczeństwa poprzez spadek reprodukcji. Autorom tych popularnych, silnie i otwarcie ideologizujących lektur przychodziły w sukurs prace zgoła już akademickie. Helena Deutsch, wybitny psychoanalityk, uczennica Freuda, uzupełniła teorię mistrza, ześrodkowaną głównie na mężczyźnie jako modelu człowieka, o charakterystykę psycho­ logiczną kobiety. W Psychołogii kobiety26 27 dostarczyła opartego na rozlicznych badaniach oraz rozważaniach psychoanalitycznych i przekonująco napisanego uzasadnienia dla popularnych wyobrażeń o naturze kobiety. Teza Freuda, iż „anatomia to przeznaczenie”, zostaje w pełni uprawomocniona. Człowiek z penisem ma przed sobą inną przyszłość niż człowiek penisa pozbawiony. Kobiety, przez naturę upośledzone, gdyż pozbawione atrybutu pełnego człowieczeństwa i dlatego od wczesnego dzieciństwa cierpiące na „zazdrość o penisa” — taki pogląd głosi sam Freud — są z konieczności istotami biernymi i — to dodaje już autorka — masochistycznymi28. Znajdują spełnienie swej natury, swej kobiecości w macierzyństwie29 i co za tym idzie, w typowym małżeństwie i w rodzinie, gdzie nie brak wszak dostarczających im satysfakcji utrapień, poniżeń i udręczeń. I tak to już jest przez biologię i rozwiniętą na jej gruncie kobiecą psychikę zadecydowane. Jeśli mimo wszystko niektóre kobiety — nie dość widocznie masochistyczne? — podejmują bunt, to skutki tego są jeszcze gorsze. Autorka straszy potencjalne rebeliantki obrazem kobiet wyna­ turzonych, kastrujących otoczenie, niepokornych, które zazdroszcząc męż­ czyznom, jak zresztą wszystkie kobiety, ich oczywiście lepszej sytuacji nie chcą się z tym z masochistyczną radością pogodzić i pragną robić męskie kariery, chcą dominować, mają ambicje. Najbardziej pożałowania godne są te, którym się to udało: tym bardziej rozdarte wewnętrznie i niespełnione, a w dodatku odtrącane przez otoczenie jako uciążliwe i dla niego (mężczyzn) groźne. Autorka nic nie wspominała o tych wszystkich objawach u siebie, najwyraźniej kobiety sukcesu w męskiej domenie nauki. 26 Modem woman — The lost sex. 27 H. Deutsch The psychology of woman. A psychoanalytic interpretation, I tom, New York 1944, II tom: Maternity, New York 1945. 28 „Trzy podstawowe cechy kobiecości” to według autorki „narcyzm, pasywność i maso­ chizm” — ibidem, t. I, s. XIII. 28 Macierzyństwo to „rola kobiety jako służki gatunku” — ibidem, t. II, s. XIV.

INTERLUDIUM

69

W Europie nie brak było podobnych głosów. Także tutaj wielki autorytet psychoanalizy, C. G. Jung, stara się bardzo odstręczać kobiety od „męskiej” pracy zawodowej. Pojawienie się kobiet w sferze publicznej, które autor datuje od połowy XIX wieku, przyniosło wprawdzie sporo dobrego, ale jest jego zdaniem „psychicznie szkodliwe”. Ergo, kobiety nie powinny pracować zawodowo, z wyjątkiem zawodów zgodnych z ich naturą, gdyż — pyta autor retorycznie — czy ktokolwiek z wyjątkiem Chińczyka zgodziłby się być opiekunką do dzieci lub przedszkolanką?30 Jeśli jednak kobieta pracuje w zawodach męskich, wówczas sili się w nienaturalny dla niej sposób na okazywanie swych zdolności intelektualnych, staje się obsesjonatką, irytuje kolegów, pozbawia się czaru kobiecości i może popaść nawet w homosek­ sualizm, w dodatku w roli mężczyznopodobnej31. Wspomniane publikacje, których w podobnym duchu było wiele, każą jednak domniemywać, że idee feministyczne nie do końca były martwe, skoro tyle wysiłku poświęcano na ich zwalczanie. W USA nadal jedna trzecia kobiet pracowała w pełnym wymiarze czasowym32, w Europie jeszcze więcej. Wojna pokazała, co kobiety potrafią. Viola Klein, socjolog brytyjski, pisze: „Ostatnie zmiany w społecznej pozycji kobiet, ich wzrastające uczestnictwo w życiu publicznym i zademonstrowanie cech psychicznych, jakich u nich dotąd się nie spodziewano, wszystko to stanowi wyzwanie dla naszych wyobrażeń na temat tzw. odwiecznych cech kobiecego charakteru”33. Wątpliwości co do wieczystego powołania kobiety pozostawały zatem, ale rozpraszano je nadal z wielkim zapałem. Z wojny wracali młodzi i starsi, wyczekiwani z utęsknieniem mężczyźni. I choć zastawali miejsca pracy zajęte przez kobiety, nie powodowało to poważniejszych zadrażnień. Żony rzucały się w objęcia ocalałych mężów, panny z ochotą dawały się brać za żony — i prawie wszystkie bez oporów ustępowały placu w pracy. Same chętnie dawały się zamykać w czterech ścianach nowych czy starych mieszkań i domów, i mościły gniazda, które wnet wypełniły się dziećmi. Nastąpił powojenny baby-boom. Jednakże w odróżnieniu od Europy, gdzie towarzyszył temu wyraźny wzrost zatrudnienia kobiet, gdyż wymagała tego sytuacja, w USA zatrudnienie kobiet rosło wolniej, a w zakresie pracy wysoko kwalifikowanej, samodzielnej i na wyższych stanowiskach malało, wzrost gospodarczy bowiem nie tworzył tam szybko dodatkowych miejsc pracy. Kobiety pracowały głównie w dwudziestu zawodach uznawanych za typowo kobiece (sekretarki, maszynistki, służba domowa, nauczycielki, urzędniczki, pielęgniarki, telefonistki itp.). Były to zawody znacznie gorzej opłacane niż zawody męskie34. Oporne kobiety — w końcu były i takie — które nazbyt zasmakowały w pracy zawodowej, stawiano pod pręgierzem opinii publicznej 30 Zob. C. G. Jung Die Frau in Europa, Zurich 1948, s. 13. 31 Ibidem, s. 16. 32 Zob. G. G. Yates What women want. The ideas of the Movement, Cambridge, Massachusetts 1975, s. 333 V. Klein The feminine character. History of an ideology, London 1946, s. VII. 34 Takie dane podaje historyk Carl N. Degler — zob. Revolution without ideology. The changing place of women in America, w: The woman in America, „Daedalus”, 93, 2, 1964.

DZIEJE FEMINIZMU



i w ostateczności nawet wbrew ich woli zwalniano. Trudny był los kobiet niezamężnych, gdyż model amerykański nie przewidywał ich istnienia. Kobie­ ta miała opierać swą egzystencję na zarobkach męża. Nic więc dziwnego, iż rozpętała się wśród kobiet prawdziwa walka o mężczyzn, co jeszcze bardziej utrwalało w kobietach przekonanie o szczytowej wartości małżeństwa i zupeł­ nie redukowało opór przed rezygnacją z pracy, jeśli miałby to być opór przeciw woli mężowskiej. A w warstwie kobiet klasy średniej mężowie zdecydowanie chcieli mieć żony w domu. Wybór roli wyłącznie żony, matki i gospodyni domowej u kobiet z wyższym i średnim wykształceniem, które przed zamążpójściem już pracowały i znaj­ dowały w tym satysfakcję, nie zawsze przychodził łatwo. Ale radość życia rodzinnego i nawał obowiązków zagłuszały początkowo poczucie niedosytu, a ewentualne wątpliwości tłumiła presja moralnego, religijnego i społecznego nakazu pełnienia powinności kobiety. Po kilku latach zaczynało jednak doskwierać — jak pisze B. Friedan35 — odczucie znalezienia się poza naprawdę liczącym się światem, w którym realizowały się wartości skądinąd reklamowane jako prawdziwie ważne. Wprawdzie równocześnie szerzył się kult rodziny i życia prywatnego, ale... to życie okazywało się po czasie trochę nudne, szare, siermiężne. Mężowie męczyli się w tamtym świecie, ale żyli pełniej, bogaciej. I nie było wcale takie do końca jasne, czy troska o dom i rodzinę musi automatycznie wykluczać u kobiety pracę zawodową. Przynajmniej u części kobiet będących li tylko gospodyniami domowymi zanikała satysfakcja osobi­ sta, pozostawała coraz częściej już tylko świadomość spełniania obowiązku. Oto los kobiet okazuje się po prostu gorszy od losu mężczyzn i nic na to nie można poradzić: Bóg tak chce, przyroda tak chce, społeczeństwo tak chce, wreszcie i dzieciom to potrzebne. Co jednak począć, kiedy samo poczucie dobrze spełnianego obowiązku nie uspokaja? Próby podjęcia pracy skazane były zazwyczaj na niepowodzenie, inaczej niż w Europie, a wymuszone konieczno­ ścią nie tylko moralną, ale i obiektywną dalsze pozostawanie w domu traciło cały blask w świetle aksjologii głoszonej w świecie mężczyzn. Tam liczył się sukces i płynąca z niego przyjemność, a także przyjemności osiągalne dzięki niemu. Hedonizm zawsze miał wśród Amerykanów pozycję wysoką, choć wtedy jeszcze nie był zbytnio eksponowany; po prostu rozumiał się sam przez się. Pojawiło się zapotrzebowanie na nową, bardziej radosną ideologię powoła­ nia kobiety. Skoro już muszą pozostać w domu, to niechże czerpią z tego radość intensywniejszą od tej, jaką daje świadomość dobrze spełnionego obowiązku. Mężczyźni mają żyć przyjemnie, a one tylko cieszyć się myślą, że im to umożliwiają? Gdybyż to jeszcze potwierdzała się teoria Heleny Deutsch, że kobiety są masochistkami i wyrzeczenia dają im satysfakcję. Lecz wiele kobiet zazdrościło po prostu mężczyznom. I tu w sukurs przyszła znów kobieta-naukowiec, do której wnet dołączyła gromada zawodowych ideologów. Margaret Mead, ta sama, której szkice o roli płci w trzech różnych społeczeństwach ukazały w 1937 roku ponad wszelką wątpliwość, że role płci 35 Betty Friedan The feminine mystique, New York 1963.

INTERLUDIUM

71

określane są przez kulturę, a nie naturę, teraz w istotny sposób dowartoś­ ciowuje ten model życia kobiecego, który właśnie forsowano w jej ojczyźnie. Jako kulturowa relatywistka, odważa się odwołać do tej hierarchii wartości, która naprawdę dominowała w umysłach Amerykanów, a nie do oficjalnej frazeologii ideologicznej obstającej przy wzniosłych ideałach (Bóg, ojczyzna, dobro dzieci). To w świetle hedonizmu wybór tradycyjnego wzorca życiowego Amerykanki okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jej praca, początkowo pub­ likowana w „Ladies’ Home Journal”, piśmie chętnie czytanym przez kobiety klasy średniej, te najbardziej narażone na zwątpienie, a potem jako książka Mężczyzna i kobieta36, choć nie pozbawiona wewnętrznej wieloznaczności, odczytana została jednoznacznie i okazała się nowym paradygmatem w ocenia­ niu tradycyjnej roli kobiet. To właśnie stąd zdaniem Betty Friedan wzięła swój początek „mistyka kobiecości”, oczarowanie żeńskością, które wnet owładnie całą Ameryką37. Istniejący społeczny podział ról poddany zostaje zupełnemu przewartościowaniu: to nie mężczyznom, lecz kobietom przypada lepsza cząstka we wspólnym przedsięwzięciu, jakim jest życie społeczne. Do kobiet puszcza się jakby oko: nie wierzcie, że tego nie można zmienić — to w końcu kultura decyduje o tym, co przypada w udziale mężczyznom, a co kobietom — ale nie chciejcie tego zmieniać! Trzymajcie się tradycji, ponieważ jest dla was, kobiet, korzystniejsza. Pozwala budować świat wartości na tym, co wam, i tylko wam, dane jest z natury, niezależnie od kultury — na tworzeniu. Przecież w świecie mężczyzn przyjmuje się milcząco, że tylko tworzenie, przekraczanie siebie nadaje życiu sens i dostarcza satysfakcji. No i dobrze, trzymajmy się tego. To przecież tylko wy, kobiety, tworzycie dzieci. Tak to widzą na wyspach Samoa. Kobiety są tam przez to znacznie szczęśliwsze od mężczyzn, mężczyźni im zazdroszczą! I tak powinno być i u nas. Kobiety są w naturalny sposób, z natury twórcze. Mężczyźni muszą męczyć się przez całe życie, nieustannie podejmować wysiłki tworzenia czegoś nowego. I to ich niszczy, rujnuje, rodzi choroby i przyśpiesza śmierć. Cóż, to nie wina kobiet. Sama natura tak zadecydowała, iż uprzywilejowała kobiety: rodząc dzieci — tworzą i tego ich dzieła nic i nikt nie jest w stanie zakwestionować. Tak zrozumiano przesłanie płynące od tego wysokiego, naukowego auto­ rytetu, w dodatku nie obciążonego podejrzanymi koligacjami z panującymi ideologiami, przeciwnie, otwartego na międzykulturowy relatywizm. Jeśli zresztą istnieje Bóg, odpowiedzialny za tę życzliwą kobietom naturę, to chwała Mu za to. Być kobietą to nie dopust Boży, lecz łaska boska! To już raczej mężczyznami, skrzywdzonymi przez naturę (i ewentualnie Boga), należałoby się zaopiekować. 36 M. Mead Male andfemale, 1949. Nieduży fragment zamieściła T eresa Hołówka w antologii literatury feministycznej Nikt nie rodzi się kobietą, Warszawa 1982. 37 Autorytet w dziedzinie historii ruchów kobiecych w USA i Wielkiej Brytanii, O’Neill, polemizuje z autorką Mistyki kobiecości i utrzymuje, a ilustrują to przykłady, iż już z końcem lat 20. nastąpił rozkwit tej mistyki. Tyle że rozumie ją szerzej. Zob. W. L. O’Neill Everyone was brave. The rise and fall of feminism in America, Chicago 1969, s. 308—309.

72

DZIEJE FEMINIZMU

Oto jak nie zmieniając niczego w funkcjonującym systemie płciowych ról społecznych można było w jednej chwili zmienić panujący w nim nastrój, czarne zamienić na różowe, na panujących spojrzeć nagle jak na ofiary losu. Betty Friedan, która sama uległa perswazjom mistyki kobiecości wspomina, jak wszystkie nagle zapragnęły stać się owymi szczęśliwymi Samoankami, z nagimi piersiami biegającymi wśród gromady dzieci. Kobiety w roli gospodyń domowych przestały czuć się upośledzonymi i drugorzędnymi służebnicami powszechnego dobra, a nawet mogły zacząć odczuwać wyrzuty sumienia, że są zanadto uprzywilejowane mając do spełnienia najważniejsze dzieło tworzenia w społeczeństwie. Zauważmy, iż optyka wartości tworzenia podbudowana tu zostaje na wszelki wypadek uzasadnieniem — obok hedonistycznego — także holistyczno-społecznym. To jednak dla społeczeństwa, a nie tylko dla własnej satysfakcji kobiety tworzą. Na chwilę uchylono rąbka hedonistycznej tajemnicy, by szybko wrócić do wspólnotowego solidaryzmu. Każdy wnosi do wspólnego domu to, co najlepiej potrafi. Kobiety i mężczyźni różnią się, ale w tej różności są równi', jednakowo potrzebni społeczeństwu. Teraz już bez wstydu i zażenowania panie adwokat, dziennikarki, lekarki, uczone itd. zaczęły wpisywać w ankiecie personalnej „zawód — gospodyni domowa”. Tu drogi Ameryki i Europy rozchodziły się. W Europie problemem kobiet, ich często przywoływanym „przekleństwem”, stało się tzw. podwójne obciąże­ nie pracami domowymi (chętnie określanymi jako „obowiązki domowe”, a nie praca) i pracą zarobkową. Także pracujące zawodowo kobiety klasy średniej były zdane na pełnienie funkcji gospodyni domowej, gdyż zawód „gosposi” zanikł wobec dostatku pracy dla kobiet w przemyśle i usługach38. Nie rosła tu tak gwałtownie liczba dzieci w rodzinie. Nastroje dalekie były od amerykań­ skiego triumfalizmu. W tej atmosferze mogło się tu ukazać, w tym samym roku co książka M. Mead w USA, dzieło bardzo krytyczne na temat sytuacji kobiet — potraktowanej zresztą uniwersalnie — Simone de Beauvoir Druga płeć. W Stanach Zjednoczonych baby-boom w latach pięćdziesiątych nadal się potęgował, a kobiety nie tylko nie powracały do pracy zawodowej, lecz i te nieliczne jeszcze pracujące porzucały teraz stanowiska. Wiek zawieranych małżeństw zszedł do najniższego możliwego poziomu. Trwała bezpardonowa walka o zdobycie męża, rozpoczynały ją już dwunastolatki. Już dziesięciolat­ kom przemysł proponował sztuczny biust, by demonstrowały atrybut w Ame­ ryce szczególnie istotny u kandydatek na żony. Zamążpójście stało się już nie tylko głównym, ale jedynym celem życiowym młodych kobiet. Sukcesem życiowym młodej Amerykanki było — jak wówczas mówiono — ,Jinding Mr Right”, znalezienie pana Odpowiedniego39. Wiele studentek przerywało naukę w college’u lub na uniwersytecie — o ile tam w ogóle dotarły nie złowiwszy 38 Autorki klasycznego opracowania na ten temat zastanawiają się, jak kobietom umożliwić łączenie „domu i pracy”, a nie proponują rezygnacji z pracy zarobkowej, jak to było w USA. Zob. A. Myrdal, V. Klein Women’s two roles. Home and work, London 1956, s. XI—XIII. Europejek nie można by nazwać „nowymi wiktoriankami”, co w odniesieniu do Amerykanek miało jak najbardziej sens (A. Sinclair The better half. The emancipation of the American woman, [I wyd. 1965], London 1966, s. 347, 354). 39 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 90.

INTERLUDIUM

73

wcześniej męża — kiedy tylko znalazły kandydata gotowego do zawarcia związku małżeńskiego, a żadna z nich nie traktowała studiów poważnie, jako przygotowania do przyszłej pracy zawodowej. Wykształcenie miało pełnić rolę ornamentu podnoszącego wartość narzeczonej jako towaru, studiowanie ułatwiało też napotkanie bardziej odpowiedniego kandydata. Wiele nawet wybitnie uzdolnionych dziewcząt rezygnowało z góry z kariery zawodowej, wiele celowo obniżało swój horyzont umysłowy, aby nie odstraszyć potencjal­ nych kandydatów. I tym właśnie tendencjom przyszła z pomocą Margaret Mead, wybitna uczona, sama stanowiąca zaprzeczenie propagowanego pro­ gramu. Zauroczenie kobiecością, mistyka kobiecości, szybko zdobywała teren i umacniała się w amerykańskiej literaturze i środkach masowego przekazu. Bałwochwalcza gloryfikacja kobiecego szczęścia w roli gospodyni domowej zajęła miejsce dawnego surowego moralnego obligowania. Bez echa prze­ mijały ówczesne próby sprzeciwu zagłuszane przez unisono mass mediów. Książka Ruth Herschberger Żebro Adama jeszcze z 1948 roku, w orygi­ nalny sposób przypominająca przesłanie feminizmu, pozostała wówczas nie zauważona. Jako nieporozumienie potraktowano wydaną po angielsku w 1952 roku Drugą płeć. Wedle recenzentów stanowiła wytwór specyficznej sytuacji kobiet we Francji i pozbawiona była jakichkolwiek szerszych odniesień. Nikt wtedy nie zauważył też, rozsławionego po piętnastu latach, artykułu Helen Mayer Hacker w „Social Forces” z 1951 roku, w którym przepro­ wadzona została analogia socjologiczna między położeniem kobiet i Murzy­ nów w społeczeństwie amerykańskim40. Zupełnie na marginesie pozostały polemiki z forsowaną wtedy, nie bez żywego zaangażowania przemysłu kosmetycznego, ideologią obowiązku kobiety troszczenia się o urodę. Arty­ kuły trockistki Evelyn Reed przeciw fetyszystycznemu kultowi kobiecego upiększania się przypomniano z dużym powodzeniem dopiero dwie dekady później41. Z pism kobiecych znikła postać pracującej kobiety, chyba że była potrzebna autorom do straszenia: jako zagrożenie szczęścia rodzinnego kochających się par lub jako przykład zupełnej porażki życiowej. Wszędzie królują pracowite gospodynie domowe, szczęściodajne i same szczęśliwe. Obok tej strawy duchowej Amerykanki miały jeszcze pod ręką różnego rodzaju poradniki i popularnonaukowe książeczki na temat życia małżeńskiego, pielęgnacji niemowląt, prowadzenia gospodarstwa domowego. „Naukowe” wykonywanie swej roli cieszyło się wielką estymą. Szczególnie czytany był podręcznik rodzenia i wychowywania dzieci dr. Spocka, do niego dołączył wnet, wznawia­ ny potem wielokrotnie, raport dr. Bowlby’ego. Z obu tych skądinąd pożytecz­ nych książeczek wynikało, że matka jest dziecku potrzebna przez pełne dwadzieścia cztery godziny na dobę, w przeciwnym razie zdrowie dziecka i je­ go rozwój psychofizyczny doznają znacznego i trwałego uszczerbku. Myśl, iż 40 Zob. T. Hołówka (red.) Nikt nie rodzi się kobietą, op. cit. 41 Cosmetics, fassions and the exploitation of women. Wydane potem kilkakrotnie w: E. Reed Problems of Women’s Liberation. A Marxist approach, 1969, 1970, 1971.

74

DZIEJE FEMINIZMU

ojciec czy inna jakaś osoba mogłaby wziąć na siebie choć część tych obowiąz­ ków, nawet nie postaje autorom w głowie42. „Kobiecość” jako taka znajduje teraz prawdziwych panegirystów wśród mężczyzn. Ashley Montagu wydaje książkę Naturalna wyższość kobiet*3, w której przekonująco uzasadnia tezę, iż bycie kobietą jest tak wielkim wyróżnieniem i szczęściem, że wszelka zazdrość w stosunku do mężczyzn może być tylko efektem nieporozumienia. Notabene, mimo podkreślonej istotnej różnicy w stosunku do Ameryki, także Europa nie przyjęła wspomnianej uprzednio książki Simone de Beauvoir życzliwie, a w ripoście ukazuje się — analogiczna do Montagu — książeczka księdza filozofa fenomenologa Buytendijka Kobieta (wydana w USA w 1968 roku, już z wyraźną intencją przeciwstawienia się szerzącemu się feminizmowi)44. Do chóru dołączają naukowcy, m.in. znowu kobieta. Mirra Komarovsky, wybitny socjolog, uzasadnia potrzebę tylko ograniczonej edukacji kobiet, wyraźnie sprofilowanej pod kątem realizowania przez nie w przyszłości ich „powołania”. Jednakowe kształcenie obu płci uważa za szkodliwe nieporozu­ mienie45. Drugi tom słynnego raportu Kinseya (wydany w 1953 roku), dotyczący tym razem seksualności kobiet (pierwszy, z 1948 roku, dotyczył mężczyzn)46, także sprzyja zrazu umacnianiu fascynacji „mistyką kobiecości”, choć na drodze raczej pośredniej. Okazuje się ponad wszelką wątpliwość, że kobiety także mogą mieć swój udział w radościach życia seksualnego, o ile przystosuje się je do ich potrzeb i oczekiwań. Jako urozmaicenie monotonii życia codziennego może to mieć dla kobiet, zamkniętych w prywatnym świecie, nawet większe znaczenie niż dla mężczyzn. Życie płciowe, uznawane dotąd za niewątpliwą podstawę władzy kobiet w małżeństwie, może stać się także okazją do bezpośredniej satysfakcji. Popularyzacja raportu Kinseya zmieniła na­ stawienie do seksualności kobiecej. Rosła gwałtownie ranga seksualności, odrzucano na bok bariery i tabu, droga do „rewolucji seksualnej” końca lat pięćdziesiątych stała otworem. Wtedy już jednak seks emancypuje się z życia małżeńskiego. Na razie natomiast ma jedynie to życie umilić i urozmaicić. Efekty są ambiwalentne. Coraz wyższe oczekiwania kobiet pobudzają jednych mężczyzn do zachowań satysfakcjonujących je, innych doprowadzają do 42 Bowlby tylko raz wspomina o ojcu. Pisze, iż w przypadku choroby matki i jej dłuższej absencji w domu ojciec winien natychmiast wziąć do domu jakąś kobietę do opieki nad dziećmi, gdyż oddawanie ich na ten czas gdzie indziej jest bardziej szkodliwe. Zob. John Bowlby Child care and the growth of love, Harmondsworth 1965, s. 101—102. 43 A. Montagu The natural superiority of women, od 1952 wydawana wiele razy. 44 F. J. J. Buytendijk Woman. A contemporary view, New York 1968. Oryginalne wydanie holenderskie De vrouw ukazało się w 1952 roku, rok później — poczytne wydanie niemieckie. 45 M. Komarovsky Women in the modern world. Their education and their dilemmas, 1953. Warto zauważyć, iż kiedy po latach wraca do tego tematu, czyni to już w zupełnie innym tonie, pozytywnie oceniając zdobycze feminizmu i przemiany w mentalności i modelu życia kobiet. Odpowiednio do tego widzi potrzebę zmienionej edukacji. Zob. M. Komarovsky Women in college. Shaping new feminine identities, New York 1985. 46 A. C. Kinsey, W. B. Pomeroy, C. E. Martin Sexual behaviour in the human male, Philadelphia 1948, oraz A. C. Kinsey, W. B. Pomeroy, C.E. Martin, P. H. Gebhard Sexual behaviour in the human female, Philadelphia 1953.

INTERLUDIUM

75

frustracji, co rykoszetem trafia w ich partnerki. Innego rodzaju dowartoś­ ciowanie seksualności w postaci filozoficznie wysubtelnionej, żywiące się wpływami Freuda, następuje w wydanej w 1955 roku w Bostonie książce Herberta Marcuse’a Eros i cywilizacja*7, ale wpływ tych idei miał się ujawnić publicznie dopiero po upływie ponad dekady. Skutki ówczesnych badań naukowych, poczętych niejednokrotnie w duchu wspierającym panującą mistykę kobiecości, okazują się nader często zaskakują­ ce: po pierwszej fazie oddziaływania korzystnego dla idei panujących następuje faza druga, w której te same publikacje okazują się oparciem dla buntu. W przypadku Parsonsa i szkoły funkcjonalistycznej nastawienie było wręcz programowo konserwatywne i tak też oddziaływał dorobek tej szkoły: stan istniejący okazywał się stanem właściwym (bo sprawnym funkcjonalnie) i pożądanym (zmiany są wprawdzie możliwe, ale nazbyt kosztowne społecznie). Samo jednak przyznanie, że chodzi w tym wypadku nie o jedynie możliwy, „naturalny” porządek, lecz o lepszy niż inne, otwierało drogę do polemik. Zwłaszcza jeśli odrzuciło się argument wyższości dobra całego społeczeństwa nad dobrem jednostek. Skoro można by to urządzić inaczej, chociażby i sporym kosztem, ale tak, żeby kobiety nie musiały poświęcać się dla mężczyzn czy systemu jako takiego, to jakim prawem żąda się od nich owego poświęcenia? Podobnie psychoanaliza traktowała panujący model rozdziału ról społecznych według płci jako „normalny”, a wszelkie objawy niezadowolenia usiłowała leczyć jako indywidualne przypadki nieprzystosowania. Ale już heretycki freudyzm Karen Horney szukał lekarstwa w przeobrażeniu społeczeństwa, a nie dostosowaniu do niego jednostek47 48. Losy dalszych badań naukowych nad seksualnością zdradzają podobną prawidłowość. Od pełnej rehabilitacji kobie­ cego orgazmu prowadziły dalej ku akceptacji najróżniejszych jego form, a także do zminimalizowania problemu stadła, w którym orgazm się realizuje. Ważne rezultaty przynosiły badania różnic płciowych w psychologii, do niedawna prawie nie wykonywane, a także w dziedzinie psychologii wychowania i rozwoju, gdzie płeć nagle zaczęła być zauważana jako czynnik różnicujący. Coraz większą rangę jako przedmiot badań uzyskiwało społeczne, kulturowe uwarunkowanie różnic między płciami, a proces socjalizacji okazywał się głównym źródłem dywersyfikacji natury ludzkiej na „męską” i „kobiecą”49. Co prawda, te zaczątki możliwej rewolucji w wyobrażeniach o społecznej roli płci dojrzewały na razie w laboratoriach i pracowniach, a ich prawdziwie rewolucjonizujący wpływ miał ujawnić się nieco później, kiedy w dziedzinie potocznej świadomości społecznej i panujących ideologii nastąpiły już pęk­ nięcia i eksplozje uwarunkowane innymi, bardziej pragmatycznymi czyn­ nikami. Zwrot w psychologii za sprawą Rolla Maya i Maslowa, którzy zdrowie psychiczne człowieka zaczynają łączyć nie z przystosowaniem do status quo, 47 H. Marcuse Eros and civilization. A philosophical inquiry into Freud, Boston 1955. 48 Artykuły, które później wyszły łącznie jako książka. Zob. K. Horney Feminine psychology, New York 1967. 45 Zob. np. Sears, Maccoby, Levin: Patterns of child rearing, 1957; A. Anastasi Differential psychology, 1958.

76

DZIEJE FEMINIZMU

lecz przeciwnie — z ekspansją i stałym rozwojem osobowości, przekraczaniem samej siebie, przeoczą fakt, iż w odniesieniu do połowy ludzkości oczekiwania są odwrotne: kobiety powinny zastygać w swym rozwoju na etapie podrośniętego dziecka. Lecz niebawem Betty Friedan oprze się właśnie na tej koncepcji, aby zażądać dla kobiet tego samego co dla mężczyzn: możliwości stałego rozwijania się, transcendowania siebie. Wreszcie, w 1959 roku, ukazuje się praca historyczna — na pozór wyłącznie historyczna, dotycząca minionego zjawiska — o dziejach ruchu kobiet w Ameryce50. Niebawem zostanie wykorzystana jako narzędzie w walce. Patrząc z perspektywy czasu widać, jak to, co wystąpiło potem na publicznej arenie, przygotowywało się na razie na uboczu lub ujęte w twarde okładki drogich, akademickich wydań prac naukowych. W ciszy też pracowała od 1957 roku nad swą książką Betty Friedan, ale przecież pchnął ją do tej pracy coraz bardziej powszechnie odczuwany niepokój. To w trosce o sytuację Amerykanek na rynku pracy i w sferze publicznej John Kennedy powołał w 1961 roku prezydencką Komisję do Zbadania Statusu Kobiet51. Jak zimny prysznic podziałał kosmiczny sukces ZSRR. Rozglądając się za przyczynami tej przegranej, zwrócono m.in. uwagę na zupełną absencję całej połowy narodu amerykańskiego w badaniach naukowych, podczas gdy w Związku Sowieckim potrafiono efektywnie wykorzystywać kobiecy rezerwuar talentów52. Tym­ czasem udział Amerykanek w badaniach naukowych spadł w USA do od dawna nie notowanego poziomu53. Zresztą ich partycypacja w innych sferach życia publicznego wypadała równie katastrofalnie nisko54. Czy społeczeństwo ame­ rykańskie na to stać? To dramatyczne pytanie wysunięto z wielką determinacją, rzucając wyzwanie panującej wciąż jeszcze mistyce kobiecości. Odpowiedzieć na nie miała m.in. powołana przez prezydenta komisja. Kto wie, czy ta zupełnie elementarna troska polityków o dobro państwa nie okazała się potem istotnym sojusznikiem kobiet buntujących się przeciw ich odsunięciu od spraw publicz­ nych. A przecież sytuacja Amerykanek klas średnich, z których środowiska wyłoni się niebawem feminizm, Europejkom musiała wydawać się godna pozazdroszczenia. Obowiązki tych „nie pracujących” (jak się mawiało i nadal mawia w takich wypadkach) pań domu sprowadzały się do rodzenia i pielęg­ 50 E. Flexner Century of struggle. The Woman’s Rights Movement in the United States, Cambridge, Mass. 1959. 51 President’s Commission on the Status of Women — PCSW, znana potem jako Komisja Kennedy’ego. 52 „Społeczeństwo, które marnuje talenty połowy swej populacji, czyni tak na swą zgubę” — to wniosek, do jakiego doszło wnet wielu ludzi w Ameryce po przeżytym szoku, jak pisze słynny historyk amerykański. Cóż, w latach pięćdziesiątych w USA „wykształcona kobieta miała być młoda, atrakcyjna, seksualnie ochocza, płodna, ale tylko w miarę inteligentna [...]”. Zob. W. L. O’Neill Everyone was brave, op. cit., s. 339. 53 M. Newcomer A century of higher education for American Women, 1959; podaję za: W. L. O’Neill Everyone was brave, op. cit. 54 Robert Smuts w Women and work in America (1959) pisał, że segregacja zawodowa i w ogóle zawodowa pozycja kobiet spadła do poziomu z 1890 roku; podaję za: W. L. O’Neill Everyone was brave, op. cit.

INTERLUDIUM

77

nowania dzieci i prowadzenia gospodarstwa domowego. Mężów stać było na utrzymanie żon i domostw wypełnionych po brzegi nowoczesnym zmechanizo­ wanym sprzętem, na którym to polu Europa stawiała pierwsze kroki. Mieli po kilka samochodów, jeden z nich dla żony. Urządzano kosztowne przyjęcia, osławione grill-party, letnie wakacje spędzano w pięknych okolicach. Praca w domu musiała być w tych warunkach bajką, wszystko robiło się samo — myślała mieszkanka Europy, oglądając ówczesne filmy amerykańskie. Przeciw czemu było tu się buntować?5556 To już raczej państwo zaniepokoiło się, czy stać je na dalsze utrzymywanie takiego kosztownego, zgoła luksusowego systemu zaspokajania osobistych potrzeb mężczyzn. Ów rajski obraz życia Amerykanki wypełniał stronice czasopism i tanich powieści, i kadry filmów, zazwyczaj lekkich komedii, w których infantylnie szczęśliwe kobiety przeżywały śmieszne i niegroźne przygody u boku zajętych poważnymi sprawami mężczyzn. Musiały być szczęśliwe. I one same też tak sądziły. To znaczy, każda z osobna przypuszczała, że Amerykanki w tych warunkach są szczęśliwe, co najwyżej ona jedna, po cichu, prywatnie, nie za bardzo. Ale to już jej problem, jej niepowodzenie, może pech. Betty Friedan odkryła ze zdziwieniem, analizując w 1957 roku ankietę przeprowadzoną wśród absolwentek Smith College, które piętnaście lat wcześniej opuściły tę uczelnię, iż panie te, w 89% spełniające dokładnie kryteria szczęśliwej amerykańskiej gospodyni domowej, dziwnie jakoś nie czują się szczęśliwe. Wychodziło na to, że to niezrozumiałe nieukontentowanie jest udziałem większości. Że zjawisko jest zgoła epidemiczne. A jednak nie miało nazwy. Wobec tego tak je właśnie nazwała: nie nazwany problem — problem that has no name*. Autorka jako psycholog społeczny podjęła systematyczne badania przyczyn tego fenomenu. Trwały do 1962 roku. Stopniowo, jak pisze, jej zdziwienie przechodziło w zdumienie, aż wreszcie w przerażenie. „Nie nazwany problem” był, a w każdym razie bardzo szybko stawał się, problemem powszechnym. I był bardzo groźny, jak sądziła, nie tylko dla badanych kobiet, ale nade wszystko dla ich dzieci, a co za tym idzie — dla całego narodu amerykańskiego. 55 Druga strona medalu wyglądała mniej pociągająco, choć wówczas nie budziła zapewne u większości negatywnych odczuć, gdyż uchodziła za zrozumiały pendant do tego „raju kobiet”. Po wielu latach, już po dwóch dekadach feminizmu, F. Davis tak skrótowo ujmuje sytuację Amerykanek na początku lat 50.: „W połowie naszego wieku istniało niewiele kursów w szkole średniej, które mogły wybierać kobiety. Przy wyborze dalszej drogi życiowej nakłaniano je wyłącznie do najbardziej tradycyjnego, kobiecego modelu. Za pomocą z góry ustalonych limitów ograniczano ich dostęp do szkół dających pełne wykształcenie medyczne czy administracyjne. Blokowano im dostęp do pełnego zatrudnienia. Automatycznie zwalniano z pracy, kiedy zaszły w ciążę. Z zasady odmawiano im kredytu. W niektórych stanach nie mogły na mocy prawa zasiadać na ławie przysięgłych. I większość obywateli USA, tak mężczyzn, jak i kobiet, uważała za rzecz oczywistą, że mężczyźni, jako utrzymujący rodzinę, mają prawo zarabiać więcej niż kobiety za tę samą pracę. Maltretowane żony nie miały dokąd uciec; molestowanie seksualne było powszechną brudną tajemnicą; aborcja była nielegalna; a ofiara gwałtu sama musiała dostarczyć świadka, jeśli chciała doprowadzić do oskarżenia gwałciciela.” Teraz, po latach, dodaje autorka, dopiero widać, że „to, co zrobił feminizm w drugiej połowie wieku, to już prawie rewolucja.” (F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 491). 56 Betty Friedan The feminine mystique, London 1963, s. 15.

78

DZIEJE FEMINIZMU

Tę dramatyczną diagnozę zaczęły jakby potwierdzać dość nieoczekiwane dla Amerykanów zjawiska przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Najprzód niezrozumiałe, jakby bezprzedmiotowe bunty młodzieży, potem już wyraźnie określone ruchy polityczne. Część młodych mężczyzn i młodych kobiet nie chciała wchodzić w koleiny życiowe rodziców. Zaczęli szukać innych rozwiązań, szokujących starszą generację. Co najbardziej zdumiewało, to fakt, że uczestniczyły w tym także dziewczyny. Że odrzuciły na bok tak sprawnie jakoby dotąd działającą machinę szczęścia. Czyżby wzór matek im nie odpowiadał? Lecz świadomie kobiecy bunt podniosły najpierw matki...

Nowy ruch kobiet: feminizm (Second Wave Feminism)

Po omówieniu okoliczności, które poprzedziły pojawienie się współczes­ nego feminizmu, przechodzimy do opisu jego dziejów, głównie w jego podstawowym — a zatem amerykańskim — nurcie. Feminizm wszedł do historii, ale do niej jeszcze nie przeszedł, współczesność dopisuje kolejne strony tej opowieści, toteż nasza relacja nie tyle dobiegnie końca, ile raczej urwie się w okolicach 1997 roku. Dramat trwa, młodsze aktorki dopisują następne akty. Sekwencja aktów nie jest ściśle rozgraniczona w czasie. Nie zawsze ukła­ dały się one w jeden logiczny ciąg. Często zupełnie niezależnie od toczących się już wydarzeń w jednym miejscu społecznej sceny, nowy akt rozpoczy­ nał się w innym jej miejscu, bez nawiązania do tamtego i dopiero po pewnym czasie autonomiczne początkowo strumienie zdarzeń łączyły się we wspólną strugę. Kiedy pierwszy okres tworzenia się i stabilizowania feminizmu liberal­ nego (1963—1967) dobiegał końca, w innym środowisku i uwarunkowane innymi bodźcami trwały już od kilku lat narodziny feminizmu radykalnego, który szamotał się z kokonem marksizmu, by wreszcie rozprostować kolo­ rowe skrzydła, od razu przyciągające złaknione sensacji oko kamer telewi­ zyjnych i filmowych (1964—1968). Oba nurty, skłębione wewnętrznie, zlały się wnet w jedną wezbraną rzekę, ta zaś miejscami wystąpiła z brzegów, budząc nie lada konsternację. Kulminacja nastąpiła na przełomie dekady lat sześć­ dziesiątych i siedemdziesiątych. Odtąd napięcie słabło, wody opadały, a rze­ ka uległa bifurkacji i popłynęła dwoma równoległymi korytami, gubiąc gdzieś na piaskach strugę wczesnego feminizmu radykalnego. Historia roz­ grywała się dalej już na przepołowionej scenie, choć ku zdumieniu wielu, a uciesze niektórych widzów aktorki z obu stron sceny zwierały się czasem ze sobą w siostrobójczej walce. Nurt liberalny i nurt radykalny (ten ostatni już w nowej wersji separatystyczno-kulturowej), albo używając innych określeń: feminizm tożsamości (equality feminism') i feminizm różnicy (difference feminism), pozostały już potem — nader konserwatywnie — każdy w swoim łożysku, po obu stronach wielkiego „działu wodne­

8o

DZIEJE FEMINIZMU

go”57, jak Ann Snitow określiła ów — być może dla ruchu niezbyt szczęśliwy — rozdział. Czas ten (trwający od około 1973 do dzisiaj) także wewnętrznie dzieli się na kilka odsłon, ale artykulacja okresów jest jeszcze mniej ostra. Raczej ze względu na zmianę zewnętrznych uwarunkowań, w jakich oba nurty działały, niż jakieś skokowe zmiany w ich wewnętrznej ewolucji, można tu mówić o okresie warunków sprzyjających, kiedy feminizm powiększał jeszcze, choć coraz wolniej, pewne zdobycze i organizował sieć kobiecej samopomocy (1973—1980), i o okresie kontruderzenia anty-feministycznie nastawionej prawicy, kiedy feminizm został zepchnięty na pozycje obronne (1980—1990). Do tego dochodzi pomyślniejszy znowu czas lat dziewięćdziesiątych. W tej dekadzie pojawia się w feminizmie nowe pokolenie aktywistek z częściowo nowym, jak się zdaje, repertuarem. To ze względu na nie ryzykuję wyodrębnie­ nie ostatniego dziesięciolecia XX wieku (od 1992 do dziś) jako nowego okresu w dziejach feminizmu58.

Świat nie chce matek: feminizm liberalny wkracza na scenę (1963—1967) Z początkiem lat sześćdziesiątych zmienił się raptownie nastrój w życiu znużonych pracą i nieco znudzonych dobrobytem Amerykanów. Narastały bunty i wrzenie. Spokój poprzedniej dekady wydawał się utracony na zawsze, nowa generacja nie chciała kroczyć wytyczonym przez rodziców szlakiem. 57 „Thegreat divide”. Zob. F. Davis Moving the mountain. The Women’s Movement in America since i960, New York 1991, s. 30. 58 W kilku opracowaniach historycznych proponuje się podobne, choć w szczegółach trochę odmienne periodyzacje. Flora Davis, autorka najświeższej próby historycznego ujęcia dziejów całego amerykańskiego współczesnego feminizmu, proponuje trzy okresy: i960—1972 („Początek drugiej fali”), 1970—1982 („Ruch dzieli się i mnoży”) i 1980—1990 („Zderzenie z polityczną rzeczywistością”), po czym ze sporym optymizmem zapowiada nową, ekspansywną epokę w la­ tach 90. (zob. F. Davis Moving the mountain, op. cit.). Hester Eisenstein pisząc w 1984 roku o amerykańskim feminizmie, który często określa jako „feminizm nowej fali” lub „feminizm drugiej fali”, dostrzega w jego rozwoju trzy fazy o odmiennym programie. W pierwszej fazie zmierzano do zredukowania polaryzacji między męskością a kobiecością. Zwłaszcza rozróżnienie dwóch rodzajów płci — płci biologicznej (ang. sex) i płci kulturowej czy społecznej (ang. gender) — miało umożliwić zbliżenie obu płci poprzez ewentualną dekonstrukcję pici kulturowej (mniej więcej lata 1968 do 1971). W drugiej fazie nastąpił odwrót od programu androginii (znoszenia różnic między płciami) i przyjęta została u większości perspektywa ginecentryczna (dowartoś­ ciowanie kobiecości). W trzeciej fazie (mniej więcej od 1978 roku) dochodzi do ontologizacji różnic płciowych i do wywyższania metafizycznie pojmowanej kobiecości (idea „wrodzonej moralnej wyższości kobiet” — zob. H. Eisenstein Contemporary feminist thought, London 1984, s. XII), co autorka uważa za wejście w ślepy zaułek.

NOWY RUCH KOBIET

8l

Rebelia, początkowo chaotyczna, „bunt bez powodu”, zaczynała się z czasem politycznie krystalizować. Jedni protestowali po prostu przeciw dotych­ czasowym wzorom życiowym, inni głosili lewicowe programy. Beatnicy, potem Nowa Lewica {New Left)59, hippisi, Ruch Praw Obywatelskich {Civil Rights Movement') w kilku kolejnych odsłonach, SNCC60 działający na rzecz równouprawnienia Murzynów, ruch przeciw wojnie w Wietnamie, antykapitalistyczny marksistowski SDS61 itp. — to główni bohaterowie ruchów protestu. Także w zakresie wzorców zachowania płci zaznaczyły się zmiany. Dawne modele życiowe miały rzecz jasna nadal swoich licznych zwolenników i reali­ zatorów, ale rebelia przestała być zjawiskiem marginalnym. Dokonywała się właśnie — odnotowana z dużym rozgłosem — „rewolucja seksualna”62, seks przedmałżeński — choć nadal nie pozamałżeński—przestał także u kobiet być czymś nieobyczajnym. Część dziewczyn współtworzyła kontr- i subkul­ turowe ruchy młodzieżowe, pozostałe w większości także odchodziły od wzoru matek. Młode kobiety przestały śpieszyć się z zamążpójściem. Należało ukończyć college, potem jeszcze trochę korzystać ze swobody, pracując na własne konto. Być „niezamężną dziewczyną”, jak dowodziła w bardzo modnym poradniku Helen Gurley Brown63, to wcale niezła rzecz, można nawet w ogóle nie wychodzić za mąż, a jeśli już, to bez pośpiechu i dobrze się sprzedać. Ten nowy styl życia autorka propagowała następnie w kierowanym przez siebie czasopiś­ mie „Cosmopolitan”, którego popularność nie zmalała do dziś, a i przesłanie pozostaje zbliżone. Pracy dla młodych kobiet, zwłaszcza ładnych, nie brakowa­ ło, szefowie potrzebowali sekretarek. Co innego dla ich matek, które pozostaw­ szy ostatecznie same w domu, już wcześniej opuszczone przez mężów (pracujących „do nocy”, a coraz częściej rozwodzących się), a teraz przez dorosłe dzieci, próbowały wracać do przerwanej kiedyś, jakoby tylko na okres wychowania dzieci, pracy. Przed nimi drzwi okazywały się zamknięte. Dawne miejsca, jeśli w ogóle przetrwały, były zajęte przez mężczyzn, a nowe — przez znacznie młodsze panie, prawie zawsze jeszcze wolne, nowocześniej wyeduko­ wane, atrakcyjne. Przez pokolenie córek. I uchodziło za oczywiste, iż i te z kolei, kiedy wyjdą za mąż, ustąpią miejsca młodszym pannom. Czasem regulowały to wręcz przepisy. Towarzystwa lotnicze zatrudniały stewardesy do momentu ich zamążpójścia albo najdalej do ukończenia trzydziestego drugiego lub trzydzie­ 59 Nowa Lewica powstała w miejsce Starej Lewicy, skompromitowanej w 1956 roku w referacie Chruszczowa i przez inwazję sowiecką na Węgrzech. Zob. S. Lynd Towards a history of the New Left, w: P. Long (red.) The New Left, Boston 1969. 60 Student Nonviolent Coordinating Committee — Komitet Koordynujący Działania Studen­ tów nie Stosujących Przemocy — powstał w kwietniu 1960 roku, po lutowym strajku okupacyjnym (tzw. sit-in) w Greensboro w Północnej Karolinie. 61 Students for Democratic Society — Studenci na rzecz Demokratycznego Społeczeństwa. 62 Sam termin pochodzi zapewne od Wilhelma Reicha, którego książka Die Sexualität im Kulturkampf z 1930 roku ukazała się w USA w 1945 roku pod tytułem The sexual revolution i wywołała znaczny rozgłos. 63 H. G. Brown Sex and the single girl (I wyd. 1962), London 1963.

DZIEJE FEMINIZMU

82

stego piątego roku życia. Potem były zwalniane. Zresztą, jak z dumą podkreślał jeden z menedżerów, taki błąd przy zatrudnianiu nie zdarzał się prawie nigdy: dziewczyna, która już została stewardesą, najdalej do trzech lat znajdowała atrakcyjnego męża. Otrzymywane jako wyróżnienie za pięć lat latania złote skrzydełka stewardesy same nazywały „znaczkiem przegranej”64. Ostatecznie zamążpójście pozostawało nadal celem życiowym kobiet, ale bez dawnego pośpiechu. Jak łatwo przewidzieć, nie buntujące się na razie młode panie mogły zmienić zdanie za kilka lat, kiedy przestaną już być takie młode i przed drzwiami staną znów młodsze od nich kandydatki. Co też potem się stało. Ale najpierw zbuntowały się ich matki. Nie wszystkie, rzecz jasna. Część z nich nawet nie próbowała wracać do pracy, a już zupełnie bez szans były nieco młodsze, które ulegając mistyce kobiecości powychodziły za mąż jako nasto­ latki, nigdy nie nauczywszy się żadnego zawodu. Teraz, zbliżając się do czterdziestu lat, w pustym domu, topiły samotność i utratę sensu życia w alkoholu, wypełniały wewnętrzną pustkę kosztownymi, ale dostarczającymi rozrywki spowiedziami na kozetce u psychoanalityka, niektóre pochłonięte były promiskuitycznym polowaniem na orgazm, szukając w seksie wątpliwego spełnienia, którego mąż nie dawał, gdyż albo nie potrafił, albo wołał szukać nowych doznań w ramionach przeważnie grubo młodszej kobiety. Takiej, która z kolei realizowała zalecenia poradnika Heleny Gurley Brown — coś za coś. Zatem tylko nieliczne białe Amerykanki klasy średniej w średnim wieku próbowały wkroczyć — przeważnie na powrót — w świat publiczny. Ale ten świat nie chciał matek, zatrzasnął przed nimi drzwi. Niespodzianka była przykra, rodziła rozgoryczenie, mogła rodzić chęć buntu. Aby się zbuntować, trzeba jednak własną sytuację dojrzeć w nowym świetle: nie jako osobistą, indywidualnie zawinioną porażkę życiową, lecz jako skutek działania społecznych prawidłowości, za którymi stoją określone wyobrażenia i siły społeczne. Do buntu trzeba mieć też odwagę, co znaczy przeważnie albo widzieć szanse na powodzenie, albo być zdesperowanym do ostateczności, a właśnie ani jedno, ani drugie nie miało miejsca. Zresztą jak tu buntować się w pojedynkę? Tylko działanie zbiorowe stwarza jakąś szansę. Przeciętna kobieta nie była do tego zdolna. Pozostawała w stanie samotnie przeżywanej frustracji, pogrążając się coraz bardziej w poczuciu zawodu i niespełnienia. W młodości zauroczona mistyką kobiecości, uwiedziona obietnicą łatwego, przyjemnego życia, odkrywała teraz pustkę, choć przecie oczekiwania się spełniły. Urodziła i wychowała dzieci, prowadziła i prowadzi mężowi (jeśli go jeszcze ma) dom. Mistyka kobiecości miała program dla młodych matek, od początku milczała na temat dojrzałej, późniejszej kobieco­ ści. Któż wtedy myślałby o tym? Betty Friedan — wbrew obawom wydawcy jej książki, Nortona — trafiła na grunt złakniony podobnych idei. Recepcja Mistyki kobiecości przerosła oczeki­ wania samej autorki. Miała to być ekspertyza, a okazała się wiciami, na które wiele kobiet (i trochę mężczyzn) czekało, nie wiedząc o tym. Mimo iż nie był to głos jedyny i odosobniony — już w 1961 roku zbliżone poglądy prezentował np. 64 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 17.

NOWY RUCH KOBIET

83

w ramach swych wykładów David M. Potter65 — to jednak siła oddziaływania książki nie znalazła sobie równej. Mimo zewnętrznie nieefektownej formy, w stylu łącząca esej z naukowym traktatem socjologicznym, porwała czytel­ niczki i czytelników ukrytą pasją, pełną jednak ciepła, bez śladów spotykanej potem goryczy i furii. Smutne odkrycia i wnioski łączyły się z tak łubianym w tym kraju optymizmem. Wydanie następowało po wydaniu, autorka zyskała niezwykłą popularność, zapraszana krążyła po Stanach Zjednoczonych, a wnet po całym świecie, kilka lat później zaś to właśnie ona w małej początkowo i elitarnej grupce zmuszona wręcz została do założenia partii politycznej kobiet, która niczym pożar ogarnęła szybko całe terytorium kraju, stawszy się — do dziś — jedyną tak mocną polityczną organizacją, odbieraną w opinii publicznej jako zorientowana na zbiorowy interes jednej płci (w jej własnym mniemaniu — działała w interesie wszystkich). Dlatego, ze względu na owo przełomowe znaczenie, zapoznajmy się nieco dokładniej z treścią „biblii feminizmu”, jak tę książkę wielokrotnie nazywano, z tokiem jej wywodów i zawartym w niej przesłaniem66. Betty Friedan: The feminine mystique

W. W. Norton and Company, Inc. New York 1963 Tytułowa „mistyka kobiecości”, choć prezentowana na wielu stronach książki, nie została właściwie nigdzie zdefiniowana. Autorka określa tym mianem przede wszystkim pewien pociągająco prezentowany i tak też przeżywany wzór, a zarazem wzorzec życiowy kobiety, odpowiednio i na kilka sposobów ufundowany ideologicznie. Określa też tą nazwą zjawisko jego szerokiej społecznej akceptacji, co może najlepiej oddałoby określenie „zauroczenie kobiecością”, a nawet „szaleństwo kobiecości”67. Wreszcie czasami pojęcie to obejmuje też realny stan społeczeństwa, który zrodziło praktykowanie tego szaleństwa. Wzór daje się ująć krótko: żona—matka—gospodyni domowa. Nie pracująca zarobkowo. Oczywistym i niezbędnym uzupełnieniem tego wzoru jest wzór dla mężczyzny: żonaty—ojciec—zarabiający na utrzy­ manie rodziny. Ale to była oczywistość, do której mężczyzn nie trzeba 65 W ramach wykładów w Stetson University (tylko tam opublikowanych) profesor Potter zwracał uwagę, że chociaż mechanizacja produkcji zniosła znaczenie różnic w sile fizycznej, kobiety są w pracy nadal upośledzone lub zmuszone do pozostawania w domu, a przemysł żeruje na nich przede wszystkim jako „konsumentkach”. Zob. W. L. O’Neill Everyone was brave. The rise andfall of feminism in America, Chicago 1969. 66 Wybitny znawca historii ruchu kobiet w USA pisze sześć lat później o autorce tej książki jako o nowym wcieleniu Mary Wollstonecraft: „Jeśli zanosi się na powstanie nowego feminizmu, to pani Friedan musi być jego Mary Wollstonecraft” (W. L. O’Neill Everyone was brave, op. cit., s. 342), ale na koniec dodaje, iż potrzebny jednak będzie jeszcze „Marks”, jeśli nowy ruch kobiet ma uniknąć porażki z lat 20. „Retoryka” radykalnego feminizmu nie wystarczy, potrzebna jest „teoria”. Ibidem, s. 358. 67 Taki tytuł przyjęto w niemieckim tłumaczeniu — zob. B. Friedan: Der Weiblichkeitswahn oder die Selbstbefreiung der Frau. Ein Emanzipationskonzept, Reinbek bei Hamburg 1970.

84

DZIEJE FEMINIZMU

było zachęcać. Zachęcać trzeba było oraz umacniać w chwilach wątpliwoś­ ci kobiety, gdyż od strony formalnoprawnej miały równe prawa z mę­ żczyznami do pracy zawodowej. Ale nie powinny były z nich korzystać. Celem życiowym i najwyższą wartością dla kobiety jest rodzina. A w tych ramach — najszczytniejszym i upragnionym zadaniem — rodzenie naj­ lepiej wielu dzieci. Oraz ich pielęgnacja, opieka nad nimi i wychowywanie aż do uzyskania samodzielności życiowej. W tym celu trzeba oczywiście wyjść za mąż, a następnie prowadzić gospodarstwo domowe i stwarzać mężowi poczucie bezpieczeństwa w prywatności świata rodzinnego. Świat kobiety wyczerpuje się w kręgu rodziny i tej otoczce społecznej, która dla jej funkcjonowania jest niezbędna: kontakty z krewnymi, znajomy­ mi, szkołami, sklepami, niewiele więcej. Reszta należy do męża i innych mężczyzn. Odnotujmy jako ważne, iż w proponowanej wizji jako coś zupełnie oczywistego zakładano rozłączny charakter wyboru: albo ro­ dzina, albo praca. Powszechne było bowiem przekonanie, iż obu tych sfer łączyć niepodobna, a skoro tak, z pracy koniecznie trzeba zrezy­ gnować. Pełniejszy model, na całe życie kobiety, przewidywał: od urodzenia kształtować swą osobowość, umiejętności, zainteresowania pod kątem kobiecej misji. Kształcić się tylko w niezbędnym zakresie i to pod odpowiednio praktycznym kątem. W szkołach przebywać nie dłużej niż to konieczne, a więc do chwili, kiedy trafi się kandydat na męża, im szybciej, tym lepiej. Pamiętając o tym, kobieta musi przede wszystkim dbać o swą atrakcyjność seksualną, a unikać winna jak ognia przejawiania inteligencji i — jakże chłodnej i odpychającej — racjonalności (których najlepiej nie rozwijać powyżej minimum niezbędnego dla życia rodzinnego). Po szczęś­ liwym zamążpójściu, jeśli nie daj Boże jednak już pracowała zawodowo, powinna natychmiast zrezygnować z posady. W każdym wypadku: zająć się wyłącznie domem. I jak najszybciej rodzić, rodzić i jeszcze raz rodzić. Co dalej? Cóż, troskliwie pielęgnować swe potomstwo, wychowywać... Nawet sporo czytać, ale wyłącznie poradniki, żumale, czasopisma kobiece również pełne porad i mody, trochę lekkich romansów dla rozrywki. Czytać, bo dzieci trzeba pielęgnować i wychowywać zgodnie z zaleceniami nauki. Trzeba też kompetentnie prowadzić dom, wprowadzać najnowsze rozwiąza­ nia techniczne w zakresie sprzętu gospodarstwa domowego. Znać się na zdrowiu i higienie własnej i członków rodziny. Konieczna jest wiedza dietetyczna i gastronomiczna, dobrze jest umieć samej upiec np. chleb. Wystrój wnętrza, rzecz ważna, podobnie urządzanie ogrodu. Trzeba umieć stworzyć odpowiedni klimat dla dorastających dzieci i utrudzonego męża, który późnym wieczorem wraca z pracy. Umieć w weekend urządzić w ogrodzie grill-party z sąsiadami lub kolegami męża z pracy. Huk roboty! Co dalej? To znaczy? Aha, kiedy dzieci pójdą w świat? A kto by o tym myślał. Dom nadal trzeba będzie utrzymywać, dzieci będą chciały do niego zaglądać... W ostateczności te z was, które zdobyły zawód i nawet już były zatrudnione, mogą teraz wrócić do tej swojej pracy... Ale mając za sobą spełnione dzieło życia, wypełnione powołanie kobiety: urodzone dzieci...

NOWY RUCH KOBIET

Czy to naprawdę potrzebne? Nie myślcie zatem, drogie panie, o dalszej przyszłości. Przedstawiony wzór życiowy dla kobiet nie jest karykaturą. Betty Friedan przytacza na wielu stronach porażające w swej prostej wymowie cytaty z pism i lektur kobiecych owego czasu. „Mistyka” przyodziewa oczywiście ten wzór pociągająco, gdyż przedstawiony w całej swej nagości mógłby nie każdej, a już zwłaszcza wykształconej kobiecie wydać się dostatecznie atrakcyjny. Cała armia moralizujących dziennikarzy i pedago­ gów pracowała nad tym, aby ów model zachwycał, oparcie zaś znajdowała w dorobku ówczesnej nauki. Uderzano zarówno w tony podniosłe, jak i całkiem przyziemne, choć wtedy raczej głos obniżał się do porozumiewaw­ czego szeptu. W obu wypadkach w centrum stawało jednak to samo, to co różni zasadniczo kobiety od mężczyzn, co tylko kobiety potrafią czynić: rodzenie. Rodzenie to rzecz wzniosła, cudowna i społecznie niezbędna. Ostatecz­ nie i raz na zawsze dowodząca waszej wartości. Rodźcie więc! I zostaw­ cie mężczyznom cały świat, bo nic nie jest warte więcej niż radość two­ rzenia! Wygrałyście los na loterii. Trochę bólu przy rodzeniu, a potem... Wprawdzie sporo pracy i wysiłku, ale w swoim domu, wśród swojskich przedmiotów i ludzi, we własnym królestwie. Mąż znika co rano i nie przeszkadza. Macie książeczkę czekową. Co za rozkosz — wydawać pieniądze. W supermarketach aż w oczach ciemnieje od towarów. Tyle wspaniałych rzeczy można jeszcze kupić: dla siebie, dla dzieci, dla domu. A jeśli już je macie, to co za problem, kupicie sobie nowsze modele, nowe wzory. I ile uciechy, ile przyjemności co dnia: można uszyć nowe zasłony lub sukienki dla córek, wypróbować nowy proszek do prania, upiec ciasto według nowej recepty, jeszcze lepszy połysk uzyskać na podłodze w saloniku... A i na pogawędkę z przyjaciółką znajdzie się czas. Pewnie, że mężowi powiecie wieczorem, że padacie z nóg, bo to prawda. A on wyrazi wam za to wdzięczność. Tak pisano, tak mówiono. A i pedagodzy, jak to dokumentuje autorka, nie zostawiali dziewczętom żadnych wątpliwości. Żadna tam nauka zawodu. Owszem, można trochę liznąć tego i owego, ale bez przesady, gdyż to odbiera kobiecość. „Kobiecość” zaś to wspaniała rzecz. Wedle psychologów i pedagogów kobiecość jest pewnym zespołem wrodzonych kobietom cech psychicznych i osobowościowych, różniących je zasadniczo od mężczyzn. I czyniących je może nawet — lepszymi? W każdym razie odmiennymi i tylko w tej odmienności potrzebnymi społeczeństwu i znajdującymi szczęście. Jeden z cytowanych pedagogów powiada, iż kobiecość to „rozu­ mienie osób, tego co bezpośrednie, niematerialnych stosunków jakościo­ wych, odraza do statystyk i liczb”, to intuicyjność, emocjonalność i w ogóle wszystko, co „pielęgnuje to co dobre, prawdziwe, piękne, pożyteczne i święte”. A męskość? Nie ma czego zazdrościć. To „ogromnie przeceniana kulturowa siła twórcza, bezkrytyczne ujmowanie »postępu« jako czegoś samego w sobie dobrego, egoistyczny indywidualizm, innowacyjność, tworzenie abstrakcyjnych konstrukcji, myślenie ilościowe”, co w ostatecz­

85

86

DZIEJE FEMINIZMU

ności prowadzi do jakże smutnego efektu, do komunizmu albo bomby atomowej68. Oczywiście utrzymywanie, iż kobiety „nie wykonują zawodu” pozo­ stając gospodyniami domowymi jest grubym nieporozumieniem. „Problem pani polega na tym — tłumaczy cierpliwie, choć z pewnym poirytowaniem, jakiejś zaniepokojonej gospodyni domowej znana dziennikarka „Ladies’ Home Journal” Dorothy Thompson — że pani wykonuje, nawet o tym nie wiedząc, tuzin różnych zawodów. Zamiast »gospodyni domowa« mogłaby pani napisać: księgowa, kucharka, pielęgniarka, kierowca, krawiec, dekora­ tor wnętrz, kupiec spożywczy, nauczycielka, sekretarka osobista — albo po prostu: przyjaciółka ludzi...” A co do nie zrealizowanego projektu życio­ wego? że chciała pani zostać muzykiem? „Czyż to nie po pani mają dzieci muzykalność?” Owszem, przyznaje sławna dziennikarka, zgódźmy się, praca domowa nie wymaga zbyt wiele rozumu, ale „świat bogaty w kobiecy rozum, a ubogi w dzieci wnet przestałby istnieć...Wielcy synowie mają wielkie matki.”69 I udało się. Efekt szerzenia mistyki kobiecości był zadziwiający, kobiety klasy średniej rodziły dzieci na pęczki i uwijały się w swych domostwach od rana do wieczora. Skutki kultu macierzyństwa przeraziły w końcu nawet jego współsprawczynię, Margaret Mead, która, jak odnotowuje autorka, na początku lat sześćdziesiątych określiła to mianem powrotu do „kobiety jaskiniowej”70. Pod koniec lat pięćdziesiątych dały o sobie znać wady tego modelu. Odkryła je autorka pod postacią braku radości życia u wielu kobiet, braku poczucia sensu, a nawet samej realności własnego istnienia. Mistyka kobiecości zrodziła nie nazwany problem (problem that has no name), jak go paradoksalnie nazwała. Jego objawy to zaburzenia psychiczne, depresja, alkoholizm, promiskuityzm itd. A wśród skutków — szczególnie złowróżb­ ne zwichrowanie postaw życiowych u młodzieży. Nie ma się czemu dziwić. Te kobiety zostały zahamowane w rozwoju, zatrzymano je na poziomie podrośniętego dziecka. Są infantylne i wychowują jeszcze bardziej infantyl­ ne dzieci. A te, u których zdołały rozwinąć się wyższe czynności umysłowe, może nawet zdobyły zawód, może nawet pracowały, te kobiety duszą się, chorują. Jak temu zaradzić? Długa lista cytatów, aż niewiarygodnych w swej wymowie, pokazuje, że pedagodzy i ideolodzy upatrywali przyczyn tych negatywnych zjawisk nie w uleganiu mistyce kobiecości, lecz w niepełnym poddaniu się jej, w niedoprowadzeniu tego aktu do końca, w niezupełnym zrezygnowaniu z jakichś innych, „chorych” ambicji. Toteż ich recepta krążyła wokół tego, jak nakłonić kobiety do jeszcze doskonalszego podporządkowania się swej misji, do jeszcze pełniejszej rezygnacji z wszelkich innych ludzkich funkcji. Radzono: jeszcze mniej oświaty i wiedzy, jeszcze więcej zajęć w domu. 68 Ibidem, s. no—iii. 69 Ibidem, s. 35—36. 70 Ibidem, s. 100.

NOWY RUCH KOBIET

A może by tak odebrać na powrót kobietom prawo wyborcze, które, jak widać, tylko pomieszało im w głowach? Autorka, wspierając się na ówcześnie modnej nowej psychologii roz­ wojowej Roiła Maya i Abrahama Maslowa, wskazuje na wyjście w zupełnie przeciwnym kierunku: dom domem, rodzina rodziną, są ważne, ale oprócz tego kobiety powinny pracować. I to nie społecznie, nie hobbistycznie, lecz całkiem serio. Miarą zaś powagi i znaczenia wykonywanej pracy jest zapłata. Kobiety zatem powinny pracować zarobkowo. Tylko poprzez pracę człowiek uczestniczy w szerszym życiu społecznym, zmuszany jest do stałego przekraczania samego siebie i przystosowywania się do nowych sytuacji, a więc do samorealizowania się poprzez kolejne wykorzystywanie wszelkich tkwiących w nim potencji. Ta potrzeba nie kończącego się nigdy rozwoju, przekraczania siebie, jest dana nie tylko mężczyznom, jak zdawali się sądzić wymienieni teoretycy. Dlaczego to, co szkodzi zdrowiu psychicz­ nemu mężczyzny, wszelki zastój, rutyna, stan spoczynku, miałoby nie wiedzieć czemu być zbawienne dla kobiet? Szkodzi im tak samo. A mistyka kobiecości właśnie wpędziła je w ten ślepy zaułek. Co robić? Oto program autorki: Kobiety, jak się rzekło, powinny wszystkie pracować. Na równi z mężczyznami i tak jak mężczyźni. Zarob­ kowo, i to nie nawet w jakichś wyodrębnionych, kobiecych zawodach, ani tylko na niższych stanowiskach. Różnice między kobietami a mężczyznami (i to jest jej antropologia płci, założona jako oczywista, choć na przekór panującym tendencjom) sprowadzają się wyłącznie do genitalno-fizjologicznych. Talenty, możliwości, inteligencję mają obie płcie na początku drogi życiowej takie same, tak samo zróżnicowane indywidualnie. Kobiety są zatem w stanie funkcjonować społecznie zupełnie jak mężczyźni. Dlaczego więc tak nie funkcjonują? Bo ulegają mistyce kobiecości, bo dokonują „błędnego wyboru” w młodości, rezygnując ze zdobycia samodzielnego zawodu lub z jego wykonywania. Same więc są sobie winne. Owszem, przyczynili się do tego pedagodzy, psycholodzy itd., ale wybór należał do samych kobiet, toteż wyprowadzić z matni może je tylko ich osobista decyzja i starania. Oto kolejne kroki do wykonania: uwolnić się od mistyki kobiecości we własnej świadomości. Małżeństwo, rodzina, dzieci, dom — to wartości obok innych, a nie ponad innymi, a tym bardziej nie jedyne. Przestać bać się presji środowiska, które śpieszy z potępieniem kobiety chcącej podjąć pracę, a jeśli ją podejmie, czyha tylko, by obwiniać ją za wszelkie niepowodzenia w rodzinie brakiem wystarczającej troskliwości. I... podjąć pracę. Jeśli kobieta nie posiada kwalifikacji, to podjąć naukę albo powrócić do przerwa­ nej nauki. Tak, nie wstydzić się, zasiąść w ławie szkolnej nawet z własną córką. A kiedy wreszcie podejmą pracę, to zobaczą, jak wszystko dobrze się ułoży. Zniknie „nie nazwany problem”, wróci zdrowie psychiczne i satys­ fakcja z życia. Nawet życie rodzinne ułoży się lepiej i dzieci będą wyrastać na normalnych osobników. Rodzina nie powinna być dla kobiety większą wartością niż dla mężczyzn. Dopiero praca nas uczłowiecza, praca twórcza, potrzebna społeczeństwu, a więc — zarobkowa.

87

88

DZIEJE FEMINIZMU

Ten prosty program wymaga jednak dokonania się także pewnych zmian w społeczeństwie, czego autorka jest oczywiście świadoma. Nie przewiduje wprawdzie oporu przeciw nowemu wyborowi modelu życiowego kobiet, nie widzi w nikim ani wroga, ani nawet przeciwnika, ale pewne zmiany muszą także nastąpić w otoczeniu społecznym. Adresatem postulatów, poza kobietami, okazuje się społeczeństwo oraz pedagodzy, imiennie wyróżnieni. Autorka apeluje do pedagogów, przekonana, że głosząc mistykę kobiecości chcą przecież dobrze, więc zrozumiawszy jej szkodliwość zaczną propago­ wać jej koncepcję. Uda się też przekonać społeczeństwo, kiedy zrozumie, ile traci nie korzystając z talentów i uzdolnień kobiet, a także poczuje się nie w porządku, że dla swego dobra zmusza kobiety do odczłowieczenia. A zatem: przede wszystkim zmieniony zostanie system kształcenia. Dziew­ częta i chłopcy będą odtąd uczyli się tego samego i tak samo, w całym bogactwie treści i form. Potem staną z równymi szansami przed takimi samymi wyborami. Ponadto autorka oczekuje, że społeczeństwo nie zwleka­ jąc zatroszczy się o kobiety, które już zostały skrzywdzone przez mistykę kobiecości i stworzy im specjalne warunki powrotu do normalnego życia. Tak jak wracającym z wojny żołnierzom. A więc specjalne kursy zawodowe, możliwości szybkiego dokształcania się i zdobywania nowych kwalifikacji. I jakieś ułatwienia w uzyskiwaniu zatrudnienia. Wreszcie, co ogromnie ważne, społeczeństwo winno rozwinąć bogatą i łatwo dostępną sieć ośrod­ ków dziennej opieki nad dziećmi. I uwolnić kobietę od nie chcianej ciąży i jej życiowych skutków. Dalej miało już być tylko dobrze. Choć nie wiadomo nawet jeszcze, jak bardzo dobrze. „Któż wie — kończy książkę — czym jeszcze okażą się kobiety, gdy wreszcie będą mogły stać się sobą? Któż może wiedzieć, czego dokona ich inteligencja, gdy będzie mogła kształtować się swobodnie, choć bez potrzeby negowania miłości? [...] Kiedy mężczyzn i kobiety łączyć będą nie tylko dzieci, dom i ogród, nie tylko spełnianie ról biologicznych, ale także odpowiedzialność i pasja pracy kształtującej przyszłość?”71

Pewna naiwność książki, wyraźnie widoczna nie tylko dziś, ale już wkrótce po jej publikacji, wtedy jeszcze nie rzucała się w oczy, zwłaszcza czytelnikom wychowanym w duchu amerykańskiego liberalizmu. Wnet jednak opór materii społecznej przeciw próbom realizacji jej zaleceń wydobył te słabe punkty na jaw. Program miał, i musiał mieć, przeciwników, tych, którzy na jego realizacji mogli stracić, nawet jeśliby społeczeństwo jako całość miało odnieść tylko korzyści. Ponadto autorka wypowiadała się stale w imieniu kobiet jakby naiwnie nie zauważając, że patrzy i mówi w imieniu pewnej tylko ich grupy: kobiet klasy średniej, w średnim wieku, które z opustoszałych domów wyrywały się do pracy zawodowej, nie byle jakiej, profesjonalnej. To tylko w ich oczach przedstawianie siedliska życia rodzinnego jako „komfortowego obozu koncentracyjnego” mogło zyskać uznanie. Wiele Amerykanek praco­ 71 Ibidem, s. 242—243. (B. Friedan The feminine mystiąue, London 1963, s. 378).

NOWY RUCH KOBIET

89

wało, gdyż były do tego zmuszone, bez zachwytu i bez satysfakcji, a swą szarą, ciężką, monotonną pracę odczuwały jako niewolę, a nie radosne źródło wolności. Szczególny los był udziałem Amerykanek kolorowych, które często samodzielnie dźwigały ciężar utrzymywania rodziny, czasem obejmującej wprawdzie męża, ale nie pracującego. Wypowiadanie się w imieniu wszystkich Amerykanek, a często kobiet w ogóle, nie jest jednak zwykłym przeoczeniem: jest to postawa znamienna dla odradzającego się feminizmu. Nawet jeśli mówi się o losie pewnej szczególnej grupy kobiet, to podkreśla się zawsze, iż to ich płeć jest pierwotnym źródłem ich niedoli. Podobne były zresztą intencje twórców atakowanej przez autorkę mistyki kobiecości: dotyczyć miała powoła­ nia kobiety w ogóle. Wreszcie — znów z pewną jakby naiwnością — autorka opierała się na aksjologicznych założeniach indywidualistycznego hedonizmu i zapewne egalitaryzmu, wcale nie dla każdego oczywistych, ale dla niej oczywistych aż do przeźroczystości. Nawet gdyby niczego w jej wywodach nie kwestionować, nawet gdyby uznać, iż panujący model życiowy kobiet unieszczęśliwia je, można by zapytać: no i co z tego? Czyż ludzie muszą być w życiu szczęśliwi? I czy dążenie do szczęścia ma zawsze usprawiedliwiać ich poczyna­ nia? W dodatku szczęścia najwyraźniej utożsamianego tu z doznawaniem przyjemności, jakiejś hedonistycznej radości życia? To może wobec tego, nie oszukując kobiet, trzeba im powiedzieć: cierpcie i basta! Tego potrzebuje od was społeczeństwo. Albo: taka jest wola boska. Autorka unika konfrontacji z problemem nadrzędności dobra społeczeństwa jako całości, gdyż udowadnia, że w obecnej sytuacji straty ponoszą nie tylko kobiety, ale właśnie społeczeń­ stwo jako całość, nie wykorzystujące skarbnicy kobiecych talentów. Co jednak powiedziałaby, gdyby jej wykazano, iż obecny model jest bardziej ekonomicz­ ny niż proponowany i że koszty jego przebudowy przerosłyby ewentualne zyski społeczne? Zapewne opowiedziałaby się wtedy za nadrzędnością dobra jedno­ stek ludzkich, zakazującą budowania dobra ogólnego kosztem tworzących ogół jednostek, ale tego udaje się jej uniknąć. A co począć, jeśli zaprotestują mężczyźni, twierdząc, iż na tych zmianach oni ponieśliby straty? Zapewne opowiedziałaby się za równością w rozkładzie korzyści i ciężarów pomiędzy członkami społeczeństwa. Lecz w książce i tego unika, gdyż spodziewa się polepszenia sytuacji kobiet bez pogorszenia sytuacji mężczyzn, przeciwnie, w tej grze wszyscy mają okazać się wygranymi. Jest charakterystyczne, iż w odniesieniu do gospodarstw domowych nie przewiduje wciągnięcia do obowiązków mężczyzn, a jedynie lepszą organizację kobiecych prac, w efekcie której uda się kobietom gładko łączyć jedno i drugie. Nie żądajmy jednak za wiele. To były początki, start w nieznane72. Wydarzenia toczyły się dalej prawie lawinowo, książka rozpalała wyobraźnię, 72 Brytyjskie feministki liberalne powołują się czasem na własną „Betty Friedan”, a mianowi­ cie na książkę Hannah Gavron The captive wife. Conflicts of housebound mothers, wydaną w Londynie w 1966 roku. Jest to nie dokończone przez autorkę, socjologa, nieduże i fragmen­ taryczne dziełko, oparte na zrelacjonowaniu badań przeprowadzonych nad rodzinami miesz­ kającymi w Kentish Town w Londynie. Gdyby nie przedwczesna śmierć autorki, książka na pewno rozrosłaby się, ale w jej faktycznym stanie stanowiła jedynie zalążek dyskusji podobnych do tych, jakie wywołała już wcześniej praca Betty Friedan. Rzeczywiście współbrzmi z poglądami tej

DZIEJE FEMINIZMU

90

a stąd blisko już było do pożaru. Wiele kobiet, jak po latach wspomina Betty Friedan — a po lekturze książki nietrudno w to uwierzyć—mówiło jej w czasie nieustających spotkań autorskich, iż „pani książka zmieniła zupełnie moje życie”73* . W trzy lata później zapłonęło pierwsze ognisko: pojawiła się partia NOW, po następnych dwóch latach — ale już czerpiąc energię także z innych źródeł — rozpaliło się wiele ogni Women’s Liberation, Ruchu Wyzwolenia Kobiet. Zanim powrócimy do relacjonowania biegu wydarzeń, warto zatrzymać się przy innej lekturze. Nie wywarła ona już tak widocznego, spektakularnego wpływu — sama zresztą nawiązywała do Mistyki kobiecości — ale częste odwołania do jednego z zawartych w niej artykułów pozwalają domyślać się, iż przynajmniej wśród autorek feministycznych była także powszechnie czytana, to zaś, że spośród pomieszczonych w niej prac pozytywnie wymieniany jest tylko artykuł Alice Rossi, łączy się zapewne z późniejszą sławą tej autorki jako jednej z ważniejszych postaci feminizmu liberalnego. Negatywnym odniesie­ niem — trochę przez nieporozumienie — dla wielu późniejszych tekstów feministycznych stał się raport Eriksona. Lektura innych tekstów w tej książce mogła działać bardziej pośrednio, czego ślady są czasem jakby widoczne. Mowa o książce pod tytułem Woman in America (Kobieta w Ameryce), zbiorze artykułów, których teksty stanowiły referaty na jesiennym sympozjum w Bostonie (to miasto będzie niejednokrotnie siedliskiem ważnych dla femini­ zmu wydarzeń!), poświęconym sytuacji kobiet i przyczynom frustrującego je „nieprzystosowania”. Wydana pół roku po Mistyce, wiosną 1964 roku, pierwotnie w mało przystępnej formie specjalnego numeru prestiżowego kwartalnika naukowego „Daedalus”, została wnet opublikowana jako książka, tak wielkie było widać na tę pozycję zapotrzebowanie czytelnicze. The woman in America

„Daedalus”, Journal of the American Academy of Arts and Sciences. Issued as Vol. 93, No. 2, of the Proceedings of the A. A. of A. & Sc. Spring 1964. Obok często potem cytowanego w literaturze feministycznej, na ogół z aprobatą, artykułu Alice Rossi książka obejmuje osiem innych tekstów, w tym dwóch wówczas niewątpliwych autorytetów naukowych, Erika H. Eriksona i Davida Riesmana. Artykuł Erika H. Eriksona, znanego psychiatry i psychologa rozwoju, Przestrzeń wewnętrzna i zewnętrzna™ komponuje się dobrze w dwubie­ ostatniej. Autorka także stara się jakoś rozwiązać problem umożliwienia kobietom normalnej pracy zawodowej przy równoczesnym pełnieniu przez nie tradycyjnej roli matki. Między innymi, obok znanego hasła tworzenia tanich i łatwo dostępnych ośrodków dziennej opieki nad dziećmi, proponuje też coś wówczas nader nowatorskiego: wprowadzenie w środkach transportu i w budow­ nictwie zwłaszcza ochrony zdrowia udogodnień dla matek poruszających się z małymi dziećmi. Ibidem, s. 151. ” B. Friedan: Der Weiblichkeitswahn..., op. cit., s. 11. 74 Inner and outer space. Reflections on womanhood.

NOWY RUCH KOBIET

91

gunowy układ z następującym zaraz po nim tekstem Alice Rossi, gdyż reprezentują one odpowiednio dwa przeciwstawne podejścia, z których na razie to drugie, androginiczne, będzie charakterystyczne dla kształtującej się myśli społecznej i antropologicznej feminizmu. Erikson natomiast obstaje przy poglądzie, że różnice między płciami sięgają nader głęboko w psychikę i są trwałe, choć niekoniecznie wprost wrodzone. Ale — i to go różni od piewców mistyki kobiecości, którzy przecież także byli tego zdania — nie widzi żadnych powodów, aby na tej podstawie wykluczać kobiety ze sfery publicznej. Odnotować warto, iż autor na wstępie zauważa coś, co świadczy o atmosferze tamtego czasu: temat różnic płciowych stał się szalenie modny wśród naukowców, trwały gorączkowe, niezbyt systematyczne badania, a na licznych zebraniach naukowych zastanawiano się, czy kobieta może być w ogóle „w pełni człowiekiem” (sic! to cytat)75. Startując z tak wątpliwej już na wstępie pozycji, biorące udział w dyskusji kobiety były w sytuacji nie do pozazdroszczenia, a ich podszyte emocją wypowiedzi tylko utwierdzały w wątpliwościach akademickich kolegów. Wróćmy jednak do istoty sprawy. Autor relacjonuje wyniki badań nad dziećmi przedszkolnymi. Dzieci, którym dawano zestaw klocków i figurek zwierzęcych i ludzkich, miały zaaranżować z nich sytuacje. Badania wykazały, iż chłopcy wolą scenerię w przestrzeni otwartej, a rozgrywające się w nich historie mają charakter dynamiczny (wypadki uliczne, gonitwy policyjne), gdy tymczasem dziew­ częta układają raczej sytuacje w przestrzeni zamkniętej, ogrodzonej murem lub ścianami, ze stałym układem elementów i spokojną akcją. Inaczej mówiąc, chłopców charakteryzuje upodobanie do „przestrzeni otwartej”, dziewczęta — do „przestrzeni zamkniętej”. Łatwo nasuwa się wyjaśnienie tych różnic odmiennym typem socjalizacji i dotychczasowych doświadczeń życiowych, podtrzymujących stereotyp: dziewczęta mają zajmować się wewnętrznym światem domu, mieszkania, ogródka, chłopcy — otwartym światem ulicy, boiska, przyrody. Erikson jednak — niechętny zapewne koncepcjom socjalizacyjnym — snuje hipotezę, iż zamiłowanie do prze­ strzeni zamkniętej łączy się u dziewcząt ze specyfiką ich ciała, z ich doświadczaniem jego wewnętrznej przestrzeni, wewnętrznej płodności. Ta i podobne różnice psychiczne między płciami mają zatem76, wedle autora, trwały, biologicznie ufundowany charakter. Mimo to piewcy kobiecości są w błędzie, wyprowadzając stąd wniosek o naturalności wykluczenia kobiet ze sfery publicznej. Erikson, który przy całej odmienności teoretycznej od Margaret Mead posuwa się po linii u niej także występującej, a nie zauważanej przez mistyków kobiecości, nie widzi żadnego uzasadnienia dla takiej ekskluzji. Jego zdaniem kobiety mogą, a nawet powinny wkraczać do sfery publicznej, a już zwłaszcza do polityki, ale nie maskulinizując się czy naśladując mężczyzn, lecz właśnie zachowując swoją kobiecość. Mogą 75 The woman in America, w: „Daedalus”, 93, 2, Spring 1964, s. 583. 76 Owo „zatem” wyciągnięte zostaje z kuferka, do którego je autor przedtem włożył — sprawą możliwości przeciwstawnego interpretowania tych samych danych empirycznych zajmiemy się później.

92

DZIEJE FEMINIZMU

i powinny pełnić te same role co mężczyźni, ale nie na sposób mężczyzn, lecz inaczej (1), po kobiecemu! Mężczyźni zawłaszczyli arenę polityczną i w ogóle całe życie publiczne jako pole swych chłopięcych igraszek, gonitw, ryzykow­ nych zabaw, przygód i starć, najwyższy czas, aby tam wkroczyć i to ukrócić, gdyż ci duzi chłopcy zatracili już wyobraźnię adaptacyjną i ślepi na śmiertelne zagrożenie ludzkości (autor myślał wówczas o zagrożeniu nuklearnym) pchają świat ku zgubie. Cała nadzieja w odmiennej wyobraźni kobiet! Jak z tego widać, nawet przyjmując antropologiczne założenie „mistyki kobiecości” o trwałości psychicznej odmienności obu płci, można mimo to odrzucić tezę o nieuchronnej odrębności ich ról społecznych. Przeciwnie, tym bardziej kobiety powinny pełnić, obok mężczyzn (co znaczy, jak widać, czasem na przekór nim) te same role11. Alice S. Rossi wyszła w swym artykule Równość płci — Nieskromna propozycja13 z przeciwstawnej pozycji antropologicznej, z założenia, iż istniejące między płciami różnice tylko w małym stopniu ufundowane są biologicznie, w większości są pochodzenia socjogennego. „W niniejszym artykule wychodzimy z założenia — pisze — iż ogromna większość różnic między płciami, dostrzeżonych w trakcie badań społecznych, jest zdeter­ minowana raczej społecznie, a nie psychologicznie”77 79. Oczywiście, niezależ­ 78 nie od opowiedzenia się po tej stronie nie kończącego się od wieków sporu między zwolennikami biogennego i socjogennego pochodzenia różnic między płciami, można by optować za pozostawieniem tych różnic w spoko­ ju. Zdaniem A. S. Rossi postąpić trzeba inaczej. Różnice należy znosić, oczywiście te, które można znieść, które nie są biologicznie przesądzone. Dlaczego należy? Gdyż jedynie to może doprowadzić do faktycznej równo­ ści płci. A przecież o równość chodzi8081 . Nie należy jednak powtórzyć zrozumiałego w XIX wieku błędu pierwszego ruchu kobiet: nie chodzi o to, aby mężczyźni zostali tacy, jacy są, a kobiety tylko zmieniły się i utraciły swą kobiecość, stały się męskie. Chodzi o wzajemne zbliżenie się obu płci poprzez częściową maskulinizację kobiet i feminizację mężczyzn. Autorka postuluje tak pojmowaną social androgyny — społeczną androgini^. „Przez równość płciową (sex equality) rozumiem taką koncepcję społecznej androginii w zakresie ról mężczyzn i kobiet, która zakłada, iż stają się oni równi sobie i podobni w takich sferach, jak zaangażowanie i zainteresowania intelektualne, artystyczne, polityczne i zawodowe, natomiast pozostają wzajemnie komplementarni tylko w tych sferach, które są wyznaczane przez różnice fizjologiczne między płciami”82. I autorka odpowiada na trzy 77 Niestety, te oryginalne emancypatorskie myśli autora pozostały wtedy zupełnie nie zauważone, natomiast zaatakowano go za biologistyczną wykładnię wyników zaprezentowanych badań. Analogiczne pomysły pojawiły się dopiero w późniejszym, kulturowym feminizmie. 78 Equality between the sexes. An immodest proposal. 77 The woman in America, op. cit., s. 6o8. 80 Co — jako cel działań reformatorskich — wydaje się jej oczywiste, zakorzeniony głęboko egalitaryzm nie domaga się u niej samej żadnego już uzasadnienia, aksjologicznego umocowania. 81 Zapamiętajmy to słowo. Użyte tu w takim nieseksuologicznym znaczeniu (tak było już u V. Woolf we Własnym pokoju), odegra w feminizmie znaczną rolę.

NOWY RUCH KOBIET

pytania, które w związku z tym się pojawiają: „Dlaczego impet poprzed­ niego ruchu feministycznego został utracony? Dlaczego amerykańskie społeczeństwo powinno usiłować osiągnąć stan równości płci w postaci przeze mnie zdefiniowanej? Jakimi metodami można osiągnąć równość między płciami?”82 83 W 1920 roku Amerykanki nie poszły za ciosem. Uzyskawszy równość praw politycznych zrezygnowały z dalszej walki o równość w sferze zatrudnienia i w aktywności społecznej. W gruncie rzeczy wycofały się dobrowolnie nawet z tego, co już zdobyły. Poprawka wprowadzająca „płeć” do ERA już od siedemnastu lat co roku odrzucana jest przez Kongres, a kobiety milczą. Absolwentek college’ow jest dziś mniej niż przed 30 laty. Otwartej wrogości wobec feminizmu wprawdzie w USA dziś nie widać, ale też ani śladu przejawów dawnego feministycznego ducha. Studentki, nawet te najlepsze, pytane o plany życiowe ujawniają, iż nie mają żadnych — z wyjątkiem zamążpójścia, a dalej to już mąż zadecyduje. „We współczes­ nym społeczeństwie amerykańskim bardzo rzadko trafia się jakaś Nora, ponieważ kobiety łudzą się, że dom lalek jest dość przestronny, aby w jego murach znaleźć pełne osobiste spełnienie.”84 Ów smutny stan rzeczy uwarunkowany jest trojako: Kobiety koncentrowały się dotąd jedynie na walce o modyfikacje prawa, a nie wymogły przemian instytucjonalnych, zwłaszcza w zakresie przystosowania modelu życia rodzinnego do pracy zawodowej kobiet. Sojusznicze emancypacyjne ruchy społeczne osiągnęły tymczasem swoje cele (ruch abolicjonistyczny, ruch robotniczy) i kobiety pozostały na polu walki same. A na dodatek nauki społeczne i psycholo­ giczne w USA po wojnie okazały się skrajnie konserwatywne. Równość płciowa jest potrzebna, mimo iż istniejący system ról płcio­ wych funkcjonuje w społeczeństwie sprawnie, a większość kobiet nie jest zainteresowana jego zmianą. Czy to znaczy, że chcemy kobiety uszczęśliwiać na siłę? Cóż, część niewolników czy chłopów pańszczyźnianych też była zadowolona ze swego losu, a czyż nie należało go zmienić? Ucisk trzeba znosić nawet wbrew woli uciskanego, bo ucisk zubaża i kaleczy obie strony w tej relacji. Ponadto równość płciowa leży w interesie całego społeczeństwa. W dotychczasowym systemie wychowuje się okaleczoną młodzież. Całodo­ bowe matkowanie wywołuje jedynie chroniczną niedorosłość i trwałe uzależnienie od rodziców, małą odporność fizyczną, alkoholizm, kompulsywny seks itd. Natomiast naturalną drugą stronę medalu zatrudnienia kobiet będzie stanowiła, bardzo pożyteczna dla dzieci, partycypacja ojców w ich wychowaniu. Ciekawe, że nieobecność matki przy dziecku określana jest w aktualnych poradnikach jako maternal deprivation (po­ zbawienie matki), a nieobecność ojców jako paternal absence (czyli — zwy­ czajnie — nieobecność ojca). Widać w tym podstawowy błąd dotych­ czasowych koncepcji wychowania. Ponadto: społeczeństwa po prostu n i e 82 Ibidem, s. 608, podkr. moje — K. Ś. 83 Ibidem, s. 609. 84 Ibidem, s. 608.

93

94

DZIEJE FEMINIZMU

stać na luksus uczynienia z macierzyństwa całodobowego wyłącznego zajęcia dorosłych, zdrowych na duchu i ciele, inteligentnych istot ludzkich. I za to tylko, że opiekują się mężem, dziećmi i domem, są utrzymywane? Toż to pierwszy taki przypadek w historii!85 A jak dokonać przemiany w społeczeństwie? Tu autorka (wyraźniej niż Betty Friedan) widzi zadanie dla całego społeczeństwa, same kobiety są za słabe, w dodatku utrzymywane w błędzie. Dopiero kiedy opuszczą na dobre cztery ściany domu i popracują trochę, zobaczą, w jakim przebywały potrzasku. A w pełni dostrzegą w tym swój interes dopiero kobiety generacji wychowanej w nowych warunkach. Trzeba zrealizować trzy punkty pro­ gramu: zmienić i rozbudować instytucje opieki nad dziećmi, zmienić sposób i miejsce zamieszkiwania i przeobrazić system kształcenia. To wszystko przy założeniu, że rodziny będą nadal spełniać swe typowe dotąd funkcje. A autorka tak zakłada. Łatwo dostępna opieka nad dziećmi jako warunek pracy zawodowej kobiet — to zrozumiałe. Co do systemu habitacji, to obecna odległość miejsc pracy od miejsc zamieszkania izoluje kobiety od świata i pracy, mężów zaś od rodziny. Autorka daje przykład rozwiązania szwedzkiego na drodze sanacji budynków śródmiejskich. Dopiero wtedy kobiety będą mogły pracować, a mężowie uczestniczyć w wychowaniu dzieci. A co do edukacji, to trzeba nauczyć kobiety i mężczyzn chcieć. Chcieć takich przemian. „Mężczyźni i kobiety powinni nie tylko być w stanie na równi uczestniczyć w życiu społecznym; oni muszą tego chcieć.”86 Do tej pory bowiem dziewczęta w procesie edukacji zostają płciowo sprefigurowane (sex-typed), nie daje im się żadnego przygotowania zawodowego, zresztą one same widząc, że we wszystkich sferach z wyjątkiem sfery życia rodzinnego dominują mężczyźni, chcą zostać tylko matkami. Trzeba uczyć dziewczęta np. zajęć technicznych, a chłopców szycia i pielęgnowania niemowląt. Trzeba stworzyć system, w którym nie zakłada się z góry społecznej różnicy ról płciowych, przeciwnie, każdemu pozostawia się jednakowy wolny wybór z całej gamy możliwości87. Na zakończenie autorka zaleca realizację tego programu stopniowo, drobnymi krokami — przerażona zapewne hurrarewolucjonizmem ówczes­ nych lewicowych ruchów młodzieżowych. Uspokaja też obawiających się zaniku życia płciowego i spadku rozrodczości. „W końcu pod względem seksualnym każda płeć ma to, czego drugiej brakuje, więc obie potrzebują się wzajemnie”88. A jeśli przy tym seksualność przestanie odgrywać tak przesadnie akcentowaną rolę jak obecnie, to tym lepiej. Pozostałe siedem artykułów zapewne także oddziaływało na rodzący się feminizm. Jeśli już ktoś brał do ręki książkę, to pewnie zaglądał i do innych tekstów. Historyk Carl N. Degler w eseju Rewolucja bez ideologii — Zmienia 85 Ibidem, s. 615. 86 Ibidem, s. 638. 87 Już za parę lat cały ten program autorki uznawany będzie za bardzo umiarkowany, ale na razie porażał odwagą i nonkonformizmem. 88 Ibidem, s. 648

NOWY RUCH KOBIET

się miejsce kobiet w Ameryce89 szuka przyczyn zdumiewającej — w kraju określonym przez XVIII-wiecznego podróżnika z Europy jako „raj dla kobiet”—postawy wrogości wobec pracy zawodowej kobiet i ich angażowa­ nia się w życie publiczne. Wprawdzie zatrudnienie kobiet także w USA po wojnie w liczbach bezwzględnych nie malało, a nawet rosło, ale w 1950 roku trzy czwarte kobiet zatrudnionych było w dwudziestu zawodach typowo kobiecych (sekretarki, maszynistki, służba domowa, nauczycielki, urzęd­ niczki, pielęgniarki, telefonistki itp.), gdzie były znacznie gorzej opłacane niż mężczyźni, próby zaś przedzierania się na stanowiska prestiżowe natrafiały na twarde bariery. Spadło też wykształcenie kobiet w porównaniu z Europą. Wszystkiemu winien jest amerykański indywidualistyczny sposób myślenia, sądzi autor. Kobiety nie widzą własnej sytuacji jako społecznie uwarunkowanej, brak im ideologii, która np. wpływa pozytywnie na sytuację kobiet w Izraelu czy w ZSRR. Ameryce potrzebny jest renesans ideologii feministycznej, powiada proroczo. Esther Paterson w kolejnym artykule Kobiety pracujące posuwa się dalej w statystycznym dowodzeniu upośledzenia amerykańskich kobiet w sferze pracy zarobkowej. Pewne nadzieje łączyła z nowymi rynkami pracy, np. z obsługą komputerów. Lotte Bailyn, psycholog społeczny z Harvardu, w Uwagach na temat roli wyboru w psychologii kobiet wolnych zawodów90 dokonała jakby doprecyzo­ wania książki Betty Friedan: To nie dla wszystkich kobiet istnieje problem podejmowania pracy zarobkowej. Dla bogatych — to kwestia czysto osobista. A dla ogromnej rzeszy uboższych nie ma tu w ogóle innego wyjścia niż zarabianie, choćby to naprawdę bardzo źle odbijało się na domu. Problem wyboru istnieje wyłącznie u kobiet klasy średniej.Tu rzeczywiście ma miejsce brzemienna w skutki decyzja życiowa, która — jeśli polega na pozostaniu w domu — jest „błędnym wyborem” z przyczyn trafnie, jak sądzi autorka, ustalonych przez Betty Friedan. Niestety, społeczeństwo nie ułatwia właściwej decyzji, gdyż kobiety oceniane bywają nade wszystko wedle osiągnięć i niepowodzeń w życiu rodzinnym. Trzeba zrobić wszystko, aby uwolnić kobiety od stałego zagrożenia poczuciem winy. David Riesman w Dwu generacjach w tonie bardzo osobistym, porównując pokolenie matki i córki, konstatuje, iż w jednej sprawie nic się nie zmieniło. Jak to ujęła Simone de Beauvoir, kobiety są nadal „drugą płcią” i pewnie nią nadal pozostaną, bo o wszystkim decydują mężczyźni. Nawet jeśli obecne pokolenie kobiet wycofa się z błędnej decyzji i powróci do pracy, to i tak przyjmie bez szemrania posady drugorzędne. Z pewnych wyjątkowych względów trzeba uważniej odnotować wąsko pomyślaną analizę Edny G. Rostow Konflikt i uzgodnienie91. Opisuje model życia małżeńskiego w środowisku „wykształconych kobiet średniej klasy [...] z uniwersyteckich wspólnot ze wschodniego wybrzeża”92. Otóż mowa 89 90 91 92

Revolution without ideology. The changing place of women in America. Notes on the role of choice in the psychology of professional women. Conflict and accomodation. Ibidem, s. 740, 741.

95

96

DZIEJE FEMINIZMU

tu o nie byle jakim środowisku, lecz tym właśnie, w którym dojrzewała eksplozja młodego, radykalnego feminizmu, czego autorka nie mogła jeszcze wtedy być świadoma. Zaobserwowała w tej grupie daleko posunięte przemiany obyczajowe. U owych studiujących córek z raczej bogatych domów lub już pracujących młodych kobiet po studiach nie występuje w ogóle problem rezygnacji z pracy i ambicji zawodowych, po prostu wychodząc za mąż, nadal pracują i chcą awansować. U nich „kwestia kobieca” sprowadza się do tak zwanego „uzgodnienia” życia rodzinnego z pracą zawodową93.1 rodzice, i pedagodzy troskliwie wyposażają obie płcie jednakowo w najlepszą współczesną wiedzę — ci pierwsi w trosce o to, aby ubezpieczyć córki na wypadek niepowodzenia w życiu małżeńskim. W efek­ cie tego małżeństwa mają przynajmniej w założeniu — nie spotykany dotąd gdzie indziej — charakter partnersko-egalitamy, mężowie angażują się obok żon w prace domowe, a żony niejednokrotnie w sprawy zawodowe mężów, nie mówiąc o swoich własnych.94 To trudny kontrakt i nie obowiązuje tu już formuła M. Mead, że „chłopców kompromituje niepowodzenie, a dziew­ częta — sukces”95, sukces w pracy zawodowej u młodych kobiet stał się wartością wysoko cenioną96.

Kobieta w Ameryce w dziele przeobrażania amerykańskiej świadomości ode­ grała z pewnością rolę ważną, choć dyskretniejszą niż Aiisiyfca kobiecości. Wymowa zbioru była ambiwalentna, autorów wielu, jedynie Alice S. Rossi uznano za jednoznaczną reprezentantkę narastającego feministycznego oporu społecznego. Obok tych pozycji przybywało innych publikacji na temat sytuacji społecznej kobiet. Omawiano też wnioski z raportu Komisji Kenne­ dyego. Wynikało z niego, iż w 1960 roku kobiety na pełnym etacie zarabiały 60,6% tego, co mężczyźni, a kobiety czarne — 42%; kobiety po college’ach zarabiały mniej niż mężczyźni tylko po szkole średniej. Wprawdzie sam prezydent, w trosce o dobro rodziny, przeciwny był uchwaleniu wnoszonej co roku poprawki do ERA, gdyż jej przyjęcie mogłoby prowadzić do zniesienia chroniącego kobiety prawa pracy, niemniej jego Komisja sugerowała m.in.: wprowadzenie wspólnoty majątkowej w małżeństwach, zapewnienie ogólnej dostępności ośrodków dziennej opieki nad dziećmi, wprowadzenie urlopów macierzyńskich, równej płacy za porównywalnie równą pracę, a także aby ” Ibidem, s. 742. 54 Niebawem zaangażują się też w lewicową działalność mężów o charakterze politycznym. ” Ibidem, s. 743. 56 Środowisko wschodnich uniwersytetów ujawnia w artykule swe niecodzienne oblicze. Zapamiętajmy ten opis. Jak to Destutt de Trący zauważa w innym kontekście, rewolucja wybucha nie tam, gdzie jest najgorzej, lecz tam gdzie sytuacja poprawia się, ale nie dość szybko. To wśród tej młodzieży dziewczyny i młode kobiety okażą najmniej wyrozumiałości swoim młodym partnerom, kiedy będą próbowali traktować je i wykorzystywać w swej rewolucyjnej działalności tak, jak nakazywała dotąd tradycja rewolucjonistów: jako służbę pomocniczą i markietanki. Oburzone brakiem partnerskiego, a raczej nie dość pamterskiego traktowania, pierwsze odważą się na wielką schizmę i same założą własne obozowiska rewolucyjne. Feminizm rewolucyjny, a nie reformatorski — jak to same określą — będzie ich dziełem.

NOWY RUCH KOBIET

97

prezydent uzależnił otrzymywanie zamówień rządowych przez prywatne firmy od tego, czy tworzą jednakowe dla kobiet i mężczyzn warunki do podnoszenia kwalifikacji97. Jak już wspominaliśmy, słabnie moda na bardzo wczesne i pośpieszne zamążpójście, młodzież, zwłaszcza klasy średniej, uzyskuje nie znaną wcześniej samodzielność obyczajową. Trwa „rewolucja seksualna”. Zachwyt wzbudzają Beatlesi, ich kult przeżywany jest jako forma buntu przeciw obmierzłemu ładowi społecznemu rodziców98. Rozwija się w różnych postaciach subkultura młodzieżowa. W tym wszystkim różne skądinąd pokolenia kobiet łączy fakt poszukiwania przez nie zatrudnienia i to już nie zawsze byle jakiego, lecz pracy lepiej płatnej, ambitniejszej, nie gorszej od oferowanej mężczyznom. A przede wszystkim kobiety domagają się nie gorszego od mężczyzn traktowania. Coraz drastycz­ niej odbierane są wszelkie przejawy dyskryminacji płciowej w pracy. Przepisy i obyczaje uznawane dotąd za oczywiste czy zrozumiałe budzą teraz sprzeciwy kobiet, a te z kolei natrafiają na zdecydowany opór pracodawców, rzecz jasna mężczyzn. Klasycznym przypadkiem okazała się wspominana już wcześniej sprawa zatrudniania stewardes. Zmuszane do odejścia z pracy po zamążpójściu lub ukończeniu trzydziestu kilku lat życia, przyjmowały to na ogół za coś oczywistego, choć część spośród nich już od lat pięćdziesiątych próbowała protestować. Ale o tym, że są ofiarami dyskryminacji płciowej, a nie po prostu wygodnych dla towarzystw lotniczych przepisów dowiedziały się — jak to ujmuje F. Davis99 — dopiero z książki Betty Friedan. I z przyjętego wreszcie tytułu siódmego aktu prawnego o nazwie Civil Rights Act (CRA), który prezydent Johnson podpisał w lipcu 1964 roku. Ustawa ta w tzw. Tytule VII (Title VIT) mówi o zakazie dyskryminacji w pracy, przy czym długo ważyły się jej losy, gdyż zakazywała dyskryminowa­ nia w pracy ze względu na „rasę, kolor skóry, religię lub pochodzenie etniczne”. 80-letni kongresman z Południa, Howard W. Smith ze stanu Wirginia, chcąc nie dopuścić do jej uchwalenia, zaproponował dodać jeszcze słowa „i płeć”. Wywołało to ogólną wesołość. Ale kiedy członkini parlamentu Martha Griffith uświadomiła zebranym, iż przyjęcie dokumentu bez owej poprawki sprawi, że kobiety czarne będą chronione przed dyskryminacją jako Murzynki (zakaz dyskryminacji rasowej), a kobiety białe nie — ku zaskoczeniu projektodawcy poprawkę przyjęto, a następnie uchwalono cały Akt100. Odtąd nie wolno było dyskryminować w pracy nie tylko Murzynów (a tego właśnie obawiało się Południe), ale także kobiet, zarówno czarnych, jak i białych. Dalej już walka stewardes znalazła oparcie w tej ustawie. Mimo to upłynęły jeszcze cztery lata, zanim Komitet ds. Równych Szans w Zatrudnieniu — EEOC 97 F. Davis: Moving the mountain, op. cit. 98 Zob. B. Ehrenreich, E. Hess, G. Jacobs Re-making love. The feminization of sex, New York 1986, gdzie przeprowadzono wnikliwą analizę „rewolucji seksualnej”. 99 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 17. 100 Ibidem, s. 41. 4 — Feminizm

DZIEJE FEMINIZMU



{Equal Employment Opportunity Committee')—wymusił rezygnację towarzystw lotniczych z ich wewnętrznych przepisów o zatrudnianiu. Dziś stewardesą można być do wieku emerytalnego, małżeństwa nie trzeba ukrywać i niejedna stewardesa zarabia sporo z uwagi na długi staż pracy... Tyle że mężczyźni, którzy w latach siedemdziesiątych także zainteresowali się tą pracą, noszą nazwęflight attendant i zarabiają jeszcze więcej101. Betty Friedan stała się wśród stewardes tak bardzo popularna, iż — jak pisała parę lat później — stale jest rozpoznawana przez załogi samolotów i słyszy kolejne podziękowania. Nie całe społeczeństwo było zachwycone projektami przeobrażeń, do których tak przekonująco zachęcała Betty Friedan. Wprawdzie stała się bohaterką środowisk kobiecych buntujących się przeciw dyskryminacji w pra­ cy — spotykała się z wieloma ludźmi osobiście, wiele podróżowała zapraszana na spotkania, udzielała wywiadów, pisała artykuły — ale zyskała też sobie sporo przeciwników, zwłaszcza wśród prywatnych pracodawców. Nie mieli ochoty ustępować, uważając zasady swego postępowania za swe dobre prawo, w libe­ ralnym ustroju gwarantowane swobodami obywatelskimi. W końcu chodziło o politykę zatrudnieniową w ich prywatnych zakładach. Pomóc mogło tylko państwo: oczywiście nie wprost, lecz uchwalając odpowiednie ustawy i wydając przepisy zmieniające warunki funkcjonowania przedsiębiorstw i przez to postępowanie przedsiębiorców. Powołany przy Ministerstwie Pracy wspomniany już komitet EEOC zajmował się jednak głównie skargami na dyskryminację rasową, wnioski zaś ze strony kobiet — a stanowiły czwartą część wszystkich zażaleń — traktował lekceważąco. Niezadowolenie środowisk kobiecych narastało coraz bardziej. Można powiedzieć — jak zauważa po upływie ćwierć wieku F. Davis102 — że opieszałość we wprowadzaniu w życie Tytułu VII CRA przyczyniła się w zasadniczy sposób do powstania „drugiej fali” feminizmu w USA. Zanim do tego doszło, Komisja wprowadziła jednak kilka zakazów: zakazano kierowania się gustem klientów przy wyborze płci zatrudnianych; zakazano niezatrudniania mężatek, jeśli równocześnie zatrudnia się żonatych, analogicznie przy zwalnianiu; zabroniono nieprzyjmowania do pracy kobiet tylko dlatego, że mają małe dzieci; wreszcie nakazano zakładom płacić ubezpieczenie rodzinne w przypadku kobiet tak samo, jak w przypadku mężczyzn, podobnie z ubez­ pieczeniem na życie. Brzmiało to prawie jak rewolucja, gdyż ujawniało obecność dyskryminacji płciowej tam, gdzie do tej pory nikt jej nie zauważał. Inna rzecz, że tych rozstrzygnięć EEOC jeszcze przez dłuższy czas próbowano nie respektować. Do przełomu doszło w 1966 roku. W czerwcu zwołano na naradę do Waszyngtonu wszystkie komisje stanowe do spraw równych szans w zatrud­ nieniu. W stolicy pojawiło się także, nie kryjąc swoich nadziei, nieliczne jeszcze grono działaczek społecznych na tym polu, wśród nich Betty Friedan. Przebieg konferencji rozczarował je ogromnie. Zebrani urzędnicy nie mieli odpowied­ nich pełnomocnictw do podjęcia jakichś wiążących decyzji, nie mieli też po 101 Ibidem, s. 17. 102 Ibidem, s. 41—48.

NOWY RUCH KOBIET

99

temu chęci. Jedyny naprawdę zaangażowany w sprawę urzędnik federalny został zwolniony. Tego było już za wiele. W atmosferze ostatecznego wzburzenia, w prze­ świadczeniu, że żadna lobbystyczna presja nie zmusi organów państwowych do podjęcia skutecznych działań, Betty Friedan, zachęcana do tego przez całą grupę, działającą dotąd nieformalnie, zaproponowała utworzenie organizacji politycznej typu partii. Na poczekaniu wymyśliła nazwę: National Organiza­ tion for Women (NOW) — Narodowa Organizacja na rzecz Kobiet. Zręcznie i przewidująco, a w zgodzie z własnym nastawieniem, wprowadziła ów przyimek na rzecz. To pozostawiło otwartą drogę dla mężczyzn, którzy potem włączyli się do partii — co jest zjawiskiem rzadkim, bo najczęściej z góry wykluczanym przez organizacje feministyczne. Dwadzieścia siedem ini­ cjatorek zebrało pośród siebie pierwszą składkę partyjną po pięć dolarów i postanowiło zwołać zjazd założycielski. Dnia 29 października 1966 roku w Waszyngtonie grupa 30 delegatek i delegatów powołała NOW do życia. W momencie tworzenia partii reprezentowali 300 członków, wśród nich wiele prominentnych postaci z elity władzy. Szybko tworzyły się liczne organizacje terenowe. Formalna strona nigdy nie była w ruchu kobiet uważana za istotną, toteż dokładne ustalenie liczby członków nie jest możliwe. Działano w małych grupach lokalnych, w których każdy członek był aktywny na jakimś wybranym konkretnym polu, jak np. dyskryminacja w pracy lub w szkole, analiza prawa małżeńskiego i roz­ wodowego we własnym stanie, obraz kobiet w mass mediach itp. Organizowa­ no protesty w barach „tylko dla mężczyzn”, wymuszając stopniową likwidację takich instytucji103, pikietowano supermarkety, np. aby nie kupować wyrobów Colgate-Palmolive, gdyż ta firma dyskryminowała kobiety itd. Centralnie zaś wydawano biuletyny, które pełniły rolę łącznika w całej partii. Obok kobiet zawsze działali w NOW, choć nieliczni, mężczyźni. Członkostwo gwałtownie rosło po 1970 roku104. Według F. Davis, NOW liczyła w 1970 roku trzy tysiące członków, a w 1974 już 50 tysięcy105. Szczyt popularności tej partii przypadł na 1982 rok, kiedy liczba członków osiągnęła 210 tysięcy106. Nie była to nigdy organizacja masowa, ale jako organizator nacisków i akcji okazywała się i okazuje nadal często bardzo skuteczna. W deklaracji programowej, przyjętej na zjeździe założycielskim, przeczytać można m.in.: 103 Jeszcze w 1975 roku, ale już w Mexico City, w czasie trwania I ONZ-owskiego Światowego Kongresu na rzecz Kobiet, Betty Friedan przeprowadziła taką akcję ucząc tej formy działania aktywistki z innych krajów świata. Zob. B. Friedan It changed my life. Writings on the Womens’ Movement, New York 1976. W USA aktywistki NOW zaczęły wówczas od okupacji baru tylko dla mężczyzn w hotelu w Baltimore. 104 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 55. 103 Ibidem, s. 107, co może jest liczbą trochę przesadzoną, gdyż wedle raczej sumiennej Yates (zob. G. G. Yates What women want. The ideas of the Movement, Cambridge, Massachusetts 1975, s. 6) NOW w 1973 roku liczyła 5 tysięcy członków zgrupowanych w 50 organizacjach terenowych działających w ponad połowie stanów. 106 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 383.

IOO

DZIEJE FEMINIZMU

„My, mężczyźni i kobiety, którzy niniejszym organizujemy się jako NOW, jesteśmy przekonani, że nadszedł czas utworzenia nowego ruchu na rzecz prawdziwej równości dla wszystkich kobiet w Ameryce i na rzecz pełnego równego partnerstwa obu płci, jako części światowej rewolucji praw człowieka, która właśnie dokonuje się u nas w kraju i poza jego granicami. Celem NOW jest podjęcie działań na rzecz doprowadzenia do pełnego uczestnictwa kobiet w głównym nurcie życia obecnego społeczeństwa amery­ kańskiego, przy możliwości pełnego korzystania ze wszystkich szans, w rów­ nym partnerstwie z mężczyznami [...] NOW wychodzi z założenia, że kobiety przede wszystkim i nade wszystko są istotami ludzkimi, które podobnie jak wszyscy inni ludzie w naszym społeczeństwie, muszą mieć możność roz­ winięcia swego pełnego ludzkiego potencjału.”107 NOW wpisywała się zatem w ogólny ruch praw człowieka, jaki wówczas rozwijał się pod różnymi postaciami w USA. Oznaczało to, że aksjologiczną podstawą domagania się likwidacji wszelkich form dyskryminacji płciowej miało być przeświadczenie o zasadniczej równości wszystkich ludzi, także niezależnie od pici. To podejście uniemożliwi niebawem, a w każdym razie utrudni działaczkom NOW dopominanie się o jakiekolwiek przywileje dla kobiet z tytułu ich płci. Przeciwnie, kiedy inne ugrupowania domagać się będą wyjątkowych ulg i uprawnień dla kobiet ciężarnych czy karmiących dzieci, działaczki i działacze NOW znajdą się nieraz w opozycji. Sytuacja taka w ruchu kobiet raczej marginalnie tylko pojawiała się i pojawia w Europie. Za ogólnie sformułowanymi żądaniami deklaracji kryła się od początku przede wszystkim sprawa zatrudnienia kobiet, ich dyskryminacji na rynku pracy i w pracy, i to głównie kobiet z wyższym wykształceniem. Dodatkowo upominano się także o sprawiedliwy — a to znaczyło: wynoszący 51% — udział kobiet we wszelkich w ogóle obszarach życia publicznego: nie tylko w pracy zawodowej, ale także na wszystkich stanowiskach kierowniczych, zarówno w gospodarce, jak i w państwie. Wnet też szczególnej ostrości nabrała sprawa udziału kobiet w pracy instytucji nauki i szkolnictwa, zwłaszcza wyższego, skąd wywodziła się spora grupa aktywistek. Kolejny rok, 1967, okazał się okresem szczególnie spektakularnej aktywno­ ści NOW. Przeprowadzono wiele akcji na rzecz zniesienia przepisów dys­ kryminujących kobiety w pracy. Sławna stała się akcja przeciw prowadzeniu odrębnych rubryk ogłoszeń o zatrudnieniu. Już w 1965 roku EEOC zakazał ogłoszeń o pracy odrębnie dla białych i dla czarnych, tymczasem uzyskanie podobnego zakazu w odniesieniu do ogłoszeń różnicujących płeć postępowało bardzo opornie. Zakaz taki wydano najpierw tylko w Nowym Jorku w tym właśnie roku, w całym kraju zabronił tej praktyki dopiero Sąd Najwyższy w roku 1973108. Kiedy po roku doszło do drugiej ogólnokrajowej konferencji NOW w listopadzie 1967 w Waszyngtonie — a brało w niej udział już ponad trzysta kobiet i mężczyzn — nastąpił pierwszy rozłam w organizacji. Proponowano, 107 G. G. Yates: What women want, op. cit., s. 6. 108 F. Davis: Moving the mountain, op. cit., s. 60.

NOWY RUCH KOBIET

IOI

aby od walki o równość praw tylko w zakresie zatrudnienia (co gwarantował omawiany Tytuł VII CRA) przejść do sprawy szerszej — do walki o równość praw w ogóle (o czym mówiła wciąż odkładana na bok poprawka do konstytucji ERA). Ta opcja uzyskała większość. Poprawka ERA w wersji zmienionej w 1943 roku brzmiała: „W Stanach Zjednoczonych ani w żadnym ze stanów nie wolno odmawiać nikomu, ze względu na jego płeć, ustawowej równości wobec prawa”109. Do tradycji już należało straszenie Amerykanek (i chyba Ameryka­ nów) mającym jakoby wyniknąć z przyjęcia poprawki ERA — wprowadzeniem wspólnych toalet publicznych oraz skierowaniem kobiet do wojska. Wrócimy do tego problemu niżej, gdyż drugi akt tej walki, zakończony przejściowym powodzeniem, rozegra się głównie w latach 197°—I972j PrzY pełnej już obecności feminizmu radykalnego. Zwrot w stronę walki o przyjęcie ERA zmusił do odejścia z NOW część działaczek obawiających się, iż po przyjęciu ERA kobiety utracą szczególne uprawnienia ochronne w pracy, natomiast przyniósł partii pełną aprobatę nielicznych już członkiń istniejącej wciąż od 1920 roku Narodowej Partii Kobiet, która właśnie co roku na nowo projekt ERA stawiała na forum Kongresu. Ożywiło to na chwilę dawny podział w tej sprawie: kobiety lepiej wykształcone i posiadające szanse i aspiracje do wyższych stanowisk były zainteresowane zrównaniem wszelkich praw kobiet i mężczyzn, gdy tym­ czasem kobiety z niskimi kwalifikacjami wołały raczej utrzymać pewne przywileje. Ustawy ochronne, które kiedyś chroniły kobiety przed nadmier­ nym wysiłkiem, teraz pewnej części kobiet uniemożliwiały po prostu wyższe zarobki, np. w godzinach nadliczbowych i na stanowiskach nadzoru. Jak zwykle w takich wypadkach, spór obrósł w różnice ideologiczne. Tym razem był to stale powracający podział między „feministkami równości” a „femini­ stkami różnicy”110 — zwolenniczkami poglądu, iż trwałe różnice między płciami są nieznaczne i ich wpływ na rozdział ról społecznych powinien być minimalny, a zwolenniczkami podkreślania tych różnic jako trwale dzielących obie płcie i wymagających specjalnego uprzywilejowania kobiet jako żon i matek. NOW wspierała działania na rzecz znoszenia uprzywilejowań kobiet. Jej biura prawne pomagały procesującym się kobietom. Pierwszy sukces odniosła Lorena Weeks. Wygrała sprawę przeciw firmie Southern Bell, która nie chciała zezwolić jej na stałą pracę w dziale kontroli telefonów, twierdząc, że trzeba przy tym „za dużo podnosić”. Oczywiście była to praca lepiej płatna niż ta, którą Weeks dotąd wykonywała. Tyle że firma nie okazywała swej troskliwości wcześniej, kiedy Weeks już na tym „ciężkim” stanowisku dość długo praco­ wała, zastępując chorego kolegę111. Dotychczasowe aktywistki NOW przeciwne znoszeniu uprzywilejowań kobiet utworzyły bardziej konserwatywnie zorientowaną Ligę Działań na rzecz 109 Ibidem, s. 29. Podaję w przekładzie Danuty Sękalskiej (D. Sękalska Kobieta wyzwolona?, Warszawa 1982, s. 134). 110 Ibidem, s. 29. 111 Ibidem, s. 61—64.

102

DZIEJE FEMINIZMU

Równości Kobiet — WEAL {The Women’s Equity Action League'), której specjalnością stała się walka z dyskryminacją kobiet w edukacji112. Dodat­ kowym powodem ich odejścia stało się także przesunięcie w polityce NOW na rzecz wsparcia walki o zniesienie ustaw antyaborcyjnych. Miało to niebawem przynieść NOW silne wsparcie ze strony rodzącego się już feminizmu radykalnego, który wobec problemu ERA zachowywał się bardziej ambi­ walentnie, jak zresztą w stosunku do wszelkich walk ogólnolegislacyjnych. W następnych latach działania NOW przeważnie nie słabły, ale czasem przyćmiewały je bardziej krzykliwe akcje ruchu radykalnych feministek, zresztą oba te prądy wnet zaczęły interferować wskutek napływu w szeregi NOW młodych, znacznie bardziej skrajnie nastawionych działaczek. Z drugiej strony do NOW dołączały inne liberalne ugrupowania profeministyczne, między innymi grupa zawiązana wokół Carol Łopatę na konferencji w sprawie sytuacji kobiet w służbie zdrowia w październiku 1968113. Akcja na rzecz zmiany ustawodawstwa dotyczącego aborcji przybrała niebawem znaczne rozmiary, gdyż obowiązujące przepisy były bardzo restryktywne i prowadziły, jak się uważało, do wielkiej liczby zabiegów nielegalnych w warunkach zagrażających życiu i zdrowiu kobiety. W następnym roku działania NOW nasiliły się i znalazły pewne, choć raczej słabe odbicie w mass mediach. W Dniu Matki członkinie NOW, naśladując przykład dawnych sufrażystek, przykuły się do ogrodzenia Białego Domu, domagając się „Praw, a nie róż!” Przywód­ czyni NOW, którą od początku została autorka Mistyki kobiecości, staje się teraz sławna poza granicami USA, trafia nawet za żelazną kurtynę, w 1967 roku odwiedza Czechosłowację114. W Europie idee te znajdują przychylne im środowiska, gdyż zachodzi — mimo oczywistych różnic—istotne podobieństwo przynajmniej w pewnych uwarunkowaniach feminizmu: wiele kobiet średniej klasy posiada wykształce­ nie wyższe, a jednak albo nie pracuje, albo pracuje w sposób nie wykorzystujący ich możliwości i są nisko opłacane; szerzą się rozwody, a małżeństwo przestało już być gwarantowanym sposobem na urządzenie sobie całego życia; przedłuża się też samo życie, z którym nie bardzo wiadomo, co począć, kiedy dorosłe już dzieci odchodzą z domu115. Aktywność NOW uchodziła w oczach establishmentu za bardzo radykalną. Dopiero eksplozja ruchu Women’s Liberation w 1968 roku miała władzom uzmysłowić, jak bardzo ugodowy i ucywilizowany był ten pierwszy przejaw ruchu oporu kobiet. Ruch radykalny dojrzewał w tym czasie, już od 1964 roku, w zakątkach kampusów, w prywatnych mieszkaniach, a także w ramach innych, dobrze skądinąd widocznych i odczuwalnych ruchów nieposłuszeństwa oby­ watelskiego116. Od 1968 roku NOW sama ulega stopniowej radykalizacji, nie 112 Ibidem, s. 64—69. 113 W tej grupie rolę programową odegrała książka Carol Łopatę Women in medicine, Baltimore 1968. 114 Sława autorki i jej ruchliwość trwa do dzisiaj. W 1974 została przyjęta przez papieża Pawła VI, otrzymując z jego rąk medal. Zob. B. Friedan It changed my life, op. cit. 115 Tak to widzi F. Davies Moving the mountain, op. cit., s. 55. 1,6 Zob. następny podrozdział.

NOWY RUCH KOBIET

103

tylko od wewnątrz., dzięki postawom nowych członkiń kół terenowych, ale i pod zewnętrzną presją radykalizmu wystąpień młodych, agresywnych feministek z grup autonomicznych. Napór ekstremizmu radykalnego skrzydła sprzyja poważniejszemu podejściu władz do bardziej umiarkowanych żądań NOW, tak iż teraz dopiero dochodzi do szeregu ustępstw i realizacji dotąd odrzucanych lub opieszale rozpatrywanych postulatów. Ruch liberalnofeministyczny — w odróżnieniu od ruchu radykalnego — stawiał żądania i postulaty konkretne, przekładalne względnie łatwo na określone posunięcia władz ustawodawczych i wykonawczych, a także przed­ siębiorstw, szkół, szpitali itd. Hasła feminizmu radykalnego brzmiały bardzo rewolucyjnie, jednych tylko śmieszyły, innych trochę trwożyły, ale do realiza­ cji, nawet przy dobrej woli drugiej strony — zresztą kto był tą drugą stroną, to też jeszcze nie było jasne — nie nadawały się. Nie należy jednak lekceważyć ich wpływu, gdyż tworzyły ową ogólną atmosferę, w której umiarkowane hasła feministyczne okazywały się nagle zupełnie sensowne i racjonalne. Około 1970 roku, może już nieco wcześniej, zaczęły się jednak kłopoty w samej NOW, gdy część jej nowszych członkiń wprowadziła do programu — przynajmniej w opanowanych przez siebie kołach terenowych, ale potem zjawisko to sięgało coraz wyżej — hasła feminizmu radykalnego. Zaczęła coraz głośniej emitować destrukcyjną nutę, brzmiącą bardzo fałszywie w uchu przeciętnego obywatela amerykańskiego obojga płci, nutę wrogości wobec mężczyzn, a także wobec ustroju kapitalistycznego, którym to mianem określano teraz, zwyczajem Nowej Lewicy (skąd zresztą obyczaj ten przywędrował), demokrację amery­ kańską. W szeregach NOW wypłynął również, bardzo żywy w autonomicznych organizacjach radykalnych, problem politycznego lesbizmu jako wyboru już nie osobistego, lecz dyktowanego solidaryzmem kobiecym. Następowały schizmy, rozszczepienia i ekspulsje. W 1970 roku zmuszono Betty Friedan, zawsze niechętną radykalizmowi i polityce konfliktu społecznego, do ustąpie­ nia z funkcji przewodniczącej. NOW przetrwała najbardziej burzliwy okres przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, przeszła przez inne trudne momenty i nadal funkcjonuje jako instytucja wkomponowana w ramy amery­ kańskiej demokracji, stanowiąc chwilami nader silną grupę nacisku politycz­ nego w kwestiach dotyczących kobiet czy w ogóle społecznego funkcjonowania płci. Nastawienie polityczne tej partii waha się pomiędzy feminizmem liberalnym i radykalnym. Wróćmy jeszcze do problemu publikacji. Trzeba stwierdzić przede wszyst­ kim, iż począwszy od drugiej połowy lat sześćdziesiątych pole literatury feministycznej zdominowane zostało przez pozycje znacznie bardziej radykal­ ne, o których będzie mowa w następnych rozdziałach. W duchu feminizmu liberalnego pojawiały się, rzecz jasna, i pojawiają do dzisiaj różne pozycje, feminizm stał się bowiem stopniowo bardzo intratnym i modnym działem wydawniczym, wciąż jak się zdaje nie dość sytym tytułów. Niemniej ujęcie liberalne zeszło na drugi plan i przez długi czas miało tam pozostać. Z pozycji napisanych w duchu ówczesnego feminizmu liberalnego warto tu wymienić kilka. W 1968 roku ukazała się książka późniejszej klasyczki feminizmu radykalno-kulturowego Mary Dały Kościół i druga płeć (The church

104

DZIEJE FEMINIZMU

and the second sex). Absolwentka studiów teologicznych i filozoficznych przeprowadziła w niej rzeczową analizę teorii i praktyki Kościołów, w której dostrzegła wiele przejawów dyskryminacji kobiet. Dopiero następne pozycje uczyniły z niej głównego filozofa feminizmu kulturowego, a może feminizmu w ogóle. Odnotujmy także w tym miejscu wspomnianą już wcześniej książkę C. Łopatę Kobiety w medycynie, jaskrawy w swej wymowie obraz praktyk dyskryminacyjnych w stosunku do kobiet na obszarze służby zdrowia i opieki zdrowotnej. Wreszcie Caroline Bird Urodzić się kobietą (Bom female), też z 1968 roku, pozycja jakby spóźniona wobec głośnej wrzawy ideologicznej radykalnych enuncjacji, w której utonęła jej spokojna rzeczowa wymowa. Autorka skrupulatnie analizuje dyskryminację kobiet zwłaszcza w pracy zawodowej. Rozbudowuje też argumentację nie abstrakcyjno-humanistyczną, lecz pragmatyczno-społeczną: kobiety stanowią zbyt poważny rezerwuar siły roboczej, także o znacznym potencjale umysłowym, żeby z niego rezygnować i społeczeństwo traci ogromnie wiele nie korzystając z pracy kobiet, zwłaszcza twórczej, koncepcyjnej. Wszystkie te pozycje jeszcze rok wcześniej uznano by za bardzo radykalne, teraz ich głos wydawał się stonowany. Mimo to ich pozytywne ślady, zwłaszcza tej ostatniej, można dostrzec u zradykalizowanych i buntujących się studentek, choć napiętnowały je etykietą lektur wprawdzie pożytecznych, ale nazbyt ugodowych i „reformistycznych”, ślizgających się po powierzchni. Zdaniem młodych, bardzo gniewnych feministek należało sięgnąć do samych korzeni gnębiącego kobiety ustroju patriarchalnego. W 1968 roku kampusy zalewa już fala skrótowej, hasłowej literatury radykalnej, drukowanej na razie tech­ niką powielaczową. Teksty są krótkie, wiecowe, mieszczą się na ulotkach lub w cienkich broszurach. Na razie brak głębszych analiz, sporo natomiast odezw i manifestów. Dopiero książka Kate Millett Sexual politics, wydana w 1969 roku, oznacza przełom: odtąd również feminizm radykalny ma własną „biblię”.

Rewolucjoniści i rewolucjonistki: feminizm marksistowski? (1964—1968) Ruch Wyzwolenia Kobiet, często określany także mianem feminizmu radykal­ nego (od nazwy wybranej przez jedną z nowojorskich grup), zaskoczył społeczeństwo amerykańskie swym nagłym, głośnym i od razu dość szerokim wystąpieniem w 1968 roku. Skąd nagle wzięło się na ulicach wielkich miast wschodniego wybrzeża, Chicago, a niebawem wielu innych skupisk miejskich, tyle energicznie protestujących kobiet? Zwłaszcza że nie były to członkinie

NOWY RUCH KOBIET

105

ani nawet sympatyczki NOW. Były młode, bardzo młode, bez trudu można było domyślić się w nich studentek, młodych pracowniczek uczelni, dzien­ nikarek. Domagały się wyzwolenia kobiet, a nie równości, nie — li tylko — zniesienia dyskryminacji, o co najwyraźniej chodziło NOW w dotych­ czasowych potyczkach z pracodawcami. Aby zrozumieć ich nagłe pojawienie się na ulicach, trzeba cofnąć się o parę lat. Kiedy rok po ukazaniu się Mistyki kobiecości feminizm liberalny stawał się już coraz bardziej widoczny w prasie, telewizji, odczuwalny w korytarzach Kapitolu i urzędów stanowych, wreszcie także czasem na ulicach, przyszłe feministki radykalne nie brały w tym udziału. Zapewne kątem oka obser­ wowały wysiłki drobnomieszczańskich pań i z uczuciem wyższości tych, które wiedzą lepiej, czytały ich teksty, słuchały ich wypowiedzi, widząc w nich rodzaj buntu na klęczkach. Nie tędy droga, myślały; podstawowe problemy, przed którymi stoi świat, tkwią zupełnie gdzie indziej: w walce klasowej między proletariatem świata (tzn. ludami dawnych kolonii i mniejszościami koloro­ wymi w USA) a imperialistami, głównie amerykańskimi. Starsze wojownicze panie myślą o sobie, a tu ludy naprawdę uciśnione czekają na wyzwolenie. Przyszłe radykalne feministki zajęte były na razie, wraz z kolegami, rewolucyj­ ną walką o prawa obywatelskie Murzynów, potem występowały przeciw wojnie w Wietnamie i przeciw zagrożeniu nuklearnemu. Były aktywistkami SNCC, a potem SDS, studenckiej Nowej Lewicy117. Ich wyobrażenia o świecie kształtował fragmentaryczny i wiecowo spreparowany marksizm i maoizm. O tzw. kwestii kobiecej sądziły, że to problem mieszczański, dla nich nie istniejący. O sobie początkowo w ogóle nie myślały w kategoriach płci. Czuły się równe kolegom, wyzwolone przez „rewolucję seksualną”, uwolnione od barier moralnych i obyczajowych klasy drobnomieszczańskiej i burżuazyjnej, do której przeważnie należeli ich rodzice. Dziewczyny te należały do najodważ­ niejszych z odważnych (albo do bardzo sfrustrowanych): potrafiły opuścić wygodne osiedla willowe w otoczeniu wielkich miast, przerwać dobrze toczące się studia na renomowanych uniwersytetach i college’ach i udać się samotnie i odważnie do centrów, w których właśnie toczyła się wtedy najważniejsza walka: o równe prawa Murzynów amerykańskich. Białe studentki i studenci z uczelni wschodniego wybrzeża, pociągnięci romantyzmem protestu SNCC, ciągnęli na południe, do zbuntowanych college’ów. W czasie „lata wolności” przybyło do Missisipi około 800 ochotników. Biała młodzież znalazła się nagle w środowisku samych Murzy­ nów, co gruntownie zmieniało jej świadomość. Podkreślmy jeszcze raz: tylko naprawdę odważne, może czasem też lekkomyślne buntowniczki z białych mieszczańskich domów mogły zdecydować się na taki krok. SNCC hołdował zasadom „demokracji uczestniczącej”, zakładającej „ra­ dykalną równość”. Panowała w nim demokracja bezpośrednia, decyzje musiały być podejmowane jednomyślnie, miało nie być żadnych wyróżnio­ nych przywódców. Mimo to wytworzyła się w ruchu nieformalna hierar­ chia: czarni mężczyźni — czarne kobiety — biali mężczyźni — białe ko­ 117 Zob. przypisy 60 i 61 do rozdziału poprzedniego.

io6

DZIEJE FEMINIZMU

biety118. Dodatkowo układ ten komplikowała preferencja seksualna czarnych kolegów względem białych koleżanek, które początkowo przyjmowały to wyróżnienie jako okazję do spełnienia wyzwolicielskiego aktu oczyszczającego je z win rasistowskich przodków11’. Wszystkie jednak młode kobiety, i białe, i czarne, były od czarnej roboty. Pierwsze pytanie, gdy do ruchu zgłaszała się dziewczyna, brzmiało: „Czy umiesz pisać na maszynie?”120 Studentów rewolu­ cjonistów obowiązywał sztywny model traktowania koleżanek z góry, choć przyjaźnie. Wzorzec taki dyktowało im uwielbienie dla modnego wśród nich rewolucjonizmu latynoamerykańskiego, zwłaszcza kubańskiego i zwłaszcza dla Che Guevary. Postawą godną rewolucjonisty był il machismo. Ten styl umocnił się potem w nowolewicowych organizacjach studenckich, dokąd przeszedł śladem wielu działaczy SNCC. Machizm nakazywał traktować kobiety jako istoty drugorzędne, tyle że na ogół bez pogardy właściwej klasom rewolucyjnie nieoświeconym. Tej postawie sprzyjała też ideologia swego rodzaju mistyki czy kultu męskości, stanowiąca oczywiste uzupełnienie „mistyki kobiecości”. W latach pięćdziesiątych machizm upowszechniał z powodzeniem w kulturze amerykańskiej Ernest Hemingway, potem Henry Miller, Norman Mailer i inni. Aktywistki w szeregach młodych rewolucjonistów czuły się coraz bardziej nieswojo. Pisanie na maszynie odezw kolegów, przyrządzanie im kanapek i kawy, świadczenie odprężających ich utrudzone umysły i ciała usług seksualnych „po godzinach” — to miało być niby wszystko?121 Przecież przyszły do ruchu, aby współtworzyć rewolucję, a nie tylko ją obsługiwać. Owszem, pozwalano im na zebraniach zabierać nawet głos, ale dlaczegóż to od momentu, kiedy na podium pojawiała się koleżanka, na sali narastał gwar i wszyscy pogrążali się w rozmowach? Zainteresowanie wracało, gdy pojawiał się mówca płci męskiej122. 118 Tak we wspomnieniach czarnej aktywistki, później jednej z twórczyń ruchu wyzwolenia kobiet w Kanadzie, Lindy Sees. Zob. You’ve come a long way, baby — Women in the Movement, w: On the liberation of women, „Motive”, A special double issue, XXIX, 6, 7, 1969, s. 68. 115 Tak wspomina te czasy Ann Ferguson w Sexual democracy. Women, oppression and revolution, Boulder 1991, s. 4, gdzie nadmienia, iż drażniło to bardzo ich czarne koleżanki, zwłaszcza żony czarnych rewolucjonistów. 120 Linda Sees You’ve come a long way, baby, op. cit., s. 68. 121 Tak we wspomnieniach Anne Koedt: Women and the radical movement, w: A. Koedt, E. Levine, A. Rapone (red.) Radical feminism, New York 1974, s. 318. 122 W słynnym „Artykule florydzkim”(FZorida paper), szeroko kolportowanym potem wśród studentek SDS, Beverly Jones tak o tym pisze: „Dopuszczają cię do uczestnictwa i do zabierania głosu, ale mężczyźni natychmiast przestają słuchać, kiedy zaczynasz mówić. Szepczą, wychodzą, a po twoim głosie wracają do przerwanych wątków tak, jakbyś w ogóle nic nie powiedziała. Widząc to, kobieta mówi oczywiście źle, gniewnie lub z udawanym spokojem, źle formułuje wnioski itd., co potwierdza oczekiwania mężczyzn. Jeśli któraś mimo wszystko jest tak uparta i inteligentna, że nie można jej po prostu zlekceważyć, to zleca się jej do opracowania jakiś projekt, ale wtedy wiadomo, że robi to na polecenie mężczyzn. I nie ma co liczyć na zmianę w zachowaniu kolegów z SDS. We władzach tego ruchu nie ma ani jednej kobiety”. Zob. Beverly Jones Radical women as students, w: B. Roszak, T. Roszak (red.) Masculine/Feminine. Readings in sexual mythology and the liberation of women, New York 1969,8. 217. Wcześniej autorka zwraca uwagę na wyjątkową sytuację studentek, które w odróżnieniu od reszty kobiet w społeczeństwie są w czasie studiów przyzwyczajone do

NOWY RUCH KOBIET

107

Cierpliwość części rewolucyjnych wolontariuszek wyczerpała się w 1964 roku, kiedy dwie białe aktywistki SCNN, King i Hayden, przygotowały na naradę w centrali ruchu tekst Pozycja kobiet w SNCC, w którym protestowały przeciw sposobowi traktowania kobiet w ruchu, domagając się ról równych z kolegami i równie poważnego stosunku do nich123. Stokeley Carmicheal, ówczesny charyzmatyczny przywódca ruchu, skwitował ów dokument krótkim komentarzem: The only position for women in SNCC is prone, co przy pewnej dwuznaczności słowa prone można by przełożyć: „Jedyną pozycją dla kobiet w SNCC jest pozycja horyzontalna”124. To lapidarne ucięcie dyskusji powitane zostało głośnym śmiechem nie tylko kolegów, ale i wielu koleżanek, śmiejących się jak zwykle śpiesznie i usłużnie z dowcipów o kobie­ tach, aby nikt nie posądził ich o pruderię. Niewykluczone, że śmiały się też same autorki, w każdym razie King po dwudziestu trzech latach wspomina, iż swojego dokumentu nie traktowały nazbyt poważnie, toteż rozpoczynanie dziejów radykalnego feminizmu od tego tekstu (zwanego King-Hayden paper~) jest grubą przesadą. Wypowiedź czarnego przywódcy SNCC stała się stale potem przywoływa­ nym w tekstach feministycznych „kamieniem obrazy”. Przynajmniej część obecnych tam aktywistek poczuła się incydentem głęboko dotknięta i rzecz całą rozniosła szeroko wśród innych koleżanek. Na razie nie doszło co prawda jeszcze do schizmy, ale pamięć o tym wydarzeniu poniesiono ze sobą do szeregów innych organizacji, odgrywających kolejny akt w dramacie młodzie­ żowej rebelii. Wśród młodzieży studenckiej wysunął się teraz na czoło protest przeciw wojnie w Wietnamie. Był to jeden z podstawowych tematów w działalności studenckiej Nowej Lewicy, luźnego ruchu, bardzo antykapitalistycznego i prosocjalistycznego. W jego szeregach obyczaje damsko-męskie zbliżone były do opisanych wyżej, a może nawet jeszcze bardziej udrastycznione. Ówczesna aktywistka lewicy, a potem jedna z najbardziej aktywnych feministek radykal­ udziału w życiu publicznym, na seminariach oczekuje się wręcz ich wypowiedzi, a jeśli nawet zakładają już rodziny, to żyją nadal na kampusie i nie zostają wyłączone z życia lokalnej społeczności. Toteż ich traktowanie w ruchu jest szczególnie irytujące. Zresztą po studiach nie czeka ich nic lepszego. „Zostaną ograbione z uczestnictwa w życiu publicznym i zepchnięte do rzędu własności prywatnej. Zniewolenie będzie prezentem na pożegnanie. Tak jak sprawy obecnie wyglądają, skazane są na to, aby zostać czyjąś sekretarką, czyjąś pomocą medyczną, czyjąś żoną lub czyjąś kochanką. Odtąd, jeśli będą miały coś do wniesienia społeczeństwu, będą miały to robić prywatnie, za pośrednictwem męża, do którego w części należą.” Ibidem, s. 215. 123 Autorstwo tego dokumentu we wcześniejszych tekstach feministycznych przypisywano czarnej aktywistce SNCC Ruby Doris Smith Robinson — np. w: Linda Sees You’ve come a long way, baby, op. cit., s. 69; ale ostatnie dwie prace historyczne, cytowana już w poprzednim rozdziale F. Davis Moving the mountain. The Women’s Movement in America since i960, New York 1991, a zwłaszcza A. Echols Daring to be bad. Radical feminism in America 1967—1975, Minneapolis 1989, usuwają wątpliwości w tej sprawie. 124 Słowo prone można też rozumieć jako „postawa gotowości do usług”, ale i ten łagodniejszy wariant był wystarczająco poniżający w odczuciu części aktywistek. Istnieje inna relacja, wedle której Carmichael miał powiedzieć: The position of women in SNCC is prone!, co zamienia zdanie z normatywnego na opisowe i czyni je zapewne prawdziwym. Zob. A. Echols Daring to be bad, op. cit., s. 30—31.

108

DZIEJE FEMINIZMU

nych, poetka Robin Morgan wspomina: „Myślałyśmy, że jesteśmy zaan­ gażowane w walkę o zbudowanie nowego społeczeństwa, a tu stopniowo dokonywałyśmy przygnębiającego odkrycia, że wewnątrz ruchu odwalamy tę samą robotę i pełnimy te same role, co i na zewnątrz: przepisywanie mężczyznom ich przemówień, robienie kawy zamiast polityki, bycie dodat­ kiem do mężczyzn, których aktywność polityczna miała jakoby wysadzić z siodła Stary Porządek. Ale czyj miał być ten Nowy Porządek? Na pewno nie nasz.”125 Mary King i Casey Hayden piszą drugie już memorandum, tym razem w ramach SDS i już bardziej serio126. W latach 1965—1967 dochodzi na szeroką skalę do separowania się młodych aktywistek w odrębnych grupach w ramach ruchu, a na ich forum podejmuje się temat dyskryminacyjnego traktowania kobiet — już nie tylko w samym ruchu, ale w całym społeczeń­ stwie. Trudno przypuszczać, aby nie działał tu jednak wpływ feminizmu liberalnego szerzącego się w głównym nurcie amerykańskiego życia społecz­ nego. Ale zbuntowane rewolucjonistki odwołują się przede wszystkim do samych tekstów kultowych ruchu: do marksizmu. Przyswojoną sobie, nader pobieżnie, marksistowską aparaturę pojęciową przenoszą teraz na analizę sytuacji społecznej płci. Obok analogii do klasy wyzyskiwanej żywa okazuje się także analogia do uciskanych ludów Trzeciego Świata127. W ruchu tworzy się coraz więcej „grup kobiecych”. Bardzo wcześnie, już w 1966 roku, redakcja „New Left Review” udzieliła łamów pisma Juliet Mitchell, jednej z buntujących się koleżanek, aby przedstawiła wciąż jeszcze marksistowski wariant myślenia o sprawie kobiet. Kobiety — najdłuższa rewolucja to nader dojrzała i pogłębiona prezentacja stanowiska młodych marksistek w momencie, kiedy wyruszają w drogę myślową od marksizmu ku samodzielnej koncepcji klasowego wyzysku i ucis­ ku kobiet, do której później dochodzi feminizm radykalny. Sama autorka ewoluuje w następnych latach ku socjalistycznemu i kulturowemu femini­ zmowi, a jej późniejsze teksty pełnią jedną z ważniejszych ról w rozwoju myśli feministycznej. Ale ani ona sama, ani inne autorki ukształtowanej potem socjalistycznej orientacji feminizmu nie uznały tego wczesnego tekstu za wadliwy. Powraca przez wiele lat aż po dzień dzisiejszy w wielu zbiorach, jest nadal cytowany. Warto zatem zaprezentować tu jego podstawowe treści jako wyraz stanu ducha odrywających się od Nowej Lewicy działaczek feministycznych, z których część, powtórzmy, w następnych latach właściwie poza to stanowisko niewiele dalej się posunęła. Bardziej zradykalizowane koleżanki określiły je niebawem mianem politicos, w rewanżu usłyszały, że są supremacists (od akcentowania znaczenia męskiej „supremacji” w społeczeń­ stwie). Same politicos wołały już wtedy określać siebie mianem zwolenniczek feminizmu socjalistycznego. Tekst można potraktować jako napisany z chęci powstrzymania buntujących się koleżanek od zupełnego odejścia od mark­ 125 Robin Morgan Introduction, w: R. Morgan (red.) Sisterhood is powerful. An anthology of writings from the Women’s Liberation Movement, New York 1970, s. XX. 126 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 75. 127 Sprzyja temu głęboko przeżywana lektura Fanona Wyklętego ludu ziemi.

NOWY RUCH KOBIET

IO9

sizmu, jest to też postać marksistowskiej reakcji na szerzące się idee femi­ nizmu liberalnego. Juliet Mitchell: Women: The longest revolution

„New Left Review”, No. 40, Nov./Dec. 1966, s. 11—37

We wstępie sama redakcja numeru przyznaje, że chociaż walka o równość kobiet stanowiła zawsze dla socjalistów składową walki o socjalizm, to jednak mało zmieniło się przez dziesięciolecia w sposobie ujmowania tej sprawy, a niektóre obszary, jak np. seksualność, pozostawały w ogóle poza polem uwagi. Autorka nie szczędzi krytyki stosunkowi klasyków do „kwestii kobie­ cej”. Wprawdzie zawsze dostrzegali „problem podporządkowania kobiet” i „potrzebę ich wyzwolenia”128 jako składową programu „ruchu rewolucyj­ nego”, ale Marks, Engels, Bebel czy Lenin zbywali sprawę ogólnikami i w istocie uważali, że w socjalizmie sama się rozwiąże. „Wyzwolenie kobiet pozostaje tu pewnym normatywnym ideałem, dodatkiem do teorii socjali­ zmu, a nie jej integralnym składnikiem.”129 Musiała się dopiero ukazać poza ruchem ważna książka Simone de Beauvoir Druga płeć, aby wypełnić tę lukę, ale i jej autorka zakłada, że socjalizm wszystko rozwiąże. Zresztą ruch socjalistyczny odniósł się do książki obojętnie. Usytuowanie kobiet w całokształcie życia społecznego jest — zdaniem autorki artykułu — w porównaniu z innymi wyzyskiwanymi szczególne: stanowią aż połowę gatunku ludzkiego, i to połowę istotną i niezastępowalną ze względu na funkcję reprodukcyjną. Z jednej strony pełnią rolę społecznie „fundamentalną” (prokreacja), z drugiej —marginalną (role ekonomiczne, społeczne i polityczne). Istnieją dwa odrębne światy: „świat mężczyzn”, w którym kobietom przypada pozycja analogiczna do uciskanych mniejszo­ ści, i „świat kobiet”, ich własne uniwersum, rodzina, utożsamiana z właś­ ciwym „miejscem kobiety”, wyznaczonym przez naturę. Stąd i rodzinę, i kobiety same uważa się za obiekty przyrodnicze, naturalne. Ten naturalizm to czystej wody ideologia, gdyż rodzina — zdaniem autorki — jest w nie mniejszym stopniu niż inne instytucje społeczne określona kulturowo. Simone de Beauvoir ma rację, kiedy utrzymuje, że należy rozpatrywać cztery sfery czy podstruktury życia społecznego jako determinujące położe­ nie kobiety, a nie jedną: produkcję — jak chce marksizm. Te sfery to: produkcja, reprodukcja, życie płciowe i socjalizacja dzieci. Dokonawszy opisu usytuowania kobiet w każdej z tych sfer, autorka konstatuje wzajemne ich powiązanie, wykluczające rozpatrywanie w oderwaniu którejkolwiek z nich. I co za tym idzie — a jest to konkluzja programowo ważna! — atak trzeba przypuszczać równocześnie we wszystkich czterech sferach. Tylko wówczas może dojść do „wyzwolenia kobiet” (feminine liberation, the 128 J. Mitchell Women: The longest revolution, „New Left Review”, 40,Nov./Dec. 1966, s. 12. ,M Ibidem, s. 15.

IIO

DZIEJE FEMINIZMU

liberation ofwomen). W przeciwnym razie „zmodyfikowanie czegoś w jednej ze sfer może zostać zrekompensowane modyfikacjami pozostałych, tak iż w efekcie uzyskuje się zaledwie nową odmianę formy wyzysku”130. Na przykład zdobycie wyborczego prawa głosu przy braku skorelowanych z tym innych zmian nic prawie nie dało, a nawet pozwoliło potem niektórym sufrażystkom odegrać reakcyjną rolę polityczną. Albo: uzyskana w ZSRR swoboda seksualna przy pozostawieniu w stanie nie zmienionym innych aspektów sytuacji kobiet zaczęła przynosić takie szkody, że Stalin czuł się zmuszony wycofać ją i uświęcić tradycyjne małżeństwo. W Chinach awansowanie kobiet tylko w sferze produkcji, przy równoczesnym obostrze­ niu sfery zachowań seksualnych, także nie przyniosło kobietom wyzwolenia. Zresztą wszystko to nie dziwi, gdyż do wyzwolenia kobiet potrzebny jest ogólnie wysoki poziom rozwoju społeczeństwa. Ergo-, „autentyczne wy­ zwolenie kobiet” może na razie nastąpić wyłącznie w krajach Zachodu131, ale jedynie na drodze „globalnego przeobrażenia”. Kompleksowe oddziaływanie na wszystkie cztery strefy trzeba umieć rozpoczynać od ataku na „najsłabsze ogniwo”. Na Zachodzie produkcja, reprodukcja i socjalizacja dzieci pozostawały przez długi czas bez zmian, nastąpiły jedynie istotne przeobrażenia w sferze seksualności (seks jako wytchnienie — autorka przywołuje tu Samotny tłum Riesmana i Erosa i cywilizację Marcuse’a), bez wpływu na ogólną pozycję kobiety. Cóż zatem proponuje działaczka Nowej Lewicy? W płaszczyźnie negatywnej: wystrzegać się dwóch skrajności — „reformizmu” i „woluntaryzmu”. Reformizm (a chodzi wyraźnie o działalność liberalnych feministek spod znaku Betty Friedan) zgłasza tylko ograniczone żądania poprawek: równa płaca z mężczyznami, więcej żłobków i przed­ szkoli, lepsze warunki do uzupełniania kwalifikacji zawodowych lub prze­ kwalifikowywania się itd. To wszystko prowadzić może jedynie do skorygo­ wania i umocnienia istniejącego systemu, a zatem zasadniczo nie zmieni ogólnej sytuacji kobiet. Woluntaryzm z kolei (chodzi tu o zgłaszane już wtedy niektóre hasła radykalnego feminizmu) wysuwa żądania maksymalistyczne: odrzucenie rodziny i wszelkich ograniczeń seksualnych, przy­ musowe oddzielenie rodziców od dzieci itp., a to wyklucza szersze po­ parcie społeczne i wyrzuca feminizm poza ramy sensownego politycznego dyskursu. Od strony pozytywnej autorka zaleca: umiejętne łączenie żądań zmian natychmiastowych, bezpośrednich, z żądaniami fundamentalnymi, daleko­ siężnymi — wszystko w ramach krytyki „całości sytuacji kobiet [...] nie fetyszyzującej żadnego z aspektów”. Tylko to pozwoli zachować „od­ powiedzialne nastawienie rewolucyjne”132. Trzeba wysuwać „system żądań wewnętrznie powiązanych ze sobą”, w każdej płaszczyźnie skorelowanych z pozostałymi. Obecnie „świat kobiety”, czyli rodzina typu mieszczań­ 130 Ibidem, s. 29. 131 Ibidem, s. 30. 132 Ibidem, s. 34.

NOWY RUCH KOBIET

III

skiego, łączy trzy funkcje: seksualną, reprodukcyjną i socjalizacyjną, a „świat mężczyzny”, sfera publiczna, sfera produkcji, pełni jedną funk­ cję, zdeterminowaną przez prawa ekonomii. Błędem socjalistów było przekonanie, że wszystkie elementy (więc także te realizowane w rodzi­ nie) redukowalne są do gospodarki. I jest prawdą, że „pełne wejście kobiet do publicznej sfery przemysłu”, o które socjaliści tak zabiegają, stanowi klucz do przemiany w sytuacji kobiet. Ale klucz nieuniwersalny, nie rozwiązujący automatycznie innych stron kwestii kobiecej. „Żądania ekono­ miczne pozostają nadal na pierwszym miejscu, ale muszą im towarzyszyć zestrojone z nimi projekty przemian w pozostałych trzech płaszczyznach, które w pewnych szczególnych węzłowych momentach mogą nawet wysu­ wać się na czoło w działaniach bieżących.”133 W sferze ekonomicznej należy żądać nie tylko prawa do pracy, czy nawet do równej płacy za równą pracę, ale „prawa do równości w samej pracy” w sensie dostępu kobiet do wszystkich zawodów i pozycji zawodowych. W sferze edukacji żądać należy „systemu równej edukacji”. Ale najważniej­ sze to uwolnić rodzinę od obecnego przymusowego łączenia w jeden wewnętrznie powiązany system funkcji reprodukcyjnych, seksualnych i socjalizacyjnych. Nie o to chodzi, by znieść rodzinę, ale by głosić swobodę jej zróżnicowania i swobodę w sposobach realizowania jej różnych funkcji. Należy zrównać prawa dzieci ślubnych i nieślubnych, wprowadzić po­ wszechnie dostępną antykoncepcję, uznać prawa homoseksualistów do swobodnego realizowania ich potrzeb. Sam sposób życia w rodzinie winien dopuszczać różne postacie: obok aktualnego wspólnego zamieszkiwania par, także pary mieszkające osobno lub przeciwnie, rozszerzone grupy krew­ nych; obok długoterminowych związków pary z dziećmi — także samotne wychowywanie dzieci przez jedno z rodziców albo socjalizowanie dzieci przez rodziców umownych itp.134 Autorka zastrzega się, że to tylko przykłady, życie w socjalizmie zaś samo stworzy rozmaite modele życia rodzinnego.

Tekst Juliet Mitchell stanowił istotny element w sporze, który właśnie nabierał rozmachu. Zwraca uwagę uznawanie już przez autorkę „ucisku” {oppression) i „wyzysku” {exploitation) kobiet i związanej z tym potrzeby ich „wyzwolenia” {libération) za coś zupełnie oczywistego, o dawniej modnym „równouprawnieniu” wcale się nie mówi, a „równość” pojawia się jedynie ubocznie. Mamy tu do czynienia z wizją konfliktową społeczeństwa, z obrazem walki i ścierania się dwóch stron, co jest charakterystyczne także dla 133 Ibidem. Tu autorka chyba wyczuwała, że sprawa reformy rodziny, atakowanej nazbyt drapieżnie przez ekstremistki, może odegrać kluczową rolę w utrzymaniu ruchu feministycznego w obszarze dopuszczanych przez społeczeństwo sił reformy; w przeciwnym razie groziła mu marginalizacja czy zgoła ekspulsja poza obszar poważnej polityki. 134 Nie brzmi to jeszcze tak rewolucyjnie jak potem u Shulamith Firestone — zob. omówienie The dialectics of sex w rozdziale następnym — ale idzie w tym samym kierunku. Wbrew obiegowej opinii, Firestone także nie żądała bezwzględnego zniesienia rodziny.

112

DZIEJE FEMINIZMU

marksizmu, gdy tymczasem w feminizmie liberalnym dominuje organistyczna, funkcjonalno-strukturalna wizja społeczeństwa, gdzie społeczne dolegliwości są raczej skutkiem błędów i wszyscy właściwie mniej lub bardziej są poszkodowani, nawet jeśli sądzą inaczej. W wizji liberalnej tym, co dokucza kobietom, jest „dyskryminacja”, którą trzeba po prostu usunąć. Kobiet nie trzeba „wyzwalać”, gdyż są wolne, wolne, odkąd uzyskały równe z mężczyznami prawa obywatelskie. Mimo późniejszych różnic, J. Mitchell należy wyraźnie do tej samej optyki w feminizmie, do której będzie należał feminizm radykalny i późniejsze jego odmiany kładące nacisk na istnienie beneficjenta krzywdy kobiet. Po drugie, podkreślić wypada nacisk, jaki kładzie autorka na sprawy reformy rodziny. To symptom nadchodzącego przesunięcia akcentu w pro­ gramie feminizmu: od równości płacy za tę samą pracę i w ogóle równości w pracy (w czym bliskie są sobie zainteresowania feminizmu liberalnego i marksizmu, choć w tym ostatnim raczej tylko w teorii) do problemu niesprawiedliwości czy krzywdy, jakie spotykają kobiety w życiu małżeńskim i rodzinie. Wnet usłyszymy słynne podstawowe hasło: „Prywatność jest polityczna” {The personal is politicaT), a dalej okaże się, że wszystko trzeba zaczynać od rodziny, a być może od łóżka. Mitchell usiłuje to nastawienie wkomponować jakoś w marksizm: wprawdzie nie tylko od rodziny, ale w chwili bieżącej rodzina może okazywać się „najsłabszym ogniwem”. Może nawet seks? Ale jej ukryte przesłanie dla buntujących się feministek brzmi: w żadnym wypadku nie odchodźcie od marksizmu jako podstawy teoretycznej i od ruchu marksistowskiego, w którego łonie zostałyście poczęte. Ten apel odniósł tylko połowiczny skutek. Sama jego autorka z czasem, przynajmniej w teoretycznych zainteresowaniach i poglądach, pożeglowała ku innym kontynentom, głównie ku freudyzmowi, a w konfiguracjach najnow­ szego feminizmu uplasowała się w jednej z jego kulturowych odmian. W każdym razie w tworzącym się teraz już lawinowo Ruchu Wyzwolenia Kobiet będą przez pewien czas obecne dwa nurty, ścierające się ze sobą przy okazji wspólnych spotkań: wspomniane wyżej polityczki i suprematystki. Te pierwsze uchodzą w opinii drugich za nie dość radykalne. Podkreślają, że winien ucisku kobiet jest „system”, boją się powiedzieć, jak sądzą te drugie, iż winni są „mężczyźni”. Bo boją się zerwać ostatecznie ze swymi nowolewicowymi kolegami. Po kilku latach z owych politicos ukształtuje się nurt „feminizmu socjalistycznego”, a feminizm podzielą inne kwestie: stosunek do problemu „różnicy” (między płciami), do „heteroseksualności” i oczywiście do liberalistycznego „reformizmu”.

NOWY RUCH KOBIET

II3

Córki chcą zmienić świat: Women’s Liberation — wczesny feminizm radykalny (1964—1968) Kiedy kobiety z całą mocą wysuną wszystkie swe żądania, kraj zadrży, a mężczyźni, zwłaszcza ci, którzy tym krajem rządzą, zatęsknią jeszcze za spokojnymi czasami sufrażystek. [...] Kobiety budzą się. Linda Sees

Women’s Liberation — początek drogi W 1967 roku na letniej ogólnokrajowej konferencji SDS w Chicago członkinie ruchu domagają się 51% miejsc dla kobiet we władzach centralnych, ale spotykają się z odmową; co więcej, koledzy w ogóle nie wybierają koleżanek do władz13s. Wystąpienia działaczek są przyjmowane nieprzyjaźnie135 136. Wobec tego aktywistki ruchu organizują się w odrębne „Warsztaty Wyzwolenia Kobiet”, gdzie dyskutują na temat męskiej supremacji i dopracowują się własnego Manifestu kobiet. Wielu uważa to wydarzenie za początek faktycz­ nego zaistnienia Women’s Liberation Movement — Ruchu Wyzwolenia Ko­ biet137, choć nazwa ta nie zostaje użyta jako imię własne ruchu, gdyż wydawała się samym pomysłodawczyniom nazbyt radykalna138. Właściwie określenie to nigdy nie miało charakteru formalnego, choć w prasie zaczęto je pisać z dużej litery139. W rzeczywistości istniało wiele nieformalnych grup o bardzo różnych nazwach. Wspomniany manifest porównuje status kobiet we współczesnym społeczeństwie amerykańskim do statusu ludów Trzeciego Świata w obrębie społeczności międzynarodowej: kobiety mają status kolonialnego ludu, skolonializowanego wewnątrz, w obrębie społeczeństwa, przez mężczyzn. Do tej 135 F. Davis Moving the mountain. The Women’s Movement in America since i960, New York 1991. 136 Marilyn Salzman Webb przytacza okrzyki „braci” z ruchu SDS, kiedy koleżanka zabierała glos na temat wyzwolenia kobiet: „Ściągnijcie ją z podium i wypieprzcie”; albo „Wracaj do domu! Kobiety mają dobrze w naszym społeczeństwie”. Zob. M. S. Webb Woman as: secretary, sexpot, spender, sow, civic actor, sickie, w: On the liberation of women, „Motive”, XXIX, 6, 7,1969, s. 53. 137 Tak np. w G. G. Yates What women want. The ideas of the Movement, Cambridge, Massachusetts 1975. 138 A. Echols Daring to be bad. Radical Feminism in America 1967—1975, Minneapolis 1989, s. 53. t3’ Według nie potwierdzonej informacji, sam szef FBI Edgar Hoover wydając w 1969 roku polecenie inwigilowania ruchu użył nazwy Women’s Liberation Movement z dużych liter i tak już zostało. (Zob. F. Davis Moving the mountain, op. cit.).

114

DZIEJE FEMINIZMU

idei nawiąże niebawem pierwsza klasyczka nowego odłamu ruchu, Kate Millett. Shulamith Firestone, klasyczka druga, będzie preferowała raczej pojęcie klasy. Obie analogie, czy może raczej strukturalne identyfikacje, będą w tekstach radykalnego feminizmu przez długi czas walczyły o palmę pierwszeństwa, a często po prostu będą sobie towarzyszyły, a nawet pojawiały się zamiennie, gdyż autorki nie przejawiały początkowo nadmiernej troski o terminologiczną precyzję. Obok „klasy” i „skolonializowanego ludu” są w użyciu w odniesieniu do kobiet także „kasta” i „stan”. Teraz już błyskawicznie, lawinowo, następuje tworzenie się grup kobie­ cych, jeszcze w organizacyjnych ramach Nowej Lewicy albo już poza nimi. „Wyzwolenie Kobiet tworzyły kobiety z ruchu [SDS — K. Ś.], po dwu­ dziestce, białe, z klasy średniej — pisze jedna z najwcześniejszych aktywistek — a dołączały teraz grupy dotąd apolitycznych gospodyń domowych, kobiet aktualnie mających za mężów działaczy ruchu, które wcześniej nie miały własnych poglądów politycznych, studentek college’ow i szkół średnich.”140 Natychmiast też prawie zaczynają się wewnętrzne pęknięcia, rozszczepienia, fuzje w nowych konfiguracjach itd., co bywa bądź motywowane merytorycznie (podział między trzymającymi się nadal marksizmu politicos a zwolenniczkami teorii o naczelnej roli panowania mężczyzn supremacists1*1}, bądź jest wynikiem zwyczajnych okoliczności życiowych, jak zmiana miejsca studiów, pracy i zamie­ szkania niektórych aktywistek. Bodajże pierwsza niezależna grupa wyzwolenia kobiet pojawia się jesienią 1967 roku w Chicago, gdzie Joreen Freeman organizuje WRAP {Women's Radical Action Project — Projekt Radykalnej Akcji Kobiet). Wydają własne pismo „Głos Ruchu Wyzwolenia Kobiet” („Voice of Women’s Liberation Movement”)142. Ustalenie pierwszeństwa nie jest łatwe i nawet w dokładniejszej, najnowszej literaturze brak w tej sprawie jasności. W Bostonie tworzą się grupy „Cela nr 16” w 1968 roku, o nastawieniu radykalnofeministycznym, i „Chleb i Róże” („Bread and Roses”) w 1969 roku, zbliżona na razie do SDS, w Berkeley „Grupa Wyzwolenia Kobiet” („Wo­ men’s Liberation Group”). W czasie wspomnianej na początku Krajowej Konwencji Nowej Polityki w Chicago spotykają się Shulamith Firestone (niebawem autorka standardu ideologicznego Dialektyka płci) i Pamela Allen, a ich współpraca owocuje wnet założeniem także już jesienią 1967 roku bar­ dzo silnej grupy nowojorskiej NYRW — Radykalne Kobiety Nowego Jorku {New York Radical Women), która — zanim dość szybko pęknie na kilka grup —zdąży zasłynąć wieloma akcjami143. Słowo radical będzie wnet, obok women's liberation, identyfikatorem całego radykalnego ruchu. 140 Linda Sees You’ve come a long way, baby — Women in the Movement, w: On the liberation of women, op. cit., s. 71. 141 Juliet Mitchell określa je w książce napisanej głównie dla brytyjskiego czytelnika jako Liberationists i Radical Feminists i stwierdza, że poza USA podział ten był nieznany. Zob. Juliet Mitchell Wbman’s estate (I wyd. 1971), Harmondsworth 1986, s. 51. 142 G.G. Yates: l¥7iar women want, op. cit., s. 10. 143 Dobry przegląd grup wschodniego wybrzeża oraz dane biograficzne o ich założycielkach, w większości znanych potem feministkach, znaleźć można w Alice Echols Daring to be bad, op. cit., dodatek.

NOWY RUCH KOBIET

II5

Radykalne feministki pojawiają się też na scenie przy okazji akcji or­ ganizowanych przez feministki bardziej umiarkowane, z kręgu NOW. Np. w styczniu 1968 roku uczestniczą w zorganizowanym przez koalicję kobiecych grup pacyfistycznych Marszu Brygady Jeanet Rankin, zwróconym przeciw wojnie w Wietnamie, przyciągając uwagę najbardziej radykalnymi transparen­ tami, a także bojowym zawołaniem „Nie skoml, lecz stawiaj opór!”. Robin Morgan uważa to za początek ruchu, natomiast wedle F. Davis była to już kolejna faza działań. NYRW odciągnęły z głównej sceny grupę około 500 kobiet (spośród 5000 uczestniczek) na kontrdemonstrację, gdzie odbył się pogrzeb kukły „Tradycyjnej Kobiecości” i pojawiło się, ukute przez Kathie Amatniek, która sama sobie zmieniła nazwisko na Sarachild (protestując przeciw niczym nie uzasadnionemu narzucaniu kobietom nazwisk ich ojców, a potem mężów: Sarachild to „córka Sary”, jej matki), słynne potem hasło Sisterhood is powerful — Siostrzeństwo to potęga144. Atmosferę, w jakiej wszystko to się odbywało, malowniczo i żywo oddaje sprawozdanie ze słynnego zjazdu początkujących feministek pod Chicago w 1968 roku. Pod koniec listopada 1968 roku doszło do próby zjednoczenia rozproszonego na razie ruchu. W weekend poprzedzający Święto Dziękczynie­ nia zjechały się delegatki ze Stanów Zjednoczonych i Kanady na Krajową Konferencję Wyzwolenia Kobiet. W Lake Villa pod Chicago zebrało się ponad dwieście kobiet z ponad trzydziestu miast. W zjeździe uczestniczyła redaktorka studenckiego miesięcznika „Motive” z Bostonu, Joanne Cooke. W opub­ likowanym następnie sprawozdaniu odmalowała stan ducha, nastroje towarzy­ szące tworzącemu się ruchowi. Przeżycia, doznania wewnętrzne mają tu coś z typowej raczej dla sekt konwersji, żarliwej potem aktywności, przeświadcze­ nia, że posiadło się uniwersalny klucz do zrozumienia całości problemów życia społecznego. Joanne Cooke: Here’s to you, Mrs. Robinson (Editorial). On the liberation of women

’’Motive”. A special double issue. March—April 1969, Vol. XXIX, Numbers 6 & 7, s. 4—5. Nashville, Tenn.

Joanne Cooke udała się na tę konferencję z obowiązku, niechętna fe­ minizmowi — jak każda typowa dziewczyna z typowej amerykańskiej 144 Zob. G. G. Yates What women want, op. cit., s. 101; Robin Morgan Introduction, w: R. Morgan (red.) Sisterhood is powerful, New York 1970, s. XIV; F. Davies Moving the mountain, op. cit., s. 77—78. Co do daty demonstracji istnieją rozbieżności między tekstami, obok stycznia 1968 roku podawany jest też listopad 1967. Przypisywane na ogół zgodnie poetce Amatniek vel Sarachild słynne hasło: Sisterhood is powerful nastręcza duże trudności translacyjne. W niektórych polskich przekładach pojawiło się „siostrzeństwo” przez analogię do „braterstwa” i niewykluczo­ ne, że słowo to się przyjmie, choć na razie nieco razi. „Siostrzeństwo to potęga” wydaje się może najbliższym tłumaczeniem. W istocie rzeczy chodzi o „siłę siostrzanej solidarności”. Tak nader jednoznacznie dointerpretowuje to Yates, pisząc jednym ciągiem: „kobieca solidarność, »siostrzeń­ stwo«” (What women want, op. cit., s. 77).

116

DZIEJE FEMINIZMU

rodziny, wspomina potem autorka. Nie chciała tam jechać. „Nikt [z redakcji — K. Ś.] tak nie protestował z powodu konieczności spędzenia weekendu Święta Dziękczynienia ze stadem wojujących wyzwolonych kobiet, nikt bardziej nie uważał tego za farsę i nie brzydził się tym niż ja. Byłam wystarczająco szczęśliwa, że jestem kobietą. Co było z tymi babami nie w porządku? Same mi powiedziały.”145 Po tym weekendzie w życiu Joanny nastąpiła radykalna zmiana. „Nic nie pozostało takie samo. Teraz każda piosenka w radiu, każda reklama w tygodniku, każde ogłoszenie w TV, każda zwyczajna pogawędka, każde okno wystawowe — są dla mnie czymś politycznym. Nie o to chodzi, że przedtem byłam aż tak naiwna, ale polityka, jak sądziłam, nie wymagała aż zmiany stylu życia; dopóki nie spostrzegłam, że mnie osobiście uciskano.” Cóż takiego zaczęła nagle widzieć inaczej? Weźmy wybory Miss America i kampanię przeciw nim. Jej też to nigdy jakoś się nie podobało, ale nie zastanawiała się nad tym, nie wiedziała właściwie dlaczego. „Te kobiety wyjaśniły mi całą sprawę. Naprawdę rozmyślały nad tym i przeprowadziły starannie przemyślaną analizę. Wnioski, do jakich doszły, zadziwiły chyba nawet je same. Wszystko zdawało się przemawiać za tym, że kobiety w naszym społeczeństwie są stale, już od urodzenia, przyuczane do tego, aby dostarczać rozrywki, aby zadowalać i obsługiwać — głównie mężczyzn. Kobiet nie wychowuje się, aby były po prostu ludźmi — pełnymi, w pełni uczestniczącymi w życiu społecznym indywiduami.” Okazało się, że te 200 kobiet z USA i Kanady mówiło o wszystkim tym, co i Joannę niepokoiło od dawna, ale co przez dwadzieścia dwa lata swego życia uważała za pozostające poza wszelką dyskusją, „bo to już tak musi być.” I stanęła kwestia generalna: „Jakież to kobiety mają problemy, które mężczyznom są obce? Dlaczego kobiety tworzą »jeszcze jedną grupę o odrębnych interesach«? Dlaczego szukają jakichś rozwiązań w odwiecznej wojnie płci? Cóż było aż tak palącego, że kobiety opuściły swoje rodziny i przyjaciół w Święto Dziękczynienia i powlokły się do jakiegoś zawianego śniegiem obozowiska YMCA nad zamarzniętym jeziorem, aby porozmawiać z innymi kobietami?” Otóż problemy były stare jak świat, mówiono o nich nieraz na spotkaniach skautów, w pokojach dziewcząt, na wieczorkach tanecznych, przy brydżu, podczas kuchennych pogaduszek, w czasie przerw przy kawie i na przyję­ ciach. Różnica polegała na tym, w jaki sposób się o tym mówiło. Tu mówiło się całkiem serio. I nikt nie uważał, że tak już jest i koniec, nic na to się nie poradzi. Szczególnie zaskoczyło Joannę i ujęło zarazem to, iż kobiety te za­ chowywały się solidarnie. „Każda kobieta była siostrą i nie było takiego siostrzanego problemu, pomysłu czy kwestii, które by uznano za nazbyt banalne, aby nie odnieść się do nich z życzliwym zainteresowaniem.” I czemu się tu było dziwić? „Dlaczegóż miałoby to być czymś niezwykłym, że kobiety wychodzą sobie naprzeciw, chcą współpracować i wspierać się 145 J. Cooke Here’s to you, Mrs. Robinson (Editorial), „Motive”, XXIX, 6, 7, 1969, s. 4.

NOWY RUCH KOBIET

117

wzajemnie? Dlaczegóż niby miałyby być nawykłe wyłącznie do rywalizacji między sobą — w walce o przyciąganie uwagi mężczyzn?” Właśnie do tego jednak była Joanna dotąd przyzwyczajona. Dlatego te kobiety tak ją pociągnęły, lody pękły, system alarmowy został wyłączony, drzwi się otwarły, nieufność została odrzucona, „zaakceptowałam fakt, że jestem jedną z nich.” Poczuła się nagle jak ktoś, kto nareszcie wydostał się z zamkniętego schronu „i wolny i roześmiany wybiegł na świeże powietrze. ” Nie boi się już, że po odsłonięciu swoich najskrytszych wątpliwości usłyszy nagle, iż jest maskulinistyczną, lesbijską, kastrującą suką komunistką. Tak, miały serdecznie dość tych odpowiedzi, tyle razy już słyszanych, nie dadzą się już zbyć jak młoda Shirley Tempie, która gdy wyznała, że chce zostać marynarzem, usłyszała w odpowiedzi od kapitana January, iż to niemożliwe, ponieważ musi zostać damą. Czy doczekają się wreszcie choć raz tego, że ktoś powie im komplement nie z powodu ładnej buzi czy zgrabnej figury, lecz mądrego pomysłu? A oto wykaz starych pytań, na które ruch wyzwolenia kobiet szuka nowych odpowiedzi: „Co to za pytania? Dlaczego większość rodziców spodziewających się dziecka życzy sobie chłopca — przynajmniej jako pierwszego? Dlaczego chłopców pyta się o to, kim chcą zostać, a dziewczyny o to, kim jest ich chłopak? Dlaczego kobiety mają godzinę policyjną, podczas gdy mężczyźni — nie? Dlaczego terroryzowane jesteśmy przez modę i przemysł kosmetycz­ ny? Dlaczego dyrektorki nie mają mężczyzn jako sekretarek? I w ogóle gdzie się podziewają dyrektorki? Dlaczego zarówno kobiety, jak i mężczyźni wolą męskie towarzystwo? Dlaczego musimy wychodzić za mąż? Dlaczego musimy mieć dzieci? Dlaczego nawet jeśli oboje rodzice pracują, kobiety ponoszą główną odpowiedzialność za opiekę, żywienie i wychowywanie dzieci, które przecież mężczyźni pomagają stworzyć? Dlaczego u mężczyzn szukamy określenia nas samych, kierunku i strategii w życiu? Dlaczego musimy żyć parami? Dlaczego żywimy współczucie, albo lęk, w stosunku do lesbijek albo się od nich odgradzamy? Dlaczego ktoś jest zdania, że chciałybyśmy mieć specjalne papierosy dla nas, kobiet? Dlaczego we wszystkich ogłoszeniach i reklamach posługują się kobietami? Dlaczego cały nasz czas trawimy na troszczeniu się o mężczyzn, podczas gdy oni sami większość czasu poświęcają trosce o swą pracę? Dlaczego naszej własnej pracy nie traktujemy poważnie? Dlaczego kobietom nie płaci się tyle samo co mężczyznom za wykonywanie tej samej pracy co oni? Dlaczego kobiety nie mają wzajemnie do siebie zaufania?”146 A stoją za tym pytania nieco ogólniejszej natury, które może wskazują właściwy kierunek poszukiwań: „Dlaczego wciąż wierzymy, że kobiety jakoś tam różnią się od mężczyzn pod względem zdolności, inteligencji, talentów i powagi celów życiowych? Jeśli takie różnice zachodzą, to dlaczego nikt dotąd nie zapytał »dlaczego« w takim samym tonie, jak zaczęto pytać, dlaczego mieszkańców gett ujmuje się stereotypowo jako »beztroskich 146 Ibidem, s. 5.

118

DZIEJE FEMINIZMU

i leniwych«? Dlaczego nikt dotąd poważnie nie zajął się zjawiskiem gettoizacji kobiet? Dlaczego nasze problemy uważa się za nieistotne lub za, w najlepszym razie, drugorzędne? Dlaczego nie jesteśmy dotąd zorganizo­ wane, aby zdobywać i chronić nasze prawa i bronić naszych interesów? Gdzie się podziewa historia nas, kobiet, nasze, a nie mężczyzn tylko dzieje? Co stałoby się ze społeczeństwem — takim, jakie znamy — gdybyśmy naprawdę zajęły się wyszukiwaniem odpowiedzi na niektóre z powyższych pytań?” Autorka wyznaje na koniec, iż jest teraz przekonana, że to nie są żarty. „Stało się dla mnie jasne, że »kwestia kobieca«[...J —może nawet bardziej niż »kwestia czarnych«, »problem studencki«, »wojna«, »pobór do wojska« czy »bomba« — wymaga radykalnego przemyślenia na nowo naszych obecnych poglądów na ludzkie współdziałanie i odpowiedzialność.” Tu już nie chodzi o samo poznanie ani też o jakieś poprawki w istniejącym systemie społecz­ nym. Rozwiązanie „sprawy kobiet” wymaga projektu przemian w or­ ganizacji całego społeczeństwa — od rodziny do szkoły, Kościoła, gospo­ darki i państwa. „Chodzi więc może aż o... rewolucję? [...] Jeśli zwalczanie niesprawiedliwości, nierówności i wyzysku oznacza zmianę wystarczająco gruntowną, aby nazwać ją rewolucją... Amen.” — kończy kokieteryjnie Joannę Cooke swój artykuł redakcyjny w sponsorowanym przez Kościół metodystów piśmie studenckim. Nie uchroniło to pisma najprzód przed przejściowymi perturbacjami wydawniczymi, a w końcu przed zamknięciem w ogóle.

Bardzo osobista w tonie relacja Cooke pokazuje także, iż feministką zostawało się niekoniecznie dlatego, iż ktoś od dawna, prawie od urodzenia, był już autsajderką tradycyjnych dróg życiowych kobiet, choć oczywiście i takie młode kobiety odnajdywały w feminizmie nową szansę dla siebie. Wiele z nich, zostawszy feministkami z przyczyn nieosobistych, niebiograficznych, prze­ chodziło następnie także osobiste przeobrażenie, popadając stopniowo, dopie­ ro teraz, w konflikt z tradycyjnymi wzorcami i normami zwyczajowymi. Cytowana już wcześniej poetka Robin Morgan, autorka jednego z pod­ stawowych zbiorów wczesnych tekstów feministycznych, pisze tak na przykład o przeobrażeniach, jakie w niej i jej osobistym życiu nastąpiły dopiero w trakcie działalności feministycznej, kiedy redagowała antologię: „W ciągu ostatniego roku przeżyłam dwukrotnie prawie rozpad mojego małżeństwa, zostałam zwolniona z pracy (za próbę zorganizowania związku i za aktywność w ruchu wyzwolenia kobiet), urodziłam dziecko, pracowałam przy tworzeniu kobiecej gazety, uczestniczyłam w marszach i pikietach, karmiłam niemowlę piersią, byłam aresztowana w trakcie bojowej akcji wyzwolenia kobiet, spędziłam trochę czasu w więzieniu, przestałam sobie robić makijaż i golić nogi, zaczęłam uczyć się karate i kompletnie zmieniłam swoją politykę życiową. Czyli stałam się, jakby z marszu, »feministką« oddaną Kobiecej Rewolucji.”147 I potem 147 Robin Morgan Introduction, w: R. Morgan (red.) Sisterhood is powerful, op. cit., s. XIV.

NOWY RUCH KOBIET

II9

dokonuje się zupełne przeobrażenie sposobu widzenia—tego samego przecież nadal — świata. „Ta [nowa] świadomość czyni cię bardzo wrażliwą, nawet surową. Wszystko, począwszy od słownej zaczepki na ulicy, przez »nie myślany źle« seksistowski dowcip twego męża, niższą zapłatę za pracę, za którą mężczyzna otrzymałby więcej, reklamy telewizyjne, teksty rockowe, różowe i niebieskie kołderki na oddziale szpitalnym okrywające dzieci [w zależności od ich płci], po przemówienia mężczyzn »rewolucjonistów« z daleka trącące męską arogancją — wszystko bombarduje twój obolały mózg, który traci stopniowo jakiekolwiek możliwości obronnego wytłumienia tych rzeczy. Zaczynasz dostrzegać, jak wszędobylski jest seksizm — definiowanie i dyskryminowanie połowy gatunku ludzkiego przez drugą połowę. Kiedy to już raz się zacznie, nic nie jest w stanie tego zatrzymać, przedrze się to i przez zgiełk codzienności.”148

Język i teorie wyzwolenia kobiet Bardzo szybko wytwarza się—w relacji J. Cooke jeszcze nieobecny lub na razie przemilczany — szczególny, mocno ideologiczny i emocjonalny żargon ruchu, którego część terminologii zostanie nobilitowana jako pojęcia tworzącej się teorii feminizmu radykalnego. Najwcześniej robi karierę male chauvinism — męski szowinizm, który wnet przejdzie w male supremacism — męski supremacjonizm — prototyp później używanego patriarchatu149. Mianem męskiego szowinizmu napiętnowuje się typowe wówczas antykobiece (lub jako takie odbierane) zachowania, postawy i poglądy, zwłaszcza u młodych męż­ czyzn — męskich szowinistycznych świń (MCP — a male chauvinist pig). Odnosiło się to do prostackich, czasem chamskich zachowań mężczyzn wobec kobiet, którzy byli w dodatku przekonani, że takie zachowania muszą się kobietom podobać. Ale takim MCP można było zostać — co dla Polek bywa czymś niezrozumiałym — zachowując się szarmancko wobec dam, np. ustępując im miejsca w metrze. Bo to także poniża kobietę, czyniąc z niej istotę jakoby słabszą i wymagającą szczególnej troskliwości (a co za tym idzie — też pozbawioną wielu praw i dostępu do wielu społecznych ról).150 Następnie modny staje się patriarchat (patriarchy) i to słowo okazuje się wnet, do dziś zresztą bez zmian, podstawowym terminem teoretycznym. Pojęcie patriar­ chatu ma w ujęciu feministycznym znacznie szersze zastosowanie od zwyczajo­ wego. Odnosi się do wszelkich systemów społecznych, w których kobiety są 148 Ibidem, s. XV—XVI. 149 W 1970 roku Robin Morgan wyjaśnia: „męski szowinizm to postawa — męska supremacja to obiektywna rzeczywistość, fakt”. Zob. R. Morgan Goodbye to All That, w: B. Roszak, T. Roszak (red.) Masculine/Feminine. Readings in sexual mythology and the liberation of women, New York 1969, s. 244. 150 Z końcem 1969 roku socjolog Marlene Dixon konstatuje z uznaniem odchodzenie od tej terminologii. Pisze: „Rok temu ruch nasz kladl nacisk na męski szowinizm i opresję psychologicz­ ną; teraz akcent pada na zrozumienie ekonomicznych i społecznych źródeł ucisku kobiet, a analiza sięga [do teorii] od socjaldemokratyzmu po marksizm.” Zob. Marlene Dixon The rise of Women’s Liberation, w: B. Roszak, T. Roszak (red.) Masculine! Feminine, op. cit., s. 187—188.

120

DZIEJE FEMINIZMU

z tytułu swej płci obiektem ucisku i wyzysku ze strony mężczyzn, do których należy w społeczeństwie cała władza, co u feministek oznacza w praktyce, iż to określenie stosuje się do wszystkich znanych dotąd społeczeństw z wyjątkiem hipotetycznych, być może kiedyś istniejących, społeczeństw matriarchalnych (w których jednak kobiety nie uciskały mężczyzn, a jedynie sprawowały kierowniczą rolę). W patriarchacie mężczyźni dominują we wszystkich płasz­ czyznach życia społecznego. Kobiety stanowią klasę, kastę, stan, skolonizowa­ ną wewnętrznie mniejszość itp., poddaną władzy mężczyzn, także stanowią­ cych odrębną całość strukturalną. Zwraca uwagę konfliktowa, sprzecznościowa wizja społeczeństwa. Później nieco pojawia się termin szczególnie pojemny i stosowany odtąd, obok patriarchatu, także jako teoretyczny: seksizm i jego pochodna seksistowski {sexism, sexist)151. Ten termin ukuto przez analogię do terminu rasizm {racism). Rasizm to system społeczny i towarzysząca mu ideologia, w którym ludzie są uciskani i wyzyskiwani (słabiej: dyskryminowani) ze względu na swą przynależność rasową, rasę {race). Seksizm — analogicznie — to system społeczny i towarzyszące mu ideologie i postawy, w którym ludzie są dyskryminowani, a — wedle feministek radykalnych — także zawsze uciskani i wyzyskiwani, ze względu na swą płeć {sex). W obu wypadkach mamy do czynienia ze stosowaniem kryterium pewnej cechy biologicznej (rasa lub płeć), która w mniemaniu użytkowników tych terminów nie powinna w społe­ czeństwie być brana pod uwagę przy rozdziale ról i dóbr, a jednak jest i stanowi w praktyce kryterium152. W tym samym słowotwórczym duchu spotykamy w języku angielskim od pewnego czasu także określenia klasizm {classism) i ejdżyzm {ageism, agism — dyskryminacja ze względu na wiek). Naturalnie nie trzeba prawie dodawać, że w przypadku seksizmu historia zna zdaniem feministek tylko jeden, i to powszechnie występujący, jego wariant: seksistow­ ski ucisk i wyzysk kobiet przez mężczyzn, nie zaś odwrotnie. Wariant odwrotny pozostaje wciąż jedynie w sferze teoretycznej możliwości, a nawet, jak będą dowodziły niektóre feministki, ze względów antropologiczno-ontycznych jest w ogóle niemożliwy, gdyż kobieca natura wyklucza uciskanie czy dyskrymino­ wanie drugiej płci.153 Seksizm, rozumiany jako seksistowski system społeczny, tożsamy staje się z pojęciem patriarchatu, natomiast jako kompleks idei i postaw przekłada się na „patriarchalne ideologie i postawy”. W praktyce termin seksizm i pochodne używany jest chętniej w kontekstach wyraźnie ideologicznych i zabarwionych 151 Czasem termin „seksizm” utożsamiany bywa z „sexual politics” — „polityką seksualną”, określeniem wprowadzonym w książce Kate Millett pod takim tytułem, co jednak nie jest powszechnie akceptowane. Tak w każdym razie intertpretuje ten termin wiarygodny świadek, współzałożycielka Czerwonych Pończoch, bliska w owym czasie Kate Millet. Zob. wstęp pióra Ellen Willis do A. Echols Daring to be bad, op. cit., s. IX. 152 Oczywiście ci, którzy w praktyce zachowują się jak rasiści czy seksiści, nie przyjmują do siebie tych określeń, gdyż albo uważają, że cecha rasy czy płci winna być brana pod uwagę, gdyż jest właśnie istotna, albo utrzymują — wbrew ewentualnej wymowie faktów — że w swym postępowaniu nie kierują się tymi rozróżnieniami. 153 Pierwszy bodajże zbiór tekstów poruszających się wokół pojęcia seksizmu w sposób aspirujący do naukowości stanowi książka Clarice Stasz Stoll (red.) Sexism. Scientific debates, Reading, Massachusetts 1973. Brak w niej jakiejś wyraźnej tezy.

NOWY RUCH KOBIET

121

emocjami, jako oręż w walce, inwektywa, gdy tymczasem patriarchat i pochod­ ne pojawiają się także w kontekstach o ambicjach bardziej teoretycznych, naukowych czy akademickich, ponieważ jego emocjonalny wydźwięk bardziej zależy od postawy odbiorcy i w samym terminie nie jest jednoznacznie przesądzony. Bliskość morfologiczna słów „seksizm” i „rasizm” uniemożliwia podobne odemocjonalizowanie słowa „seksizm”. Szczególnie kluczową rolę w teorii feminizmu zaczęła pełnić słynna teza: „Personal is political” — „Prywatność jest polityczna”. Przyjmuję taki przekład, gdyż jak się zdaje, chodzi przeważnie o stwierdzenie politycznego charakteru sfery ludzkiej prywatności, życia osobistego, uważanych dotąd powszechnie za apolityczne, pozostające poza wszelką polityką. Wieloznacz­ ność terminu personal zmusza jednak czasem do poszukiwania innej translacji. Same autorki nadają z czasem tej tezie, kluczowej dla radykalnego feminizmu, bardzo różne znaczenia (podobnie jak terminowi polityka seksualna — sexual politics). Pierwotnie wyrażała ona skonstatowanie głębi zasięgu męskiej domi­ nacji — od władzy państwowej u góry, co oczywiste, poprzez cały aparat przemocy, całą sferę produkcji, ale też kultury, nauki, szkolnictwa itd., aż do wnętrza prywatnych domów, do wszelkich zakamarków osobistego życia, do osobistych, intymnych związków. Nic nie pozostawało poza zgubnym do­ tknięciem męskiego panowania (czyli polityki), wszystko w końcu ujawniało oblicze seksistowskie. Przyjąwszy następnie — co nie jest samo w sobie oczywiste, ale radykalnym feministkom wydawało się takie — że powszechna dominacja mężczyzn ma swe źródło czy podstawę w ich panowaniu w prywat­ ności życia osobistego (a nie na przykład na odwrót, w ich panowaniu w sferze publicznej), zalecały, jako coś oczywistego, aby całą walkę o wyzwolenie spod męskiej dominacji zaczynać właśnie od samych korzeni, czyli od osobistych, prywatnych kontaktów z mężczyznami, od domu, od rodziny, od małżeństwa, a w małżeństwie — od łóżka. Dla marksisty podstawą wszystkiego były stosunki produkcji i od nich też wszystko miało być zaczynane — i w teorii, i w praktyce. W radykalnym feminizmie pojawia się analogiczna wizja jednokierunkowej hierarchii strukturalnej społeczeństwa: fundamentem oka­ zuje się życie rodzinne, sfera osobista, sfera prywatnych stosunków między­ ludzkich i ona „określa” pozostały całokształt życia społecznego.

Grupy Poszerzania Świadomości (Consciousness Raising Groups — CRG) Równolegle do grup publicznie manifestujących swoje istnienie, rozwija się na zewnątrz i przeważnie w powiązaniu z nimi — pierwsza inicjatywa wy­ szła od Radykalnych Kobiet Nowego Jorku154 — sieć małych i na ogół niezbyt trwałych grupek kobiet, których celem zasadniczym jest „posze­ rzanie świadomości” (consciousness raising) lub, jak przyjęto najczęściej w polskich przekładach, „budzenie świadomości”, czy może jej „umacnia­ ,54 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 87.

122

DZIEJE FEMINIZMU

nie”155. Jedna z głównych inicjatorek i metodyczek tej formy działania, wspomniana już Kathie Sarachild, mówi wyraźnie o consciousness expan­ sion156 — poszerzaniu świadomości własnej, na własny, prywatny użytek, przynajmniej na razie. Grupy poszerzania świadomości działały poza sceną publiczną, opierając się na dobrowolności i osobistym zaangażowaniu uczest­ niczek, choć rychło zaczęły się w nich ujawniać tendencje ostracystyczne w stosunku do niektórych kandydatek (mężatek, kobiet pozostających w związkach z mężczyznami). Dbano w nich także bardzo o utrzymanie niehierarchicznej astrukturalności. W grupach dzielono się własnymi dozna­ niami i doświadczeniami w zakresie kontaktów z mężczyznami, nawiązując do szerzącej się literatury feministycznej, w atmosferze wielkiej otwartości, szczerości i zaufania do siebie. Ogromnie częste stawały się przeżycia w ro­ dzaju „otwarcia oczu”, „zmienienia się całego świata”, „nagłego zrozumie­ nia”, „olśnienia” itd. To właśnie tu odkrywano ze zdumieniem, i utwier­ dzano się w tych odkryciach, jak bardzo to, co osobiste, prywatne, jest polityczne, czyli nacechowane dominacją mężczyzn i opatulone w wygodne dla nich poglądy. Grupa istniała przeważnie tylko jakiś czas, dopóki jej uczestniczki nie osiągnęły pewnego wspólnego poziomu świadomości feministycznej, potem zwykle rozchodziły się, tworząc po części nowe zespoły. Wiele uczestniczek takich grup zasilało szeregi aktywistek ruchu, inne poprzestawały na nowym rozumieniu świata, ale i to owocowało zmianą ich postaw w życiu prywatnym i publicznym, w rodzinie i w miejscu pracy. To nowe, femi­ nistyczne widzenie rzeczywistości zataczało znacznie szersze kręgi, niż można by sądzić po liczebności aktywnych ugrupowań feministycznych. Nie ulega wątpliwości, że pomysł tworzenia grup poszerzania świadomości okazał się szczególnie efektywny157. Choć jego pojawienie się w środowisku studentek nie budzi zdumienia, to już fakt, że wnet zaczęły w takich gru­ pach uczestniczyć liczne tzw. szare kobiety z zewnątrz, świadczy o istnieniu szerokiego społecznego zapotrzebowania na ten typ nowego widzenia rzeczy­ wistości. Nikt nigdy nie zliczył do końca grup poszerzania świadomości, które w sumie złożyły się na szerzej rozumiany Ruch Wyzwolenia Kobiet, choć jego trzon stanowiły grupy aktywistek przeprowadzających spektakularne akcje na 155 Tłumaczenie terminu consciousness raising rodzi znaczne trudności. Przyjęte nader powszechnie „budzenie świadomości” sugeruje budzenie czegoś, co już w kimś jest. Raising sugeruje tutaj raczej poszerzanie istniejącej świadomości kobiety w taki sposób, iż jej dotych­ czasowe treści uzyskują w nowej feministycznej perspektywie zmieniony sens, znalazłszy się pośród rozleglejszego horyzontu. Poszerzając czy rozszerzając świadomość, równocześnie dokonu­ je się reinterpretacji jej dotychczasowej zawartości, dotychczasowego kobiecego doświadczenia, zresztą warunku tego poszerzenia czy przebudzenia. Raising to wreszcie także jakby „ładowanie” świadomości niczym akumulatora — nową energią płynącą ze wspólnego wymieniania doświad­ czeń i wspólnego wysiłku ich nowego wyjaśnienia. 156 Zob. skrócony poradnik prowadzenia pracy w takiej grupie: R. Morgan Introduction, w: R. Morgan (red.) Sisterhood is powerful, op. cit., s. XXIII—XXIV. 157 Podobne praktyki stosowali marksiści pod koniec XIX wieku w środowiskach robot­ niczych.

NOWY RUCH KOBIET

I23

użytek publiczności158. Zapewne było ich najwięcej na wschodnim wybrzeżu, zwłaszcza w Bostonie i Nowym Jorku, podobnie w Chicago, a wnet dołączyło środowisko Berkeley z wybrzeża zachodniego159. Część grup w sposób płynny zamieniała się w zespoły aktywne także na zewnątrz. Brak ostrych kryteriów, aby określić, kiedy dokonywało się takie przeobrażenie, gdyż grupy feminis­ tyczne zawsze pozostawały — w odróżnieniu od NOW — nieformalne, bez wyraźnej struktury organizacyjnej i przywódczyń, choć w praktyce niektóre feministki wysuwały się na czoło, co czasem było niemile widziane wśród pozostałych i mogło prowadzić do zaskakujących konsekwencji. Np. zespół redakcyjny „Rat” zmusił Robin Morgan do pogorszenia stylu wierszy, aby mimo przyjętej już a narzuconej jej anonimowości ktoś jednak nie rozpoznał w niej autorki. Potem poproszono ją, żeby w ogóle przestała pisać poezje. Po miesiącu takich starań o zachowanie anonimowej zespołowości porzuciła redakcję160. Susan Brownmiller powiada, iż ta troska o niewyłonienie się przywódczyń (antyleadership thing~) doprowadzona została do przesady. Z tych samych powodów grupy nie były trwałe. Do połowy lat siedemdziesiątych — z wielu różnych przyczyn — rozpadły się prawie wszystkie. Do dziś przetrwała jedna: the Boston Women’s Health Book Collective, ale ta grupa utrzymała się tylko dlatego, że wpadła na pomysł wydawania książki o zdrowiu, poradnika dla kobiet, który okazał się bestsellerem wydawanym do dziś we wciąż modernizowanych wersjach161. Spośród ogromnej liczby aktywniejszych grup wymieńmy tu tylko kilka szczególnie upamiętnionych, obok wspomnianych już na wstępie tego roz­ działu. W Nowym Jorku — gdzie było najburzliwiej — Radykalne Kobiety Nowego Jorku, po wielu akcjach uznanych potem za wzorcowe, podzieliły się 158 W 1970 roku w brytyjskiej standardowej książce quasi-podręcznikowej autorka pisze o feminizmie w USA: „Odnosi się wrażenie, że ruch jest wszędzie — ale często nie potrafi się go nigdzie wyraźnie wskazać.” Zob. Juliet Mitchell Woman’s estate, op. cit., s. 49. t5’ Według Robin Morgan na początku 1970 roku grupy takie istniały we wszystkich głównych i wielu pomniejszych miastach USA. W największych miastach ich liczba oscylowała między pięćdziesiąt a dwieście, w każdym razie w Nowym Jorku naliczono ich dwieście, a ich liczba stale się zwiększała. Istniały na większości uniwersytetów. Zob. R. Morgan Introduction, w: R. Morgan (red.) Sisterhood is powerful, op. cit., s. XXV. Według G. G. Yates na początku lat siedemdziesiątych liczbę członkiń tych grup szacowano na co najmniej dziesięć, ale może i pięćdziesiąt tysięcy, zob. G. G. Yates What women want, op. cit. Jo Freeman w nagrodzonej przez American Political Science Association książce z 1975 roku podaje, iż wystąpił tu efekt grzyba, mushroom effect, jak zresztą zatytułowano 16-stronicową publikację grup feministycznych pod koniec 1970 roku. Wówczas wymieniono ich kilkaset, ale lista była nieaktualna już w dniu wydania. Trzy lata później „Women Today” podawał kilka tysięcy grup. Grup wywodzących się z obu orientacji, ale zdaniem autorek straciło to wówczas znaczenie, gdyż „jak gałęzie dwóch blisko rosnących drzew tak splotły się wokół obu pni [feminizmu liberalnego i feminizmu radykalnego], że niełatwo byłoby doszukać się odmiennych korzeni tego listowia.” Zob. Jo Freeman The politics of Women’s Liberation. A case study of an emerging social movement and its relation to the policy process, New York 1975, s. 147. 160 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 99. 161 The Boston Women’s Health Book Collective Our bodies, ourselves. A book by and for women. Pierwsze wydanie ukazało się w 1971 roku. Odtąd było ich bardzo wiele, także w innych krajach. Ostatnie, najświeższe wydanie brytyjskie, bardzo zmienione w treści, poszerzone i w nowoczesnej szacie graficznej, wyszło w 1996 roku w Penguin Books.

124

DZIEJE FEMINIZMU

na Czarownice (Witches), opanowane przez polityczki i Czerwone Pończochy (Redstockings), feministki radykalne, które z kolei połączyły się z odrębną grupą Feministek (The Feminists), utworzoną przez dysydentkę z NOW Ti-Grace Atkinson, tworząc nową, szczególnie potem programowo twórczą grupę NYRF — Nowojorskie Radykalne Feministki (New York Radical Feminists). W Bostonie mniej radykalne „Chleb i Róże” zamieniły się w sieć wielu grup, gdyż jesienią 1969 roku napływały na zebrania już setki kobiet162. Działająca tam radykalna Cela nr 16 zostaje jesienią 1970 roku opanowana przez trockistki163, później ewoluuje ku feminizmowi separatystyczno-kulturowemu. Wiele grup przyjmowało kryptonim WITCH (ang. czarownica — w feminizmie czarownica to postać bardzo pozytywnie wartościowana jako średniowieczny prototyp feministki), z nich może najsłynniejsza była grupa nowojorska, jedna z najwcześniejszych, która podczas swego krótkiego istnienia (1968 do zimy 1969) zdążyła zasłynąć ze szczególnie spektakularnych zapów, jak nazywano protestacyjne happeningi, metodę odziedziczoną po lewicowych ruchach studenckich164. W niej właśnie zdobywała doświadczenie Robin Morgan, która bardzo wcześnie reprezentuje już orientację kulturową. „CZAROWNICĄ się nie »zostaje« — głosi ulotka tej grupy. — Jeśli jesteś kobietą, jesteś jedną z nas. Miej tylko odwagę spojrzeć w siebie.”16S Ani mnożące się coraz bardziej pomysłowe zapy, ani działalność grup poszerzania świadomości nie uczyniłyby same, i to tak szybko, z feminizmu nader popularnego zjawiska w społeczeństwie166, gdyby nie pomoc — na pewno nie zamierzona—środków masowego przekazu. Swój wpływ wywierały także coraz liczniejsze publikacje, bowiem wydawnictwa odkryły w literaturze feministycznej źródło znacznych dochodów. Ale szczególna zasługa przypada telewizji, która swymi ośmieszającymi feminizm audycjami ściągnęła nań wyjątkowo powszechną uwagę167. 162 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 80—86. 163 W tej sprawie zob. str. 159. 164 W tym wypadku WITCH to Women’s International Terrorist Conspiracy from Hell, Kobieca Międzynarodowa Konspiracyjna Grupa Terrorystyczna z Piekła Rodem. Zob. Linda Sees You’ve come a long way, baby, op. cit., s. 71; ale skrót ten bywał też odszyfrowywany na wiele różnych sposobów (długą ich listę przytoczono w R. Morgan [red.] Sisterhood is powerful, op. cit.). 165 W.I.T.C.H. Witch power, w: On the liberation of women, „Motive”, op. cit., s. 77. 166 Autorzy pierwszego obliczonego na szerszego odbiorcę wyboru tekstów nowego ruchu, Roszakowie, piszą w przedmowie, iż wtedy jeszcze, pod koniec 1968 roku, idee uchodzące już za truizm w kampusach college’ów i w małych, zamkniętych kołach aktywistek dużych metropolii, poza tymi kręgami wydawały się „obce, dziwaczne i absurdalne”. Tak gruby kożuch „apologetyki i metafizyki seksizmu przykrywał jeszcze świadomość publiczną”. (B. Roszak, T. Roszak [red.] Masculine¡Feminine, op. cit., s. VIII). 167 Jak pisze w 1970 roku historyk O’Neill, audycje telewizyjne z udziałem feministek oraz ich rozmaite widowiskowe akcje w miejscach publicznych wywoływały sporo śmiechu, ale nigdy nie było pewne, czy publiczność śmieje się wraz z feministkami czy z nich. Zob. W. O’Neill Coming apart. An informal history of America in the 1960’s, Chicago 1971, s. 197. Śmiech był zresztą zawsze pierwszą reakcją na feminizm, dodaje, a „jednym z powodów, dla których feminizm brano zawsze lekko było to, iż potraktowanie go na serio mogło otworzyć nieprzyjemne alternatywy. Co stałoby się bowiem, gdyby się okazało, że równość kobiet nie daje się pogodzić z utrzymaniem małżeństwa i rodziny? [...] Poważne potraktowanie kwestii kobiecej oznaczało ni mniej ni więcej, tylko podjęcie takiego ryzyka” (ibidem, s. 199).

NOWY RUCH KOBIET

125

Mass media lansują feminizm Mniej więcej od 1970 roku zaczęto w TV prowadzić poważniejsze rozmowy i dyskusje z przedstawicielkami ruchu feministycznego, co tym bardziej sprzyjało docieraniu idei feministycznych do uszu również takich osób, które nigdy nie sięgnęłyby po pisemko czy książkę feministyczną. Najprzód jednak, przez z górą dwa lata, szły w świat barwne relacje z organizowanych przez feministki happeningowych akcji i na długo, do dziś, utrwaliły obraz femini­ zmu jako ruchu z całą pewnością szalonych ekstremistek (o czym przekonywał komentarz, zapewne wypaczający sens tych protestów). Według F. Davis szczególne nasilenie takiego eksponowania feminizmu trwało przez sześć miesięcy przełomu 1969/1970, kiedy każde prawie pismo wydawało specjalny numer, a w radiu i w telewizji audycja szła za audycją168. Środki masowego przekazu wybierały elementy najbardziej widowiskowe i „gorszące” miesz­ czucha, często tylko powierzchniowo i fragmentarycznie powiązane z głębszym ruchem feministycznym i innymi jego akcjami, a przede wszystkim wyrwane z kontekstu ideologicznego i rozumiane nader opacznie. Pokazywano mnożące się lokalne demonstracje i pochody, których liczba i agresywność narastały aż po kulminację w 1970 roku. Szczególnie spopularyzowano w potocznej wyobraźni obraz bra burners (spalaczek staników) — choć do dziś trwa spór, czy gdziekolwiek naprawdę publicznie palono biustonosze169. Owszem, wrzucano je publicznie, pod okiem kamery telewizyjnej, do wielkiego „śmietnika wolności” obok lokówek, pasów elastycznych, butów na wysokim obcasie, pism kobiecych itp. akcesoriów kobiecego życia, zdominowanego przez narzucony kobietom przymus przypodobywania się mężczyznom170. Działo się to w ramach szerszej akcji oprotestowującej wybór Miss America w Atlantic City we wrześniu 1968 roku. Feministki zakłóciły wówczas tę popularną, oglądaną przez wielu telewidzów uroczystość, wtargnąwszy na salę i zarzuciw­ szy scenę papierowymi jaskółkami. Ukoronowały przy tej okazji owcę i tańcząc wokół niej odśpiewały następujący tekst: „Jakaż jest milutka, sprzedając swe mięsko dla profitu. To pierwszy towar w Ameryce. Czyż nie jest milutka?”171 W ten sposób Radykalne Kobiety Nowego Jorku protestowały przeciw temu, 168 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 107. 169 Betty Friedan nie jest znany ani jeden fakt publicznego spalenia biustonosza, a wymyślenie mody na chodzenie bez stanika przypisuje jednemu z dyktatorów mody. Także Robin Morgan zaznacza w 1970 roku, że: „Nigdy nie palono staników. Bra-buming od początku do końca było wynalazkiem mediów”. Zob. R. Morgan (red.) Sisterhood is powerful, op. cit., s. 521. 170 Wrogość do wyrzucanych „przyborów” łatwiej zrozumieć, kiedy czyta się uwagi Beverly Jones o tym, jak bardzo wiele cennego czasu studentki musiały codziennie marnotrawić, by sprostać narzuconej im potrzebie podobania się — 1/8 czasu poza snem, a wraz z lekturą edukujących o tym magazynów nawet 1/4. Wszystko dlatego, że nastawiono je w życiu na jedyną drogę: jak najszybciej wyjść za mąż. Także dlatego, aby jak najszybciej uciec z domu, od rodziców. Zob. Beverly Jones Radical women as students, w: B. Roszak, T. Roszak (red.) Masculine!Feminine, op. cit., s. 219—220. 171 „Ain’t she sweet/Making’ profit off her meat./She’s just America’s prime commodity,/ Ain’t she sweet”. Tak podaje treść piosenki Marilyn Salzman, zob. Woman as: secretary, sexpot, spender, sow, civic actor, sickie, w: „Motive”, XXIX, 6/7, 1969, s. 53.

DZIEJE FEMINIZMU

126

iż „w naszym społeczeństwie kobiety zmusza się do codziennego rywalizowa­ nia o względy mężczyzn, zniewoliwszy je śmiesznymi wzorcami »piękno­ ści«...”172 Dla publiczności ich intencje pozostały wtedy niezrozumiałe, gdyż większość telewidzów, a także i uczestniczki, i organizatorzy imprezy, nie widzieli w konkursie nic uwłaczającego godności kobiety. Przeciwnie, przecież wynosił kobietę na piedestał! Ale kto wie, czy od tego momentu niejedna kobieta nie zaczęła zastanawiać się nad tym, co to znaczy czynić z kobiet „obiekt seksu”? Zdumienie, a nawet zaniepokojenie wywołał atak feministycznych czarownic na giełdę Wall Street w dzień święta Halloween, spowodowało to nawet spadek notowań giełdowych. Cios wymierzono w jedną z najbardziej „męskich” i „patriarchalnych” instytucji. Zaatakowano rzecz jasna same media, bo też były one wówczas siedliskiem krytykowanego patriarchatu. W „Newsweeku” na 35 redaktorów pomoc­ niczych był tylko jeden mężczyzna, za to wśród 52 redaktorów samodzielnych, piszących teksty, była aż... jedna kobieta. Redaktorki w końcu wygrały sprawę, kiedy wniosły zażalenie na dyskryminację płciową. W ich ślady poszły koleżanki z „Time” i z NBC. W marcu 1970, a był to już czas zmian w stanowisku mass mediów, doszło do akcji okupacyjnej w redakcji twierdzy tradycyjnej kobiecości „Ladies’ Home Journal”. Dyskusja z redaktorem naczelnym trwała wiele godzin i zakończyła się kompromisem: oddano w ręce feministek suplement, dzięki któremu pozytywnie zaprezentowane idee femi­ nistyczne trafiły do tradycyjnie usposobionych czytelniczek tego pisma. Przełomu w ich myśleniu nie wywołały. Przynajmniej nie od razu. Magazyny dla młodych kobiet natomiast znacznie szybciej dokonywały wówczas re­ orientacji173. Szokiem stała się nowa forma działania określona jako speak-out, publiczne wyznanie, potem stosowana wielokrotnie. W kościele w Nowym Jorku Czerwone Pończochy złożyły publicznie oświadczenia o dokonaniu — nadal wtedy nielegalnej — aborcji. To sprowokowało wiele z około dwustu słu­ chaczek do złożenia podobnych świadectw. Składania świadectw organizowa­ no następnie na temat gwałtu, molestowania seksualnego i nadużyć seksual­ nych w rodzinie. Śmiech powoli zamierał na twarzach przypadkowych słuchaczy. Przy wszelkich okazjach kamery wyłuskiwały z tłumów i zbliżały obrazy transparentów z hasłami antymęskimi — bo i takie pojawiały się, rzecz jasna. Wniosek miał nasuwać się sam: feministki to zboczone, nienawidzące męż­ czyzn wiedźmy. Zdawały się potwierdzać to ich ataki na tradycyjną — jak twierdziły: patriarchalną — rodzinę. Nie chciały nosić po ojcu, a potem po mężu, nazwiska. Ti-Grace Atkinson 23 września 1969 roku zorganizowała nalot na urząd stanu cywilnego w New York City rozrzucając ulotki głoszące, iż czas najwyższy skończyć z małżeństwem, a dzieci powinno wychowywać się we wspólnotach. Rodzina bowiem to siedlisko panowania mężczyzn. Nie pozo­ stawiano też mężczyznom żadnych szans, wykluczając z góry możliwość 172 F. Davis 173 Ibidem, s. no.

the mountain, op. cit., s. 107.

NOWY RUCH KOBIET

127

poprawy. „To tak jakby kurczaki liczyły na to, że wychowają hodującego je farmera” — ujęła rzecz lapidarnie Marge Piercy parę lat później, kiedy NOW promował grupy poszerzania świadomości dla mężczyzn174.

Feminizm a lesbizm Dużo złej sławy ściągnęła na radykalne feministki jedna z koleżanek już nieco wcześniej, dokonując indywidualnie zamachu na znanego artystę Andy’ego Warhola. Valerie Solanas chciała owego macho pozbawić jedynie męskości, ale kula powędrowała wyżej i ugodziła w brzuch. Jej bardzo mężczyznożerczy manifest SCUM Manifeste), napisany potem w klinice psychiatrycznej, wykradła i opublikowała wspominana już dziennikarka Ti-Grace Atkinson, słynna z powiedzenia: „Feminizm to teoria, lesbizm to praktyka.” Kto ją widział lub widział jej zdjęcie, wie raczej na pewno, że pogląd, iż wszystkie feministki to wstrętne brzydule, jest nieprawdziwy. Całe wydarzenie sprzyjało podejmowanym wówczas zabiegom przeciwników feminizmu, aby przed­ stawiać ten ruch jako rodzaj choroby psychicznej. Te kobiety były po prostu nie przystosowane do życia (w USA to prawie to samo, co powiedzieć, że psychicznie chore), do normalnego życia z mężczyznami — twierdzono. Były to zakompleksione, sfrustrowane i wykolejone istoty, próbujące swe życiowe niepowodzenia pomścić na mężczyznach. Warto odnotować, iż także młodzi lewicowcy usiłowali pacyfikować odchodzące w stronę feminizmu koleżanki oskarżaniem o homoseksualizm, co w oczach wielu z nich było zasadniczo dyskwalifikujące. Ileż to razy słyszały pod swoim adresem pogardliwe „Lesba!” — wspomina niejedna z dawnych aktywistek Nowej Lewicy — a one wówczas jeszcze starały się udowadniać, że „pod tym względem wszystko z nimi w porządku”175. Jeszcze i one same widziały w lesbizmie bądź co bądź jakieś skrzywienie odbierające człowiekowi wiarygodność. To nastawienie uległo wnet zmianie i—paradoksalnie—w gro­ nie własnych koleżanek feministek trzeba się było zacząć tłumaczyć, dlaczego nie jest się lesbijką. Lesbizm urósł stopniowo, w licznych kręgach radykalnych feministek, do rangi postawy politycznej, i to postawy politycznej jedynie słusznej, jedynie poprawnej. Prawdziwa feministka nie sypia z wrogiem! Prawdziwa feministka jest woman-identified-woman, kobietą utożsamiającą się z kobiecością czy solidaryzującą się z kobietami, kobietą zwróconą ku kobiecie. W książce z taką oto dedykacją: „Książkę tę poświęcam mojej matce, która powinna była być lesbijką, i mojej córce w nadziei, że będzie” jej autorka stwierdza: „Zaledwie w ciągu dwóch lat znaczenie słowa »lesbijka« przeszło drogę od określenia oznaczającego osobistą, wywrotową aktywność do politycznej tożsamości rewolucyjnej. [...] Twój wybór osoby lub osób, z którą lub z którymi sypiasz, 174 Ibidem, s. 92. 175 J.B. Brown Female liberation first, and now, w: B. Roszak, T. Roszak (red.) Masculine/Feminine, op. cit.

128

DZIEJE FEMINIZMU

jest wyborem politycznym. Dzisiaj nie jest już po prostu możliwe pominięcie rezultatów feministycznej analizy instytucji heteroseksizmu, służącego do ucisku kobiet.”176 Jak do tego doszło? Od początku ruch feministek zaczął przyciągać ku sobie także grupy kobiet o upodobaniach homoseksualnych. W NO W wiedziano o tym, lecz traktowano sprawę jako prywatną, po prostu w kategoriach orientacji seksualnej. Same zainteresowane nie obnosiły się z tym publicznie. Inaczej stało się w ruchu młodych feministek. Istniejące od pewnego czasu środowiska młodych lesbijek dostrzegły w feminizmie szansę, aby wywalczyć dla siebie wyższy stopień społecznej tolerancji i uznania — w ramach równych praw dla mniejszości seksualnych. Sprawa przyjęła jednak znacznie pomyślniejszy niż się spodzie­ wały i raczej nieoczekiwany obrót. Wsparcie przyszło od strony naukowej i politycznej. Od strony naukowej — gdyż z nowych badań zdawało się wynikać, że właściwie każda kobieta przeżywa orgazm jednakowo, niezależnie od upodobań płciowych, i że mężczyźni stanowią tylko rodzaj zastępowalnego narzędzia, a nie warunek „normalności” satysfakcji seksualnej. Od strony politycznej — gdyż zauważono, że pozostawanie w intymnych związkach z mężczyznami rodzi brak konsekwencji w feministycznej walce. Opierając się głównie na odkryciach Kinseya i badaniach Mastersa i Johnson nowojorska feministka, Annę Koedt, wystąpiła w słynnym potem artykule Mit orgazmu pochwowego z tezą, iż Freud i freudyści popełnili i popełniają błąd dopatrując się przyczyn oziębłości płciowej kobiet w ich niezdolności do tzw. orgazmu waginalnego. Jak się bowiem okazuje, coś takiego jak orgazm pochwowy w ogóle nie istnieje! Tymczasem psychoanality­ cy w zgodzie ze swym mistrzem uważają, że kobiety, które „zatrzymały się” na etapie orgazmu łechtaczkowego, nie dorosły, są chore na oziębłość płciową, ponieważ prawdziwa dojrzałość kobiety zaczyna się z jej przestawieniem się na przeżywanie orgazmu waginalnego. Jest to czysta bzdura, pisze Koedt, gdyż jak wykazują badania, jedynym źródłem orgazmu u kobiety jest właśnie łechtaczka. I niezależnie od techniki stosunku, zawsze ostatecznym źródłem satysfakcji seksualnej u kobiety jest pobudzenie klitoralne (może być czysto psychiczne). A już miejscem najmniej wrażliwym na doznawanie bodźców seksualnych jest pochwa, prawie pozbawiona unerwienia177. To mężczyźni 176 Jill Johnston Lesbian nation. The feminist solution, New York 1973, s. 275. Trzy socjalistycznie zorientowane feministki opisując ówczesną sytuację we wprowadzeniu do wyda­ nego w 1983 roku zbioru artykułów na temat seksualności kobiet piszą, iż od samego początku brak było zgody wśród feministek co do tego, jakie zmiany w praktykach seksualnych służą interesom kobiet. „Od 1968 roku brak przekonujących argumentów prowadził, często w przykry sposób, do podziałów w ruchu kobiet. Frakcja za frakcją wychodziły z kolejnymi propozycjami w tej sprawie — niektóre z tych propozycji były tak wszechogarniające jak rewolucja feministyczna, inne na pozór banalne jak wibrator — przy czym każda z nich urastała do rozmiarów całej doktryny lub była gwałtownie odrzucana w toku pełnej pasji i ostrych podziałów dyskusji.” Zob. Introduction, w: A. Snitow, C. Stansell, S. Thompson (red.) Desire. The politics of sexuality (I wyd. 1983), London 1984, s. 16. 177 W raporcie Kinseya stwierdza się m.in., iż na 8000 przebadanych kobiet co najwyżej 14% miało jakiekolwiek doznania w obrębie pochwy, gdyż u zasadniczej większości kobiet organ ten jest

NOWY RUCH KOBIET

129

narzucili kobietom wygodne dla siebie przekonanie, że bez stosunku po­ chwowego kobiety nie mogą przeżywać — w każdym razie „normalnego”, prawidłowego — orgazmu. Na dobrą sprawę — pisze Koedt — mężczyźni nie są kobiecie w życiu seksualnym potrzebni, a w każdym razie, ściślej, nie stanowią jedynej, tym bardziej „jedynie naturalnej” — cóż to znaczy! — możliwości. Rehabilitacja orgazmu łechtaczkowego prowadziła w prostej linii do możliwości uniezależnienia się od mężczyzn w życiu seksualnym i w tym kierunku poszło rozumowanie lesbijek, zresztą wbrew intencjom autorki artykułu, która bynajmniej nie zmierzała do gloryfikacji miłości lesbijskiej, a jedynie do wyzwolenia kobiet spod presji narzucanego im jedynie jakoby normalnego modelu kobiecego seksu: uległego, biernego, koniecznie związanego z przyjemnością mężczyzny. Ów artykuł wraz z drugim o analogicznej wymowie178 wplótł się w sposób centralny do dyskusji na temat form, sposobów i metod działania, do jakich uciekają się w dziejach i obecnie mężczyźni, by zdominować i utrzymać kobiety w podległości i uzależnieniu od siebie. Niechętni feminizmowi recenzenci wyeksponowali oczywiście jednostronnie ten — szokujący szerszą publiczność — wątek. Stał się też kamieniem obrazy dla Normana Mailera, znanego od dawna reprezentanta mistyki męskości179. Na tenże jednak wątek położyły nacisk liczne feministki. Bo tu włączył się aspekt polityczny sprawy. Skoro nie ma niczego nienaturalnego w czerpaniu satysfakcji płciowej z aktów, w których nie uczestniczą mężczyźni (niekoniecznie zresztą inne kobiety, gdyż w tym czasie dowartościowano także w pełni masturbację), to niechże kobiety dokonają świadomego wyboru seksualnego, który zarazem okazuje się je­ dynie właściwym wyborem politycznym: Niech wszystkie obierają lesbizm!180 Bo tylko lesbijki, kobiety utożsamiające się z kobietami, są praw­ dziwymi, konsekwentnymi, niczym nie przymuszonymi do kompromisu bojowniczkami sprawy kobiet. A jeśli już kobieta nie chce na to się zdecydo­ wać, to może jeszcze zadowolić się sama, lub — ten wątek w zdominowanym przez hedonizm amerykańskim środowisku pojawia się raczej później, w okre­ sie narzucanego przez Nową Prawicę postfeminizmu — niech wybierze abstynencję płciową. W każdym razie na czele ruchu feministycznego, praktycznie nieunerwiony, nie może być więc źródłem rzekomego „orgazmu waginalnego”, który Freud zakładał jako jedyną właściwą postać orgazmu znamionującą dojrzałość kobiety. — Zob. A. C. Kinsey, W. B. Pomeroy, C. E. Martin, P. H. Gabhard Sexual behavior in the human female, Philadelphia 1953, s. 159, s. 581—582. William H. Masters i Virginia E. Johnson przypisują łechtaczce centralną rolę w orgazmie kobiety — zob. Human sexual response, Boston 1966, np. s. 45, a jeszcze dobitniej w ich artykule w zbiorze pod red. J. Moneya Sex research. New developments, New York 1965, s. 104. Wzmiankowana książka Mastersa i Johnson, mimo iż wy­ dana w wydawnictwie naukowym, stała się absolutnym bestsellerem; wedle jednej z opinii „jest to z pewnością apogeum rewolucji seksualnej, ostateczny wyraz kultu orgazmu — Sen Amerykański nareszcie spełniony” (W. L. O’Neill [red.] The American sexual dilemma, New York 1972, s. 84). 178 S. Lydon The politics of orgasm, w: R. Morgan Sisterhood is powerful, op. cit. 179 N. Mailer The prisoner of sex, New York 1971. 180 To zaleca m.in. cytowana wyżej autorka Lesbian nation Jill Johnston, znana dziennikarka „Village Voice”. Zob. przyp. 176. 5 — Feminizm

130

DZIEJE FEMINIZMU

i otoczone szczególną atencją, znaleźć się winny lesbijki. I rzeczywiście, wiele się znalazło181. Na tym tle dochodziło do wielu wewnętrznych scysji i polemik, a także pęknięć, schizm, a nawet do odchodzenia z ruchu niektórych aktywistek. Pojawiło się zjawisko chyba w dziejach wcześniej nie spotykane: wiele aktywistek, z przyczyn czysto politycznych, obrało właśnie tę orientację seksualną i z dumą się z tym obnosiło. Koszulki w kolorze lawendy stały się modną tego oznaką. Pojawiły się też oskarżenia o dwulicowość lub wręcz oszustwo. Na przykład Kate Millett, która w pewnym momencie zade­ klarowała się jako lesbijka, zarzucono potem, iż znów utrzymuje stosunki z mężczyzną i wobec tego niegodna jest pełnionej funkcji. Stanęło na tym, że zadeklarowała się jako biseksualistka, tworząc trzecią kategorię polityczną w ruchu, nie posiadającą już jednak takiego prestiżu. Na kongresie zjed­ noczeniowym w Nowym Jorku w 1970 roku nie doszło wcale do zjedno­ czenia właśnie z powodu udanego ataku lesbijek na stanowiska we władzach, tak iż opanowały one chwilowo nawet kierownictwo organizacji nowojor­ skiej NOW, ale też zmusiły do odejścia lub sprzeciwu spore grono innych działaczek182183 . 181 )3Po salwach oddanych przez Koedt i Atkinson — wspominają po kilkunastu latach uczestniczki tamtych wydarzeń — znikły praktycznie wszelkie powody, dla których można by jeszcze chcieć stosunków seksualnych z mężczyznami; może z wyjątkiem tego — dodają — że bierność dostarcza swoistej przyjemności, że inny kochanek poza mną samą dodaje elementu zaskoczenia, że drugie ciało w łóżku grzeje pościel. Z pewnością stało się dla feministki rzeczą bardzo trudną przyznać się oficjalnie, że uważa penetrację za coś przyjemnego, czy wręcz prowadzącego do orgazmu; później, w obliczu ideologii lesbijsko-feministycznej, stało się wręcz niewyobrażalne, aby móc wyjaśnić teoretycznie czy na gruncie anatomii lub wiedzy społecznej, dlaczego jakaś kobieta miałaby chcieć iść do łóżka z mężczyzną.” Zob. Introduction, w: A. Snitow, C. Stansell, S. Thompson (red.) Desire, op. cit. s. 20. Owa „lesbijsko-feministyczna ideologia”, wyjaśniają autorki, stanowiła „syntezę poglądów feministycznych z możliwą perspek­ tywą seksu lesbijskiego, przedstawiającą lesbizm jako feministyczny wybór polityczny” (ibidem, s. 37). Zob. też streszczenie poglądów na temat heteroseksualności i lesbizmu w tekście Adrienne Rich zaprezentowanym na str. 172—174. 183 Trzy uczestniczki tych wydarzeń wspominają po kilkunastu latach, iż lesbijki dawnej generacji, np. skupione w DOB (Daughters of Bilitis), zajęły wcześniej skromne miejsce w NOW i były niechętne nowym szermierkom lesbizmu traktowanego jako opcja polityczna. Niechętnie odniosły się do wyzwania zawartego w haśle: „Feminizm to teoria; lesbizm to praktyka”, wietrząc w tym próbę zwerbowania wszystkich lesbijek do poparcia niekoniecznie ich własnych celów politycznych. Najbardziej agresywną Ritę Mae Brown, zarzucającą NOW dyskryminowanie lesbijek, próbowały uciszyć. To właśnie jednak pod wodzą tej ostatniej około dwudziestu młodych kobiet w lawendowych koszulkach z napisem „Lawendowe Zagrożenie” wtargnęło na podium kongresowe, zarzuciło NOW homofobię (w znaczeniu wrogości wobec homoseksualistek) i we­ zwało inne feministki do dołączenia do nich jako „kwintesencji feminizmu”. Odtąd lesbizm stał się wprawdzie z jednej strony wyborem politycznym, z drugiej jednak uległ „deseksualizacji”, gdyż to — jak głoszono — gniew, a nie eros miał być jego podstawą. Podkreślano teraz, że relacje między kobietami różnią się tylko stopniem nasilenia: od zwykłej przyjaźni i solidarności aż po seks. Część feministek o zdecydowanie heteroseksualnych upodobaniach odeszła z ruchu, a niebawem wypłynął opisany w książce, ze wstępu do której pochodzą niniejsze dane, kolejny problem: obecność zagrożenia maskulinistycznego także w samym lesbizmie, a mianowicie wówczas, kiedy naśladuje się w nim stosunki panowania i podporządkowania, typowe w heteroseksie. Zob. ibidem, s. 21—26.

NOWY RUCH KOBIET

I3I

Do problemu lesbizmu w feminizmie wrócimy dalej ponownie, gdyż do dziś stanowi silną, także teoretyczną, komponentę feminizmu, zwłaszcza tego o orientacji wiktymicznej i kulturowej.

Teoria krystalizuje się W procesie kształtowania się koncepcji teoretycznej feminizmu radykalnego rok 1970 okazał się przełomowy. Ukazały się dwie książki o kluczowym znaczeniu: Polityka płciowa Kate Millett (jeszcze w roku poprzednim, ale teraz dopiero wydana w postaci łatwo dostępnej) i Dialektyka płci Shulamith Firestone. Rozproszonym we wcześniejszych cząstkowych ujęciach183 ideom autorki starają się dać całościowy wyraz na skalę teorii. Po raz pierwszy zainteresowany czytelnik na terenie całego kraju otrzymuje do ręki łatwo osiągalny, reprezentatywny wykład nowej doktryny. Zaraz potem dołącza do tworzącego się standardu — mimo sprzeciwu czołowych feministek amerykań­ skich — Żeński eunuch Germaine Greer. Listę tekstów kanonicznych zamknie pięć lat później Susan Brownmiller pisząc wprawdzie tylko na jeden temat, o gwałcie, ale gwałt we Wbrew naszej woli okazuje się czymś zupełnie fundamentalnym dla sytuacji kobiet w patriarchacie w ogóle. Kate Millett: Sexual politics

Rupert Hart-Davis London 1971 (wyd. oryg. 1969, 1970 w USA) Wedle wielu opinii to z kart tej książki czerpie swe podstawy koncepcja „seksizmu” i to w niej została po raz pierwszy ugruntowana teoria „patriarchatu” jako określonego ustroju społecznego. Co prawda słowo „seksizm” pojawia się w rozprawie tylko raz, ale kontekst sugeruje tożsamość tego terminu z pojęciem „patriarchatu” i z tytułową „polityką płciową” {sexual politics)13*. Autorka opisywała świat widziany w nowej183 184 183 Niełatwo było wówczas dotrzeć do najwcześniejszych publikacji feministek radykalnych, gdyż stanowiły je druki ulotne, jednorazowe, powielane po amatorsku, a pierwsze artykuły ukazywały się w niskonakładowych lokalnych pisemkach studenckich, o często efemerycznym istnieniu. Parę lat później sytuacja zmieniła się o tyle, że większość znaczących tekstów wydano w antologiach na przyzwoitym poziomie edytorskim. Co prawda już w 1969 roku NYRW wydały Notes from thefirstyear, Zapiski z pierwszego roku (potem ukazują się jeszcze Zapiski z roku drugiego i trzeciego), były to jednak nadal wydawnictwa tylko dla wtajemniczonych, natomiast zbiory powszechnie dostępne ukazywały się już po opublikowaniu książek Millett i Firestone i odgrywały rolę nieco spóźnionej dokumentacji wcześniejszej fazy kształtowania się radykalnofeministycznej wizji świata społecznego. Inne formy ekspresji tej wizji, jak np. wystawa Womanhouse, zorganizowa­ na w zrujnowanym domu w Kalifornii przez 26 feministek artystek na czele z Judy Chicago i Miriam Shapiro, podobno o wstrząsającej wymowie, czy film Karen Mitnick o wyborach Miss America (ponownie oprotestowanych przez feministki we wrześniu 1969 roku w Atlantic City) Up against the wali, Miss America! mogły mieć także tylko lokalne, środowiskowe oddziaływanie. 184 Termin „seksizm” został podobno z całą pewnością ukuty przez Vanauken w artykule Freedomfor Movement Girls — Now z 1968 roku i opublikowanym w „No More Fun and Games” z lutego 1969 roku — zob. C. Kramarae, P. A. Treichler A feminist dictionary, Boston 1985, s. 411.

DZIEJE FEMINIZMU

132

perspektywie, dla której brak było jeszcze nazwy. Podobnie wahała się przy określaniu statusu kobiet między pojęciami klasa, stan i kasta. Nie była też świadoma, iż pisze tekst, który okaże się zgoła kanoniczny dla teorii feminizmu. Pierwotnie była to bowiem dysertacja na wydziale humanistycz­ nym poświęcona analizie polityki płciowej w literaturze. Część teoretyczna przerosła jednak swym znaczeniem główny wątek: analizę twórczości E. D. H. Lawrence’a, Henry’ego Millera, Normana Mailera i Jeana Geneta. Pierwsza z trzech części książki, zatytułowana Polityka seksualna, prezentuje kwintesencję socjologicznoteoretyczną: pojęcie ustroju patriarchalnego (albo seksistowskiego), analizę towarzyszących mu ideologii i określenie szczególnego statusu społecznego kobiet jako pewnej całości społecznej. Część druga w perspektywie historycznej umieszcza aktualną eksplozję ruchu feministycznego, czyniąc z niej „drugą fazę” toczącej się od 1830 roku „rewolucji seksualnej”, przerwanej przez „kontrrewolucję” na okres lat 1930—1960. Ma uczyć na błędach poprzedniczek i odsłaniać prawdziwe oblicze przeciwnika (ideologów reakcyjnej kontrrewolucji, zwłaszcza Freuda i funkcjonalistów). Część trzecia to właściwa dysertacja z historii literatury, pokazująca na wybranych przykładach seksistowskie oblicze twórczości literackiej. Pierwszy rozdział pt. Przykłady polityki seksualnej, choć z pewnością obliczony może głównie na mocny efekt, ma z punktu widzenia koncepcji ustroju patriarchatu nieprzypadkowy, podstawowy sens. Autorka szokuje scenami raczej brutalnego, agresywnego seksu, zaczerpniętymi z omawia­ nych później autorów, zwłaszcza Henry’ego Millera i Normana Mailera, które wszystkie łączy wspólny aspekt: mężczyzna dominuje nad kobietą, narzuca jej swą wolę, „uprzedmiotawia” ją jako obiekt własnej, raczej wyuzdanej chuci. Kobiety temu podporządkowują się, dają się wykorzys­ tywać w taki właśnie sposób, przy czym jeśli w ogóle stawiają opór, to potem okazują wyraźne zadowolenie, łączące się z zupełnym poddaniem się zwycięskiemu mężczyźnie, a nawet okazywaniem mu w następstwie owych aktów uwielbienia i czołobitności. Oto jaki jest seks w oczach mężczyzn, zdają się mówić owe przykłady: jest to urzeczowienie kobiet, ich całkowite zdominowanie przez męską wolę i potrzebę, instrumentalizacja. Czytelnik, przyzwyczajony do umieszczania polityki na scenie (lub w kulisach) parlamentu, rządu, urzędów lub ewentualnie na ulicach i placach, może czuć się zaskoczony takimi przykładami „polityki”. Otóż u autorki to są przykłady, więcej, stanowią paradygmat. Stosunek seksualny to mikrokosmos, którego budowa ujawnia charakter bardzo wielu zachowań i wartości tworzących kosmos całej kultury, a zatem nawet nie tylko polityki!185 Między innymi jest to też modelowy przypadek (a nie tylko wzór) polityki płciowej w najbardziej intymnej podstawie życia społecz­ nego.186 Przez politykę rozumie autorka stosunki władzy takie, iż jedna grupa ludzi jest zarządzana przez drugą. Taka jest cała polityka jak ów seks: mężczyźni dominują nad kobietami, czynią je niewolnicami (jak kolonialiści 185 K. Millett Sexual politics, London 1971, s. 23.

NOWY RUCH KOBIET

133

całe ludy Trzeciego Świata i sprowadzonych do kraju Murzynów), panują we wszystkim tak samo, jak panują nad ciałem kobiety w seksie. Kobiety poddane zostały szczególnie przebiegłej formie wewnętrznego skolonializowania (interior colonization). Dlatego nazwa „polityka płciowa” od razu dobrze oddaje całą — dwojako płciową czy seksualną — politykę, charakter władzy politycznej: jest to panowanie jednej płci (sex) nad drugą i to panowanie takie jak w seksualności, czerpiące nie tylko wzorzec, ale wręcz legitymację, swą moc, z relacji seksualnej186 187. Wbrew pozorom nie minęły czasy dziedzicznego przekazywania władzy. Z określoną płcią człowiek się rodzi i przez to samo okazuje się albo w grupie panującej, albo w wyzyskiwa­ nej i uciskanej. Płeć to kategoria wyznaczająca miejsce w hierarchii, z silną komponentą polityczną188. Bo jeśli szukać określenia typu relacji między płciami, to okazuje się, że najlepiej oddaje ją określenie „polityka”, gdyż jest to przede wszystkim relacja panowania. Panowania w sensie Weberowskim: jako zdolności narzucania własnej woli zachowaniu innych189. Ten układ społeczny władzy to patriarchat. Wielu wydaje się zupełnie naturalny, gdyż panuje od zamierzchłych czasów, zmieniają się tylko jego formy. (Co do matriarchatu autorka nie jest pewna, czy kiedykolwiek istniał). Wojsko, przemysł, technika, uniwersytety, urzędy polityczne, finanse, słowem każda ścieżka dostępu do władzy w społeczeń­ stwie, oczywiście włącznie z policją, spoczywają w rękach mężczyzn. Także sfera wypowiedzi, kultura190.1 to jest właśnie źródłem niezwykłej stabilności systemu: część uciskana nie może mieć żadnego dostępu do środków prawnych ani możliwości organizowania się jako opozycja191. Patriarchat to „instytucja, w której połowa populacji, a mianowicie żeńska połowa, jest kontrolowana przez drugą, męską połowę”. Autorka dodaje tu jednak i drugi stosunek podporządkowania. Powiada: „Zasady patriarchatu ujawniają podwójne oblicze: mężczyzna ma panować nad kobietą, starszy mężczyzna ma panować nad młodszym”.192 Patriarchat jako instytucja stanowi społeczny niezmiennik, zachowujący swe istnienie we wszelkich innych politycznych, społecznych i ekonomicz­ nych układach, czy to będzie system kast czy klas, feudalizm czy biurokracja, czy też wielkie społeczeństwa teokratyczne. Pojawiają się tu rzecz jasna różne warianty, ale nawet współczesna demokracja zachowuje patriarchat, skoro kobiety tylko wyjątkowo dochodzą w niej do władzy. „Choć trzeba 186 Brzmi to zgodnie z coraz modniejszym hasłem radykalnych feministek — personal is political, prywatność jest polityczna. To już tam, w łóżku (lub wannie itp.), między dwojgiem ludzi, w ich intymności, poza okiem publiczności, zaczyna się — nie tylko też ma miejsce — polityka, prawdziwa polityka. 187 Kiedy kobiety próbują być nieposłuszne, sprowadza się je na ziemię nie pałkami policji na ulicy, nie wyrzucaniem z pracy, nie wypędzaniem z kraju, lecz — przemocą narzucanym seksem, gwałtem. Tak dopowiedzą inne feministki, zwłaszcza Susan Brownmiller. 188 Ibidem, s. 24. 189 Ibidem, s. 24—25. 190 Ibidem, s. 25. 191 Ibidem, s. 24. 192 Ibidem, s. 25. W końcu są to rządy „ojców”, ta druga relacja jest nawet bardziej oczywista.

134

DZIEJE FEMINIZMU

przyznać — zauważa sama autorka — że w patriarchacie Stanów Zjedno­ czonych i Europy doszło do wielu zmian i reform, łagodzących sy­ tuację”193. W taki sposób, na trzech stronach, nakreśliła autorka, jak powiada, „szkic, który może uchodzić za »wprowadzenie do teorii patriarchatu«”194. Słowo „seksizm” w ogóle nie pojawia się tutaj, lecz dopiero później, w trakcie omawiania roli podejścia klasowego w ujmowaniu zjawiska patriarchatu. Zastanawiając się nad rolą rasizmu w społeczeństwie amery­ kańskim i jego relacją do „polityki seksualnej”, autorka zauważa, iż dawniej wysuwana na czoło ideologia panowania białego mężczyzny nad czarnym ustępuje dziś pod naporem krytyki społecznej na dalszy plan, mniej też ważna staje się ochrona „białej kobiety” jako własności białego przed czarnym, co sprawia, iż panowanie mężczyzn (nad kobietami) wysuwa się na pierwszy plan, przed panowanie białych (nad czarnymi). A zatem, powiada, „seksizm” może okazać się czymś jeszcze głębiej zakorzenionym niż rasizm195. Jak już wspominałem, słowo, które zrobiło wnet oszałamiającą karierę w języku feminizmu, pojawia się tu zupełnie ubocznie, mimo­ chodem196. Odnosi się głównie do biologistycznej ideologii patriarchatu, później będzie oznaczało także sam patriarchat, jak i towarzyszące mu formy ideologiczne. Dalej następuje przegląd i krytyka różnych sposobów ujmowania zjawiska patriarchatu, które pełnią zarazem rolę konserwujących go ideo­ logii. Zaraz na wstępie autorka zdradza swój wyjściowy punkt widzenia: za Hanną Arendt przyjmuje, że władza w społeczeństwach, w których nie wyrasta wprost ze stosowania przemocy, opiera się — a tak jest w przypadku patriarchatu — na przyzwoleniu większości, także tych, którzy jej podlegają. Owo przyzwolenie osiąga się poprzez ukształtowanie w socjalizowanych osobnikach wyobrażeń o hierarchii ważności i o odpowiednich dla nich rolach, i — co wyprzedza często tamte elementy — poprzez ukształtowanie ich osobowości według określonych wzorców. Koło się zamyka: „kobiece” kobiety nadają się tylko do prowadzenia domu i rodzenia oraz wychowywa­ nia dzieci, a „męscy” mężczyźni — do wszystkiego innego, a więc i do sprawowania władzy, co też potwierdzają przekonania o wyższej wadze męskości. Temperament, rola i ranga — to trójca sprawiająca, iż kobiety przyzwalają na panowanie mężczyzn197. Istnieje cały szereg uzasadniających ten stan rzeczy przekonań. *« Ibidem. 1,4 Ibidem, s. 24. ”5 „And the priorities of maintaining male supremacy might outweight even those of white supremacy; sexism may be more endemic in our own society than racism.” Ibidem, s. 39. 1.6 Tłumaczka niemiecka z 1971 roku była tak jeszcze nieświadoma wagi tego słowa, że przełożyła je jako Sexualideologie obok Rassenideologie i trzeba było jeszcze kilku lat, zanim w Niemczech Marie-Louise Janssen-Jurreit wydała grube dzieło pt. Sexismus i spopularyzowała wreszcie ów termin w kraju, w którym także już od kilku lat krzewił się bujnie feminizm. Zob. Kate Millett Sexus und Herrschaft. Die Tyrannei des Mannes in unserer Gesellschaft, München 1974, s. 41. 1.7 K. Millett Sexual politics, op. cit., s. 26—27.

NOWY RUCH KOBIET

135

Najczęstszy jest biologiczny punkt widzenia: różnice w osobowości mają jakoby być wrodzone, a panowanie mężczyzn ma mieć ponadto u swych podstaw ich przewagę fizyczną. Zdaniem autorki brak jakichkol­ wiek dowodów na biologiczną wrodzoność różnic między płciami, wy­ kraczającą poza różnice fizjologiczne, większa zaś siła mężczyzn nie ma dziś na pewno żadnego znaczenia. Kategoria płci jako typu osobowościowego — proponuje tu, za Stollerem, termin gender'™ {płeć kulturowa) — ma w przeważającej mierze charakter kulturowy, w odróżnieniu od płci biologicznej {sex), o czym świadczą badania nad skutkami błędnej iden­ tyfikacji płci biologicznej osobników. Kiedy błąd odkryto, łatwiej było przystosować płeć biologiczną osobnika do ukształtowanej już w nim płci kulturowej niż na odwrót — tak mocno wychowanie niezgodne z płcią biologiczną ukształtowało już charakter osobnika. Tu autorka powołuje się na badania J. Moneya* 199. Szeroko rozpowszechniony pogląd, iż „agresja jest czymś męskim”, a „bierność to cecha kobieca”, czerpie swą moc z wdrażania tego przekonania w procesie socjalizacyjnym, nie mówiąc o tym, że to mężczyźni tworzą takie pojęcia i może z punktu widzenia kobiet — za­ stanawia się autorka — należałoby powiedzieć, że to kobiety są aktywne, natomiast mężczyźni są hiperaktywni lub nadagresywni. Tak czy inaczej, jeśli odrzucić biologistyczny punkt widzenia, dochodzi się do wniosku, że przy patriarchalnej pedagogice każda z dwu połów ludzkości rozwija co najwyżej połowę swoich możliwości. Kobiety i mężczyźni żyją jakby w dwóch różnych kulturach. Następnie autorka poddaje krytyce socjologiczny punkt widzenia, wedle którego jedyną możliwość rodzenia i socjalizowania dzieci stwarza 1,8 Gender przekładam na ogół jako płeć kulturowa, co jest zabiegiem wymuszonym, ale bardzo niezadowalającym. Użycie słowa rodzaj jako odpowiednika gender przez analogię do zastosowania terminu gender w gramatyce zupełnie nie nadaje się do zastosowania w kontekstach typowych dla feminizmu. Tam, gdzie w tekstach oryginalnych chodzi o przeciwstawienie gender i sex, sex przekładam jako płeć biologiczna. 199 Przyjęło się w literaturze amerykańskiej łączyć rozróżnienie gender i sex z Robertem J. Stollerem, może dlatego, iż jest obecne w tytule jego wydanej w 1968 roku książki Sex and gender. On the development of masculinity and femininity. Jednakże rozróżnieniem tym posługiwano się już wcześniej, np. we właśnie cytowanym zbiorze pod red. Johna Moneya Sex research. New developments, New York 1965. Posługują się nim także Robert R. Sears, Lucy Rau i Richard Alpert, autorzy wydanej w 1965 roku książki Identification and childrearing, w której badają tzw. sex typing, „proces, dzięki któremu dziecko kształtuje u siebie zachowania zgodne z rolą płciową, odpowiadające przypisanej mu płci (ascribed gender). Okazuje się, iż te wyuczone zachowania osiągają znaczną sztywność już w wieku dwóch i pół do trzech lat i jeśli potem okazuje się, że dziecku została przypisana mylnie przeciwna płeć (gender), zmiana jest już bardzo trudna i może pozostać sytuacja, kiedy gender i sex nie będą w zgodzie.” (Op. cit., s. 171—172). W wydanym w tym samym okresie, w 1966 roku, zbiorze pod red. Eleanor E. Maccoby The development of sex differences, badania nad zakresem wpływów biologicznych (zwłaszcza hormonów) i wpływów socjalizacyjnych prowadzą autora posłowia do skonstatowania, iż w każdym razie współcześnie „oddziaływanie ludzkich wartości [chodzi o kulturowe wzory — K. Ś.] zaczyna być znacznie ważniejsze od różnic we wrodzonych predyspozycjach lub w zdolnościach do pełnienia funkcji w społeczeństwie”. W końcu kiedy ciężarna kobieta może prowadzić samochód, znika słynny argument o biologicznie warunkowanej większej mobilności mężczyzn. Jeśli utrzymują się różnice, to głównie wskutek „wzrostu względnego znaczenia sił społecznych” (op. cit., s. 214—215).

136

DZIEJE FEMINIZMU

rodzina jako podstawowa komórka struktury społecznej. Jej zdaniem możliwe byłyby inne rozwiązania200, ale patriarchat był i jest nadal zainteresowany w niedopuszczaniu do ich realizacji. Rodzina bowiem zawsze dotąd, pomimo różnic kulturowych, jest patriarchalna w podwój­ nym sensie: panuje w niej mężczyzna (jest to właściwie odwzorowanie patriarchatu społecznego) i — jako skutek — prowadzi się w niej propatriarchalną socjalizację. Nawet jeśli dzisiejszy pan domu nie jest już panem życia i śmierci żony i dzieci, to nadal dysponuje środkami materialnymi, na których rodzina opiera swój byt jako jednostka gospodarcza, a zatem nadal w rodzinie panuje. Wątpliwości budzi też utrzymywanie, jakoby klasy społeczne stanowiły istotniejszy podział niż podział na płcie, który teraz autorka utożsamia z podziałem na kasty. Jej zdaniem — ale tu wywód nie jest zbyt jasny — mimo iż kobiety jednej klasy mogą czasem zajmować pozycję wyższą od mężczyzn innej klasy, nie zmienia to faktu, iż w sumie usunięte są i tak poza nawias publicznego życia społecznego. Ponadto kobiety mają właściwie jedynie wtórny status klasowy; nie musi on pokrywać się ze statusem klasowym rodziny, z której pochodzą, gdyż rozstrzyga ostatecznie status klasowy ich męża. Żyją z produktu dodatkowego, niejako pasożytni­ czo. Dlatego są z reguły konserwatywne, nawet nie myślą o samodzielnej zmianie własnej pozycji201. Nie należy też dać się zwieść galanterii wobec kobiet, która pojawia się czasem u klas panujących. Maskuje ona jedynie podporządkowanie kobiet. Podobnie do płci, również podział rasowy przebiega nieco poprzecznie do podziału klasowego i także on okazuje się ważniejszy niż klasowy, gdyż biali robotnicy mogą na przykład okazy­ wać pogardę czarnemu lekarzowi i źle go traktować. Autorka przypisuje jednak płci ważniejszą rangę niż rasie, a więc stawia też seksizm nad rasizmem202. Szczególnie skuteczne w podtrzymaniu patriarchatu okazuje się utrzy­ mywanie kobiet w sytuacji niesamodzielności ekonomicznej. W odniesieniu do kobiet klasy średniej — z wyjątkiem okresów prosperity lub wojny — forsuje się (kościół, psycholodzy, reklama) model pozostawa­ nia w domu, kobiety klas niższych zatrudnia się chętniej (jako „rezerwową armię pracy”), ale opłacając je na tyle nisko, iż nie zagraża to uzyskaniem przez nie samodzielnej pozycji ekonomicznej. Dziś wprawdzie pracuje zarobkowo także sporo kobiet klasy średniej, ale na niższych stanowiskach, w zawodach nieprestiżowych i nisko płatnych. A w dodatku utrzymuje się ich pełne obciążenie pracami domowymi i wychowaniem dzieci. Skutek jest taki, iż — jak mówiąc o klasach zaznaczono wyżej — ich pozycja ekonomicz­ na jest wtórna wobec mężowskiej. Aby zaś stopniowo nie opanowały lepiej płatnych i znaczących we władzy pozycji, wychowanie i edukacja pod­ trzymują mit odmiennych kobiecych talentów i kierują kobiety do humanis­ tyki, a z dala trzymają je od techniki i nauk przyrodniczych. 300 To jakby zapowiedź książki Shulamith Firestone — zob. omówienie niżej w tym rozdziale. 201 K. Millett Sexual politics, op. cit., s. 38. 202 Ibidem, s. 39.

NOWY RUCH KOBIET

137

Patriarchat na co dzień nie odwołuje się już dziś do przemocy, socjalizacja bowiem jest wystarczająco skuteczna. W razie potrzeby jest jednak gotów nią się posłużyć, a na wszelki wypadek od czasu do czasu zastrasza nią kobiety. Drastyczną, a zarazem modelową postacią stosowania przemocy jest gwałt. Jeśli gwałciciel jest karany, to głównie dlatego, iż naruszył prywatną własność innego mężczyzny. Samo okrucieństwo w sek­ sie jest bowiem wśród mężczyzn szeroko akceptowane, co szczególnie uwidocznia pornografia, a także część literatury pięknej (jak omawiani przez autorkę trzej autorzy). W różnych kulturach przemoc stanowi do dziś ich inherentny składnik. I tu autorka wymienia tradycyjną potem u feministek listę: palenie wdów w Indiach, wykoślawianie stóp Chinkom, udręka zasłon na twarzy, pas cnoty, zamykanie w wyizolowanych od świata pomieszcze­ niach, oczywiście klitoridektomię, a także sprzedawanie i niewolnictwo kobiet rozmaicie maskowane, także ich przymusowe prostytuowanie, przy­ musowe wydawanie za mąż, nawet jako jeszcze dzieci, konkubinat, nie mówiąc o kamienowaniu cudzołożnic w Arabii Saudyjskiej. Wszystko to jest w potocznej świadomości zaprawione przekonaniem o wrodzonej niższości czy w każdym razie specyficznej naturze kobiet. Celują w tym szeroko kolportowane mizoginiczne dowcipy. Takie przekonania podtrzymywane są przez mity i religie wielu ludów świata, wystarczy przywołać mizoginiczne treści wielkich religii, zwłaszcza judaizmu i chrześcijaństwa (utożsamianie kobiety z seksualnością traktowa­ ną jako coś nieczystego, przypisywanie Bogu płci męskiej itd.). Już mit o Adamie i Ewie przesądza o niższym statusie i wieczystej winie kobiet. Do tego dołączają tysięczne sposoby przekazywania kobietom przesłania, iż są istotami niższymi, co skutkuje u nich wytworzeniem się typowych dla mniejszości reakcji w postaci pogardy dla samych siebie i swej płci. Ostatecznie koło się zamyka. Wszystko ze wszystkim jest zsynch­ ronizowane i patriarchat okazuje się najbardziej stabilnym w dziejach systemem regulacji życia społecznego. Mimo że tak naprawdę, jak sądzi autorka, biologiczne różnice między kobietami i mężczyznami absolutnie tego nie usprawiedliwiają, patriarchat uchodzi nadal za coś „naturalnego”. Podobne mechanizmy stabilizacyjne ma też system klasowy, ale nie dorównały one trwałością patriarchatowi. Wszelakoż i patriarchat może zostać wystawiony na próbę, jeśli zawiodą jego mechanizmy. Tak się stało w pierwszej połowie ubiegłego wieku. Tu autorka przechodzi do zarysowania własnej wizji historiozoficznej, kreśląc teorię i historię rewolucji płciowej {sexual revolution)203. Kres patriarchatowi położyć może tylko rewolucja płciowa. Znane i głośno omawiane pod pojęciem „rewolucji seksualnej” przemiany zachodzące w latach sześćdziesiątych dotyczą tylko jednego, choć ważnego aspektu rewolucji płciowej — właśnie dziedziny swobody seksualnej. Trwa wy­ zwalanie się od społecznych tabu i zakazów otaczających dotąd seks, 203 Termin sexual revolution — zgodnie z intencją autorki — przekładam tu dwojako. Rewolucja płciowa obejmuje rewolucję w seksualności, ale nie sprowadza się do niej.

138

DZIEJE FEMINIZMU

w dodatku niejednakowych dla obu płci. Zagrożony jest fundament patriarchatu, rodzina monogamiczna. Seks przed- i pozamałżeński, a także młodocianych, staje się dopuszczalny, podobnie homoseksualizm. Wraz ze zniesieniem negatywnej aury otaczającej seks znika podwójna moralność i prostytucja. Obie płcie powinny mieć jednakową swobodę seksualną, a jej zasięg ma być sprawą samych zainteresowanych204. Ale prawdziwym celem rewolucji jest całkowite zniesienie patriarchatu, nie tylko w zakresie seksualności. Zniknie ideologia wyższości mężczyzn, socjalizacja przestanie przekazywać tradycyjną hierarchię ważności płci i tradycyjne role i nie będzie już kształtować odrębnych typów osobowości. Nastąpi zinteg­ rowanie oddzielonych dotąd od siebie płciowych podkultur, a odrębnie dotąd przeżywane doświadczenia życiowe upodobnią się. Na wzorce „kobiecości” i „męskości” spojrzy się po nowemu, odrzucając jako nieuży­ teczną przesadnie dotąd akcentowaną u mężczyzn agresywność, a u kobiet bierność. To natomiast, co pozytywne po jednej stronie, mianowicie jasność w myśleniu i intelektualność temperamentu, i po drugiej stronie wrażliwość i zdolność do wczuwania się w innych, będą jednakowo propagowane u obu płci. Zasadniczym przeobrażeniom zostanie jednak poddana nade wszystko rodzina, dziś patriarchalna, nastawiona na posiadanie. Wskutek zaniku odrębnych ról płciowych i uzyskania przez kobiety samodzielności ekono­ micznej całkowicie zaniknie finansowy aspekt życia rodzinnego i występują­ ca w rodzinie hierarchia władzy. Pociągnie to też za sobą kres obecnego stosunku dorosłych do dzieci jako obiektu ich własności, a niepełnoletni uzyskają prawa decydowania o sobie. Uspołecznienie (i poprawienie przez to) opieki nad dziećmi połączone z jej profesjonalizacją jeszcze gruntowniej podkopie fundamenty dotychczasowej rodziny, przyczyniając się zarazem do wyswobodzenia kobiet. Małżeństwo zostanie w ogólności zastąpione dobrowolnym współżyciem ludzi. Przy okazji zniknie problem przeludnienia świata, łączący się dotąd wprost z brakiem wyemancypowa­ nia kobiet205. Oto ku czemu zmierza proces historyczny, odkąd kobiety podniosły bunt. Jak jednak bunt kobiet okazał się możliwy — pyta autorka — skoro patriarchat lepiej od wszelkich innych systemów wyzysku w dziejach zad­ bał o umocnienie swojej pozycji? Złożyło się na to wiele czynników: oświeceniowy humanizm, rewolucja praw człowieka we Francji i w Amery­ ce, ruch reform w Wielkiej Brytanii i ruch abolicjonistyczny w USA, a także fakt, że epoka wiktoriańska tak daleko zapędziła się w ograniczeniach swobody płciowej, iż kobietom nie pozostawało już nic innego, jak ruszyć do kontrnatarcia. Przez sto lat wydawało się, iż dojdzie do zasadniczych przeobrażeń, skończyło się jednak tylko na — istotnych zresztą — re­ formach. Na błędach pierwszej fazy owej rewolucji trzeba teraz się uczyć, gdyż po okresie trzydziestu lat wtórnego umacniania się patriarchatu

204 Ibidem, s. 59. 205 Ibidem, s. 59—60.

NOWY RUCH KOBIET

139

wszystko wskazuje na to, że jesteśmy w trakcie narastania nowej fali ducha rewolucyjnego206. Autorka zwraca uwagę, iż inne rewolucyjne przewroty tego czasu: rewolucja przemysłowa, polityczna i gospodarcza przyniosły zmiany głów­ nie mężczyznom. Rewolucja płciowa zaś była szczególnie trudna do przeprowadzenia, gdyż chodzi w niej przede wszystkim o przemianę w sposobie myślenia i w stylu życia. Dlatego pierwsza faza zakończyła się tylko połowicznym sukcesem: osiągnięto wielkie zmiany instytucjonalne, jak prawo wyborcze kobiet, otwarcie dla nich uczelni itd., ale nie zmieniono sposobu myślenia. Dalej następuje skrótowy opis dziejów ruchu kobiet pierwszej fali, po czym uwaga autorki ześrodkowuje się na okresie reakcji czy „kontr­ rewolucji”, jak się teraz wyraża207. Obraz dotychczasowych dziejów rewolu­ cji płciowej zamyka analizą reakcyjnych w stosunku do jej idei poglądów Freuda i psychoanalizy, a także funkcjonalizmu. Główny zarzut wobec Freuda i freudystów dotyczy traktowania mężczyzny jako wzoru normal­ nego człowieka, wobec czego kobieta okazuje się człowiekiem niepełnym, zdefektowanym, gdyż pozbawionym prącia, co jest podstawą słynnej koncepcji „zazdrości o penisa” i oparcia antropologii kobiecej na tym rzekomym braku. Prowadzi to generalnie do nieodróżniania płci biologicz­ nej od kulturowej, sex od gender. Jako normalne dla kobiecej osobowości Freud uznał bierność, masochism i narcyzm, co podtrzymało nadwątlone przez pierwszą fazę rewolucji płciowej tradycyjne mniemania o istocie „kobiecości”. Rozbudowana analiza krytyczna freudyzmu musiała od­ grywać doniosłą rolę w warunkach amerykańskich, gdzie jak wiadomo psychoanaliza otoczona jest nieomal kultem religijnym208. Z jeszcze surow­ szą oceną spotykają się już rodzime dzieła amerykańskich psychoanalityków: Heleny Deutsch oraz pary Ferdinand Lundberg i Marynia F. Famham. Podobnie krytycznie potraktowany zostaje Erik Erikson za koncepcję właściwego jakoby tylko kobietom wewnętrznego zmysłu przestrzeni209. W krytyce podobnie ważnego w USA funkcjonalizmu autorka eksponuje zwłaszcza koncepcję funkcjonalnej użyteczności zróżnicowania ról płcio­ wych, która zaciera jej zdaniem zachodzącą dzięki temu między płciami nierówność. Socjologia amerykańska spieszy patriarchatowi z pomocą w podtrzymywaniu tezy, iż patriarchat jest korzystny dla wszystkich. 206 Ibidem, s. 59. Ciekawe, że na temat tego, co akurat wtedy w USA się działo, autorka nic więcej nie dodaje. Żadnych wskazań, wezwań, programu. Następuje teraz analiza dziejów pierwszej fali i okresu reakcji. 207 Ibidem, s. 157. 208 Podobny atak na Freuda przypuściła rok wcześniej brytyjska autorka Eva Figes {Patriarchal attitudes'), wcześniej także Betty Friedan. Obraz Freuda jako anty-feministy (choć niekoniecznie mizoginisty) będzie w feminizmie obowiązywał przez kilka lat, zanim same feministki nie podejmą starań o zrehabilitowanie psychoanalizy, często poprzez próby jej twórczego, bardziej sprawiedliwego dla kobiet przeobrażenia. 208 Zob. omówienie tej koncepcji w streszczeniu specjalnego numeru „Daedalusa” na str. 90 i nast.

140

DZIEJE FEMINIZMU

Ostatnia, krytycznoliteracka część książki demaskuje propatriarchalny charakter pisarstwa trójki inkryminowanych autorów, którym przeciw­ stawione zostaje zrozumienie kluczowej roli relacji poddaństwa seksualnego w twórczości Geneta. Solidniejsze, rozbudowane opracowania teorii patriarchatu i seksizmu powstaną w latach późniejszych, już w ramach women’s studies (studiów kobiecych). Niemniej Millett zaproponowała tak już potrzebną ruchowi całościową wizję formacji społecznej opartej na wyzysku odmiennym od klasowego i tę jej propozycję przyjęto z entuzjazmem. Patriarchat wbrew feministkom socjalistycznym (polityczkom') okazuje się tutaj nie odmianą systemu klasowego czy li tylko jego uzupełnieniem, ani po prostu ramowym, wyjściowym systemem klasowym, lecz jest samodzielnym, fundamentalnym systemem wyzysku jednej płci przez drugą. Jeśli już stosuje się tutaj kategorie będące w powszechnym użyciu, to raczej pojęcie „kasty”, do której przynależ­ ność określana jest przez urodzenie. Jedną z sygnalizowanych przez autorkę zasadniczo ważnych luk w jej prezentacji była kwestia rodziny i jej przemian. Tę przestrzeń wypełniła książka Shulamith Firestone, która dostarczała znacznie bardziej rozbudowanych analiz oraz kreśliła — zatrważające tradycyj­ nie myślącego czytelnika — perspektywy przyszłej ewolucji małżeństwa i rodziny, co prawda obecne także w książce Millett, ale na tyle zdawkowo wyrażone, że jeszcze nie szokujące. Dialektyka płci oferowała także globalną teorię dziejową, nieco (nie tak bardzo, jak się zdaje na pierwszy rzut oka) odbiegającą od ujęcia Millet, gdyż umieszczającą patriarchat raczej w marksis­ towskiej perspektywie klasowej. Oto główne idee tej publikacji, przez niektóre feministki uważanej za ważniejszą nawet od Polityki płciowej. Shulamith Firestone: The dialectic of sex. The casefor Feminist Revolution

Jonathan Cape, London, 1971 (oryg. I wydanie w USA 1970)

Teoria seksizmu. Tytuł książki świadomie nawiązuje do marksizmu i do dialektyki sił wytwórczych jako motoru dziejów (tak autorka inter­ pretuje podstawową tezę materializmu historycznego). Jej zdaniem Marks nie sięgnął dość głęboko poszukując sił napędowych historii i fundamentów dialektycznego konfliktu. Własność środków produkcji, rodząca klasy ekonomiczne, i walka tych klas tłumaczy wprawdzie wiele, ale niesłusznie uznana została za bazę życia społecznego. „W książce niniejszej podjęta została próba —powiada autorka—sięgnięcia analizą klasową o krok głębiej, ku jej ukorzenieniu w biologicznym podziale na płcie.” Produkcja, gos­ podarka same okazują się wówczas nadbudową, nadbudową ekonomiczną — w stosunku do jeszcze bardziej fundamentalnej sfery: sfery reprodukcji (fizycznej, gatunku ludzkiego) i powstałej w jej obrębie relacji klasowej: klas płciowych (sex classes). Biologia o tym zadecydowała, iż kobiety są

NOWY RUCH KOBIET

I4I

narzędziem reprodukcji i jako narzędzie rodzenia i opieki nad dziećmi zostały zawłaszczone przez drugą klasę płciową, mężczyzn. Powstał „system klas płciowych”, ufundowany biologicznie, podobnie jak charakter i poziom sił wytwórczych fundował system klas ekonomicznych210. Dialektykę sił wytwórczych zastąpić należy dialektyką płci. Zmodyfikowany (pogłębiony) w ten sposób, nowy materializm histo­ ryczny sprowadza się zdaniem autorki do takiej oto teorii: „Materializm historyczny to taki punkt widzenia na bieg dziejów, który dopatruje się ostatecznej przyczyny wszystkich wydarzeń historycznych oraz wielkiej, poruszającej je siły w dialektyce płci: w podziale społeczeństwa na dwie różne klasy biologiczne, wyodrębnione w płaszczyźnie reprodukcji prokreatywnej, i w walce tych klas ze sobą; w zmianach sposobu zorganizowania małżeństwa, reprodukcji i opieki nad dziećmi; w powiązanym z tym rozwoju innych fizycznie wyodrębnionych klas (kast); i w pierwszym podziale pracy opartym na płci, który rozwinął się w postać systemu klas (ekonomicz­ nych).”211 Zwraca tu uwagę występujące w całej książce niezdecydowanie co do użycia terminów „klasa” czy „kasta” w odniesieniu do płci. Czasem stosowane są zamiennie, czasem wyraźnie preferowane jest pojęcie klasy, ale w przytoczonym na zakończenie schemacie dziejów pojęcie klasy zachowuje autorka dla po marksistowsku rozumianych klas ekonomicznych, natomiast o płci, a także podziałach na tle rasy i wieku wyraża się jako o kastach. W odróżnieniu od teorii patriarchatu Kate Millett, w teorii seksizmu (bo ten termin stosuje tutaj Firestone) podział płciowy nie przebiega w wymiarze niezależnym od podziału na klasy (ekonomiczne), lecz stanowi punkt wyjścia do ich późniejszego powstania. Ta różnica nie ma jednak istotniejszego znaczenia w samym podejściu do kluczowej i tak samo rozu­ mianej w obu książkach sprawy rewolucji płciowej czy „rewolucji femi­ nistycznej”, jak autorka lubi ją określać, a seksizm u Firestone rozumiany jako ustrój klas (kast) płciowych jest najwyraźniej tożsamy z patriarchatem u Kate Millett. Określenie „seksizm” pojawia się i tutaj w kontekście zestawienia z „rasizmem”, o którym autorka mówi, że jest łatwiej jednak zauważalny niż seksizm212. Klasowy charakter płci zapad! bowiem tak bardzo głęboko w sam fundament ludzkiego widzenia świata, iż stał się zupełnie niewidoczny213, lub jest zauważany (obecnie) wyłącznie jako pewna powierzchniowa nierówność, którą można będzie usunąć za pomocą garści reform, czy też na przykład wintegrowując kobiety w korpus siły roboczej. Istota dyskryminacj i płciowej czy ucisku kobiet (Jemale oppression), które trzeba ostatecznie usunąć214 na drodze rewolucji feministycznej, sprowadza się — i jest to u autorki wręcz obsesyjnie podkreślane — do spętania kobiet funkcją rodzenia dzieci i opiekowania się nimi. Jest to „tyrania rodziny 310 211 2,2 213 214

S. Firestone Dialectics of sex. The case for Feminist Revolution, London 1971, s. 11. Ibidem, s. 13. Uzupełnienia w nawiasach pochodzą od autorki. Ibidem, s. 2. „Sex class is so deep as to be invisible”, ibidem, s. 1. Ibidem, s. 2.

142

DZIEJE FEMINIZMU

biologicznej”215, eliminująca kobiety i dzieci (sic!) z uczestnictwa w życiu społecznym. To w tej podstawowej jednostce strukturalnej społeczeństwa bierze swój początek cały „tasiemiec dalszych form wyzysku”216. Warto podkreślić, iż kładzie się tu stale nacisk na pewną biologiczną nieuchronność tej sytuacji, mówi się o „fundamentalnym uwarunkowaniu biologicz­ nym”217 i to raczej biologia jest winna klasowemu zniewoleniu kobiet, a nie druga klasa: mężczyźni; choć to oni na tym korzystają i będą bronić swojej pozycji nawet wtedy, kiedy ustaną obiektywne warunki wymuszające ową nierówność, w rezultacie której następuje „reprodukowanie gatunku przez jedną płeć dla dobra obu”218. Póki trwa rodzina, poty trwa ustrój klas płciowych. Rewolucja płciowa, rewolucja feministyczna. Przez wieki całe nie było warunków do wyzwolenia kobiet, czyli zniesienia systemu klas płciowych, choć już w ubiegłym wieku, i obecnie tym bardziej, można było podjąć i podejmuje się skuteczne działania na rzecz emancypacji kobiet, czyli zrównania ze sobą ról płciowych bez ich zniesienia. To ostatnie to specjalność feminizmu liberalnego i feminizmu pierwszej fali w XIX wieku, które można określić mianem ruchu praw kobiet (Women’s Rights Move­ ment). Feminizm radykalny (Radical Feminism), jak autorka woli nazywać ruch, który reprezentuje, a który tożsamy jest z ruchem wyzwolenia kobiet (Women’s Liberation Movement — słowo „wyzwolenie” za bardzo pachnie jej retoryką studenckiej Nowej Lewicy), stawia sobie cel nie reformistyczny, lecz rewolucyjny: zniesienie podziału na klasy płciowe, czyli rewolucję feministyczną219. Zachodzi tu analogia do różnicy między celami reformistycznego socjalizmu a rewolucyjnego marksizmu. Tak jak „aby zapewnić usunięcie klas ekonomicznych, konieczny jest bunt klasy podporządkowanej (proletariatu) i przejęcie przez nią, na przejściowy okres dyktatury, własno­ ści środków produkcji, podobnie też usunięcie klas płciowych wymaga buntu klasy podporządkowanej (kobiet) i przejęcia przez nie kontroli nad reprodukcją: odzyskania przez kobiety władzy nad własnym ciałem, jak też kobiecej kontroli nad ludzką płodnością, włączając w to zarówno nowe technologie [rodzenia i kontroli urodzeń — K. Ś.J, jak i społeczne instytucje rodzenia i wychowywania dzieci. I podobnie jak celem ostatecznym rewolucji socjalistycznej było nie tylko usunięcie przywilejów klasy ekono­ micznej, lecz samego wyróżnienia klas ekonomicznych, podobnie celem ostatecznym rewolucji feministycznej musi być — inaczej niż to było w pierwszym ruchu feministycznym — nie tylko samo usunięcie uprzywile­ jowania mężczyzn, lecz usunięcie samej różnicy płciowej: różnice genitalne, które dzielą ludzkie istoty, nie będą już więcej odgrywały żadnej roli w płaszczyźnie kulturowej.”220 2,5 216 217 218 219 220

Ibidem, Ibidem. Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem,

s. 12.

s. s. s. s.

I. 12. 36. 11—12.

NOWY RUCH KOBIET

143

Czy nie jest to utopia? Cóż sprawia, że rewolucja feministyczna jest obecnie możliwa, skoro przez całe wieki biologia ją uniemożliwiała?221 „Dopóki ewolucja nie osiągnęła określonego poziomu, dopóki technika nie wzniosła się na obecny poziom wyrafinowania, samo kwestionowanie fundamentalnych uwarunkowań biologicznych było po prostu głupotą — przyznaje autorka. — Ale oto w niektórych krajach po raz pierwszy w dziejach zaistniały przesłanki rewolucji feministycznej, co więcej, sytuacja zaczęła domagać się takiej rewolucji.”222 Krótko mówiąc, przez całe wieki biologia i brak odpowiednich rozwiązań technicznych czyniły obecność klas płciowych czymś nieuchronnym, teraz zaś pojawienie się odpowiedniej techniki odbiera rację bytu determinizmowi biologicznemu. Podstawowe osiągnięcie technologiczne, o którym myśli autorka i którym jest zafas­ cynowana, to artificial reproduction, znana pod dziennikarską nazwą „ciąża w probówce”. Ciąża poza organizmem kobiety (przy równoczesnej antykoncepcji) sprawi zdaniem autorki, iż „dzieci będą rodzić się w jednakowy sposób dla obu płci czy niezależnie od nich obu, jak kto woli; a uzależnienie dziecka od matki (i na odwrót) zastąpione zostanie bardzo skróconą w czasie zależnością od niewielkiej grupy innych ludzi w ogóle, resztki zaś niedostatku fizycznej siły dziecka w stosunku do dorosłych skompensowane zostaną na drodze kulturowej.” Ponadto najnowsza technologia doprowadzi do końca także rewolucję socjalistyczną, czyli zniesie klasy ekonomiczne, gdyż zniesie pracę. „Podział pracy skończy się wraz z usunięciem pracy w ogóle (cybemetyzacja).” Wraz z tyranią rodziny biologicznej zniknie też znajdują­ ca w niej ufundowanie „psychologia siły”223. Oczywiście samo to się nie zrobi. Zniesienie klas płciowych, a także wyzwolenie dzieci stało się obiektywną możliwością, ale zainteresowani w utrzymaniu status quo będą bronić tego podziału i nie daj Boże, jeśli opierając się na najnowszej technologii utrzymają w swoich rękach kontrolę płodności. Wówczas może to zostać użyte „do umocnienia zakorzenionego głęboko systemu wyzysku”224. Dlatego potrzebny jest radykalny feminis­ tyczny ruch kobiet, który dopilnuje, aby rewolucja płciowa faktycznie nastąpiła. Podwójne przekleństwo — praca w pocie czoła i rodzenie w bólu — dzięki zastosowaniu najnowszej techniki zostanie zdjęte z człowieka i po raz pierwszy w dziejach stanie się możliwe prawdziwie ludzkie życie. Uda się też uratować równowagę ekologiczną Ziemi przed skutkami niekon­ trolowanej dotąd rozrodczości, co także stanowi misję ruchu feministycz­ nego225. 221 Tu autorka potwierdza swój materializm dziejowy: to nie sam brak u kobiet świadomej woli przemian czy chęci przemian był przyczyną trwania patriarchatu, lecz obiektywne uwarun­ kowania. 222 Ibidem, s. 1. 223 Ibidem, s. 12. 224 Ibidem, s. 11. 225 Ibidem, s. 228—229.

144

DZIEJE FEMINIZMU

Program rewolucji feministycznej. Myśl programowa u autorki koncentruje się wokół jednej sprawy: przeobrażenia, a właściwie zniesienia rodziny. Inne aspekty rozwiąże dokonująca się równolegle rewolucja socjalistyczna, znosząca ostatecznie klasy ekonomiczne poprzez zniesienie pracy, oraz rewolucja kulturalna, znosząca różnicę między wyobraźnią a rzeczywistością, czyli znosząca kulturę jako przeciwstawienie sztuki — rzeczywistości226. Co zaś stanie się z rodziną? Czyżby miała zniknąć ostatnia przystań prywatności, intymności, ludzkiego ciepła? Czyżby miała zrealizować się przerażająca wizja Roku 1984? Owszem, odpowiada autorka, taka rodzina ma zaniknąć, ale to nie znaczy, że zniknie międzyludzkie ciepło, które w niej dotąd, wraz z kobietami, było uwięzione. Przeciwnie, na przekór wizji Orwella, wraz z likwidowaniem prywatności ciepło wypłynie na zewnątrz, rozleje się po całym społeczeństwie. Dobre „kobiece” cechy nie zanikną, lecz upowszechnią się. Wracając zaś do rodziny i jej funkcji, to: (1) kobiety zostaną stopniowo uwolnione od konieczności rodzenia (poprzez wprowa­ dzenie możliwości ciąży poza organizmem kobiety) i od konieczności wychowywania dzieci, gdyż zadanie to wezmą na siebie szersze grupy żyjących we wspólnocie domowej kobiet i mężczyzn, a potem społeczne instytucje wychowawcze; (2) zaniknie ekonomiczna funkcja rodziny, gdyż zaniknie dotychczasowa praca zarobkowa, kobiety i dzieci staną się ekono­ micznie i politycznie niezależne; (3) nastąpi pełne zintegrowanie kobiet i dzieci ze społeczeństwem nie tylko poprzez zniesienie izolujących je od społeczeństwa rodzin, ale także wszelkich podobnie izolujących instytucji, przede wszystkim szkół — w dobie komputera, telewizora itd. szkoły są niepotrzebne; (4) pojawi się absolutna swoboda seksualna kobiet i dzieci, gdyż jedynym ograniczeniem form aktywności seksualnej będzie wyklucze­ nie szkodzenia innym. Dalej autorka snuje odważne pomysły najrozmait­ szych wariantów rozwiązania potrzeby życia intymnego ludzi, gdzie obok utrzymania na własne życzenie trwałych stadeł monogamicznych wchodzą w rachubę różnego rodzaju wspólnoty, często tworzone na podstawie dobrowolnego akcesu, niezależnie od płci i w bardzo różnym wieku. Dzieci mają mieć własną, niezależną podmiotowość, wybierać sobie dowolnie wspólnoty, w których chcą żyć, i bardziej intymnie traktowanych opieku­ nów. Autorka przewiduje też swobodę seksualną dzieci analogiczną do swobody dorosłych, a seksu z dziećmi nie uważa za zły sam w sobie, nawet przeciwnie, skoro łączy generacje. To podstawowe treści książki z punktu widzenia jej oddziaływania. Wnętrze wypełniają analizy polityczne różnych nurtów w amerykańskim feminizmie, dawnym i obecnym, a także analizy dzieciństwa jako statusu społecznego (dzieciństwo należy znieść, kiedy to tylko okaże się możliwe), rasizmu jako rasowego seksizmu227, miłości jako ideologii przyodziewającej byt kobiet w szatę pociągającą i romantyczną, kultury jako wytworu 226 To daje się odczytać z zamieszczonego na końcu książki schematu. 227 Następuje tu odwrócenie porządku w stosunku do genezy terminów.

NOWY RUCH KOBIET

145

rozziewu między projektami a rzeczywistością, związku ekologii z femini­ zmem. Na szczególne odnotowanie zasługuje rozdział poświęcony psycho­ analizie. Otóż w odróżnieniu od wielu ówczesnych feministek autorka ma do psychoanalizy stosunek życzliwy, a seksistowskie obciążenie freudyzmu wyprowadza głównie z faktu ahistorycznego potraktowania przez Freuda historycznie uwarunkowanej kobiecości; niemniej jego analizy w tym historycznie zakreślonym polu uważa za trafne. Łatwo domyślić się i zrozumieć, które fragmenty książki Firestone najbardziej zbulwersowały nie tylko pozafeministyczną opinię publiczną, ale także wiele feministek. Jej obsesyjna wręcz, choć na gruncie teorii dobrze ugruntowana niechęć do tradycyjnej rodziny, a zwłaszcza kreślone przez nią alternatywy oraz swobodne podejście do seksualności dzieci, wszystko to przeraziło wiele kobiet spoza ruchu, a przeciwnikom feminizmu dostarczyło łatwych argumentów w niewybrednych napaściach i polemikach. Feministki liberalne, żyjące przeważnie w stadłach małżeńskich, a także wiele feministek radykalnych (nawet jeśli w zasadzie zgadzały się z autorką) uznało tak bezpardonową napaść na instytucję rodziny jako taką, a nie na jej poszczególne funkcje czy postacie, za szkodliwą dla ruchu, gdyż odstręczającą część potencjalnych zwolenniczek. Z nie tajoną sympatią natomiast mogły się do tego programu odnieść lesbijki. Rzuca się w oczy zbieżność w zasadniczych punktach obu równolegle podjętych prób teoretycznej kodyfikacji wizji dziejowej i programu radykal­ nego feminizmu. Odtąd Kate Millett i Shulamith Firestone, równocześnie czołowe aktywistki feminizmu radykalnego w Nowym Jorku, uchodziły za autorytety teoretyczne ruchu. Do kanonu dołączały się inne prace o charakterze bardziej fragmentarycznym i często programowo propagandowe. Inaczej potraktowano w środowisku działaczek trzecią książkę, uchodzącą w szerokim odbiorze społecznym za równie reprezentatywną dla radykalnego feminizmu—Żeńskiego eunucha Germaine Greer. Nie dość, że autorka była nie związaną dotąd z ruchem Australijką mieszkającą w Anglii, nie dość, że nie była wystarczająco radykalna i nieprzychylna mężczyznom, to jeszcze media właśnie ją upatrzyły sobie jako postać uosabiającą teoretyczną myśl feminizmu i przeprowadzały z nią liczne wywiady telewizyjne i radiowe, irytujące prawdziwe aktywistki ruchu, kreując ją w ten sposób na czołową postać feminizmu. Dziennikarka „Village Voice”, a zarazem feministka i lesbijka Jill Johnston komentuje jej dyskusję z Normanem Mailerem w ratuszu miejskim w maju 1971 roku jako występ „Tarzany” i uważa, iż był katastrofalnie szkodliwy dla ruchu228. Książka jednak znalazła ogromne rzesze czytelników, także w ruchu feministycznym, tak iż — mimo trwających nieraz i do dziś sprzeciwów — wypada ją uznać za trzeci człon podstawowego kanonu teoretycznego feminizmu radykalnego. Po raz pierwszy także ukazała się — jak omówione już dwie pierwsze pozycje — w 1970 roku, tyle że najprzód 228 Zob. Jill Johnston Lesbian nation, op. cit.

146

DZIEJE FEMINIZMU

w Londynie229, ale natychmiast znalazła się na rynku amerykańskim. W odróż­ nieniu jednak od tamtych nie miała rozbudowanych ambicji teoretycznych i pod tym względem była wtórna, prezentowała natomiast krytyczny przegląd różnych sfer życia kobiet (białych, zachodniego świata — jak potem autorka przyznaje) pod kątem wszechobecnego w nich, deformującego je zniewolenia. Podstawowa teza teoretyczna książki sprowadza się do twierdzenia, iż „kobie­ cość” kobiet taka, jaką ją znamy, jest skutkiem kastrującego kobiety od urodzenia oddziaływania socjalizacyjnego, czyniącego z istot płci żeńskiej osoby dokładnie spełniające męskie oczekiwania: bierne, bojaźliwe, szukające bezpieczeństwa w stadle rodzinnym, nękające swoje ciało wszelkimi nie­ zdrowymi praktykami, byle zadowolić męskie upodobania seksualne. Kobiety współcześnie, i od wieków, to eunuchy, które zatraciły wszelką wewnętrzną samodzielność i energię; te zarezerwowali dla siebie wyłącznie mężczyźni. Całe swe życie organizują wokół mężczyzn. Tu przywołana zostaje słynna metafora Bernarda Shaw o kobiecie jako papudze od maleńkości wychowanej w klatce230 — w domyśle: zupełnie zatem różnej od tej, jaką mogłaby być, gdyby wyrosła w naturalnej, dzikiej swobodzie. Drzwiczki klatki otwarto, ale zdegenerowane ptaki tak bardzo cenią sobie bezpieczeństwo, iż nie korzystają z wolności, więcej nawet, boją się jej. Feminizm to — zdaniem Greer — ruch, który w odróżnieniu od poprzed­ niego reformistycznego feminizmu, a także obecnego feminizmu liberalnego zmierza do wyzwolenia kobiet z nałożonych im od urodzenia więzów, do opartego na wierze w siebie, w swą własną autonomiczną wartość pełnego rozwoju osobowości, kobiecego ducha i ciała, można by rzec: do stania się kobietą autentyczną. Po dwudziestu latach, w kolejnym, czternastym wydaniu angielskim, tłumaczy w jubileuszowej przedmowie: „Wolność, którą postulo­ wałam przed dwudziestu laty, to miała być wolność do stania się osobą nacechowaną godnością, integralnością, szlachetnością, pasją, dumą, tym wszystkim, co składa się na osobowość. Miała to być wolność do biegania, do krzyku, do głośnego mówienia i do siedzenia wygodnie, z rozsuniętymi kolanami. Wolność do poznania i kochania Ziemi i wszystkiego, co na niej biega, pływa, pełza. Wolność do uczenia się i do nauczania. Wolność od strachu, od głodu, wolność słowa i wolność przekonań.”231 229 G. Greer The female eunuch, London 1970. 230 Zob. przyp. 19 w niniejszej części. 231 G. Greer The female eunuch, London 1991, s. 11. Autorka przyznaje, źeniemyślala wtedy o kobietach żyjących w nędzy w wielu krajach rozsianych po całym świecie, dla których to, co zachodnie feministki uważały za ucisk, opresję, musiało wydawać się już wolnością. To zaniedbanie nadrobiła po części później, pisząc w innych publikacjach o problemach kobiet Trzeciego Świata. I swoim życiem dała dowód, jak można było realizować program tak rozumianego feminizmu. Przez ponad dwie dekady czynna jest zawodowo jako niezależna dziennikarka i pisarka, pracownik naukowy Cambridge, bardzo chętnie goszczona w telewizji, zwłaszcza brytyjskiej, gdzie zajmuje się wieloma innymi problemami poza feminizmem. Czego spodziewała się po rewolucji feministycznej, do której zagrzewała stale wznawianym Żeńskim eunuchem, nie w pełni nastąpiło. Na progu ostatniej dekady dwudziestego wieku sytuacja kobiet zmieniła się nadzwyczajnie — powiada — „wiele nowych gatunków kobiet pojawiło się na ziemi”: kulturystki, biegaczki maratonu muskulaturą nie ustępujące mężczyźnie, kobiety menedżerowie

NOWY RUCH KOBIET

147

Podejście do feministycznego wyzwolenia kobiety skoncentrowane przede wszystkim na osobistym uwolnieniu się od presji kastrujących kobietę wzorców nie było w smak nie tylko feministkom liberalnym, koncentrującym się przede wszystkim na otwieraniu kobietom swobodnej drogi do kariery, ale i części feministek radykalnych, które niepokoił indywidualizm autorki, widoczny w nacisku położonym na swobodę osobistą, a nie wspólnotową. Recepcja książki była jednak rozległa i żywa, sprzyjał temu jej przejrzystszy i łatwiejszy w odbiorze styl niż maniera omówionych wcześniej pozycji o ambicjach teoretycznych. Obok podstawowych tytułów ukazuje się kilka uzupełniających areopag pozycji, nie mówiąc o sporej liczbie tekstów wtórnych, ale dobrze napisanych i odgrywających istotną rolę w szerzeniu idei feministycznych. Osobliwością, bardzo wtedy poczytną, jest książka Lizabeth Gould Davis, której dopiero drugie wydanie, po dwóch latach od pierwszego, zostaje zauważone i święci przejściowe sukcesy. W Pierwszej płci {The first sex'), której tytuł polemicznie nawiązuje do Drugiej płci Simone de Beauvoir, autorka kreśli własną wizję dziejów ludzkości, wedle której obecna cywilizacja poprzedzona została wielowiekową cywilizacją kobiet. Dopiero rewolucja patriarchatu zniszczyła ją ze szczętem, choć — dzięki kobietom właśnie — wiele pierwotnych osiągnięć udało się mimo wszystko przenieść do nowej epoki. Wątpliwe naukowo dowody zostają chętnie przyjęte za dobrą monetę, ponieważ wymowa książki sprzyja umacnianiu ducha niedowartościowanej dotąd połowy gatunku ludz­ kiego. Działa ideologiczna zasada, iż łatwiej uwierzyć w możliwość zbudowania czegoś w przyszłości, jeśli coś analogicznego już istniało. Redakcja wydania niemieckiego pisze, iż książka mimo pewnych błędów, nieścisłości i luk „wywarła ogromny wpływ na życie wielu kobiet i na rozwój teorii i praktyki ruchu kobiecego, ponieważ działa inspirująco, rzuca nowe światło i jest prawdziwa we właściwym sensie słowa prawda”232 Kobiety otrzymały własny mit złotego wieku, a w miejsce pierworodnego grzechu Ewy pojawił się prymamy grzech płci męskiej: rewolucja patriarchalna. Wspomnieć też wypada o szkicach zaledwie, ale inicjujących jeden z istot­ niejszych wątków ówczesnej dyskusji. W pamflecie Polityka pracy domowej {The politics of housework)233 Pat Mainardi upomina się z wielką emfazą o władzy równej mężczyznom itd. Ale „żeński eunuch” wcale nie znikł, „możesz go spotkać jak świat długi i szeroki; przez cały czas, kiedy myślałyśmy, że udaje nam się wypierać go z naszych umysłów i serc, on rozprzestrzeniał się po całym świecie, gdzie tylko docierają dżinsy i coca-cola. Gdzie tylko zauważasz lakier na paznokciach, szminkę, biustonosze i buty na wysokim obcasie, eunuch już na dobre zagościł i rozbił swe obozowisko. Napotkasz go triumfującego nawet pod kwefem.” (Ibidem, s. 11—12). Tam, gdzie tylko podniesie się standard życiowy kobiety na tyle, że nie musi myśleć wyłącznie o tym, jak przeżyć, natychmiast przejmuje wzory mizdrzącego się wiecznie do mężczyzn zachodniego żeńskiego eunucha. Tak widzi to po latach feministka brytyjska, którą zaliczyć można do grona feministek samotni­ ków, działających na własną rękę. (D. Campbell określa je mianem maverick feminists, nieprzynależne do żadnego stada. Zob. D. Campbell: With friends like these... the media, the mavericks and the movement, „Trouble and Strife”, nr 31, Summer ‘95, s. 65—72. Bliżej mowa o tym typie feminizmu na str. 252—254). 333 Tekst na tylnej okładce, zob. L. Gould Davis Am Anfang war die Frau, München 1977. 333 Zob. w: R. Morgan Sisterhood is powerful, op. cit.

148

DZIEJE FEMINIZMU

o uznanie wartościotwórczego charakteru pracy domowej kobiet. Rzuca tym wyzwanie marksistom (gdyż w marksizmie za pracę wartościotwórczą uznaje się wyłącznie tzw. pracę produkcyjną), ale naraża się też całemu establishmen­ towi ekonomii zachodniej, bowiem i w niej, choć usługi wlicza się do produktu narodowego, pracę domową kobiet pozostawia się poza nawiasem jako rodzaj działań na własne potrzeby. Ten wątek podejmuje Dalia Costa w szkicach z 1972 i 1973 roku i dyskusja staje się gorąca234, podobnie jak już nieco wcześniej we Francji. Trafiają też na scenę amerykańską, poza wspomnianą już Greer, pierwsze anglojęzyczne publikacje z zagranicy, a wśród nich nader istotna pozycja Postawy patriarchálně (Patriarchal Attitudes) Evy Figes z Anglii, wydana tam w 1970 roku235, nader systematyczny, krytyczny przegląd tradycyjnych filarów zachodniej myśli patriarchalnej, przedstawiającej kobiety jako istoty z natury niżej stojące od mężczyzn. Rok 1975 przynosi kilka pierwszych większych podsumowań236, co jeszcze bardziej domyka narodziny ruchu. Przynosi też Rewolucję feministyczną — testament ortodoksyjnie radykalnej grupy Czerwonych Pończoch z Nowego Jorku, która nie chce i nie może pogodzić się z szokującym dla nich zwrotem feminizmu radykalnego ku kulturowemu separatyzmowi czcicielek — ponownie — kobiecości.

Pierwsze sukcesy: ERA Około 1973 roku zakończyła się pierwsza faza kształtowania się w USA nowoczesnego feminizmu w dwóch formacjach: liberalnej i radykalnej. We­ dług Yates, z początkiem 1970 roku działało od 10 do 50 tysięcy członkiń grup feministycznych o orientacji radykalnej, wydawano sporo biuletynów, trochę czasopism. Główny nurt feminizmu radykalnego wyraźnie odciął się już od swoich organizacyjnych i ideowych powiązań z Nową Lewicą. Rozstanie przypieczętował specjalny numer pisma lewicy studenckiej „Rat”, który redaktorzy oddali w ręce zbuntowanych koleżanek, chcąc je jeszcze jakoś udobruchać i za wszelką cenę utrzymać w ruchu. Numer wypadł jednak jako nie znające już łaski oskarżenie, a jedna z najbardziej prominentnych członkiń redakcji Robin Morgan zadeklarowała ostateczne odejście feministek w bardzo emocjonalnym artykule o tytule mówiącym sam za siebie: Dość! Żegnam to wszystko! (Good-bye to Ali Thať). „To wszystko”, z czym ona i dwadzieścia innych, podpisanych na końcu koleżanek żegnały się „zakrywając usta, by powstrzymać krzyk trwogi i nienawiści i współczucia dla mężczyzn, których kochałyśmy i jeszcze kochamy”237 — to byli przede wszystkim koledzy z Nowej 234 M. Dalia Costa, S. Jones The power of women and the subversion of the community, Bristol 1972. 235 E. Figes Patriarchal attitudes. Women in society, London 1970. Potem kilka kolejnych wydań. 236 Najważniejsze to cytowana wyżej książka G. G. Yates What women want oraz Sinclair Deckard The Women’s Movement. Political, socioeconomic,and psychologicalissues,NewYork 1975. 237 Robin Morgan: Goodbye to All That, pierwotnie w „Rat. Subterranean News”, New York, 2, 27, (6 II 1970), zob. B. Roszak, T. Roszak (red.) Masculine IFeminine, op. cit., s. 249.

NOWY RUCH KOBIET

149

Lewicy z ich nieznośnym, „rewolucyjnym” seksizmem, którego pełno było w karykaturach, dowcipach i powiedzonkach, w protekcjonalnym poklepywa­ niu po ramieniu reprezentantek „siły cipek”, jak pieszczotliwie nazywali Women’s Liberation238. Ale to były też koleżanki z podziemnego, skłaniającego się do terroryzmu ruchu Weatherman, działacze i działaczki ruchu ekologicz­ nego (biali mężczyźni zniszczyli środowisko i teraz jeszcze uzurpują sobie prawo do przewodzenia w ruchu na rzecz jego ratowania!), hippisi i wszelkie inne ugrupowania studenckiej lewicy. „Zadaniem rewolucyjnych feministek — konkluduje autorka — jest budowanie jeszcze silniejszego niezależnego Ruchu Wyzwolenia Kobiet”, gdyż to „kobiety są prawdziwą lewicą”239. Odbywa się wiele konferencji regionalnych, dochodzi też do II Kongresu Zjednoczeniowego Kobiet {Congress to Unite Women) w Nowym Jorku. Zjazd dowodzi, że ruch nie tylko jednoczy się, ale już także dzieli, co bywa czasem traktowane jako przejaw dojrzałości. W wielu środowiskach zawodowych tworzą się kobiece sekcje, np. w mass mediach, w Amerykańskim Towarzy­ stwie Nauk Politycznych i w innych towarzystwach naukowych, choć dominu­ ją w nich raczej feministki bardziej liberalistycznie nastawione. Od 1969 roku rozwija działalność WEAL — Women’s Equity Action League, skupiająca prawniczki, administratorki, uczone, także mężczyzn, a której celem jest zwalczanie dyskryminacji prawnej i edukacyjnej kobiet, zwłaszcza w college’ach i na uniwersytetach240. Równocześnie trwa na wyższych uczelniach całego kraju tworzenie się centrów nauczania i studiowania problematyki kobiecej — Ośrodków Studiów Kobiecych, tzw. Women’s Studies Centers, które okażą się trwałym i dla rozwoju wiedzy naukowej, a nie tylko feminizmu, ważnym przedsięwzię­ ciem241. Opory tradycyjnych środowisk akademickich stopniowo ustępują, a ranga ośrodków z upływem lat rośnie i dziś w wielu wypadkach nie rodzi już żadnych wątpliwości, gdyż dorobek badawczy tych zespołów okazał się niekwestionowalny, mimo często w nim obecnego sporego ładunku emocji242. Rośnie liczba konferencji naukowych organizowanych przez te ośrodki, co już w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i latach następnych owocuje pub­ likowaniem wielu prac zbiorowych. Trwają marsze, protesty i pochody, co na pewno sprzyja sile przebicia bardziej legalistycznie ukierunkowanej aktywności feministek spod znaku NOW i WEAL. Organizowane są częste „Dni Wyzwolenia Kobiet”. Dochodzi wreszcie, w dniu 26 sierpnia 1970 roku, do opisanego na wstępie tej części 238 Ibidem, s. 242. 239 Ibidem, s. 248—249. 240 G. G. Yates What women want, op. cit., s. 46—47. 241 Przekład terminu women’s studies nastręcza trudności. Będę posługiwał się wprowadzonym w polski usus językowy terminem studia kobiece. Nie przyjął się jak dotąd szerzej, choć można go także spotkać w polskim piśmiennictwie, termin feminologia (podobno wymyślony pierwotnie przez pracowniczkę Royal Library w Kopenhadze w 1971 — zob. „Signs”, Journal of Women in Culture and Society, The University of Chicago Press, 2, 1, (1976), s. 242. 242 Dziś pojawia się także określenie gender studies, studia nad płcią kulturową, sygnalizujące ujmowanie problemów kobiecych w ogólnej perspektywie roli płci w życiu społecznym i w kul­ turze.

150

DZIEJE FEMINIZMU

słynnego marszu w Nowym Jorku i demonstracji w wielu innych miastach z okazji pięćdziesiątej rocznicy uzyskania przez kobiety prawa wyborczego. Jak wspomnieliśmy przy tej okazji, od tego mniej więcej momentu feminizm przestaje być uważany przez siły polityczne za zjawisko marginalne. Zaczyna się kilka lat sukcesów, zwieńczonych uchwaleniem ERA w 1972 roku i nowej ustawy aborcyjnej w 1973 roku. Od 1968 roku uchwalenie poprawki do konstytucji znanej jako ERA {Equal Rights Amendment') stało się celem zorganizowanej z szerokim rozmachem kampanii. Prowadzono też w Kongresie rozległe działania lobbystyczne o zakulisowym charakterze. Losy poprawki wahały się przez kilka lat, ale klimat wokół niej zupełnie się zmienił, odkąd już nie maleńka historyczna partia NWP, lecz nowa, potężniejąca w oczach NOW stała się jej promotorem. O co właściwie chodziło feministkom? Rzecz w tym, iż konstytucję amerykańską ojcowie założyciele ułożyli najwyraźniej z myślą o samych mężczyznach — argumentowały feministki — skoro człowiek zastępowany w niej jest wszędzie przez zaimek „on” {he). Kobiety widać traktowali jako własność mężczyzn. Kiedy w 1868 roku przyjęto czternastą poprawkę zabraniającą odmawiania ludziom prawa głosu w wybo­ rach, jej adresatem uczyniono tylko mężczyzn. I dopiero w 1920 roku, w dziewiętnastej poprawce, zakazano niedopuszczania do wyborów ze względu na czyjąś „płeć”. Ale to było wszystko. Forsujące poprawkę żądały, aby cała konstytucja odniesiona została jednakowo do wszystkich obywateli, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. To właśnie miała zagwarantować ERA. Po raz pierwszy już 10 sierpnia 1970 roku, dwa tygodnie przed wielką demonstracją w Nowym Jorku, ERA przeszła przez izbę niższą, lecz nie uzyskała aprobaty Senatu, w którym miała m.in. zręcznego i upartego przeciwnika w osobie senatora z Południa, Emanuela Cellera. „Mówicie, że nie ma istotnej różnicy między mężczyzną a kobietą? — pytał. — To tak jak między kasztanem drzewem a koniem kasztanem. I to kasztan, i to niby kasztan...”243 Rok później wzbogacił argumentację: „Podobieństwo między mężczyzną a kobietą jest rzeczywiście niebagatelne — jak między błyskawicą a robaczkiem świętojańskim. I to błyska, i to błyska...”244. Wytaczano wciąż od nowa te same argumenty przemawiające przeciw przyjęciu ERA, zwłaszcza konieczność wprowadzenia obowiązku służby wojskowej dla kobiet oraz zagrożenie życia rodzinnego wskutek obciążenia kobiet na równi z mężczyznami obowiązkami publicznymi (o to zwłaszcza martwił się stale senator Erwin). Nie bez wielu zręcznych chwytów i podchodów w kuluarach Kongresu oraz pod wpływem głośnej już i ciągnącej się kilka lat wrzawy na ulicach kongresmani obu izb przyjęli w końcu ERA w dniu 22 sierpnia 1972 roku245. Zaledwie w pół godziny 243 Nieprzetłumaczalna gra słów: „as much difference between a male and a female as between a horse chestnut and a chestnut horse". 244 Znowu gra słów: „between lightning and a lightning bug”. 2is Ostatecznie treść poprawki ERA wyglądała następująco: „1. Equality of rights under the law shall not be denied or abridged by the United States or by any state on account of sex. 2. The Congress shall have the power to enforce, by appropriate legislation, the provisions of this article. 3. This amendment shall take effect two years after the date of ratification.” Zob. F. Davis, op. cit.,

NOWY RUCH KOBIET

I5I

później poprawkę tę ratyfikował pierwszy stan Hawaje. Aby weszła w życie, konieczna była ratyfikacja dwóch trzecich, czyli 38 stanów. Siedem lat danych na ratyfikację wydawało się okresem aż przesadnie długim. Zapanowały nastroje wręcz triumfalistyczne. Nie u wszystkich, rzecz jasna. Prawicowi przeciwnicy ERA dopiero teraz ocknęli się i zrozumieli, że z feminizmem — z liberalnym feminizmem — nie ma żartów. Po ich stronie znalazła się także część feministek cały czas przeciwnych ERA, lękających się, iż kobiety, istoty faktycznie nierówne mężczyznom, nawet może i lepsze, ale słabsze, nie sprostają wymaganiom równego startu społecznego i jeszcze pogorszą swój los, tracąc zarazem uprzywilejowane miejsce w sferze prywatno-rodzinnej. Z ERA miały m.in. wynikać: obowiązek służby wojskowej dla kobiet, równość w szkołach, ten sam wiek dojrzałości i emerytury, ciąża miała być traktowana jak każda inna niedyspozycja, w karze ograniczenia wolności zniknąć miały wszelkie różnice itd. Tak samo miano traktować ochotników do wojska. Już z tej listy widać, że różne środowiska musiały różnie podchodzić do nowej zdobyczy. Zmobilizowana wreszcie prawica, wsparta w niektórych kwestiach przez część feministek, ruszyła do zaciekłego kontrataku, który miał trwać nieprze­ rwanie aż po upadek tej poprawki, ale dopiero w 1982 roku (o czym Czytelnik zostanie poinformowany w stosownym miejscu). Nastroje wśród feministek o orientacji liberalnej i wśród części radykal­ nych były teraz bardzo dobre, wręcz bojowe. Oto ich ruch okazywał się znaczącą siłą polityczną. Uzyskanie werdyktu Sądu Najwyższego znoszącego stanowe zakazy aborcji jeszcze tę pewność siebie umocniło — tym razem zwycięstwo świętowały solidarnie prawie wszystkie (choć nie wszystkie!) feministki, wiele kobiet spoza ruchu i wielu mężczyzn246. Zmienia się stosunek mass mediów do feminizmu. Pojawiają się pierwsze poważniejsze publikacje literackie poddające feminizm krytyce: wspomniana książka Mailera, a także często wymieniany artykuł Joan Didion w „New York Times Book Review” z 1972 roku, w którym autorka zarzuca feministkom radykalnym m.in., iż zaledwie proletariat wymówił się od przypisywanej mu przez marksizm roli, one zapragnęły wypełnić po nim lukę247. O zmianie podejścia do feminizmu świadczy też fakt, że od kilku lat zajmuje się nim poważnie FBI i CIA, o czym staje się głośno w związku z aferami politycznymi w środowisku feministycznym, rozdmuchiwanymi przez same zwalczające się grupki feministek, ale chyba nie bez udziału wspomnianych instytucji, być może liczących na osłabienie w ten sposób ruchu. Jednej z czołowych postaci, s. 134—135. Powtórzmy przytaczany już poprzednio pierwszy punkt poprawki w przekładzie polskiej autorki: „W Stanach Zjednoczonych ani w żadnym ze stanów nie wolno odmawiać nikomu, ze względu na jego płeć, ustawowej równości wobec prawa” (D. Sękalska Kobieta wyzwolona?, Warszawa 1982, s. 134. Przełóżmy pozostałe: „2. Kongres ma prawo zapewnić na drodze ustawodawczej gwarancje stosowania tego artykułu. 3. Poprawka wchodzi w życie dwa lata po jej ratyfikowaniu.” 216 Dokładniejszy opis wydarzeń, które doprowadziły do tego i innych sukcesów — zob. następny rozdział. 247 J. Didion: Ruch kobiet, „Literatura na Świecie”, 1988, 4, s. 241.

152

DZIEJE FEMINIZMU

Glorii Steinem, redaktorce sztandarowego pisma feministycznego „Ms”, postawiony zostaje zarzut współpracy z CIA z czego musi gęsto się tłumaczyć w środowisku i co z trudem zostaje jej zapomniane. Dawny SDS utworzył podziemną organizację terrorystyczną Weatherman, w której też działają kobiety, Weatherwomen, otaczane w niektórych kręgach feministek (zwłaszcza o orientacji socjalistycznej) szczególnym kultem248. Jedna z nich po uwięzieniu pisze niezwykle agresywny manifest feministyczny, który także zaostrza wewnętrzne podziały. W tej atmosferze słyszy się nader często podejrzenia, chyba czasem umotywowane, iż to tajne służby amerykańskie usiłują ruch infiltrować i skłócić, podobnie jak to było z wcześniejszymi ruchami młodzieżowego protestu. Zwłaszcza skrajnie radykalne wystąpienia miały być prowokacją. Z drugiej strony, już po latach, dowodzono, iż próby infiltracji ruchu feministycznego nie powiodły się, gdyż w tajnych służbach w ogóle brakowało agentek, a w dodatku w tym wypadku potrzebne były takie, które potrafiłyby zrozumieć ducha feminizmu. W każdym razie zainte­ resowanie służb specjalnych dowodziłoby narastania przekonania o powadze ruchu. Zainteresowanie służb amerykańskich mogło być dopingowane przez konkurencję. Betty Friedan i inne źródła wspominają o próbach komunistycz­ nej infiltracji, które stały się już zupełnie czytelne i jawne, kiedy w ONZ podjęto tematykę dyskryminacji kobiet i postanowiono rok 1975 uczynić Międzynarodowym Rokiem Kobiet. Blok wschodni od negacji przeszedł do czynnego zaangażowania, próbując podporządkować sobie ruchy feministycz­ ne. Po nieudanej inicjatywie zwołania konferencji ONZ na temat kobiet w Berlinie Wschodnim — ostatecznie odbyła się w Mexico City, a w Berlinie tylko jej namiastka—trwały nie kończące się wysiłki zdominowania feminizmu międzynarodowego przez siły komunistyczne, co prowadziło kilkakrotnie do sabotowania międzynarodowych konferencji, zwłaszcza ONZ-owskich w Ko­ penhadze i po części w Nairobi. Wszystko to, obok realnych sukcesów politycznych początku lat siedem­ dziesiątych, świadczy o nobilitacji politycznej ruchu. Czyżby zatem triumf? Czas na wieloletnie spokojne działanie? Już walka o ERA zdradziła obecność feministek, które okazywały niechęć do sukcesów w dalszym zrównywaniu praw. Poza napięciem między feminizmem radykalnym a liberalnym doj­ rzewało w łonie samego radykalnego feminizmu, zresztą nie bez związku z owym rozdarciem zewnętrznym, jakieś nowe pęknięcie, nadal jeszcze jednak niejasne i niesprecyzowane. Później, patrząc wstecz, można je zauważyć już od samego początku, gdyż od strony teoretycznej ma ono charakter fundamental­ ny, ale w obliczu walki o samo zaistnienie ruchu podział ten mógł dotąd uchodzić uwagi. Teraz sytuacja zmieniła się — ruch stał się uznanym faktem. Nowe pęknięcie rychło miało ujawnić się wyartykułować i zaskoczyć nie tylko świat zewnętrzny, ale i same feministki.

248 Wspomina o tym Sinclair Deckard The Women’s Movement, op. cit., w szczegółach relacjonuje A. Echols Daring to be bad, op. cit.

NOWY RUCH KOBIET

153

Feminizm zmienia społeczeństwo amerykańskie Ruch feministyczny drugiej połowy lat sześćdziesiątych, choć podzielony, w istotny sposób zmienił obraz amerykańskiego społeczeństwa. Pojawił się nowy typ kobiety, i to na skalę znacznie przekraczającą stosunkowo wąskie kręgi feministek. Domykając omówienie tego okresu, posłuchajmy opisu „nowej kobiety” pióra autorki wcześniejszego pokolenia. Kiedy w 1966 roku napisała artykuł na temat marnowania kobiecych talentów, szef uznał te nader zawoalowane feministyczne poglądy za nazbyt agresywne, co zmusiło ją do rozwinięcia tekstu i wydania go w dwa lata później w postaci książki. Atmosfera była już tak dalece zmieniona, iż Urodzić się kobietą stała się bestsellerem. W dopisanym do drugiego wydania w 1970 roku rozdziale autorka tak charakteryzuje „nową kobietę” (nie kryjąc do niej sympatii): „Ale najbardziej uderzającą nowością, jaka się pojawiła po 1966 roku, jest wkroczenie na scenę nowego rodzaju kobiety, bardziej jeszcze odbiegającej od amerykańskiej tradycji niż jej frywolna poprzedniczka z lat dwudziestych naszego wieku, niż ubrana w męski garnitur samotna kobieta sukcesu z lat trzydziestych, czy wreszcie słynna Rosie montująca bombowce w czasie drugiej wojny światowej249. Praktycznie jeszcze nieobecna w 1966 roku250, dziś nowa wyzwolona kobieta żyje w każdym kampusie college’u i w każdym większym mieście Stanów Zjednoczonych 1970 roku. [...] Ale ta nowa wyzwolona kobieta z 1970 roku różni się od dawnej »siekiery«251. Staran­ nie wykształcona, uprzywilejowana, jest często atrakcyjna i prawie zawsze młoda — w 1970 roku rzadko przekroczyła dwadzieścia pięć lat. Na do­ datek jest ideowa, emocjonalna, przy tym nie grubiańska i nade wszystko — wściekła. Mężczyźni nie mogą uwierzyć w jej istnienie, nawet kiedy ją widzą. W ich kategoriach jest czystą niemożliwością: piękna, czy w każdym razie potencjal­ nie piękna kobieta, która z całym rozmysłem odrzuca korzyści, jakie daje jej płeć. Nie walczy o wyzwolenie się od ograniczeń w zakresie seksu. W jej uprzywilejowanych kręgach załatwiły to już jej matka i często babka. Nie ma nic przeciw przedmałżeńskiemu seksowi i zazwyczaj już go praktykowała. Ale ją rozczarowuje: w najlepszym razie niewart jest zachodu („Czyż nie łatwiej masturbować się?”), w najgorszym razie staje się narzędziem wyzysku. Uważa za coś uwłaczającego udawanie orgazmu lub zgadzanie się na stosunek, kiedy nie ma się na to ochoty. Chce zreformować praktyki seksualne zgodnie z modnymi eksperymentami w tym zakresie odkrywającymi, iż orgazm jest u obu płci przeżyciem znacznie bardziej zbliżonym, niż nam się wydawało. Dlaczego — pyta — kobieta ma być »pod« mężczyzną, w pozycji uniemoż­ liwiającej prawie pobudzanie łechtaczki? Prawdę powiedziawszy prawie każda 249 Postać Rosie Riveter spopularyzowały plakaty i film z okresu wojny zachęcające kobiety do pracy produkcyjnej w potrzebie wojennej. 250 Była już wówczas obecna w środowisku młodej inteligencji bostońskiej, o czym pisała Edna G. Rostow w „Daedalusie” z 1964 roku. Zob. streszczenie na str. 95—96. 251 „Battleaxe", jak nazywano agresywne sufrażystki z końca XIX wieku.

154

DZIEJE FEMINIZMU

kobieta zastanawiała się nad tym, ale tylko nieliczne z pierwszego pokolenia wyzwolonych seksualnie kobiet miały odwagę o tym rozmawiać. Uwalnia się nie tyle od płci, ile od tego wszystkiego, co towarzyszy byciu dziewczyną—całe to cackanie się i przymilanie do niej, które wydaje się czasem szczególnie pociągające kobietom oziębłym. [...] Nade wszystko pragnie uwolnienia od tyranizującego wzorca dziewczyny. [...] Wyzwolone kobiety przede wszystkim odrzucają z gniewem przywileje otaczające ich płeć. Nie lubią, kiedy mężczyźni otwierają przed nimi drzwi, kiedy płacą rachunki czy zmieniają im koła w samochodzie i wiele z nich »utwardza« mięśnie i uczy się karate, aby móc się obronić przed napastnikami czy po prostu niepożądanymi amatorami. »Przyłóż jej! Jest równa tobie!« wołała wyzwolona kobieta do mężczyzny napadniętego przez inną wyzwoloną kobietę podczas demonstracji. Brzydki język to sposób, aby udowodnić, że się nie jest damą, toteż wyzwolone kobiety potrafią wyrzucać z siebie nie kończące się potoki czteroliterowych słów, które przyprawiają słuchających mężczyzn o dreszcz seksualnej emocji.”252 Dalej autorka dodaje jeszcze takie cechy szczególne nowych kobiet, jak to że nie stroją się „po babsku”, lecz noszą dżinsy, włosy proste jak czarownice, często pod opaską. Żadnego makijażu. Nie krępują ciała stanikiem. Małżeństwo akceptują wyłącznie pod warunkiem pełnego partnerstwa. A oto lista ich podstawowych poglądów: MIŁOŚĆ — nie mylić z miłością romantyczną, pozbawiającą kobiety tożsamości; ale czemu nie, płeć obojętna. DOM I RODZINA — dopuszczalne najrozmaitsze układy. DZIECI — mężczyźni i kobiety razem wychowują i razem za dzieci odpowiadają. ROZWÓD — po­ wszechnie dostępny, bez orzekania winy. ALIMENTY—uwłaczają kobiecie, toż to zapłata za usługi seksualne. ZATRUDNIENIE — wszystkie miejsca pracy jednakowo dostępne dla obu płci. TOWARY KONSUMPCYJNE — wyzwolić od otoczki płciowej, podobnie MASS MEDIA, wpędzające kobiety i dziewczyny w ich domowe role, i SZKOŁY. RÓŻNICE PŁCIOWE — dopóki nie udowodni się, że jest inaczej, uznawać za wytwór socjalizacji. ROLE PŁCIOWE w podziale pracy — to, że dotąd tak było, nie znaczy, że tak być musi. PSYCHOANA­ LIZA — okalecza kobiety, przymuszając je do przyjmowania roli niegodnej wolnej istoty ludzkiej. ZAZDROŚĆ O PENISA — to chłopcy przywiązują taką wagę do swoich narządów płciowych. Już raczej można by mówić o „zazdrości o łechtaczkę”, gdyż daje możliwość wielokrotnych orgazmów. FREUD — uznał wiktoriańskie małżeństwo za wieczny wzorzec. MARKS — wiedział, że ro­ dzina mieszczańska zniewala kobiety, czyniąc je prywatną własnością ich mężów253. „Nowe kobiety” stały się dla Amerykanów elementem codziennego krajobrazu, zdumiewającym na razie Europejczyków, u których feminizm z niejakim opóźnieniem stawiał pierwsze kroki, niekoniecznie we wszystkim naśladując zamorski wzorzec254. 252 C. Bird Born female, (I wys. 1968), New York 1970, s. 242—243. 253 Ibidem, s. 244—250.

NOWY RUCH KOBIET

155

Poprawiać świat czy budować nowy: feminizm równości i feminizm różnicy (1970—1980) Kobiety nie różnią się od mężczyzn! Wszyscy są jednakowo ludźmi! Pod takim hasłem wystąpił feminizm liberalny, a feminizm radykalny, jak się zdawało, szedł jego śladem. Niektóre wypowiedzi, i to prominentnych autorek, brzmiały co prawda jakby nie w tej tonacji, ale na szczycie fali kłębiło się od emocji i nie zawsze koherentnych propozycji, więc ów dysonans uchodził uwagi. Cały* 254 W RFN, gdzie istniały podobnie silne lewicowe grupy młodzieży studenckiej, prawie równie szybko pojawiły się, w 1968 roku, grupy feministycznych studentek o orientacji marksizującej. Rzecz ciekawa natomiast, iż — wedle świadectwa może największej brytyjskiej feministki, więc wiarygodnego — w Wielkiej Brytanii ruch feministyczny pojawił się z opóźnieniem i nigdy nie uzyskał tego stopnia autonomii w stosunku do marksizmu i partii oraz ruchów lewicowych, jak w USA. „Jesienią 1968 roku — wspomina Sheila Rowbotham — niejasne wieści na temat ruchu kobiet w Ameryce i Niemczech dotarły do Wielkiej Brytanii. Mieliśmy tylko mgliste wyobrażenie na temat tego, o co chodzi. Żadna ze znanych mi osób nie czytała wtedy jeszcze jakiegoś tekstu powstałego w grupie feministycznej. Wszystko, co nam było wiadomo, sprowadzało się do tego, iż kobiety potworzyły tam odrębne grupy i natrafiły na wielki opór wewnątrz Lewicy.” (Zob. S. Rowbotham The beginnings of Women’s Liberation in Britain, w: M. Wandor Body Politics, London 1972, s. 91). Ta sama autorka wspomina dalej, iż ogromne wrażenie sprawiła na nich przybyła z Niemiec aktywistka SDS Heike Sanders, której wystąpienie przyśpieszyło nieco ociężałe tworzenie się pierwszych, studenckich kół feministycznych. Do pierwszego wielkiego zebrania doszło w lutym 1970 roku w Ruskin College w Oksfordzie, gdzie zamiast oczekiwanej setki zgłosiło się aż 500 uczestniczek. Utworzono wówczas Krajowy Komitet Koordynacyjny, we wrześniu następnego roku przeorganizowany. Od połowy 1969 roku ukazywało się pisemko „Shrew” cieszące się pewnym powodzeniem. Jak autorka pisze o wydającej go w Londynie grupie, jej skład był pogodnie eklektyczny: „komunistki, obok nich maoistki, trockistki, syndykalistki, adwentystki, siostry zakonne, anarchistki, członkinie Labour Party itd., krótko mówiąc — feministki” (ibidem, s. 95). Jak widać, pojęcie eklektyzmu dotyczyło głównie rozmaitych odcieni ruchów marksistowskich i lewicowych. Taki też był przez wiele lat — iw swym głównym nurcie pozostał — feminizm brytyjski: bliski w teorii marksizmowi, na modłę socjalistyczną podkreślający, iż sprawa wyzwolenia kobiet jest tylko jednym z elementów powszechnego wyzwolenia. Główne żądania, wysuwane tutaj przez ruch, były cztery: równa płaca, lepsza edukacja, żłobki czynne przez całą dobę, swobodny dostęp do antykoncepcji i aborcja na żądanie (The Pour Demands, w: ibidem, s. 2, 97). „W przeciwieństwie do Ameryki — pisze S. Rowbotham — gdzie ruch w niektórych przypadkach skierował się bardzo do wewnątrz wskutek wyczerpującego rozwijania świadomości, w Anglii nieco przesadnie negatywnie reagując na taką reorientację nigdy nie zbudowałyśmy tak niezależnej siły, jak feminizm w USA.” Za to, podobnie jak w USA, mnożyły się próby swego rodzaju dywersji w szeregach feministek ze strony trockistek, a tutaj także maoistek, próbujących ruch podporządkować celom swoich partii. Powstał trockistowski Women’s Liberation Front. Z czasem obok studentek znalazło się w ruchu coraz więcej kobiet klasy średniej, w wieku od dwudziestu do trzydziestu kilku lat, gospodyń domowych i pracujących w zawodach urzędniczych. Do niektórych grup należeli mężczyźni. (S. Rowbotham The beginnings of Women’s Liberation in Britain, op. cit., s. 97). Jak wspomina ta sama autorka, kontakt z aktywistkami robotniczymi był utrudniony z powodu negatywnego stereotypu feministki, wykreowanego przez media („mężczyznożercze spalaczki staników”). Kiedy mała grupa komunistek podniosła sprawę przeobrażeń w rodzinie i seksualności w ,,Moming Star”, wywołało to wielkie zamieszanie w Partii Komunistycznej (ibidem, s. 99).

156

DZIEJE FEMINIZMU

nowy feminizm kojarzył się z opozycją przeciw mistyce — a zatem też mistyfikowaniu — kobiecości, więc czymś oczywistym wydawało się, iż każda feministka ma skłonność do minimalizowania znaczenia różnicy między płciami. Na tej właśnie podstawie feminizm liberalny domagał się zniesienia odmiennego traktowania kobiet i mężczyzn jako pozbawionego wszelkich podstaw i stanowiącego dyskryminację. Żądanie to wydawało się spójne z głoszoną antropologią. Przed zarzutem, iż dyskryminuje się kobiety, można było bronić się jedynie utrzymując, że różnice między płciami są głębokie i zasadnicze, a więc usprawiedliwiają „specjalne” traktowanie kobiet. I właśnie na takim stanowisku stali obrońcy tradycji, a zarazem zaciekli przeciwnicy feminizmu255. Cóż miałoby znaczyć owo feministyczne przekonanie, że kobiety nie różnią się od mężczyzn? Różnice fizjologiczne są dla wszystkich oczywiste. Musiało zatem chodzić o coś innego, o różnice nieanatomiczne. Ale czyż inne różnice — w sposobie zachowania, mówienia, myślenia, w upodobaniach i zaintereso­ waniach — także nie rzucają się w oczy? Do nich to właśnie odwoływali się zwolennicy tradycji. A zatem hasło głoszące „nieistnienie” tych różnic było zrozumiałym dla wszystkich skrótem myślowym: istniejące obecnie różnice nie są wieczne, nie są biologicznie wrodzone, są społecznie czy kulturowo nabyte. Można je zatem znieść poprzez zmianę warunków socjalizacji, poprzez zrównanie ich dla obu płci. I należy je znieść — jak pisała Alice S. Rossi256, gdyż tylko to zapewni kobietom prawdziwą równość, a demokracja stanie się demokracją dla wszystkich, nie tylko dla połowy społeczeństwa. Różnica w porównaniu z pierwszym ruchem kobiet sprzed stu lat (jego radykalniejszym nurtem) i obecnym miała polegać na tym, że wówczas chciano kobiety upodobnić do mężczyzn, a dziś chodzi o stworzenie androginii, w której rozmaite cechy „kobiece” i „męskie” znajdą się w swobodnych konfiguracjach u osobników obu płci lub zapanuje pewien uśredniony typ damsko-męski, rzecz sama w sobie na razie sporna257. 355 Obie strony nie zauważały na razie błędu w tym rozumowaniu. Nawet głęboka odmienność kobiet od mężczyzn nie usprawiedliwiałaby ograniczania ich praw w porównaniu z mężczyznami; co najwyżej mogłaby uzasadniać stosowanie odmiennych miar w ocenach. Chyba że kobietom odmawia się ludzkiej podmiotowości lub w każdym razie uważa się ją u nich za niepełną. 256 Zob. artykuł w „Daedalusie”, omówiony na str. 92—93. 257 Dwoistość w możliwym rozumieniu „androginizmu” wyartykułowała w 1975 roku Joyce Trebilcot, wprowadzając pojęcia „m-androginizmu” (czyli: monoandroginizmu) i „p-androginizmu” (czyli: poliandroginizmu). Pierwsze stanowisko zakłada jeden idealny wzorzec dla wszyst­ kich, łączący w sobie same dobre cechy kobiece i męskie, drugie przyjmuje całkowitą dowolność łączenia cech dotąd w ramach płci kulturowej rozdzielanych. W dyskusji nad wyborem jednego z tych dwóch programów autorka opowiada się za drugim jako pozostawiającym jednostkom wolność wyboru, choć uczciwie przytacza głosy na temat możliwych zagrożeń czających się w takiej swobodzie: brak określenia oczekiwań społecznych ma prowadzić zdaniem psycholożki feminis­ tycznej Bardwick do zgubnych skutków już u samych dotkniętych tym jednostek, zaś niewyeliminowanie agresji utrzyma niebezpieczeństwo wojen. W każdym razie androginizm jako program zakłada w obu wypadkach, że „nie istnieje powiązanie między płcią biologiczną a kulturową”. Zob. J. Trebilcot Twoforms of androginism, (I wyd. 1975), w: M. Vetterling-Braggin, F. A. Elliston, J. English (red.) Feminism and philosophy, (I wyd. 1977), Totowa, New Jersey 1981, s. 70—78). W późniejszym o 5 lat zbiorze feministycznofilozoficznym poświęconym specjalnie sprawie płci

NOWY RUCH KOBIET

157

Liczne wypowiedzi feministek radykalnych ujawniały to właśnie stanowi­ sko: różnice faktycznie dziś istnieją, ale — nie muszą istnieć. Autorki wielokrotnie podkreślały pełne człowieczeństwo kobiet, pomimo faktycznie występujących różnic, co świadczy też o tym, iż ową „kobiecość” kobiet, na razie je charakteryzującą, wartościowały negatywnie jako zespół cech po­ zwalający wątpić o pełnym człowieczeństwie płci żeńskiej. Szukały winnych tego stanu rzeczy, tych, którzy kobietom odbierają część ich człowieczeństwa czyniąc je „kobiecymi”. I odpowiedzialnością obarczyły już nie tylko anonimo­ wy proces socjalizacyjny, lecz konkretnie odpowiadających za sterowanie tym procesem mężczyzn. To oni, uciskając i wyzyskując kobiety (a nie tylko dyskryminując), tworzą atmosferę wymuszającą na kobietach ową „kobiecą” formę przystosowawczą, wykpiwaną, obrzydzaną chłopcom, a często za­ chwalaną dziewczętom i gloryfikowaną u kobiet. Dziewczęta wchodzą w świat mając za wzór swoje matki, które zresztą w trosce o przyszłość córek współpracują z mężczyznami w narzucaniu tego wzorca. I ciągłość zostaje zachowana. Hasło „wyzwolenia kobiet” można było, i większość tak je rozumiała, interpretować w duchu zniesienia wszelkich różnic wygenerowa­ nych kulturowo, określanych teraz jako płeć kulturowa (gen der), w odróżnieniu od płci czysto biologicznej (sex)258. Hasło „wyzwolenia kobiet” od początku ukrywało jednak u swych podstaw pewne pęknięcie, a może nawet sprzeczność teoretyczną, która ujawniała się wyraźnie już w zbiorach pierwszych tekstów radykalnofeministycznych, gdzie obok siebie, zespolone tym samym zawołaniem bojowym, znajdowały się treści w istocie niespójne w warstwie antropologicznej. W ferworze bitewnym autorki tego nie zauważały. Nadszedł czas sprzyjający ujawnieniu się tej różnicy. Dobrze bowiem służyła wyostrzeniu rozbieżności w ruchu, rodzących się na gruncie nowej sytuacji społecznej początku lat siedemdziesiątych. A może kobiety — zapytały niektóre feministki — jednak różnią się trwale od mężczyzn? Tyle że w inny sposób, niż to sugerują piewcy kobiecości rozumianej po seksistowsku, patriarchalnie? Może istnieje kobiecość autentyczna, którą patriarchalna pedagogika wypacza? I nie chodzi o to, aby negować jej istnienie, lecz aby umożliwić jej pełne, swobodne rozwinięcie się? Może „wyzwolenie kobiet” to coś więcej niż zniesienie ich dyskryminacji i jawnych form ucisku i wyzysku, może chodzi tu o wyzwolenie w kobietach prawdziwej kobiecości i stworzenie społecznych warunków, aby ta kobiecość, w postaci nie zdefor­ mowanej przez męskie wymagania, mogła się w pełni rozwinąć? Może chodzi kulturowej pojawiają się znacznie wnikliwsze zróżnicowania i zniuansowania, ale co do androginizmu ów zasadniczy podział na dwa stanowiska zostaje utrzymany. W obu wypadkach chodzi o to, „że powinniśmy znieść strukturę społeczną, w której role behawioralne są w szerokim zakresie rozdzielane odpowiednio do płci”, przy czym p-androginizm pozostawia pełną swobodę w wybo­ rze ról niezależnie od płci, gdy tymczasem m-androginizm nakazuje, by każdy miał udział we wszystkich podstawowych rodzajach ról, przede wszystkim i w domu prywatnym, i w pracy, a w pracy także i w funkcjach kierowniczych, i w funkcjach podporządkowanych. (Zob. M. Vetterling-Braggin (red.) ’Femininity’, ’masculinity’, and ’androgyny’. A modern philosophical discussion, Totowa, New Jersey 1982, s. 153—155, i cała część IV.B: Behavioral androgyny). 258 Zob. przypis 198 i 199.

15«

DZIEJE FEMINIZMU

o wyzwolenie kobiet do prawdziwej kobiecości? A nie do podejrzanego, obojnaczego człowieczeństwa, które już na odległość pachnie jednak męs­ kością?255 *259 Ku zdumieniu większości radykalnych feministek nastawionych raczej androginicznie i w pełni tak nastawionych liberalnych feministek, pogląd właśnie opisany wychynął nagle na powierzchnię i, co więcej, niebawem zdominował cały radykalny odłam. Feminizm walczący z fałszywym, syrenim śpiewem kapłanów mistyki kobiecości — cóż za paradoks! — przedzierzgnął się w ruch jeszcze gorętszego jej kultu, w sekty nieomal religijnie ubóstwiających kobiecość kapłanek, tyle że kobiecość odkłamaną, prawdziwą, teraz nareszcie objawioną. Historia zatoczyła koło? „Mistyka kobiecości”, dopiero co grun­ townie zdemaskowana i pokonana, i to w obronie kobiet, podźwignęła się tak szybko, że trudno było w to uwierzyć, i to wyniesiona wysiłkiem i entuzjazmem samych feministek. Jak do tego doszło? Bo jednak doszło. Feminizm pękł w sposób już teraz niedwuznaczny, a wczorajsze „siostry” zaczęły sobie dosłownie skakać do oczu. Otwarł się jawny front wewnętrzny, gdyż większość feministek liberal­ nych pozostała wierna pierwotnym założeniom androginicznym, a i spora część feministek radykalnych nie dała się przekonać do kultu tej nowej czy może na nowo objawionej Bogini, tkwiącej w każdej kobiecie. Ów great divide, wielki dział wodny, rozszczepił dotychczasowy prąd feminizmu na dwa równoległe, ale odrębne nurty, których łożyska będą odtąd trwale rozdzielone wysokim — coraz wyższym? — grzbietem. Podział z czasem zdominował ruch do tego stopnia, że przeciwne sobie orientacje zawierały sojusze z przeciwnikami feminizmu, byle postawić na swoim260. Sukcesy odniesione w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych zdjęły z feministek brzemię nakazu bezwzględnej solidarności, zresztą i dotąd traktowanego niezobowiązująco. Podczas gdy feminizm liberalny odnosił dalsze sukcesy, grupy radykalne rozpadały się jedna za drugą, tak iż do 1975 roku z dawnych grup pozostało już tylko kilka. Rozdzierały je wewnętrzne sprzeczności na tle thrashing (uciszania, odbierania głosu zbyt wyróżniającym się lub mającym po prostu coś więcej do powiedzenia niż inne), na tle kłótni między kobietami homoseksualnymi a resztą (gay-straight split), a także na tle 255 Część feministek zaczęła się obawiać, iż wskutek procesów androginicznego wyrównywa­ nia różnic kobiety okażą się w końcu tylko „męskimi klonami”, jak to ujmuje historyczka Flora Davis (F. Davis Moving the mountain. The Women’s Movement in America since i960, New York 1991, s. 146). Alice Echols podaje też inny powód tej nagłej „rehabilitacji kobiecej biologii”: chęć przyciągnięcia potocznie myślących kobiet, gdyż (sub)kulturowo-feministyczne pojęcie „kobieco­ ści” bardzo blisko nawiązuje jednak do potocznych przekonań. Liczono także na to, że kult kobiecości pogodzi skłócone ze sobą hetero- i homoseksualistki (A. Echols Daring to be bad. Radical Feminism in America 1967—1975, Minneapolis 1989, s. 244—245). 260 F. Davis przywołuje tu wypowiedź po latach dawnej aktywistki Nowojorskich Radykal­ nych Feministek, Ann Snitow, iż lata sześćdziesiąte, kiedy ów podział w feminizmie na krótko zanikł i cały prawie ruch przyjął równościowy punkt widzenia, były jedynie przemijającym epizodem. Opisywany „dział” dzielił bowiem od początku ruchy kobiece, w latach siedem­ dziesiątych ożywił się na nowo, a w osiemdziesiątych wielki i zadawniony spór rozgorzał z całą mocą. (F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 48.)

NOWY RUCH KOBIET

159

różnic klasowych, gdyż interesy i zainteresowania kobiet wykształconych i robotnic nie zawsze pokrywały się ze sobą261. Do tego doszły przyczyny zewnętrzne, a mianowicie infiltrowanie grup i przechwytywanie ich członkiń przez oddelegowane do tego aktywistki trockistowskiej YSA (Young Socialist Alliance — Sojusz Młodych Socjalistów), młodzieżowej formacji działającej od 1925 roku trockistowskiej Socialist Workers’ Party (SWP), Socjalistycznej Partii Robotniczej. Zamieniały dyskusje w nie kończące się gadulstwo, odstręczając wiele potencjalnych kandydatek i uniemożliwiając podejmowanie uchwał, równocześnie zaś odciągając część członkiń do własnych, konkurencyj­ nych organizacji. Na fali tego rodzaju działań jesienią 1970 roku udało im się w Bostonie doprowadzić do rozbicia i upadku grupy „Cela nr 16”, do niedawna bardzo aktywnej i autonomicznej, gdzie działała słynna Betsy Warrior. Korzystając z tego, iż za bardzo pochłonęły ją prace redakcyjne przy wy­ dawaniu pisma „No More Fun and Games” („Koniec z uciechą i igraszkami”), trockistki niepostrzeżenie przejęły większość członkiń jej grupy do nowego „Kobiecego Wyzwolenia” (Female Liberation), całkowicie podporządkowa­ nego sprawie „rewolucji socjalistycznej”, jak ją pojmowali trockiści262. Nie jest też do dziś jasne, na ile skuteczną i rozkładowo działającą okazała się wspomniana na końcu poprzedniego rozdziału infiltracja przez FBI. W każ­ dym razie wydane w połowie lat siedemdziesiątych udostępnione „Ms” i „Los Angeles Times” akta obejmowały 1400 stron. Susan Brownmiller sądzi co prawda, że jedna własnego chowu awanturnica przynosiła więcej szkód niż dziesiątka prowokatorek. Ale na wszelki wypadek niejedno zebranie zaczynały od powitania: „Siostry i agentki specjalne!”263

Sukcesy feminizmu liberalnego w latach 70. Kiedy grupy radykalne słabły i rozpadały się, na placu pozostawał odnoszący sukcesy feminizm liberalny. Osiągnięcia wpisywano słusznie na jego konto, choć — bez naporu radykalniejszych sióstr — pewnie nie miałyby miejsca. Działały obok siebie częściowo różniące się w poglądach, ale jednak zdolne do wspólnego lobbingu w najważniejszych sprawach: NOW, WEAL, League of Women Voters (Liga Kobiet Wyborców), AAUW (American Association of University Women—Amerykańskie Towarzystwo Kobiet na Uniwersytetach), inne liberalne kobiece grupy i organizacje. Rozwijały się studia kobiece, na razie przeważnie zorientowane liberalnie264. 261 Np. w Bostonie w 1973 r. pojawił się w grupie spór o to, czy nastawić się na organizację szkoły, prowadzącej kursy dla kobiet — co odpowiadało akademiczkom, czy też ośrodka opieki nad maltretowanymi żonami i zgwałconymi kobietami — co wydawało się ważniejsze robotnicom. W końcu zorganizowały jedno i drugie. Ale nie zawsze dochodziło do takiej ugody. (F. Davis Moving the mountain, op. cit.) 262 Ibidem, s. 138—139. 263 Ibidem, s. 140. 264 Ibidem, s. 148. Ale rychło wiele ośrodków, wraz z przejściem do rozważań metodolo­ gicznych, zostaje opanowanych przez nastawienie kulturowe i/lub marksistowskie, tak iż np. już

i6o

DZIEJE FEMINIZMU

Po uchwaleniu ERA26S nadchodziły kolejne sukcesy. W następnym roku powodzeniem zakończyła się wreszcie walka feministek, w tym wypadku solidarnie prowadzona przez obie orientacje i wszystkie pokolenia kobiet, w sprawie zniesienia zakazu aborcji. Pod koniec lat sześćdziesiątych w walkę o zniesienie zakazu aborcji szczególnie zaangażowała się grupa „Jane” z Chicagowskiej Unii Wyzwolenia Kobiet, a całością akcji, aż do zwycięskiego końca, kierowało NARAL (National Association for the Repeal of Abortion Laws — Narodowe Stowarzyszenie na rzecz Odwołania Praw Antyaborcyj­ nych). Feministki stały na stanowisku, iż dopóki kobiety same nie będą mogły w pełni kontrolować swej płodności, dopóty nie zdobędą równych szans z mężczyznami w życiu społecznym i nie będą w stanie rozwinąć wszystkich swych możliwości. Uważały aborcję za ostateczność, ale w każdym wypadku, ich zdaniem, dzieci powinno się rodzić tylko wówczas, jeśli ma się po temu odpowiednie warunki. Były zresztą zdania, iż płód nie jest jeszcze człowie­ kiem266. Tylko swoboda aborcji (plus oczywiście swobodny dostęp do bez­ piecznych środków antykoncepcyjnych) może sprawić, iż kobiety będą mogły, tak jak mężczyźni, brać pełny udział w życiu społecznym, zwłaszcza w pracy. Bo przecież gdyby nie ta właśnie różnica (rodzenie dzieci), kobiety i mężczyźni nie różniliby się już niczym szczególnie istotnym. 22 stycznia 1973 roku Sąd Najwyższy wydał w sprawach określanych kryptonimami Roe (z Teksasu) i Dow (z Georgii) wyroki uznające ustawodaw­ stwa w 46 stanach zakazujące aborcji za nielegalne267. Wywalczona w końcu zgoda nie była — jak chciały w większości feministki — równoznaczna z zezwoleniem na „aborcję na żądanie”, ale to, co osiągnięto, oznaczało de facto uwolnienie się od brzemienia nie chcianej ciąży. Do trzech miesięcy decyzja należała do kobiety, po upływie szóstego miesiąca potrzebna była zgoda władz państwowych, możliwa już tylko ze względu na ratowanie zdrowia kobiety. To zwycięstwo, przyjęte szczególnie triumfalistycznie, okazało się potem wyjąt­ kowo niebezpieczne dla ruchu feministycznego, gdyż stało się początkiem końca fali sukcesów. Zmobilizowało bowiem do walki przeciwko wprowadzo­ nej swobodzie aborcji, a potem także przeciw wielu innym zdobyczom nurtu liberalnego, znaczące konserwatywne siły społeczne, bynajmniej nie złożone w roku 1973 na konferencji studiów kobiecych zachodniego wybrzeża doszło do sporu i pęknięcia na „marksistki” i „matriarchalistki” czyli „feministki socjalistyczne” i „feministki kulturowe” {socialist feminists i cultural feminists'), o liberalnych w ogóle tutaj się nie mówi — zob. M. J. Boxer For and about women. The theory and practice of women's studies in the United States, w: N. O. Keohane, M. Z. Rosaldo, B. C. Gelpi Feminist theory. A critique of ideology, Brighton 1982, s. 238. 265 Zob. koniec poprzedniego rozdziału, str. 150. 266 Dość często występowało rozumowanie, które feministka filozof rekonstruuje następująco: „Płód nie jest osobą, lecz jedynie częścią ciała kobiety. Każdy ma prawo robić ze swym ciałem, co chce. Ergo, masz prawo poddać się aborcji”. To — jak autorka je nazywa — „liberalne’ stanowisko przeciwstawia rozumowaniu „konserwatywnemu”: „Płód jest istotą ludzką. Wszystkie ludzkie istoty mają prawo do życia. Jest złem zabijać człowieka, który ma prawo do życia. Ergo, aborcja jest złem.” Zob. J. English Abortion, w: M. Vetterling-Braggin, F.A. Elliston, J. English (red.) Feminism and philosophy, op. cit., s. 378—379. 267 G. G. Yates What women want. The ideas of the Movement, Cambridge, Massachusetts 1975, s. 1.

NOWY RUCH KOBIET

l6l

z samych mężczyzn, lecz także z wielu kobiet (jak się okaże, nawet części feministek!). A przede wszystkim ujawniło z całą mocą, iż feminizm nie jest i pewnie nigdy nie będzie głosem wszystkich kobiet, wbrew buńczucznym oświadczeniom i pewnie przekonaniu samych feministek. Kobiety okazały się podzielone, i to bardzo głęboko, a linia podziału nie biegła między feministkami i niefeministkami, lecz między zwolenniczkami zniesienia różnic społecznych między płciami a zwolenniczkami ich utrzymania, a może nawet pogłębienia, choć niekoniecznie w dotychczasowej postaci. Za zupełnie tradycyjnym funkcjonowaniem kobiety jako rodzicielki i wy­ chowawczyni dzieci opowiadała się organizacja Right-to-Life, Prawo do Życia, (oparta na środowiskach katolickich), ale generalną postawę pro life (za życiem) — w opozycji do postawy pro choice (za wyborem) — reprezentowało wiele kobiet i mężczyzn już lub dopiero teraz nastawiających się w ogóle antyfeministycznie. Na dodatek po tej samej stronie opowiedziała się także część radykalnych feministek nowej kulturowej orientacji. Naprzeciw siebie, po obu stronach podziału za wyborem — za życiem stanęły dwa światopoglądy i dwie koncepcje kobiety: koncepcja nieistotności różnic płci i koncepcja trwałości i głębi tych różnic, koncepcja znoszenia specyficznych, odrębnych ról kobiet i koncepcja utrzymania odrębnych ról kobiet. Prawicowe aktywistki za życiem obawiały się, iż swoboda aborcji (i ogólnie dostępne środki antykoncepcyjne) do reszty uwolnią mężczyzn od poczucia odpowiedzialności za żonę i dzieci i ostatecznie podważą instytucję tradycyjnej rodziny268. Kolejny sukces odniosły feministki liberalne w następnym, 1974 roku, kiedy powodzeniem zakończyła się walka o zrównanie z mężczyznami w do­ stępie do kredytu. Był to problem ciągnący się od lat. Mimo rozwoju feminizmu i walki z dyskryminacją, jeszcze badania z 1972 roku wykazywały, iż banki po prostu nie chcą kobietom udzielać kredytów. Tłumaczyły to tym, że kobiety w każdej chwili mogą przerwać pracę, czy to po zamążpójściu, czy po urodzeniu dzieci, są zatem niewiarygodne. Jak to ujmuje F. Davis, kredyto­ dawcy „nie przestawali traktować wszystkich kobiet, jakby były chodzącymi macicami, stale w ciąży lub właśnie mającymi zajść w ciążę”269, mimo że z początkiem lat 70. 42% mężatek pracowało. Jeśli zdarzyło się jednak, że kobieta miała już kredyt, konto w banku itp., to po zamążpójściu banki przepisywały je automatycznie na męża; po ewentualnym rozwodzie kobieta ich już nie odzyskiwała. Teraz od kilku lat nareszcie skłonny do ustępstw 268 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 157—184. Łatwo się domyślać, iż za tym podziałem stały kobiety o odmiennych doświadczeniach i projektach życiowych. Walka, która teraz rozgorzała i która przyniosła w 1982, już za rządów konserwatywnych, sukces prawicy w postaci odrzucenia ERA, trwa po dziś dzień, i to w całym zachodnim świecie, do którego dołączyła i Polska. Wszędzie chodzi o to samo: z jednej strony o zachowanie restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych lub ich wprowadzenie, tam gdzie ich nie ma, z drugiej strony o wprowadzenie lub utrzymanie swobody aborcji. Wydaje się zatem, iż pogląd liberalnofeministyczny, iż zdolność kobiet do płodzenia dzieci odgrywa rolę kluczową przy utrzymywaniu tradycyjnego rozdziału ról między płciami, znajduje tu pełne potwierdzenie: zwolenniczki odmiennego funkcjonowania płci w społe­ czeństwie z reguły robią wszystko, aby utrudniać znoszenie skutków tej właśnie różnicy między płciami. 269 Ibidem, s. 149. 6 — Feminizm

162

DZIEJE FEMINIZMU

parlament uchwalił odpowiednią ustawę nakazującą jednakowe traktowanie klientów obu płci przy udzielaniu im kredytu przez banki. Zinstytucjonalizowana działalność różnych organizacji liberalnofeministycznych budziła zatem zaufanie co do ich potencjału reformatorskiego i interwencyjnego na przyszłość, zwłaszcza że prowadziły ją teraz feministki już sprofesjonalizowane, piastujące urzędy i posiadające etaty w centrach władzy, w skupionych tam, a sponsorowanych przez rząd i fundacje biurach i in­ stytutach. Feminizm stał się dla niektórych aktywistek zawodem270. Mniej skuteczne w warunkach amerykańskich okazały się działania na rzecz wprowa­ dzenia kobiet do instytucji bezpośrednio dzierżących władzę, ale i tu od­ notowano pewne sukcesy. Zresztą nawet nieudane akcje wyborcze przełamy­ wały psychiczną barierę dotychczasowego przekonania, iż polityka w ogóle nie jest polem działania dla kobiet. Sukcesem, i to szczególnie szokującym opinię publiczną, zakończyła się w 1972 roku walka o miejsce w Kongresie, podjęta przez Elizabeth Holtzman przeciwko Emanuelowi Cellerowi, który zasiadał tam niezmiennie przez prawie pół wieku i czuł się tam tak pewnie, iż mógł sobie pozwalać na owe cytowane wcześniej dowcipy o kobietach271. W tymże roku nie udało się Shirley Chisholm w starciu z McGovernem zostać demokratyczną kandydatką na prezydenta, ale samo jej ubieganie się o tę funkcję przełamało pewne tabu. Wszystko to budziło nadzieje i apetyty na dalszą przyszłość, gdyż nadal daleko było jeszcze do uzyskania naturalnego, jakby się zdawało, parytetu 1:1 obu płci we władzach. Lata osiemdziesiąte przynieść miały jednak rozczarowanie, gdyż powrót konserwatystów do władzy nie wróżył nic dobrego. Przy amerykańskiej mentalności liberalistycznej nie przyjmowały się — inaczej niż w niektórych państwach Europy — żadne pomysły z „kwotami” i „akcją afirmatywną”, gdyż oznaczałoby to wprowadze­ nie dyskryminacji w odwrotnym kierunku (ta druga w Europie nosi zresztą miano „dyskryminacji pozytywnej”), a poza tym — jak pisze F. Davis — Amerykanie uporczywie sądzą, iż kobiety są mało przydatne w polityce, a już w każdym razie jakoby „źle się wybierają”272. Tak więc mimo pozytywnego zwrotu, jeśli chodzi o obecność kobiet w instytucjach lobbystycznych i tworzą­ cych środowisko otaczające władzę, nie wzrastał ich udział w samych władzach. Przy wszystkich staraniach udział kobiet w Kongresie amerykańskim oscyluje po dziś dzień wokół 5%.273 Kolejnym ważnym polem działania były intensywne naciski na przeobraże­ nia w sferze edukacji. Teren był trudny i postępy zrazu nie tak widoczne. Rzecz w tym, iż udowodnienie stosowania praktyk dyskryminacyjnych nie zawsze tu bywa łatwe. Pewna segregacja płciowa w zakresie obieranych specjalności bywa efektem swobodnego wyboru samej młodzieży i dopiero likwidacja panujących 270 Ibidem, s. 152. 271 Zob. poprzedni rozdział, str. 150, przyp. 243 i 244. 272 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 196. 273 Co prawda wedle F. Davis, z której zaczerpnęliśmy gros powyższych danych, problem z udziałem kobiet we władzy na początku lat dziewięćdziesiątych w USA dotyczył już w mniemaniu feministek czegoś innego. Nie tyle ważny był ich procentowy udział, ile to, aby znalazłszy się w parlamencie nie zatraciły kobiecych wartości. Zob. ibidem, s. 185—204.

NOWY RUCH KOBIET

I63

w tym zakresie stereotypów mogłaby ujawnić istnienie pewnych barier niewidocznych dla niewyrobionego oka. W 1972 roku uchwalono ustawę zakazującą dyskryminacji płciowej w programach i działaniach edukacyjnych, ale tylko tych, które były subsydiowane federalnie. Szczególnie dużo emocji wywołała łatwiej uchwytna segregacja płciowa w wychowaniu fizycznym i w sporcie. Obok wymuszania pewnych zmian w treściach nauczanych przedmiotów udawało się w szybkim tempie wprowadzać w college’ach specjalne, nowe kursy, których przedmiotem była kobieta ujmowana w najroz­ maitszych aspektach: biologiczno-medycznym, antropologicznym, socjolo­ gicznym, historycznym, psychologicznym itd. Od razu upowszechniła się nazwa women's studies {studia kobiece'), wszędzie odtąd stosowana. Według Davis, o ile w 1969 roku college’e amerykańskie oferowały 17 takich kursów, to w następnym roku już 100, a trzy lata później (1973) — aż 2000. Czasem zgodę władz uczelni trzeba było wymuszać strajkami okupacyjnymi. Od 1974 roku pomagały w tym działania założonej w Waszyngtonie NCWGE {National Coalition for Women and Girls in Education — Narodowej Koalicji na rzecz Kobiet i Dziewcząt w Edukacji). Równolegle dokonywały się przemiany na uniwersytetach, po części w powiązaniu ze szkolnictwem średnim i kolegialnym. Tu pod tą samą nazwą studia kobiece trwała inwazja kobiet na stolce akademickie. Nie bez wielu trudności i stosowania w związku z tym rozmaitych nacisków organizowano w uczelniach ośrodki studiów kobiecych, które prowadziły działalność badawczą na zupełnie nieraz dotąd dziewiczych obszarach wiedzy o kobietach i o roli kobiet: w zakresie teorii społecznej, psychologii, historii, krytyki literackiej itd. Równolegle kształciły ewentualnych przyszłych pedagogów w tym zakresie. Wreszcie budowały dla działających już od początku nauczycieli (przeważnie nauczycielek) w college’ach coś w rodzaju niezbędnego „naukowego rusztowa­ nia” (jak to określa F. Davis). W latach osiemdziesiątych dojdzie do tego prowadzenie stałych kursów dokształcających dla nauczycieli szkół średnich, którzy następnie mieli już we własnych środowiskach spełniać rolę multiplikatorów (w Wesley College, znanym z wielu inicjatyw na polu studiów kobiecych)2™. Środowisko akademickie studiów kobiecych stopniowo umacnia się, kumu­ lując coraz pokaźniejszy i wartościowszy dorobek naukowy. Przybywa książek, przeważnie w postaci zbiorów artykułów, ale pojawiają się pozycje samodziel­ ne. Niektóre prezentują sobą styl i poziom bardzo hermetyczny, mając adresata wyłącznie w kręgach akademickich, ale zdarzają się i takie, które znajdują szersze kręgi czytelników. Szerzy się pisarstwo popularyzujące te wyniki poprzez włączanie ich do publikacji o przesłaniu ideologicznym, adresowanych do szeregowego odbiorcy. Środowisko naukowe przyzwyczaja się z trudem do odbiegającego od obyczaju akademickiego, emocjonalnego zabarwienia pub­ likacji naukowych i początkowo na tej podstawie tradycjonaliści próbują podważać ich wartość poznawczą. Z czasem jednak coraz bardziej uznaje się za oczywiste, iż niezależnie od emocjonalnych wtrętów badania feminologiczne* 274 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 220.

164

DZIEJE FEMINIZMU

przynoszą nowe, może doniosłe odkrycia i wypełniają białe plamy, dotąd często nawet nie zauważane. Pod tym wpływem wielu tradycyjnie nastawionych uczonych także sięga do badań nad problematyką płci, wskutek czego rozwija się dyskusja, co prawda rzadko li tylko akademicka. W 1977 roku powstaje NWSA (National Women's Studies Association — Krajowe Stowarzyszenie Studiów Kobiecych), które odtąd odgrywa zasadniczą rolę w dalszym rozwoju ośrodków tych badań275. Początkowe odkrycia kobiet naukowców, które pod wpływem feminizmu zaczynają stawiać nowe pytania w obszarach już uprzednio przez siebie penetrowanych, budzą czasem zdumienie ich samych i środowiska. F. Davis przytacza kilka przykładów takiej sytuacji. Oto np. Joan Kelly, która w 1971 roku była już uznaną specjalistką od renesansu, zagadnięta o sytuację i rolę kobiet w tej epoce odkrywa ze zdziwieniem, iż renesans był dla kobiet epoką nieżyczliwą i że z tego punktu widzenia raczej średniowiecze uznać wypada za bardziej przyjazne. Catharine R. Stimpson po namyśle nad całokształtem dotychczasowej wiedzy naukowej dochodzi do wniosku, iż trudno będzie w ramach nauki (w jej dotychczasowym rozumieniu), przy użyciu jej aparatury i metod prowadzić badania nad kobietą — tak bardzo jest to wiedza zbudowana na fundamencie męskich standardów i stereotypów; potrzebna jest zatem najprzód dekonstrukcja tej wiedzy i jej metodologii276. Najgłośniejszym echem, które odezwało się daleko poza murami uczelni już na początku lat osiem­ dziesiątych, odbiły się odkrycia psychologa Carol Gilligan, która ku własnemu zaskoczeniu wykryła, iż w głośnych badaniach Kohlberga, fundujących psychologię kognitywną, oparto się na skali zbudowanej według mentalności chłopców. Wobec tego znacznie słabsze wyniki u dziewcząt tłumaczyły się nie niższymi możliwościami rozwojowymi dziewcząt, lecz ich odmiennością. Na skali zbudowanej odpowiednio do żeńskiego typu osobowościowego dziew­ częta wykazywały podobne zróżnicowanie, jak i chłopcy277. Szczególnie istotne okazało się skierowanie uwagi, także pełniej dopiero w latach osiemdziesiątych, na zjawiska wielokulturowości, które w ramach feminizmu skłoniły badaczki do specjalnego zajęcia się tematyką kobiet kolorowych278. Wybiegając w przy­ szłość, wypada też stwierdzić, iż to z tych samych feminologicznych środowisk wypłynął z początkiem lat dziewięćdziesiątych na forum publiczne i uzyskał ogromną popularność problem politycznej poprawności (political correctness}. Hasło to początkowo odnosiło się właśnie do tematyki tych studiów, która — zdaniem jego promotorów — za bardzo skoncentrowana była na kanonie treściowym euroamerykańskich białych279. Zaczęło jednak żyć własnym,

275 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 223. 276 C. R. Stimpson, N. K. Cobb Women’s Studies in the US, New York 1986, s. 32. 277 C. Gilligan In a different voice. Psychological theory and women’s development, Cambridge, Massachusetts 1982. 278 Na przykład w 1994 roku na uniwersytecie w San Marcos w Teksasie studia kobiece by­ ły całkowicie zdominowane przez problematykę chicanos, Amerykanek meksykańskiego pocho­ dzenia. 278 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 224—225.

NOWY RUCH KOBIET

165

politycznym życiem i być może nadmiernie utrudnia obecnie swobodę wypowiedzi. Kierując się zasadą, iż „kobieta ma prawo do decydowania o tym, co dzieje się z jej ciałem”280, rozwinięto szeroką ofensywę w zakresie służby zdrowia. Od początku, jak wspominaliśmy wcześniej, tworzyło się wiele feministycznych ośrodków doradztwa i opieki zdrowotnej dla kobiet. Przypuszczono atak na powszechnie występujące u lekarzy seksistowskie stereotypy, poddano krytyce fakt zmaskulinizowania tego zawodu, uznano za zupełnie niewłaściwe pozo­ stawianie kontroli nad rozrodczością kobiet w rękach lekarzy mężczyzn. Specjalną uwagę skierowano na częstą u kobiet lekomanię, doszukując się jej przyczyn w nieprzyjaznym dla kobiety środowisku społecznym, ale także w pewnych postawach lekarzy. Zwrócono uwagę na szkodliwość niektórych środków antykoncepcyjnych, a także na nie zawsze konieczne stosowanie operacji typu cesarskie cięcie lub mastektomia, które jednak przynoszą lekarzom wysokie dochody. Poddano analizie praktyki sterylizacji podej­ rzewając, iż bywają w tym zakresie nadużycia. F. Davis, na której relacji głównie się tutaj opieram, stwierdza, iż działania te przyniosły z czasem całkiem wymierne przemiany, także, co ważne, w postawach samych lekarzy. Zwłaszcza młodsi okazali się podatni na te perswazje i presje. Np. wielu lekarzy tłumaczy dziś pacjentowi jego sytuację, pozostawiając samemu choremu decyzję o wybo­ rze sposobu leczenia, co m.in. było jednym z postulatów feminizmu (upo­ dmiotowienie pacjenta). W związku z tym, iż ciało kobiet budzi u wielu lekarzy fundamentalne lęki, zaproponowano im, co zostało w jakiejś liczbie przy­ padków zaakceptowane, aby pierwsze badania młodzi lekarze przeprowa­ dzali nie na uśpionej pacjentce, lecz na aktywistce feministycznej, która w samotności wyjaśni im, jak to robić, aby nie wprowadzać kobiety i siebie w zakłopotanie281. Nie trzeba już dodawać, że znacznie wzrosła wśród lekarzy liczba kobiet, co generalnie zmieniło nastrój panujący w tym środowisku i jego nastawienie. Mniej jednoznacznie wypada ocena skutków udanych kampanii feminis­ tycznych w odniesieniu do rodziny. Sam temat dzielił i dzieli feministki. Wczesna orientacja radykalna była nader krytyczna w odniesieniu do tradycyj­ nej rodziny, choć większość feministek nie posuwała się aż tak daleko jak Shulamith Firestone. Modny był początkowo model rodziny absolutnie partnerskiej, równo dzielącej między obu małżonków wszelkie obowiązki domowe. Feministki liberalne propagowały zmodyfikowany model tradycyj­ ny, w którym kobieta obok funkcji domowych pracuje zawodowo. Betty Friedan zapewniała, iż dobra organizacja pracy w domu oraz rozsądne wykorzystanie techniki gospodarstwa domowego umożliwi kobiecie zasadniczą redukcję czasu potrzebnego na prowadzenie domu, zaś co do opieki nad dziećmi, konieczne jest rozbudowanie sieci powszechnie dostępnych ośrodków dziennej opieki (w czym w owym czasie schodziły się drogi obu feminizmów). Potem pojawiła się także i tu idea, iż mąż powinien w jakimś stopniu 280 Ibidem, s. 229. 281 Ibidem, s. 257.

i66

DZIEJE FEMINIZMU

„pomagać” w domu, a zwłaszcza brać czynny udział w wychowywaniu dzieci, co jest szczególnie ważne dla nich samych. Nie przyniosło to jednak większego efektu, toteż pracujące matki okazały się w rezultacie przytłoczone tzw. podwójnym obciążeniem. To sprawiło, iż z początkiem lat osiemdziesiątych kontratakująca Nowa Prawica obciążyła feministki odpowiedzialnością za wszelkie niedomagania amerykańskiej rodziny. Lekarstwem miało być, rzecz jasna, zawrócenie kobiet z obranej drogi i nakłonienie do powrotu w zacisze domowe. Niechętne feminizmowi środowiska stawiały mu też zarzut, iż zgubny wpływ na rodzinę wywiera szerzący się w kręgach radykalnych lesbizm. Także część feministek uważała i do dziś uważa opcję lesbijską we własnych szeregach za rodzaj garbu, a lesbijki rewanżują im się oskarżeniem o kolaborowanie z wrogami, czyli mężczyznami, którzy nie tylko są z reguły seksistami, ale także „heteroseksistami”. Zdaniem lesbijek, a zapewne i części innych feministek, narzucanie kobietom przekonania, iż jedyny „normalny” seks to seks z męż­ czyzną — co właśnie określają mianem „heteroseksizmu” — jest tylko kolejnym narzędziem w utrzymywaniu kobiet w poddaństwie. Heteroseksizm to jedna z twarzy seksizmu282283 . Wprawdzie wiele feministek nie dało się w tej sprawie przekonać i jak zobaczymy w następnym rozdziale, doprowadziło to do prawdziwej wojny w obozie feminizmu w latach osiemdziesiątych, to jednak w oczach kobiet i mężczyzn o nastawieniu tradycyjnym feminizm w każdym wypadku, i dlatego, że był za równością wobec prawa, i dlatego, że był za równo­ uprawnieniem mniejszości seksualnych (nie mówiąc już o kulcie lesbizmu), i dlatego wreszcie, że wywalczył swobodę aborcji, okazywał szkodliwy wpływ na trwałość rodziny i należało go z tego tytułu zwalczać. Na wielką skalę zostanie to wprowadzone w czyn już po zwycięstwie konserwatystów w la­ tach 80.

Feminizm radykalny zmienia oblicze W zestawieniu z sukcesami feminizmu liberalnego hasła feministek radykal­ nych zaczęły wydawać się nieskuteczne i utopijne. Były atrakcyjne na fali naiwnego optymizmu rewolucyjnego młodzieży lat sześćdziesiątych. Wierzono wówczas — co jako właściwy program radykalny głosiły jeszcze w 1975 roku Czerwone Pończochy w swoim manifeście Rewolucjafeministyczna, ale nikt już 282 Same jednak okazały się szermierkami „homoseksizmu”, równie zniewalającej seksistowskiej ideologii, tyle że prokobiecej. W sprawie walki z „heteroseksizmem” zob. niżej streszczenie artykułu A. Rich — str. 172. 283 Sfrustrowana opanowaniem ruchu radykalnego przez separatystki grupa radykalnych feministek z Nowego Jorku próbowała ratować sytuację opublikowaniem manifestu Feminist Revolution, w którym zarzucają separatystkom uzurpację nazwy i tradycji ruchu, uwiedzenie większej części jego działaczek i zepchnięcie ich w ramiona kobiecej subkultury. Deklarują niezmiennie androginizm, przekonanie o historycznym charakterze płci psychicznej i kulturowej i jej możliwej przyszłej dekonstrukcji oraz podtrzymują radykalizm programowy: konieczność

NOWY RUCH KOBIET

167

nie chciał słuchać ich wezwań283 — w możliwość zorganizowania szerokiego społecznego ruchu rewolucyjnego, który dokona antyseksistowskiego prze­ wrotu w całym społeczeństwie, wyzwalając kobiety i mężczyzn od seksizmu. Teraz jednak, kiedy „reformizm” okazywał się skuteczny, a „rewolucjonizm” tylko zabawny, nastroje się zmieniały. Wiele kobiet zbliżonych do feminizmu uznało, podobnie jak w 1920 roku, że to co najważniejsze zostało już osiągnięte. A jeśli są jeszcze sprawy do załatwienia, to dbają o to zinstytucjonalizowane i dobrze sobie radzące w środowisku politycznym grupy i organizacje liberalnofeministyczne. Można spać spokojnie. Albo właśnie działać w tych grupach. Jednym słowem, wystąpiło zmęczenie społeczne i spadek poparcia dla feminizmu radykalnego w dotychczasowej jego postaci. Utracił też zaintereso­ wanie mediów. Feminizmowi radykalnemu groziło zejście na margines życia społecznego. Jako zagrożenie własnej podstawy bytowej musiały to odczuć niektóre jego przywódczynie i aktywistki, które tymczasem uczyniły z tej aktywności swój sposób na życie. Wiara w możliwość i potrzebę rewolucji zwątlała; rewolucji w sensie klasycznym: jako przewrotu politycznego, przeobrażającego całe do­ tychczasowe społeczeństwo284. Czy jednak nie było racji — pytały — w twier­ dzeniu, iż poprawiając, a nie przeobrażając istniejący ustrój jedynie się go umacnia? Że „reformistyczne” działania dają kobietom pewne korzyści, ale tylko w ramach niezmiennie patriarchalnego systemu, w którym kobiety pozostają nadal uciskane i wyzyskiwane? Że prawdziwe wyzwolenie kobiet wymaga totalnej transformacji społeczeństwa? W patriarchacie pewne korzyści uzyskuje się co najwyżej za cenę upodabniania się do mężczyzn i ich męskimi metodami. Nie tędy droga. Pozostałe jeszcze na placu radykalne feministki, trwając wiernie przy swym radykalizmie, powiadają: Rewolucja, nadal tylko rewo­ lucja może wyzwolić kobiety. Bo kobiety potrzebują wyzwolenia, a nie równości z mężczyznami, której zresztą bez wyzwolenia i tak nigdy nie osiągną. Rewolucja to jedyna droga, ale rewolucja przeprowadzona w innej kolejności. Zacząć trzeba — od świata wartości, od rewolucji w świecie kultury, od rewolucji kulturalnej. I — po drugie — tę rewolucję trzeba najprzód przeprowadzić w samej sobie! Kobiety mogą — na razie: jedynie — wyzwolić się same w sobie, może potem przyjdzie pora na zrewolucjonizowanie reszty świata. W najgorszym razie, jeśli świat mężczyzn okaże się nie do pokonania, rewolucja kulturalna da kobietom przynajmniej wyzwolenie wewnętrzne, poprzez inny styl życia i kultywowanie innych wartości. Poprzez stworzenie własnego, alternatywnego, kobiecego świata. przeprowadzenia rewolucji od samych podstaw, poczynając od sfery osobistych kontaktów z mężczyznami. Z ubolewaniem konstatują, iż większość grup poszerzania świadomości stała się miejscem terapii, siostrzeństwo służy jedynie umacnianiu poczucia wspólnoty —a przecież miało prowadzić do walki! One pojmowały „radykalizm” ruchu praktycznie, jako rewolucyjne akcje. Ibidem, s. 120. 384 Czy one same jednak kiedykolwiek naprawdę w to wierzyły? Czy nie była to zawsze tylko podstawa do dobrej zabawy? wytworzenia poczucia więzi? uprawomocnienia swej odmienności od świata „dorosłych”? Przynajmniej u części działaczek zapewne tak było.

i68

DZIEJE FEMINIZMU

Często podkreśla się, za głosem samych wcześniejszych feministek radykal­ nych o nastawieniu androginicznym, że feminizm, który później przypisuje sobie miano radykalnego, jest uzurpatorem, gdyż w kwestii zasadniczej odszedł od swych początków. Zamiast programu metamorfozy płciowej (the transfor­ mation of gender} zaczęto głosić program utrzymania i kultywowania kobiecości (preservation and celebration offemaleness}2*5. Otóż zarzut ten wydaje się tylko częściowo słuszny. Istotnie, nastąpiło tu przejście od androginizmu do zupełnie przeciwstawnej mu pozycji antropologicznej i aksjologicznej. Pozo­ stał jednak bardzo zasadniczy rys wspólny, łączący pierwotny i późniejszy feminizm radykalny: totalna odmowa akceptacji istniejącej rzeczywistości sprzężona z przekonaniem, iż tylko rewolucyjne przeobrażenie przynieść może kobietom prawdziwe wyzwolenie. Pozostał też wspólny pogląd na źródło niemocy reformizmu: na drodze ustępstw i reform nie tylko nie usunie się dominacji mężczyzn, ale jeszcze się ją umocni. Obwinianie mężczyzn za istniejący stan rzeczy i odrzucenie wszelkiego reformizmu to rysy trwale towarzyszące feministycznemu radykalizmowi. A przyjmowana teraz ant­ ropologia, głosząca trwałość różnicy między płciami, przystaje może nawet lepiej do głoszonego radykalizmu niż jej androginiczna poprzedniczka. Zanik wiary w możliwość zorganizowania w najbliższym czasie — lub może kiedykolwiek?—politycznej rewolucji antypatriarchalnej wydaje się natomiast nader racjonalną reakcją na dotychczasowe doświadczenia. Zabiegi rozwijania świadomości feministycznej u kobiet okazały się wprawdzie skuteczne, ale część z nich popchnęły ku feminizmowi liberalnemu, za którym opowiedziały się w nadziei, iż najwięcej można uzyskać korygując istniejący system prawny i niosąc pomoc konkretnie poszkodowanym kobietom. Wówczas i mężczyźni wykazują pewną ustępliwość. Wyciąganie z tego wniosku, iż to właściwa droga, jest oczywiście błędem — rozumowały obecnie feministki radykalne — ale trudno dziwić się tym na poły tylko rozbudzonym kobietom. Trzeba zatem kontynuować pracę nad ich świadomością, aby od świadomości liberalno- czy socjalfeministycznej przeszły do radykalnego rozumienia świata. O rewolucji ogólnospołecznej trzeba pamiętać jako o dalszym celu. Obecnie trzeba przeprowadzić rewolucję najprzód w sobie, we własnym myśleniu, we własnym sposobie życia. A jak to robić? Już nie przez samo dyskutowanie, czytanie, nauczanie, choć i te formy działania nie tracą aktualności. Ponieważ wiele feministycznie rozbudzonych kobiet chętnie podejmuje konkretną pracę niesienia pomocy innym kobietom, tym, które osobiście ucierpiały od mężczyzn, należy wła­ śnie tam włączyć się i wykorzystać doświadczenia takiej pomocy do dal­ szego „poszerzania” świadomości wszystkich zaangażowanych. Muszą zoba­ czyć, iż los kobiet, którym przynosi się pomoc, nie jest pożałowania god­ nym przypadkiem, nie jest też skutkiem jakiejś niesprawności istniejącego systemu, której trzeba doraźnie zaradzać, lecz jest formą ujawniania się sytuacji wszystkich kobiet, ich powszechnego zniewolenia w świecie zdominowanym przez mężczyzn, przez męskie wartości. To od władztwa tych męskich war285 Jak to ujmuje Alice Echols (A. Echols Daring to be bad, op. cit., s. 287).

NOWY RUCH KOBIET

169

tości trzeba wyzwolić umysły kobiet, wprowadzając w ich miejsce zrozumie­ nie i kult wartości kobiecych. I to właśnie będzie feministyczna rewolucja kulturalna. Tą zapewne logiką pokierowały się aktywistki tego skrzydła feminizmu radykalnego, które nie rozpadło się po pierwszych sukcesach feminizmu liberalnego i nadal widziało racje przemawiające za prowadzeniem odrębnych form działalności. Ich poglądy antropologiczne zaczęto teraz określać mianem „esencjalizmu”. Były przekonane o istnieniu jakiejś trwałej fundamentalnej „esencji” kobiecości, która w swoich przejawach konkretnohistorycznych prezentowała się dotąd zawsze w zdeformowanych postaciach, ale która jako taka jest czymś trwałym. Mówiono o istnieniu jakiegoś „pierwiastka kobiece­ go” (feminine principle) w życiu społecznym. Głosicielki tego poglądu jaskrawo odróżniały się od innych, często do niedawna jeszcze koleżanek, a teraz już konkurentek do miejsc przywódczych w kurczącym się ruchu. Zapobiegało to ewentualnej utracie zdezorientowanych zwolenniczek, mogło też stać się podstawą nowej postaci mobilizowania sił społecznych po swej stronie i odciągania poparcia od feminizmu liberalnego. Istotnie bowiem sprawy wzięły teraz taki obrót. Już nie wspólny cel feminizmu, lecz interes własny radykalnego skrzydła okazywał się ważniejszy. Swą szansę na kontynuowanie własnego feministycznego istnienia mogły w tym odkryć dotychczasowe radykalne aktywistki, a zwłaszcza ich przywód­ czynie, które z różnych względów, czasem zgoła biograficznych, a nawet towarzyskich, nie mogły znaleźć dla siebie miejsca w szeregach feministek liberalnych. Ponadto założenie o istnieniu nieomal boskiego pierwiastka w kobiecie umożliwiało stopniowy rozwój praktyk kultowych o charakterze magicznym i religijnym, przyciągających do ruchu kobiety innego pokroju niż te, którym odpowiadało angażowanie się w trzeźwe i racjonalnie przemyślane działania lobbystyczne i polityczne286. Zwrot feminizmu radykalnego w stronę feminizmu różnicy, przez wielu uważany za zwrot o 180 stopni, dokonuje się w sytuacji, kiedy wiele kobiet przeszło już przez fazę wewnętrznego „przemienienia”, czy zgoła „nawróce­ nia” w grupach budzenia/poszerzania świadomości. Była to właściwie postać egzystencjalnego odkrycia wolności, wolności od dotychczasowego władztwa Się, uwolnienia się od stereotypów płci. Odkrycie to, jak wiadomo, uwalnia jedynie od poczucia zniewolenia przez dotychczasowe zdroworozsądkowe oczywistości, ale nie przesądza o wyborze dalszej drogi. Część kobiet powróciła do tradycyjnych ról, tyle że teraz już ze świadomością dokonania przez siebie takiego właśnie wyboru. Nawet i w takim wypadku przeżycie feministycznego „przemienienia” sprawiało, iż te same role pełniły już nie w ten sam sposób. Inne postanowiły zatroszczyć się same o siebie i swą wolność i podjęły, nieraz z dobrym skutkiem, naukę, pracę, czasem rozwiązały nieudany związek małżeński itd. A niektóre z nich zapragnęły czegoś więcej: włączyć się w działania na rzecz kobiet w wyraźnym wymiarze praktycznym. Nie tylko 286 To moje osobiste spekulacje co do subiektywnej strony zjawiska, w literaturze feministycz­ nej bowiem ten aspekt sprawy jest pomijany milczeniem.

170

DZIEJE FEMINIZMU

w demonstracje, protesty, ale w konkretną pomoc niesioną choćby części poszkodowanych287. Czasem wokół dotychczasowych grup radykalnych, choć działalność taka nie była obca też feministkom liberalnym i socjalistycznym, a czasem tworząc nowe centrum wokół nowej sprawy, zaczęto zakładać ośrodki pomocy dla potrzebujących jej kobiet: maltretowanych i porzucanych przez mężów, zgwałconych, chorych, zniewolonych do prostytucji, czasem tylko molestowa­ nych w pracy, czasem, gorzej, w rodzinie itd. Organizowały się też, często w tym samym wspólnym miejscu, ośrodki dokształcania kobiet, nie tylko od strony przeobrażania ich świadomości, lecz i dostarczania konkretnej, użytecz­ nej w życiu wiedzy, także kwalifikacji zawodowych (np. kursy mechaniki samochodowej) i umiejętności samoobronnych (kursy karate, kursy korzysta­ nia z możliwości działań prawnych)288. Spory nacisk kładziono na edukację w zakresie zdrowia kobiety, ważne miejsce zajmowała wiedza seksualna, nie pozbawiona, coraz częściej, elementów indoktrynacji homoseksualnej289. To­ warzyszyła temu nieraz działalność wydawnicza: pisemka, ulotki, podręczniki. W kilku wypadkach grupy feministyczne podjęły, początkowo z dobrym skutkiem, działalność inwestycyjną, aby uzyskane dochody móc przeznaczyć na potrzeby prowadzonych ośrodków. Tego rodzaju aktywność rozprzestrzeniała się w całych Stanach Zjedno­ czonych na nie spotykaną dotąd skalę, choć podobne w treści działania o charakterze charytatywnym i skromniejszym zakresie znane tam były od lat, organizowane zwłaszcza przez kościoły i stowarzyszenia społeczne. Różniła je jednak ideologia i otaczająca je atmosfera. W tych ostatnich doświadczonej losem kobiecie nie pozostawiano wątpliwości, iż albo jest ofiarą przypadkowego zbiegu okoliczności, albo nawet gorzej, ponosi skutki własnego „upadku” i tylko dobrej woli dobrych ludzi i instytucji zawdzię­ cza, iż starają się jej ulżyć w niedoli, na którą bądź zapracowała sobie sama, bądź skazał ją ślepy traf. W ośrodkach feministycznych było inaczej: tu ko­ biety starały się pomóc kobietom, złączone uczuciami solidarności. Ale i tu jeszcze zachodziła istotna różnica, nie zawsze zresztą wyraźnie przepro­ wadzana. O ile w ujęciu liberalnofeministycznym źródła nieszczęść i krzywd kobiet upatrywano w błędach systemu społecznego, zwłaszcza w jego syste­ mie ról płciowych, w jego instytucjach i prawie, a poszkodowanej kobie­ cie starano się umożliwić powrót do tego niedoskonałego społeczeństwa i szczęśliwsze ułożenie sobie w nim życia, o tyle w mnożących się ośrodkach prowadzonych przez feministki radykalne poszkodowane przyjmowane były 287 Tak to ujmuje m.in. cytowana w tym rozdziale wielokrotnie Flora Davis (F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 143). 288 G. G. Yates What women want, op. cit. 28’ Przekonuje o tym lektura wspomnianego wcześniej niezmiernie popularnego poradnika zdrowia dla kobiet, wydawanego przez grupę bostońskich feministek od 1971 roku aż po dzień dzisiejszy — zob. The Boston Women’s Health Book Collective Our bodies, ourselves. A book by and for women. Zob. też przyp. 161 na str 123. Przewartościowano pozytywnie także stosunek do masturbacji (tamże). W Europie szczególnie aktywna pod tym względem była holenderska aktywistka Anja Meulenbelt, wydająca publikacje specjalnie temu poświęcone.

NOWY RUCH KOBIET

I7I

jak uciekinierki z obozu koncentracyjnego, którym udało się „przeżyć” {survivors')290. Wielki nacisk kładziono tu na indoktrynację podopiecznych. Zgwałcona czy pobita przez męża kobieta, która trafiła do ośrodka, dowiadywała się, iż jej historia jest tylko jednym z wielu przypadków seksistowskiego traktowania kobiet przez mężczyzn. Wszystkich kobiet przez wszystkich mężczyzn. To, że jest w ośrodku, to wielkie szczęście: powiodła się jej ucieczka ze świata, gdzie dla kobiet nie ma ratunku. Prawdziwy ratunek przynieść może wyłącznie solidarna walka wszystkich kobiet, złączenie sil we wspólnocie z takimi jak te, które udzielają jej pomocy, przeciw mężczyznom, którzy — dopóki się nie zmienią, a na zmianę się nie zanosi — pozostają wrogami, nawet jeśli niektórzy wydają się sympatyczni. Nie ma sensu układać się z nimi i nie wolno tego czynić, bo to zdrada wszystkich innych kobiet. Mężczyzn trzeba po prostu porzucić. Nie wolno do nich już wracać, ani do tego, który skrzywdził, ani do żadnego innego. Wszyscy mężczyźni, nawet jeśli tego nie chcą, to krzyw­ dziciele kobiet, inaczej nie potrafią. Świat bowiem, którym kierują, od podstaw aż po same wierzchołki czerpie energię z wyzysku kobiet i obdarza jego owocami — prawda, że nierówno — wszystkich mężczyzn. Tak, należy z tym światem, którym rządzą męskie wartości, zerwać na zawsze. I wejść w trwały związek z siostrzaną grupą, która zrozumie, pocieszy i zawsze pomoże, jak siostra siostrze, kobieta kobiecie. Bo „siostrzeństwo jest powszechne”. To też jest świat, ale inny, świat, w którym rządzą wartości kobiece. Na razie mały, wyizolowany światek, ale to zalążek nowego przyszłego wielkiego świata, który stworzą kobiety. Trzeba stworzyć kobiecą „przeciwrzeczywistość” {counter­ reality'), jak to już w 1971 roku ujmują dwie nowojorskie feministki. Trzeba formować „nową przestrzeń” i w niej rozwijać „żeńską kulturę”, która jest „rewolucyjna, a nie eskapistyczna czy marginalizująca”, jak to ujmuje czołowy guru filozofii feministycznej Mary Dały291. Mowa też o potrzebie tworzenia „kontrinstytucji ”292, instytucji alternatywnych. Wszystko to odbywało się w atmosferze mało optymistycznej i nie po­ cieszającej. Ośrodek taki nierzadko bywał ponury, zaniedbany, przypominał świetlicę czy biuro organizacji młodzieżowej a nie przytulny, miły kąt dla potrzebujących ciepła, skrzywdzonych kobiet. Trochę upiększenia uważano za „niegodne feministki” {unfeminist)293. Nie miały stąd wyjść odprężone i pełne 290 Czasownik survive (przetrwać, przeżyć) i pochodny rzeczownik survivor stają się wręcz znakiem rozpoznawczym tego nurtu feminizmu, a zastosowanie tych określeń ma wyraźny cel ideologiczny, gdyż zawarty w nich patos umieszcza zjawiska skromniejszej natury w perspektywie totalnego uciemiężenia jednej płci przez drugą. Np. o zgwałconych kobietach nie mówi się, że „zostały zgwałcone”, że „doświadczyły gwałtu” itp., lecz że „przetrwały gwałt” {rape survivors); podobnie o maltretowaniu, prostytucji itd. Survivor to ktoś, kto „przeżył jakiś horror i trwa”, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu. 2.1 A. Echols Daring to be bad, op. cit., s. 270. Zob. cytaty z Mary Daly w „Dokumentacji” do rozdziału o feminizmie kulturowym w części trzeciej. 2.2 B. Sinclair Deckard The Women’s Movement. Political, socioeconomic, and psychological issues, (I wyd. 1975), New York 1979. 2.3 Takie wrażenia wyniosła Naomi Wolf, pracując w owych ośrodkach, o czym wspomina po latach w 1993. Zob. N. Wolf Fire with fire, op. cit., s. 164—165.

172

DZIEJE FEMINIZMU

nadziei na przyszłość w świecie, w którym dotknęła je niesprawiedliwość. Miały na ten świat ostatecznie się obrazić, od niego odwrócić i go opuścić, i resztkę swych sił oddać na służbę wspólnej kobiecej sprawie. Tak kształtowały się eskapistycznie zorientowane, separatystyczne ugrupowania feminizmu radykalnego w jego drugim, trwającym do dziś wariancie: wariancie cierpięt­ niczym, wiktymicznym, kulturowym, zanim wyszedł ponownie na zewnątrz. Bo nieco później wyszedł, w marszach protestacyjnych, a nawet procedurach sądowych i legislacyjnych. Kiedy w subkulturowych ustroniach zebrał w sobie nowe siły. Wokół tych inicjatyw szybko rozwinęła się bowiem cała sieć krzewiącej się nagle bujnie feministycznej subkultury. Pojawiły się feministyczne kluby, kawiarnie, restauracje, księgarnie, domy wydawnicze, wytwórnie nagrań płytowych, galerie artystyczne, związki kredytowe itd., nie mówiąc o ośrod­ kach zdrowia i poradniach aborcyjnych, a także ośrodkach opieki nad dziećmi. Tworzyły się też firmy kapitalistyczne, czasem zupełnie udane294, które nierzadko charakteryzowały się tym, że ani nie zatrudniały, ani nie obsługiwały mężczyzn. Mimo trwających nadal tarć między lesbijkami, które dominowały zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu, i pozostałymi feministkami, łączyło ich w tych miejscach wspólne kultywowanie odrębnego świata wartości kobiecych jako zasadniczo odmiennych od męskich295. Sprawa lesbizmu politycznego bynajmniej nie przycichła. Przeciwnie, dobudowano do niego teoretyczne podłoże znacznie głębiej przemyślane niż wcześniejsze enuncjacje omówione w poprzednim rozdziale. Pisarka Adrienne Rich dostarczyła argumentów natury psychologicznej, wedle których lesbizm właściwie nie jest wyborem, lecz czymś pierwotnie danym, naturalnym. Ściślej, naturalna jest tylko miłość do kobiety, i to u osobników obu płci. Mężczyzn się nie kocha. Heteroseksualizm u kobiet jest wyłącznie sztucznym wytworem, narzuconym przez patriarchat. Książka A. Rich Zrodzona z kobie­ ty296, a później zwięźlej szy i bardziej dosadny artykuł Kompulsywna heteroseksualność a egzystencja lesbijska stały się tekstami nieomal kanonicznymi w rękach feministek lesbijek, które przy okazji opisywanej wyżej działalności samopomocowej starały się nakłonić kobiety do odejścia od jakoby przymusem im narzuconego heteroseksualizmu — podstawy heteroseksizmu, jednego z kluczowych narzędzi panowania patriarchatu. Streśćmy więc główne idee wymienionego artykułu. Adrienne Rich: Compulsory heterosexuality and lesbian existence

„Signs” 5, 1980, nr 4. (Przedruk w: A. Snitow, C. Stansell, S. Thomp­ son [red.] Desire. The politics of sexuality [I wyd. 1983], London 1984, s. 212—241) Powszechnie panuje pogląd, iż kobietom właściwy jest wrodzony kompulsywny (w tym wypadku: wypływający z wewnętrznego, wrodzonego przymusu), naturalny pociąg do mężczyzn, i vice versa. Miłość lesbijska albo bywa pomijana milczeniem, albo uważa się ją za „przejaw zboczenia czy

NOWY RUCH KOBIET

173

wręcz obrzydliwość”297, często za formę kompensowania sobie gorzkich doświadczeń z mężczyznami. Najwyższy czas, aby feminizm wydał tym poglądom walkę298. Zupełnie niewłaściwe jest podciąganie miłości lesbijskiej pod ogólniejsze jakoby zjawisko homoseksualizmu. Ze względu na matkowanie dzieciom (tu następuje powołanie się na prace Chodorow, Dinnerstein i J. Baker Miller299), będące wyłącznie zajęciem matek, u dzieci obu płci występuje pierwotnie jeden naturalny kierunek miłości: do kobiet300. (Zatem męski homoseksualizm jest faktycznie odwróceniem kierunku naturalnego, nato­ miast lesbizm — jego podtrzymaniem). Jedynie dzięki posiadanej władzy mężczyźni są w stanie przymusem narzucać kobietom heteroseksualność. Autorka stwierdza bez ogródek: „Heteroseksualność narzuca się kobietom siłą i zarazem poprzez ich podświadomość, ale mimo to kobiety wszędzie stawiały i stawiają opór, często kosztem tortur, uwięzienia, psychochirurgii, społecznego ostracyzmu i życia w skrajnym ubóstwie.”301 Inaczej mówiąc, lesbizm jest czymś naturalnym i tylko męska przemoc odwraca zaintereso­ wania kobiet w kierunku mężczyzn. Panowanie mężczyzn autorka ujmuje w kilka charakteryzujących je sposobów postępowania: (1) odmawia się kobietom ich własnej seksualności, (2) narzuca im się siłą seksualność męską, (3) kieruje się pracą kobiet i wyzyskuje ją, by móc zawłaszczać jej produkt, (4) zawłaszcza się ich dzieci czy wręcz je od nich odrywa, (5) ogranicza się je cieleśnie i krępuje swobodę poruszania (gwałt, zastraszenie, wypędzenie z ulic, zakwefienie, wiązanie stóp, wysokie obcasy, woalki, całodobowe matkowanie, wymuszone uzależ­ nienie ekonomiczne żon od ich mężów itd.), (6) używa się ich jak przedmiotów w transakcjach między mężczyznami (nie tylko posag, ale i przymusowe wydawanie za mąż, prostytucja, gejsze, sekretarki, kelnerki itd.), (7) nie dopuszcza się do wykorzystania ich twórczych potencji (poczynając od prześladowania czarownic, a na zmuszaniu do spełniania się w macierzyństwie kończąc), (8) zamyka się przed nimi wielkie obszary wiedzy i osiągnięć kultury w społeczeństwie (i dziś istnieje maskulinizacja klubów, wolnych zawodów, techniki itd.). Osiąga się to poprzez kontrolowa­ nie świadomości, ale gdy zajdzie potrzeba, stosuje się nawet brutalną przemoc fizyczną. W każdym wypadku narzuca się — rzekomo naturalną — heteroseksualność302. 354 Jako przykładową A. Echols podaje FEN, Feminist Economic Network, założony w 1975 w Detroit — zob. A. Echols Daring to be bad, op. cit. 395 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 145—146. 396 A. Rich Of female born, Boston 1976. 397 A. Rich Compulsory heterosexuality and lesbian existence, w: A. Snitow et all (red.) Desire, London 1984, s. 212. 398 Ibidem, s. 213. 399 Zob. streszczenia niżej. 300 Ibidem, s. 217. 301 Ibidem, s. 231. 303 Ibidem, s. 218—220.

174

DZIEJE FEMINIZMU

Naturalny jest tylko lesbizm. Ale ponieważ słowo to ma przydźwięk kliniczny, autorka proponuje nazwy „egzystencja lesbijska” i „lesbijskie kontinuum”. To drugie oddaje zresztą dobrze jej intencję: lesbizm to niekoniecznie seks z inną kobietą. „Doświadczenie kobiety znajdującej swą tożsamość w związku z innymi kobietami (woman-identified, experience)” obejmuje też „dzielenie się bogatym życiem wewnętrznym, łączenie się w walce przeciw męskiej tyranii, udzielanie sobie wzajemnie praktycz­ nego i politycznego wsparcia” itd. Jest to po prostu w życiu osobistym wybór kobiety, a nie mężczyzny. „Lesbijska egzystencja [...] to oczywiś­ cie także bezpośredni lub pośredni atak na męskie prawo dostępu do ko­ biet [...], to forma mówienia: nie — patriarchatowi, to akt oporu.”303 Odebrano kobietom świadomość historyczną ich lesbijskości, narzucono przeświadczenie, jakoby lesbizm stanowił wariant wspólnego z gejami homoseksualizmu, a tymczasem chodzi tu o coś innego i coś znacznie więcej, o „złożone kontinuum kobiecego oporu przeciw zniewoleniu”, które trwało przez wieki, przyjmując różne postacie. Ale to chcą przed nami zataić304. Tak, wszystkie kobiety są lesbijkami.,,[...] wszystkie kobiety istnieją w lesbijskim kontinuum, możemy spojrzeć na siebie jako poruszające się w tym kontinuum bardziej w głąb lub bardziej na zewnątrz, niezależnie od tego czy same określamy się jako lesbijki, czy nie”305. Jednakże świadoma identyfikacja jest bardzo pożądana. „Identyfikowanie się kobiet z kobietami (woman-identification') jest źródłem energii, jest eksplozywnym potencjałem kobiecej mocy, która pod panowaniem instytucji heteroseksualności była bezlitośnie spychana na margines i marnowana. Odmowa uznania kobiecej namiętności do kobiet za coś poważnego, przejawiającego się realnie, uniemożliwianie kobietom wyboru kobiet na wspólniczki, na swe towa­ rzyszki życia, na członkinie wspólnoty”, wszystko to odebrało kobietom moc zmieniania porządku społecznego. Rzekoma „kompulsywna heteroseksualność kobiet to wielkie oszustwo”306. Zaś odsłonięcie prawdy o tak rozumia­ nej „lesbijskiej egzystencji [...] działa potencjalnie wyzwalająco na wszystkie kobiety”307. Jeśli tak, to musi pojawić się w końcu pytanie zasadnicze i autorka je zadaje: „Czy mamy zatem potępić wszelkie heteroseksualne związki, nie wyłączając tych najmniej opresyjnych?”308. Unika na nie jasnej odpowiedzi. Ale już formułując je, przemyciła do niego jakby odpowiedź: wszystkie związki seksualne z mężczyznami są opresyjne, niektóre co najwyżej w mniejszym stopniu od pozostałych.

303 304 305 306 307 308

Ibidem, s. Ibidem, s. Ibidem, s. Ibidem, s. Ibidem, s. Ibidem.

227. 228. 229. 234. 236.

NOWY RUCH KOBIET

175

Lesbijski prozelityzm przynosił czasem zamierzone skutki, ale równie często czy może częściej odpychał kobiety od feminizmu. A przecież feministki z ośrodków kobiecych szukały dotarcia do możliwie jak największej liczby kobiet, nie tylko do skrzywdzonych i cierpiących, nie tylko do nadal niezado­ wolonych. Wszelako większość Amerykanek cieszyła się najwyraźniej z tego, co już uzyskały, były też pełne optymizmu, sądząc, że cała reszta jest w zasięgu ręki. Nie należy jedynie zaprzestawać walki metodami legalnymi, głównie w zakresie przemian prawa, prowadzonej przez NOW i podobne organizacje. Co więcej, cały świat drgnął i zaczął posuwać się we właściwym kierunku: ONZ uznał racje kobiet i podjął akcję na ich rzecz ogłaszając rok 1975 Między­ narodowym Rokiem Kobiet, doszło do I Światowego Kongresu (na rzecz) Kobiet w Mexico City, następnie całą dekadę ogłoszono Dekadą Kobiet, a kongresy postanowiono zwoływać co pięć lat. Szczególnie ważnym wydarze­ niem było na pewno przyjęcie przez ONZ w dniu 18 grudnia 1979 roku zaleconej na Kongresie w Meksyku „Konwencji w sprawie Likwidacji Wszelkich Form Dyskryminacji Kobiet”. W dokumencie przyjęto następującą definicję „dyskryminacji kobiet”: „Dla celów niniejszej Konwencji, określenie »dyskryminacja kobiet« będzie oznaczało wszelkie zróżnicowanie, wykluczenie lub ograniczenie albo uniemożliwienie kobietom, niezależnie od ich stanu cywilnego, przyznania, realizacji bądź korzystania na równi z mężczyznami z praw człowieka oraz podstawowych wolności w życiu politycznym, gospodar­ czym, społecznym, kulturalnym, obywatelskim lub jakimkolwiek innym.”309 Wprawdzie w rzeczywistej praktyce wielu państw deklaracja pozostaje tylko deklaracją, również u jej sygnatariuszy (do których po dziś dzień nie dołączyły Stany Zjednoczone, choć walnie przyczyniły się do jej powstania), to jednak samo jej pojawienie się przyczyniło się do umacniania prokobiecych postaw w atmosferze międzynarodowej. Wkraczające teraz w dorosłe życie kobiety traktowały nowy stan rzeczy, wywalczony przez ich matki i starsze siostry, jako coś oczywistego. Z niechęcią przyjmowały do wiadomości dane o nieszczęściach i prześladowaniu kobiet. Owszem, gdzieś tam kogoś zawsze gwałcą, trzeba być ostrożną, a w ostateczno­ ści to kwestia pecha; niektórzy mężowie bijają żony, wiadomo, jak to pijacy, to prawdziwe nieszczęście mieć takiego za męża, no ale to charakterystyczne dla dołów społecznych; molestowanie seksualne dzieci w domach — to chyba zupełny wyjątek, a kobiet w pracy—mój Boże, tacy to już są mężczyźni, jeszcze trochę potrwa, zanim się z tego wyleczą, a poza tym feministki trochę przesadzają, uważając zwyczajne dowcipy czy aluzje za napastowanie. Jeśli trochę zaczepiają, to nawet miło... Prostytucja? A któż kogo zmusza? Poza tym jest wolność, więc jeśli kobiecie to odpowiada, to jej sprawa. Handel żywym towarem? To gdzieś na Dalekim Wschodzie? ONZ zrobi z tym wreszcie porządek. Otóż nie! — coraz głośniej protestowały przeciw takiemu myśleniu feministki radykalne. I wy, i każda z was może paść w każdej chwili ofiarą 309 Prawa człowieka, oprać, i przekł. B. Gronowska, T. Jasudowicz, Z. Mik, Toruń 1993, s. 77.

DZIEJE FEMINIZMU

176

(victim). Może zostać zgwałcona. Zresztą czyż nie gwałci was czasem wasz, nawet ukochany, mąż? Lub narzeczony? Czy nie czujecie się codziennie gwałcone obleśnymi spojrzeniami stojących na poboczu robotników? pasaże­ rów metra? waszych profesorów? księży? A to tylko zapowiedź. Statystyki przytaczane przez feministki mogły wywołać zdumienie u prze­ ciętnej Amerykanki i przeciętnego Amerykanina (gdyby je czytali). Wynikało z tych danych, iż — jak przytacza F. Davis310 — jedna Amerykanka na trzy miała szansę paść ofiarą seksualnych nadużyć w rodzinie zanim osiągnęła wiek osiemnastu lat, najczęściej ze strony krewnego lub przyjaciela domu. Kiedy już znalazła się w college’u, czekał ją gwałt na jednej z pięciu randek (date rape). Dziewięć na dziesięć było z całą pewnością seksualnie molestowanych w pracy (sexual harassment). Siedem procent — a któż wie, ile naprawdę? — było maltretowane co roku przez własnego męża lub mężczyznę, z którym się związało, a nierzadko zgwałcone (marital rape, domestic rape). To wcale nie było tak mało. Ale niezależnie od konkretnych liczb (które przeciwnicy starali się kwestionować), rzecz w tym, że zjawiska te dotyczą wszystkich kobiet, a nie tylko tych, które stykają się z nimi wprost. Każda kobieta w każdej chwili może być zgwałcona przez dowolnego mężczyznę — argumentują feministki radykalne. Tak zadecydowała przyroda, czyniąc nas na to nieuchronnie narażonymi. I czyniąc mężczyzn, praw­ dopodobnie, zawsze do tego skłonnymi, no i odpowiednio wyposażonymi. Nie myślcie też, że to tylko inne żony bywają bite przez mężów. I zdradzane. I porzucane, z dziećmi i bez środków do życia, przy milczącej zgodzie otoczenia. To grozi każdej z was, każdej z nas, jako kobiecie. I nie traktujcie prostytutek jako upadłych, nieszczęsnych albo w specyficzny sposób wyuzda­ nych kobiet. To bieda wpędza kobiety w prostytucję, a teraz coraz częściej — przemoc. Są pułapki, z których nie ma wyjścia. Jeśli zaś nawet natykacie się na prostytutkę z wyboru, to nie zapominajcie, w jakim stanie świadomości, a raczej braku świadomości, wyboru tego dokonała. Przeważnie czeka ją gorzkie rozczarowanie, kiedy jej zarobkami zajmie się sutener. Każda z was może zostać prostytutką. Więcej, wiele z was już dało się sprostytuować — swoim mężom, których wcale nie kochacie. Uległyście presji potrzeb życiowych. A czy niejedna z was nie prostytuuje się z własnym szefem — dla awansu? Nie, nie brońcie się, bo my was nie oskarżamy, to nie wasza wina. Do tego wszystkiego zmuszają nas oni, mężczyźni, którzy tak urządzili świat, że często nie mamy innego wyjścia. Żyjemy jak w obozie koncentracyjnym. Spójrzcie zresztą, czym oni się karmią! Obejrzyjcie te ich „świerszczyki”, te plugawe filmidła... Pornografia hoduje gwałcicieli i konsumentów prostytutek. Prostytuuje wszystkie kobiety, obraz kobiety w ogóle. Od tego nie ma ucieczki. Jest tylko jedno wyjście: zlikwidować pornografię! W sumie — obecny feminizm radykalny głosił już wyraźnie, iż wszystkie kobiety są stale zagrożone przez wszystkich mężczyzn, którzy to zagrożenie specjalnie pielęgnują, aby w tej atmosferze bez przeszkód utrzymywać kobiety w posłuchu, wyzyskiwać je i uciskać wedle upodobania. Wszystkie kobiety to 310 F. Davis: Moving the mountain, op. cit., s. 308.

NOWY RUCH KOBIET

177

potencjalne ofiary, a przez to — już — ofiary311. Mądra kobieta nie separuje się od innych kobiet tylko dlatego, że akurat jest jej dobrze, nie współpracuje ze swym panem tylko dlatego, że akurat jest panem łaskawym. Mądra kobieta to kobieta feministka (rzecz jasna: radykalna, ale innych nie ma, inne podszywają się tylko pod to miano!), która na żaden słodki lep męskich obietnic nie pójdzie, która od mężczyzn stroni i ma z nimi tylko tyle do czynienia, ile najzupełniej konieczne. W szczególności feministka w ogóle nie wdaje się w intymne związki z mężczyznami. A dzieci? Hm, zmieńmy temat. (Tu zapada przeważnie milczenie. Pewnie się zakłada, że i tak, wiadomo, dzieci zawsze się znajdą). A — seks? Wybierzcie seks ze swoimi siostrami. Albo—masturbujcie się. Albo — jeśli potraficie — dajcie sobie z nim spokój. Zgodnie z tym, co głosi i zaleca Adrienne Rich. Jaskrawo ów „wiktymiczny” punkt widzenia prezentuje Susan Brownmiller w książce Wbrew naszej woli z 1975 roku, zamykającej klasyczny zasób standardów feminizmu radykalnego. Książka natychmiast znalazła bardzo żywe przyjęcie, wypełniając istniejącą jeszcze lukę w ufundowaniu feminis­ tycznego separatyzmu, choć w pewnym stopniu wyprzedziła ją poetka Susan Griffin pisząc już w 1971 roku szeroko kolportowany w środowisku feminis­ tycznym artykuł pt. Gwałt312. Dopiero jednak książka Brownmiller trafiła do szerszego grona odbiorców, także spoza kręgów feministycznych. Oto jej główne idee. Susan Brownmiller: Against our will. Men, women and rape

Secker and Warburg, London 1975

Pytano ją, czy była kiedy zgwałcona. Nie, nie była. To dlaczego zajęła się tym tematem? Skoro nie odreagowuje...? Otóż dlatego, iż doszła do wniosku, że nie chodzi tu po prostu o pewien typ brutalnego przestępstwa, jednego z wielu, popełnianego przez pewnych mężczyzn wobec pewnych kobiet, lecz o coś o znaczeniu fundamentalnym dla powstania i utrzymywania się patriarchatu. „Napisałam tę książkę, ponieważ jestem kobietą, która zmieni­ ła swój pogląd na gwałt.” Przyczyniła się do tego zasadniczo konferencja na temat gwałtu z początku lat siedemdziesiątych. Początkowo myślała, że „gwałt to przestępstwo seksualne, wyczyn chorego, pomylonego umysłu, że nie jest to jednak temat do rozważań feministycznych.”313 Kiedy zajrzała do literatury specjalistycznej, ze zdumieniem stwierdziła, iż u psychologów i psychiatrów temat ten nie znajduje w ogóle zainteresowa­ 311 Stąd pojawiło się określenie całego późniejszego feminizmu radykalnego jako victim feminism, feminizm wiktymiczny, czy może po polsku — co dobrze oddaje jego nastrój — feminizm cierpiętniczy. Określenie takie mocno forsuje Naomi Wolf, feministka najmłodszej generacji, upatrująca w owym zwrocie feminizmu ku kobiecemu cierpiętnictwu szczególne zagrożenie dla sprawy kobiet (zob. N. Wolf Fire with fire, op. cit.). 312 W „Ramparts”, September 1971. Zob. S. Griffin Rape. The politics of consciousness, (I wyd. 1979), San Francisco 1986. 313 S. Brownmiller Against our will. Men, women and rape, London 1975, s. 7—9.

DZIEJE FEMINIZMU

17«

nia. Nawet Freudowi nie przyszło do głowy zajęcie się „użyciem penisa jako broni”. Milczą Adler i Jung. Deutsch i Homey rozważają kobiece lęki przed zgwałceniem, ale nie gwałt. Milczą klasycy marksizmu, a Wilhelm Reich po obiecującym wprowadzeniu określenia „męska ideologia gwałtu” ucieka od tematu. Dopiero feministki bardzo szybko dostrzegły w gwałcie problem natury ogólnej, „naszą własną wiktymizację”314. Gwałt to technika wyłącznie ludzka. Anatomia narządów płciowych ssaków czyni gwałt możliwym. U zwierząt jednak samce interesują się samicami wyłącznie w czasie rui, więc nie gwałcą, nie spółkują wbrew woli samicy. A na tym właśnie polega istota gwałtu. „Kobieta zdefiniuje gwałt w jednym zdaniu: Jeśli z określonym mężczyzną nie chcę spać, a on mnie do tego zmusza wbrew mojej woli, to jest to przestępczy czyn zgwałcenia. Nie przyjęto tego sformułowania nigdy dotąd jako definicji prawnej, a szkoda. Ale kobiet nie pytano o zdanie.”315 „Kiedy mężczyźni odkryli, że mogą gwałcić, zaczęli to robić. Później, o wiele, wiele później zaczęli też w pewnych warunkach gwałt uważać za przestępstwo.” Możliwość gwałcenia w sposób zasadniczy rozróżnia od siebie obie płcie, jest niesymetryczna. Kobieta może się bronić, kopać, gryźć, ciskać kamieniami, ale „nie może zrewanżować się tym samym”. Szybko pojęli to mężczyźni. „[...] gwałt stał się nie tylko prerogatywą mężczyzny, ale jego główną bronią w przemocy wobec kobiet, zasadniczym czynnikiem przeprowadzania jego woli i zastraszania kobiety. Jego wymu­ szone przemocą wtargnięcie w jej ciało, wbrew jej fizycznym protestom i walce, stało się narzędziem w jego zwycięskim podboju całej jej istoty, ostatecznym dowodem jego przewyższającej ją siły, triumfem jego męsko­ ści.”316 Gwałt zyskuje w ujęciu autorki rangę zgoła historiozoficzną. „Odkrycie przez mężczyznę, że jego narząd płciowy może służyć jako broń wzbudzają­ ca strach, musi zostać ocenione jako jedno z najważniejszych odkryć czasów przedhistorycznych, obok użycia ognia i pierwszego prymitywnego kamien­ nego topora. Od prehistorycznych czasów aż po dzień dzisiejszy, jestem o tym głęboko przekonana, gwałt pełnił funkcję o kluczowym znaczeniu. Gwałt nie jest niczym innym jak świadomym procesem zastraszania, dzięki któremu wszyscy mężczyźni utrzymują wszystkie kobiety w poczuciu wiecz­ nego zagrożenia.”317 Gwałt pchnął dopiero kobiety w ramiona małżonków, w monogamiczne małżeństwo, gdyż zrozumiały, że to jedyny ratunek. Na wzajemną pomoc kobiecą nie mogły liczyć, gdyż kobiety są za słabe. Gwałt stał się też pierwszą postacią prywatnego zawłaszczenia, prawzorem dla wzięcia w prywatne posiadanie także dzieci, niewolników, ziemi itd. Dopiero wówczas zgodzono się uważać czasem gwałt za przestępstwo, ale tylko jako naruszenie dóbr 314 315 316 317

Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem,

s. ii—12. s. 17. s. 14. s. 14—15.

NOWY RUCH KOBIET

179

osobistych męża, a nie samej kobiety318. Oto jak kluczowa rola historyczna i polityczna przypada — zdaniem autorki — gwałtowi. I na tym właściwie wyczerpuje się główne przesłanie teoretyczne książki. Dalej następuje prezentacja obszernego empirycznego materiału na temat zgwałceń, zarówno w dziejach, jak i współcześnie. Gwałcicielami okazują się bynajmniej nie tylko zwyrodniali mężczyźni i gwałt dotyka bynajmniej nie tylko kobiety, które swoim zachowaniem i/lub strojem jakoby do gwałtu prowokują. Autorka mocno podkreśla, iż kobiety nigdy nie pragną być gwałcone, nawet jeśli w ich marzeniach tak bywa. Doskonale odróżniają sen od jawy. Nieprawdą są obiegowe powiedzonka typu: „Każda kobieta chce być gwałcona”, „Żadnej kobiety nie można zgwałcić wbrew jej woli”, „Przecież się o to prosiła...” Gwałcą zatem wszyscy mężczyźni wszystkie kobiety. Najlepiej widać to w czasie wojen i rozruchów społecznych. Kobiety wówczas spotyka zawsze ten sam los, są masowo gwałcone. Autorka długo i barwnie opisuje takie zdarzenia w dziejach, nie wyłączając ostatnich wojen. Kiepsko też chroni kobiety prawo. Policja przeważnie nie ufa zgwałco­ nym, podejrzewając je o chęć zemsty na mężczyźnie. Sama zresztą dopusz­ cza się gwałtów. Prawo jest z reguły życzliwe dla oskarżanych o gwałt mężczyzn i chętniej daje im wiarę niż powódkom. Gwałt w małżeństwie w ogóle w prawie nie bywa uwzględniany. Gwałciciele bywają pozytywnymi bohaterami mitów. Kończąc, autorka nawołuje do podjęcia solidarnej akcji kobiet. Dlaczego mają nadal bać się, unikać ciemnych ulic, ubierać się roztropnie, uważać, by nieumyślnie nie prowokować itd. Pora z tym skończyć. Wie, że to potrwa długo i że musi to być wspólnym dziełem wielu kobiet i mężczyzn. Do tego miejsca, mimo wszystko, poglądy radykalnych feministek dawnej i nowej orientacji więcej łączyło niż dzieliło. Ich drogi rozeszły się diametralnie z innego powodu.

Ku wywyższeniu kobiecości U części, u większej części feministek radykalnych nasila się teraz specyficzny, „cierpiętniczy” ton: I to wszystko spotyka kobiety, te dobre, szlachetne istoty, istoty o wiele lepsze od mężczyzn! To nie jakaś przypadkowa jedna połowa ludzkości zdominowała drugą połowę, kierując się przypadkową, ale łatwą do rozpoznania różnicą biologiczną, czymś takim jak kolor oczu. To lepsza połowa ludzkości została zdominowana, podbita przez gorszą połowę. Feministka nie dlatego walczy o poprawę losu kobiet, że są to ludzie krzywdzeni przez innych ludzi. Feministka walczy zawsze i wszędzie w interesie kobiet, ponieważ to są kobiety. (Teoretycznie wynika z tego, że walczyłaby w ich interesie nawet 318 Ibidem, s. 16—18.

i8o

DZIEJE FEMINIZMU

wówczas, gdyby kobietom wiodło się lepiej niż mężczyznom, nawet gdyby to one wykorzystywały mężczyzn. Do takiej konkluzji jednak w tekstach po prostu nie przechodzi się). Z takim podejściem nie zgodziłaby się oczywiście feministka liberalna. Ale nie zgadza się z nim także część, jak się teraz okazuje, dotychczasowych feministek radykalnych, tych, które niejednokrotnie pod­ kreślały, że chodzi im tylko o sprawiedliwość, że gdyby to mężczyźni byli gorzej traktowani, wstawiałyby się za mężczyznami, nawet przeciw kobietom; i doda­ wały, że w gruncie rzeczy wyzwolenie kobiet pociągnie za sobą także wyzwolenie mężczyzn — od zniewalającego i deformującego także ich seksizmu31’. To w tym punkcie rozeszły się teraz drogi pierwotnego androginicznego i obecnie zaczynającego dominować ginecentrycznego feminizmu rady­ kalnego. Deklaracja partykularyzmu grupowego, w tym wypadku płciowego, choć dotyczy interesu aż połowy ludzkości, i to połowy, jak wielu uważa, rzeczywi­ ście dotąd upośledzonej, brzmi nieprzyjemnie dla ucha Amerykanina wy­ chowanego w duchu liberalnodemokratycznego, humanistycznego egalitary­ zmu. Nie może też podobać się większości Europejczyków po przykrych doświadczeniach z ideologiami głoszącymi specjalne prawa lepszych narodów, ras lub lepszych ustrojów do życia na koszt pozostałych. Mimo to jest w feminizmie czasem otwarcie głoszona. Złe wrażenie ma łagodzić teza o trwałości różnicy między płciami, trwałości danej niezależnie od czyjejkol­ wiek woli. Wywyższenie,gloryfikowanie kobiet jako istot naprawdę, zasadniczo lepszych od mężczyzn, a więc godnych wyjątkowego uprzywilejowania, nie obciąża kobiet, nie pochodzi przecież z ich wyboru. Okazuje się darem i wolą niebios, sił przyrodzonych bądź nadprzyrodzonych. Kobiety nie mają wyboru, są lepsze. Dokładniej, reprezentują lepsze, „kobiece wartości”, wyżej stojące od „męskich wartości”. I ta lepszość je zobowiązuje do walki o jej właściwe uprzywilejowanie .To ma przekonać i uspokoić kobiety. A co do mężczyzn, to... przez tyle wieków bezwstydnie wywyższali się ponad kobiety, w dodatku nie mając do tego żadnych podstaw... Na odczepnego rzuca się czasem uwagę, że kobiecość, kiedy zdominuje cały świat, uratuje także mężczyzn przed nimi samymi. Kobiety zatem — oczywiście! — trwale różnią się od mężczyzn. Nawet ta różnica, którą wszyscy bez wyjątku uznają i często lekceważą lub uważają za źródło ich słabości: ich zdolność do rodzenia dzieci — każę wywyższać płeć żeńską. Ale nie koniec na tym. Teraz jak z rogu obfitości sypią się pochwały kobiecości, przy których bledną dawni panegiryści, zresztą przecież nie do końca uczciwi, bo wychwalający w kobietach to, co dogadzało mężczyznom. Kobiecość to kompleks wspaniałych trwałych cech charakterologiczno-intelektualnych. I są one w wielu wypadkach chwalebnym zaprzeczeniem * 319 Temu istotnemu przewartościowaniu w aksjologii feminizmu poświęca sporo krytycznej uwagi angielski filozof społeczny i zarazem feministka Janet Radcliffe Richards. Zob. J. R. Richards The sceptical feminist. A philosophical enquiry, London 1980. Chodzi tu właściwie o zmianę całego typu aksjologii, o przejście od humanizmu do partykularnego wyróżnienia kobiet jako lepszej części gatunku ludzkiego.

NOWY RUCH KOBIET

181

męskości. Kobiecość jest czymś tak wspaniałym, że nic dziwnego, iż chce się wyłącznie przebywać w jej kręgu, wśród samych kobiet. Gdybyż to można uciec od mężczyzn na stałe. Ale skoro to niemożliwe, to w każdym razie trzeba kontakty z nimi ograniczyć do minimum. Ich świat jest okropny i skazany na zagładę. Jeszcze wczoraj chciałyśmy wejść w ten ich świat po to, aby go zmienić. Ale dziś już wiemy, że mężczyźni są niereformowalni, w każdym razie — przez długi jeszcze czas, a równocześnie nie pozwolą sobie tego „ich” świata zmieniać. Cóż pozostaje? Opuścić ten ich świat, niech go sobie mają. I stworzyć nasz własny, wyizolowany, ciepły, kobiecy, serdeczny, szczery, uczciwy, przyjazny, uczynny, no, nasz. Budujmy nasz własny, kobiecy, alternatywny świat! Kiedy go zbudujemy, kto wie, może mężczyźni — jeśli do tego czasu przetrwają — przyjdą do nas, gotowi do przemienienia, skruszeni i już odmienieni. Ale przestańmy sobie nimi głowę zawracać, to w końcu ich interes, ich sprawa. Oby się tylko udało zneutralizować ich wpływ na nas i na nasz świat. To na razie piękne marzenie. Na razie kobiety żyją uzależnione od mężczyzn, podbite przez nich, zdominowane. I dlatego muszą bez przerwy, wspólnie, organizować swą obronę. Jak? Trzeba wykorzystać wszelkie moż­ liwości, także broń własną mężczyzn: swobody demokratyczne, prawa człowie­ ka. I kobiecą broń: odmowę współpracy, odmowę współżycia. Wątek taki był od początku żywy, nawet centralny już we wczesnym feminizmie radykalnym. Ale wówczas służyć miał zrozumiałej potrzebie przejściowego wyizolowania się kobiet, aby okrzepnąć, nabrać wiary w siebie, stać się ruchem. Teraz jednak, kontynuowany, zaczyna służyć izolowaniu się, separacji, zamknięciu się w subkulturowym getcie kobiecości, odwołującym się do odmienności czy nawet wyższości kobiet nad mężczyznami. Feminizm różnicy, jak go też nazwano, może być ontologicznie rozmaicie ufundowany. Najbardziej nasuwa się — czekający pod ręką — wczorajszy biologizm320. Lecz sprawa nie jest taka prosta. Sam feminizm przyczynił się zasadniczo do klęski, a w każdym razie ośmieszenia biologizmu od strony naukowej, przynajmniej do wykazania iż naukowo nie sposób dowieść jego słuszności (i prawdę powiedziawszy, jedynie do uzmysłowienia nierozstrzygalności sporu między biologizmem a socjologizmem). Czysty dawny biologizm wydaje się nie do przyjęcia bardziej intelektualnie wyrafinowanym femini­ stkom, a w każdym razie nie do jawnego głoszenia. Toteż autorki tej orientacji, te najbardziej prominentne, a z racji tematyki swej twórczości zmuszone do składania w tej kwestii jakichś deklaracji (bo większość ten temat w ogóle omija), np. Mary Dały czy Andrea Dworkin, pozostawiają problem natury uwarunkowania różnicy między płciami kwestią otwartą. Może ma charakter biologiczny — jednak! — ale może też chodzi o uwarunkowanie wprawdzie socjogenne, ale trwałe i niezmienne, gdyż w każdym społeczeństwie rozwijające 320 W duchu biologizmu rewaloryzuje kobiecość pisząca w więzieniu bohaterka Weather­ woman Jane Alpert w Mother right, a new feminist theory, opublikowanym w „Ms” w sierpniu 1973, potem w licznych przedrukach — ale koncepcja ta natrafiała na liczne sprzeciwy, choć wywoływała też zachwyty. Zob. A. Echols Daring to be bad, op. cit., s. 248.

182

DZIEJE FEMINIZMU

się nieuchronnie na podłożu trwałych różnic fizjologicznych321. W tym kierunku poszły dwie słynne książki późniejszych lat siedemdziesiątych autorstwa Nancy Chodorow i Dorothy Dinnerstein, które odmienność psy­ chiczną kobiet od mężczyzn traktowały jako (względnie?) trwałą, choć nie wyprowadzały jej wprost z genów, a jedynie ze społecznych konsekwencji biologicznej różnicy: zdolności kobiet do rodzenia dzieci. Już wcześniej zapowiada ten kierunek myślenia—zaprezentowana uprzed­ nio w momencie oddalania się od marksizmu — Juli et Mitchell322, która w 1974 podjęła w Psychoanalizie i feminizmie próbę rehabilitacji freudyzmu. Zacznijmy od prezentacji jej pozycji, także odgrywającej rolę jednego z paradygmatów, zanim przedstawimy treści wymienionych właśnie dwóch książek. Juliet Mitchell: Psychoanalysis and feminism

Penguin Books, Harmondsworth 1975 (I wyd.: Allen Lane 1974)

Zdaniem autorki przypisywany Freudowi biologiczny determinizm jest charakterystyczny nie dla samego twórcy psychoanalizy, lecz dla później­ szego popularnego freudyzmu amerykańskiego, który skazuje kobiety z przyczyn jakoby biologicznych na osiąganie prawdziwej kobiecości wyłącznie w roli żon i matek. Autentyczna psychoanaliza nie stanowiła, jak wiele feministek uważa, rekomendacji społeczeństwa patriarchalnego, lecz jego analizę. Męski członek, o którym mowa w pojęciu „zazdrości o penisa”, to właściwie idea penisa, a jego rządy to panowanie jego idei w pod­ świadomości kulturowej. ,,[...] psychoanaliza mówi o materialnej realności idei”, zapewnia autorka323. Słynne — i nieszczęsne — powiedzenie Freuda, że „anatomia jest przeznaczeniem”, dotyczyło poglądu to właśnie głoszące­ go, a nie stanu faktycznego; tyle że poglądu, którego siła oddziaływania, wskutek jego wszędobylskości, jest równa sile działania faktu324. Cóż z tego jednak, że to nie biologia jest przeznaczeniem, że to tylko społeczne wyobrażenie o takiej roli biologii działa z siłą nieubłaganego przeznaczenia, skoro, w czym autorka idzie za Lacanowskim rozwinięciem freudyzmu, wszelka cywilizacja wyrasta z fallicznego rozdarcia pierwotnej rajskiej czyli zwierzęcej jedni człowieka z przyrodą i jest przez to od samego początku patriarchalna325. Jeśli tak jest, to społeczna wiara w moc fallusa okazuje się 321 Np. w sprawie upodobań seksualnych D. Leidholdt prezentuje bliskie jej stanowisko radykalnofeministyczne jako socjokonstruktywistyczne. Upodobań seksualnych jesteśmy uczone — powiada — i można też ich oduczyć. Można oduczyć heteroseksualizmu, a także upodobania w dominacji i przemocy w seksie nawet homoseksualnym. (D. Leidholdt, J. G. Raymond The sexual liberals and the attack on feminism, New York 1990). Bliżej — zob. następny rozdział — o konferencji 1987 w Nowym Jorku, str. 221. 322 Zob. str. 109. 323 J. Mitchell Psychoanalysis and feminism, (I wyd. 1974), Harmondsworth 1975, s. XV— —XVI. 324 Ibidem, s. 402. 325 Ibidem, s. 364—366.

NOWY RUCH KOBIET

183

fundamentem bycia-człowiekiem, podstawą cywilizacji i kultury, i nie ma od owego przeznaczenia ucieczki, podobnie jak nie byłoby jej, gdyby to faktycznie biologia rozstrzygała o wszystkim. Autorka znajduje wyjście. Odróżnia mianowicie klasowy system kapita­ lizmu, chylący się właśnie do upadku wskutek wyczerpania się jego ekonomicznej racji bytu, od patriarchatu, systemu opartego na rodzinie, kontynuującego swe istnienie wyłącznie mocą idei, przeświadczeń społecz­ nych326. Także ów drugi system stał się już zbędny, redundantny. Pokazały to na przykład doświadczenia brytyjskie ostatniej wojny i pierwszych lat po wojnie, kiedy państwo przejęło na siebie większość funkcji rodziny. „Pierwszy raz zaistniała realnie alternatywa wobec rodziny w postaci planowej organizacji społecznej — zachwyca się autorka. — Rozszerzono przymusową edukację, zadbano o ośrodki opieki nad dziećmi w wieku przedszkolnym, przeprowadzono zorganizowaną na szeroką skalę akcję ewakuowania dzieci, państwo wzięło na siebie troskę o zaopatrzenie w niezbędne racje żywnościowe i zapewniło podstawowe wyżywienie małych dzieci, zaopatrywało też stołówki — wszystko to stanowi zadania normalnie pozostawiane rodzinie nuklearnej.”327 Niestety, potem nastąpiła reakcja i powrót do tradycyjnego funkcjonowania rodziny. Lecz nadeszła pora wyzwolenia ludzkości nie tylko od klas, ale i od rodziny. Obok rewolucji socjalistycznej potrzebna jest — odrębna! — „re­ wolucja kulturalna”. „Przejście do gospodarki socjalistycznej —przestrzega autorka — bynajmniej nie oznacza, iż automatycznie i wygodnie dla nas pociągnie to za sobą kres patriarchatu. Niezbędna jest odrębna walka przeciw patriarchatowi — rewolucja kulturalna. Batalie też muszą mieć swą autonomię. Wynika stąd, jak się zdaje, że kobiety w ramach rewolucyjnego feminizmu mogą okazać się awangardą ogólnej transformacji ideologicznej, podobnie jak klasa robotnicza jest sprawcą obalenia specyficznego kapitalis­ tycznego sposobu produkcji. [...] Ponieważ patriarchat w żadnym wypadku nie jest tożsamy z kapitalizmem, sukcesy i osiągnięcia obu ruchów rewolu­ cyjnych nie będą dokonywać się na wyraźnie równoległych torach.”328 Biologia nie jest bezpośrednim sprawcą różnic psychicznych między kobietami i mężczyznami. Czy to oznacza, że zniesienie różnic między płciami w duchu feminizmu androginicznego (pominąwszy już problem, czy byłoby to pożądane) musi okazać się wobec tego czymś łatwym? Niekoniecznie. Zdolność do rodzenia dzieci, która właściwa jest tylko kobietom, może bowiem jednakowo w każdym społeczeństwie prowadzić do kształtowania się męskości i kobiecości w ich dotychczasowych kształtach. „Prawo ojca”, które wprowadzili synowie po ojcobójstwie i które zapocząt­ kowało pojawienie się cywilizacji, może być tej cywilizacji warunkiem, a to może oznaczać, że jej warunkiem okaże się także uzupełniający je kompleks kastracji i akceptacja swego niższego statusu przez kobiety. „To nie 326 Ibidem, s. 412. 327 Ibidem, s. 411. 328 Ibidem, s. 414.

DZIEJE FEMINIZMU

184

mężczyźni, lecz ojcowie mają moc determinującą — pisze Mitchell. — I jest to sprawa nie biologii, i nie jakiegoś określonego typu społeczeństwa, lecz społeczeństwa ludzkiego w ogóle”329. Jednie wiara autorki w socjalizm podpowiada jej nadzieję na zniesienie patriarchatu, a więc też wyzwolenie kobiet i mężczyzn od polaryzujących je typów płci kulturowej i psychicznej.

Kolejne próby rehabilitacji freudyzmu poprzez przetworzenie jego rzekomego czy faktycznego biologizmu na — jednak — socjologizm podjęły Dinnerstein i Chodorow. Oto krótkie prezentacje ich koncepcji. Dorothy Dinnerstein: The murtnaid and the minotaur

(Wyd. I Harper and Row Inc. 1976. Wyd. II pod zmienionym tytułem: The rocking of the cradle and the ruling of the world, The Women’s Press Ltd London 1987)

Nie feminizm inspirował autorkę, w 1974 roku profesora psychologii na uniwersytecie Rutgers —ten doścignął ją w drodze, kiedy pracowała nad tą książką już od dobrej dekady — lecz zatroskanie o życie na Ziemi, które z powodu rozwoju techniki i sposobu uprawiania polityki międzynarodowej stanęło przed groźbą unicestwienia330. Klucz do wyjścia ze śmiertelnego zagrożenia znalazła w tym, w czym i feminizm jest centralnie zainteresowa­ ny, choć z odrębnych powodów: w odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób „wyrwać się z istniejących uregulowań życia społecznego w płaszczyźnie płci, jak uwolnić się od spetryfikowanych, symbiotycznych wzorów dotąd dominujących w relacji między kobietami i mężczyznami”331. Te sprowa­ dzają się w istocie do ujętej w obu tytułach książki opozycji: kobiety „kołyszą kolebką”, a mężczyźni „rządzą światem”332, kobiety są „syreną”: symbolem głębiny, z której życie wprawdzie wyszło, ale w której żyć nie podobna — mężczyźni są „minotaurem”: nienasycenie żywiącym się ludźmi333. Niezależnie od wszelkich różnic między społeczeństwami w dziejach, powszechny był dotąd „fakt podstawowej odpowiedzialności kobiet za opiekę nad niemowlętami i małymi dziećmi”334. Autorka wielokrotnie w książce podkreśla, co różni ją od większości feministek, iż to rozdzielenie sfer życiowych na sferę domową i sferę publiczną, rodzące chore, tylko na poły ludzkie, spotworniałe osobniki, opiera się na „zgodnym współdziałaniu (collaboratiori) obu płci”335, kobiety są w tej sprawie wspólniczkami mężczyzn, nawet jeśli demonstrują swoje niezadowolenie. Obie najczęściej 329 330 331 332 333 334 335

Ibidem, s. 409. D. Dinnerstein The rocking of the cradle and the ruling of the world, London 1987, s- XX. Ibidem, s. 10—11. Ibidem, s. 8. Ibidem, s. 4. Ibidem. Ibidem, s. 5.

NOWY RUCH KOBIET

185

spotykane obecnie odpowiedzi na pytanie, „dlaczego ludzie bez oporów wchodzą w miejsca, jakie wyznacza im ten układ”336, uważa autorka za chybione. Nie mają racji ani konserwatyści, wedle których to rozdzielenie jest biologicznie wrodzone, „naturalne” — dziś wstydzą się mówić: „dane od Boga” — ani zwolenniczki szybkiej zmiany, wedle których jest to „narzucone siłą i/lub wyuczone”337. Nie hormony, nie anatomia, nie wrodzone potrzeby dzieci, ale też nie prawo, obyczaje, presja ekonomiczna, praktyki pedagogiczne wszystko to tłumaczą, choć te ostatnie utrwalają istniejący stan rzeczy. Zdaniem autorki obie strony szamoczą się tu z „problemami psycho­ logicznej natury wielkiej miary, które tkwią w samym centrum sytuacji naszego gatunku”338. Mężczyźni, rządząc światem, uciekają przez całe życie przed czymś, co w nich tkwi, przed tkwiącą w nich kobietą. Ta ucieczka zmusza ich do stałej, twórczej transgresji, transcendowania siebie — i jest obecnie źródłem śmiertelnego zagrożenia dla świata (to za Simone de Beauvoir)339. Zamienili świat w megamaszynę, gdyż tylko tak potrafią nim rządzić (to za Lewisem Mumfordem), przemieniając wszystko w to, co jest przewidywalne, uporządkowane, poddające się kontroli, kosztem tego, co żywe340. Kobiety odnoszą się do tego wprawdzie krytycznie, ale w swej absencji, w nieobecności w tworzeniu historii, prawda, że przez mężczyzn właściwie wymuszanej, mają swój interes. Po pierwsze, tchórzliwie chronią się przed odpowiedzialnością za świat, ku własnej wygodzie pozostawiając to wszystko mężczyznom. Ale jest w tym coś więcej i w odsłonięciu tego autorka upatruje podstawową tezę swej książki. „Prawo do życia w niezaangażowaniu (immunity life) daje kobietom nie tylko uwolnienie od ciężaru ryzyka i wysiłków w tworzeniu historii, ale i od uzasadnionych u twórców historii wewętrznych rozterek co do wartości tego wszystkiego, na tworzenie czego wydatkują w życiu wszystkie swe siły. Użytek, jaki obie płcie czynią z tego kobiecego immunitetu, ich wzajemne zainteresowanie w podtrzymywaniu go to coś, co wedle mnie stanowi samo chorobotwórcze jądro naszego ładu płciowego .”341* Autorka nie zgadza się z Margaret Mead, jakoby kobiety w rodzeniu dzieci zaspokajały potrzebę twórczości i wobec tego nie odczuwały już potrzeby twórczego angażowania się w świat. Kobiety po prostu pozo­ stawiają mężczyznom robienie tego, czego i one bardzo potrzebują: na arenie z napisem „Tylko dla mężczyzn” rozgrywa się „wynikające z wewnętrznej potrzeby publicznie wciąż powtarzane utwierdzanie się na przekór cielesnej śmiertelności.” W zamian mężczyźni pozostawiają kobietom inną funkcję, której i oni neurotycznie są spragnieni: mówienie poza areną — a to można 336 Ibidem, s. 6. 337 Ibidem, s. 7 338 Ibidem. 339 Ibidem, s. 213. 340 Ibidem, s. 217. 341 Ibidem, s. 213. Wagę tych stwierdzeń sama autorka podkreśla kursywą, spacja pochodzi ode mnie — K. Ś.

i86

DZIEJE FEMINIZMU

mówić tylko poza areną—że „jest w tym wszystkim, co mężczyźni robią, coś trywialnego, pustego, brzydkiego i smutnego.”342 W ten sposób obie strony są zadowolone, nawet kiedy udają niezadowolenie. Kobiecie przypada rola „lojalnej opozycji”, dworskiego błazna, którego docinki wspierają funk­ cjonowanie dworu. Kobieta „nie jest prawdziwym przeciwnikiem, lecz wyuczoną do domowej pracy służebnicą, chętnie poddającą się panowaniu władcy, którego wykpiwa.” Łzy kobiety, wylewane nad zagrożeniami dla życia rodzonymi poprzez męskie czyny, „nie mają prowadzić do odstręczenia mężczyzny od tego, co robi, przeciwnie, mają ułatwić kontynuowanie jego działań, albowiem to ona, kobieta, wyręcza go w jego płaczu, a on wyręcza ją w czynieniu dla niej tego, nad czym ona płacze.”343 I tak wychodzi na jaw, iż kobiety są wspólniczkami w czynieniu tego, co krytykują, mają w tym swój nie tylko „jasny, lecz i ciemny” interes344. Wobec tego mają swój interes w podtrzymywaniu samej polaryzacji na dwie płcie kulturowe, która okazuje się teraz śmiertelnie groźna dla ludzkości. Czy istnieje wyjście poza płciową biegunowość? Odpowiedź zależy od tego, jak tłumaczy się genezę tej dychotomii. Wiemy już, że autorka odrzuca zarówno biologizm, jak i radykalny socjologizm i w słynnym sporze znanym jako nature-nurture controversy nie opowiada się ani za wyłączną rolą natury, ani wychowania. Źródła bipolarności płciowej doszukuje się w jednej, uniwersalnej dotąd w dziejach instytucji: w tym, że dzieci wychowują wyłącznie kobiety. U podstaw tej instytucji tkwi niewątpliwie biologia, ale jej natura jest społeczna. I, jak zobaczymy, istniejące rozwiązanie, choć wydaje się „naturalne”, nie jest jedynym możliwym. Obecnie ludzkość dojrzała — ale dopiero teraz — do wprowadzenia zasadniczej zmiany: wzajemnego dzielenia obowiązków przez obie płcie w domu i w sferze publicznej. Pierwotnie zajmowanie się kobiet dziećmi wypływało z faktu, iż je stale, jedno za drugim, rodziły, były więc prawie nieustannie w ciąży, karmiąc równocześnie piersią ostatnie najmłodsze. Dlatego początkowo nie kobiety tworzyły historię345, choć z drugiej strony autorka nie zapomina o ich prawdopodobnym autorstwie bardzo wielu wynalazków, a także zapewne języka. Ale dlaczego stan taki utrzymał się i utrzymuje nadal? Odpowiedź przytoczyliśmy wyżej: dlatego, że obie płcie, każda po swojemu, na tym korzystają. Jakie skutki powoduje to, że dzieci od urodzenia mają do czynienia prawie wyłącznie z kobietą lub kobietami jako opiekunkami i wychowawczyniami? Autorka poświęca analizom w duchu freudyzmu pięć rozdziałów. Ujmując rzecz krótko: kobieta jest dla dziecka początkiem wszelkich doznań, na niej ześrodkowuje się u dziecka doznanie „uzależnie­ nia od zasadniczo nie podlegającego kontroli zewnętrznego źródła dobra”, okazuje się wprawdzie pierwotnym źródłem przyjemności, ale też arbitral­ 343 343 344 345

Ibidem, s. 214. Ibidem, s. 226. Ibidem, s. 227. Ibidem, s. 21.

NOWY RUCH KOBIET

I«?

nym jej dawcą. Córki uczą się od matek swej przyszłej roli bezpośrednio, synowie uczą się podwójnego standardu płciowego: mężczyzna może zawsze wyjść i zająć się światem, kobieta musi czekać na mężczyznę, być gotowa do usług. Kobieta kojarzy się z cielesnością, gdyż taki jest charakter kontaktów niemowlęcia z matką, wobec czego męskość będzie się kojarzyła z osiąg­ nięciami duchowymi. Mężczyzna bierze rewanż na świecie za deprywacje dzieciństwa. „Męskie rządy nad światem — podsumowuje autorka — [...] mają swe emocjonalne zakorzenienie w kobiecych rządach we wczesnym dzieciństwie”346. Fakt, że to tylko kobiety, tworząc ruch feministyczny, podejmują problem zmiany spolaryzowanego ładu płciowego, tłumaczy się tym, że — choć owa polaryzacja odbija się szkodliwie na obu płciach, czyniąc każdą z nich „niepełną” — tylko kobiety mogą przyznać się do tego okaleczenia. Mężczyźni, jeśli mają sprawnie funkcjonować, muszą nieustan­ nie dowodzić swej „zupełności” czy pełni. Kobiety widzą, że obie płcie są jakoś okaleczone, mężczyźni — że tylko kobiety. Dlatego inicjatywa przemian wychodzi wyłącznie od kobiet. Obie płcie jednakowo obdarzone są potencjałem twórczym, ale tylko kobiety są zupełnie pozbawione możliwo­ ści jego wykorzystania. Mężczyźni go wykorzystują, aczkolwiek w neuro­ tyczny sposób347. Fakt, że męski sposób tworzenia dziejów doprowadził ludzkość na próg zagłady, byłby zwiastunem tragedii, gdyby nie szczęśliwa okoliczność — skądinąd szczęśliwa także dla łaknących zniesienia podziału ról płciowych kobiet — że równocześnie ludzkość rozwinęła środki techniczne i or­ ganizacyjne, które czynią dotychczasowy sposób funkcjonowania płci — zwłaszcza scedowane na kobiety wychowywanie dzieci — czymś już zbędnym, „przestarzałym”348. Ostatecznym remedium i na katastrofę świata, i na nieukontentowanie kobiet ma się okazać wedle autorki „równe zaangażowanie się obojga rodziców od samego początku w funkcje rodziciel­ skie” (tzw. shared early parenthood') oraz podobnie wspólne dzielenie się zadaniami w sferze publicznej. „Są już dostępne niezbędne warunki techniczne: praktycznie jest możliwe uczynienie rodzicielstwa kwestią wyboru, można na tyle elastycznie urządzić konkretne warunki pracy dorosłych, żeby kobiety i mężczyźni mogli w równym stopniu uczestniczyć zarówno w życiu domowym, jak i publicznym.”349. Dlaczego równe dzielenie się funkcjami rodzicielskimi jest takie ważne? Dotąd, wyrastając z dzieciństwa, winą za nasze ograniczenia i niepowodzenia obarczaliśmy zawsze matkę, a następnie przenosiliśmy to obwinienie na całą jej płeć, na wszystkie kobiety, czyniąc z płci żeńskiej kozła ofiarnego. „Kobiety chcą przestać wreszcie służyć za kozła ofiarnego (i sobie, i mężczyznom, i dzieciom) [...]”. Jest nadzieja, że równy udział mężczyzn w funkcjach rodzicielskich spowoduje, iż dziecko przestanie przypisywać winę za 346 347 348 34,1

Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem,

s. s. s. s.

200. 216—217. 6. 256.

i88

DZIEJE FEMINIZMU

wszelkie niepowodzenia i przykre doznania jedynie matkom i ich płci, kobietom350. Jedno jest pewne — sądzi autorka — że „działanie ręka w rękę mężczyzn i kobiet, mające na celu podtrzymywanie historii w jej szaleństwie, nie jest już dalej możliwe”351. Chorą ludzkość trzeba leczyć poprzez zaaplikowanie jej takich lekarstw-programów jak: ochrona przyrody, położenie kresu wojnom, wytworzenie pozytywnych emocji w stosunku do ciała, połączenie pracy z rozrywką, pogodzenie racjonalności z emocjonalnością itp. To przy obecnym ładzie płciowym nie jest możliwe. Ale „nasz symbiotyczny ład płciowy” musi upaść, a wraz z nim „załamie się cała reszta naszego porządku”352. Może powstaną dzięki temu „nowi ludzie”?353 Czy taki będzie skutek, tego autorka nie wie, ale lepszego wyjścia nie ma.

Niezależnie od motywów rozważań autorki, która, jak zaznacza na wstępie, nie kierowała się pobudkami charakterystycznymi dla feminizmu, jej książka odegrała doniosłą rolę w dalszym kształtowaniu się idei feministycznych. Zwraca uwagę prezentowanie różnicy między płciami jako bardzo trwałej i wyraziście zakreślonej, połączone jednak z odrzuceniem biologizmu, a z dru­ giej strony także płytkiego socjologizmu sprowadzającego wszystko do wy­ uczenia i wymuszenia ról płciowych. Biologia prowadzi przez wieki do — nieuchronnego z przyczyn społecznych — rozwiązania problemu opieki nad dziećmi w jeden tylko sposób, co z kolei wywołuje jednoznaczną dywersyfika­ cję psychologiczną obu płci. Zobaczmy teraz, jak do tej sprawy podeszła druga autorka, potraktowana obok Dinnerstein jako równie wielki autorytet w tej sprawie. Nancy Chodorow: The reproduction of mothering. Psychoanalysis and the sociology of gender

University of California Press, Berkeley—Los Angeles—London 1978 Jak to wyraża podtytuł pracy, autorkę interesuje mechanizm tworzenia się gender, płci psychicznej i kulturowej, rozpatrywany socjologicznie, jako instytucja społeczna, przy czym z góry zapowiada, iż poszukując przesłanek psychologicznych oprze się na psychoanalizie. Tytuł główny zdradza zaś przeświadczenie autorki, iż klucza do rozwiązania zagadki szukać należy w reprodukowaniu funkcji określonej nazwą mothering, którą po polsku oddaję za pomocą jej nieco potocznego odpowiednika „matkowanie”. Podobnie jak Dinnerstein, choć obie prace powstały równolegle i zbież­ ność rozwiązań nie wynika z wzajemnego wpływu, Nancy Chodorow 350 351 352 353

Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem,

s. s. s. s.

234. 100. 277. 256.

NOWY RUCH KOBIET

I89

— w odróżnieniu od Dinnerstein podkreślająca swe feministyczne zaan­ gażowanie354 — uznaje oba dotąd najczęściej występujące stanowiska za błędne lub niewystarczające. Biologizm (odwołanie się do „natury”) dostarcza rozwiązań pozornych, gdyż jeśli odwołuje się do rzekomego instynktu macierzyńskiego, to po prostu obraca się w błędnym kole, skoro jedynym dowodem na istnienie tego instynktu są właśnie zachowania, których występowanie ten instynkt ma tłumaczyć. Jakoś w innych wypad­ kach socjolodzy skłonni są pokazywać wielką elastyczność społecznej odpowiedzi na czynniki biologiczne, a w tym wypadku „matkowanie” kobiet uważają za jedyne, jakoś „naturalne” rozwiązanie355. Sama autorka na bogatym materiale naukowym pokazuje, że brak przesłanek, aby przyjąć za dowiedzione działanie instynktu albo hormonów. Jeśli zaś biologizm występuje w wersji „bioewolucyjnej”, w istocie funkcjonalistyczno-ewolucyjnej, to także chybia celu, gdyż matkowanie przestało być dziś niezbęd­ nym rozwiązaniem356, a jednak nadal trwa — od wieków — niezmiennie. Jak pisze autorka na wstępie, „matkowanie kobiet jest jednym z niewielu uniwersalnych i uporczywie utrzymujących się elementów w płciowym podziale pracy”357. Biologia sama tu niczego nie tłumaczy, ponieważ matkowanie to już forma społeczna, to społeczna odpowiedź na wymagania biologiczne: „To, że kobietom przypada rozległa i prawie wyłączna rola matkowania, jest wytworem procesu przełożenia ich zdolności do rodzenia dzieci i do laktacji na język społecznych i kulturowych zachowań. Nie jest to zagwarantowane w samych tych zdolnościach, ani z nich samych nie wynika.”358 Socjologizm z kolei (czyli powoływanie się na trening do pełnienia określonych ról) sam nie wystarcza za wyjaśnienie. A jest niezmiernie popularny wśród feministek i wśród psychologów społecznych i kognitywnych. Twierdzi się tu, iż dzieci są świadomie odmiennie socjalizowane i same świadomie przyjmują odmienne role płciowe, kiedy tylko zidentyfikują się ze swoją płcią. „Utrzymuje się, iż matkowanie kobiet, podobnie jak inne aspekty aktywności przypisane każdej płci z osobna, jest wytworem treningu do ról kobiecych i utożsamienia się z tymi rolami. Uczy się dziewczynki być matkami, trenuje się je do aktywności opiekuńczo-wychowawczej (nurturance), wpaja się im, że mają być matkami. Zawija się je w różowe kołderki, daje lalki do zabawy, wyrywa z rąk samochodziki brata, naucza, że bycie dziewczynką nie jest tak dobre jak bycie chłopcem, nie pozwala im się brudzić, zniechęca do osiągnięć w szkole i w efekcie dziewczynki stają się matkami. Zarzuca się je dosłownie od wczesnego dzieciństwa aż po wiek dorosły książkami, magazynami, reklamami, kursami szkolnymi i programami telewizyjnymi, które propagują pronatalistyczne i promacierzyńskie stereotypy płciowe. »Identyfikują« się z własnymi 354 N. Chodorow Thè reproduction of mothering. Psychoanalysis and the sociology oj gender, Berkeley 1978, s. 7. 355 Ibidem, s. 14. 356 Ibidem, s. 28. 357 Ibidem, s. 3. 358 Ibidem, s. 30.

190

DZIEJE FEMINIZMU

matkami w miarę dorastania i to utożsamienie wytwarza dziewczynę jako matkę. [...] Wszystkie te poglądy opierają się na założeniu, że matkowanie kobiet jest wytworem behawioralnego konformizmu i indywidualnej inten­ cji.”359 Otóż, zdaniem autorki, ta szkoła myślenia pozwala zdać sprawę z przyuczenia ludzi do wykonywania pewnych czynności związanych z rolą — i o tyle jest trafna. W przypadku matkowania można nauczyć obsługi potrzeb fizycznych niemowlęcia, jak karmienie i pielęgnowanie. Ale dziecko potrzebuje czegoś więcej niż taka obsługa — i otrzymuje to. Potrzebuje mianowicie „więzi uczuciowej i wieloaspektowego, trwałego, wszechobejmującego osobistego związku” z kimś, niekoniecznie zresztą z matką czy w ogóle kobietą. Tego nauczyć nie można treningiem behawioralnym, np. dając do zabawy lalki, a nie samochodziki, i przykazując dziewczynce, że ma być matką. Ona „musi mieć w jakimś stopniu zdolność i rozumienie samej siebie jako matki, naja&wnś podświadomym czy świadomym poziomie”. Np. czarne niewolnice pełniące przecież pod przymusem rolę nianiek były wspaniałymi matkami, autentycznie związanymi uczuciowo z dziećmi, nie tylko wiedziały, co się robi pielęgnując dzieci, i to robiły, ale w dodatku okazywały im autentyczne uczucia macierzyńskie. Jak zatem widać, trening do pełnienia ról nie jest koncepcją błędną, ale w tym wypadku nie wystarcza360. Musi istnieć wytłumaczenie, dlaczego kobiety nie tylko wiedzą, jak matkować, ale chcą tego. Odpowiedzi należy szukać w ich osobowości, w tym wypadku: w ich kobiecej osobowości, w ich kobiecości. A osobowość nie kształtuje się na drodze zwyczajnego treningu, warunkowania, jest wynikiem złożonego procesu psychologicznego dokonującego się — co pokazuje psychoanaliza — w rodzinie. Stąd autorka szuka odpowiedzi psychologicznej, ale nie wyrwanej z kontekstu socjologicznego. Owszem, to w rodzinie tworzą się osobowości zarówno kobiet, jak i mężczyzn, ale to, że kształtują się one tak, a nie inaczej, tłumaczy się dopiero zapotrzebowaniem całego systemu społecznego, na które rodzina odpowiada. Za Parsonsem autorka przypomina, iż rodzina kształtuje takie osobowości, jakie potem znajdują gratyfikację w rolach odpowiednio dla tych ludzi przewidywa­ nych361. Skoro w rodzinach rolę tę pełnią prawie wyłącznie kobiety, musi to nie być przypadkowe. Rodziny funkcjonują w ramach globalnego społecznego systemu or­ ganizacji zachowań płciowych (the social organization of gender), swego rodzaju społecznego podziału pracy wedle płci, analogicznego do marksis­ towskiej kategorii „sposobu produkcji” — tu autorka odwołuje się z ap­ robatą do przyjętego przez Gayle Rubin na tej właśnie zasadzie pojęcia „the sex-gender system”362. Ów płciowy podział pracy wygląda tak, iż — tu 35’ Ibidem, s. 31. 360 Ibidem, s. 33. 361 Ibidem, s. 36—37. 362 Ibidem, s. 8—9. Chodzi o artykuł G. Rubin The traffic in women. Notes on the Political economy of sex (Zob. np. w: R. R. Reiter [red.] Toward an anthropology of women, New York 1975).

NOWY RUCH KOBIET

I9I

następuje powołanie na Michelle Rosaldo i Sherry Ortner363 — we wszystkich społeczeństwach istnieją „domowe (domestic') i publiczne (public) aspekty organizacji życia społecznego”364. Sfera domowa ma być uwarun­ kowana naturalnie i biologicznie (matka plus dzieci), sfera publiczna (pierwotna lokacja mężczyzn w społeczeństwie) jest ufundowana normatyw­ nie i utożsamiana ze społeczeństwem i kulturą. Reguły pokrewieństwa organizujące sferę domową są tak skonstruowane, iż oddają w ręce mężczyzn kontrolę nad grupami domowymi, wskutek czego mężczyźni dominują nad systemem krewniaczym. W rezultacie „od strony kulturowej i politycznej sfera publiczna dominuje nad sferą domową, a stąd też mężczyźni dominują nad kobietami”365. I to w takim społeczeństwie (feministki nazwą je patriarchatem) funkcjonuje rodzina, w której dokonuje się kształtowanie osobowości dzieci obojga płci. Skoro sfera publiczna jest domeną mężczyzn, to odpowiednio do tego przebiega proces matkowania. „Matkowanie przez kobiety wyzna­ cza pierwotną lokację kobiet w sferze domowej i stwarza podstawę do strukturalnego zróżnicowania na sfery domową i publiczną”366. Dokonuje się tutaj cykliczna reprodukcja matkowania, która stanowi ,,centralny i konstytutywny element w społecznej organizacji i reprodukcji systemu płciowego”367. Wygląda to tak: „Kobiety jako matki tworzą córki wyposażo­ ne w zdolności do matkowania i w pragnienie matkowania. Te zdolności i potrzeby są wbudowane w samą relację matka-córka i wyrastają z niej. Na mocy kontrastu kobiety jako matki (i mężczyźni jako nie-matki) tworzą synów, których zdolności wychowawczo-opiekuńcze są systematycznie powstrzymywane w rozwoju i tłumione. To przygotowuje mężczyzn do ich przyszłej, znacznie mniej afektywnej roli w rodzinie i do pełniącego u nich pierwszoplanową rolę uczestnictwa w nieosobowym, pozarodzinnym świę­ cie pracy i życia publicznego. Płciowy i rodzinny podział pracy, w którym kobiety matkują i są bardziej niż mężczyźni zaangażowane w związki interpresonalne i afektywne, wytwarza w córkach i synach podział zdolności psychicznych, który prowadzi ich do reprodukowania tegoż płciowego i rodzinnego podziału pracy.”368 Autorce bardzo zależy, aby nie mylić prezentowanego w książce stanowiska z biologizmem, albowiem od strony rezultatu tych dociekań kobiecość, tu utożsamiana prawie z macierzyńskością, okazuje się bardzo trwałym, uniwersalno-dziejowym elementem — podobnie jak na gruncie biologizmu. Odrzucając biologizm, broni zarazem — podobnie jak to czyniła Mitchell — Freuda przed stawianym mu przez feministki zarzutem 363 Zob. M. Z. Rosaldo, L. Lamphere (red.) Woman, culture and society, Stanford, California. 1974. Artykuł Ortner znajduje się w antologii pod red. T. Hołówki Nikt nie rodzi się kobietą, Warszawa 1982. 364 N. Chodorow The reproduction of mothering, op. cit., s. 9. 365 Ibidem, s. 10. 366 Ibidem. 367 Ibidem, s. 7. 368 Ibidem.

192

DZIEJE FEMINIZMU

biologizmu. Teza „anatomia jest przeznaczeniem” miała mieć, jej zdaniem, sens funkcjonalistyczny, a nie biologistyczny, tzn. Freud chciał wskazać na to, iż ze względu na społeczną potrzebę reprodukcji i na anatomiczne przeznaczenie kobiet do roli rodzenia społeczeństwo nieuchronnie skazuje kobiety także na matkowanie i na przyjmowanie osobowości przystosowanej do tej roli369. To zdradza już intencje końcowe autorki. Tak jak jest, być wszak nie musi. Dlaczego jednak, choć już być nie musi, być też nie powinno? Tu autorka jakby entymematycznie zakłada feministyczne argumenty na rzecz udostępnienia obu płciom jednakowych szans rozwijania pełnej osobowości. W książce pokazuje tylko skutki, jakie pociąga za sobą system matkowania wyłącznie przez kobiety. Oto dziewczęta określają siebie jako „w sposób ciągły przechodzące w innych”, gdy tymczasem chłopcy jako „bardziej wyodrębnieni i osobni”. „U kobiety podstawowe jej odczucie samej siebie wiąże ją ze światem, męskie odczucie tożsamości czyni jaźń czymś odręb­ nym”370. Dziewczyna dorośleje płynnie, pozostając w pierwotnych, matczy­ nych wzorach, chłopak zaś dorośleje dramatycznie, zmuszony odciąć się od jedynego, znanego mu pierwotnie, matczynego wzoru371. Szczególnie negatywnie na rozwoju chłopca odbija się współczesna sytuacja w rodzinie, w której mamy do czynienia z „permanentną nieobecnością ojca” (gdyż dawniej, choć ojcowie także nie zajmowali się matkowaniem, to jednak jako wzór byli w domu stale dostępni, prowadząc np. na miejscu gospodarstwo czy warsztat; dziś znikają o świcie i wracają późnym wieczorem lub po kilku dniach podróży służbowej). „W naszym społeczeństwie matka dziewczynki jest jej dana, obecna, w sposób, w jaki ojciec chłopca, i inni mężczyźni, nie są chłopcu dani, są nieobecni.”372. Stąd chłopcy uczą się przez kontrasto­ wanie, odcinanie się od osoby, z którą mają żywy kontakt, a nie przez przejmowanie od niej wzoru, jak to ma miejsce u dziewcząt. Zmuszeni są świadomie szukać wzoru gdzie indziej i znajdują go w obrazach kulturo­ wych, a nie w żywych, współobecnych ludziach. Identyfikują się ze stereotypami kulturowymi (w telewizji itd.), często na drodze fantazjowa­ 369 W późniejszej pracy, po latach, rozwija tę myśl jeszcze dobitniej. Wedle niej Freud uważał przecież, że „nie istnieje wrodzona kobiecość ani męskość. Jesteśmy potencjalnie biseksualni, aktywni lub bierni, polimorficznie perwersyjni, a nie po prostu genitalni. [...] Kobieta jest tworzona, a nie rodzona, uczy nas Freud”, powiada autorka (zob. N. J. Chodorow Feminism and psychoanalytic theory, New Haven 1989, rozdział: Feminism, femininity and Freud, s.168). Tyle że Freud, nie będąc biologistą, był jednak historycznie uwarunkowanym seksistą, więc nawet przez moment nie pomyślał o tym, że matkowaniem mogliby zająć się także mężczyźni. Dlatego ze względu na anatomię (kobiecą), a dla dobra społecznego prokreacji skazał kobiety na ich „kobiecość”. „Freud mówi nam, w jaki sposób natura staje się kulturą i jak ta kultura zaczyna sprawiać wrażenie i być doświadczana jako »druga natura«, wydaje się naturalna.” (Ibidem, s. 176). 370 N. Chodorow The reproduction of mothering, op. cit., s. 169. 371 Ibidem, s. 173—174. Po latach autorka pisze wyraźnie, iż wskutek matkowania przez matki kobiety uzyskują „sens własnego ja zachowujący ciągłość z innymi (continuous with others')”, zaś mężczyźni „ja oparte bardziej na odrzuceniu łączności i powiązań (denial of relation and connection), z czego wynika potem ich segregacyjny, naukowy obiektywizm i techniczna racjonalność” (zob. N. J. Chodorow Feminism and psychoanalytic theory, op. cit., s. 184—185). 372 N. Chodorow The reproduction of mothering, op. cit., s. 175.

NOWY RUCH KOBIET

193

nia, a nie — jak dziewczęta — z żywymi modelami. To sprawia, iż identyfikacja męska to „identyfikacja z rolą płciową”, gdy u dziewcząt jest to identyfikacja „głównie rodzicielska” i prowadzi z kolei do trudności z pełnym wyodrębnieniem się jako jednostki373. Taki stan rzeczy jest dobrze zsynchronizowany z potrzebami ist­ niejącego systemu społecznego, opartego na rozdzieleniu sfery domowej i sfery publicznej i na dominującej roli mężczyzn w świecie {sex-gender system). Nawet wkroczenie dziś kobiet i mężczyzn wzajemnie do obu sfer niewiele zmieniło, gdyż funkcjonują w nich stosownie do swych dotych­ czasowych osobowości374. Zdaniem autorki powinno się to koniecznie zmienić. Receptą ma być equal parenting, równe uczestniczenie matek i ojców w matkowaniu. Właśnie tak, w matkowaniu! Nie o to bowiem tylko chodzi, aby ojcowie dostarczali chłopcom żywego wzoru mężczyzny przebywając więcej w domu. Dopiero ich autentyczne uczestnictwo w pielęgnowaniu dzieci, opiekowaniu się nimi i ich wychowywaniu może otworzyć na zmiany cały dotychczasowy system375. Jest to już obecnie możliwe, gdyż inne funkcje rodziny (ekono­ miczna, nie kończąca się prokreacja) i tak w wielkim stopniu odeszły w przeszłość376. Ale opory są ogromne. Autorka ma nadzieję, że napięcia, jakie rodzi uczestnictwo kobiet w pracy i w ogóle w sferze publicznej, wymuszą także — symetrycznie — pojawienie się ojców w życiu rodzinnym.

Obok koncepcji, które odmienność psychospołeczną płci wyjaśniają na grun­ cie wyraźnie psychoanalitycznie zinterpretowanej socjogenezy, pojawiają się też mniej jasne ujęcia socjogenetyczne, wyprowadzające z macierzyństwa kompleks cech „kobiecości” jako coś trwałego. Wrodzona jest wprawdzie tylko zdolność rodzenia, a nie takie cechy, jak opiekuńczość, kooperatywność itd., ale na gruncie życia społecznego, każdego życia społecznego, macierzyństwo ma prowadzić nieuchronnie do ukształtowania się u kobiet owych kobiecych cech. Ma do nich nieuchronnie prowadzić psychiczna więź matki z dzieckiem, a właściwie już z płodem, a także obciążanie matek troską o dzieci, ujmowane tu nie jako werdykt li tylko kulturowy, ale jako — jakoś — nieuchronny mechanizm społeczny. Ostatecznie pojawia się tu takie samo jak w przypadku biologizmu przeświadczenie o trwałym charakterze „kobiecości”, choć tej trwałości nie ugruntowuje się w trudnej do udowodnienia „wrodzoności”. Mimo wszystko stwarza to jednak pewną różnicę: zostaje otwarte pole dla ewentualnych spekulacji na temat tego, jaki wpływ mógłby wywrzeć zupełnie jakoś zmieniony sposób życia społecznego na uwolnienie się — ale po co?! —od owej odwiecznej kobiecości. Również przed mężczyznami otwiera się szansa na 373 Ibidem, s. 176—177. 374 Ibidem, s. 190. 375 Ibidem, s. 218. Za włączeniem ojców do procesu matkowania opowiada się także Nancy Friday, autorka bardzo poczytnej wówczas książki (N. Friday: My Mother/My Self-, I wyd. w USA w 1977 roku, potem dalsze także w innych krajach). 376 N. Chodorow The reproduction of mothering, op. cit., s. 6. 7 — Feminizm

194

DZIEJE FEMINIZMU

ewentualne wyzwolenie od tak uciążliwej społecznie „męskości”. Bywają też deklaracje o jakiejś bliżej nie wyjaśnionej trwałej różnicy w sferze kulturowej. Płeć kulturowa (gender'), choć określana w obrębie kultur, ma cechować się jednak — wbrew nadziejom zwolenniczek androginii — uporczywą trwałością w samym swoim jądrze, ma być czymś fundamentalnym dla kultury w ogóle, niezależnie od jej historycznej postaci. Choć zatem gender to nie to samo co sex, to jednak płci biologicznej towarzyszy nieuchronnie, w każdej kulturze, pewne trwałe jądro płci psychicznej i może społeczno-behawioralnej, tak iż znika w ogóle nadzieja — jeśli ktoś takiej potrzebował? — na dekonstrukcję płci psychicznej i kulturowej. „Kobiecość” w sensie psychicznym ma trwałe, niezmienne jądro, podobnie „męskość”. Natomiast w historii, w różnych kulturach, występują ich różne warianty. Jądro kobiecości jest generalnie dobre, natomiast historyczne jej postacie były dotąd zdeformowane w warun­ kach życia w patriarchacie. Dopiero po uwolnieniu się od mężczyzn kobiecość uzyska swój czysty kształt, autonomicznie rozwinięty we wszystkich szlachet­ nych potencjach. Co do męskości, to jedno jest pewne: jej historyczne postacie odpowiedzialne są za całe pasmo udręk ludzkości. Jeśli źródło zła tkwi w samym jądrze męskiej psychiki, to wynika z tego, iż żadne oczyszczanie i autonomiczne rozwijanie tej esencji nie przyniesie społecznie korzystnych rezultatów. Niemniej wypowiedzi feministek separatystycznych na temat przyszłości mężczyzn pozostają nader mętne i raczej niefrasobliwe. Odnosi się to także do Mary Dały, fundatorki filozoficznej antropologii kobiecości. Mary Dały zaczęła swoją aktywność literacką od The church and the second sex, krytyki religii i kościoła napisanej jeszcze z pozycji feminizmu liberal­ nego377. Z wykształcenia teolog i filozof, była osobą bardzo kompetentną, aby kontynuować dzieło poprzedniczek jeszcze z ubiegłego wieku, które „napisały na nowo” Biblię3™. Betty Friedan z wielkim uznaniem wspomina swe wspólne wystąpienie z Mary Dały w 1970 roku, kiedy w niedzielę poprzedzającą demonstracje w pięćdziesiątą rocznicę uzyskania prawa głosu przez Amery­ kanki wystąpiły razem w Bostonie, omawiając dyskryminację kobiet w kościele. Zamiast dotychczasowego pytania „Czy Bóg umarł?” wysunęły nowe, bardziej aktualne pytanie: „Czy Bóg jest mężczyzną?”379 Sama Dały po latach odnosi się do tej pozycji (i swej ówczesnej postawy) z chłodną rezerwą, gdyż w następnych kilku książkach, tworzących zwartą sekwencję, które przyniosły jej sławę pierwszej wielkiej feministycznej filozofki, przechodzi na klasycznie wyar­ tykułowaną pozycję feminizmu radykalnego, separatystycznego i kulturowego zarazem. Na jej przykładzie widać całą trudność w rozdzielaniu tych orientacji. Jest raczej tak, iż feminizm kulturowy w jej wydaniu (czego już nie można powiedzieć o nurcie nawiązującym do postmodernizmu francuskiego) jest ideową nadbudową dla feminizmu radykalnego. Poniżej rekonstruujemy projekt filozoficzny Mary Dały, traktując dwie kolejne pozycje jako rozdziały jednej pracy, co i ona sama sugeruje w kolejnym, autobiograficznym tomie 377 Zob. cytowane fragmenty w „Dokumentacji” do rozdziału o feminizmie liberalnym. 378 Zob. str. 60. 379 Zob. B. Friedan Zr changed my life. Writings on the Women’s Movement, New York 1976.

NOWY RUCH KOBIET

195

Outercourse3S0. Obie pozycje — Poza Boga Ojca i Gin/Ekologia — układają się w pewną całość, choć druga nie jest prostym, uzupełniającym rozwinięciem pierwszej, lecz wyborem jednej z kilku możliwych dróg kontynuacji. Jak ujmuje to autorka w Outercourse, wszystko co pisze, to wkraczanie w kolejne kręgi nieustającej wędrówki. „Nie jestem rzeczownikiem, jestem czasowni­ kiem”, mówi sama o sobie380 381. W tym sensie także kolejny tom Czysta żądza (Pure lust), oznacza wyjście poza Gin/Ekologię, jest to jednak dzieło napisane w konwencji bardzo już poetyckiej, trudno uchwytne dyskursywnie, toteż rezygnuję z jego całościowej prezentacji, natomiast wybrane cytaty pojawiają się w części dokumentującej feminizm kulturowy. Mary Daly: Beyond God the Father. Toward a philosophy of Women’s Liberation

Beacon Press, Boston 1973

Autorka zaczyna od ustaleń stanu faktycznego i jego mechanizmów (przy­ czyn), w większości oczywistych dla feminizmu radykalnego. Istnieje „»planetarny system kast płciowych« [...], zasadniczo taki sam niezależnie od tego, czy ktoś żyje w Arabii Saudyjskiej, czy w Szwecji.” Do kast jest się przypisanym przez urodzenie. Obie kasty nie funkcjonują obok siebie, lecz tworzą hierarchię, tak że ich członkowie „mają nierówny dostęp do dóbr, usług, prestiżu, warunków wpływających na poczucie zadowolenia cieles­ nego i duchowego”. System kastowy jest „eksploatatorski”. Nie dzieje się to bez przyzwolenia kasty wyzyskiwanej. Jej zgodę uzyskuje się poprzez „socjalizację ukierunkowującą na role płciowe”, która rozpoczyna się od momentu urodzenia, a nad jej przebiegiem czuwają „rodzice, przyjaciele, nauczyciele, autorzy i ilustratorzy podręczników, zawiadujący mediami, producenci zabawek i ubrań, specjaliści, jak lekarze i psycholodzy”. Utwierdzają oni „przeświadczenia, postawy, stereotypy, obyczaje i układy” służebne wobec systemu. Niższość statusu kastowego kobiet maskowana jest przez „segregację ról płciowych”, bardziej subtelną niż segregacja przestrzenna (jak w gettach), tak iż kobiety ulegają złudzeniu bycia równymi choć różnymi. Kastowość maskuje też derywatywny status społeczny kobiet, spływający na nie poprzez związki osobiste z mężczyznami. Kobiety mają zatem podwójny status społeczny i niestety, ten derywatywny — który mają np. jako córki czy żony — przeciwstawia je często innym kobietom i zachęca do identyfikowania się „z instytucjami patriarchalnymi, służącymi inte­ resom mężczyzn kosztem kobiet”. Całość umacniają, maskując strukturę kastową, „ideologie, które wyposażają kobiety i mężczyzn w fałszywą 380 M. Daly Outercourse. The be-dazzling voyage. Containing recollections from my Logbook of a radicalfeministphilosophy (Be-ing an account of my time Ispace travels and ideas — then, again, now, and how), Boston 1992. 381 W przedmowie z 1991 roku — zob. M. Daly Gyn ¡Ecology. The metaethics of radical feminizm. With new intergalactic introduction by the author, London 1991, s. XXXI.

196

DZIEJE FEMINIZMU

tożsamość”. Szczególną rolę w tym zakresie odgrywała i odgrywa „patriarchalna religia”, podtrzymująca te iluzje, określając ów porządek mianem „naturalnego” i przypieczętowując go nadprzyrodzonym błogosławień­ stwem jako „zgodny z planem bożym”. Szczególnie skuteczne jest wpajanie kobietom przekonania o spełnianiu się ich „powołania, kiedy stają się matkami”. Sumując, „cały system pojęciowy teologii i etyki, ukształtowany w warunkach patriarchatu, był i jest wytworem mężczyzn i służy w zasadzie interesom seksistowskiego społeczeństwa”. Psychiatrzy i psycholodzy dołą­ czają do tego chóru jako rodzaj współczesnego świeckiego kościoła, okreś­ lając wszystkie antyseksistowsko zachowujące się osoby mianem „chora”, „neurotyczna” czy np. „niekobieca”382. Od niedawna dzieje się jednak coś niezwykłego. Postępuje „łączenie się kobiet ścisłą więzią we wspólnotę siostrzaną, siostrzeństwo (sisterhooćP)., której celem jest wyzwoleni e383. Tego siostrzeństwa nie należy mylić ze zwykłym skupianiem się kobiet, do którego dochodzi czasem w ramach istniejącego systemu, a które stanowi wówczas coś w rodzaju „podporząd­ kowanego (mężczyznom) minibraterstwa” (jak np. żeńskie klasztory). Siostrzeństwo to „autentyczny związek (bonding} kobiet na wielką skalę, którego celem jest nasze wyzwolenie”384. W ramach siostrzeństwa dokonuje się proces ginizacji (becoming of woman), który „jest fenomenem kontrkulturowym par excellence i może wytyczyć przyszły bieg ludzkiej ewolucji duchowej”38S. Siostrzeństwo ma do spełnienia szczególne zadanie transcen­ dencji planetarnego systemu seksizmu. Innej drogi wyzwolenia nie ma, wszystko, co w tym świecie istnieje, systemy symboliczne i aparaty pojęciowe są wytworami mężczyzn, nie nadającymi się do wyrażenia kobiecego doświadczenia, nawet je fałszującymi. W tym systemie kobiety są nie tylko wyzyskiwane, ale w dodatku pozbawione mowy, nieme, i po­ zbawione własnego widzenia, ślepe386387 . Potrzebne jest rewolucyjne wyjście 388 poza te granice, fundamentalna rewolucja w świadomości. „[...] rewolucja kobiet, o ile pozostaje wierna swej esencjalnej dynamice, jest ontologiczną rewolucją duchową, wyprowadzającą poza idolatrie seksistowskiego społe­ czeństwa i rozpalającą kreatywne działania wiodące przez transcendencję ku transcendencji.” Dokonuje się ginizacja, która „prowadzi do uniwersalnej antropizacji {universal human becoming}”337. W tym procesie „stawką jest rzeczywisty skok w ludzkiej ewolucji, zainicjowany przez kobiety. Podstawą twórczej nadziei jest tutaj intuicja bytu, która [...] jest intuicją ludzkiej 382 M. Dały BeyondGod the Father. Toward aphilosophy ofWomen’s Liberation, Boston 1977, s. 2—4. 383 Ibidem, s. I. 384 Ibidem, s. 8. 385 Ibidem, s. 11. 386 Ibidem, s. 7. 387 Ibidem, s. 6. 388 Ibidem, s. 35—36. Tu jeszcze autorka uważa androginię za cel rewolucji feministycznej. Ginizacja okazuje się tylko zainicjowaniem androginizacji czy antropizacji obejmującej uniwersal­ nie cały gatunek ludzki, dotąd wskutek podziału płciowego okaleczony w obu jego płciowych wariantach.

NOWY RUCH KOBIET

197

integralności lub inaczej istoty androginicznej.”388 Jest to proces „usilnego dążenia do psychicznej całościowości czyli androginii”, ujawnia się tu potrzeba syntezy389. W ginizacji, dla której konieczne jest „stworzenie nowej przestrzeni [...], kobiety mają swobodę stawania się tym, kim są (women are free to become who we areY’390. Ginizacja jako rewolucja ontologiczna „to oczywiście szukanie ostatecz­ nego sensu i realności, co niektórzy określają mianem Boga”. Trzeba postawić kropkę nad i: wszystko to jest „wykraczaniem poza Boga patriarchalnej filozofii i religii”391. Taki Bóg okazuje się granicą, którą trzeba stranscendować, gdyż Bóg to Mężczyzna, bóg — tylko — mężczyzn. „Jeśli Bóg jest mężczyzną, to mężczyzna jest Bogiem”, Bóg okazuje się the Supreme Phallus, Arcyfallusem. „Boski patriarcha kastruje i będzie kas­ trował kobiety, dopóki pozwoli mu się żyć w ludzkiej wyobraźni.”392 Dalej autorka powiada, że jeśli kobiety mówić będą o Bogu, to już nie Bogu-rzeczowniku, Bogu-personifikacji, lecz o Bogu-czasowniku. Bóg to czaso­ wnik, to bycie393. Tak w zarysie przedstawia się autorce program feminizmu radykalnego w momencie pisania książki i tak też można by streścić jej przesłanie. Co robić zatem — pytały zapewne feministyczne czytelniczki — „aby stać się, kim jesteśmy”? To znaczy, zapewne, stać się realnie tym, kim jesteśmy potencjalnie, rozwinąć w sobie pełną potencję istoty kobiecej, co ma znaczyć zarazem: androginicznej, uniwersalnie ludzkiej. Autorka udziela kilku ramowych wskazówek, nie opuszczając nader wysokiego poziomu filozo­ ficznej abstrakcji. Krótko mówiąc: trzeba stworzyć Nową Przestrzeń, Nowy Czas, Nowe Życie394, co może się okazać nadejściem Nowego Bytu39S, a co w każdym razie okazuje się tworzeniem jeszcze w tym świecie, świecie patriarchii, Przeciwświata396 czy Anty świata397398 . Nic dziwnego, że pełniąc taką rolę kobiety łacno zasługują sobie na miano Antychrysta, którego nadejście to nic innego jak powtórne przyjście kobiet393, i okazują się Antykościołem. Ale tak naprawdę, łagodzi autorka, chodzi również o prze­ kroczenie samych tych opozycji, o wielką syntezę399. Ginizujące się kobiety, dzięki ogarniającej je „wściekłości” jako „pozytywnej sile twórczej” wyrwa­ ne z dotychczasowej zamkniętej przestrzeni, uruchamiają proces syntetycz­ ny, androginizujący, w ostateczności antropizujący holistycznie człowieka, ujawniający „kim istota ludzka (w odróżnieniu od pół-istoty) może być”400. 389 390 391 392 393 394 395 396 397 398 399 400

Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem,

s. s. s. s. s. s. s. s. s. s. s. s.

26. 40. 7. 19. 33. 40—43. 68. 132. 138. 97. 153—154. 43. „Pół-istota” to ludzie dotychczasowi, przepołowieni płcią.

198

DZIEJE FEMINIZMU

Można by zapytać, dlaczego tylko kobiety miałyby wyzwalać w ludziach ów zablokowany przez płciowe przepołowienie i okaleczenie osobników obu płci proces antropizacji, stawania się ludzi pełnym człowiekiem, dlaczego droga wiedzie akurat przez ginizację, stawanie się kobiet pełnymi kobietami, co równa się — w tej jeszcze książce — androginizacji. Czy również sami mężczyźni, niektórzy z nich, nie mogą pójść już teraz tą samą drogą, znosząc jakby od swej strony połowiczność swego człowieczeństwa? Lub angażując się po stronie wyzwalających się kobiet? I przeciw własnej płci? Łatwo nasuwająca się odpowiedź, iż mężczyźni jako uprzywilejowani w tym systemie nie są zainteresowani jego znoszeniem, mogłaby jednak pozo­ stawiać pewne wątpliwości. Tak jak nie wszystkie kobiety stają się femini­ stkami i niektóre pozostają wręcz wrogiem feminizmu, tak z drugiej strony nie wszyscy mężczyźni są i byli seksistami, byli i tacy, którzy wyłamywali się z solidarności własnej kasty i podejmowali walkę po stronie uciśnionej płci. Autorka jakby w odpowiedzi na tę wątpliwość porusza temat mężczyzn feministów. Owszem, byli tacy. „W płaszczyźnie ideologii [...], od Johna Stuarta Milla do Theodora Roszaka, nader często zdarzało im się wiele zrozumieć, ale ich analizy nigdy naprawdę nie dochodziły do fundamentu ontologicznego. Nie rozpatrywali tego wymiaru walki, który sięga do płaszczyzny bytu i niebytu.” I nic dziwnego. Bowiem „kobiety i mężczyźni zamieszkują dwa różne światy.”401 Te światy przedzielone są „ścianą”, murem istniejącym także we własnej osobowości każdego. Mężczyźni, chcąc stać się prawdziwym człowiekiem, musieliby od własnej strony ów mur w sobie znosić, tak jak to czynią kobiety od ich strony. „To będzie wymagało od mężczyzn, tak jak i od kobiet, chęci stania się androginicznym, czyli mówiąc inaczej — stania się samym sobą.”402 Rzecz jednak w tym, że mężczyźni mniej są do tego skłonni, gdyż zdecydowana większość nie chce pogodzić się z utratą przywilejów. Dlaczego bowiem owa ściana nie jest dla mężczyzn równie uciążliwa jak dla kobiet? Ponieważ jest to ściana półprzepuszczalna. Nie ogranicza mężczyzn w taki sam sposób jak kobiety, przeciwnie, pozwala z kobiet osmotycznie wysysać ich energię, uniemoż­ liwiając podobny przepływ w przeciwnym kierunku. „Dla mężczyzn w przeszłości — a większość z nich żyje raczej w przeszłości niż w teraźniej­ szości — życie było równoznaczne z żywieniem się ciałami i umysłami kobiet, z wysysaniem z nich energii za cenę ich uśmiercania. Jak Drakula, mężczyzna żywił się krwią kobiecą.”403 Tak więc mężczyźni bardzo rzadko okazują się sojusznikiem (zresztą niezdolnym ze względów ontologicznych do utożsamienia się z kobietami), natomiast stanowią zasadniczą przeszkodę na drodze wyzwolenia kobiet. Czy na końcu tej drogi okażą się także beneficjentem kobiecej rewolucji? Nie wszyscy! Tylko ci, którzy — nareszcie — zamilkną i zechcą słuchać. Nie wystarczy jakieś tam dzielenie się z kobietami po połowie. Przez całe wieki 401 Ibidem, s. 171. 402 Ibidem. 403 Ibidem, s. 172.

NOWY RUCH KOBIET

199

mężczyźni żyli na koszt kobiet, teraz trzeba zwrócić im po prostu wszystko, co im się zabrało. Kobiety nie zadowolą się zwykłym dopuszczeniem ich do głosu — zresztą w jakim języku? Mężczyzn? W nim kobieta jest niema. Pora, żeby mężczyźni zamilkli! „Jeszcze nie nadszedł czas na »dialog« z tymi, którzy skradli moc mowy i uczynili cały język systemem fałszywych słów, umożliwiając części zajęcie miejsca całości. Przeciwnie, nadszedł czas, aby mężczyźni nauczyli się w końcu słuchać i usłyszeli, wiedząc, że dzięki temu [...] odkryją wreszcie drogę do mowy adekwatnej.” Iluż takich się znajdzie? „Ale ci, którzy nie posłuchają, sami sobie będą winni, gdyż obrali drogę do swego niebytu.”404 Co nie znaczy, że kobiety chcą po prostu rewanżu, chcą zmienić dotychczasowy kierunek osmozy na przeciwny. Prawdziwe człowieczeń­ stwo, do którego dążą, oznacza przecież, jak wspomnieliśmy wyżej, zniesie­ nie przeciwieństw i podziałów. Ów mur czy ściana, owa osmotyczna membrana między płciami, ma po prostu zniknąć. „Wyzwolenie zarówno mężczyzn, jak i kobiet wymaga upadku tej przeszkody powstrzymującej przepływ życia między podzielonymi jaźniami, owej ściany przeciwieństwa przeciwieństw.” Kobiety chcą zamienić osmozę na »kosmozę« (cosmosis'), kiedy zburzenie ściany w pojedynczych psychikach zostanie zeksternalizowane na całość nowego społeczeństwa i nastąpi „proces rozległego har­ monijnego prze-porządkowania, czerpiący siłę z odtamowanego swobod­ nego przepływu energii”405. Jak jednak osiągnąć ten ambitny cel, skoro mężczyźni są mu przeciwni i dzierżą władzę? A kobiety są bezsilne, władzy pozbawione? Otóż niezupeł­ nie. Kobiety dysponują siłą szczególną, jest to „kobieca siła absencji”406. Trzeba opuścić „zamknięte przestrzenie instytucji patriarchalnych”, które wyposażają kobiety w „prefabrykowane tożsamości”. „W odróżnieniu od tych z góry zamkniętych tożsamości, przydzielanych nam w owych prze­ strzeniach, istnieje tożsamość luźna i swobodna (a diffused identity) — ot­ warta droga do odkrycia samej siebie i siebie wzajemnie.” Gdzie szukać tej nowej przestrzeni? „Nowa przestrzeń mieści się zawsze »na pograniczu« {on the boundary'). Jej centrum znajduje się na pograniczu patriarchalnych instytucji, jak kościoły, uniwersytety, polityka narodowa i międzynarodowa, rodziny. Jej centrum tkwi w procesach życiowych kobiet, których doświad­ czenie stawania się nadaje prawdziwy dla nas sens pojęciu centrum, umieszczając je na pograniczu tego wszystkiego, co dotąd uchodziło za centralne.”407 Przykładem są ośrodki studiów kobiecych na uniwersytetach, które przez kadrę naukową i administrację są uważane za coś marginalnego, a dla studiujących w nich i pracujących kobiet są właśnie jedynym żywym elementem ich studiów czy pracy na uczelni. Podobnie jest z grupami kobiecymi w kościołach. 404 405 406 407

Ibidem, s. 173. Ibidem. Ibidem, s. 42. Ibidem, s. 40—41.

200

DZIEJE FEMINIZMU

Nowa przestrzeń, tworząca się w tych kobiecych ośrodkach, „jest niezauważalna dla tych, którzy w nie nie weszli i dlatego też nie może być przez nich pogwałcona”. Kobiety doświadczają w nich „siły obecności i siły absencji”. Ale nie jest to siła polityczna w zwyczajnym sensie, lecz „przypływ uzdrawiającej energii, którą daje uczestniczenie w sile bycia”. Doprowadza do tego odrzucenie od siebie roli Innego, czyli bycia-niczym w świecie sesksistowskim.,,[...] wyłaniająca się tu kobieta odrzuca od siebie swe określenie poprzez role i kieruje się ku istocie androginicznej. Nie jest to po prostu »stawanie się równą z mężczyznami w świecie mężczyzn« — co byłoby równoznaczne z zakorzenianiem się w przestrzeni patriarchalnej. Jest to raczej coś, jakby Bóg wyrażał samego siebie w nowej tożsamości kobiet.”408 Absencja polega albo na fizycznej nieobecności, jak nieuczestniczenie w zebraniach itp., albo na odmowie współpracy, albo wręcz na stawianiu oporu. Nie jest to bezpieczne, gdyż mężczyzn owa „siła absencji”, spo­ strzeżenie braku Innego, do którego się dotąd odnosili, odkrycie nicości, doprowadza do wściekłości. Maskując gniew, przychodzą sami do kobiet, które opuściły ich świat, proponując pomoc (i oczywiście przywództwo). Niektórzy nie ukrywają wrogości.409 Choć zdarzają się i tacy, którzy „akceptują zachętę do poddania się doświadczeniu nicości, która powstaje, kiedy »Inny« przestaje być »Innym« i wycofuje się mówiąc »ja jestem«. Czyniąc tak, mężczyźni zaczynają wyzwalać się sami ku całościowości, ku istnieniu androginicznemu. To nowe uczestniczenie w mocy bytu umoż­ liwiają mężczyznom kobiety, wkraczając w nową przestrzeń.”410 W książce pojawia się też wątek ratowania świata przed zagrożeniami globalnymi. Świat opanowany przez mężczyzn okazał się Światem-Maszyną, a obecnie Światem-Komputerem, który jak wampir — znowu to porównanie — ssie krew ze wszystkich411. Zło wyrządzane przez siebie mężczyźni przerzucili na barki kozła ofiarnego, upatrując pierwotne jego źródło w „kusicielce Ewie”. Opozycję dobra i zła, właściwą patriarchatowi, trzeba przekroczyć w sposób, jakiego nawet Nietzsche nie był w stanie sobie wyobrazić. „Jeśli nie nastąpi kres fallicznej moralności, możemy być świadkiem końca gatunku ludzkiego na naszej planecie”412. Trzeba prze­ kroczyć też, narzucony przez mężczyzn, dualizm dobra i zła w samych kobietach, słynną opozycję: prostytutka lub żona. Jest to równoznaczne z przyjęciem na siebie roli czarownicy i obłąkanej413. To, do czego zmierzają kobiety, z punktu widzenia patriarchalnej etyki i religii jest Upadkiem, „w którym kobiety doprowadzają siebie, a potem i drugą połowę gatunku, do spożycia zakazanego owocu — wiedzy zakazywanej przez patriarchalne 408 40’ 410 411 412 413

Ibidem, s. 41. Ibidem. Ibidem. Ibidem, s. 173. Ibidem, s. 97. Ibidem, s. 65—66.

NOWY RUCH KOBIET

201

społeczeństwo. Będzie to Upadek — wypadnięcie z fałszywej niewinności w nowy rodzaj dorosłości. Dawna dorosłość wymagała powstrzymania dojrzewania, ta wymaga rozwoju, który nigdy się nie kończy, nigdy nie osiąga kresu.”414 „Kiedyś, w momencie nagłego olśnienia — wspomina autorka — pewna radykalna feministka wykrzyknęła: My jesteśmy causa finalis. Myślę — dodaje — że miała rację.”415 Ale „ta wojna, która ma na celu położenie kresu wszystkim wojnom” jest inna niż wojny mężczyzn. „Potęga siostrzeństwa nie siłą wojen stoi. Konflikty się zdarzały i będą się zdarzać, ale Causa Finalis wprawia w ruch nie przez konflikt, lecz przez przyciąganie.”416

Wydana po pięciu latach następna książka podejmuje przerwane wątki po­ przedniej. Ale po raz kolejny okazuje się, że nie jest to już ta sama autorka, ma powody, aby wypowiadać się dobitniej, ostrzej i bardziej jednoznacznie. Resztki obecnego jeszcze w poprzednim traktacie ciepła wobec „drugiej połowy gatunku ludzkiego” znikają prawie bez reszty. Może przyczyniło się do tego zachowanie patriarchalnego grona akademickiego. Autorce posiadającej trzy doktoraty, w tym uniwersytetu we Freiburgu w Szwajcarii, odmówiono w 1975 roku posady uniwersyteckiego profesora. Machnęła ręką ostatecznie na karierę akademicką i z tym większą jasnością oddała się sprawie walki kobiet o wyzwolenie. Po trzech latach ukazała się Gin/Ekologia, która „może być postrzegana, słyszana jako piorun furii, który cisnęłam w świat przeciw patriarchom, którzy nigdy nie zaprzestali masakrować kobiet i naszej Siostry Ziemi.”417 Mary Dały: GynjEcology. The metaethics of radical feminism

Beacon Press, Boston 1978

Narastająca pod koniec poprzedniej książki krytyka mężczyzn jako spraw­ ców patriarchatu i wszelkich globalnych zagrożeń ludzkości tu od razu na wstępie wybucha prawdziwym, nie skrywanym już ani trochę gniewem. Czy to jest „książka antymęska”? Tak, zdecydowanie tak, powiada autorka418. Nie będzie żadnych wykrętów w rodzaju zapewnień, że jest przeciwko patriarchatowi, ale nie — mężczyznom. A któż niby czyni ofiarami prześladowań „kobiety — i nasze siostrzyce: ziemię, morze, niebo — widząc w nas Wroga patriarchatu”? Mówią, że niby jakieś „siły”, „role”, „stereo­ typy”, »przymusy”, „postawy”, „wpływy”... Nie dajmy się zwodzić! „Prawda jest taka, że żyjemy w dogłębnie antykobiecym społeczeństwie, 414 415 416 417 418

Ibidem, s. 67. Ibidem, s. 180. Ibidem, s. 198. M. Dały Gyn/Ecology, op. cit., s. XXXIII. Ibidem, s. 27.

DZIEJE FEMINIZMU

202

w mizoginicznej »cywilizacji«, w której mężczyźni wspólnie wiktymizuj ą kobiety, atakując nas jako uosobienie ich własnych paranoicznych lęków, jako Wroga.”419 Pod wpływem tych przemyśleń, a raczej do-myśleń, autorka wycofała się, jak przyznaje sama na wstępie, z pewnych wcześniej jeszcze używanych terminów: zamiast „androginia”, jak próbowała nazy­ wać „integralność bycia” — zabieg ten przypominał „sklejenie taśmą w jedną całość Johna Travolty z Farrah Fawcett -Majors” — posługuje się teraz pojęciem woman-identified (ginecentryczny), choć też z zastrzeżeniami; zamiast „Bóg” pojawi się zdecydowanie Bogini (Goddess), gdyż „Bóg reprezentuje nekrofilię patriarchatu”; porzuca określenie „»homoseksua­ lizm« — który redukcjonistycznie »włącza«, co przekłada się: wyłącza, ginecentryczne bycie/lesbizm”420. Ta ostatnia poprawka zapowiada — co w książce cały czas jest sugerowane — iż proponowana poprzednio „siła absencji” przybiera uwyraźnioną teraz postać siły lesbizmu. Ale nie utożsamianego z subkulturowym odizolowaniem się we własnych środowis­ kach. Autorka równocześnie nie szczędzi krytyki zjawisku przeradzania się w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych „ruchu kobiet” w „społeczność kobiet”, gdyż jest to „symptom odstąpienia od dalszej walki za zbyt małą cenę, symptom ustatkowania się, urządzenia się nazbyt wygodnie”. Książka wzywa te wszystkie kobiety do dalszej pracy w ruchu, przed którym nadal daleka droga. Przestrzega też przed drugą błędną identyfikacją feminizmu — z działalnością reformistek (ma na myśli feminizm liberalny)421. „Femi­ nizm radykalny” pozostaje tym, czym był: „podróżą ku stawaniu-się-kobietą (the journey of woman becoming)”. Niełatwa to droga, to „Podróż w Za-światy” (an Otherworld Joumey), bowiem „odnosi się wrażenie, że patriarchat jest »wszędzie«, nawet przestrzeń kosmiczna i przyszłość zostały przezeń skolonizowane. ”422 Dlatego: żadnego litowania się nad mężczyznami! „Fakt, że mężczyzna sam jest opętany, nie powinien być zmartwieniem kobiet. To błąd, jeśli się widzi w mężczyznach godne współczucia ofiary [...], których »ratowaniu« kobiety miałyby się poświęcać, poświęcając przy okazji same siebie. Niech sobie mężczyźni w patriarchacie będą opętani, to w końcu jest ich porządek; to oni karmią się kradzioną kobietom energią. To pułapka, jeśli się myśli, że kobiety powinny »ratować« mężczyzn, uwalniając ich od dynamiki demo­ nicznego opętania; a kto próbuje to czynić, wpada jeszcze głębiej w sieci patriarchalnego opętania. Kobiety same będą musiały wypędzić Ojca z nas samych, stać się egzorcystkami samych siebie.”423 Skąd tytuł Gin/Ekologia? Françoise d’Eaubonne ukuła termin ekofeminizm (w książce Le féminisme ou la mort), dając wyraz przekonaniu, że tylko kobiety mogą uratować planetę. Autorka podziela ten pogląd, ale sądzi, że 419 420 421 422 423

Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem, Ibidem,

s. s. s. s. s.

29, podkr. moje — K. Ś. XLVII—XLVIII. LI. 1. 2.

NOWY RUCH KOBIET

203

kobiety muszą najprzód oczyścić sferę „umysłu, duszy, ciała, dotkniętą trucizną patriarchalnego mitu i języka na wszystkich poziomach. [...] To ów falliczny język i mit rodzi, legitymizuje i maskuje materialne skażenie, zagrażające zniszczeniem całemu życiu na Ziemi”424. Gin/Ekologia jest więc pomysłem na ratowanie zatrutego środowiska kobiecego ducha. Istota całego systemu patriarchalnego zostaje tutaj ujęta niezwykle lapidarnie: jest to „społeczeństwo, którego podstawowa egzystencja oparta jest na nierówności, a dokładniej na zawłaszczaniu kobiecej energii przez mężczyzn”, na żywieniu się „ginergią”425. Zasadniczo książka ma charakter negatywny, demaskatorski. Pozytywny program wędrówki, rozpoczętej od momentu uwierzenia przez kobiety w ich „siłę absencji”, zareklamowaną już w poprzedniej publikacji, polega na kolejnym przezwyciężaniu męskich demonów usiłujących zwieść i powstrzymać kobiety w ich wędrówce. Inaczej mówiąc, autorka kontynuuje demaskowanie fallo- i androkratycznej natury całej patriarchalnej rzeczywistości i kultury, w tym — nadal — nie oszczędza ani trochę religii i jej mitów. Ujawnia cały „horror »sado-rytualnego« syndromu”, który — jak pisze w nowej przedmowie z 1991 roku — trwa. Pornografia, gwałty, morderstwa seksualne, maltretowanie kobiet, seksualne wykorzystywanie dzieci w domu, prostytucja, międzynarodowy handel kobietami i dziećmi, lista jest długa. A dochodzą do tego sztuczne techniki reprodukcyjne czyniące z kobiet przedmiot eksperymentowania. Trwa torturowanie zwierząt w laboratoriach. Nie zrezygnowano też ze starych technik, jak wiązanie stóp czy klitoridektomia. Zabójcy mają pełne ręce roboty426. Autorka układa materiał w schemat ośmiu kolejnych bram pilnowanych przez męskie demony, każda odpowiada jednemu z grzechów głównych, tyle że na wstępie dołącza „grzech podstawowy fallokracji: wprowadzanie w błąd (deception)”427. Część drogi odbyta zostaje w tej książce, dalsze etapy wędrówki — w książkach napisanych kolejno później: w Czystej żądzy (chodzi o kobiecą żądzę przede wszystkim dalszego wędrowania), w Wickedary i we wspomnianym już Outercourse. Poszukując nowego języka, co­ raz bardziej odchodzi ku nowym terminom i znaczeniom, dyskursywność tekstu ustępuje miejsca spiralnym ruchom myśli, choć niewątpliwie układa się z tego w końcu coraz bardziej ostry, w dodatku raczej ruchomy obraz, wciąż uzupełniany w różnych miejscach. Występuje tu technika tworzenia, którą autorka nazywa przędzeniem (spinning), nawiązując do słowa spinster (stara panna), używanego negatywnie w odniesieniu do kobiet. Dowartoś­ ciowuje zresztą całą plejadę negatywnych określeń kobiet, jak wiedźma, czarownica, harpia, furia itd. Nie — przedstawia czy prezentuje, lecz —przędzie (właśnie tym ruchem kołowym, a jednak wiodącym do celu, jak przy przędzeniu na kołowrotku, też ulubionym zajęciu wiedźm), przędzie 424 425 424 427

Ibidem, s. 5. Ibidem, s. 12. Termin wzięty od Emily Culpepper. Ibidem, s. XXVII i odnośnik. Ibidem, s. 30.

204

DZIEJE FEMINIZMU

mianowicie w trzeciej części książki „nową czasoprzestrzeń” (spinning new time/space). Książka, której dalsze streszczanie wydaje się i trudne, i niecelowe428, kończy się malowniczym przedstawieniem pochodu mężczyzn-demonów, którzy nawiedzają zgromadzone we własnej kobiecej Przestrzeni, czyli u siebie — i zapewne wystarczająco już wyzwolone, aby sobie z mężczyz­ nami poradzić — „Wiedźmy, Staruchy, Harpie, Furie, Amazonki (w sumie: Spinsters429)”. W pierwszej grupie — wolnych zawodów (Professions'), personifikacji śmiertelnego grzechu pychy — nadciągają lekarze, uczeni, hierarchowie kleru. Oferują pomoc: kuracje wypoczynkowe, religię i psy­ choterapię, hormony, akcję afirmatywną, równe prawa, kursy odnajdywania kobiet w historii... Wita ich chłodna cisza, potem gwizdy. W drugiej grupie nadchodzą Posiadacze (Possessors), reprezentujący grzech skąpstwa. Propo­ nują systemy ubezpieczeń zdrowotnych, rodzinne, socjalne, emerytalne, na życie i po życiu... Harpie warczą, wiedźmy pochrapują gniewnie. W trzeciej grupie nadchodzą Agresorzy—w policyjnych i wojskowych mundurach lub w cywilu. Oferują najnowocześniejsze środki i metody ochrony, pod warunkiem że amazonki zdadzą broń. Czwarta grupa to Obsesjonaci, wymachują obuwiem (wysmukłe pantofle na wysokim obcasie), nylonami, kosmetykami, biżuterią, magazynami w rodzaju „Cosmopolitan” czy ,,Playgirl”, pasami elastycznymi, pigułką. Dwie harpie rozpędzają ich z łatwością. Piątą grupę tworzą bardziej wyrafinowani, Asymilatorzy, „specjaliści od kobietobójczego obżarstwa i wampiryzmu”. Oferują pro­ gram tworzenia miejsc pracy dla kobiet ambitnych. A jakże, nazywają się „Stowarzyszenie Ateny” (według autorki Atena to zdrajczyni sprawy kobiecej). „Przewodniczący ogłasza nadejście czasów włączenia odważnych kobiet i mniejszości do biznesu i wolnych zawodów.” Czarna Wdowa gryzie go w szyję i koledzy go wynoszą. Nadciąga grupa szósta: demonicznych tępicieli czarownic, znanych jako specjaliści w śmiertelnym grzechu zawiści. Niejedna z obecnych wiele od nich wycierpiała. Proponują pomoc w „kry­ tycznej sytuacji, w jakiej znalazł się feminizm”. Chcą zwłaszcza pomóc w podniesieniu poziomu literatkom i piszącym kobietom naukowcom, na początek zastosować nawet taryfę ulgową, bo przecież większość feminis­ tycznych publikacji jest na „zatrważająco niskim poziomie”. Łaskawie mimo wszystko pozwolono im ujść cało, choć robiło się już gorąco. Na końcu pojawiają się Fragmentownicy (Fragmenters), eksperci i praktykujący w sferze grzechu lenistwa. Ich zdaniem „przędzenie” to niepotrzebna strata sił. Trzeba „podzielić się i zwyciężać etapami”. Wyróżnić odrębne pola, dyscypliny, porozdzielać zadania. Nie łączyć pracy z zabawą. Odseparować załogi od polityki. Odszukać sobie w zatłoczonym, rozdzieranym konkuren­ cją świecie jakąś jeszcze wolną niszę, w niej operować, stosując reguły gry. 428 Najistotniejsze analizy i sformułowania, często zręcznie puentowane, zostają przytoczone w „Dokumentacji” feminizmu kulturowego. 429 Szczególnie pozytywnie u autorki dowartościowana spinster, czyli „stara panna”, to kobieta, która nie chciala męża!

NOWY RUCH KOBIET

205

Ewentualnie wykorzystać w zastępstwie roboty... Zarzucono na nich mocną sieć. Przerażeni — zdematerializowali się. Wszyscy okazali się demonami, czyli Niczym, Nicością. Niestety — choć po tym pogromie nieprzyjaciół następuje teraz kończący książkę opis Ekstazy — autorka przypomina, że te demony są i będą nadal groźne, gdyż ponownie będą się materializować. Trzeba, żeby prawdę o nich nasze córki przekazywały swoim córkom430. W ten sposób dobiega końca od-tworzenie, Un-Creation, cofnięcie tego, co zostało wcześniej na-tworzone. „Gin/Ekologia to De-Kreacja; Gin/Ekologia to Kreacja”. Końcowe słowa książki sugerują, że przędąc dalej Kobiety u-przędą ów Nowy Świat, Inny Świat {Otherworld — bo przecież one są Other, Inne). Pewne pojęcie dają o tym następne książki autorki, ale jest to coraz bardziej „intergalaktyczna wędrówka” i przekładanie jej na język zrozumiały dla większości czytelników, także feministek, okazuje się na tyle trudne, że te późniejsze utwory znajdują już chyba mniej odbiorców. O Gin/Ekologii napisał podobno jakiś krytyk z „New Society”: „Kiedy po raz pierwszy cisnąłem tą książką w kąt, wiedziałem od razu, że pójdę po nią na powrót.” Prawdopodobnie doświadczenie to nieobce jest wielu czytelnikom i może czytelniczkom. W takiej atmosferze duchowej dawny feminizm radykalny ze swym androginizmem po prostu gdzieś się zapodział. Część jego działaczek, które nie poszły za kapłankami subkulturowego feminizmu, zasiliła szeregi feminizmu liberalnego, rzadziej — powróciła do marksizmu (jak Roxanne Dunbar), albo po prostu przestała działać. Ale nawet zwolenniczkom feminizmu liberalnego udzieliło się coś z tego nowego nastawienia i o kobiecości zaczęły mówić jako o czymś nie tylko istniejącym obecnie, ale może trwałym, odwiecznym i cennym (jak Betty Friedan w The second stage)431. W każdym razie alternatywa, przed jaką stał rzekomo feminizm: „czy jego celem jest równość płciowa czy afirmacja kobiecej odmienności”, dla feministek liberalnych przestaje być rozłączna. Nawet jeśli męskość i żeńskość różniłyby się w trwały sposób, nie widać powodu, dla którego miałoby to przemawiać przeciw ich równemu traktowaniu, równości. Reprezentantki nowego feminizmu radykal­ nego są jednak innego zdania: różnica przemawia za odmiennym traktowa­ niem, bo kobiecość jest po prostu lepsza, ma wyższą wartość. Czyż można co do tego mieć wątpliwości po lekturze dzieł Mary Dały? Około 1975 roku feminizm radykalny w swej kulturowej postaci uwolnił się zatem od swych pierwotnych przywódczyń (któryż to raz rewolucja pożar­ ła swoje dzieci lub przynajmniej je przepędziła?) i ich egalitarystycznej kon­ cepcji płci i — krzywo patrząc na poczynania i sukcesy swej starszej siostry, feminizmu liberalnego — zaczął pokazywać społeczeństwu amerykańskiemu, co o n potrafi. Od wewnętrznej rewolucji kulturowej, dokonującej się w umyśle i w sercu feministek, przeszedł do czynów, które to nowe myślenie dyktowało. 430 Ibidem, s. 419—422. 431 Taką obserwację czyni A. Echols Daring to be bad, op. cit., s. 197—199.

206

DZIEJE FEMINIZMU

Wierny tradycji radykalnej, od pomocy niektórym kobietom, tym, których bezpośrednio dosięgnęły słowa opresorów czy ręce oprawców, przeszedł do atakowania en bloc wybranych aspektów życia społecznego — dla dobra wszystkich kobiet, także tych, które o to nie prosiły. Atakował na razie słowem — mnożyły się publikacje na temat gwałtu, maltretowania kobiet i dzieci, seksualnego molestowania itd. Wszystko to jednak nie przyciągało szerszej opinii, nie mogło więc zmobilizować znaczniejszych sił społecznego poparcia. Na razie walką o ERA feministkom liberalnym nadal udawało się trzymać w napięciu uwagę publiczną. Ale oto wreszcie feminizm radykalny znalazł punkt zaczepienia. Zaatako­ wano zgodnie z kanonami metodologii rewolucyjnej jedno ogniwo, jak się zdawało — obiecująco słabe: pornografię! A zarazem, zdaniem obecnej przywódczyni ruchu, Andrei Dworkin, ideowo węzłowe dla całej budowli męskiej przemocy i władzy nad kobietami. Sądziła, że uderzenie w pornografię, które zainteresuje wreszcie mass media, pozwoli przypomnieć szerszym kręgom kobiet o tym, że nadal są zniewolone, nawet jeśli o tym zapomniały. I nie omyliła się. Ten akt osiągnął jednak swoją kulminację już na zmienionej scenie. Zadecydowało o tym amerykańskie społeczeństwo w wyborach 1980 roku. Dlatego opis akcji rozpoczętych przez feminizm radykalny jeszcze w drugiej połowie lat siedemdziesiątych przeniosłem do następnego rozdziału, gdyż dopiero w latach osiemdziesiątych znalazły swe pełne rozwinięcie. Także do następnego rozdziału przeniosłem omówienie rozpoczętych już w 1975 roku akcji ONZ-owskich na rzecz kobiet, gdyż ich nasilenie nastąpiło dopiero w następnej dekadzie.

Feminizm socjalistyczny szuka tożsamości Wspomnieć wypada wreszcie parę słów o socjalistycznym nurcie w amerykań­ skim feminizmie. W Wielkiej Brytanii był to nurt dominujący co najmniej do połowy lat siedemdziesiątych, kiedy to jego działaczki wycofały się do dzia­ łalności bardziej lokalnej i praktycznej, stając się też zauważalnie obecne w Labour Party i związkach zawodowych. Pod presją thatcheryzmu utracił resztę swego impetu, przedzierzgając się po części w analogiczny do amerykań­ skiego separatystyczny feminizm radykalno-kulturowy432. W USA feminizm socjalistyczny zaznaczał się niezbyt klarownie, w praktycznej działalności pod wieloma względami pozostając bliskim feminizmowi radykalnemu, często w jego wariancie polityczno-lesbijskim. Mimo to pewna grupa działaczek uporczywie usiłowała dopracować się odrębnej tożsamości socjalistycznej, dookreślając się na drodze negatywnej — poprzez kontrast z marksistkami, stale usiłującymi do tego nie dopuścić, ale także podkreślając swą odrębność w stosunku do feminizmu radykalnego i liberalnego. Po dramatycznych sporach w 1973 roku na zachodnim wybrzeżu433, dwa lata później feministki 432 Zob. L. Segal Is the future female?, London 1987. 433 Zob. wyżej przypis 264.

NOWY RUCH KOBIET

207

socjalistyczne próbowały organizować się same na Konferencji Feministek Socjalistycznych w Antioch College w Yellow Springs w Ohio (5 lipca 1975), ale zdeklarowanym marksistkom udało się ponownie udaremnić wysiłki organizatorek434. Nie pomogła zręcznie sformułowana deklaracja wstępna: „I. Uznajemy potrzebę i popieramy istnienie autonomicznego ruchu kobiet na przestrzeni całego procesu rewolucyjnego; II. Zgadzamy się z tym, że wszelki ucisk, obojętne czy oparty na rasie, klasie, płci czy lesbizmie, jest wzajemnie powiązany, a walki o wyzwolenie od ucisku muszą być toczone równolegle i we współdziałaniu; i III. Zgadzamy się, że feminizm socjalistyczny to strategia dla rewolucji; IV. Nasz ruch traktujemy poważnie; dyskusje na konferencji powinny toczyć się w duchu walki i jedności, tak, by feminizm socjalistyczny umocnić.”43S 1600 uczestniczek zostało zdominowanych przez agresywnie zachowujące się zwolenniczki nadrzędności konfliktu klasowego. Choć w opi­ nii Zillah Eisenstein „socjalistycznofeministyczna część ruchu kobiet” weszła wówczas w nowy etap rozwojowy, to — jak sama przyznaje — jeszcze w 1977 roku nadal „brak było zdecydowania w sprawie konfliktowego niejednokrotnie odniesienia wzajemnego między marksizmem a feminizmem.” Owszem, wiedziały, że trzeba łączyć w analizie patriarchat z kapitalizmem, ale nie wiedziały ,jak posłużyć się koncepcjami, które są wedle nas — wyznaje autorka — tak cenne. [...] Jak posuniemy się naprzód w kwestii przejęcia władzy, skoro jest nam jako kobietom równocześnie tak bliskie utrzymanie autonomicznej struktury feminizmu socjalistycznego”436. Trzeba jednak powtórzyć, że grani­ ca między feminizmem radykalnym i socjalistycznym, zwłaszcza w środowis­ kach uczelnianych, nie była zbyt ostra. Na przykład w całym środowisku feministycznym cieszył się znaczną popularnością ukazujący się od 1974 roku teoretyczno-feministyczny periodyk „Quest”, mimo jego raczej socjalistycznej orientacji437.

Kobieta z „nową świadomością” Na zakończenie tego rozdziału — przez analogię do opisu „nowej kobiety” końca poprzedniej dekady, przytoczonego uprzednio — przytaczam fragmenty opisu świadomości kobiety dotkniętej — nazwijmy to tak — „ukąszeniem feministycznym”, które dane było przeżyć licznym nowo narodzonym w tej dekadzie feministkom. Obraz to wiarygodny i opisany ze znawstwem, bo przez 431 Zob. C. Bunch i in. Building feminist theory. Essays from Quest, a feminist quarterly, New York 1981, s. 73, 174. 435 Zillah R. Eisenstein (red.) Capitalist patriarchy and the case for socialist feminism, New York 1979, s. 349. 436 Ibidem, s. 350—351. 437 O jego historii zob. C. Bunch i in. Building feminist theory, op. cit. Cel publikacji był praktyczny: określić „ideologie i strategie” feminizmu, konkretnie zaś jego redaktorki wspominają: „Chciałyśmy wyprowadzić feministyczną teorię z codziennego życia kobiet i z działania ruchu, chciałyśmy ją nakierować na wypracowanie praktycznie użytecznej strategii na przyszłość” (ibidem, s. XVII).

208

DZIEJE FEMINIZMU

psychologa kobietę, która sama na sobie doświadczyła owej feministycznej metamorfozy świadomości. Sandra Lee Bartky tak opisuje przeżycia wewnętrzne i przemiany za­ chodzące w kobiecie, która uzyskała „nową świadomość”: „Chociaż ucisk kobiet jest zjawiskiem powszechnie występującym, femini­ styczna świadomość nie jest.”438 Pojawia się, kiedy występuje sprzeczność i kiedy powstają możliwości jej rozwiązania, „kiedy staje się możliwe częściowe lub całkowite wyzwolenie kobiet”. Albowiem „świadomość feministyczna jest postrzeżeniem możliwości”439. „Pracujące kobiety nie będące feministkami wiedzą, że otrzymują nierówną płacę za równą pracę, lecz mogą jednak uważać, że taki układ jest sprawiedli­ wy. Feministka widzi tę sytuację jako przykład wyzysku i jako powód do walki. Feministki nie spostrzegają innych rzeczy niż pozostali ludzie; one spostrze­ gają te same rzeczy w inny sposób. Można zaryzykować twierdzenie, że świadomość feministyczna zamienia »fakt« w »sprzeczność«; często jest tak, iż pewne cechy rzeczywistości społecznej są postrzegane jako sprzeczność jedynie ze stanowiska radykalnego programu ich przeobrażeń. Tak oto ujmujemy to, kim jesteśmy i gdzie jesteśmy, w świetle tego, czym jeszcze n i e jesteśmy.”440 „Feministyczna świadomość to świadomość wiktymizacji {victimization}. Pojmować siebie jako ofiarę oznacza być świadomą obcej i wrogiej siły, która jest odpowiedzialna za to oburzająco niesprawiedliwe traktowanie kobiet i za przygniatający i opresyjny system ról społecznych; oznacza także bycie świadomą, że ta wiktymizacja, niczym nie zasłużona czy sprowokowana, jest przestępstwem. Dla części feministek wrogą siłą jest »społeczeństwo« lub »system«, dla innych po prostu mężczyźni. Ofiary wybierane są na oślep, nie należy szukać szczególnych powodów osobiście doznawanej krzywdy. Jest się wiktymizowaną jako kobieta, jako jedna z wielu, a zrozumienie, że inne poddane są cierpieniom w taki sam sposób jak ja, staje się zaczątkiem poczucia solidarności z pozostałymi ofiarami. Dojście do postrzegania samej siebie jako ofiary nie sprowadza się do tego, że wszystko widzi się po staremu i jedynie ocenia się to inaczej lub nakłada się na to nowe postawy niczym lukier na tort. Świadomość wiktymizacji jest bezpośrednia i oświecająca: pozwala odkryć, jaka naprawdę jest rzeczywistość społeczna.”441442 Notabene białe feministki klasy średniej mają dodatkowo własny problem, gdyż postrzegają siebie jako „ofiary obciążone winą” {guilty victim}.™2 „Postrzegać siebie jako ofiarę w seksistowskim społeczeństwie znaczy to samo co wiedzieć, że mało jest miejsc, gdzie mogę się schronić, że mogę zostać zaatakowana w dowolnym miejscu, w dowolnym czasie, przez praktycznie 438 S. Lee Bartky Toward a phenomenology offeminist consciousness, w: M. Vetter ling-Braggin, F.A. Elliston, J. English (red.) Feminism and philosophy, op. cit., s. 23. 439 Ibidem, s. 25. Wyraźne nawiązanie do Leninowskiej koncepcji warunków pojawienia się świadomości rewolucyjnej ma związek z socjalistycznym zorientowaniem feminizmu autorki. 440 Ibidem, s. 26, podkr. moje — K. Ś. 441 Ibidem, s. 25—27 442 Ibidem, s. 27.

NOWY RUCH KOBIET

209

każdego. Niewinna pogawędka — rzecz normalna w życiu społecznym — lub może komplement (»Potrafisz myśleć jak niekobieta«), porada psychologa udzielona z jak najlepszą intencją, informacja w wiadomościach, żart, reklama kosmetyku — nic już nie zostaje tym, czym było dotąd. Wszystko objawia się (w zależności od okoliczności) jako groźba, obraza, afront, jako przypomnienie, nawet może bardzo subtelne, że należysz do niższej kasty — krótko mówiąc okazuje się narzędziem ucisku lub wyartykułowaniem seksistowskiej instytu­ cji. Ponieważ wiele rzeczy nie jest już tym, czym się wydają, i ponieważ wiele na pozór nieszkodliwych rodzajów rzeczy może nagle ujawnić jakiś ponury aspekt, rzeczywistość społeczna objawia się jako coś zdradliwego. ”443 U takiej kobiety, która poszerzyła świadomość do wymiarów feministycz­ nych, „narasta frustracja i pogłębia się izolacja” w miarę tego, jak okazuje się, iż nie jest łatwo przekonać innych ludzi — „nieuwrażliwionych lub nie rozbudzo­ nych feministycznie” — o obecności „seksistowskich aspektów” w wielu zjawiskach. O ileż łatwiej pokazywać przejawy segregacji rasowej czy dys­ kryminacji ekonomicznej. Np. „ton” czyjejś wypowiedzi czy reportażu to rzecz niejednoznaczna i mało uchwytna. „[...] trudno jest opisać, jak się człowiek czuje, będąc bombardowany dziesięć, sto razy dziennie tymi w połowie tylko maskowanymi pociskami seksistowskiego systemu.” Inni tego nie widzą, zaczynają nas traktować jak chore.444 „Feministyczna świadomość okazuje się czymś na kształt paranoi, zwłasz­ cza kiedy feministka zaczyna dopiero w pełni zauważać cały rozmiar dys­ kryminacji płciowej oraz subtelne i zróżnicowane metody jej wcielania w życie. System i jego agenci są wszędzie, nawet w jej umyśle, skoro może popadać w zwątpienie lub ulegać pokusie rezygnacji z oporu. Mając to na uwadze, feministka staje się podejrzliwa i stale ma się na baczności. Jej sposób spostrzegania rzeczy, a zwłaszcza bezpośredniego lub pośredniego komuniko­ wania się z innymi ludźmi, nacechowany jest — rzekłabym — stałą czujnością. Ta czujność to przewidywanie możliwego ataku, afrontu i obrazy, poniżenia, wyśmiania lub porażającej ślepoty innych; to taki sposób doświadczania, który w jakimś sensie antycypuje doświadczenie.” Musi stale trzymać się na wodzy, aby nie wybuchnąć nagle płaczem lub niezrozumiałą agresją.44S Pojawia się obsesja stałego demaskowania wszędobylskiego seksizmu, co ma dowodzić nie słabnącego zdecydowania i woli walki. Presja staje się nieznośna. A wątpliwości nigdy się nie kończą, zwłaszcza gdy przy tej okazji rani się innych. Pozostaje moralna ambiwalencja. Feministka „staje się autsajderką we własnym społeczeństwie, w stosunku do wielu ludzi, których kocha, a nawet wobec jeszcze nie wyemancypowanych składników własnej osobowości”.446 Ale to się jednak opłaca. „Zdobycie feministycznej świadomości to przeżycie dojścia do poznania prawdy o samej sobie i o własnym społeczeń­ 443 441 445 446

Ibidem, s. 28. Ibidem. Ibidem, s. 31. Ibidem, s. 33.

DZIEJE FEMINIZMU

210

stwie. Owo przeżycie, osiągnięcie »poszerzonej« świadomości stanowi daleko sięgające przekroczenie fałszywej świadomości, którą zastępuje. Łuski spadają z oczu. Przestajemy wreszcie być zmuszane do walki z nierzeczywistymi wrogami, do przedkładania interesów innych nad własne czy do nienawidzenia samych siebie. [...] Rozumienie rzeczy umożliwia ich zmianę. Kiedy za­ czynamy widzieć je inaczej, stajemy w obliczu możliwości organizowania wyzwolicielskich kolektywnych działań, a także bezprecedensowego rozwoju własnej osobowości — wszystko to są możliwości ukrywane dotąd przed nami przez oszukańczą społeczną rzeczywistość seksistowską. [...] a poczucie wyalienowania ze społecznego establishmentu, tak typowe dla feministycz­ nego doświadczenia, znajduje przeciwwagę w nowej możliwości identyfikowa­ nia się z kobietami wszelkiej kondycji społecznej i w narastającym poczuciu solidarności z innymi feministkami.” I to jest właśnie „doświadczenie wy­ zwolenia”447. Z tak zmienioną świadomością spora grupa feministek wkraczała w lata osiemdziesiąte. Rozbieżności w odmiennym widzeniu tej samej rzeczywistości społecznej miały jeszcze narastać i stać się podstawą podziału między samymi feministkami.

Przeciw sobie: siostrobójcze walki (1980—1992) Nadeszły lata osiemdziesiąte, lata trudniejsze dla amerykańskiego feminizmu. W dziesięć lat po triumfalnym pochodzie kobiet w Nowym Jorku obchody kolejnej, sześćdziesiątej już rocznicy zdobycia przez Amerykanki praw wybor­ czych wyglądały zupełnie inaczej. Ta sama, ale o dziesięć lat starsza, przywódczyni feminizmu liberalnego Betty Friedan tak opisuje ten dzień: Kiedy pomyślę o eksplozji ruchu kobiet na początku dekady... o tysiącach kobiet maszerujących Piątą Aleją 26 sierpnia 1970 roku, w dniu pierwszej ogólnokrajowej demonstracji kobiet na rzecz równości, niosących transparenty z napisami »Równych praw w pracy i w szkole!«, »Prawa do aborcji!«, »Więcej żłobków i przedszkoli!«, »Władza polityczna w ręce kobiet!« — jakżeż proste były wówczas nasze sprawy do załatwienia, jak oczywiste. Ale w dniu 26 sierpnia 1980 roku ruch kobiet był nazbyt zmęczony, by zdobyć się na symboliczny ogólnokrajowy marsz. Przywódczynie NOW wyczerpało osiem daremnych prób nakłonienia Illinois do ratyfikowania ERA. [...] 26 sierpnia 1980 roku tylko pięćset osób pojawiło się w Piątej Alei. [...] Ja zostałam w domu, na Long Island, i maszerowałam z moimi sąsiadkami i znajomymi, i naszymi córkami na błonia, aby uszanować naszą historię. Ale zmuszanie 447 Ibidem, s. 29—33.

NOWY RUCH KOBIET

211

historii do powtórek to nonsens.” A jakie towarzyszą temu myśli, nastroje? „Niepokój. Wygrane bitwy, które trzeba rozpoczynać od nowa, bitwy, które według wszelkich reguł powinny były być, a jednak nie zostały wygrane, bitwy, których nagle tak naprawdę nie chce się wygrać, a w ogóle znużenie toczeniem bitew... Jak wiele kobiet tak to odczuwa? Co się za tym kryje? Ta nerwowość w ruchu kobiet, zagrożenia i wrogowie, wszechobecni, niewidoczni, może wymyśleni tylko gwoli usprawiedliwienia walki... Może są przywidzeniem? Jeśli tak, to dlaczego stale wygrywają? Może ta nie wyar­ tykułowana choroba (unarticulated disease) [...] to skutek zbyt długiego przebywania w drodze, a może zbyt szybkiego zakończenia wędrówki, przed osiągnięciem celu? Chociaż ruch kobiet przeobraził życie nas wszyst­ kich, a jego rozmach przeszedł wszelkie wyobrażenia, zaś nasze córki trak­ tują prawo do posiadania własnej osobowości i do równości jako coś oczywi­ stego, to jednak i one, i my odkrywamy, że niełatwo jest żyć, z mężczyznami i dziećmi lub bez nich, wyłącznie trzymając się tej pierwszej feministycznej agendy. Tak, myślę sobie w gruncie rzeczy, że ruch kobiet zaszedł dokła­ dnie tak daleko, jak daleko mogą zajść same kobiety. [...] Myślę, że pierwszy etap skończył się; pierwszy etap, to znaczy ruch kobiet. A jednak owa rozleglejsza rewolucja, ewolucja, wyzwolenie, po które ruch kobiet wyruszył w drogę, ledwie się zaczęły. Jak posuwać się dalej? Na czym ma polegać drugi etap?”448 W takim nastroju, z takimi pytaniami spoglądała przed siebie, w mroki nadchodzącej dekady, nie byle kto, bo inicjatorka całego ruchu. Ile innych feministek ogarnęło podobne uczucie znużenia i niepewności? Wręcz lęku? Taki stan ducha musiał być nierzadki wśród pierwszej generacji feministek, które zaczęły od zwalczania „mistyki kobiecości”. Inna znana aktywistka, młodszej generacji, ta sama, która założyła i wówczas nadal wydawała „Ms”, Gloria Steinem, wspomina w 1992 roku, iż na początku lat osiem­ dziesiątych uzmysłowiła sobie istnienie nie tylko „zewnętrznych barier na drodze do równości kobiet”, ale i „barier wewnętrznych” nawet u kobiet, którym sprzyjają okoliczności zewnętrzne. Kobiety nie chciały czy nie potra­ fiły korzystać z wywalczonych szans, ba, oglądały się za siebie, do cienia, w którym — jednak — czuły się bezpieczniej. Parafrazując słynne porów­ nanie Shawa (może bezwiednie?) autorka pisze: „Kobieca psychika okazywała się czymś w rodzaju ogrodu, który tak długo rósł w cieniu parkanów, iż nie potrafił już róść inaczej, choć część ogrodzeń rozebrano.”449 Kobietom brakowało poczucia godności i własnej wartości, nowe szanse je odpychały. Inne feministki nie traciły na pozór bojowości. Ale ogarnięte bardzo podejrza­ ną, nową mistyką, „mistyką feminizmu”, nowym kultem kobiecości, zreinterpretowanej i przewartościowanej w oparach feministycznej subkultury, ogra­ niczały wojowniczość do sfery nieusuwalnych styków z systemem, porzuciw­ szy nadzieje i ambicje zapanowania nad nim. „Młode kobiety znalazły się 448 B. Friedan The second stage, (I wyd. 1981), London 1982, s. 29—33. 449 G. Steinern Revolution from within. A book of self-esteem, (I wyd. 1992), London 1993,

s. 9.

212

DZIEJE FEMINIZMU

w potrzasku trudnego konfliktu między dawną mistyką kobiecości a nową mistyką feministyczną (the féminine and feminist mystiques)” — konstatuje Betty Friedan450.

Kontruderzenie Najgorsze miało dopiero nadejść. Zwycięstwo Reagana umocniło zwalczającą feminizm Nową Prawicę. Zaraz na wstępie pokazała, co potrafi. W 1982 roku upadła ostatecznie ERA. Feminizm wszedł w dekadę lat osiemdziesiątych coraz wyraźniej już wewnętrznie podzielony i osłabiony wzajemnymi napa­ ściami i oskarżeniami obu skrzydeł. Nie wróżyło to nic dobrego. Niebawem, bardziej walcząc ze sobą niż broniąc się przed bezpardonowymi atakami anty-feministów, zepchnięte przez tych ostatnich do defensywy, feministki szukać będą wsparcia w zdumiewających nieraz sojuszach z siłami tradycji. Odwrócą się też do nich plecami młode kobiety, czasem własne córki, zdegustowane problematyką sporów i nie widzące potrzeby kontynuowania działalności ruchu. Będą korzystały ze swobód, praw i możliwości danych kobietom dzięki feminizmowi jako z czegoś oczywistego. Same feministki ogarną wątpliwości, czy warto było spędzić młode lata na walce o prawa innych kobiet, kiedy te w odróżnieniu od nich zakładały rodziny i rodziły dzieci. Pojawią się niewesołe refleksje, czasem smutek, czasem autoironia, a i nostalgia za młodością własną i ruchu. To nasunie komuś myśl, na fali modnego pod koniec dekady postmodernizmu, iż mamy do czynienia już tylko z postfeminizmem. Zwłaszcza że równocześnie drugie skrzydło feminizmu, niczego co prawda nie żałujące, pogrążać się będzie coraz bardziej i oddalać od świata w swoich enklawach kobiecej subkultury. Tak jednak jak pod koniec lat siedemdziesiątych przedwcześnie odtrąbiono zwycięstwo feminizmu, tak teraz przedwcześnie odegrano mu podzwonne. Ani anty-feministycznej prawicy nie udało się przekreślić dorobku ruchu i za­ blokować wpływu jego idei, ani same feministki nie strawiły całego czasu na toczenie walk podjazdowych pomiędzy sobą. Nadal działały pożyteczne ośrodki pomocy kobietom, na uczelniach nieprzerwanie prowadzono badania i kształcono kolejne roczniki studiów kobiecych, wypuszczano w świat inte­ resujące publikacje. I nawiązywano oraz rozwijano sieć kontaktów między­ narodowych, osiągając czasem rezultaty przekraczające granice wielu krajów, bo i zjawiska, z którymi podjęto walkę, okazały się transgraniczne, jak turystyka seksualna czy handel żywym towarem. Feminizm globalizował się, choć równocześnie różnicował wewnętrznie, ujawniając — poza dotychczasowym 450 B. Friedan The second stage, op. cit., s. 78. Ale czy wszystko poszło na marne? Kończąc swą potężną powieść o czasach feministycznej burzy i naporu końca lat sześćdziesiątych, jej uczestniczka i pisarka z Nowego Jorku przytacza słowa Jelizawiety Kowalskiej z Kijowa: „Często, kiedy ludzie chcą podsumować aktywność jakiejś grupy czy jednostki i nie potrafią wskazać na żadne bezpośrednio uchwytne efekty, dochodzą do wniosku, iż nic to wszystko nie dało. Ale jak możesz policzyć kręgi na wodzie po wrzuconym kamieniu?” Zob. A. Kates Shulman Burning questions, (I wyd. 1978), [bmw.J 1979, s. 347.

NOWY RUCH KOBIET

213

białym — swoje odmienne, kolorowe oblicza. Retrospekcyjnym chłodem zmierzchu wiało co najwyżej w USA, a i to bardziej w żądnej takiego obrotu sprawy prasie prawicowej niż w rzeczywistości. I w ONZ, i w wielu krajach ruch ten dopiero teraz nabierał rozmachu, czego symptomem i dowodem był już ONZ-owski Rok Kobiet i konferencja w Meksyku w 1975 roku. Do innych krajów miał dotrzeć jeszcze później, gdy runą otaczające je mury i kurtyny. Lata dziewięćdziesiąte miały rozczarować przedwczesnych pogrzebników. Jak wspominaliśmy w poprzednim rozdziale, przyjęcie ERA przez par­ lament w 1972 roku oznaczało początek całego pasma dalszych sukcesów feminizmu. Ale też spowodowało ocknięcie się tradycjonalistów. Niektórzy, wciąż odnoszący się do feminizmu z lekceważeniem, obudzili się ostatecznie rok później, kiedy padły bariery przeciw swobodzie aborcji. Obrońcy tradycyj­ nych ról kobiet ruszyli do ataku w obronie życia poczętego i w obronie tradycyjnej rodziny. Znaleźli szerokie wsparcie u wielu kobiet, od dłuższego czasu ze zgrozą i wrogością obserwujących walki i, co gorsza, sukcesy feministek. Tę postawę wielu Amerykanek tak tłumaczy kilka lat później angielska feministka, zmuszona od ponad dziesięciu lat borykać się z łączeniem kariery wybitnej ekonomistki i menedżera w Nowym Jorku z cenioną przez siebie funkcją żony i matki: „Wielka grupa amerykańskich kobiet widzi we wszystkich feministkach (nie tylko w radykalnych, ale i w ich głównym [liberalnym — K. Ś.J nurcie) elementy destrukcyjne dla społeczeństwa. Tak myślą tradycyjne kobiety amerykańskiego środka, które we wczesnych latach siedemdziesiątych zwią­ zały wszystkie swe nadzieje z amerykańskim snem. Ich ambicją było coś zupełnie prostego: chciały móc prowadzić nadal życie jako tylko żony i matki.” Dziś czują się zagrożone rozwodami, rewolucją seksualną itd., a głównego wroga widzą w w omen libbers, kobiecych liberatorkach. I nie są to „głupie lalki Barbie”, lecz szare realistki. „W zasadzie nie mylą się wcale, kiedy mówią, że w domu są więcej warte niż poza domem. Żona nadal otrzymuje więcej pieniędzy od męża, niż mogłaby zarobić pracując sama.” Dla nich feministki to „zdrajczynie i idiotki”. Zdrajczynie, gdyż „podkopują tradycyj­ ny, rodzinny system utrzymania kobiet i dzieci”. A idiotki, ponieważ „nie rozumieją, że odstręczanie mężczyzn nie daje żadnych korzyści”. Nadal „większość kobiet chce mieć dzieci i większość kobiet nie ma innego wyjścia niż małżeństwo, jeśli chcą same jako tako żyć i zapewnić byt dzieciom”. Zdaniem autorki, te popleczniczki „ruchu anty-feministycznego” żywią się oczywiście złudzeniami, gdyż nie ma już powrotu do dawnych czasów, nie zrobi się na powrót jajek z jajecznicy. Ale „w sferze amerykańskiej polityki głos tych kobiet odbija się szerokim echem.” Są przeciw aborcji nie tylko ze względów religijnych, ale i dlatego, że ciąża to metoda na złowienie męża. Podobnie są przeciw swobodzie seksualnej, gdyż chcą, aby mężczyzna za seks płacił ożenkiem. „Chciałyby cofnąć zegar, powrócić do prostego ładu dnia wczorajszego, kiedy kobiety miały zagwarantowaną podstawową ochronę, wsparcie i miłość. Rozpętują kampanie przeciw dopuszczalności ciąży, przeciw rozwodom bez orzekania winy i przeciw uprawnieniom homoseksualistów. Starają się zapobiec przyjęciu ERA. Popierają modlitwy w szkole. Cała ta

214

DZIEJE FEMINIZMU

aktywność polityczna ma wesprzeć staroświeckie, oparte na rodzinie filary życia kobiet”451. Konserwatywnym Pro-Family Movement, Ruchem na rzecz Rodziny, pokierowała kobieta, która na przekór propagowanej przez siebie wizji tradycyjnej kobiecości sama swą osobą dała przykład tego, co kobieta potrafi zdziałać w sferze publicznej. Phyllis Schlaffly, prawniczka, już w 1972 roku opublikowała raport, z którego wynikało, że nic tak nie szkodzi kobietom jak wprowadzenie neutralności płciowej w prawie. Skupiła wokół siebie znaczne siły żądne odwetu na feministkach liberalnych. Ramię w ramię z nimi stanęła też część feministek, choć motywowana innymi względami. Przekonane o trwałości różnicy między płciami uważały, iż tylko uprzywilejowanie kobiet może zrekompensować naturalne upośledzenie społeczne tej skądinąd lepszej płci i zapewnić kobietom równe szanse w konkurencji z mężczyznami452. Torpedowały wobec tego i one wysiłki innych feministek, tych owładniętych ideą egalitaryzmu prawnego. Nie zważały na to, że wspierają w ten sposób ruch deklarujący się jawnie jako wrogi feminizmowi. Pro-Family rozpętał wręcz nagonkę anty-feministyczną, która wprawdzie nie od razu, ale systematycznie osłabiała pozycję feminizmu liberalnego. Rosły wpływy tradycjonalistek w kręgach władzy i w Kongresie, w którym nigdy nie brakowało nie tylko zwolenników przeszłości, ale i mizoginistów pokroju Cellera. Kolejne stany ratyfikowały ERA, ale z coraz większymi oporami. Ostatnia ratyfikacja nastąpiła w 1977 roku. Potem trzy stany próbowały nawet wbrew prawu cofnąć własne ratyfikacje. Końcówka lat siedemdziesiątych należała już do anty-feministów. Ich kampanii wtórował cierpiętniczy chór feminizmu radykalnego, który właśnie wtedy rozpoczął na dobre nagonkę na pornografię i prostytucję pod hasłami męczeństwa kobiet. Tradycjonalistkom to od­ powiadało. Ich bowiem zdaniem wniosek z tego wypływał jeden: dla swego własnego bezpieczeństwa kobiety powinny wrócić na łono zamkniętej, kochają­ cej się rodziny, w objęcia troskliwych mężów chroniących je przed przemocą zewnętrznego świata. Ale jeszcze nie wszystko wydawało się stracone. 22 marca 1979 roku mijał ostateczny termin ratyfikowania ERA. Gdyby do tego czasu zabrakło ratyfika­ cji 2/3 stanów, poprawka przepadała. NOW udało się w lipcu 1978 roku zorganizować w Waszyngtonie marsz około stu tysięcy zwolenników ERA, domagających się przedłużenia terminu ratyfikacji. I Kongres wyraził zgodę, odraczając werdykt o trzy lata, do 30 czerwca 1982 roku. Spowodowało to gwałtowne nasilenie ataków na ERA. Schlaffly dawała z siebie wszystko, ujawniając wielki talent demagogiczny i polityczny. Jednym z koronnych argumentów stał się, jak zawsze dotąd, zagrażający kobietom obowiązek służby wojskowej. Nieoczekiwane wsparcie przyszło ze strony 451 S. A. Hewlett A lesser life. The myth of Women’s Liberation, (I wyd. 1986), London 1987, s. 217—219. Autorka tych słów stała się dla amerykańskich feministek obu obozów wręcz sztandarowym przykładem renegatki. 452 F. Davis Moving the mountain. The Women’s Movement in America since i960, New York 1991, s. 386—387.

NOWY RUCH KOBIET

215

prezydenta. Carter zażądał w 1980 roku zgody Kongresu na pobór mężczyzn i kobiet do wojska na jednakowych warunkach. Kongres odmówił, ale wielu mężczyzn zaskarżyło jego decyzję do Sądu Najwyższego jako dyskryminującą mężczyzn. Schlaffly rozgrywała tę kartę znakomicie, kreśląc — szczególnie przemawiający w owym czasie do wyobraźni, gdyż w świecie znowu rozgorzały wojny — obraz gwałconych i zabijanych na froncie niewinnych Amerykanek jako niechybnie czekającą je przyszłość. Poparcie dla ERA malało coraz bardziej. W tej atmosferze wybory wygrał kandydat prawicy, choć odnotować trzeba, że Reagana poparło jednak wyraźnie mniej kobiet niż mężczyzn. Wiatr dął w żagle anty-feminizmu. Ostateczny termin ratyfikacji, choć przedłużony o trzy lata, minął nie przynosząc wymaganego poparcia dla ERA. Poprawka upadła. Feminizm wrócił w tej sprawie do punktu wyjścia, ale tym razem w momencie dziejowym zdecydowanie mu nieprzychylnym. Triumfująca Schlaffly nie kryła swoich zamiarów. Jej Pro-Family Movement miał teraz podjąć walkę o cofnięcie wielu innych wywalczonych pod presją feminizmu posunięć. Szczególnie zaatakowana miała zostać sfera edukacji, gdzie feministkom udało się przefor­ sować nieco zmian. Zrewidowane treści podręczników miały zostać poddane rewizji wstecznej, a przede wszystkim zniesiona miała zostać wprowadzona już do szkół edukacja seksualna, która zdaniem Schlaffly odpowiedzialna była za ciąże nastolatek. Jej ruch urósł i umocnił się. W walce o ERA, która w ostateczniej fazie zmobilizowała wszelkie istnie­ jące jeszcze rezerwy feminizmu liberalnego, skrzydło radykalne feminizmu nie okazywało zainteresowania. Radykalistki zajęte były w tym czasie roz­ pętywaniem innego rodzaju kampanii, która rozgorzała już w latach sie­ demdziesiątych, teraz zaś miały nastąpić jej główne akty. Po upadku ERA rozszczepiony na dwa nurty feminizm zwarł się nader nieoczekiwanie w siostrobójczej walce, w której prawicowi przeciwnicy zewnętrzni, pozostający teraz na drugim planie, okazali się sojusznikiem strony radykalnej.

Kampania antypornograficzna Przemoc mężczyzn wobec kobiet odgrywała w teoriach feminizmu radykal­ nego, jak już pisaliśmy, od początku kluczową rolę. To w końcu przemocą, korzystając ze swej fizycznej przewagi, mężczyźni mieli jakoby zniewolić kiedyś i podporządkować sobie kobiety. I do przemocy uciekali się także współcześnie, wszędzie, nie wyłączając krajów ucywilizowanych. Wedle fe­ ministek liberalnych różnica fizyczna między płciami utraciła już jednak swoje znaczenie, gdyż w państwie demokratycznym stosowanie przemocy jest przestępstwem. Po drugie, przewaga w sile fizycznej nie różnicuje już prawie sytuacji ludzi w produkcji i w ogóle w życiu społecznym. Jest to więc jedna z tych — faktycznie występujących jeszcze — różnic, których skutki społeczne zanikają i która nie usprawiedliwia już odmiennego traktowania

216

DZIEJE FEMINIZMU

płci453454 . Z przemocą fizyczną, przejawiającą się jako maltretowanie kobiet, ich seksualne molestowanie i przede wszystkim gwałcenie, mamy dziś do czynienia jako zjawiskiem patologicznym, które trzeba konsekwentnie zwalczać siłami prawa, i tego właśnie domagały się feministki. Feministki liberalne. Feministki radykalne, jak to szerzej przedstawialiśmy w rozdziale poprzed­ nim, patrzą na przemoc inaczej. Tu nie chodzi li tylko o patologię i o potrzebę izolowania — pewnie też leczenia? — „chorych” mężczyzn. Pod tym względem nie tylko gwałcicieli i awanturników, lecz wszystkich mężczyzn trzeba by uznać za „chorych”. Różnica w sile fizycznej między płciami ma znaczenie fun­ damentalne i łączy się z wrodzoną u mężczyzn agresywnością i z dysymetrią anatomiczną. Z tego punktu widzenia nawet osiągnięcie przez kobiety tej samej lub wyższej sprawności fizycznej nie zniesie tej zasadniczej różnicy. Kobiety, gdyby chciały — ale to sprzeczne z ich naturą i jeśli to czasem robią, to dlatego że uległy maskulinizacji lub naśladują mężczyzn, zdradziwszy własną kobie­ cość — mogłyby mężczyzn maltretować, pobić, uwięzić; ale nie mogą ich gwałcić. I mężczyźni od dawna z gwałtu uczynili sztandarową postać przemocy wobec kobiet. To w gwałcie uświadamiają kobietom dzielącą je od nich różnicę. Gwałciciele — powtórzmy tę słynną tezę — gwałcą niejako w imieniu wszystkich mężczyzn. Ku przestrodze wszystkich kobiet. Dlatego mnożąca się literatura na temat przemocy wobec kobiet koncent­ ruje się wnet wokół tej jednej wyróżnionej jej postaci. W poprzednim rozdziale pomieściłem prezentację sztandarowej pozycji Susan Brownmiller. Od wczes­ nych lat siedemdziesiątych feministki zakładają ośrodki dla kobiet przeżywają­ cych kryzys psychiczny wywołany gwałtem i dla kobiet maltretowanych, prowadzą też — niezależnie od orientacji ideologicznej — intensywny lobbing na rzecz zmiany ustaw, głównie stanowych, które w dotychczasowej postaci bardzo utrudniały karanie gwałcicieli i mężczyzn maltretujących kobiety. Wyrosła z tego stopniowo wyspecjalizowana sieć placówek, tworząca podstawę do kształtowania się nowej osobowości ruchu. Obok gwałtu i maltretowania kobiet do repertuaru form przemocy, zwalczanych przez ruch, dołączają w latach siedemdziesiątych molestowanie seksualne w miejscu pracy i w ogóle w sferze publicznej i nadużycia seksualne wobec dzieci w rodzinach. Wydana zostaje także walka prostytucji jako formie mniej lub bardziej ukrytego przymusu i przemocy wobec kobiet. Wreszcie pod sam koniec dekady lat siedemdziesiątych odkryty zostaje przez Andreę Dworkin temat, który odtąd bardziej jeszcze niż gwałt okaże się dla całego ruchu nośny. Jej Pornografia^ staje się bestsellerem. Teraz dopiero feminizm radykalny uwyraźnia swą nową tożsamość. Pomaga mu, wręcz wpycha w tę tożsamość drugi nurt feminizmu. Po przegranej walce o ERA wiele feministek liberalnych angażuje się w zwalczanie kampanii antyporno453 Niektóre feministki są także zdania, iż różnica w sile fizycznej między płciami została troskliwie wyhodowana i że uda się z czasem znieść ją w ogóle. Zob. M. Lowe The dialectic of biology and culture, w: M. Lowe, R. Hubbard (red.) Woman’s nature. Rationalizations of inequality, New York 1983. 454 A. Dworkin Pornography. Men possessing women, New York 1981.

NOWY RUCH KOBIET

217

graficznej, prowadzonej przez do niedawna siostrzane siły. W latach osiem­ dziesiątych dochodzi nawet do —pars pro toto — identyfikowania obu nurtów wedle stosunku do tej jednej sprawy i mówi się o „feminizmie antyporno” i „feminizmie anty-antyporno”455. W latach osiemdziesiątych feminizm antypornograficzny, określany też — przez nie lubiące go inne feministki — mia­ nem feminizmu cierpiętniczego, rozszerza nadal swoją agendę na szczególne rodzaje gwałtu: na gwałt Afroamerykanek, gwałt żon i gwałt na randkach, zaczyna też batalię przeciw turystyce seksualnej i handlowi żywym towarem. A u samych podstaw ujawnia się wreszcie jeszcze głębsza, niektórzy sądzą, że fundująca podział w ruchu feministycznym różnica: z jednej strony zwolen­ niczki heteroseksualizmu, a także homoseksualizmu z podziałem ról na dominację i podporządkowanie, z drugiej strony zwolenniczki homoseksuali­ zmu w jego łagodnym, partnerskim wariancie lub zupełnej wstrzemięźliwości płciowej. W ujęciu tych drugich właściwie wszelki seks z mężczyzną jest gwałtem456. Obraz sytuacji kobiet w świecie, jaki jawi się w tej perspektywie, malowniczo oddają słowa tak właśnie myślącej, zasłużonej feministki Marge Piercy: „Żyjemy w miastach niczym hodowlane bażanty. Najpierw karmią nas troskliwie i otaczają opieką, a potem puszczają na ulice wolno, żeby myśliwi mieli do czego strzelać, bo to przecież rodzaj sportu. Polowanie na nas, okaleczanie nas, mordowanie nas, naszych matek, babek, córek, wnuczek, to cały wielki przemysł. [...] Połączenie seksu z gwałtem musi skończyć się za życia naszego pokolenia, i to skończyć na dobre, jeśli chcemy naszym dzieciom przekazać przyszłość, w której da się w ogóle żyć.”457 Kiedy feministki liberalne kończyły przegraną walkę o ERA, feminizm radykalny rozwinął już w pełni kampanię przeciw pornografii. Wszystko zaczęło się w 1976 roku w Los Angeles od ataku na billboard reklamujący płytę Rolling Stonesów, na którym przedstawiono leżącą kobietę zakutą w łańcuchy, z ranami na nogach i twarzy, oświadczającą, że „to lubi” (rolling stones znaczy m.in. „toczące się kamienie”)458. Uznano to za promowanie sadomasochizmu, a protesty feministek zmusiły wytwórnię Warner Brothers do wycofania reklamy. Teraz jak lawina potoczyły się wystąpienia przeciw innym reklamom i filmom promującym gwałt i przemoc na kobietach, włączając w to rychło pornografię. Nastąpił osławiony atak na pornograficzne pismo „Hustler”. Powstaje WAVPAM (Women Against Violence in Pornography and Media — Kobiety przeciw Przemocy w Pornografii i Mediach) na czele z Laurą Lederer, który w 1978 miał liczyć tysiąc członkiń. Dochodzi do pierwszej kulminacji w tej kampanii: ogólnokrajowej konferencji na temat „Feministycz­ nych punktów widzenia na pornografię” w San Francisco (17—19 XI 1978), zakończonej wielkim marszem pod hasłem „Take Back the Night” (Odbierzcie 455 Zob. C. S. Vance More danger, more pleasure: A decade after the Barnard Sexuality Conference, w: C. S. Vance (red.) Pleasure and danger. Exploring female sexuality, (I wyd. 1984), London 1992, s. XXII. 456 K. Barry Female sexual slavery, Englewood Cliffs, New Jersey 1979, s. 34. 457 M. Piercy Open letter, w: L. Lederer (red.) Take back the night. Women on pornography, (I wyd. 1980), New York 1982, wstępna strona, bez numeracji. 458 Podpis głosił: Tm black and blue from the Rolling Stones and I love it.

2l8

DZIEJE FEMINIZMU

im noc!) przez dzielnicę słynącą z eksponowania pornografii. Odtąd takie marsze będą odbywać się w wielu kampusach, aż po dziś dzień4S9. Tworzą się liczne organizacje ześrodkowane na walce z pornografią, w której zaczynają uczestniczyć także mężczyźni. W Nowym Jorku John Stoltenberg organizuje w ramach Narodowej Organizacji na rzecz Zmienienia Mężczyzn specjalną grupę zadaniową do walki z pornografią, a potem współtworzy Mężczyzn Przeciw Pornografii w Nowym Jorku. Mężczyźni uczestniczący w działalności feministycznej bywali oczywiście w trudnej sytuacji, ale przeżywali to jako spłacanie winy mężczyzn za całą swoją płeć460. Rozgorzała kampania na rzecz zakazu pornografii, kierowana przez Andreę Dworkin i Catherine MacKinnon. Działaczki ruchu antypomo objeżdżały cały kraj i brały udział w audycjach telewizyjnych, prezentując zestaw przeźroczy (krytyczki twierdzą, że nader tendencyjnie dobrany), interpretując przed­ stawiane sceny w odpowiadający im sposób. Zyskało to poparcie konserwatyw­ nej Ameryki, której nie przeszkadzało, iż MacKinnon wyrosła z marksizmu i przeszła do feminizmu stosunkowo późno, nigdy zresztą nie porzucając do końca — może wcale? — tamtej perspektywy. W każdym razie zachowała ten sam, czarno-biały, radykalizm. Bojowniczki kampanii antypornograficznej sięgały też do innych form aktywności. Np. Kobiety przeciw Pornografii w Nowym Jorku organizowały w 1979 roku dwudziestoosobowe wycieczki 459 Barwny, choć raczej nieżyczliwy obraz takich marszów przedstawia w 1993 roku Katie Roiphe, córka pisarki feministki sama uważająca się za feministkę, ale bardzo niechętną cierpiętniczej reorientacji, jaka dokonała się w ruchu. Owe marsze „Odbierzcie im noc” przerodziły się w cały rytuał, skupiający w Princeton co wiosnę kilkuset do tysiąca uczestników, przeżywających je jako rodzaj procesji religijnej, zakończonej pełnym uniesienia składaniem świadectw, często do białego rana. Bito w bębny, krzyczano hasła, palono świece. Oto niektóre z haseł: Princeton unitę, take back the night!, No matter what we wear, no matter where we go, yes meansyes andno means no! Hey ho! Hey ho! Sexismhasgot togo! (Łącz się, Princetonie, odbierz im noc!, Nieważne, co mamy na sobie, nieważne, dokąd idziemy, „tak” znaczy „tak”, a „nie” znaczy „nie”, Hej-ho! Seksizm musi odejść!). W składanych świadectwach dominowały wypowiedzi tych, które „przeżyły (survived) — przeżyły czy przetrwały gwałt, ma się rozumieć, choć jak się okazuje, pojęcie to pojmują bardzo szeroko, na przykład czasem dopiero po latach dochodzą do wniosku, że tamto to był właśnie gwałt; przeważnie gwałt taki miał miejsce wskutek braku odwagi powiedzenia „nie” lub powiedzenia „nie” za słabo, lub niepowiedzenia „nie”, gdyż było się, jak i partner, potężnie wstawioną. (K. Roiphe The morning after. Sex,fear, andfeminism, [I wyd. 1993], London 1994, s. 30). Wszyscy „przerywają milczenie” — tak już od ponad dziesięciu lat! — bo każda była „uciszana” (ibidem, s. 34). Wokół „gwałtu na randce” (datę rape) panuje bowiem zmowa milczenia. Każda „sobie gratuluje”, że przeżyła, że nawet potrafi czasem jeść, nawet z mężczyzną potrafi czasem spokojnie porozmawiać. Uczestniczyło wówczas w tych pochodach wielu męż­ czyzn, uważających się za „pro-feministów” (nazywanie siebie „feministą” uchodziło wśród bardziej światłych spośród nich za arogancję) i w pełni akceptujących oskarżycielski obraz męskości, forsowany przez feminizm radykalny. Mówili jeszcze o sobie „nowi mężczyźni” i „antyseksiści” (ibidem, s. 130). 460 Katie Roiphe tak podsumowuje wnioski, do jakich doszła po wielu rozmowach z profeministami: „W feminizmie przyjmuje się, iż mężczyzn obciąża wina. Pierwotnym grzechem jest urodzenie się mężczyzną. Podzielanie ideologii, w której określenie „fallocentryczny” jest potwornym oskarżeniem, nie może przychodzić łatwo komuś, kto przypadkiem ma akurat przytroczonego do ciała fallusa.” Nic dziwnego, że John Stoltenberg w Refusing to be a man snuje wizję świata, w której u ludzi zanikają w ogóle męskie członki. W ten sposób „nowy Adam zostaje zrodzony z żebra Ewy.” Ibidem, s. 136—137.

NOWY RUCH KOBIET

219

w rejon Times Square, aby na miejscu pokazać kobietom, jak to wygląda. Ich pojmowanie pornografii jest bardzo szerokie, dotyczy wszelkich przedstawień sytuacji seksualnych, w których kobieta prezentowana jest jako „podporząd­ kowana” {subordination i submission), co ich zdaniem wywołuje deprecjację całej płci żeńskiej. Pornografia sugeruje, iż kobiety to płeć z istoty swej służebna wobec mężczyzn — uważają. Ponadto propaguje przemoc wobec kobiet i sadomasochizm. W ich ujęciu okazuje się, że właściwie każdy seks z mężczyz­ ną jest aktem męskiej dominacji i przemocy i jest wobec tego zły. Dobry seks, jak każą się domyślać, to seks co najwyżej pomiędzy kobietami, a i to tylko pod warunkiem że nie naśladują w nim ról męsko-damskich (tzw. butch-femme relation). Seks ma być łagodny i bezpieczny (co określa się potem mianem vanilla-sex, seks waniliowy) lub ma go nie być wcale. W każdym razie każdy inny seks odpowiada wyłącznie mężczyznom i stanowi element w ich polityce podporządkowania sobie kobiet461. Typowy dla ruchu antypornograficznego sposób pojmowania seksu zdomi­ nował środowiska feministyczne i przez jakiś czas można było odnieść wrażenie, że każda feministka myśli podobnie. Tak rzecz jasna nie było. Zaniepokojone tą inwazją feministyczne akademiczki przygotowywały w No­ wym Jorku konferencję na temat seksualności kobiet, na której chciały tę tematykę gruntownie odkłamać i szczerze przedyskutować. W trakcie przez rok prowadzonych spotkań przygotowawczych zarysowało się jaśniejsze stanowi­ sko, w świetle którego koncepcje kobiecej seksualności rozpowszechniane przez aktywiski „antyporno” uznano za fałszywe i szkodliwe. To nieprawda, że seks zawsze poniża kobiety, choć w warunkach patriarchatu często tak bywa. I nieprawda, że kobiety lubią wyłącznie partnerskie i bezpieczne traktowanie. Problem przyjemności seksualnej jest bardzo złożony, część kobiet potrzebuje np. pewnego ryzyka, co oczywiście rodzi też zagrożenie. A przede wszystkim upodobania kobiet są bardzo różne i wszelkie próby podciągania seksualności kobiet pod jeden strychulec są bardzo szkodliwe. Do konferencji pod tytułem „Toward a politics of sexuality” miało dojść w Barnard College w Nowym Jorku na wiosnę 1982 roku. Ku zaskoczeniu organizatorek — jak wspomina główny inicjator i organizator tej imprezy, Carole S. Vance462 — na tydzień przed rozpoczęciem wpłynął do władz college’u donos aktywistek antyporno, ostrzegający, że na uczelni mają być promowane „poglądy wrogie feminizmowi”, a główne organizatorki konferen­ cji to seksualne dewiantki. Szefowa uczelni wpadła w popłoch (dobrze znana w krajach anglosaskich sexual panic), nie pozwoliła na rozprowadzanie wśród uczestniczek przygotowanego materiału z całorocznego seminarium i w ogóle objęła bezpośrednim nadzorem program konferencji. Przyjeżdżające 24 kwiet­ nia, w dniu otwarcia konferencji uczestniczki były witane przez pikiety antyporno, wręczające im szkalujące kierownictwo ulotki i denuncjujące konferencję jako promującą „seksualność niegodną feministki {antifeminist 461 Zob. zbiór cytatów na ten temat w „Dokumentacji” feminizmu radykalnego. 462 C. S. Vance More danger, more pleasure, w: C. S. Vance (red.) Pleasure and danger, op. cit., s. XX—XXI.

220

DZIEJE FEMINIZMU

sexuality)”. Część przyjezdnych udało im się przechwycić na własną, równo­ legle poprowadzoną konferencję, której wyłącznym tematem stał się sadomasochizm, pornografia i lesbizm niepartnerski. Mimo wszystko konferencja właściwa odbyła się, a jej efektem stała się bardzo potem poczytna książka Przyjemność i zagrożenie (pierwsze wydanie 1984). Od tego momentu rozpętały się prawdziwe siostrobójcze „wojny płciowe” i co najmniej do 1986 roku trwały bardzo emocjonalne, a ze strony antypornograficznej zdecydowanie agresywne dyskusje w środowisku feministycznym na temat kobiecej seksualności i jej — wedle feministek radykalnych — niedopu­ szczalnych form. Ich oponentki, głoszące potrzebę swobody na tym polu (bo niby dlaczego kobiety mają być bardziej ograniczone niż mężczyźni), zostały określone mianem „seksualnych liberałek (sex liberals)” i odmówiono im w ogóle prawa do określania się mianem feministek463. Atak na pornografię, sprzężony właściwie z atakiem na wszelkie postacie heteroseksualności i spory obszar homoseksualizmu kobiet, kontynuowano. Z zadowoleniem obserwowała go tradycjonalistyczna prawica, która często żywiła przecież przekonanie, że seksualizm kobiet jest grzeszny sam w sobie, a dążenie kobiet do znajdowania w nim przyjemności jest egoistyczne i aspołeczne464. I te właśnie siły społeczne, zainspirowane przez Dworkin i MacKinnon, próbowały przeforsować pod koniec 1983 r. w Minneapolis poprawkę do rozporządzenia municypalnego, ujmującą pornografię — bardzo szeroko zdefiniowaną przez obie autorki — jako rodzaj dyskryminacji płciowej i stwarzającą podstawę dla wnoszenia indywidualnych skarg przeciw publikac­ jom pornograficznym. Zdaniem autorek nie chodziło już tyle o „obrazę czyjejś moralności”, ile o coś bardziej fundamentalnego, o „wykroczenie przeciw statusowi i bezpieczeństwu kobiet”. Dwukrotnie poprawkę uchwalano i dwu­ krotnie mer odmawiał jej podpisania. Za to w Indianapolis sprawy potoczyły się pomyślniej. Uchwaloną poprawkę, o nieco zmienionej treści, mer podpisał. Tyle że natychmiast pociągnęło to za sobą skargę konstytucyjną wydawców i księgarzy46S. Feministki liberalne, dotąd nie zaangażowane w spór na temat seksualności kobiet, teraz już nie mogły pozostać neutralne mimo niechęci wobec walki we własnym obozie. Próbowano bowiem dokonać zamachu na świętą dla wszyst­ kich liberałów wolność słowa. Jak w dominie — powiadały — pierwszy zakaz pociągnie za sobą następne i już niedługo znikną z księgarń Huckleberry Finn 463 W latach dziewięćdziesiątych batalia trwa, a po stronie feministycznych obrończyń swobody w seksie występują zwłaszcza wspomniana wyżej Katie Roiphe (op. cit.) i czołowa reprezentantka tzw. feminizmu siły Naomi Wolf (N. Wolf Promiscuities. A secret history of female desire, London 1997), autorka wcześniejszego bestsellera Fire with fire. Według K. Roiphe norma kobiecej seksualności jako łagodnego, partnerskiego stosunku jest dla wielu kobiet nie do zaakceptowania. 464 C. S. Vance More danger, more pleasure, w: C. S. Vance (red.) Pleasure and danger, op. cit., s. XVIII. 465 D. Leidholdt Introduction, w: D. Leidholdt, J. G. Raymond (red.) The sexual liberals and the attack on feminism, Elmsford, New York 1990, s. XIV. Jest tu też odwołanie do A. Dworkin, C.A. MacKinnon Pornography and civil rights. A new day for women’s equality, Minneapolis, Organizing Against Pornography, 1988.

NOWY RUCH KOBIET

221

i Ulisses. Rzecz ciekawa, że to nie liberalistycznie nastawieni mężczyźni podjęli rękawicę, lecz kobiety. Im można było wierzyć, że nie bronią pornografii, lecz samej zasady. Choć niektóre z nich nie kryły także poglądu, iż szkodliwość pornografii wydaje im się mocno problematyczna. Kiedy powołana przez konserwatywnego prokuratora generalnego Meese’a Komisja ds. Pornografii prowadziła przesłuchania w latach 1985—1986, powołując na świadków także Andreę Dworkin i inne feministki ruchu antypornograficznego, kiedy za projektem ustawy entuzjastycznie opowiadali się np. biblijni fundamentaliści, inne feministki z rejonu Nowego Jorku utworzyły FACT {Feminist Anti-Censorship Taskforce — Feministyczną Grupę Działania przeciw Cenzurze), ostrzegający przed zagrożeniem, jakie niesie ze sobą proponowany akt prawny. Działaniom FACT-u pełne poparcie wyraziła cała plejada prominentnych feministek, którym w innych sprawach nieraz zdarzało się stawać przeciw sobie. Wśród ponad dwustu podpisów nie zabrakło i Betty Friedan z jednej, i Kate Millett z drugiej strony dawnej barykady, dołączyła też piewczyni feminizmu kulturowego, pisarka Adrienne Rich. Mimo to bojowniczki antypornograficznej sprawy nie wahały się rzucić w twarz wszystkim oponentkom oskarżenia, iż jako seksualne liberałki i libertarianki stanowią zasadnicze zagrożenie dla ruchu; właśnie wtedy — pisze Vance z wyrzutem w 1992 roku — kiedy feminizmowi groziła zagłada ze strony reaganowskiego konserwaty­ zmu466. W 1986 roku Sąd Najwyższy orzekł, iż akt prawny z Indianapolis narusza pierwszą poprawkę do konstytucji (wolność słowa), wobec czego upadła podstawa prawna do zaskarżeń pornografii. Przez krótką chwilę feministki zaangażowane w kampanię antypomograficzną mogły poczuć się trochę osamotnione. Poparcie dla FACT-u było w ruchu bardzo znaczące, a po przegranej w Sądzie Najwyższym prawica zostawiła je same sobie. Lecz burza jeszcze nie ucichła. Aby zmienić niekorzystne wrażenie, iż większość femini­ stek nie popiera starań o zakaz pornografii i walki z heteroseksualizmem, zainspirowane przez wybitną reprezentantkę lesbijskiego feminizmu, Brytyjkę Sheilę Jeffrey, zwołały do Nowego Jorku konferencję na temat „Seksualni liberałowie i atak na feminizm”, wspieraną oficjalnie przez kilka wybitnych feministek, m.in. MacKinnon (co nie dziwi), ale także redaktora naczelnego „Ms”, Glorię Steinem, cieszącą się znacznym autorytetem w całym feminis­ tycznym środowisku. W wielkiej sali University Law School zmieściło się tylko 800 uczestniczek, setki innych — jak wspomina organizatorka konferencji i redaktor wydanego potem pod tym samym tytułem tomu, Dorchen Leidholdt 466 C. S. Vance More danger, more pleasure, w: C. S. Vance (red.) Pleasure and danger, op. cit., s. XXV. O FACT Catherine MacKinnon pisze w 1987 roku: „Ma Ruch Czarnych swoich Wujów Tomów, ma ruch robotniczy łamistrajków. Ruch kobiet ma FACT.” Zob. C. MacKinnon Liberalism and the death offeminism, w: D. Leidholdt, J. G. Raymond (red.) The sexual liberals and the attack on feminism, op. cit., s. 12. Inna słynna aktywistka feminizmu radykalnego pisze w 1995 roku o pojawieniu się FACT: Atak feministek na pornografię „sprowokował do ujawnienia się »seksualne banitki«. Lesbijskie sadomasochistki i kobiety heteroseksualne, prowadzące w ukryciu prywatne pornograficzne życie płciowe, połączyły swe siły i utworzyły FACT”. Zob. K. Barry The prostitution of sexuality, New York 1995, s. 3.

222

DZIEJE FEMINIZMU

— uczestniczyły w konferencji siedząc na zewnątrz przed telewizorami. Cel konferencji, w założeniu naukowej, był jednoznacznie ideologiczny: „dać odpór ideologii i programowi, który osłabiał feminizm u samych podstaw, podając się za jego najlepszego przyjaciela”467. Już tytuł konferencji sugerował jako coś oczywistego, że atakowane „seksualne liberałki” nie są w ogóle feministkami, zaś wygłaszane teksty (w większości nie przez akademiczki, lecz raczej aktywistki ruchu, pisarki i dziennikarki) nie pozostawiały żadnej wątpliwości, iż są to w ogóle najgroźniejsi wrogowie feminizmu. Cóż bowiem głoszą? Utrzymują, że „seksualna ekspresja jest czymś z istoty swej wy­ zwalającymi nie należy jej w niczym ograniczać, nawet jeśli obejmuje także wykorzystywanie i brutalne traktowanie innych”. One, feministki radykalne, uważają, że seksualne upodobania tworzą się na gruncie kulturowym, więc można je zmienić, dlatego głoszą reedukacyjny program wobec zdeprawowa­ nych kobiet (które lubią przemoc wobec siebie i wobec innych, nawet jako lesbijki) i spodziewają się, że odrzuceni mężczyźni sami odrzucą swój brutalny i dominatorski styl seksualny, kiedy ockną się porzuceni przez kobiety. „Seksualne liberałki” natomiast — przynajmniej tak widzą to ich radykalne oponentki — uważają upodobania seksualne za coś biologicznie wrodzonego, z czym należy obchodzić się delikatnie i z szacunkiem, pozostawiając ludziom swobodę wyboru. Takie stanowisko radykalne feministki uważały za oburzają­ ce, gdyż podtrzymujące męską dominację468. W tej sytuacji nie mogło ich już zdziwić, że pewna grupa feministek liberalnych posunęła się nawet do obrony prawa prostytutek do wyboru tego „zawodu”, a nawet prawa do tworzenia przez nie związków zawodowych. Liberalistki seksualne bronią swobody aborcji, choć jest ona potrzebna głównie mężczyznom żądnym większego dostępu do kobiecego seksu. Ostatnio nawet — pisze w 1990 roku Dorchen Leidholdt — posunęły się do obrony kontraktowego zastępczego macierzyń­ stwa. Oto do czego „seksualny liberalizm” prowadzi!469 Konferencja — jak wspomina — umocniła ducha bojowego radykalnych przeciwniczek liberali­ zmu w praktykach seksualnych. Okazało się, jak wiele ich jest, tych, które nie mają zamiaru tolerować przemocy w seksie, czyli odrzucają wszelki seks z mężczyznami, bo w nim — jak to pokazuje pornografia — „mężczyźni są podmiotami, a kobiety przedmiotami”470. „Mówczynie były gniewne, dowcip­ ne, inspirujące. Przetrwały (had suruwecT) alfonsów i mormońskich patriar­ 467 D. Leidholdt Intorduction, w: D. Leidholdt, J. G. Raymond (red.) The sexual liberals and the attack on feminism, op. cit., s. IX. 468 Ibidem. 46Q Ibidem, s. XVI. Feministki radykalne prowadziły zdecydowaną kampanię także przeciw wszelkim wynalazkom w zakresie macierzyństwa. Od 1984 roku działał utworzony po konferencji w Leeds FINNRET: Feminist International Network on the New Reproductive Technologies. Rok później powstaje FINRRAGE: Feminist International Network of Resistance to Reproductive and Genetic Engineering. Szczególnie zasłużoną aktywistką na tym polu była Gena Corea, współ­ przewodnicząca National Coalition Against Surrogacy i wydawca pisma: „Reproductive and Genetic Engineering: International Feminist Viewpoints”. (Zob. G. Corea: The mother machine. Reproductive technologies from artificial insemination to artificial wombs, [I wyd. 1985], London 1988). 470 Ibidem, s. XV.

NOWY RUCH KOBIET

223

chów, cenzurę w imię wolności słowa, przymus pod płaszczykiem wolności wyboru. Szkalowano je, przekręcano ich wypowiedzi, ale one trwały na stanowisku — jeszcze bardziej świadome, bardziej oddane sprawie, odważniej­ sze niż kiedykolwiek przedtem” — kończy wstęp do książki prezentującej materiały z tej konferencji jej redaktorka471. Po tym wszystkim nie było już wątpliwości, że w amerykańskim ruchu feministycznym istnieje głębokie rozdarcie, którego dwie strony po raz pierwszy prowadziły walkę przeciw sobie, i to jako coś istotniejszego niż — tak wówczas potrzebna — walka o utrzymanie wywalczonych dotąd zdobyczy. Nic dziwnego, że wiele aktywistek odsunęło się nie tylko od aktywistek kampanii antypornograficznej, ale od feminizmu w ogóle. A mass media z przyjemnością promowały wówczas obraz feminizmu jako ruchu zajętego wyłącznie i obsesyj­ nie jedną sprawą: zakazem pornografii.

Postfeminizm? Wielkiej kłótni w rodzinie — a może już nie rodzinie — nie należy jednak przypisywać nadmiernego znaczenia. Rozgrywała się w środowisku feminis­ tycznym i głównie w literaturze feministycznej znalazła odzwierciedlenie. Media lekceważyły wewnętrzne bitwy, rozdarcia i oskarżenia wstrząsające feministycznym forum. Na przykład przedstawiona właśnie konferencja nie znalazła w ogóle w nich odbicia472. Jedynie kampania przeciw pornografii rozgrywała się na oczach szerszej publiczności, zwłaszcza kiedy komisja Meese’a prowadziła swoje przesłuchania. Poza tym o feminizmie niewiele można było usłyszeć. Nic więc dziwnego, iż w połowie lat osiemdziesiątych modna stała się, lansowana w środkach masowego przekazu, głównie w prawicowej prasie teza, że „feminizm się skończył”, dawne działaczki i organizacje prawie zaprzestały działalności, a na scenę wkroczyła „postfeministyczna generacja”, jak ją określiła już w 1982 roku (w październikowym numerze „New York Times Magazin”) Susan Bolotin473. Słowo „postfeminizm” robi karierę zwłaszcza w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Alice Echols, która sama koniec tej dekady odczuwa jako schyłkowy dla feminizmu, przywołuje tu zwłaszcza artykuł Deborah Rosenfelst i Judith Stacey, które piszą, iż „postfeminizm to początek kultury i ideologii, które równocześnie włączają w siebie, poddają rewizji i odpolityczniają wiele fundamentalnych tematów, charakterystycz­ nych dla feminizmu drugiej fali”; dodają też, że postfeminizm nie jest anty-feminizmem474. 471 Ibidem, s. XVII. 472 Organizatorka konferencji wspomina o tym z goryczą. Ibidem, s. IX. 473 Voices from the post-feminism generation, „New York Times Magazine” z 17 X 1982; podaję za F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 472. 474 D. Rosenfelst, J. Stacey Second thoughts on the second wave, w: „Feminist Studies”, 13, 2, Summer 1987, s. 341; cytuję za A. Echols Daring to be bad. Radical Feminism in America 1967—1975, Minneapolis 1989, odnośnik 365.

224

DZIEJE FEMINIZMU

Pytanie, czy to już nastała era postfeminizmu, pojawia się wielokrotnie w feministycznej literaturze pod koniec dekady lat osiemdziesiątych, na ogół po to, aby temu zaprzeczyć. Czasem szuka się przyczyn powstawania takiego wrażenia. Np. jedna z wpływowych i modnych w Europie feministek, Holenderka Anja Meulenbelt, sądzi w pełnej smutnych refleksji książce, że to — jednak fałszywe — przekonanie o przeminięciu feminizmu w dużym stopniu żywi się skostnieniem, zdogmatyzowaniem ruchu i jego myśli, zawłaszczeniem feminizmu przez skłonne do gettoizacji autonomistki. Feminizm porównuje do koszyka z krabami, który nie potrzebuje przykrywki, gdyż kraby same siebie ściągają na dno. Ale spodziewa się, że ruch wyjdzie z tego kryzysu poprzez działalność praktyczną, która teraz stała się ważniejsza od pierwotnie istotnej roboty ideologicznej; ponowne ożywienie jest przed nami — zapowiada475. W 1986 roku historyczka i feministka brytyjska pisze: „Byłoby z pewnością przejawem głupoty spodziewać się, że feministyczny aktywizm będzie się utrzymywał na obecnym poziomie, właściwie już teraz widać oznaki świadczą­ ce o tym, że feminizm minął chyba swój szczyt”476. Młode kobiety, dobrze już wyedukowane na kursach studiów kobiecych, uważały, że wiedzą wszystko, co trzeba, zwłaszcza o dyskryminacji płciowej, i że w zaistniałych dzięki femini­ zmowi nowych warunkach społecznych dobrze sobie poradzą, feminizm nie jest zatem więcej potrzebny. Korzystały w nie spotykanej dotąd skali ze swobód obywatelskich i obyczajowych. Widok policjantek, lekarek, prawniczek, kobiet w wojsku, na kazalnicy, w przestrzeni kosmicznej i właściwie już wszędzie był dla nich sam przez się zrozumiały. Same zajęły się karierą zawodową, na działactwo nie miały czasu. Mężczyzn — wbrew próbom zastraszania ze strony feminizmu radykalnego — wcale się nie bały, przeciwnie, lękały się, iż ich od siebie odstraszą, jeśli będą się deklarować jako feministki; odmawiały nawet dalszej lektury tekstów feministycznych w obawie, iż obrzydzi im mężczyzn477. Obchodziły zatem grupy feministyczne z daleka478. Wśród niektórych dawnych feministek pojawiły się nastroje kryzysowe, interpretowane jako schyłkowe. Betty Friedan w wydanym w 1981 roku Drugim etapie wyraźnie niepokoi się o przyszłość rodziny, która wskutek przypuszczenia na nią lekkomyślnego ataku przez radykalny feminizm uległa znacznemu osłabieniu. Nieco młodsze feministki nie kryją sfrustrowania brakiem ułożenia sobie życia małżeńskiego, ale nadzieje na jego spóźnione zorganizowanie są nikłe479. Pojawia się tęsknota za nie zrealizowanym macie­ 475 A. Meulenbelt Zwischen zwei Stühlen. Standortbestimmung einer kritischen Feministin, Reinbek bei Hamburg 1988, s. 10—15. 476 O. Banks Faces offeminism. A study offeminism as a social movement, (I wyd. 1981), Oxford 1986, s. 258. 477 Taki obraz młodych kobiet końca lat osiemdziesiątych kreśli Flora Davis. Zob. F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 473. 478 Socjalistyczna feministka Ann Ferguson także wspomina, iż w latach osiemdziesiątych jej córce, wychowanej u jej boku, feminizm wydawał się zupełnie niepotrzebny. Zob. A. Ferguson Sexual democracy. Women, oppression, and revolution, Boulder 1991, s. 12. 474 W1986 r. „Newsweek” pisze, iż kobieta czterdziestoletnia ma większe szanse zostać zabita przez terrorystów niż wyjść za mąż. („Newsweek” z 2 VI 1986, s. 54, przytaczam za F. Davis: Moving the mountain, op. cit., s. 473).

NOWY RUCH KOBIET

225

rzyństwem, które teraz zostaje w feminizmie bardzo dowartościowane480. Nostalgicznie brzmi książka feministki Liz Heron stwierdzającej, że feminizm osiągnął tak wiele, a jednak jest jakoś smutno... Bo chce się żyć z mężczyznami, ale jak? Trochę i oni się zmienili, po feminizmie, ale za mało. Jak żyć w związku z mężczyzną, nie tracąc uzyskanej, już możliwej, niezależności?481 Powszechnie głosi się pogląd, iż model superwoman, superkobiety, lansowany pod wpływem feminizmu, nie sprawdził się, poprzeczka jest za wysoko. Doprowadziło to jedynie do wzrostu liczby rozwodów482 i w ogóle unieszczęśliwia kobiety. Ostry atak na feminizm przypuszcza od tej strony Sylvia Hewlett483. Feministki co prawda bronią się, twierdząc, że wadliwe skutki proponowanej przez nie reformy wynikają nie z jej projektu, lecz z zatrzymania się w połowie drogi do jej realizacji. Laudie Porter, dawna aktywistka, powiada w rozmowie z Florą Davis, że bynajmniej nie taki obraz przyszłej wyzwolonej kobiety miały przed oczami, jaki dziś można zobaczyć: młoda niewiasta pędząca rano z dziećmi do przedszkola i do szkoły, potem do pracy, a po pracy, znowu zziajana, z zakupami w rękach, odbierająca dzieci itd. To nie tak miało być, to mężczyźni mieli włączyć się solidarnie w obowiązki domowe484. W tej atmosferze szybko spadało uczestnictwo kobiet w ruchu feministycz­ nym. Organizacje traciły członków (NOW w 1985 roku miała 130 tysięcy, a jeszcze niedawno przekraczała 200 tysięcy), popadały w długi, do czego walnie przyczyniła się postawa nowego rządu, który wycofał subwencje na projekty feministyczne i dał zły przykład fundacjom, te zaś poszły w jego ślady485. Wiele feministek prowadzących nadal żywą działalność stało się jakby niewidocznych, gdyż ich życie toczyło się na terenie kampusów w bardziej hermetycznym kręgu studiów kobiecych. W pierwszej połowie dekady tu właśnie rozgrywały się wielkie batalie między feministkami o orientacji liberalnej a zwolenniczkami postawy kulturowo-radykalnej bądź, rzadziej, socjalistycznej, toczyły się też spory między reprezentantkami dotychczasowe­ go feminizmu białych kobiet i głosicielkami odrębnego feminizmu kobiet 480 Według Ann Ban Snitow, anglistki i wykładowcy studiów kobiecych na Rutgers Univer­ sity, a dawnej aktywistki, współzałożycielki Nowojorskich Radykalnych Feministek z 1970 roku, feminizm przeszedł przez trzy fazy, najprzód zwalczano postawy pronatalistyczne i o macierzyń­ stwie mówiono bez zachwytów, a czasem nawet obarczano je główną odpowiedzialnością za upośledzenie kobiet, potem, w połowie lat siedemdziesiątych, nastąpiła faza neutralności, aż wreszcie w latach osiemdziesiątych dokonał się w samym feminizmie zwrot w stronę pronatalizmu, a ciąża, rodzenie oraz pielęgnowanie i wychowywanie dzieci zaczęły być wręcz uromantyczniane. Łączyła to z utratą ducha wśród działaczek w latach reaganowskiego konserwa­ tyzmu. Ale mówiąc to na konferencji w 1990 roku, zwróciła się do uczestniczek z pytaniem, które bardzo podekscytowało uczestniczki: Czy kobiety naprawdę chciałyby się podzie­ lić z mężczyznami macierzyństwem? Przecież to ich specjalność i źródło władzy. Czy coś w za­ mian zyskają? (W: „Ms”, V/VI 1991, s. 34; cyt. za F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 480.) 481 L. Heron Changes of Heart. Reflections on women’s independence, London 1986. 482 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 473. 483 S. A. Hewlett A lesser life, op. cit. 484 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 475. 485 Ibidem, s. 472. 8 — Feminizm

226

DZIEJE FEMINIZMU

kolorowych (zwłaszcza w uniwersytetach południowych). Na zewnątrz mało kto o tym mógł wiedzieć, z wyjątkiem uczestniczących w tych dysputach feministek ze schronisk i ośrodków pomocy dla kobiet, drugiego typu kryjówek niedostępnych dla oka zwykłego człowieka z ulicy486. Można było o tym nie wiedzieć, tym bardziej jeśli się nie chciało. Nic dziwnego, że dziennikarka Ann Taylor Fleming napisała w 1986 r. w „New York Times Magazine”, iż „znikł wszelki ślad po ruchu kobiet...”487 Otóż jest to teza trafna z jednym, ale jakże istotnym wyjątkiem. Faktycznie feminizm w swym popularnym, prozelitycznym wydaniu, atakujący świado­ mość przeciętnych Amerykanek i Amerykanów, stał się mało widoczny na arenie publicznej (pominąwszy głośną kampanię przeciw pornografii). Femi­ nizm liberalny, po przegranej w sprawie ERA, zwątlał i chwilowo nieco stracił na rozmachu. Natomiast feminizm radykalny bynajmniej nie spuścił z tonu, jednakże w obrębie enklaw. Z dala od wrzawy wielkomiejskich centrów wprowadzał w czyn swe idee w kampusach uczelnianych, eksperymentując na żywych ludziach. Nie zawsze tym zachwyconych. Te poligony podporząd­ kował swojej wyobraźni i wpływom. Kiedy Katie Roiphe, wspomniana już córka pisarki feministycznej Ann Roiphe, przybyła w 1986 roku na studia do Harvardu, zaraz na wstępie przywitały ją plakaty krzykliwie ostrzegające przed czającym się zewsząd niebezpieczeństwem zgwałcenia przez przyszłych kolegów i przed równie groźnie przyczajonym wirusem HIV, a dyżurujące na stopniach dziekanatu aktywistki starszych roczników wręczały nowym studentkom gwizdki, z którymi odtąd nie powinny były się rozstawać, gdyż z całą pewnością będą seksualnie napastowane. Już w pierwszym tygodniu, w ramach spotkań ze świeżo przyjętymi, przekazano im ogromną porcję ostrzeżeń, wśród których na pierwszym miejscu widniało zagrożenie gwałtem na randce. Pokazano im też film o takim właśnie potraktowaniu Bogu ducha winnej dziewczyny, całkowicie czystej, naiwnej, oczarowanej inteligentnym chłopcem. Kiedy w dwa lata później Katie kontynuowała studia w Princeton, zastała cały ten cichy i położony w spokojnej miejscowości kampus oświetlony nocą błękit­ nym światłem siedemdziesięciu lamp. Pod każdą z tych lamp znajdował się łatwo dostępny telefon alarmowy, do użytku na wypadek zagrożenia moles­ towaniem seksualnym lub gwałtem. Podobne sieci takich „systemów błękit­ nych świateł” zainstalowano w wielu kampusach. Zaczęło się od ustawienia piętnastu lamp — na żądanie feministek kampusowych — po czym z roku na rok przybywało nowych. Już w czasie jej studiów feministki wygrały ba­ talię z astronomami o umieszczenie kolejnej serii takich urządzeń wokół obserwatorium; dobito targu, kiedy uzgodniono, że lampy te będą wyjąt­ kowo umieszczone przy samej ziemi, tak aby nie utrudniały obserwacji 486 W1987 roku istniało — według ustaleń National Women’s Conference Committee — ponad tysiąc dwieście schronisk dla maltretowanych kobiet i ponad sześćset ośrodków pomocy dla kobiet z kryzysem po zgwałceniu. Zob. M. M. Ferree, B.B. Hess Controversy and coalition. The new feminist movement across three decades of change, London 1995, s. 229. 487 Cyt. za F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 471.

NOWY RUCH KOBIET

227

nieba488. Skutek owych świateł był tylko taki, iż studentki bały się chodzić nocą. „Czerwone znaczy »stój«, zielone znaczy »idź«, a niebieskie znaczy »bój się«.”489 Autorka przedstawia następnie — nie kryjąc irytacji — cały system oddziaływania feministycznych ośrodków na życie akademickie. Jej zdaniem, wychowanej na feminizmie własnej matki, feminizm radykalny lat osiem­ dziesiątych przesuwał wszystko wstecz, uzyskując w miejsce wolności, o którą walczyły początkowo kobiety, system barier, zakazów, ograniczeń swobody. Propagował obraz kobiety jako istoty czystej, łagodnej, naiwnej, „z wielkimi oczami”, jak w filmach lat pięćdziesiątych, narażonej bezustannie na seksualne nagabywania wiecznie niesytych tego mężczyzn, brutalnych i agresywnych490. Wiele kobiet ulegało tej presji. Zajęcia i wszelkie dyskusje skrępowane były regułami „poprawności” oraz narzuconym przez feminizm sposobem patrze­ nia i myślenia, wszelkie próby indywidualizmu były solidarnie tępione. Kadra nauczająca czuła się sterroryzowana możliwością oskarżeń o molestowanie seksualne491, dlatego profesor prowadził wszelkie rozmowy, a tym bardziej egzaminy przy otwartych drzwiach, jeśli rozmówczynią była studentka. Feministyczne „pranie mózgów” nie ominęło także licznych studentów, którzy w ramach cowiosennych, skupiających w Princeton po kilkaset do tysiąca uczestników, marszów „Odbierzcie im noc!” głośno bili się w piersi za cały gatunek męski. Pojawiła się nowa „dogmatyczna ortodoksja”492. Jak zatem widać, w wielu, może w większości ośrodków akademickich udało się feminizmowi radykalnemu osiągnąć to, co nie dane mu było na forum życia ogólnospołecznego. W niektórych wyższych uczelniach po prostu rządził. W innych zwycięstwo odniosły w każdym razie pierwotne cele feminizmu493. 488 K. Roiphe The moming after, op. cit. 489 Ibidem, s. 28. 4,0 Roiphe pisze: „Z obsesyjnego zajmowania się feministek gwałtem i molestowaniem seksualnym wyłania się obraz kobiet jako ofiar, obrażanych pieprznym żartem profesora i stale pchanych do seksu uwagami kolegów. Ten obraz delikatnej niewiasty nosi cechy uderzająco podobne do ideału lat pięćdziesiątych, od którego moja matka i kobiety jej pokolenia kosztem wielu walk usiłowały się uwolnić. Miały dość tej jej bierności, tych jej niewinnych ocząt. Miały dość jej uczulenia na seksualne dwuznaczniki. Miały dość jej przesadnej potrzeby ochrony. Reprezen­ towała sobą porażkę wszelkich potencji osobowościowych, społecznych i psychicznych. Dlatego one robiły wszystko, co było można, aby uwolnić swe córki od ciężaru tego wzorca: maszerowały, wykrzykiwały hasła, pisały... I oto ta kobieta znowu wróciła, z jej czystymi intencjami i szeroko rozwartymi oczami. Z tą różnicą, że tym razem to same feministki ją reanimują.” Ibidem, s. 6. 4.1 Sexual harassment (molestowanie seksualne) Sąd Najwyższy uznał jednogłośnie za formę „dyskryminacji seksualnej” w 1986 roku. Zob. C. A. MacKinnon Feminism unmodified. Discourses on life and law, Cambridge, Mass. 1987, s. 1. Odtąd rozpoczęły się oskarżenia, procesy i stały lęk przed możliwością zostania oskarżonym. 4.2 Ibidem, s. 5. Zob. też wcześniejsze uwagi o marszach „Take back the night” wyżej w tym rozdziale, str. 217 i przyp. 459. 4.3 O zwycięstwie idei feministycznych na uczelniach amerykańskich pisze w 1987 roku autor zdecydowanie niechętny feminizmowi: „Mężczyźni i kobiety uważają teraz za naturalne, że żyją dokładnie w taki sam sposób, studiują dokładnie te same rzeczy i mają dokładnie takie same oczekiwania co do przyszłych karier zawodowych. [...] Bitwa została wygrana. Studentki nie czują się na ogół dyskryminowane czy też deprecjonowane ze względu na własne ambicje.” Nikt nie oczekuje już od nich, że dadzą pierwszeństwo rodzinie przed karierą zawodową. Współczują swym

228

DZIEJE FEMINIZMU

Zresztą jeśli chodzi o zwycięstwo samych idei, to wielki przeciwnik feminizmu, konserwatywny aż do skrajności pisarz uważał, iż odniosły one zwycięstwo powszechne i zupełnym nonsensem jest uporczywe ogłaszanie kresu femini­ zmu: „Równie bezpodstawnym jak pogląd, iż feminizm jest ruchem liberal­ nych reform, jest przekonanie, iż feminizm to już przeszłość. Nieobyczajny język sprzed dwudziestu lat spotykany jest dziś rzadziej, to prawda, ale żadna doktryna nie ma takich wpływów w nadawaniu kształtu instytucjom i życiu publicznemu jak feminizm”. Zdaniem Levina rozpętał się wręcz feministy­ czny terror, wszędzie grożą oskarżenia o molestowanie seksualne, na każde wypowiadane słowo czyhają puryści od poprawności politycznej... Rozpano­ szył się „feminizm biurokratyczny”494495 . Ale — powtórzmy — przeciętny Amerykanin mógł nie zdawać sobie sprawy, iż jest to wpływ feminizmu, mógł myśleć tak, jak dziennikarka „NYT” Ann Taylor Fleming, iż feminizm „znikł bez śladu”. Oczywiście centrum, z którego promieniowały wpływy, naciski, żądania, groźby, zmuszające władze administracyjne i kadrę akademicką do ustępstw, były przede wszystkim ośrodki studiów kobiecych. Pod wpływ feministycznej ortodoksji trafiły zwłaszcza wydziały humanistyczne, przy czym obok wariantu mniej lub bardziej naukowego — przeważnie krytyczno-naukowego — pojawił się równie dla przeciętnego odbiorcy niezrozumiały i mało pociągający feminizm kulturowy*95. W klasycznej postaci zrodził się we Francji już pod koniec lat siedemdziesiątych, ale świat o jego istnieniu dowiedział się dopiero w latach osiemdziesiątych, kiedy przekłady angielskie uprzystępniły go społe­ czności międzynarodowej. „Uprzystępniły” to słowo użyte tu zresztą czysto formalnie, gdyż ani w oryginale, ani w przekładzie owe filozoficzne traktaty nie są przystępne. Po prostu dowiedziano się teraz szerzej o jego istnieniu, stał się modny, tak jak modny stał się postmodernizm, za którego wariant może uchodzić. Zaczęto wzajemnie epatować się żargonem dekonstrukcji. Obok wyborów i antologii autorek uznanych za reprezentantki „nowego feminizmu francuskiego” (new French feminism'), pojawiły się studia na jego temat, zwłaszcza w Anglii, skąd docierały oczywiście do USA, aż wreszcie światło ujrzały amerykańskie analizy, zazwyczaj w dziedzinie — już samej w sobie hermetycznej — krytyki literackiej i języka. Okazało się, iż wiele wcześniej­ szych amerykańskich publikacji powstałych na gruncie kultu kobiecości, zwłaszcza Mary Dały, i po kuhnowsku inspirowanych krytyk naukowej epistemologii stanowi swoisty, niejako wyprzedzający i po amerykańsku odmienny wariant feminizmu kulturowego, tak iż zaczęto je łączyć w jeden matkom, czasem nimi trochę gardzą, że tak dały się zapędzić do kuchni. O seksie wiedzą więcej niż ich wykładowcy. „Ochrony ze strony NOW nie potrzebują ani trochę bardziej niż inne kobie­ ty, które widzą, że przy Reaganie wiedzie im się co najmniej równie dobrze jak przy Carterze.” Zob. A. Bloom The closing of the American mind, New York 1987, s. 107. 454 M. Levin Feminism and freedom, New Brunswick 1987, s. 8—9. 495 To zapewne do niego odnosi się uwaga K. Roiphe, iż „nie wiadomo kiedy feminizm zaczął być utożsamiany ze złoszczeniem się na gapiących się na ciebie na ulicy mężczyzn i z pisaniem o »kolonialistycznym zawłaszczeniu kobiecego dyskursu«”. K. Roiphe The morning after, op. cit., s. 5.

NOWY RUCH KOBIET

229

szerszy nurt kulturowo-radykalny. Pewna fuzja nastąpiła po włączeniu się wprost w amerykańskie życie akademickie jednej z kilku czołowych postaci francuskiego feminizmu, Monique Wittig, publikującej i wykładającej często w Stanach Zjednoczonych. W każdym razie feminizm kulturowy stał się bohaterem kulturalnych działów w mediach jako zjawisko nader ezoteryczne i kulturowo wyrafinowane, obecne raczej w salonie artystycznym i kawiarni literackiej, i dlatego zaliczone do wszelkich modnych ,,post”-izmów, czyli w tym wypadku — postfeminizmu. Sądzono, iż ta zdziwaczała kulturowa aberracja, to zamierające tchnienie feminizmu zastygnie już niebawem na zawsze między okładkami książek i na oprawionych w ramy płótnach. Feminizm już to wypalił się do cna, już to doszedł do wittgensteinowskiej granicy mówienia — sądzono. Jeśli mimo wszystko nie milknie, to odzywa się już tylko bełkot. Rację ma jednak Flora Davis, kiedy utrzymuje, że feminizm wcale nie powiedział ostatniego słowa ani nie odegrał ostatniego aktu496. Nie zamilkł, nie przestał działać także wówczas, kiedy bardzo chciano w to uwierzyć, a cóż dopiero mówić o renesansie w latach dziewięćdziesiątych497. Jeśli chodzi o dekadę republikanów w USA, to wystarczy przejrzeć bibliografię feminis­ tyczną za lata osiemdziesiąte, aby stwierdzić, iż ukazało się wówczas wiele istotnych prac, nie tylko o ambicjach akademickich, ale par excellence ideologicznych i programowych, mobilizujących — jak wiadomo dziś: z dob­ rym skutkiem — wysiłki kobiet wokół specyficznych, ale ważnych problemów. Już w połowie lat osiemdziesiątych organizowano działania na rzecz walki z prostytucją, a raczej ze społecznymi uwarunkowaniami rodzącymi prostytu­ cję (a nie: z prostytutkami!). Powstała WHISPER {Women Hurt in Systems of Prostitution Engaged in Revolt — Kobiety Dotknięte Zorganizowaną Prostytu­ cją Zrewoltowane, skrót tworzy słowo „szept”), założona przez Evelinę Giobbe, potem Susan Hunter organizuje ośrodek poradnictwa dla byłych prostytutek, Council for Prostitution Alternatives. Ale prostytucja to zjawisko w wielkim stopniu o wymiarze międzynarodowym i tam też przeniosły się działania zajętych tym feministek, tak iż bardziej widoczne stały się na forum ONZ i w płaszczyźnie ogólnoświatowej, gdzie od kilku lat toczyła się już batalia na tym polu. W 1988 roku odbyła się w Nowym Jorku wielka konferencja poświęcona walce z turystyką seksualną. W jej rezultacie powstała organiza­ cja pozarządowa Koalicja Przeciw Handlowaniu Kobietami {The Coalition Against Trafficking in Women), działająca pod auspicjami ONZ, której utworzenie było zasługą specjalizującej się od lat w tej tematyce Kathleen Barry. A szło jak po grudzie — wspomina — bo jeszcze w 1983 roku 496 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 471—472. 4,7 W nowej przedmowie do Gin/Ekologii, pisanej w 1991 roku, Mary Daly przypomina, iż już w 1976 roku „Harper’s” (w artykule Veroniki Geng Requiem for the Women’s Movement z listopada) ogłosił koniec feminizmu, a potem powtarzano ten życzeniowy rytuał wielokrotnie w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych. „Rzecz jasna — pisze — Ruch Kobiet żył nadal. W jakimś stopniu zszedł do podziemia/podmorza, ale/i był, jak i nadal jest, tętniący życiem, pełen nadziei i oczekiwań.” (M. Daly Gyn/Ecology. The metaethics of radical feminizm. With new intergalactic introduction by the author, London 1991, s. XVII.

230

DZIEJE FEMINIZMU

w Rotterdamie na międzynarodowym sympozjum na temat handlu kobietami nasłuchała się wielu przykrych słów z tego tytułu, że deklarowała się jako radykalna feministka498. Wszystko to jednak mogło pozostawać poza uwagą przeciętnego Amerykanina. Przeciętny Amerykanin mógł także nie wiedzieć o tym, że w żywo demonstrującym swą aktywność od początku lat osiemdziesiątych ruchu ekologicznym czołową nieraz rolę odgrywają feministki, nie mówiąc o działaniu w ruchu wielu autonomicznych grup feministycznych. A od feminizmu do walki o ratowanie środowiska, świata, zwierząt itp. wiodła droga szczególnie dobrze logicznie uzasadniona499. Groźba katastrofy w elektrowni atomowej Three Mile Island, a potem faktyczna katastrofa czarnobylska zmieniły mentalność szerszych kręgów społecznych i sprzyjały szerzeniu się ruchu. Od 1980 roku odbywa się wiele krajowych konferencji, mnożą się niezależnie funkcjonujące organizacje. Pojawia się nurt zwany ekofeminizmem, któremu początek daje grupa Starhawk z Kalifornii zakładająca Woman Earth Institute (Instytut Ziemi-Kobiety). Hasłem naczelnym staje się „walka z dominacją”: białych nad kolorowymi, mężczyzn nad kobietami, ludzi nad zwierzętami i przyrodą, tak iż feministyczna teoria patriarchatu jako źródła dominacji nad kobietami ulega rozszerzeniu: patriarchat okazuje się źródłem wielu różnych szkodliwych dominacji nie tylko w społeczeństwie, ale i w świecie przyrody, i tym bardziej musi być zwalczany500. Podobne widzenie świata reprezentuje, obejmująca po części też ekologizm, sieć ruchu New Age, w którym udział kobiet i ideologii feministycznej jest być może znaczący501. Dobrze mieści się w nim krzewiąca się bujnie w latach osiemdziesiątych feministyczna krytyka religii, a także pojawiające się w tym kontekście feministyczne grupy religijne czy quasi-religijne, powracające do kultu odkrytej na nowo Bogini-Matki. Rozwija się cała plejada kobiecych grup kultowych, z własną celebrą, świętami i rytuałem. Szerzy się „nowy mit początku” (czy aż taki nowy?), o którym pisze Mary Jo Weaver, iż ludzkość żyła kiedyś w świecie pokojowej równości między płciami502. Ale i sam Nowy Wiek, i tym bardziej owe sekciarskie grupy feministyczne także pozostawały poza polem publicznej uwagi. Czasem mogły tam wdzierać się na moment, jak „Polityczny Obrzęd Rozpaczy” („Zl Political Despair Ritual”}, zorganizowana przez Starhawk manifestacja po reelekcji Reagana w 1984 roku, zakończona 498 K. Barry The prostitution of sexuality, op. cit., s. 3—5. 499 Co prawda Simone de Beauvoir bardzo krytycznie wypowiadała się o głoszeniu teorii, jakoby kobiety jakoś szczególniej były predysponowane do ruchu ekologicznego i pokojowego, gdyż jej zdaniem zakłada to — jednak — istnienie jakiejś „odwiecznej kobiecości”, której to idei była serdecznym przeciwnikiem, a do ruchów feministycznych idących tym tropem odnosiła się bardzo krytycznie. Zob. A. Schwarzer Simone de Beauvoir heute. Gespräche aus zehn Jahren 1971—1982, Reinbek bei Hamburg 1983, wywiad dla „Emmy” z 1980 roku pt. Eine Wahl gegen diese Welt. 500 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 483—484. 501 Pozytywnie odnosi się w tym kontekście do feminizmu Fritjof Capra, jeden z klasyków ruchu. Zob. jego Punkt zwrotny, Warszawa 1987. 502 W „Journal of Feminist Studies in Religion”, 5, no 1, spring 1989; cyt. za F. Davis Moving the mountain, op. cit, s. 485.

NOWY RUCH KOBIET

23I

symbolicznym paleniem świec na znak, że nie zaprzestaną swej pracy dla lepszej przyszłości. Media jednak niechętnie upubliczniały teraz podobne zdarzenia. Szersza publiczność mogła też nie zauważyć, i nie zauważyła, bardzo istotnych treści w ponownie rozgorzałym sporze prawniczek o to, czy dla kobiet lepsze i właściwsze jest „równe traktowanie” czy „specjalne traktowanie”. Powtórzyły się znane już argumenty po obu stronach, ale pojawiły się też nowe elementy, a najważniejsza okazała się puenta, której znaczenie do dziś jednak nie jest dla wielu zainteresowanych zrozumiałe. Słynna prawniczka Wendy Karniner, podsumowując stanowisko strony liberalnej, zarzuca stronniczkom specjalnych praw dla kobiet chęć trzymania się tradycyjnych ról domowych ze strachu przed wolnością wyboru, jaką stwarza równość praw. Łatwiej jest trzymać się tradycji. A przyodziewanie tej postawy w obecnie modny kult kobiecych wartości określa mianem „kobiecego szowinizmu”503. Jej koleżanki dodają, iż domaganie się szczególnej ochrony dla kobiet łączy się z owym „wiktymicznym” czy cierpiętniczym przekonaniem, że kobiety zawsze pozo­ staną ofiarami. W odpowiedzi usłyszały rzecz nową w ustach feministek, zgodnie ze zmienioną atmosferą tamtych lat: kobiety nie zawsze pod presją mężczyzn przyjmują tradycyjną rolę gospodyni domowej, bardzo często jest to zgodne z ich własnym wyborem. A jeśli tak będzie nadal, to powinny mieć specjalne uprawnienia kompensujące okres rodzenia, karmienia oraz pielęg­ nacji małych dzieci. Ze strony profesora prawa Kennetha Karsta, który zaakceptował wprowadzoną przez feministkę i psychologa Gilligan różnicę między typowym dla mężczyzn punktem widzenia „drabiny” a typowym dla kobiet punktem widzenia „tkaniny” (opozycja ladder — web'), pada — w 1984 roku — stwierdzenie, iż konstytucja USA nadmiernie respektuje perspektywę drabiny i w zestawieniu z Europą brak w Stanach Zjednoczonych myślenia w kategoriach tkaniny, czyli wspólnego dobra społecznego. Jego koleżanka uniwersytecka Carrie Menkel-Meadow dopełnia ten tok myślenia stwier­ dzeniem, iż czas najwyższy skończyć z typowym dla Amerykanów ujmowa­ niem ciąży jako fizycznej niedyspozycji, gdy tymczasem — patrząc na społeczeństwo jako tkaninę — ciąża okazuje się pracą dla całego społeczeństwa i jako taka powinna być opłacona. Niezależnie jednak od wszystkiego, i od stanowiska w sporze o trwały bądź nietrwały charakter różnic między płciami — i tu pojawia się wspomniane novum — samo uznawanie tych różnic za głębokie i względnie trwałe w niczym nie uszczupla prawa kobiet do równości szans, a zatem do pewnych rekompen­ sat w tym, w czym ich różność czyni je poszkodowanymi. Podobnie jak w przypadku mniejszości etnicznych, wprowadzenie równości nie musi oznaczać niwelowania odmienności. Jeśli obierają utrzymanie swojej odrębno­ ści kulturowej, to ich sprawa, a prawa powinny mieć co najmniej jednakowe z mężczyznami, ewentualnie nawet dodatkowo wsparte specjalnymi przywile­ jami wyrównującymi szanse504. Na odrębność kobiecych wartości i kobiecej 503 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 480. 504 Ibidem, s. 480—483.

232

DZIEJE FEMINIZMU

kultury przeniesiono w tym wypadku ten sam nowy punkt widzenia, jaki dojrzewał w odniesieniu do wieloetniczności i wielokulturowości Ameryka ­ nów: zamiast dawnej teorii tygla, w którym odrębności zanikają, i to głównie poprzez upodobnienie się do kultury białych klas średnich, pojawiła się teoria salaterki, w której wszystkie składniki sałatki zachowują swoistość, a całość komponuje się z nich jako wewnętrznie zróżnicowana jedność. Tę właśnie zasadę reprezentują też niebiałe feministki, które w latach osiemdziesiątych organizują się na własnej podstawie kulturowej i głoszą hasło utrzymania różności przy równoczesnej równości505. Zauważmy na marginesie, że w czar­ nych kobietach dopiero teraz obudziło się poważne zainteresowanie femini­ zmem, ponieważ wcześniej zajęte były walką o równe prawa Murzynów. Kiedy walka, w której odgrywały istotną rolę, zakończyła się powodzeniem głównie dla ich Czarnych Braci, pojęły dopiero, jakie może mieć konsekwencje nierówność płciowa506. Powtórzmy: tej i podobnych dyskusji można było nie zauważać, ani wielu inspirowanych przez feministki konferencji, ani codziennej działalności na rzecz pokrzywdzonych kobiet, ani organizowania międzynarodowej sieci przeciwdziałania krzywdzącym kobiety praktykom, ani ich roli w innych ruchach społecznych, gdzie nieraz pełniły role przywódcze. Ale kiedy w kwiet­ niu 1989 roku na ulice Waszyngtonu wyszło znowu 300 tysięcy demonstrantek i demonstrantów, w tym bardzo wiele młodych kobiet protestujących przeciw próbom przywrócenia ograniczeń aborcji — które mnożyły się w latach osiemdziesiątych i przynosiły już pewne skutki w postaci utrudnień, zwłaszcza uderzających w kobiety uboższe (cofnięcie dotowania przez rząd Reagana) — wówczas nikt nie miał już wątpliwości, że to ponownie daje znać o sobie feminizm, a nie jakiś postfeminizm507. Część tych młodych kobiet, właśnie w trosce o zachowanie nabytych już praw, włączyła się w swoich kampusach i miejscach pracy do działalności — jakoby już nikomu niepotrzebnych — organizacji feministycznych. Zanim doszło do historycznych wyborów w 1992 roku i do porażki konserwatysty Busha, walka przeciw próbie cofnięcia nie tylko prawa do aborcji, ale i innych uprawnień kobiet, które ich młodsze pokolenie uważało już za coś oczywistego, nabrała rozmachu. Profeministycz­ ne nuty w wypowiedziach młodszego znacznie Clintona i zwłaszcza współ­ pracującej z nim żony Hillary na pewno brzmiały bardziej obiecująco w uszach znów aktywnych feministek i znacznie jeszcze liczniejszych kobiet znaj­ dujących się pod wpływem idei feministycznych. Paradoksalnie w tym samym czasie, kiedy feminizm tracił stopniowo w oczach amerykańskiej publiczności, zyskiwał coraz więcej rozgłosu na scenie międzynarodowej, i to pod zasadniczym wpływem feministek amerykańskich. Na arenie ONZ i jego agend oraz w wielu innych organizacjach światowych w centrum pojawił się problem kobiet, kobiet w ogóle, kobiet w świecie. I choć 505 506 507 (M. M.

Ibidem, s. 385. A. Echols Daring to be bad, op. cit., s. 290. F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 414011. W innej publikacji pada liczba 400 tysięcy Ferree, B.B. Hess Controversy and coalition, op. cit., s. 230).

NOWY RUCH KOBIET

233

stało się to za sprawą feministycznej presji, rychło wzięły tę inicjatywę w swoje ręce oficjalne siły rządowe wielu państw (posługujące się często podległymi im oficjalnymi organizacjami kobiecymi, zwłaszcza w krajach socjalistycznych i Trzeciego Świata), stopniowo starając się odsuwać od bezpośrednich wpływów — z reguły autonomicznie działające — organizacje feministyczne. Te jednak nie przepuszczały żadnej międzynarodowej okazji, aby tam prezen­ tować swój punkt widzenia, obradując zazwyczaj na równoległych, nieza­ leżnych forach, organizując przyciągające uwagę mediów demonstracje i kontrdemonstacje, pochody itp. Przy tej okazji zadzierzgały się nici między­ narodowej współpracy feministycznej, która dziś splotła te ruchy w sieć światową508. W 1975 roku doszło w stolicy Meksyku do I Światowego Kongresu ONZ wieńczącego Międzynarodowy Rok Kobiet. Jak już wspomniałem, niepowo­ dzeniem skończyły się starania o zorganizowanie tej konferencji w Berlinie Wschodnim, gdzie komuniści spodziewali się podporządkować sobie światowy ruch feministyczny i kobiecy, izolując go od wpływów Amerykanek. W Mek­ syku przeciwnie, głos amerykańskich feministek miał istotne znaczenie, zwłaszcza w towarzyszącej oficjalnemu gremium odrębnej Trybunie, w której uczestniczyło około 6 tysięcy kobiet pracujących w blisko 200 warsztatowych grupach. Oficjalna konferencja przyjęła dokument Światowy Plan Działań na rzecz Wdrożenia Celów MRK, w zgodzie z którym ONZ ogłosiła całe następne dziesięciolecie Dekadą na rzecz Kobiet, dekadą, w czasie której rządy miały realizować zawarte w 155 artykułach dokumentu wytyczne „na rzecz równości, rozwoju i pokoju”. Oficjalne kongresy tej organizacji poświęcone sprawie kobiet postanowiono zwoływać co pięć lat. Następny kongres w 1980 roku w Kopenhadze udało się prawie spara­ liżować uczestniczkom z krajów socjalistycznych i Palestynkom, które usiłowa­ ły narzucić uchwały potępiające syjonizm. Utrzymywały, iż tematem „kobie­ cym” dla kobiet Trzeciego Świata (a kongres miał być głównie im poświęcony) jest wszystko, a nie tylko „kobiece” sprawy, na które w gruncie rzeczy w tej chwili szkoda czasu. Zresztą w socjalizmie kobiece sprawy już rozwiązano, a Trzeci Świat musi przede wszystkim wyzwolić się od imperializmu Zachodu. Do podjęcia zatem uchwał, broniących kobiet Trzeciego Świata, nie doszło509, natomiast feministki z całego świata odniosły tutaj jeszcze większe korzyści, spotykając się w odrębnym forum już z dziesięcioma tysiącami kobiet. Również III Światowy Kongres, w Nairobi w 1985 roku, z pewnym trudem przebijał się ku sprawom kobiet poprzez narzucany ponownie problem palestyńsko-izraelski oraz dodatkowo problem apartheidu. Odnotować trzeba, że tym razem liczba kobiet w oficjalnych delegacjach wzrosła aż do 80%, a obrady udało się jednak zakończyć przyjęciem dokumentu o nazwie Strategie 508 Łatwo przekonać się o tym w intemecie. Polecam zwłaszcza centrum informacyjne powstałe przy NOW: Feminist Internet Gateway. Adres internetowy: http://www.feminist.org/gateway. 509 G. Ashworth, L. Bonnerjea The invisible decade. UK women and the UN Decade 1976—1985, Aidershot, Hants/Brookfield, Vermont 1985.

234

DZIEJE FEMINIZMU

na przyszłość, w którym uchwalono m.in., iż rządy powinny wprowadzić zasadę równej płacy za równą pracę, promować i sponsorować rozwój opieki nad dziećmi i umożliwiać rodzicom ruchomy czas pracy. Delegatki z Zachodu usłyszały o wielu faktach z życia kobiet w Trzecim Świecie, z których nie zdawały sobie sprawy. W towarzyszącym kongresowi niezależnym forum kobiet uczestniczyło tym razem już 16 tysięcy kobiet ze 130 krajów świata. Feministki szerzyły wśród nich swe idee, same ucząc się nie znanych sobie konkretów i odmiennych sposobów kobiecego patrzenia na świat. W czasie dyskusji na temat „Co by było, gdyby kobiety rządziły światem?” parlamen­ tarzystki z całego świata doszły do zgody co do jednego: byłoby na pewno inaczej. I uznały, że działać należy także poza obecnymi strukturami rządowy­ mi510. I ten, i poprzedni kongres miały zapewne znaczny wpływ na wyłonienie się tematyki kobiet kolorowych w USA i tworzenie się tam ich odrębnych ugrupowań feministycznych; wprowadziły też temat odrębności problematyki kobiecej w zależności od odmiennych uwarunkowań kulturowych w samo centrum uwagi tradycyjnego feminizmu. Kongresy przyczyniły się do ustalenia danych o losie kobiet w świecie, zdumiewających czasem przeciętnego obywatela Zachodu, i bardzo nagłośniły tę problematykę. Flora Davis, z której książki czerpiemy wiele przytoczonych wyżej faktów podaje, iż w oficjalnym wystąpieniu ONZ-owskim w Kopen­ hadze padły m.in. następujące stwierdzenia: „Kobiety, stanowiące połowę ludności świata, wykonują dwie trzecie całej pracy, uzyskują 1/10 światowych dochodów i posiadają 1/100 światowej własności.” Ta sama autorka cytuje zainteresowany teraz tą problematyką dziennik „New York Times” z 3 listopa­ da 1988, który podawał, iż w 1/3 gospodarstw domowych świata kobiety są ich jedynym żywicielem i że 2/3 najuboższych rodzin świata prowadzą samotne kobiety511. Mijająca dekada spowodowała widoczną zmianę nastrojów w od­ niesieniu do problemów kobiet w całym świecie, choć oczywiście uchwała z Nairobi nie była i nie jest realizowana. Udało się też stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że przemiany w krajach Trzeciego Świata, same w sobie zapewne postępowe, przynosiły czasem kobietom, zwłaszcza wieśniaczkom, pogorsze­ nie sytuacji. Odnotowano żywy problem narastającego kontrataku fundamen­ talizmu religijnego, wymierzonego w przemiany oddalające kobiety od dotych­ czasowych tradycyjnych, a popieranych przez religie światowe wzorców życiowych. W Nairobi ponad sto warsztatów poświęconych było problemowi stosunku wielkich religii, zwłaszcza katolicyzmu i islamu, do kobiet i powiązań tej instytucji ze strukturami patriarchatu. Nie należy jednak zapominać, iż zajmowanie się polepszaniem losu kobiet w świecie nie jest tożsame z działalnością feministyczną. Bycie feministką kojarzy się w wielu krajach z radykalnym separatystyczno-kulturowym warian­ tem feminizmu, nastawionym raczej wrogo wobec mężczyzn i wobec tradycyj­ 510 Tak to wygląda we wspomnieniach Ynestry King. Zob. Y. King If I can’t dance in your revolution, I’m not coming, w: A. Harris, Y. King (red.) Rocking the ship of state. Toward a feminist peace politics, Boulder 1989, s. 291—292. 511 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 486.

NOWY RUCH KOBIET

235

nych wzorów rodziny, niekoniecznie tylko patriarchalnej, toteż we wszystkich kongresach feministki były w mniejszości, a oficjalne delegacje nieraz odżeg­ nywały się od nich. Wśród działaczek na rzecz kobiet wiele jest feministek liberalnych lub kobiet o analogicznych poglądach, które się już jako feministki nie określają, chociażby dlatego, żeby uniknąć błędnej identyfikacji z owym drugim, rozreklamowanym wariantem feminizmu. Zresztą o samo słowo „feministka” toczyły się żywe spory. Można stwierdzić, iż w latach osiemdziesiątych doszło do uformowania się światowej sieci feminizmu. Zaczęło się od zapraszania na konferencje uczestniczek z innych krajów, potem pomogły światowe kongresy ONZ, zaczęto też organizować konferencje od początku już pomyślane jako mię­ dzynarodowe, zwłaszcza kiedy dotyczyły międzynarodowych problemów kobiet. W 1976 roku dwa tysiące kobiet wzięło udział w Międzynarodowym Trybunale Zbrodni przeciw Kobietom i w tym samym roku w bardzo aktywnym na polu feminizmu Wellesley College zorganizowano konfe­ rencję na temat skutków rozwoju światowego dla kobiet. Później odbyły się kolejne konferencje na temat prawa kobiet do kontrolowania własnej rozrod­ czości, zdrowia kobiet, praw lesbijek, religii itp. Zorganizowano konferencje regionalne w Ameryce Łacińskiej i w Azji Południowo-Wschodniej. Doku­ ment o nazwie DAWN (skrót tworzy słowo „świt”)512 był oficjalnie dys­ kutowany w Nairobi. Feministyczne działaczki szczególnie zjednoczyła w pła­ szczyźnie ponadnarodowej wola zwalczenia tzw. turystyki seksualnej oraz międzynarodowego handlu kobietami. Wojna w Wietnamie ukształtowała i pozostawiła w spuściźnie całe zagłębie usług seksualnych przeważnie bardzo młodych kobiet i dziewczyn w Tajlandii i na Filipinach. Po wycofaniu się Amerykanów na rynek ten weszli Japończycy, za nimi poszli inni. Sukcesem zakończyła się napaść Norweżek na biura turystyczne organizujące takie seks-wyprawy. Wreszcie powstała organizacja Międzynarodowa Sieć Femi­ nistyczna do Walki z Kobiecym Niewolnictwem Seksualnym513, działająca od 1983 roku, zwalczająca także międzynarodowy handel kobietami. W skali światowej podejmowano m.in. temat szkodliwych środków antykoncepcyj­ nych, wycofywanych z jednych krajów a propagowanych w Trzecim Świecie, jak to było ze środkiem o nazwie daikon shield, w USA zakazanym. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, jak pisze F. Davis, słowo global (światowy, globalny) stało się wśród amerykańskich feministek bardzo modne, a inicjatywy pod takim szyldem zyskują sobie na powrót poparcie różnych fundacji. Feminizm światowy tworzy rodzaj luźnej, nieformalnej sieci złożonej z bardzo wielu organizacji i ugrupowań, działają­ cych wokół wyodrębnionych specyficznych problemów kobiecych. Istnieją ośrodki wyspecjalizowane w szkoleniowej obsłudze światowego ruchu, jak np. centrum kierowane na początku lat dziewięćdziesiątych przez znaną feministkę radykalną i zarazem uczoną Charlotte Bunch na Uniwersytecie Rutgers. Coraz powszechniejsze uznanie w kręgach feministycznych za­ 513 Development Alternatives with Women for a New Era Project. 513 International Feminist Network Against Female Sexual Slavery.

236

DZIEJE FEMINIZMU

czął zyskiwać sobie pogląd, iż sprawa kobiet może znaleźć pomyślne rozwią­ zanie jedynie wówczas, kiedy kobiety będą działać solidarnie w skali całego świata.

Wnuczki ruszają na podbój świata: feminizm siły (lata dziewięćdziesiąte) Dopóki istnieje silny ruch kobiet, dalsze zmiany są nieuchronne. F. Davis „Kobiety chciały mieć wszystko — i teraz za to płacą!”514 Tak komentowali nadejście ery postfeminizmu jej konserwatywni heroldowie. Chciały zrównać się we wszystkim z mężczyznami, a równocześnie zachować rodzinę i swoją w niej pozycję. Okazuje się, że to niemożliwe. Feminizm uwiódł wiele kobiet, teraz cierpią. Co z tego, że zrobiły karierę w zawodzie (o ile ją w ogóle zrobiły, a może tylko próbowały?), jeśli małżeństwo w rozkładzie, dzieciom źle się wiedzie... albo może w ogóle nie udało się założyć rodziny, nie urodziło się dzieci... i już teraz jest za późno? Skoro same feministki, jak Betty Friedan, ogarnęły wątpliwości i teraz tęsknią za rodziną, w jakiej jeszcze miały szczęście wyrastać lub nawet zdążyły same jeszcze ją założyć, a potem zmarnować... Czyż nie jest to yizpostferninizm? Betty Friedan sugeruje wręcz, iż kobiety zrobiły, co mogły, a teraz nadeszła pora na „drugi etap”515 już razem z mężczyznami, może nawet z nimi na czele... To jakiż to jeszcze feminizm? Wprawdzie na scenie nadal pozostał feminizm mieniący się radykalnym (w istocie lesbijsko-separatystyczny), wprawdzie walczy z mężczyznami po dawnemu, ale skurczył się jakoś w sobie, otorbił, najeżył... To już tylko ślad po feminizmie. Młode kobiety odżegnują się od niego jak diabeł od święconej wody! Działa na nie odstręczająco, gdyż każda z nich jest heteroseksualna, chce założyć rodzinę i — to prawda — pragnie także pracować zawodowo, ale właśnie we wspólnym świecie z mężczyznami i wśród nich. Dla tych młodych kobiet obecna epoka też już jest postfeministyczna-. pozwala korzystać z owoców feminizmu (tamtego, liberal­ nego) bez potrzeby kontynuowania jego zmagań. Owszem, idee feminizmu są im bliskie, zasługi tego ruchu — ogromne, ale to, co z niego zostało, jest tylko 514 Na okładce książki S. Faludi Backlash. The undeclared war against women, (I wyd. 1991), London 1992. 515 B. Friedan The second stage, (I wyd. 1981), London 1982. Zob. początek poprzedniego rozdziału.

NOWY RUCH KOBIET

237

karykaturą, jest postfeministyczne także i w tym znaczeniu, iż kontynuuje linię dawnego feminizmu w jakiejś zdegenerowanej, zapewne obumierającej po­ staci516. W lata dziewięćdziesiąte media wkraczały w takim nastroju. Z feminizmu pozostały jakoby subkulturowe strzępy na marginesie życia społecznego oraz nostalgiczne, postfeministyczne enuncjacje kobiecej filozoficzno-naukowo-artystycznej elity. Właściwie od dawna ruch składał się z garści charyzma­ tycznych przywódczyń i rozproszonych grupek, z małych kobiecych centrów, knajpek, środowisk lesbijskich, a na uczelniach z ośrodków studiów kobiecych, gdzie dla świętego spokoju pozwalano mu krzewić się swobodnie i nawet obrzucać inwektywami władze uczelni i kolegów profesorów517. W perspek­ tywie ogólnospołecznej właściwie już go nie ma, jego czas minął. Niestety, za późno, zdążył wyrządzić wiele szkód — mówili tradycjonaliści. W samą porę, zrobił co trzeba, a dalej pozostają już tylko osobiste problemy nie­ których kobiet z własną kobiecością, które zresztą mają prawo troszczyć się o siebie, byle nie przeszkadzały pozostałym i nie wypowiadały się w ich imieniu, co niestety nagminnie czynią — mówiły młode panie i część daw­ nych feministek. Nie zauważano jakby, iż feminizmem jest także działanie NOW i podob­ nych organizacji, które miały jeszcze niejedno do zrobienia, zwłaszcza w obro­ nie wcześniejszych zdobyczy. Prawda, że wiele aktywistek na tym polu wołało nie odnosić już do siebie nazwy „feministka”. Stały się po prostu działaczkami kobiecymi i nie chciały mieć nic wspólnego z oskarżaniem wszystkich mężczyzn za wszystkie niepowodzenia każdej kobiety. Chciały pomagać nadal tym, które tego potrzebują, ale odrzucały tezę, iż wszystkie kobiety jako kobiety to nieuchronne ofiary wszystkich mężczyzn, że kobiety są dobre, szlachetne, i z natury bezsilne, a mężczyźni wręcz przeciwnie. Same feministki rozmaicie oceniały sytuację. Na przykład wedle Flory Davis feminizm u progu lat dziewięćdziesiątych miał się zupełnie dobrze, ale ta optymistyczna ocena łączyła się z tym, iż za feministyczne uważała wszelkie działania i organizacje zmierzające do dalszego poprawiania losu kobiet. Jej zdaniem feminizm to dzieło bardzo wielu bezimiennych aktywistek, których nie ma na listach żadnych organizacji, gdyż przychodzą i odchodzą, pracując w sposób niesformalizowany nad realizacją pojawiających się celów i znikają znów w tłumie. Tak rozumiany feminizm był i pozostaje znaczącym ruchem, który wkracza w lata dziewięćdziesiąte jako „czasy znowu lepsze dla kobiety, choć z pewnością niełatwe”518. To, iż feminizm nie zakrzepł w postaci sformalizowanych organizacji, że pulsuje życiem małych, często efemerycz­ 516 Odcinanie się młodych kobiet od feminizmu w latach osiemdziesiątych nie było takie jednoznaczne. Jeszcze w 1986 roku w ankiecie przeprowadzonej przez „Newsweek” 56% kobiet uznawało siebie za feministki, a 71% twierdziło, że feminizm polepszył ich los. (F. Davis Moving the mountain. The Women’s Movement in America since i960, New York 1991, s. 493). Miały jednak zapewne na myśli feminizm wcześniejszy, z początków lat siedemdziesiątych. 517 C. H. Sommers Who stole feminism? How women have betrayed women, New York 1994. Zob. streszczenie niżej w tym rozdziale. 518 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 10.

238

DZIEJE FEMINIZMU

nych i zmieniających się grup, że w każdej chwili wyłaniają się nowe zespoły wokół nowych zadań, to wszystko dowodzi, iż „korzenie, z których feminizm czerpie swą moc, nie tracą żywotności i siły”, a to właśnie się liczy. Autorka wymienia też jako feministyczne wiele formalnie działających organizacji nie zawsze mających coś wspólnego z feminizmem, w każdym razie nie radykal­ nym, jak nawet YWCA i Harcerki Ameryki, a jako typowo feministyczne przytacza formy działania, w których feminizm radykalny tylko częściowo uczestniczył: kobiece komitety polityczne, feministyczne zespoły prawnicze, kobiece instytuty polityki społecznej i wiele kobiecych sekcji i komitetów w różnych organizacjach. Do tego dochodzi kobiecy ruch pokoju, ponownie ożywiony ruch na rzecz uprawnień socjalnych i ostatnio grupy walczące o lepsze traktowanie kobiet chorych na AIDS. Narasta też zjawisko tworzenia organizacji kobiet kolorowych, a także grup działających na rzecz „kobiecego zdrowia i kobiecej duchowości” (to już chodzi o ugrupowania religijne i sekty typu czcicielek Bogini-Matki). Istnieją galerie sztuki kobiecej, włącznie z Muzeum Narodowym Kobiet w Sztuce w Waszyngtonie. Oczywiście kwitnie działalność ośrodków studiów kobiecych w college’ach, wiele jest schronisk dla maltretowanych kobiet, gorące linie dla kobiet zgwałconych itd. Także same feministki radykalne nie zawsze tracą optymizm. Mary Dały pisze w 1991 roku: „Niemożliwe/możliwe marzenie feminizmu radykalnego nigdy nie umarło, [...] teraz feminizm wynurza się ponownie [...]. Myślę, że kiedy wkraczamy właśnie w lata dziewięćdziesiąte, znowu nadchodzi Nasz Czas.” Groźne jest jedynie niebezpieczeństwo pogrążenia się w subkul­ turowym izolacjonizmie, „stałe zagrożenie popadnięciem w psychiczne odrę­ twienie. Wówczas nadal dryfowałybyśmy jak statki z mężczyznami u steru.”519 Optymistycznie patrzy w przyszłość inna radykalna feministka, aktywistka międzynarodowego ruchu zwalczania handlu żywym towarem, Kathleen Barry: „Obecnie, w latach dziewięćdziesiątych, ruch kobiet jest bardziej żywy niż kiedykolwiek przedtem. Ale pomimo całej jego twórczej energii i politycznego zdecydowania w ciągu ostatnich dwudziestu lat nie brakowało »złych proro­ ków« w mediach, którzy bez przerwy ogłaszali jego śmierć, a środowisko akademickie opisywało nasze zejście takimi terminami jak »postfeminizm«. Tymczasem feminizm rozwijał się i ogarnął swymi teoriami i działaniami patriarchalną opresję w jej globalnym wymiarze, demonstrując jeszcze bardziej zdecydowaną politykę i głębszą analizę klasowych warunków płciowych niż poprzednio. Zróżnicowanie rasowe, kulturowe i narodowe kobiet przydaje głębi aktywności międzynarodowego feminizmu, który wydobywa i nadaje wagę temu wszystkiemu, co łączy kobiety ponad różnicami i politycznie nas jednoczy przeciw patriarchalnej dominacji. Ruch kobiet dowiódł w latach 60. i 70., iż jest najbardziej skutecznym ruchem społecznym, w latach 80. okazał się paląco potrzebny, zaś teraz, w latach 90., jest jedną z największych nadziei. Feminizm postawił barierę konserwatywnym i fundamentalistycznym wysił­ 519 M. Daly Gyn! Ecology. The metaethics of radical feminism. With new intergalactic introduction by the author, London 1991, s. XXXIV—XXXV.

NOWY RUCH KOBIET

239

kom na rzecz zredukowania kobiet do ich funkcji rozrodczych, stawił też czoło liberalnej koncepcji kobiet jako pornograficznych obiektów seksualnych. Feministyczna nauka, w swym najlepszym wydaniu, posuwa się naprzód swoim torem i mając u podstawy życie samych kobiet, buduje teorie i nadaje kształt badaniom naukowym na całym świecie.”520 W popularnych opiniach chyba jednak nie doceniano faktu — skądinąd uznawanego i ocenianego bardzo różnie — że podstawowe idee feministyczne stały się dla wielu kobiet po prostu oczywistością. Wiele z nich zaczęło uważać, że co do swej wartości, a zatem też praw, w niczym mężczyznom nie ustępują, i to niezależnie od tego, czy mniej czy bardziej różnią się od mężczyzn i czy te różnice uważa się za inherentne czy tylko spowodowane socjalizacją. Różne, i co z tego? Prawa mają mieć takie same, także prawo do zachowania bądź niezachowania swojej różności. Jak każdy człowiek. Uzasadnianie żądania równości praw na tej tylko podstawie, że nie jest się różnym od mężczyzny, zaczęło wydawać się w latach dziewięćdziesiątych już raczej zabawne. Przecież to nie ma nic do rzeczy! Można być różnym i żądać równości. Jako po prostu człowiek. Takie nastawienie mogło wszelako w każdej chwili prowadzić do — jednak feministycznego w swej istocie — wybuchu, a mianowicie gdyby próbowano wracać do dawnego obyczaju lekceważącego i patriarchalnego traktowania kobiet. Kobiety bowiem raz na zawsze przestały uważać własne niepowodzenia za sprawę tylko osobistą, za coś, co można i należy regulować prywatnie. Np. w 1990 roku prawie 60% z trzech tysięcy ankietowanych kobiet utrzymywało, iż natrafiają na dyskryminację płciową w staraniach o wyższe stanowiska, a zatem trudności te ujmowały na sposób feministyczny, jako dotykające ich płci, a nie każdej z nich z osobna521. Choć nie uważały się za feministki, to jednak czytały feministyczną literaturę i także do ich uszu napływały — ich zdaniem: przesadne — hasła z pochodów organizowanych nadal przez or­ ganizacje feministyczne. Dlatego w każdej chwili były gotowe podnieść na powrót sztandar walki z seksizmem. Z seksizmem, nie z mężczyznami — jak to klarownie rozróżnia nowa autorka w feminizmie522. Już pod koniec minionej dekady zamachy na prawo do aborcji obudziły ich czujność. I oto jesienią 1991 roku wraca na scenę zdjęta już z niej sztuka. Na oczach zdumionych telewidzów — gdyż telewizja konserwatystów nie przyzwyczajała ich do oglądania samodzielnych i ceniących swą wartość kobiet — profesor prawa z Oklahomy, Anita Hill, oskarża kandydata do Sądu Najwyższego o molestowanie seksualne. Czyni to nader spokojnie, chłodno, systematycznie, jak człowiek przekonany o własnej godności. Jak do niedawna — tylko mężczyźni. Co przy tym było może ważne, to fakt, że znowu oni, mężczyźni, kierujący pracą komisji przesłuchującej kandydatów, próbowali najprzód 520 K. Barry Foreward, w: D.L.F. Graham Loving to survive. Sexual terror, men’s violence, and women’s lives, New York 1994, s. XI. 521 F. Davis Moving the mountain, op. cit., s. 493. 522 N. Wolf Fire withfire. The new female power and how it will change the 21” century,London 1993, s. 50, 57-

240

DZIEJE FEMINIZMU

sprawę ukryć i istniejące doniesienie dyskwalifikujące kandydata schowali do szuflady. Tym razem jednak media same upubliczniły sprawę i zmusiły komisję do podjęcia przesłuchań. Na oczach wszystkich. Nastąpiło „płciowe trzęsienie ziemi” — genderquake\ — jak to określiła później przywołana przed chwilą Naomi Wolf523, jedna z pierwszych młodych kobiet, które doszły do wniosku, że czas dawnego, bojowego feminizmu wcale nie minął. „Na ogień odpowiedz ogniem!” — rzuciła wezwanie w książce pod takim tytułem, która błyskawicznie stała się bestsellerem. Tym razem skończyły się przelewki — oznajmia — żądamy władzy! Tak, już nie tylko równych praw, nie równych szans, ani nie wyzwolenia od stereotypów płciowych — nowy „feminizm siły” (power-feminism) żąda po prostu władzy dla kobiet. Feminizm w nurcie wiktymistycznym zszedł na manowce i należy ożywić jego właściwą, wojowniczą, ambitną, a przy tym optymistyczną postać. Książką nowej gwiazdy feminizmu współczesnego — bo można tu mówić o czymś w rodzaju gwiazdorstwa — zajmuję się niżej dokładniej, niektórzy dopatrują się w niej nawet współczesnej Mistyki kobiecości-, która ponownie podrywa kobiety do walki. Zatrzymajmy się jeszcze przy poprzedzających ją, nie tak odważnych próbach dodawania animuszu nowej generacji kobiet. I te książki okazywały się bardzo poczytne, więc zapewne odpowiadały potrzebie chwili. Dokuczliwe próby cofania skutków feminizmu, podejmowane niestrudze­ nie przez prawicowe siły anty-feministyczne, nie mogły już przywrócić sytuacji społecznej z połowy lat sześćdziesiątych czy jeszcze dawniejszej, były jednak wystarczająco irytujące, zwłaszcza dla ambitniejszych kobiet, aby rozbudzić w nich nie tylko potrzebę przeciwstawienia się tym atakom, lecz także ponownego rozważenia, czy powracający wciąż w prawicowych wypowie­ dziach refren o postfeminizmie nie został zamierzony jako kołysanka. Młode autorki biorą na warsztat dzieje — dla nich już dzieje! — najnowszego feminizmu i piszą prace historyczne, z zaciekawieniem przyjmowane przez ich rówieśniczki i trochę z dystansem komentowane przez ich bohaterki. Młode aktywistki szukają w nich nie tylko własnej genezy, lecz wniosków na najbliższą przyszłość. Alice Echols524 bardziej jednoznacznie obciąża winą za niepowo­ dzenia ruchu nurt subkulturowy, pojednawcza Flora Davis525 wielki podział w feminizmie uważa za szkodliwy i obiera taktykę raczej zacierania rozbieżno­ ści (w jej książce w opisie dekady lat osiemdziesiątych prawie nic się nie mówi na przykład o opisanym w poprzednim rozdziale rozłamie na tle pojmowania kobiecej seksualności). Nadchodzi wyraźnie czas rozliczeń za uwiąd ruchu. Susan Faludi, trzydziestodwuletnia dziennikarka z San Francisco, już uhonorowana nagrodą Pulitzera, korespondentka „The Wall Street Journal” podejmuje kolejną, najlepiej ugruntowaną próbę obciążenia całą winą za spadek popularności feminizmu kontratakujących go sił społecznych, które wymyśliły „postfeminizm”, aby żywy nadal ruch pogrzebać w opinii społecz­ 523 Ibidem, s. XIV. 524 A. Echols Daring to be bad. Radical Feminism in America 1967—¡975, Minneapolis 1989. 525 F. Davis Moving the mountain, op. cit.

NOWY RUCH KOBIET

241

nej. Winą obarcza też nieprzychylne radykalnemu feminizmowi działaczki i autorki feministyczne. Głównym winowajcą jest backlash, kontruderzenie reakcji, jak to już wielokrotnie powtarzano w minionej dekadzie i jak też zatytułowała swoją wydaną w 1991 roku książkę. A każda feministka (pożal się Boże!), która stawia zarzuty radykalnym feministkom, jest po prostu na służbie tych reakcyjnych sił. Anty-feminiści uporczywie sugerują — niestety, z pew­ nym powodzeniem — że najgorszym wrogiem kobiet jest feminizm. Zewsząd, z opanowanych przez nich mediów, z magazynów kobiecych, z półek księ­ garskich i ze strony rządu, przez całe lata osiemdziesiąte kobiety słyszały wciąż w kółko to samo. Otóż nie, powiada autorka, to nie dlatego część kobiet przeżywa rozterki i niepowodzenia — zresztą celowo przesadnie eksponowane — że dzięki feministycznej metamorfozie poczuły się wyzwolone i ambitne i w następstwie tego zagubione, lecz dlatego że nastąpiło tytułowe kontruderze­ nie. Feminizmu ani wolności nie jest za dużo, lecz za mało. Ponownie podkopano wiarę kobiet w siebie, ponownie je przestraszono i zdezorien­ towano. Bzdurą jest twierdzenie, iż walka feminizmu zakończyła się w zasadzie pełnym sukcesem526. A to właśnie się słyszy. Mówią na przykład: „Być kobietą pod koniec dwudziestego wieku — toż to los wygrany na loterii!” Politycy zapewniają: „Nie ma już barier”. Stylowe magazyny wiwatują: „Kobietom udało się”. Otworem stoją bramy uczelni, oczekują stanowiska, posady... A jednak... — pojawia się zawsze na końcu to „jednak”. Co niby „a jednak”? Otóż — mówi się wprost lub daje do zrozumienia — „Możecie sobie być równe i wolne [...], ale nigdy nie byłyście tak nieszczęśliwe jak teraz”. Media prześcigają się w kreśleniu rozpaczliwie smutnego obrazu: epidemia niepłod­ ności, wyczerpanie potencjału twórczego u kobiet naukowców, chroniczny brak kandydatów na mężów, samotne kobiety utrapieniem psychologów, kobiety na wysokich stanowiskach chore wskutek stresów: tracą włosy, są nerwowe, popadają w alkoholizm, rośnie liczba ataków serca! Oczywiście wszystkiemu winne osławione wyzwolenie kobiet. „Kobiety sięgnęły po złoty pierścień niezależności, a utraciły ten jeden jedyny pierścionek, który się liczy: złotą obrączkę.”527 Zmowa mediów zamąciła kobietom w głowach. Zdaniem autorki ani nie jest tak dobrze z sukcesami feminizmu — wiele nadal dzieje się kobietom krzywd i niesprawiedliwości — ani tak źle z ich stanem zdrowia i ducha528. Na prawie sześciuset stronach wykazuje punkt po punkcie nieprawdziwość tak przed­ stawianego obrazu. Przytacza wiele przykładów oszukańczych praktyk me­ diów, perswazyjnych i tendencyjnych filmów, nadużyć w psychologii sugeru­ jących kobietom, iż wszelkie kłopoty rodzą się jedynie w ich głowach. Szczególne zaś spustoszenie na obszarze zdrowia kobiet sieją nie praca i ambicje kobiet, lecz próby sprostania narzuconemu przez męskich kreatorów

526 S. Faludi Backlash, op. cit., s. 1. 527 Ibidem, s. I-—2. 538 Ibidem, s. 9.

242

DZIEJE FEMINIZMU

mody wzorcowi chudej jak szkielet modelki. Anoreksja zbiera straszne żniwo529. Szczególną gorycz autorki wywołuje grupa pisarek feministycznych, które atakując feminizm radykalny wyświadczają najlepszą przysługę wrogom feminizmu. Nie oszczędza Betty Friedan za jej ostatnią książkę (choć przyznaje, że jej wymowa nie jest jednoznaczna)530, ale szczególnie ostrej krytyce poddane zostają Sylvia A. Hewlett531 i bardzo teraz modna Camille Paglia532. Także czołowe niegdyś postacie rewolucyjnego feminizmu radykalnego zdra­ dziły sprawę rewolucji feministycznej, Susan Brownmiller pisząc Kobiecość (1984) i Waverly Place (1989), zaś Germaine Greer pisząc Pleć i przeznaczenie (1984) i Tato, prawie nie znałyśmy Ciebie (1989). Lista denuncjacyjna jest dość długa, obejmuje oczywistych przeciwników wśród mężczyzn, ale także Warre­ na Farrela, działacza NOW, który w ostatniej książce Dlaczego mężczyźni są tacy (1990) zaatakował feministki za postawę seksistowską w stosunku do mężczyzn. Na liście znalazłaby się niechybnie i nowa książka uważającej się za zdecydowaną feministkę Naomi Wolf, gdyby już zdążyła się ukazać. Atak Naomi Wolf na feminizm radykalny nastąpił w rok później. Był pełniej rozwinięty i ugruntowany niż poprzednie wewnątrzfeministyczne krytyki. Autorka Na ogień odpowiedz ogniem cieszyła się już sławą demaskatorki ukrytych przesłań kultu kobiecej urody, ideologii zniewalającego kobiety obowiązku podobania się. Jej wydana trzy lata wcześniej książka Mit urody533 miała za sobą kilka wydań. Co było charakterystyczne, w swych pretensjach do feministek radykalnych nie ujawniała zacietrzewienia, przeciwnie, okazywała wiele zrozumienia dla przyczyn pojawienia się w ruchu aberracji separatystycz­ nej i z uznaniem odnosiła się do obiektywnie pozytywnych dokonań radykal­ nego nurtu. Jej krytyka była też — i to było novum — konstruktywna: autorka proponowała wspólne działanie wszystkich odmian feminizmu, a nie roztrząsa­ nie przeszłości. To sprawiło, iż — pomimo nader żywej reakcji negatywnej — przynajmniej część feministek radykalnych nie odmówiła potem współpra­ cy, kiedy autorka ponownie wezwała do walki: Na ogień odpowiedz ogniem! — a nie skoml gdzieś po kątach nad losem odwiecznej, bezsilnej ofiary. Naomi Wolf podrywa kobiety do ofensywy pod sztandarem rehabilitowanego femi­ nizmu. Ale nowego, na miarę nowego zadania. Ma to być power feminism — feminizm siły, jego celem jest zdobycie władzy politycznej. Nie wpływów na władze, lecz wprost — władzy! Władza bowiem leży już teraz w zasięgu ręki, trzeba to sobie tylko uświadomić i sięgnąć po nią. A właściwie więcej jeszcze, władza leży już na dłoni, trzeba tę dłoń tylko zacisnąć. To znaczy: w czasie wyborów należy postawić krzyżyk we właściwych miejscach. 529 W tej sprawie autorka przytacza fałszywe dane, które pojawiły się wskutek przekłamania — zob. niżej przy omówieniu książki C. H. Sommers Who stolefeminism?, op. cit. Nie jest aż tak źle, ale jest i tak bardzo źle. 530 B. Friedan The second stage, op. cit. 531 S. A. Hewlett A lesser life. The myth of Women’s Liberation, (I wyd. 1986), London 1987. (Zob. poprzedni podrozdział). 532 Zob. niżej w tym rozdziale, str. 254 i nast. 533 N. Wolf The beauty myth. How images of beauty are used against women, London 1990.

NOWY RUCH KOBIET

243

Prezentuję nieco dokładniej, co miała do powiedzenia autorka zaledwie dwa lata młodsza od Susan Faludi, tej, która jeszcze za wszelkie niepowodzenia feminizmu obciążała winą wszystkich dookoła, tylko nie same feministki. Naomi Wolf: Fire with fire. The new female power and hou> it will change the 21“ century

Chatto and Windus, London 1993

Zaraz na wstępie pada kluczowe stwierdzenie: „Kobiety stały się panującą klasą polityczną. Są klasą panującą, która o tym nie wie. Jest to jedyny taki przypadek w historii.”534 Do tego prostego i optymistycznego wniosku doprowadza autorkę jej fundamentalne zaufanie do demokracji: Kobiet jest ponad 51%, mężczyzn poniżej 49% — więc kto ma większość?!535 Rzecz tylko w tym, aby kobiety zechciały zrobić do końca użytek z oręża, jaki w ich dłonie włożyli sami mężczyźni. Wbrew powiedzeniu spopularyzowanemu przez słynną poetkę feministyczną Audre Lorde — narzędzie pana posłuży właśnie do rozbiórki pańskiego domu!536 Tym narzędziem jest demokracja. Do niedawna w głowie kobietom nie postała myśl, by przejąć władzę. Owszem, feministki liberalne pokazały, co można uzyskać, umiejętnie wywierając na władze naciski, szukając „dojść”, przekonując, „lobbując”, wprowadzając tu i ówdzie wprost do władz jakąś kobietę. Feministki radykalne Wyzwolenia Kobiet chciały wprawdzie przewrotu rewolucyj­ nego, ale nie poprzez reformistyczne intrygi i umizgi w ramach burżuazyjnej demokracji, więc w efekcie władzy w ogóle nie zdobyły. A późniejsze feministki radykalne obraziły się na władze z kretesem — dodajmy: zwłaszcza po przegranej w sprawie zakazu pornografii — i budują swą Nową Przestrzeń we własnym subkulturowym światku. Tymczasem władza należy przecież do kobiet, do większości! Trzeba tylko nie bać się jej wziąć. I nie bać się walki, którą próba jej przejęcia wywoła — tu nasza autorka nie jest wcale naiwna, wie, że mężczyźni, kiedy naprawdę czują się zagrożeni utratą władzy, przestają być szarmanccy i uruchamiają wszelkie stosowane w de­ mokracji narzędzia, aby do tego nie dopuścić. Mają przecież w ręku chociażby media. Oni już przestali być szarmanccy. Oni bowiem wcześniej niż kobiety zaczynają się orientować, co się święci. Walka zatem trochę potrwa. Sama arytmetyka nie wystarczy. Po pierwsze, kobiety muszą przestać bać się wzięcia władzy i w ogóle przestać się bać, muszą uwierzyć w siebie. Po drugie, muszą swą walkę dobrze 534 N. Wolf Fire with fire, op. cit., s. XIV. i3S Ibidem, s. 19. Coś podobnego ma na myśli już w 1979 roku Barbara Sinclair Deckard, która kończy swój podręcznik feminizmu następującym stwierdzeniem: „Nasze perspektywy na zbudowanie naprawdę ludzkiego, nieseksistowskiego społeczeństwa są dobre. Kobiety stanowią w końcu ponad połowę ludzkości.” (Zob. B.S. Deckard The Women’s Movement. Political, socioeconomic, and psychological issues, [I wyd. 1975], New York 1979, s. 466). 536 Jako motto do książki — dezawuowane — autorka umieszcza cytat z Audre Lorde „The master’s tool will never dismantle the master’s house”.

244

DZIEJE FEMINIZMU

zorganizować i prowadzić ją solidarnie i konsekwentnie. Po trzecie, muszą zawczasu dać sygnał przerażonym mężczyznom, że po przejęciu władzy nie odpłacą im pięknym za nadobne, lecz pozostawią im należny udział w życiu społecznym i we władzach537. Dopiero po spełnieniu tych wszystkich warunków zaistnieje możliwość wygranej. W przeciwnym razie mężczyźni będą stawiać szaleńczy opór, a nie zapominajmy, że na razie narzędzia przemocy należą do nich. Oto w wielkim skrócie program działania nowego feminizmu siły538. Na drodze do przezwyciężenia lęków i braku wiary w siebie — a jako kluczowe zadanie dla kobiet w danym momencie historycznym przedstawia to także słynna feministka pierwszego pokolenia, nadal bardzo aktywna Gloria Steinem, w nader popularnej, wydanej rok wcześniej Rewolucji od wewnątrz539 — szczególną przeszkodę stanowi zdaniem Wolf feminizm radykalny, który jako opozycyjny wobec feminizmu siły określa mianem „feminizmu wiktymicznego”, victim feminism5*0. Rozumie powody, dla których zasklepił się w sobie w okresie reaganowskiej reakcji anty-feministycznej, ale czas z tym skończyć. Docenia też w pełni działania na rzecz poszkodowanych i cierpiących przez mężczyzn kobiet, ale skończmy — powiada — z frazeologią wojny płci. Bywają kobiety krzywdzone, bywają mężczyźni krzywdziciele, ale ani wszystkie kobiety, ani wszyscy mężczyźni nie występują w tych rolach. Kobiety nie są z natury ofiarami i nie są z natury bezsilne, choć bywają ofiarami i bywają bezsilne. A już zupełnie krytycznie odnosi się autorka do lesbijskiego prozelityzmu541. Droga do rozwiązania 537 Jakby na potwierdzenie słów autorki pisze w tym samym roku na dobre przestraszony mężczyzna (nie byle jaki, bo przez wiele lat aktywista NOW, teraz zatroskany raczej o przyszłość mężczyzn niż kobiet): „Proponuję, aby nasze paradygmatyczne założenie, iż żyjemy w świecie seksistowskim, patriarchalnym, zdominowanym przez mężczyzn, poddać modyfikacji. Proponuję przyjąć, że i w Wielkiej Brytanii, i w USA żyliśmy i żyjemy w świecie, który jest na różne sposoby zdominowany zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety, jest zarówno patriarchalny, jak i matriarchalny, i bardziej biseksistowski niż seksistowski” (W. Farrell The myth of male power. Whe men are the disposable sex, [I wyd. 1993], London 1994, s. XI). Rodzenie dzieci nazwano „poświęceniem”, a „męski obszar poświęcenia — zarabianie pieniędzy — nazwano »władzą«”. Niedobrze, kiedy „tylko jedna płeć wygrywa”—autor ma na myśli kobiety (tak, tak, w 1993 roku!), bo wtedy „obie płcie tracą” (ibidem, s. XV). W tej chwili wiele kobiet ma wybór: (a) albo tylko rodzić dzieci i prowadzić dom, (b) albo oprócz tego trochę „dorabiać”, (c) albo w pełni pracować zarobkowo. A mężczyzna — czy ma jakikolwiek wybór? (ibidem, s. XII). Rozwody zaś nie są dla kobiet groźne, gdyż w razie potrzeby państwo pełni obecnie rolę „zastępczego męża” (ibidem). Notabene książka ta spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony Camilli Paglii (o której niżej mowa) i Nancy Friday, autorek mocno zaangażowanych w krytykę feminizmu cierpiętniczego. Ta druga powiada podobno o książce Farrella: „Od dawna należąca się riposta tym, które płaczą wciąż nad swym losem »ofiar« i nad »kontruderzeniem«” (ibidem, na tylnej okładce). 538 Wolf Fire with fire, op. cit., s. XVII. Nietrudno jednak rozpoznać w „feminizmie siły” nową odmianę w nurcie feminizmu liberalnego. Nieco pełniejsze rozwinięcie założeń ideologii tego nurtu Czytelnik znajdzie w trzeciej części. 535 G. Steinem Revolution from within. A book of self-esteem, London 1992. 540 N. Wolf Fire with fire, op. cit., s. XVII. 341 Sama w najnowszej książce nie pozostawia wątpliwości, iż jako feministka ceni sobie jednak mężczyzn jako partnerów seksualnych, nawet jako wspomagających procesy wyzwalania się od ograniczeń w świadomości — zob. N. Wolf Promiscuities. A secret history of female desire,

NOWY RUCH KOBIET

245

cierpień kobiet prowadzi jednak przede wszystkim poprzez przejęcie władzy. Ostatnio — pisze autorka w 1993 roku — dokonał się w tej sprawie prawdziwy przewrót. Wiele wydarzeń pokazuje, jak potężną siłą polityczną są kobiety, jeśli działają solidarnie i udzielają wsparcia same sobie, a także współdziałającym z nimi w ich sprawie mężczyznom. Dla niej kluczowym wydarzeniem, które obudziło w Amerykankach odwagę potrzebną do obrony swej godności i statusu obywatelskiego, ale i uzmysławiającym im niebawem ich siłę polityczną, stały się wspomniane uprzednio przesłuchania Anity Hill przed komisją senacką opiniującą Clarence’a Thomasa, popiera­ nego przez Busha kandydata na sędziego Sądu Najwyższego. Media — zapewne żądne sensacji — wykryły próbę zignorowania zaprzysiężonego zeznania profesor Anity Hill na temat molestowania seksualnego, jakiego doznawała przez długi czas pracując w EEOC pod kierownictwem kan­ dydata, i zmusiły komisję do wstrzymania się z głosowaniem i prze­ prowadzenia publicznego przesłuchania oskarżającej prawniczki. Całe spo­ łeczeństwo amerykańskie śledziło z wielką uwagą wyjaśnienia czarnej pani profesor i było w swych opiniach gruntownie podzielone, komisja zaś nie dała im w końcu wiary. Ale nie w tym rzecz. Wygrały wszystkie kobiety w USA: pokazano, iż głos kobiet staje się politycznie ważki, więc dla ubiegających się o władzę cenny, bądź niebezpieczny. Zadziałał „efekt Anity Hill”™2. Po sprawie Hill do tzw. listy Emily, gromadzącej fundusze na popieranie kobiet kandydujących do Kongresu z Partii Demokratycznej, napłynęła rzeka pieniędzy542 543. 1 wielu członków komisji przesłuchującej Hill, a także niektórzy starsi senatorzy przegrali w następnych wyborach do Senatu, mając czasem za rywala kobietę; także pozostałe kandydatki uzyskały wyjątkowo dużo głosów! To musiało zrobić wrażenie na wszyst­ kich, i na kobietach, i na mężczyznach. W tym samym czasie doszło do słynnych procesów o gwałt przeciw prominentnym postaciom; nie dość, że procesy doszły do skutku — co już jest ewenementem — to jeszcze oskarżeni przegrywali (m.in. przegrał bokser Mikę Tyson). Wybuchł skandal w mary­ narce, kiedy wyszło na jaw, że na konwencji w Tailhook grupa oficerów po obejrzeniu pornograficznego filmu napadła wieczorem w hotelu na swoje koleżanki544. Na fali spowodowanego tym wielkiego zamieszania w armii dopuszczono wreszcie kobiety do latania samolotami bojowymi, a pułkow­ nik Patricia Fomes została pierwszym dowódcą lotniczego szwadronu. Wreszcie nastąpił kulminacyjny efekt: republikanie przegrali wybory prezy­ denckie. Zdaniem autorki rola kobiet w zwycięstwie Clintona jest nie do przecenienia. Bush chciał wygrać odwołując się do tradycyjnych, patriarLondon 1997. Co o niej może teraz myśleć czołowa głosicielka tezy o tożsamości feminizmu i lesbizmu, Sheila Jeffreys, podtrzymująca takie stanowisko konsekwentnie również w latach dziewięćdziesiątych? O poglądach Jeffreys piszę niżej w tym rozdziale. 542 Sprawa bardzo nagłośniona w wielu innych publikacjach feministycznych i antyfeministycznych. 543 N. Wolf Fire withfire, op. cit., s. XIV. 544 Ibidem, s. 5.

246

DZIEJE FEMINIZMU

chalnych wartości i tradycyjnego modelu kobiety, w takim też świetle konserwatywne media reklamowały jego żonę i deprecjonowały Clintonów. Nic to jednak nie pomogło. Kobiety wiedziały już swoje. Ponadto bardziej od oficjalnej propagandy przemawiały do nich w telewizji audycje prowa­ dzone przez Oprah545 i Donahue, w których ujawniono oblicze amerykań­ skiej rodziny prawdziwsze od jej cukierkowego obrazu. Nawet część republikanek odeszła od swego obozu (46% kobiet i 41% mężczyzn za Clintonem)546. Świat nie pozostawał w tyle. W Kanadzie w 1993 roku wybrano premierem pierwszą kobietę (Kim Campbell), w Australii Keating wygrał ponownie w tymże roku głównie dzięki poparciu kobiet, gdyż podjął ich postulaty, z Irlandii już od 1990 roku promieniował przykład prezydenta Mary Robinson, adwokat broniącej praw kobiet, która po wyborze powie­ działa, że zamiast kołysać kołyską, kobiety zakołysały systemem547. Od dłuższego czasu Skandynawia dowodziła, jak kobiety mogą sobie skutecznie radzić z polityką. W Turcji premierem była Tansu ęiler. Przykłady można było mnożyć. W oderwaniu — były to tylko przykłady, ale wzięte w całości stanowiły nową jakość. Zdaniem autorki udział kobiet we władzy zbliżał się do osiągnięcia „masy krytycznej”. Inaczej mówiąc, widząc to wszystko kobiety zaczynają naprawdę, po raz pierwszy, wierzyć w swą równą z mężczyznami siłę polityczną. Przesłanie z tych faktów płynie jedno: „Kobiety liczą się tyle samo co mężczyźni”548. Coraz więcej polityków rozumie, że punkt widzenia kobiecych wybor­ ców jest równie — a czasem może nawet bardziej — ważny jak mężczyzn. Zmienia się, już się zmieniła, mentalność i kobiet, i mężczyzn. Wystarczy zerknąć na telewizję, na ekran kinowy, do księgarni. Owszem, bywają tam wciąż i tradycyjne wzory. Ale można przytoczyć coraz więcej filmów —autorka wymienia liczne tytuły — w których kobiety są silne, zdecydowa­ ne, odgrywają pierwszoplanową rolę, nawet w filmach kryminalnych549, to samo w beletrystyce (nawet Harlequin uruchomił serię z kobietami suk­ cesu), w reklamach kobiety przestają pełnić rolę ornamentu, często to one są silniejsze od mężczyzn550. Czyżby świat reklamy, filmu, książki zmienił się? Nie, kieruje nim nadal ten sam motyw: chęć zysku. Ale uznano, iż zmienili się odbiorcy! Teraz liczy się punkt widzenia kobiet! (Oczywiście autorka ma na myśli nowe kobiety}.

545 Jak sama później wyznała, była molestowana seksualnie w dzieciństwie przez ojca. 546 Ibidem, s. 7—8. 547 Ibidem, s. 11. 548 „Women matter as much as men do”. Ibidem, s. 150. 549 Autorka wymienia Widows, Minder, Oranges are not the only fruit, The manageress, Prime Suspect z Helen Mirren i scenariuszem Lyndy La Plaute, Seekers, The Camomille Lawn, The Men's Room autorstwa Ann Oakley, Tenko, Wish me luck, Selling Hitler, Rides; przykłady szukania modelu nowego mężczyzny to Bodyguard, Na linii ognia, a nawet Park Jurajski. Ibidem, s. 280—281. 550 Ibidem, s. 32—35, 25.

NOWY RUCH KOBIET

247

I to samo stało się już w świecie polityki. Wolf przytacza kolejne, wówczas zupełnie świeże wydarzenia, jak na przykład: przyjęcie — po dwunastu latach walki — ustawy o urlopie rodzinnym, który daje cztery miesiące bezpłatnego urlopu na dziecko lub chorującego członka rodziny, z gwarantowanym powrotem do pracy; podwyższenie wydatków w budżecie na badania nad rakiem piersi; kobiety wybiera się na czołowe stanowiska w administracji i sądownictwie (np. Albright w ONZ); przyjęta zostaje ustawa uznająca tzw. stalking (uporczywe włóczenie się za kobietą) za przestępstwo; Senat zatwierdza ustawę dotyczącą przemocy wobec kobiet, popartą też przez dwóch senatorów zasiadających uprzednio w komisji przesłuchującej Anitę Hill; Senat wdraża śledztwo przeciw senatorowi Bobowi Packwoodowi, oskarżonemu o molestowanie seksualne 23 swoich współpracowniczek; feministyczna socjolingwistka Deborah Tannen551 prowadzi spotkanie warsztatowe, w którym uczestniczą senatorowie wraz z żonami, na temat rozbieżności płciowych w komunikowaniu się; sędzina Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginsburg po wyborze dziękuje publicznie mężowi za to, że wziął na siebie obowiązki domowe; sekretarz stanu Christopher Warren na konferencji na temat praw człowieka proponuje specjalną rezolucję „Równy status i prawa człowieka dla kobiet” i słowo płeć wprowadza się do wszystkich dokumentów, w których mowa o równych prawach człowieka; Karen Sorlucco wygrywa proces o gwałt na posterunku przeciw policjantowi w Nowym Jorku (odszkodowanie ponad ćwierć miliona dolarów), co uruchamia całą lawinę śledztw w sprawie molestowania seksualnego policjantek przez kolegów; itd., itp. W jednej z nowojorskich dzielnic administracja nie waha się wszcząć natychmiastowego postępowa­ nia przeciw chłopcom oskarżonym o notoryczne molestowanie dziewcząt na basenie (bronili się utrzymując, iż robili koło nich tylko „wiry”). Na porządku dziennym są teraz sprawy o molestowanie seksualne w różnych biurach federalnych552. Oto jak już zmieniła się sytuacja. Mężczyźni są skonfundowani, czasem przestraszeni. Nie mają nowych wzorów zachowa­ nia, a stare trafiają pod pręgierz. Ich „zwyczajne” zachowania w rodzinie, na randce itp. okazują się teraz „gwałtem małżeńskim”, „gwałtem na randce” itd.553 Kobiety okazują się obecnie normalnym konkurentem do władzy. I dlatego autorka przestrzega przed napędzaniem strachu mężczyznom, bo może ich to skłonić do zbyt agresywnej obrony. Kobiety są nieświadome tego, że domaganie się od mężczyzn „podzielenia się władzą” to zupełnie co innego niż domaganie się od nich „dzielenia z nimi domowych obowiąz­ ków”554. To nie jest zwyczajne domaganie się sprawiedliwości, równości, parytetu. To jest chęć odebrania mężczyznom części tego co im najdroższe, 551 Po polsku Warszawa 1994. 552 Ibidem, s. 553 Ibidem, s. 554 Ibidem, s.

wydano jej książkę Ty nic nie rozumiesz! Kobieta i mężczyzna tu rozmowie, 30—32. 25. 14—15.

248

DZIEJE FEMINIZMU

władzy. Kobiety nie zdają sobie przeważnie sprawy z tego, co to znaczy — mieć władzę i ją oddać! Dlatego w trakcie prowadzenia tej najważniejszej kampanii, walki kobiet o władzę, trzeba koniecznie uspokajać mężczyzn, zapewniać ich, że kobietom chodzi tylko o świat urządzony sprawiedliwie dla obu płci, w którym kobiety będą zachowywać się wobec mężczyzn najzupełniej fair555. W przeciwnym razie mogą zostać ponownie zepchnięte przemocą na poprzednie, podporządkowane pozycje. I wtedy Bóg jeden wie, kiedy nadejdzie znów sposobna chwila na uzyskanie równości. Autorka uważa za celowe tworzenie obecnie bardzo wielu odrębnych, ale współpracujących ze sobą organizacji kobiecych, walczących o różne kobiece sprawy; nie odciągających kobiet na pobocze głównego nurtu życia społecznego, w ślepy zaułek feministycznej subkultury, lecz — poprzez działania prokobiece — wprowadzających coraz więcej kobiet na sam środek społecznej sceny. Działać należy skutecznie, populistycznie, przy otwartych drzwiach, z humorem, a nawet z zyskiem556. Takie organizacje już istnieją. We wstępie autorka potrafi wymienić całą ich listę, a osoby, którym dziękuje, to głównie nowe nazwiska, cała plejada feministek młodego pokolenia557. Hasło sisterhood, siostrzeństwo, uważa za problematyczne, sentymental­ ne, należy je zastąpić affiliation, łączeniem się różnych grup we wspólną „sieć”, trzeba stworzyć „sieć żeńskiej siły rozprzestrzeniającą się w całym świecie”558. Nie tępić indywidualizmu — co jest typowe w grupach feminizmu radykalnego — lecz łączyć harmonijnie niezależność osobistą z powiązaniem w ramach wspólnych interesów559. I atakować. Nie pytać „Co boli?” lecz „Co jest do załatwienia”560. Trzeba odrzucić sekciarskie cierpiętnictwo. I zwalczać seksizm, a nie mężczyzn. I nie łudzić się, że kobiety to jakieś cudowne istoty, skończyć z kultem kobiecości. Pęd do dominacji, agresja i seksualna dominacja nie są obce także kobietom561. Kiedy zdobędą władzę, wyjdzie to w pełni na jaw. Jednym słowem, kobiety mają odrzucić na bok swoje dawne gierki i miny, i jak równe z równymi potykać się o władzę i ją zdobywać. Taki ma być nowy feminizm siły. Sądząc z dalszego rozwoju sytuacji w latach naszej dekady, przewidywany przez Naomi Wolf marsz kobiet do władzy trwa i, choć nie bez zawirowań, przynosi coraz większe sukcesy. Świeży przykład to nowy brytyjski premier Tony Blair fotografujący się na stopniach londyńskiego parlamentu w oto­ czeniu 101 posłanek, wybranych z listy Labour Party! Wątpić natomiast należy, czy w przeciętnej opinii publicznej kojarzy się to z feminizmem. Mimo 555 556 557 558 559 560 561

„absolute faimess to men” — ibidem, s. 28. Ibidem, s. XIX. Ibidem, s. XV. Ibidem, s. 316. Ibidem. Ibidem, s. 309—310. Ibidem, s. XVIII.

NOWY RUCH KOBIET

249

proponowanej przez autorkę rewindykacji pojęcia feminizmu na rzecz jego liberalistyczno-politycznych korzeni, w potocznej świadomości Zachodu do­ minuje nadal przeświadczenie, iż feminizm to ruch separatystyczno-kulturowy czy, jak go nazywa, feminizm ofiarniczy, cierpiętniczy. Mało która z kobiet sukcesu w polityce czy gospodarce określa się jako feministka, choć już znacznie chętniej przyznaje się do podzielania idei feministycznych (w duchu feminizmu liberalnego). Odium łączące feminizm z mizoandryczną subkulturowością trwa i odstręcza wiele kobiet, spełniających skądinąd przesłanki definicji feministki zaproponowane przez Wolf. Wszystko dlatego, że próba odzyskania szyldu zawłaszczonego — zdaniem Naomi Wolf po uzurpatorsku — przez feministyczne radykalistki jak dotąd nie powiodła się. Nurt radykalny, nie zaprzestając działalności w sobie właściwym stylu, nadal z ogromną stanowczością strzeże „czystości ideowej” swoich szeregów oraz prawa do używania przywłaszczonej przez siebie firmowej nazwy. Tyle że wykazuje większą otwartość i zainteresowanie w sprawach publicznych, także w sferze władzy, i na tym polu zdolny jest do sojuszów z innymi akcjami prokobiecymi. Zatem na pytanie Kto ukradłfeminizm? Christina Hoff Sommers w wyda­ nej rok później książce pod takim właśnie tytułem udziela z łatwością odpowiedzi. Na wielu stronach bogatego w materiał anegdotyczny wywodu pokazuje, „jak kobiety zdradziły kobiety” (podtytuł książki). Oddajmy głos i tej autorce. Christina Hoff Sommers: Who stole feminism? How women have betrayed women

Simon and Schuster, New York 1994 Feminizm nieprawomocnie przywłaszczyły sobie przedstawicielki gender feminism, feminizmu różnicy kulturowej, jak ona z kolei proponuje nazwać feminizm radykalny ze względu na jego obsesyjną skłonność do inter­ pretowania wszelkich zjawisk w świecie w perspektywie płci i frontalnie wrogi stosunek do mężczyzn jako — przez płeć kulturową trwale zdeter­ minowanych — wrogów kobiet. W ujęciu inkryminowanych feministek „wszystkie instytucje, od państwa po rodzinę i szkołę, utrwalają męską dominację. Głosząc przekonanie, iż kobiety są praktycznie w stanie oblęże­ nia, feministki różnicy kulturowej prowadzą oczywiście rekrutację do własnych szeregów w prowadzonej przez siebie wojnie płciowej”. Ale nie każda kobieta, nawet uważająca się za feministkę, chce dać wiarę ich twierdzeniu, że „współczesne Amerykanki żyją w warunkach przygniatają­ cej je »męskiej hegemonii«”562. W tym celu feministki radykalne gorliwie zbierają i rozpowszechniają wszelkie dane świadczące o ofiamiczym statusie kobiet. Sommers demas­ 562 C. H. Sommers Who stole feminism? How women have betrayed women, New York 1994, s. 16.

250

DZIEJE FEMINIZMU

kuje wiele szeroko kolportowanych danych jako fałszywe, choć przyznaje, że zafałszowania wynikły czasem bez złej woli, wskutek przekłamań. Lecz brakuje woli owym szermierkom kobiecej sprawy, aby przytaczane dane kontrolować. Im bardziej jakieś liczby brzmią zatrważająco, tym lepiej. Stąd szeroko rozniosła się na przykład — trafiła też do książek G. Steinem i N. Wolf563 — liczba 150 tysięcy kobiet jakoby corocznie umierających w USA na anoreksję. Wystarczyło kilka telefonów, aby ustalić, że naprawdę umiera z tej przyczyny około stu kobiet (co i tak jest wystarczająco smutne!), cytowane dane natomiast to liczba kobiet dotkniętych tą chorobą. Ktoś źle odczytał ulotkę informacyjną i błędne dane włączył w obieg, ale nikt już potem ich nie sprawdzał. A to dlatego, że brzmiały przerażająco, i właśnie o to chodzi! Inny przykład to — kolportowana przez internet i wykorzystana np. w „Timie” i innych publikacjach, w licznych referatach itp. — informa­ cja, że więcej kalekich dzieci rodzi się wskutek pobicia matek w ciąży niż wskutek wszystkich pozostałych przyczyn. Autorka ustaliła, iż na konferen­ cji, z której ta informacja wyciekła, powiedziano, że więcej badań medycz­ nych poświęca się problemowi wrodzonych wad rozwojowych płodu niż pobiciom w rodzinie, natomiast — jak ją zapewniono — medycyna w ogóle nie badała przypadków wad noworodków wynikłych z pobicia ciężarnej matki564. Przykładów takich jest więcej. Oczywiście prawdziwych danych o krzywdach spotykających kobiety i o ich niesprawiedliwym położeniu społecznym jest i tak wystarczająco wiele. Ale feminizm różnicy kulturowej kolportuje je wszystkie w jednym głównie celu, mianowicie, aby „skupić kobiety wokół własnej sprawy”, a do tego nie wystarczy przypominanie, iż wielu brutalnych i egoistycznych mężczyzn krzywdzi kobiety. „One (tzn. feministki radykalne, feministki różnicy kulturowej — K. Ś.) muszą nas przekonać, że ucisk kobiet, przenoszony z pokolenia na pokolenie, jest strukturalną właściwością naszego społeczeństwa”565. Zdaniem autorki ów nurt feminizmu wyrządza wielką szkodę sprawie kobiet. Wiele z nich odstręcza od współpracy z organizacjami feministek liberalnych i od włączenia się do ich wysiłków na rzecz znoszenia faktycz­ nych krzywd i nierówności płciowych. Tymczasem feminizm radykalny — jak to wynika z dalszych opisów autorki — opanował wiele uniwersyteckich ośrodków studiów kobiecych, gdzie krzewi się swobodnie, ponieważ władze uczelni, chcąc uniknąć oskarżeń o seksizm i reakcyjność czy o niepoprawność polityczną, wolą udawać, że niczego nie zauważają566. Nawet feministki, ale innych orientacji, boją się otwierać usta, gdyż natychmiast zostają napiętnowane jako „zdrajczynie”, „kolaborantki”, „wspólniczki antyfeministycznej reakcji” itp.567 563 Chodzi o wspomniane już publikacje G. Steinem Revolution from within, op. cit. i N. Wolf The beauty myth, op. cit. 564 C. H. Sommers Who stole feminism?, op. cit., s. 11—15. 565 Ibidem, s. 16. 566 Ibidem, s. 117. 567 Ibidem, s. 18.

NOWY RUCH KOBIET

251

Przytacza przykład konferencji w październiku 1992 roku w City University w Nowym Jorku ku czci odchodzącej na emeryturę profesor Carolyn Heilbrun568. Mówi, iż z przerażeniem patrzyła i słuchała, jak inteligentne skądinąd panie licytują się wręcz w podkreślaniu, iż są „rozgniewane”, „ogarnięte szałem”, „w furii”, wściekłe, rozwścieczone — oczywiście z powodu mężczyzn — wiele powiada o sobie, że survived, przetrwały, przeżyły. Gloria Steinem chcąc wypaść lepiej od innych oświadcza: „A ja popadłam w jeszcze nawet większą wściekłość... Inaczej pozostaje już tylko depresja.”569 Wszystkie te — przecież mądre — kobiety „uważają siebie za drugą falę w ruchu feministycznym, za moralną awangardę toczącą wojnę o uratowanie kobiet.” Czyżby Amerykanki potrzebowały tej wojny? i takiego ocalenia? Słuchając tych kulturalnych pań, często pań profesor, trudno wprost uwierzyć, że w tej chwili w USA jest więcej studentek niż studentów. Tymczasem wśród owych aktywistek obowiązuje nadal aks­ jomat, iż „mężczyźni zbiorowym wysiłkiem utrzymują kobiety w poddań­ stwie” i dlatego za wszelką cenę trzeba podtrzymywać, pielęgnować „»serdeczną feministyczną więź« w tej ukrzywdzonej społeczności”. Takie są współczesne „Nowe Feministki”570. Jakżeż się różnią od tych dawnych, od takiej Betty Friedan, takiej Germaine Greer i wielu innych, które podobnie jak większość Amerykanek były za równościowym podejściem do płci. Lista wypowiedzi Nowych Feministek, egzotycznie brzmiących w uszach osoby „nie wtajemniczonej”, jest w książce Sommers bardzo długa. Od niektórych działaczek można się nawet dowiedzieć, jak bardzo opresyjnie działa na kobiety IX Symfonia Beethovena. Gdyby chodziło tylko o indywidualne odczucia podzielane przez małe grupki kobiet, sprawa nie byłaby poważna. Ale zdaniem autorki zwolenniczki takiego myślenia i widzenia są w Stanach Zjednoczonych nader liczne i co gorsza, zajmują poważne pozycje: kierują miejskimi centrami kobiet, pracują w biurach ważnych polityków, są pracowniczkami naukowymi i administracyjnymi poważnych uczelni571. Jeszcze gorzej, że dołącza do nich gromada kobiet kolejnego, najmłodszego pokolenia, jeszcze bardziej agresywna i jeszcze mniejszą wagę przywiązująca do uczciwego prezentowania faktów572. Oto na konferencji Krajowego Stowarzyszenia Studiów Kobiecych w Austin słuchaczki z uznaniem wysłuchują wyznań byłej tancerki Angeli o „przeży­ ciach, które sprawiają ból” (określonych mianem wuch experiences«'). Angela tłumaczy: „Takie »au!« przeżywasz, kiedy doświadczasz rasizmu, seksizmu, 568 Autorki paradygmatycznego sformułowania programu androginizmu w feminizmie. Zob. C. G. Heilbrun Toward androgyny. Aspects of male and female in literature, London 1973. Jest to krytycznoliterackie ugruntowanie i rozwinięcie idei Virginii Woolf wyrażonych we Własnym pokoju (wydanym w końcu po polsku — Warszawa 1997). 569 „Ihave become even more angry... The alternative is deppression.” C. H. Sommers IfTzo stole feminism?, op. cit., s. 21. 570 Ibidem. 571 Ibidem, s. 29. 572 Ibidem, s. 18.

252

DZIEJE FEMINIZMU

klasizmu, homofobii, ejblizmu, ejdżyzmu i lukizmu”573. Studia kobiece wydają się obecnie na dobre opanowane przez orientację kulturalistyczną, skoro za coś zupełnie normalnego uchodzą na przykład wywody byłej marksistki MacKinnon w „Signs” z lata 1993, iż dla mężczyzn „poznawa­ nie” to jakby seksualne penetrowanie przyrody574. Jest to próbka modnej feministycznej krytyki epistemologii naukowej, do której jak widać Sommers odnosi się z chłodną rezerwą. Autorka nie cofa się przed wyrażeniem uznania dla tych składników w działalności krytykowanego nurtu feminizmu, które są bliskie wszystkim feministkom: troszczenie się o kobiety i zdecydowane działanie na rzecz ich sprawiedliwego traktowania. Ale bezwzględnie odrzuca cechujący je ginecentryzm i mizoandrię. Niestety, w inkryminowanym nurcie jedno łączy się nierozerwalnie z drugim. Ma jednak nadzieję, iż w przyszłości sprawa kobiet połączy znowu wszystkie feministki, kiedy wiele feministek różnicy kulturo­ wej odrzuci staromodną ideologię i dołączy do „feministek równości” (equity feminists'), pozostających w głównym nurcie życia społecznego575. Z wielkim uznaniem powitała ukazanie się książki Na ogień odpowiedz ogniem, a dowiedziawszy się od jej autorki, że ją teraz prześladują w internecie dawne sojuszniczki, wśród nich nawet pewna pani profesor socjologii renomowanego uniwersytetu, pociesza ją: „Ms Wolf, do tego trzeba się przyzwyczaić! Już wkrótce przekona się pani, jak człowiek się czuje, kiedy okrzykuje się go antyfeministką tylko z tego powodu, że nie chce uznać wszystkich mężczyzn za wrogów i wszystkich kobiet za ich bezbronne ofiary”576. Takie postacie jak autorka Fire with fire napawają ją optymi­ zmem, feminizm równości nie zniknął i nie zniknie. I cytuje szereg nazwisk feministek, które podobnie jak ona krytykują feminizm separatystyczny. Często działają same, nie lubią stadności. Bywają wśród najstarszej genera­ cji, jak Betty Friedan czy Wendy Kaminer, w średniej generacji, jak szczególnie w tej chwili atakowana Camille Paglia lub pisarka Erica Jong, czy zupełnie młode, jak Naomi Wolf lub Katie Roiphe.

Wymienione przez Sommers na końcu postacie — autorka oczywiście też do nich należy — łączą w większości pewne wspólne cechy. Są to kobiety indywidualistki, chodzące własnymi ścieżkami, wyraziste osobowości, często nie należące do żadnego obozu. Nie brak im odwagi, są niezależne, wierzą we własne siły i siłę kobiet. Są zdecydowanie krytyczne wobec feminizmu subkulturowego, ale nie feminizmu w ogóle, przeciwnie, same uważają się za 573 „An ‘ouch’ is when you experience racism, sexism, classism, homophobia, ableism, ageism, or lookism” — ibidem, s. 30. „Homofobia” oznacza tu wstręt do homoseksualistek, „ejblizm” (od disabled, niepełnosprawny) to wrogość wobec osób niepełnosprawnych, „ejdżyzm” to złe traktowanie kogoś ze względu na jego wiek, a „lukizm” to zapewne napastowanie kogoś spojrzeniem. 574 „to know has meant to fuck” — ibidem, s. 66. 575 Ibidem, s. 275. 576 Ibidem, s. 245.

NOWY RUCH KOBIET

253

feministki. Niekiedy wyważają otwarte drzwi, gdyż nie marnowały czasu na wnikliwą lekturę wcześniejszych pisarek feministycznych. Niekiedy formułują sądy uproszczone, może krzywdzące krytykowane koleżanki. Za to cechuje je wewnętrzny ogień i optymizm udzielający się otoczeniu. Brak oczytania, brak głębszej znajomości historii własnego ruchu krzepi w młodych aktywistkach nieco barbarzyńską pewność siebie, która w pierwszej połowie lat dziewięć­ dziesiątych na pewno ożywiła ponownie cały nieco skostniały i zdogmatyzowany ruch feministyczny. Kobiety sukcesu to nie nowość. Rzecz jednak w tym, że dawniej cechowała je tradycyjność poglądów na rolę społeczną kobiet, siebie uważały za wyjątek, a kobietom zalecały trzymanie się dotychczasowych wzorów. Tak czyniły Margaret Mead czy Helen Deutsch. Takimi bywały przeważnie kobiety, które wysoko wspięły się w hierarchii władzy politycznej, jak Margaret Thatcher. Niektóre wręcz zwalczały feminizm z jego promowaniem nowych ról kobiet, jak Phyllis Schlaffly, przywódczyni anty-feministycznej krucjaty w USA w latach osiemdziesiątych. Teraz zaś pojawia się typ kobiet zręcznie robiących karierę w polityce, w nauce, w sztuce, które równocześnie uważają się nie za wyjątek od reguły, lecz za model wyprzedzający jedynie przyszłość wielu kobiet. Uważają się za feministki i chętnie współdziałają z innymi kobietami w rozszerzaniu ich wpływów, czasem — choć to nie reguła — już swą karierę zawdzięczają wsparciu organizacji feministycznych577. Kobiety te z zasady są jednak bardzo krytyczne wobec jakichkolwiek uprzywilejowań płciowych, gdyż ich zdaniem nie jest to niczym uzasadnione. Co za tym idzie, bywają bardzo krytyczne wobec feminizmu radykalnego i dlatego bywają chętnie wykorzystywane przez media w nagonce na separatystki. Na wspomnianej liście widnieje także amerykańska historyk sztuki Camille Paglia. Jej przypadek jest nieco bardziej złożony, choć sama należy do opisywanego typu, między innymi i od tej strony, że w Sexual personae, które przyniosły jej popularność, z wielkim łoskotem wyważa otwarte drzwi. Jej książka trafiła w 1990 roku na grunt szczególnie złakniony podobnych enuncjacji. Nic bardziej atrakcyjnego dla mediów niż kobieta atakująca feministki, która czyni to z pozycji tradycyjnego biologizmu, choć sama

577 Już w 1971 radykalna feministka pisała w podobnym duchu o potrzebie pojawienia się kobiet sukcesu, które pozostałyby feministkami. „Czego nam dziś trzeba, to kobiet, które mówią, piszą i działają jak kobiety — pisze krytyk filmowy z Kalifornii. — Zawszy bywały kobiety, którym się udało »pokonać system« i »dać sobie radę w świecie mężczyzn«. Niestety, nazbyt często w przeszłości te kobiety zazdrośnie strzegły swojego sukcesu i całkiem świadomie odcinały się od innych kobiet. Są to kobiety, które swą tożsamość i pewność siebie budują na tym, że siebie uważają za zdecydowanie różne i lepsze od innych kobiet. Mówisz im, że myślą jak mężczyzna, a one odbierają to jako komplement; powiesz im, że postępują jak kobieta, to od razu znaczy dla nich, że są słabe i emocjonalne. Nie chciałyby pracować pod kierunkiem innej kobiety, ale dziwią się, kiedy nie są awansowane wyżej i nie powierza im się stanowisk wymagających poważnej odpowiedzialno­ ści. To musi się skończyć. Te spośród nas, którym na przekór wszystkiemu udaje się osiągnąć pewne wpływy i znaleźć się tam, gdzie nas słyszą, muszą nauczyć się wzajemnie sobie pomagać jako kobiety.” (S. S. Trumbo A woman’s place is in the oven, [I wyd. 1971], w: A. Koedt, E. Levine, A. Rapone (red.) Radical feminism, New York 1974, s. 424.

254

DZIEJE FEMINIZMU

w niczym nie przypomina klasycznych obrończyń tradycji. Jest bowiem zaprzeczeniem dobrze ułożonej konserwatystki. W swej książce Camille Paglia dezawuuje osiągnięcia feminizmu. Jej zdaniem nie mogą one niczego zmienić w samej istocie relacji między płciami. Ich efektywność wyczerpuje się w warstwie li tylko powierzchniowej życia społecznego. Różnica między kobietami a mężczyznami ma — co ogłasza z wielkim przejęciem — głęboko biologiczną podstawę, jest uwarunkowana rozrodczą funkcją kobiet. Jedynie mężczyźni są i mogą być twórcami kultury, kobiety co najwyżej — dzięki mężczyznom — jej konsumentkami, pasożytują­ cymi na dorobku mężczyzn. „Kiedy przejeżdżam mostem Waszyngtona czy którymś z innych wielkich amerykańskich mostów, myślę sobie: Mój Boże, to oni zrobili — mężczyźni] Budowanie, konstrukcja, to wysublimowana poezja mężczyzn. Kiedy widzę ogromny dźwig mijający mnie na platformie, staję zalękniona i pełna podziwu, jak niektórzy na widok procesji. Co za potęga wyobraźni, co za majestat — te dźwigi łączą nas przez wieki aż ze staro­ żytnym Egiptem [...]. Gdyby cywilizację zostawić w rękach kobiet, miesz­ kalibyśmy nadal w trzcinowych chatkach.”578 Autorka dodaje, iż to mężczyz­ nom i ich kapitalizmowi zawdzięcza, że oto teraz siedzi sobie przy biurku i pisze książkę. Jeśli mimo takich enuncjacji część feministek (o nastawieniu liberalnym) odniosła się do ich autorki z sympatią, to zapewne dlatego, że główny atak przypuściła na feministki kulturowe, i to przy użyciu ich własnej broni. Właśnie rozrodcze funkcje kobiet, a także menstruacja, nawet już same kobiece narządy płciowe, które np. przez Luce Irigaray i niektóre inne feministki kulturowe czynione są przedmiotem estetycznej adoracji, skazują kobiety zdaniem Paglii na wieczystą niższość — a nie wyższość — w stosunku do mężczyzn. Owa kobieca „przyrodniczość” nie z mężczyzn, jak chciała Mary Dały, lecz z kobiet czyni pasożyty wysysające z drugiej płci energię. Vagina dentata to nie omyłkowy mit579. Rzecz jasna stoją za tym wszystkim i Freud, i Nietzsche, i cała wcześniejsza biologistycznie ugruntowana antyfeministyczna lektura. Autorka wyraźnie promuje przekonania o fallicznym charakterze języka i kultury, ale nie dba specjalnie o historyczną genealogię własnych przekonań. Kiedy wchodziła na scenę, nie była może w pełni świadoma tego, iż rozpęta burzę, zwłaszcza że sążniste dzieło ma charakter nader hermetyczny i dotyczy historii i krytyki sztuki. Kluczową rolę zaczął odgrywać wstępny pierwszy rozdział, publikowa­ ny następnie oddzielnie580. Oczywiście stała się przedmiotem szczególnie agresywnej krytyki ze strony feministek kulturowych, urosła wręcz do sym­ bolu kobiety anty-feministki. Ale i Naomi Wolf zarzuciła jej „stosowanie standardowej antyfeministycznej retoryki z okresu pierwszej reakcji z lat 1890—1910”, choć z drugiej strony oburzyło ją niedopuszczanie w mediach do 578 C. Paglia Sexual Personae. Art and decadence from Nefertiti to Emily Dickinson, (I wyd. 1990), London 1991, s. 38. 579 Ibidem, s. 13. 580 C. Paglia Sex and violence, or nature and art, London 1995.

NOWY RUCH KOBIET

255

swobodnej dyskusji między autorką Sexual Personae a atakowanymi przez nią radykalnymi i kulturowymi feministkami581. Po publikacji Sexual personae i sporach wywołanych przez tę książkę autorka dopiero teraz zaczęła określać samą siebie jako feministka. Dała się poznać jako przeciwniczka feminizmu, to prawda, ale „feminizmu establish­ mentu”, jak ona z kolei nazywa feminizm radykalny o orientacji subkulturowo-izolacjonistycznej. Sama zaś jest zwolenniczką feminizmu rebelianckiego, nawiązującego do lat sześćdziesiątych. To właśnie feministki establishmentu zaprzepaściły jej zdaniem dorobek tamtego buntowniczego, autentycznego radykalizmu feministycznego. W 1994 roku pisze o sobie: „Mój typ feminizmu zupełnie nie przypomina feminizmu establishmentu”582. Podobnie jak Naomi Wolf wyraźnie kwestionuje prawo feministek radykalnych do wyłącznego reprezentowania feminizmu, określa też te ostatnie z przekąsem jako „politycz­ nie poprawną szkołę feminizmu”. Deklaruje: „Nie zamierzam odrzucać feminizmu. Usiłuję go zreformować od środka.”583 We wstępie oświadcza programowo: „Trzeba odratować postępowe zasady [feminizmu] lat sześć­ dziesiątych zalane ciepławą breją poprawności politycznej. Najwyższe moje ideały to wolna myśl i swoboda wypowiedzi”. Uważa się za „wojującą reformatorkę feminizmu i akademii, wierną wzorcom protestu i opozycji lat sześćdziesiątych”; mówi, iż jest zwolenniczką „feminizmu równych szans”, który „domaga się usunięcia wszelkich barier na drodze kobiet do awansu w świecie polityki i zawodów”, byle bez przywilejów dla kobiet584. Takie poglądy, pod takim sztandarem, formułuje dopiero po kilku latach, kiedy dzięki poprzedniej książce stała się centralną postacią i uczestnikiem licznych dyskusji w mediach, także współtwórczynią skandalizujących filmów, a przede wszystkim bohaterką niezliczonych ataków ze strony aktywistek feministycz­ nych i obiektem raczej pogardy wśród uczonych feminolożek. Jej przesłanie brzmi teraz: Wy, feministki establishmentu, nie macie wyłączności na femi­ nizm. Feminizm może być czymś radosnym, optymistycznym, otwartym na świat, wyzwalającym, nawet drapieżnym, może być wezwaniem do pełnego uczestnictwa kobiet w publicznym świecie razem z mężczyznami, na przekór próbom zamykania kobiet w getcie. Ale powtórzmy, w tym publicznym świecie kobietom ma przypadać wprawdzie równa rola z mężczyznami, ale inaczej odgrywana, po kobiecemu, tak jak każę wszechpotężna biologia. Są oznaki, iż w obozie samego feminizmu radykalnego następują zmiany, które czynią porozumienie możliwym. Obok typowych zarzutów stawianych przez feministki radykalne niepokornym feministkom-samotnikom: że zdra­ dzają wspólną sprawę, że wbijają nóż w plecy, że wysługują się największym wrogom kobiet, że robią karierę w świecie mężczyzn, co samo już jest zdradą, 581 N. Wolf Fire with fire, op. cit. Paglia odwzajemniła krytykę, określając poglądy N. Wolf jako „feminizm pokolenia yuppie”. Obie panie dzieli faktycznie cale pokolenie, ale mimo wszystko, w obliczu feministycznego separatyzmu, łączy je jakieś pokrewieństwo. (Zob. C. Paglia Vamps and tramps, [I wyd. 1994], London 1995). 582 Ibidem, s. 460. 583 Ibidem, s. 464. 584 Ibidem, s. XI.

256

DZIEJE FEMINIZMU

gdyż utrwalają w ten sposób tylko patriarchat, odzywają się czasem głosy zastanowienia, a nawet uznania. Typowa dla tej nowej nuty wśród feministek radykalnych jest nader wnikliwa i wyważona analiza fenomenu nowych feministek samotniczek, przeprowadzona przez Delilah Campbell w radykalnofeministycznym kwartalniku brytyjskim o odcieniu socjalistycznym „Trou­ ble and Strife”. Porównanie tego typu feministek do owiec, które nie należą do niczyjego stada {maverick}, wydaje się nader trafne585. Autorka sugeruje potrzebę tworzenia wspólnego frontu z takimi właśnie sojuszniczkami zamiast sekciarskiego odrzucania każdej kobiety, która nie mieści się w wąskich ramach kryteriów subkulturowych. Jednak daleko nie wszystkie zwolenniczki głównego nurtu feminizmu są podobnie skłonne do otwarcia się i uznania innych feministycznych punktów widzenia. Jest i drugi biegun, zapiekły w swym separatyzmie. Klasycznym reprezentantem tego sposobu patrzenia jest wieloletnia międzynarodowa aktywistka, bardzo zaangażowana w latach osiemdziesiątych w kampanię antypornograficzną, demonstrująca swój lesbizm jako postawę polityczną, Brytyjka Sheila Jeffreys. Po stanowczym odmówieniu heteroseksualistkom prawa do uważania się za feministki — co nastąpiło w bardzo reprezentatywnej dla tego stanowiska książce z 1990 roku586 — w dwa lata później czuje się zmuszona rzucić wszystkie swe siły do walki na kolejnym wewnętrznym froncie, gdyż na arenie pozostał następny, jeszcze groźniejszy przeciwnik, znowu we własnych szeregach, choć już oczyszczonych z heteroseksualistek. Za szczególnie palące zadanie autorka uważa oddzielenie poprawnych feminis­ tycznie lesbijek od całej reszty zwolenniczek miłości lesbijskiej. Albowiem nie wszystkie niestety lesbijki okazują się feministkami, a niektóre wręcz zwalczają feminizm, gdyż wolą miłość lesbijską opartą na relacji panowania i podporząd­ kowania, a nawet na sadomasochizmie (w czym po prostu kopiują wzorzec heteroseksualny). Rozróżnia: „lesbijskie feministki”, „lesbijki, które ponadto są feministkami” i wreszcie takie, które stronią od feminizmu. „W lesbijskiej filozofii feministycznej — pisze — słowa »lesbijka« i »feministka« integralnie należą do siebie, lesbizm jest feministyczny, a feminizm — lesbijski”5*1. Są też lesbijki, które walczą o niektóre cele feministyczne, ale w lesbizmie nie są feministkami, gdyż—tak, jak te trzecie wreszcie — wolą praktyki „odgrywania ról płciowych”. One, jak autorka, lesbijki-feministki, uchodzą dziś wręcz za „skrajną, zupełnie niepopularną mniejszość”, atakuje się je, że są „antyseksualne, politycznie poprawne, są esencjalistkami i idealistkami”588. Nie pozostaje nic innego, jak „głębiej odseparować się” od niefeministycznych lesbijek, potrzeba „intelektualnego i etycznego odseparowania się od wartości heteropatriarchalnych”. Tylko takie odseparowanie „może pomóc podtrzymać herezję lesbijską i lesbijskofeministyczne wyzwanie rzucone patriarchato­ 585 D. Campbell With friends like these... the media, the mavericks and the movement, „Trouble and Strife”, nr 31, Summer ‘95, s. 65—72. 586 S. Jeffreys Anticlimax. A feminist perspective on the sexual revolution, London 1990. 587 S. Jeffreys The lesbian heresy. A feminist perspective on the lesbian sexual revolution, London 1994, s. XI. 588 Ibidem, s. X.

NOWY RUCH KOBIET

257

wi”589. zdaniem autorki „sadomasochizm to erotyczny kult faszyzmu”, jak brzmi tytuł zawartego w książce artykułu jeszcze z 1984 roku, roku, w którym powstał LASM (Lesbian Against Sadomasochism — Lesbijki Przeciw Sadomasochizmowi). Przypadek Sheili Jeffreys jest raczej skrajny, ale na liście zadań feminizmu radykalnego także współcześnie widnieje przede wszystkim walka z różnymi formami przemocy wobec kobiet (w tym także represjami wymierzonymi przeciw homoseksualistkom), a nie — jak by tego chciała Naomi Wolf i podobnie myślące feministki siły — zdobycie przez kobiety władzy politycz­ nej. Są oznaki, że część feministek subkulturowych, nie rezygnując z typowych dla siebie pól działania i przyodziewającej je teorii, równocześnie otwiera się na szerszą współpracę i nie gardzi już możliwościami wkraczania na arenę publiczną i nawet walką o władzę. Kiedy na jednym biegunie skupiają się zwolenniczki eskapizmu subkulturowego, na drugim narasta aktywność poli­ tyczna, w której feministki różnych orientacji wspólnie walczą o uzyskanie należnej „połowie ludzkości — połowy władzy”, jak głosi internetowe hasło „Foundations for majority”. Dlatego stały się bardzo aktywne na między­ narodowych forach, jak to pokazał ostatni ONZ-owski IV Światowy Kongres Kobiet w Pekinie. Tyle że zdobycie wpływów politycznych pozostaje dla większości nie tyle celem samym w sobie, ile raczej jedną z metod realizowania programu uwolnienia kobiet od męskiej przemocy. Kiedy w listopadzie 1996 roku odbywała się w Brighton Międzynarodowa Konferencja na temat Przemocy i Nadużyć wobec Kobiet oraz Obywatelskich Praw Kobiet, była po dawnemu poświęcona głównie gwałtowi, atakom seksualnym, molestowaniu seksualnemu i przemocy domowej, okaleczaniu kobiecych narządów płcio­ wych, zabijaniu dzieci płci żeńskiej, handlowi kobietami włącznie z prostytucją i pornografią, seksualnemu wykorzystywaniu dzieci i ochronie dzieci. Obok jednak relacji o rozmiarach i obliczach przemocy wobec kobiet i dzieci (feminizm od pewnego czasu szczególnie nasilił wątek ochrony dzieci, w tym wypadku rzecz jasna płci obojga), istotny okazał się temat „praw kobiety” ujęty jako rozszerzenie ludzkich i obywatelskich praw człowieka, tak eksponowanych w działalności ONZ. Ta perspektywa łączy od pewnego czasu w płaszczyźnie politycznej wysiłki feministek różnych orientacji oraz część niefeministek i obrońców praw człowieka. Już w 1979 roku, jak o tym wspominałem wcześniej, ONZ przyjął „Konwencję w sprawie Likwidacji Wszelkich Form Dyskryminacji Kobiet”, we wrześniu 1996 roku ratyfikowały ją 154 państwa. Na podstawie tego dokumentu można formułować wiele oskarżeń, gdyż praktyka polityczna i społeczna licznych państw nadal odbiega od deklarowanych intencji. Podsumujmy: Współcześnie działają zatem w świecie zachodnim nadal obok siebie, czasem przeciw sobie, a czasem współpracując, trzy podstawowe nurty feminizmu: feminizm radykalny, feminizm liberalny (w dawnej i w nowej odmianie) i feminizm socjalistyczny. Granice między nimi nie zawsze są ostre. Pierwszy, feminizm radykalny, sam siebie uważa za jedyny prawomocny 589 Ibidem, s. XVII. 9 — Feminizm

258

DZIEJE FEMINIZMU

feminizm i podobnie w opinii publicznej bywa uważany za feminizm tout court. Feminizm socjalistyczny, obecny głównie w Wielkiej Brytanii i w Australii, mniej znaczący w USA, bywa nader bliski feminizmowi radykalnemu, kiedy popiera walkę o specjalne traktowanie (uprzywilejowanie) kobiet, uzasadnione potrzebą wyrównania skutków biologicznej nierówności płci. Odcina się natomiast od charakterystycznego dla feminizmu radykalnego kultu kobieco­ ści. Feminizm liberalny skupia swą uwagę na działalności na polu legislacji i na organizowaniu nacisków i wpływów politycznych w imię równości kobiet i mężczyzn; od pewnego czasu jest to także walka w wymiarze między­ narodowym, na forum ONZ, o wyeliminowanie wszelkich form dyskryminacji kobiet, co zwłaszcza w Europie nie wyklucza domagania się dla kobiet pewnych przywilejów, interpretowanych jako podstawa zrównania szans obu płci (w USA jest to w tym nurcie odrzucane). W tym zakresie podziały w feminizmie mocno się zatarły, odkąd feminizm radykalny także powrócił do działalności politycznej, zwłaszcza na arenie międzynarodowej. Narasta natomiast w femi­ nizmie nowa orientacja (za Naomi Wolf przyjęliśmy tu prowizorycznie określenie feminizm siły), najbliższa dotychczasowej tradycji liberalnej, ale w dążeniach politycznych posuwająca się znacznie dalej, równocześnie skłonna do współpracy z pozostałymi nurtami feminizmu oraz z wszelkimi sojusz­ nikami, także wśród mężczyzn. Za cel stawia sobie w pełni reprezentatywne wkroczenie kobiet do aparatu władzy i zarządzania. Można odrębnie wyróżniać — nawet trzeba —feminizm kulturowy, jeśli rozumie się przezeń działalność kobiet naukowców i twórców, przeważnie w ośrodkach uniwersyteckich i w środowiskach artystycznych. Część z nich reprezentuje głównie samą myśl czy kulturę feministyczną, nie angażując się w działalność ruchu. Wreszcie wspomnieć wypada o kobietach także nie związanych z określonymi organizacjami feministycznymi, a przy tym jednak uważających się za feministki, które samodzielnie zdobywają pozycje w hierar­ chii władzy, a przy tym sprzyjają feminizmowi i skłonne są do współdziałania z ruchem. Właściwie nic nie usprawiedliwia głoszonego jeszcze nie tak dawno hasła o „końcu feminizmu”. Feminizm istnieje, agendę ma nadal bogatą i zróż­ nicowaną. Podziały, nawet wewnętrzne walki, mogą dowodzić raczej żywotno­ ści, a nie zestarzenia się ruchu. Wiele kobiet młodego pokolenia jest zaintereso­ wanych programem feminizmu i nawiązuje międzynarodowe kontakty i współ­ pracę, tworząc sieć wzajemnej wymiany informacji i współdziałania.

Część trzecia

Typy feminizmów -ideologie feministyczne

W trzeciej części odchodzimy od perspektywy historycznej na rzecz ujęcia systematycznego. Zarówno artykulacja podziałów w feminizmie, jak i rekon­ strukcja ideologii wyróżnionych orientacji budzić muszą różne wątpliwości i zastrzeżenia. W rzeczywistości bowiem feministki — a przecież to ich aktywność składa się na feminizm — choć same dostrzegają i często eksponują dzielące je podziały ideowe i praktyczne, ani w swoich poglądach nie bywają do końca konsekwentne i nie separują się konsekwentnie od innych nurtów, ani w działalności nie uchylają się od pewnych sojuszów i wspólnych platform zacierających te podziały. Nie zachodzi też ścisła odpowiedniość między podziałami ideologicznymi i pragmatycznymi. Każdy podział pozostaje więc nieostry, a jego podstawa — nieco wątpliwa. Nieliczne obecne w literaturze klasyfikacje i typologie zbieżne są przeważnie w ogólnej tendencji i pod­ stawowych rozróżnieniach, ale przy charakterystyce poszczególnych nurtów, ich nazewnictwie, a także określaniu przynależności poszczególnych grup, aktywistek i autorek ujawniają spore rozbieżności. Próbę porównawczego zestawienia spotykanych w literaturze definicji feminizmu i jego klasyfikacji przedstawiam w końcowej części książki, w tej dokonuję systematyzującej prezentacji nurtów feminizmu. Akcent zostaje położony na poglądy feministyczne, a nie na praktykę ruchów, co nie oznacza, iż wyjście od strony praktyki przyniosłoby obraz podziałów w istotny sposób różny. Każda orientacja feminizmu zostaje zaprezentowana niejako w dwóch odsłonach. W pierwszej części przedstawiam zrekonstruowany przeze mnie — i wyłącznie na moją odpowiedzialność — modelowy obraz ideologii danego nurtu, usystematyzowany wedle schematu zgodnego z przyjmowanym przeze mnie rozumieniem ideologii. Jest to idealizacyjnie wypreparowany typ, co sprawia, iż zapewne żadna pojedyncza publikacja reprezentatywna dla danej orientacji nie jest z nim w pełni zgodna i być może żadna z autorek nie podpisałaby się pod całością takiej konstrukcji. Siłą rzeczy dopuszczam się uproszczeń i usuwania częściowych rozbieżności, jakie pojawiają się przy próbie łączenia i ujednolicania poglądów wyrażanych w publikacjach wielu

2Ó2

TYPY FEMINIZMÓW

autorek. Ideologie nie bywają spójne do końca, ich funkcja wymaga pewnych wewnętrznych dwuznaczności zapewniających niezbędną elastyczność. Z dru­ giej strony z wielu rozsianych w literaturze idei, czasem tylko ich strzępków, układa się pewna podstawowa konstrukcja o wyraźnie zarysowanej strukturze. W tej fazie prezentacji rezygnuję z odsyłania do konkretnych pozycji i z ich cytowania, nie chcąc obrazowi ideologii narzucić indywidualnego stylu żadnej wyróżnionej autorki. Szukałem w ideologiach przede wszystkim ich wewnętrz­ nego szkieletu. Aby jednak nie pozbawić Czytelnika przyjemności obcowania z przeważnie nader żywym i barwnym językiem, stylem i metaforą oryginału, w drugiej części każdego rozdziału dostarczam zestawu przykładowych sformułowań myśli feministycznej, stanowiącego swoistą dokumentację i uwiarygodnienie dla proponowanej wcześniej rekonstrukcji. Nie przeczę, że cytaty wyrwane z kontekstu sprawiają w sumie wrażenie czegoś przypadkowego. Ale nie jest to może zabieg niedozwolony, gdyż i w rzeczywistości teksty funkcjonują we fragmentach, składanych w całość w świadomości poszczególnych jednostek zaangażowanych w działalność feministyczną. Aktywist(k)a nie ma zazwyczaj czasu na wnikliwą analizę pojedynczej publikacji, żywi się oderwanymi ideami, krążącymi swobodnie pomiędzy tekstami. Tak funkcjonują w ogóle teksty ideologiczne. Rzecz jasna musiałem dokonywać wyboru, w którym pewna przypadkowość lektury — ogrom literatury feministycznej uniemożliwia jej w pełni systematyczne rozpoznanie — przeszła do wnętrza prezentowanej dokumentacji. Mam jednak nadzieję, iż nie umniejszy to korzyści płynących z obcowania z oryginalnymi wypowiedziami autorek feministycznych, jeśli tylko będziemy pamiętać, iż chodzi zaledwie o próbkę wyjętą z bogatego zbioru. Z całą pewnością można by ją zestawiać w jakiejś części inaczej, sądzę jednak, że efekt byłby podobny. Czytelnik też, mam nadzieję, wybaczy — i zrozumie — że cytuję pozycje jakościowo różnej klasy. W ideologii liczy się zręczność i przystępność sformułowań i czasem znacznie istotniejszą rolę spełniają teksty drugorzędne, wtórne w stosunku do podstawowych standar­ dów. Te ostatnie powstawały nierzadko jako prace specjalistyczne i dotyczące w swoim głównym korpusie jakiejś specjalistycznej tematyki, tak iż ideologicz­ nie oddziałał czasem tylko mały ich fragment, przeważnie zawarty we wstępie, wprowadzeniu czy zakończeniu. Niektóre z tych publikacji zaprezentowałem całościowo w części historycznej i ze względu na oszczędność miejsca unikam ich ponownego przytaczania w części systematycznej. Czytelnik zechce sięgnąć do tamtych streszczeń, o których informują go odsyłacze. Dopełnieniem każdej części są wskazówki bibliograficzne, pomieszczone sumarycznie na końcu książki. Przed przystąpieniem do prezentacji ideologij wyodrębnionych przeze mnie nurtów feminizmu: liberalnego, radykalnego, socjalistycznego, kulturo­ wego i feminizmu siły, zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy przyjętym modelu analizy, uzasadnionym założonym tutaj sposobem rozumienia ideo­ logii.

Co to jest ideologia? Struktura analiz

Przyjęta w niniejszym opracowaniu koncepcja ideologii jest tylko jedną z możliwych. Nie tu miejsce na prowadzenie sporów, często jałowych, na temat właściwego rozumienia ideologii. Jest to zawsze w dużym stopniu kwestia wyboru. Ważne, aby Czytelnik był zorientowany, w jaki sposób autor operuje tym pojęciem. Ponieważ zadaniem książki jest prezentacja feminizmu, a nie jego ocenianie, również pojęcie ideologii, którym się posługuję, ma charakter opisowy, oparty na podejściu funkcjonalnym. Oto podstawowe założenia i rozstrzygnięcia, fundujące przyjmowane dalej rozumienie ideologii1. W życiu społecznym zmagają się ze sobą, czasem także współdziałają, różne siły społeczne zmierzające do zrealizowania odrębnych programów. Celem, stanowiącym sedno programu, może być osiągnięcie czy utrzymanie jakiegoś bardzo złożonego stanu społecznego (tak zwykle bywa z programami wielkich partii politycznych), ale może nim być załatwienie jednej jakiejś sprawy, np. wprowadzenie lub zniesienie zakazu aborcji. Pojedynczy ludzie wchodzą w skład wielu różnych sił społecznych działających w różnych płaszczyznach. To sprawia, iż sojusznicy w jednej sprawie mogą popadać w konflikt w innej sprawie, a nawet ta sama jednostka może mieć trudności z uzgodnieniem aktywności i myślenia w różnych płaszczyznach swego zaangażowania. Nie­ rzadko programy jednocelowe włączone zostają do programów rozbudowa­ nych, co łączy się ze skomplikowaną dynamiką wrastania jednej siły społecznej w drugą. Może się też zdarzać, iż po skupieniu się wokół jednej sprawy program sam się rozrasta, kiedy okazuje się, że danej sprawy nie daje się rozwiązać w oderwaniu od przeprowadzenia wielu innych, tworzących pewien system, zmian. Wydaje się, iż tak było i w przypadku feminizmu, u którego początków leżały agendy programowe ograniczające się do kilku oderwanych kwestii (np. zatrudnienie kobiet i równa płaca za równą pracę), które następnie rozrastały się do rozmiarów projektu całościowej transformacji społecznej. 1 Nieco szerzej wypowiadam się na ten temat w artykule Feminizm czy feminizmy. Feminizm jako wiązka ideologii, w: Z. Gorczyńska, S. Kruszyńska, I. Zakidalska (red.) Płeć—kobie­ ta—feminizm, Gdańsk 1997.

2Ó4

TYPY FEMINIZMÓW

Programy nie występują na scenie społecznej nago. Są przyodziane, a ten przyodziewek nazywamy tutaj właśnie ideologią. Program z reguły bywa partykularny, służy interesom tylko części społeczeństwa, co oznacza, iż w swej nagości zmobilizowałby przeciw sobie wszystkich, którzy na jego realizacji mogliby stracić. Siły społeczne czynią wszystko, aby przyciągnąć możliwie jak najwięcej nowych sojuszników, część potencjalnych przeciwników zne­ utralizować, a pozostałą resztę przedstawić w jak najgorszym świetle. W tym celu własny program trzeba albo przedstawić jako nie partykularny, lecz „ogólnospołeczny”, „ogólnonarodowy” itp., albo — jeśli już jego partykulary­ zmu nie da się ukryć (albo nie jest to celowe) — trzeba rozmiary jego ujemnych skutków umniejszać w świadomości zainteresowanych lub je maskować, a intencje realizatorów przedstawiać w podniosły sposób, jako nie wąsko egoistyczne, lecz zmierzające do realizowania powszechnie uznawanych warto­ ści, do których ucieleśnienia powinien dążyć, czy ma prawo dążyć każdy człowiek. Dobrze jest też przedstawić sytuację zainteresowanych jako wyraźnie gorszą od reszty społeczeństwa, tak aby ewentualne negatywne skutki dla pozostałych nosiły znamiona utraty przez nich jedynie niesłusznie dotąd czerpanych korzyści. Te między innymi funkcje — poza równie ważną funkcją wewnętrznego mobilizowania bezpośrednio zainteresowanych programem — spełniają ideo­ logie. Przez ideologie rozumiem tu rozbudowane na ogół kompleksy poglądów na świat, społeczeństwo i istniejącą w nim sytuację. Ich wyróżnikiem w naszym wypadku pozostanie wyłącznie funkcja owego przyodziewku programów. Funkcjonalne podejście czyni kwestią uboczną aspekt epistemologiczny. Rzecz jasna w ideologiach z reguły pojawiają się zafałszowania obrazu poznawczego, a przynajmniej pewne luki, prześlepienia i filtracje2 — co zostało opisane w rozległej literaturze preferującej perspektywę tzw. socjologii wiedzy — ale wykrywanie obecności białych plam i deformacji będzie się tutaj sprowadzać co najwyżej do stwierdzenia ich występowania (kiedy to nie budzi żadnych wątpliwości), gdyż, powtórzmy, celem prezentowanych analiz nie jest krytyka epistemologiczna — ani żadna inna! — ideologij feminizmu, lecz ich opis. Przedstawimy natomiast, rzecz jasna, krytykę jednych ideologij przez drugie, gdyż to należy do samego ich opisu. Analitycznie można wyróżnić w ideologii, pod kątem jej funkcjonalnego celu: obraz programu (często maskujący po części program rzeczywisty, którego można się tylko domyślać i który może samym zainteresowanym nie zawsze do końca jasno się przedstawia) oraz uzasadnienie programu, w praktyce 2 Zręcznie ten aspekt sprawy ujmuje angielska feministka filozof: „Ludzie chcą doprowa­ dzić do określonej z góry konkluzji i chcą ją uzasadnić odwołując się do powszechnie akcep­ towanych zasad moralnych. Ale ponieważ faktyczny powód, dla którego chcą tej konkluzji, nie ma nic wspólnego z tymi zasadami, staje się czymś koniecznym klecenie przejścia logicznego poprzez wymyślanie wygodnych faktów lub stawianie logiki na głowie, lub jedno i drugie.” Zob. J. R. Richards The sceptical feminist, (I wyd. 1980), London 1994, s. 371. (Ta uwaga pojawia się w kontekście analizy argumentacji tradycjonalistów, którzy zdaniem autorki chęć prywatnego zawłaszczenia kobiet jako rodzicielek ich prywatnych dzieci tłumaczą „naturalną” różnicą obu płci sprawiającą, że kobiety nie nadają się do funkcjonowania w sferze publicznej).

CO TO JEST IDEOLOGIA

265

często nie odseparowane wyraźnie od siebie. Owo uzasadnienie obejmuje przede wszystkim aksjologizację programu, czyli zaprezentowanie celów programowych jako stanów rzeczy realizujących określone wartości (zazwyczaj stojące wysoko w oficjalnie uznawanej hierarchii wartości w danym społeczeń­ stwie). Obejmuje teżpragmatyzację programu, w ramach której pokazuje się, iż na gruncie posiadanej wiedzy o stanie faktycznym społeczeństwa — obej­ mującym przeważnie także przewidywany dalszy rozwój sytuacji — i wiedzy o mechanizmach życia społecznego osiągnięcie zamierzonych celów jest możliwe, dopuszczalne i rozsądne. Możliwe — o ile podejmie się wskazywane w programie środki praktyczne i zastosuje się zalecone metody działania. Dopuszczalne — gdyż nie naruszy się innych ważnych wartości lub naruszy się je wprawdzie, ale w akceptowalnym stopniu, bo usprawiedliwionym miarą wartości realizowanych. Rozsądne — gdyż ponoszone ewentualne straty (jeśli będą) przyniosą korzyści znacznie je przekraczające, czyniące realizowanie programu czymś opłacalnym. Tak rozumiana ideologia odwołuje się z reguły — choć często w sposób już tylko entymematyczny — do określonej ogólnej aksjologii (np. indywidualis­ tycznej lub holistycznej, w najrozmaitszych wariantach — ale o tym rozstrzyga przeważnie faktyczne dominowanie takiej a nie innej aksjologii w społeczeń­ stwie lub tej jego części, do której ideologia apeluje), a także do pewnego światopoglądu, implikującego jakąś ogólną i społeczną ontologię i jakąś antropologię. Może w mniejszym lub większym stopniu wykorzystywać wy­ niki badań naukowych, często w sposób partykularny spreparowanych, może sięgać do religii, sztuki itd. Odwołuje się też często do określonego obrazu dziejów. Ma swoich świętych i swoich szatanów. Ma ulubioną frazeologię, metaforykę itp. W realnie istniejących enuncjacjach ideologicznych wszystkie te elementy bywają symbiotycznie zrośnięte ze sobą i często jedynie wysiłkiem analitycz­ nego namysłu można wypreparować wymienione składowe. Wewnętrzna logika ideologii wyprowadza program z koniunkcji aksjologii, światopoglądu i opisu stanu faktycznego, z programu zaś, znowu w koniunkcji z opisem każdorazowych konkretnych sytuacji, wyprowadza poszczególne działania praktyczne podejmowane przez daną siłę społeczną, jej politykę, a nawet konkretne kroki. Towarzysząc ruchowi ideologia podlega korektom, czasem nawet istotnym przeróbkom, tak aby na bieżąco móc nadal pełnić swoje funkcje, dopóki istnieje korzystająca z niej siła społeczna. Ideologie mają też swoją wewnętrzną spójność w warstwach bardziej abstrakcyjnych, tak iż gotowe modele przyodziewku mogą być przystosowywane do użycia przez inne siły, zwłaszcza pojawiające się dopiero na scenie. Spora część ideologii fe­ minizmu z XIX wieku okazuje się przydatna w nowo powstałej ideologii feminizmu współczesnego. Kiedy zaś ruch społeczny pęka z powodu pęknięcia dotąd spójnego programu na dwa lub więcej częściowo sobie przeciwstawne nowe programy, pękać może także ideologia na nowe warianty, obsługujące odrębne, nowe siły społeczne. Może jednak się zdarzyć, a tak będzie i w przypa­ dku feminizmu jako ruchu (dokładniej: wiązki ruchów), iż nowe orientacje — lub filie tej samej siły społecznej w innym kraju — sięgną po elementy innych

266

TYPY FEMINIZMÓW

przyodziewków, lepiej prezentujących się w danym społeczeństwie, wy­ krawając z tego odmienną, na swój sposób oryginalną i niepowtarzalną całość. Tak na przykład feminizm amerykański od początku ma silne zakorzenienie w ideologii liberalizmu, gdy tymczasem feminizm europejski woli często sięgać do zasobów ideologii socjalistycznej, mimo że w programach rozbieżności mogą być niewielkie. Te same bowiem programy mogą mieć kilka odmiennych przyodziewków ideologicznych — w różnych krajach lub na różne okazje. U siebie, wśród swoich, bywają przeważnie najbardziej roznegliżowane, czyli lekko tylko przysłaniają rzeczywiste cele. Na przekór ich całościowej naturze ideologie musimy prezentować w czę­ ściowym rozbiciu na dające się w ich strukturze wyróżnić warstwy. Byłoby najlepiej, gdyby nie kierując się logiką wynikania, często zresztą pozorną, rozpoczynać sekwencję od twardego jądra, najmniej budzącego wątpliwości, a mianowicie od zawartego w danej ideologii opisu stanu faktycznego, następnie przejść do przyczynowego wyjaśnienia opisanego stanu rzeczy, którego ambicją jest ujawnienie mechanizmów odpowiedzialnych za jego istnienie i zarazem mogących posłużyć do jego ewentualnej zmiany, i wreszcie dołączyć do tego krok szczególnie doniosły: ocenę istniejącego stanu rzeczy — dokonywaną w świetle pewnej zakładanej aksjologii i hierarchii wartości, które przeważnie trzeba raczej odgadywać. Te trzy kroki składają się łącznie na jądro ideologii, które można by określić jako obraz stanu faktycznego, czyli opis kauzalnie zinterpretowany i poddany wartościowaniu. W rzeczywistości przy opisywa­ niu stanu faktycznego autorki natychmiast używają terminów wartościujących i odwołują się do zakładanej teorii mechanizmów kauzalnych, tak iż uzyskanie neutralnego opisu nie zawsze okazuje się możliwe. W większości przypadków — nurtów silnie zideologizowanych i uteoretyzowanych — celowe okazuje się wyjście od przyjmowanej teorii społecznej i przejście następnie do łącznego obrazu stanu faktycznego odpowiadającego równocześnie na trzy pytania: Jak jest? Dlaczego tak jest? Czy tak jak jest, jest dobrze czy źle? Jeśli ocena wypada pozytywnie, pojawia się ideologia zachowawcza. W przypadku feminizmu ocena jest z reguły negatywna i usprawiedliwia proponowany program przemian społecznych. Zanim jednak pojawi się program działania, które ma polepszyć sytuację, konieczne są jeszcze kolejne analizy i odpowiedzi na kolejne pytania. Po pierwsze trzeba wykazać, że pożądane zmiany są w ogóle technicznie możliwe do przeprowadzenia. Pytanie brzmi: Czy można to zmienić? Jeśli tak, to po drugie trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy wolno to zmienić? Tzn. czy przeprowadzając zmianę nie naruszymy jakichś absolutnie nietykalnych war­ tości lub w każdym razie czy moralnie naganne naruszanie wartości chronio­ nych może znaleźć równie moralne usprawiedliwienie. Jeśli i ta odpowiedź wypadnie pozytywnie, pozostaje wreszcie pytanie trzecie: Czy warto to zmieniać? Pominąwszy bowiem koszty moralne, już zbilansowane, pozostają do rozpatrzenia , jak zawsze, inne koszty przemiany. Czy zatem nakłady środków i straty znajdą przeciwwagę w zyskach przyniesionych przez nowy stan rzeczy. Oczywiście to bilansowanie nie jest wolne od uwikłań etycznych, trzeba bowiem mówić nie tylko o stratach i zyskach tych, którzy chcą realizować

CO TO JEST IDEOLOGIA

267

program, ale i tych, którym ten program jest obojętny, i tych, którzy już z góry, właśnie przewidując większe straty niż korzyści własne (jeśli w ogóle jakiekol­ wiek), są mu przeciwni. Jak odnieść się do strat osób niezainteresowanych programem — to już problem moralny i nie obejdzie się tu bez odwołań do moralności, choć wielokrotnie i ten aspekt sprawy można tylko z tekstów odgadywać. Często próbuje się wykazywać, iż ci, którzy ponoszą straty, także w końcu zyskają, albo nawet, iż straty są w ogóle pozorne. Ewentualnie, jak to już poprzednio wspominaliśmy, można wykazywać, że to, co przeciwnicy programu tracą, tracą sprawiedliwie. Na końcu analizy przychodzi kolej na prezentację programu. Jest to jednak element historycznie bardzo uwikłany w konkretne okoliczności. W niniejszej prezentacji ograniczamy się zaledwie do samego trzonu programowego, listy pewnych typowych, ogólnych celów, zalecanych metod, taktyk, strategii, sojuszów, a także rozłożenia realizacji w czasie.

Feminizm liberalny

Nazwy. Feminizm liberalny, feminizm praw kobiet (women’s rights femi­ nism). W krytycznym ujęciu ze strony innych nurtów feminizmu: feminizm konserwatywny, feminizm reformistyczny3. Geneza, formy działania. Feminizm liberalny pojawił się pierwotnie w USA w połowie lat sześćdziesiątych. Istotną inspiracją była książka Betty Friedan Mistyka kobiecości (1963). Od 1966 roku działa partia NOW (Na­ tional Organization for Women). Współcześnie obecny w wielu krajach, nie zawsze ujęty w odrębne ramy organizacyjne. To raczej pewien styl myś­ lenia i działania, a jego reprezentantki i reprezentanci są aktywni w wielu organizacjach i ruchach działających na rzecz zrównania sytuacji społecznej obu płci, zwłaszcza w płaszczyźnie legislacyjnej. W latach dziewięćdziesią­ tych wyłania się z tej tradycji nowy typ aktywizmu politycznego, zoriento­ 3 Przymiotnik „liberalny” pojawił się na gruncie amerykańskim przez opozycję do feminizmu radykalnego Ruchu Wyzwolenia Kobiet. Podkreślano przez to wewnątrzsy stemowy charakter tego ruchu, jego opowiadanie się za panującym w USA systemem społecznym i dominującą w nim ideologią liberalizmu. Janet Richards utrzymuje, iż właściwą nazwą byłby feminizm egalitarystyczny, gdyż swoistość tej orientacji polega na domaganiu się równego traktowania kobiet i mężczyzn (J. R. Richards The sceptical feminist, [I wyd. 1980], London 1994, s. 386—387), co mogłoby mieć miejsce na gruncie dowolnego ustroju społecznego (nawet faszyzmu — dodaje autorka, ibidem, s. 390), a fakt, iż w tym konkretnie wypadku chodzi o równość na gruncie systemu liberalnego, jest zaledwie okolicznością historyczną. Istotnie, idea równego traktowania obu płci jest w tej orientacji szczególnie mocno akcentowana, ale ma się wówczas na myśli równość w świetle prawa, co jest w ogóle typowe dla USA i pojawia się początkowo także w feminizmie radykalnym. Można równość pojmować inaczej, jako równość de facto, i domagać się w imię równości specjalnych uprzywilejowań dla kobiet, stwarzających dopiero faktyczną równość szans — co szczególnie żywe jest w tradycji socjalistycznej i co bywa namiętnie oprotestowywane przez feministki liberalne. Lepiej zatem pozostać przy popularnym określeniu „feminizm liberalny”, chodzi tu bowiem wyraźnie o równość w sensie liberalizmu. Nieprzypadkowo to właśnie liberalizm umożliwia pojawianie się feminizmu jako autonomicznej formacji. Nazwa „feminizm praw kobiet” (women’s rights feminism) trafia w sedno ukazując, o jaki rodzaj równości tu chodzi (zob. np. G. G. Yates What women want. The ideas of the Movement, Cambridge, Massachusetts 1975, s. 35). W tej chwili feminizm liberalny szczególnie mocno odwołuje się do „praw człowieka”, podkreślając, że o nic więcej — ale i o nic mniej — nie chodzi, jak tylko o równe uczestniczenie obu płci w prawach człowieka.

269

FEMINIZM LIBERALNY

wany głównie na wprowadzanie kobiet do organów władzy (feminizm siły, zob. s. 447—469). Główne autorki. Betty Friedan, Alice S. Rossi, Carolyn Bird, Carol Lopate, Jessie Bernard, Gerda Lerner, Carole S. Vance, Wendy Kaminer. Obszary szczególnego zainteresowania. Prawo, sfera zatrudnie­ nia (płace i możliwości awansu), ułatwienia dla pracujących kobiet (ośrodki opieki nad dziećmi, ruchomy czas pracy i zatrudnienie niepełnoetatowe; zgłasza sprzeciw wobec specjalnych uprawnień kobiet), ochrona zdrowia, swoboda aborcji, dostępność edukacji seksualnej i środków antykoncepcyj­ nych, edukacja, szkolnictwo wyższe, nauka, udział kobiet we władzach i możliwości wpływania na władze, mass media, reklama, religia i kościoły, wojsko. Kluczowe terminy ideologiczne. Dyskryminacja płciowa, równość.

Poglądy (ideologia) Jak jest? Społeczeństwo to system wzajemnie sprzężonych działań i zachowań jego członków. Jeśli każdy dobrze wypełnia swoje role, korzyść odnoszą w zasadzie wszyscy, bowiem wytwarzają produkty i świadczą usługi, które zaspokajają indywidualne potrzeby pozostałych. Jednakże w społeczeństwie brak równego uczestnictwa obu płci we wszystkich sferach jego działalności, we wszystkich pełnionych w nim rolach. Kobiety obciążone są główną odpowiedzialnością za prowadzenie gospodarstwa domowego i za opiekę nad dziećmi, udział męż­ czyzn w wykonywaniu tych zadań jest mały. Z drugiej strony udział kobiet w pracy i aktywności publicznej jest albo wyraźnie niższy od mężczyzn (nadal w wielu krajach), albo/i ograniczony do stanowisk i ról u dołu hierarchii władzy, prestiżu i zarobków. Możliwości edukacyjne nadal w wielu krajach nie są dla obu płci równe. Jeśli nawet są równe, działają często naciski na obieranie odmiennych dróg życiowych, zgodnie z panującymi wciąż stereotypami. Tam, gdzie udało się już pokonać wszystkie te ograniczenia, kobiety przy zatrud­ nianiu i awansie traktowane są inaczej niż mężczyźni, z którymi konkurują, tzn. przy tych samych kwalifikacjach otrzymują niższe stanowiska i płace (dys­ kryminacja). Całe obszary aktywności publicznej—władza polityczna, wojsko, policja, kościoły — pozostają dla kobiet pawie niedostępne. W większości krajów kobiety nie mogą skutecznie kontrolować swej płodności. Szwankuje edukacja seksualna (lub jej w ogóle brak), środki antykoncepcyjne są trudno dostępne lub drogie, aborcja — jako ostateczna metoda uwolnienia się od niepożądanej ciąży — jest przeważnie utrudniana lub wręcz prawem zakazana, a ponadto praktycznie nie zawsze dostępna (bywa

270

TYPY FEMINIZMÓW

kosztowna, brak odpowiednich warunków do jej przeprowadzenia). Tam, gdzie kobiety uzyskały swobodę aborcji, ponawiane są nieustannie wysiłki wprowadzenia na powrót ustaw antyaborcyjnych. Z drugiej strony troska o dzieci pozostawiana jest jako coś oczywistego samym kobietom. Niedostateczna liczba placówek dziennej opieki nad dzie­ ćmi, a także często wysokie koszty korzystania z nich utrudniają lub zgoła uniemożliwiają pracę zawodową kobiet. To czyni je całkowicie zależnymi ekonomicznie od mężów. Ponadto, w razie separacji lub rozwodu, dzieci prawie automatycznie powierzane są opiece matek, przy czym udział ojców nawet w samych kosztach ich wychowania bywa niewspółmiernie niski. W wielu krajach państwo jako egzekutor alimentów okazuje się bardzo opieszałe. Sam rozwód bywa nadal łatwiejszy do uzyskania, kiedy wnosi oń mężczyzna, kobiety natomiast zmuszone bywają do trwania w związku małżeńskim nawet wówczas, kiedy jego podtrzymywanie jest dla kobiety jedynie źródłem udręczeń. Prawo wielu krajów nadal nie traktuje obu płci równo, przy czym uprzywilejowani są mężczyźni. Jeśli istnieją pewne przywileje kobiet, to często z odwrotnym do deklarowanego skutkiem. Np. ochronne ustawodawstwo pracy utrudnia kobietom uzyskiwanie zatrudnienia w lepiej płatnych zawodach lub na intratnych stanowiskach. Przeprowadzanie korekt w tym zakresie utrudnione jest przez fakt, iż generalnie w organach władzy dominuje płeć męska. Mężczyźni dominują też we wszystkich innych sferach życia publicz­ nego, także tych, które kształtują przekonania, m.in. na temat roli płci w życiu społecznym. Kościoły są całkowicie zdominowane przez mężczyzn. W eduka­ cji, nawet jeśli kobiety są liczebniejsze, ich udział spada na wyższych szczeblach szkolnictwa. W nauce nadal panują mężczyźni i dominują ich zainteresowania zgodne z oczekiwaniami równie męskich: gospodarki, wojska, polityki. Jednym słowem — instytucji, które mają i dają pieniądze. A pieniędzmi w społeczeń­ stwie (i w świecie) po dawnemu dysponują głównie mężczyźni. Nic dziwnego, że brak wciąż środków na ochronę środowiska lub zwalczanie chorób, które nie mają istotnego wpływu na potęgę polityczną i militarną państw. Udział kobiet w badaniach naukowych wprawdzie wzrasta, ale ich zainteresowania i ich badania spychane są na margines (także finansowy), nawet jeśli powstały już ośrodki studiów kobiecych. W służbie zdrowia albo przeważają nadal mężczyźni, albo przynajmniej okupują najbardziej prestiżowe specjalności i kierownicze stanowiska. Ginekologia w wielu krajach pozostaje nadal w rękach mężczyzn. To oni formują przekonania na temat zdrowia kobiety i jej biologicznych powinności. Tradycyjny stereotyp kobiety upowszechnia także kultura, zwłaszcza masowa. Szczególnie widoczne i dotkliwe w skutkach jest posługiwa­ nie się w reklamie kobietami jako obiektami seksualnymi, poza tym zaś prezentuje się je wyłącznie w tradycyjnych rolach kobiecych. Wywierana jest silna presja na szczególną troskliwość kobiet o urodę, co stanowi istotne źródło zysków licznych przemysłów, a kobiety wpędza w przymus poświęcania znacznie większej ilości czasu niż mężczyźni na zabiegi kosmetyczne, higie­ niczne, krawieckie itd., często też przynosząc istotne szkody dla zdrowia, a nawet rodząc choroby psychiczne.

FEMINIZM LIBERALNY

271

Kobiety ulegające tradycyjnym stereotypom skazane są na ograniczenie swych potencji duchowych i zatrzymywanie rozwoju osobowości na niskim, często wręcz infantylnym poziomie. Ich szczególna sytuacja uzależnienia od dominujących w społeczeństwie mężczyzn sprzyja co najwyżej rozwojowi potrzebnych do tego stron intelektu, jak przebiegłość, służalczość, umiejętno­ ści praktyczne, manipulacja interpersonalna. Odsunięte od uczestniczenia w podejmowaniu decyzji publicznych rozwijają w sobie głównie stronę afektywną, mają słabiej wyrobione poczucie sprawiedliwości i obiektywizm, często obierają postawy bierne. Zespół tych cech uznawany jest za tzw. kobiecość i łączony często wprost z wrodzonymi różnicami biologicznymi między płciami. Powszechność występowania tego syndromu osobowościowe­ go u kobiet umacnia takie przekonania. W sumie: rozdział ról w społeczeństwie jest w istotny sposób warunkowany płcią, a panujące poglądy — mimo występowania także orientacji przeciwnych — konserwują ten stan rzeczy, choć dopuszczalność, a nawet konieczność korekt jest coraz szerzej uznawana. Ów rozdział ról sprzężony jest z takim rozkładem łączonych z nimi wag, iż gratyfikacja kobiet za pełnienie ról jest znacznie niższa niż mężczyzn. Także tam, gdzie istnieje swoboda określania tych wag, decydenci z reguły rozstrzygają na niekorzyść kobiet (np. za porównywalnie taką samą pracę kobiety nie otrzymują takiej samej płacy jak mężczyźni).

Dlaczego tak jest? Jest tak, ponieważ kobiety nie chcą, żeby było inaczej. A społeczeństwo (czyli reszta, mężczyźni) nie widzi potrzeby zmian, gdyż mężczyznom na ogół ich role odpowiadają, a istniejący system dobrze funkcjonuje. Gdyby jednak kobiety zapragnęły zmiany, uważając, że — jak wszyscy ludzie — mają równe prawa do życia życiem całego społeczeństwa, gdyby odmówiły zgody na model dotych­ czasowy, zmiana nieuchronnie musiałaby nastąpić. Gdyby kobiety zechciały chcieć. Takie jest stanowisko feminizmu liberalnego w jego wczesnej fazie rozwojowej. Dlaczego kobiety nie chcą zmian? Albo inaczej: dlaczego ograniczają się — chociaż już nie muszą! — do dotychczasowo tradycyjnie im przypisywanej roli domowo-rodzinnej? Na ogół sądzi się — i one także tak sądzą — że tylko ta rola jest dla kobiety „naturalna”, gdyż jest zgodna z głęboko wrodzonymi cechami kobiecymi. Pogląd o wrodzonym charakterze tzw. kobiecości jest jednak błędny, a w każdym razie nie dowiedziony. Już fakt, iż ta rzekomo naturalna skłonność nie jest powszechna — a jako prawo przyrody powinna być — musiałby rodzić nieufność. Chyba że za wrodzone uznaje się same predyspozycje, a nie chęci ich realizowania. Ale nikt nigdy nie udowodnił, że odmienne cechy osobowościowe są wrodzone. Wiele zaś przemawia za czymś przeciwnym, jak wykazują chociażby słynne badania M. Mead i innych antropologów kulturowych; i nasze codzienne doświadczenia. Dopóki ktoś nie wykaże, iż jest inaczej, należy przyjmować, że wrodzone są wyłącznie cechy

272

TYPY FEMINIZMÓW

fizjologiczno-anatomiczne. Ale też nikt nie ma zamiaru nakazać mężczyznom rodzić. Ponadto — to trzeba mocno podkreślić — nawet jeśli pełnienie roli domowej byłoby jakoś zgodne właśnie z naturą kobiety, pytanie nie brzmi: dlaczego kobiety chcą pełnić tę rolę, lecz: dlaczego chcą pełnić tylko tę rolę. Nikt ich nie namawia (jeśli chodzi o feministki liberalne!) do porzucenia roli matki i gospodyni domowej, zdziwienie budzi natomiast fakt, że nie chcą podejmować się — oprócz tego! — innych ról, ról w sferze publicznej, choć dzisiaj wcale nie jest tak trudno łączyć obowiązki domowe z pracą zawodową. Tu włącza się zazwyczaj odwołanie — poza „naturą” — do „woli Bożej”, która jakoby nakazuje kobietom wyłączne poświęcanie się ich wzniosłej „misji”. To także budzi co najmniej podejrzliwość. Zwraca uwagę typowo męskie oblicze Boga i religii. Nie trzeba być ateistą, wystarczy rozumieć społeczne uwarunkowania religii: to ziemscy mężczyźni zinterpretowali obraz Boga i jego wolę. I napisali Stary i Nowy Testament. I Koran. I teraz decydują o treściach nauczania religijnego. Nawiasem mówiąc: dlaczego właściwie Bóg jest mężczyzną? Jest jeszcze koncepcja funkcjonalistów. To miłe, że zgadzają się, iż istniejący rozdział ról według płci ma charakter socjogenny. Lecz na jakiej podstawie utrzymują, iż wszystkim to odpowiada i powinno odpowiadać, każda zaś niezgoda jest przejawem społecznego nieprzystosowania? Wraca zatem pytanie: dlaczego? Dlaczego kobiety nie chcą chcieć zmian? Odpowiedź: ponieważ zostają tak wychowane, szerzej: są tak socjalizowane. Zmiana edukacji, a także zmiana treści innych komunikatów (reklama, literatura, film, telewizja itd.) spowodowałaby zasadniczą zmianę. Utrzymy­ wanie się tradycyjnego podziału ról według płci, mimo iż społeczeństwo liberalno-demokratyczne przyniosło już wszystkim swobodę wyboru, daje się wytłumaczyć wyłącznie — powtórzmy — tym, że kobiety nie zgłaszają (w skali masowej) sprzeciwu, lecz stosują się gładko do panujących stereotypów. To wyjaśnienie przyczynowe okazuje się z czasem niepełne. Kiedy coraz więcej kobiet faktycznie chce zmiany, okazuje się, że sama wola kobiet nie wystarcza. Także mężczyźni musieliby chcieć, a przynajmniej musieliby nie stawiać oporu. Trzeba by zmienić mentalność całego społeczeństwa. Tych wszystkich, którzy w dotychczasowym systemie czują się dobrze, ogromnej większości mężczyzn i wielu kobiet. Odsłania się teraz dalsza perspektywa, wykraczająca poza inercję świado­ mości. Kobiecie może tylko wydawać się, że podjęcie przez nią pracy zarobkowej to sprawa wyłącznie jej osobistego wyboru — pod warunkiem że udaje się jej godzić pracę zawodową z prowadzeniem domu. Otóż dom to jedna strona zagadnienia. Nawet gdyby kobiety w niczym nie osłabiły życia rodzinnego i funkcjonowania gospodarstwa domowego — w co przeciwnicy ich pomysłów nie wierzą, zwłaszcza ci spośród mężczyzn, którzy ani myślą włączyć się do sfery „kobiecej” — to pojawienie się większej liczby kobiet na rynku pracy, jeśli akurat nie nastąpiłby równoległy wzrost podaży wolnych miejsc, oznaczać by musiało potężny wstrząs dla już pracujących oraz dla oczekujących na zatrudnienie mężczyzn. Wielu mężczyzn pojmuje to szybciej niż nieco naiwne panie ze średnim i wyższym wykształceniem poszukujące zatrudnienia.

FEMINIZM LIBERALNY

273

Czyżby mieli odstąpić część dobrze płatnych miejsc pracy kobietom i zadowo­ lić się gorszymi posadami? Powiększyć szeregi bezrobotnych? A może — jeśli rachuby kobiet zawiodą i w wykonywaniu obowiązków domowych zacznie brakować im czasu — ich mężowie mieliby część z nich wziąć na siebie? Oto źródło oporu bardziej stanowczego niż bezwład myślenia. Tu chodzi o obronę zagrożonego interesu. Podobnie zagrożenie własnego interesu widzą w tym kobiety, które dobrze czują się w roli gospodyń domowych, wcale nie życzą sobie w nich krzątaniny mężowskiej, tym bardziej za cenę podjęcia przez nie pracy zarobkowej, do której ani nie czują ochoty, ani jak wiedzą, nie mają żadnego przygotowania. Czy zatem źródłem aktualnej sytuacji i jej względnej trwałości jest coś więcej niż inercja świadomości? lub fałszywe mniemania? W ujęciu feministek liberalnych świadomości przypisuje się w każdym razie nadal wiodącą rolę. Wiele stron poświęcają krytycznemu opisowi oddziaływań na świadomość, które stabilizują system. Ludzie żyją we władaniu stereotypów oraz fałszywych przekonań i poglądów, zwłaszcza co do natury człowieka, ale także życia społecznego, a nawet własnych interesów. Większość członków społeczeństwa nawet sobie nie wyobraża, że mogłoby być inaczej, a jeśli już, to widzi takie odstępstwa w kategoriach grzechu i zwyrodnienia. I te fałszywe przeświadcze­ nia podtrzymują istnienie systemu. Dodatkowo stabilizująco działają uregulo­ wania prawne, ale przecież prawo to tylko zakrzepła postać świadomości i nowa świadomość zrodzi nowe regulacje. Prawdziwe w krytykowanych przeświadczeniach jest tylko to, że obecny system jest zdolny do istnienia, funkcjonuje w miarę sprawnie. Nieprawdą są szerzone przekonania, że lepiej niż jest, być nie może; że stopień szczęśliwości członków takiego społeczeństwa jest najwyższy z możliwych; że tak jak jest, być musi. Ale dopóki ludzie w to wierzą, system będzie trwał, tyle że narastać będą jego wewnętrzne trudności, gdy coraz więcej kobiet chorować będzie psychicz­ nie, dzieci wchodzić będą w życie społeczne już wykolejone, mężczyźni coraz niechętniej wracać będą do — wcale już nie zacisznego — ustronia domowego. Winna jest więc niewiedza. Wniosek: jeśli chce się zmiany — a zaraz zobaczymy, czy jej się chce i czy słusznie jej się chce — to trzeba cierpliwie przekonywać nie przekonanych i wywierać wpływ na decydentów, także poprzez ich przekonywanie (a nie podjęcie próby odsunięcia ich od władzy).

Dlaczego jest źle? Jest źle, i to bardzo źle. Coraz więcej ludzi czuje się nieszczęśliwymi. Nie tylko kobiety — te wszystkie kobiety, które mają zdolności i ambicje, aby w społe­ czeństwie odgrywać poważniejszą rolę, ale im się to uniemożliwia tylko dlatego, że są kobietami. I te kobiety, które podjąwszy pracę zarobkową, czasem tylko pod przymusem ekonomicznym, przekonują się, iż ich wysiłek jest gorzej wynagradzany niż mężczyzn. I te, które zmuszane są do rodzenia dzieci, kiedy tego nie chcą. I te, które zmuszane są do poświęcania całej swojej energii życiowej na prowadzenie gospodarstwa domowego i na opiekę nad dziećmi,

274

TYPY FEMINIZMÓW

chociaż chciałyby robić inne, ciekawsze rzeczy. I te, które pozbawione jakiejkolwiek podstawy do samodzielności ekonomicznej muszą tolerować współżycie z małżonkiem, mimo iż ów zachowuje się nieuczciwie, arogancko, czasem zgoła bestialsko. I te, które mimo wszystko chciałyby zerwać nieszczęs­ ny związek z mężczyzną, a prawo im to uniemożliwia. Wiele, wiele kobiet czuje się nieszczęśliwych w panującym systemie, a winę ponosi właśnie ów system. Również wielu mężczyzn czuje się źle, będąc zmuszonymi do realizowania oczekiwań społecznych. Nie wszyscy chcą nieustannie konkurować z kolegami w walce o nowe sukcesy i awansowanie. Nie wszyscy chcą podejmować się każdej dodatkowej pracy, byle zwiększyć dochody. Nie wszyscy chcą spędzać swoje życie z dala od żony i dzieci, będąc tylko gościem w domu. Nie wszyscy chcą być stale twardzi i zdecydowani i nigdy nie ujawniać słabości. Jeśli zatem system jako całość funkcjonuje rzeczywiście sprawnie, ale dzieje się to kosztem unieszczęśliwiania wielu jego członków, to sama sprawność systemu nie wystarcza za usprawiedliwienie. A do tej sporej liczby niezadowolonych dodać trzeba jeszcze wielu innych, może wielokrotnie więcej, którzy czują się żle, ale nie wiedzą dlaczego i całą winę przypisują sobie. I takich, którzy czują się nawet nie najgorzej, ale nie wiedzą, że mogliby czuć się znacznie lepiej, gdyby sztywny system płciowych ról nie ograniczył im swobody wyboru. Podkreślić trzeba, że zło systemu nie ujawnia się już dziś głównie w postaci przemocy, zakazów i nakazów, demokracja daje wszystkim równe prawo wyboru. W praktyce jednak okazuje się, że pewne wybory są uniemożliwiane lub karane na drodze dyskryminacji płciowej. I prewencyjnie wykluczane już poprzez płciowo sprofiłowaną edukację. Dla wielu członków społeczeństwa system ról płciowych okazuje się zły. I nawet jeśli dla pozostałej części okazuje się — przynajmniej w ich od­ czuciu — dobry, to jakież mają prawo żądać od tych pierwszych, żeby dla ich dobra poświęcali swoje? Nawet jeśli ci drudzy swe własne korzyści chytrze nazywają „dobrem społecznym”, dobrem „całego społeczeństwa”, „dobrem narodu” itp.? Nikt nie ma prawa żądać od innych — i zmuszać ich do tego — aby stali się narzędziem do osiągania cudzego dobra. A kiedy odmawiają (jeśli w ogóle potrafią odmówić), nie wolno ich za to potępiać. Człowiek, każdy człowiek jest najwyższą wartością — co ujął zręcznie Kant i co jest świętą zasadą liberalizmu. Prawdą jest jednak, że część ludzi dobrowolnie wyraża gotowość służenia za narzędzie cudzego, albo „wspól­ nego” dobra. Tak właśnie czyni wiele kobiet. Czy feministki mają prawo im tego zabraniać? buntować je? Cóż, nawet w tym wypadku nie wszystko wydaje się w porządku. Można się godzić na bycie narzędziem do cudzego szczęścia, a nawet tego chcieć, tylko z tego powodu, że uprzednio zostało się odpowiednio ukształtowanym przez chytrych wychowawców. Przebiegli ojcowie wychowują córki na przyszłych „dobrowolnych” niewolników. Za­ miast kształtować ich wolną wolę, zabijają ją zawczasu. Tak więc nawet akceptacja istniejącego systemu płciowego nie jest argumentem na jego rzecz. Wszystko to już wystarcza, aby domagać się sprawiedliwych przeobrażeń życia społecznego. W duchu równego traktowania wszystkich jednostek obojga

FEMINIZM LIBERALNY

275

płci i zniesienia przymusowych odrębnych modelów życiowych i osobowo­ ściowych dla każdej z płci. Na gruncie indywidualistycznej etyki humanistycznej, połączonej z dość oczywistym dla Amerykanów hedonizmem, istnieją zatem wystarczające powody, aby istniejący stan rzeczy ocenić negatywnie. Jest charakterystyczne, że przeciwnicy feministek odwołują się raczej do innej etyki, do etyki holistycznej, stawiającej wyżej od dobra jednostki dobro narodu czy społeczeń­ stwa. Pominąwszy, iż jest to aksjologia przez feministki liberalne na ogół odrzucana, wiele z nich wykazuje, że nawet na jej gruncie istniejący system okazuje się zły. Zawsze był zły, gdyż marnował połowę zasobu potencjalnych talentów. Był zły, bo zawsze deformował dzieci, narzucając im sztywne, płciowo określone ramy osobowościowe. Dziś jednak stał się wręcz zbrodniczy. Po pierwsze, w obliczu światowego zagrożenia komunizmem, który pełnymi garściami czerpie ze skarbnicy kobiecych talentów, system zachodni, osłabiając się sam, może ściągnąć nieszczęście komunizmu na całą ludzkość. (Pamiętajmy, że feminizm liberalny rozwijał się w czasach światowej konkurencji dwóch systemów). Po drugie, rozwój technologii doprowadził do sytuacji, iż wojow­ nicza i agresywna polityka międzynarodowa oraz taka sama postawa wobec środowiska naturalnego prowadzą współcześnie wprost do zagłady ludzkości. Dopuszczenie więc całej połowy gatunku ludzkiego do równego udziału w kształtowaniu polityki i ekonomiki mogłoby zmienić zasadniczo sytuację i uratować ludzkość.

Czy zmiana jest możliwa? Czy zniesienie przymusu społecznych ról płciowych — choć pożądane ze względów moralnych — jest możliwe do przeprowadzenia? Tak — od­ powiadają feministki liberalne — jest możliwe, aczkolwiek wymaga czasu. Zmiany muszą dokonywać się stopniowo. Przyszłe społeczeństwo może być oparte na innym rozdziale ról społecznych. Kobiety mogą na równi z męż­ czyznami wykonywać wszystkie rodzaje ról w sferze publicznej. Nie musi łączyć się to koniecznie ze zmuszaniem mężczyzn do równego udziału w sferze prywatno-rodzinnej, choć udział ich byłby bardzo wskazany ze względu na dobro dzieci. Współczesna technika gospodarstwa domowego może znacznie zredukować wymiar domowych obciążeń, część czyn­ ności jest także po prostu zbędna. Po drugie, możliwość korzystania z ośrod­ ków dziennej opieki nad dziećmi umożliwi zredukowanie absencji kobiet w pracy do nieistotnego epizodu. Nie są potrzebne żadne przywileje ro­ dzicielskie, które mogłyby jedynie pracodawców zniechęcać do zatrudnia­ nia kobiet. Po trzecie, techniki antykoncepcyjne i powszechnie dostępna aborcja (traktowana jako ostateczność) uwolnią kobiety od ciężaru nie chcia­ nych ciąż i nie chcianych dzieci. Po czwarte, zdobywanie wykształcenia na równi z mężczyznami i jednakowe traktowanie obu płci uwolni kobiety od ekonomicznego przymusu małżeństwa i osobistego uzależnienia od męż­ czyzn.

276

TYPY FEMINIZMÓW

Dojście do tego przyszłego, androginicznego społeczeństwa zajmie sporo czasu, gdyż wymaga powszechnej zmiany mentalności. Nowa edukacja przy­ niesie efekty dopiero w kolejnych pokoleniach. Ale już dzisiaj można wiele uzyskać, oddziałując na postawy kobiet, które uległszy pokusie tradycyjnego modelu nie czują się w nim dobrze. Muszą chcieć pracować zawodowo. Równocześnie na drodze odpowiednich przemian ustawodawczych, przede wszystkim zakazujących dyskryminacji, można wiele zmienić w postawach pracodawców, a także władz, sądów, związków zawodowych, pedagogów, lekarzy itd. To wymaga rzecz jasna presji politycznej.

Czy zmiana jest dopuszczalna? Kobiety nie chcą nikomu nic odbierać, nikomu nie chcą szkodzić. Chcą tylko, żeby się mężczyźni posunęli i zrobili trochę miejsca. Tylko dla tych kobiet, które tego zechcą, nikt nikogo nie zmusza. One w zamian chętnie ustąpią miejsca w domu, przy dzieciach, w kuchni... tym, którzy mieliby chęć, bez narzucania się. Kobieta poradzi sobie sama z jednym i drugim, jeśli już tak trzeba, ale pozwólcie jej zawodowo pracować! I niech no tylko państwo weźmie na siebie poważnie obowiązek pomocy przy opiece nad dziećmi. Nie chodzi o narzucanie komukolwiek nowego sposobu postępowania, wręcz przeciwnie, to dotychczasowy system opiera się na narzucaniu. Teraz chodzi o otworzenie przed obu płciami tego samego, swobodnego pola wyboru. Kto będzie chciał pozostać przy tradycji, niech sobie pozostaje. Byle nie krzywdził innych i nie uniemożliwiał im realizowania własnej drogi życiowej. Również inne wartości chronione nie zostaną naruszone. Rodzina nie tylko nie ucierpi, ale — przeciwnie — umocni się, stanie się partnerska, łącząc małżonków uczuciem, a nie koniecznością ekonomiczną. Państwo jako dobro wspólne urośnie w potęgę, a nie osłabnie. Zasili je przecież swymi umysłami i talentami cała druga część społeczeństwa. Kościoły też tylko mogą skorzystać na równouprawnieniu płci, w przeciwnym razie zdegenerują się do reszty. Feministkom zarzuca się czasem bezbożność. Otóż — co do grzeszności ich dążeń, czyli ich sprzeczności z wolą Bożą, to już zostało wcześniej stwierdzone: sprzeczność taka zachodzi co najwyżej w stosunku do woli tych, którzy uznają się za ziemskich reprezentantów woli Bożej. Nauka, sztuka, technika — cała kultura odniesie wyłącznie korzyści dzięki wzbogaceniu zasobu twórców i ich stylów myślenia. W sumie widać zatem, że feministki to nie egoistki myślące tylko o sobie, jak to się im czasem imputuje. Nikt nie zostanie skrzywdzony, natomiast istniejąca krzywda kobiet zniknie. Na pewno nie zostaną skrzywdzone dzieci, przeciwnie, dzieci z domów pracujących matek znacznie lepiej się rozwijają i wchodzą zdrowsze w życie społeczne. A jeśli w proces wychowawczy włącza się ojciec, to jeszcze lepiej. A mężczyźni? Ci na pewno poniosą niejeden uszczerbek w stosunku do obecnego stylu swojego życia, ale — po pierwsze — są dziś niesprawiedliwie uprzywilejowani, a — po drugie—pod niejednym względem są także ofiarami istniejących podziałów płciowych, nawet czasem o tym nie

FEMINIZM LIBERALNY

277

wiedząc. Obciążeni ponad miarę obowiązkiem utrzymywania rodziny, prowa­ dzą wyniszczające walki konkurencyjne, skracające im życie. I często nie wiedzą, ile tracą, nie mogąc obcować z własnymi dziećmi. A niektórzy z nich uginają się w dodatku pod ciężarem zdecydowanie obcym ich usposobieniu i znacznie lepiej odnaleźliby się w rodzinie, w której żona bierze na siebie główny ciężar zarobkowania, a mąż prowadzi dom. Żadnej krzywdy zatem tu nie będzie, zwłaszcza na dłuższą metę. A jeśli dziś ktoś coś straci, to tylko to, co niesłusznie posiada.

Czy zmiana jest rozsądna? A czy zmiana, przynosząc spodziewane korzyści, nie spowoduje strat prze­ kraczających zyski? To pytanie, aby miało sens, wymaga oczywiście uzupełnie­ nia. Czyjeż to mianowicie korzyści i czyje straty chcemy bilansować? Samych zainteresowanych kobiet? Czy pozostałych członków społeczeństwa? Czy społeczeństwa „jako takiego”? Żadne odniesienie tego rozrachunku nie ma trywialnej odpowiedzi. Ani korzyści zainteresowanych kobiet nie są oczywiste, ani straty pozostałych, choć najwięcej dyskusji toczy się zawsze o rachunek społeczny. Nader często straszy się kobiety ogromem szkód, jakie przyniesie im samym uwolnienie od dotychczasowych ograniczeń. Oto bowiem musi iść z tym w parze zniesienie wszelkich przywilejów płciowych, co feministki liberalne również podkreślają. Ale to oznacza nie tylko wyrównanie szans na zatrudnienie w lepiej płatnych zawodach i na bardziej dochodowych stanowiskach — na czym zależy jedynie bardzo ambitnym kobietom, przeważnie lekceważącym sobie wartości życia rodzinnego — to oznacza także równość obowiązków z mężczyznami, a zatem na przykład służbę wojskową kobiet. I rezygnację z różnych udogodnień związanych z funkcjami macierzyńskimi. Nie mówiąc o tym, że pełna dostępność sfery publicznej dla kobiet sprawi, iż nawet wówczas, kiedy niektóre z nich będą chciały pozostać przy tradycyjnym modelu, zabraknie mężczyzn, którzy by chcieli im to umożliwić. Psycholodzy i zwłaszcza psychoanalitycy ostrzegają ponadto przed wielkimi kosztami psychicznymi tej przemiany, gdyż ich zdaniem kobiety nie są biologicznie przygotowane do pracy w warunkach konkurencji ani nie są gotowe pogodzić się z osłabieniem rangi życia rodzinnego. Wreszcie — ten argument dochodzi później, kiedy wiele kobiet podejmuje pracę zarobkową przy równoczesnym pozostawieniu na ich barkach przez ich mężów całego dotychczasowego ciężaru pracy domowej — „podwójny ciężar” rujnuje zdrowotnie kobiety, model superwoman okazuje się oszustwem. Feministki odpowiadają: Częściowo to prawda. Ale z utratą pewnych przywilejów należy się pogodzić, gdyż zyski dla rozwoju osobowościowego kobiety przekroczą znacznie poniesione straty, choć będą mogły o tym w pełni przekonać się dopiero kobiety wychowane już w nowych warunkach. Część uciążliwości pojawia się zaś jedynie przejściowo, po drodze do celu, i nie należy uważać tego za skutki przemian, lecz za koszty niedoprowadzenia przemian do

278

TYPY FEMINIZMÓW

końca. Chodzi tu zwłaszcza o słynne „podwójne obciążenie”. Jest ono czymś przejściowym, kiedy nie zrealizowano jeszcze programu rozbudowy dotowa­ nych przez państwo, powszechnie dostępnych ośrodków dziennej opieki nad dziećmi, a mężczyźni nie dokonali w sobie przeobrażeń świadomościowych, nakazujących im równe dzielenie z żoną obowiązków domowych. Niewy­ kluczone wreszcie, że na początek potrzebne jest mimo wszystko pewne przejściowe uprzywilejowanie kobiet pod postacią „akcji afirmatywnej” (pozy­ tywnej dyskryminacji), jako li tylko wyrównujące szanse obu płci, a nie wynoszące jedną płeć ponad drugą — chociaż jest to raczej element programu innych feminizmów i większość feministek omawianej orientacji jest temu przeciwna. W sumie, per saldo, kobietom projektowane przemiany na pewno mają się opłacić, nawet jeśli przejściowo występuje u niektórych z nich pogorszenie. Co do straszenia służbą wojskową, to po pierwsze, część młodych kobiet wcale się tego nie obawia, o czym świadczy narastający ich ochotniczy udział w armii amerykańskiej, po drugie, dopuszczenie kobiet na zasadach parytetu do świata polityki zredukuje zapewne armie do nic nie znaczącego minimum. Jeśli chodzi o koszty innych członków społeczeństwa, nie zainteresowanych programem feministycznych przemian, to trzeba tu rozważyć straty kobiet przywiązanych do modelu tradycyjnego, straty dzieci i oczywiście straty mężczyzn. Kobiety tradycyjne mogą się raczej o siebie nie obawiać, gdyż zmiana nie nastąpi tak szybko i zdążą jeszcze umrzeć w dotychczasowych warunkach. Troska o kobiety następnych generacji jest natomiast zbędna. Wychowane w nowy sposób będą chciały w pełni uczestniczyć w życiu społecznym jako zdrowe, dynamiczne osobowości. Wiele mówi się o krzywdzie dzieci pozbawionych tradycyjnej rodziny. Tu spiętrzono ogromną ilość materiału dowodowego i wzajemnie sprzecznych argumentów po obu stro­ nach. Zdaniem feministek liberalnych to raczej naddominacja matek rodzi kalekie psychicznie dzieci, włączenie ojców do procesu wychowania małych dzieci może okazać się zbawienne. Rola ośrodków opieki nad dziećmi, nieraz oceniana negatywnie, może zamienić się na w pełni pozytywną pod warunkiem, że będą to ośrodki właściwie prowadzone, a tylko o takich tutaj się myśli. Dzieci, których matki są w pełni dojrzałymi, psychicznie zdrowymi osobami, odnoszą z tego większe korzyści, nawet jeśli kontakt z matką podlega ograniczeniu, niż kiedy mają nigdy nie przerywaną styczność z kobietami sfrustrowanymi, często infantylnymi lub dewiantkami. A mężczyźni? Cóż, czekają na nich stresy przystosowawcze. Będą musieli przystosować się do podjęcia na szerszą skalę współpracy z kobietami, pogodzić się ze zniknięciem miłych sercu wielu z nich „słodkich kobietek”, uległych i dostarczających poczucia wyższości, zaakceptować zniknięcie podwójnej miary w moralności, przyzwyczaić się do słuchania rozkazów kobiet nie tylko w domu, słowem — znieść wiele wyczerpujących psychikę metamorfoz. Ale nie przesadzajmy. W efekcie tych zmian — odetchną. A iluż z radością nawiąże wreszcie bliski kontakt z dziećmi? I niech funkcjonaliści nie straszą wysokimi kosztami, jakie pociągnie za sobą przystosowywanie do pracy mechanizmów nie stworzonych do tego przez

FEMINIZM LIBERALNY

279

naturę. Można to między bajki włożyć. Kobiety zupełnie tak samo jak mężczyźni nadają się do wszystkiego. Oczywiście jedne bardziej do jednego, inne — do drugiego. Ale też tak samo jak mężczyźni. Zróżnicowanie predyspozycji, talentów, upodobań u obu płci, zwłaszcza kształconych w jed­ nakowej swobodzie, jest analogiczne. I będzie szansa, że u obu płci wybory drogi życiowej bliższe staną się indywidualnym osobowościom. Wzrośnie, a nie zmaleje, liczba ludzi zadowolonych z linii swego życia. Wreszcie — koszty społeczne, tzn. koszty, które będzie musiało ponieść jakoś całe społeczeńtwo ze względu na przebudowę strukturalną. Oczywiście takie będą. Chociażby rozległa przebudowa treści nauczania i ideologii wychowawczych, a także samych pedagogów, wymagających reedukacji lub raczej podmiany przez nowych, młodszych. Wiele tu trzeba będzie zmienić i za to zapłacić. Ale korzyści, jakie to w ostateczności przyniesie wszystkim, o czym była już mowa powyżej, z pewnością przewyższą nakłady, skądinąd w pełni usprawiedliwione moralnie. Istniejący zatem obecnie—nadal, jak przez tysiąclecia—zły stan społeczny nie tylko należy zmienić, wolno zmienić, można zmienić, ale to się także wszystkim opłaci. Tyle że samo się nie zmieni, zmiany trzeba chcieć i trzeba ją przeprowadzić.

Co i jak robić? Z kim i przeciw komu? Jak zatem ma wyglądać program działania? Jaki cel ma mu przyświecać i jakie mogą doń doprowadzić metody? Z kim działać, przeciw komu czy czemu? Celem jest androginiczne społeczeństwo liberalne i demokratyczne, w którym nie ma dyskryminacji płciowej. Czyli — w USA — to samo, już istniejące społeczeństwo, tyle że zmienione pod tym jednym istotnym wzglę­ dem: zniknie w nim odmienne rozmieszczenie osobników w zależności od płci. Osiągnięcie celu zewnętrznie uwidoczni się w tym, iż proporcja kobiet i mężczyzn we wszystkich rolach i instytucjach (z wyjątkiem izb porodowych) będzie bliska ich proporcji w populacji, ze zwykłymi w tym wypadku przypadkowymi fluktuacjami. Nie oznacza to jednak, że zanikną różnice między osobnikami ludzkimi i wszyscy będą reprezentowali zbliżony typ bliski dzisiejszemu mężczyźnie czy nawet jakiś pośredni, obojnaczy. W androginicznym społeczeństwie przyszłości różnorodność jednostkowa może nawet wzroś­ nie, tyle że rozmaitość typów osobowościowych, intelektualnych itd. w jed­ nakowym stopniu będzie występować u obu płci. Dzisiejsze zbitki strukturalne określane mianem kobiecości i męskości zostaną rozłożone na elementy albo, jeśli jako dwa bieguny typologii utrzymają się, dając cały diapazon możliwych typów mieszanych, to zaniknie ich, choćby i statystyczny, związek z każdą z biologicznych płci z osobna. Równomierny rozkład kobiet i mężczyzn w społeczeństwie oznacza oczywiście także równy ich udział w hierarchii funkcji, władzy i dochodów. Jakimi metodami to osiągnąć? Główne uderzenie musi pójść na socjalizację następnych pokoleń. Jak już wspominaliśmy, trzeba zmienić treści

280

TYPY FEMINIZMÓW

wychowawcze, obraz płci, rozbić dotychczasowe władztwo stereotypów, trzeba też zmienić samych pedagogów itd. Ale i od razu, współcześnie, można wiele zmienić, umożliwiając wszystkim kobietom, które tego chcą, podniesienie kwalifikacji czy przekwalifikowywanie się i podejmowanie pracy, a mężczyz­ nom — przejmowanie funkcji uchodzących dotąd za kobiece. Nie chodzi jednak o jakiekolwiek zmuszanie ludzi do zmiany wzorców życiowych. Wszystko ma być i dziś, i w przyszłości dobrowolne, żadnych zuniformizowanych wzorców. Wszystko ma być dozwolone, co nie szkodzi innym. Konkretnie: działać trzeba na gruncie istniejącego ustroju, legalnymi metodami, są one na dłuższą metę wystarczające, aby cel osiągnąć. Nie trzeba używać siły. Siłę ma państwo, i niech ją ma. Rzecz w tym, aby jego siłę zaprzęgnąć do realizowania celów feministycznych. Ustrój jest przecież dobry i to właśnie w imię obowiązujących w nim zasad kobiety stawiają swoje żądania — chcą być zrównane w szansach z mężczyznami, to wszystko. Trzeba organizować opinię i presję publiczną, stosować działalność lobbystyczną, ułatwiać kobietom start do karier dotąd typowo męskich. Dużo pisać, prezentować, docierać do świadomości jak największej liczby ludzi. I — co szczególnie ważne — przejąć wpływ na system edukacyjny i przeprowadzić odpowiednie reformy. Ale to oznacza też, iż trzeba zdobyć silną reprezentację w nauce, w kulturze i w mass mediach. Trzeba prowadzić walkę ze wszelką ideologiczną mitomanią, także prokobiecą. Za programem feminizmu liberal­ nego przemawia nauka i empiria, nie potrzeba żadnych kłamstw, mistyki, mitów. Na tej drodze trzeba być konsekwentnym, a więc krytycznie odnosić się do ideologicznych fałszerstw spotykanych także w feminizmie. Wszystko to jest, stopniowo, możliwe do zrealizowania. Z kim i przeciw komu? Obiektywnie działania te służą wszystkim kobietom, jako ludziom równym mężczyznom — nie gorszym od nich i nie lepszym — służą też mężczyznom, całej ludzkości. Trzeba być otwartym na wszystkich, stanowiąc jedynie trzon, ośrodek organizowanych akcji. Nie obnosić się z ideologią, nie akcentować własnej odrębności, może nawet wyższości, nie dzielić ludzi na wtajemniczonych i niewtajemniczonych, na feministki i niefeministki. Feminizm liberalny to po prostu nowoczesny, świadomy ruch na rzecz praw kobiet, to ruch kobiet i dla kobiet, otwarty na wszystkich sojuszników. Niestety, opór rzeczywistości społecznej ujawnia się w postępowaniu nie tylko wielu mężczyzn, ale i kobiet. Nie każda kobieta okaże się więc sojusznikiem i nie każdy mężczyzna przeciwnikiem. Nikogo jednak nie należy traktować jak wroga, raczej jako przeciwnika ze względu na różnicę interesów, zazwyczaj tylko w jakiejś sprawie lub ze względu na zniewolenie myśleniem tradycyjnym. Także wobec przeciwników stosować zawsze próby przekonywa­ nia lub dogadania się, jak to w interesach bywa. Kluczem do wyboru sojuszników nie jest zatem płeć. Z natury rzeczy podstawową siłą będą feministycznie świadome kobiety. Lecz nie — wszystkie kobiety. Trzeba będzie występować, jeśli już będzie to konieczne, przeciw kobietom anty-feministkom. Ale też przeciw feministkom, które opowiadają się za demobilizującymi lub awanturniczymi projektami feministycznymi; przeciw tym, które

FEMINIZM LIBERALNY

28l

atakują program feminizmu liberalnego, bądź to zarzucając mu „reformizm”, bądź „kolaborowanie z wrogiem” czyli mężczyznami. I tym, które chcą jak najwięcej kobiet uwięzić w getcie subkultury lesbijsko-ginecentrycznej. So­ jusznikami, a nawet współdziałaczami mogą być, i bywają, także mężczyźni. Liczy się ich szczera wola. Wielu z nich zrozumiało już, a jeszcze więcej zrozumie, że sprawa feminizmu to w gruncie rzeczy sprawa wyzwolenia od dyskryminacji i deformacji osobników obu płci. Kiedy pojmie to wystarczająco wielu mężczyzn, może cele feminizmu zostaną wchłonięte przez nowy, obupłciowy ruch? Przeciwnikiem jest w istocie—hipostazując — istniejący system przekonań o naturze płci i odpowiadających im odmiennych ról płciowych. Patriarchat? Seksizm? Feminizm liberalny mniej chętnie używa tych określeń, ale niewątp­ liwie oddają one i jego intencje. Przeciwnikiem jest — podtrzymywany dzięki fałszywym przekonaniom — system społecznych ról płciowych i dyskrymina­ cji. System, a nie ludzie. Nikomu nie należy przypisywać z góry złej woli, byłoby to myślenie stereotypami a rebours. W jakimś sensie wszyscy są ofiarami tego systemu, choć kobiety bardziej, i dlatego one tę wyzwoleńczą walkę rozpoczynają. Podstawowe pole działania to przemiany legislacyjne i posługiwanie się państwem jako egzekutorem prawa. Państwo to nie przeciwnik, lecz gwarant możliwości i trwałości przemian. W żadnym razie nie wolno zmierzać do celu poprzez bezpośrednie ograniczanie swobód obywatelskich i merytoryczne interwencje państwa. Żadnej cenzury, żadnych nakazów i zakazów chroniących wyróżnioną płeć. To wolni obywatele, kobiety i mężczyźni, zmieniwszy swoje myślenie, mają chcieć żyć równi, a państwo demokratyczne ma im zapewnić do tego równość szans i uczciwe, równe dla wszystkich warunki swobodnego wyboru i samorealizacji. Reszta w rękach samych obywateli i ich inicjatywy. Płeć powinna stać się czymś społecznie przeźroczystym, niezauważalnym, jedynie osobistym. Jakie są perspektywy? Spokojnym, reformistycznymtrybem można wiele osiągnąć, w każdym razie więcej, i to dobrych rezultatów, niż na drodze tzw. rewolucji. Można też zbudować ustrój bliski androginicznej demokracji liberalnej już teraz w jednym kraju, takim jak USA. Oczywiście globalne powiązanie współczesnego świata wywiera pewien wpływ na poszczególne kraje, ale nie przesadzajmy. Sukcesy zależą przede wszystkim od ogólnego poziomu rozwoju w danym kraju, od jego tradycji kulturowych i religijnych, od poziomu nauki, edukacji itd. Kobiety winny pomagać kobietom na całym świecie, ważne jest międzynarodowe współdziałanie i feminizm liberalny opowiada się za nim, zresztą wiele już zrobił w tej dziedzinie. Ale uzależnianie sukcesu we własnym kraju od sukcesu feminizmu równocześnie w całym świecie to nie tylko bzdura, lecz w dodatku bzdura szkodliwa. Stopniowo, w różnych krajach różnie, feministyczny program zbliży się do pełni realizacji. Chyba że w drogę wejdą przeszkody innej natury, jak zniszczenie środowiska czy wojna. Feministki mogą, i powinny, uczestniczyć także w takich działa­ niach, które mają zapobiec światowym katastrofom — jak wszyscy rozsądni i szlachetni ludzie. Ale nie jest to jakieś ich specjalne, odrębne, „kobiece”

TYPY FEMINIZMÓW

282

zadanie. Może dziś faktycznie kobiety częściej wykazują zrozumienie dla powagi tych zagrożeń, ale nie wynika to z ich „natury”, lecz z mniejszego zaangażowania w męskie gry wojenne. Ratunek zależy od przeciągnięcia na swoją stronę mężczyzn i wspólnego rozwiązania problemu. W każdym razie — jeśli inne przeszkody tego nie uniemożliwią, program androginiczny wyzwolenia kobiet i mężczyzn od dykryminacji i deformacji płciowej na pewno w końcu się powiedzie. Trzeba tylko chcieć i o to walczyć.

Dokumentacja Zasadniczy zrąb krytycznego opisu społeczeństwa pod kątem dyskryminacji kobiet nakreśliła Betty Friedan w wydanej w 1963 roku Misty ce kobiecości. Tam też znalazły się główne elementy teoretycznego wyjaśnienia krytykowanego stanu rzeczy i jego negatywnej oceny oraz pierwsze założenia programowe. Czytelnik zechce zatem zapoznać się z głównymi ideami tej książki, a także ważnego artykułu Alice Rossi w „Daedalusie”, zaglądając do ich prezentacji w części drugiej4. Wiele oczywistych naiwności tamtych publikacji rychło zostało skorygowanych pod wpływem pierwszych doświadczeń liberalistycznie zorientowanego ruchu kobiecego. Uczyniły to także wspomniane wyżej autorki. Poniżej zestawiamy fragmenty późniejszych publikacji, wobec których wspomniane dwie pozycje stanowiły oczywisty punkt wyjścia.

Obraz społeczeństwa: opis, wyjaśnienie przyczynowe (teoria), ocena Podział na sferę publiczną i sferę prywatną

Społeczeństwo jest podzielone na sferę publiczną i sferę prywatną. Ta konstatacja to punkt wyjścia wielu rozważań feministycznych. W rozdwojeniu życia społecznego upatruje się istotnej przyczyny mizerii kobiecej i niemocy kobiet wobec spotykającej je niesprawiedliwości. „Problem w odniesieniu do kobiet stanowi nie samo ich wykluczenie od udziału w polityce, lecz warunki, w jakich do tego wykluczenia dochodziło i dochodzi” — pisze autorka wnikliwej analizy politologicznej tego rozszczepienia5. Ogólnie ujmując, „publiczny” to wedle niej mniej więcej to samo co „polityczny”, a „prywatny” to „gospodarstwo domowe” lub „rodzina”, coś bardzo bliskiego określeniu „osobisty”. Ta dualność ma swe odbicie w języku i myśleniu wszelkich społeczeństw, z wyjątkiem może najprostszych, często kojarzy się z dualnością 4 Zob. str. 83—88 oraz 92—94. 5 J. B. Elshtain Public man, private woman. Women in social and political thought, Princeton, New Jersey 1981, s. XIV.

FEMINIZM LIBERALNY

283

„natura-kultura” i „kobieta-mężczyzna”, a także „to, co wynikłe z konieczno­ ścią z przyczyn naturalnych” i „to co wynikłe z wyboru warunkowanego kulturą”6. Sfera prywatna ma nie zabierać głosu w sprawach publicznych, a ponieważ kobiety należały zawsze do sfery prywatnej (dawniej także niewolnicy), więc politycznie zmuszone były do milczenia. „[...] w przeciągu całej historii Zachodu kobiety stanowiły część populacji zmuszoną do milcze­ nia na arenie publicznej. [...] Kobiety były pozbawione głosu po części dlatego, że to, co je określa i z czym są nieuchronnie związane — seksualność, rodzenie, ludzkie ciało (obrazy nieczystości i tabu, wizje zależności, bezradności, bezbronności) — było pomijane w dyskursie politycznym.”7 Żeby coś w swej sytuacji zmienić, kobiety muszą uzyskać wpływ na politykę, a to oznacza konieczność zniesienia tego odwiecznego podziału na dwie sfery. Podział na dwie sfery to zarazem płciowy podział pracy (notabene w tak wyraźnej postaci powstały dopiero w XIX wieku) — pisze niemiecka specjali­ stka. „Przydzielenie albo do zawodu, albo do pracy domowej — oto społeczna podstawa ról płciowych w postaci, w jakiej są nam dzisiaj znane. [...Jto zasadniczy moment decydujący o różnicy między całokształtem życia mężczyz­ ny a kobiety”8. Co prawda wiele kobiet mimo wszystko pracuje także zarobkowo, wówczas jednak z reguły nie dopuszcza się ich do prac lepiej płatnych lub związanych z władzą. Ten stan rzeczy usprawiedliwiają rozpowszechnione poglądy potoczne. „Kobiety nie mogą pracować na stacjach benzynowych, bo nalewanie benzyny nie pasuje do kobiety—wymienia garść takich oczywistości autorka jednego z pierwszych podsumowań historii i teorii współczesnego feminizmu. — Mężczyźni nie mogą nauczać małych dzieci; mogą jedynie nadzorować tych, którzy je uczą. Kobiety nie mogą kierować ciężarówkami, ponieważ brak im uzdolnień technicznych; choć mogą prowadzić samochody osobowe. Kobiety nie mogą podnosić ciężkich skrzyń, mogą podnosić tylko ciężkie dzieci. Kobiety nie mogą projektować budynków; brak im uzdolnień matematycznych. Mężczyźni nie mogą opiekować się chorymi; są bardzo kiepscy, jeżeli chodzi o pielęgnowanie. Kobiety nie mogą zarządzać korporac­ jami; są niezdecydowane i zmienne. Mężczyźni nie mogą pisać innym korespondencji; są kiepscy w kwestiach dotyczących szczegółów.” I autorka dodaje wyjaśniająco: „Wszystko to było prawdziwe, bo wierzyliśmy w to, że to jest prawda i uczyliśmy dzieci życia zgodnego z tymi przekonaniami, i kierowa­ liśmy się nimi przy staraniach o pracę, przy prowadzeniu polityki zatrud­ nieniowej, przy przygotowywaniu ludzi do przyszłego zatrudnienia i przy udzielaniu porad w pracy.”9 Poglądy zachowawcze i przeciwstawne im stanowiska reformistyczne w sprawie ewentualnej pracy kobiet ewoluowały i ewoluują, na co zwraca 6 Ibidem, s. 5, 12. 7 Ibidem, s. 15. 8 E. Beck-Gemsheim Das halbierte Leben. Männerwelt Beruf, (I wyd. 1980), Frankfurt am Main 1985, s. 24. ’ G. G. Yates What women want. The ideas of the Movement, Cambridge, Massachusetts 1975, s. 184.

284

TYPY FEMINIZMÓW

uwagę Caroline Bird w książce bardzo popularnej wśród początkujących feministek z końca lat sześćdziesiątych. Proponuje taką oto systematyzację: „Maskuliniści dawnego typu uważają, że miejsce kobiety jest w domu, że rodzaj wykonywanych przez nią prac jest z góry wyznaczony przez anatomię i że pod względem umysłowym i fizycznym nie jest ona w stanie wykonywać pracy mężczyzny.”10 „Maskuliniści nowego typu są za uwspółcześniającym skorygo­ waniem tradycyjnej roli kobiet. Wszyscy opowiadają się za pracą kobiet, pod jednym warunkiem: że zatrudnienie kobiet nie zmieni w niczym życia mężczyzn”. Nadal są głęboko przekonani o istnieniu wrodzonych różnic temperamentu i sposobów myślenia11. Feministki dawnego typu [...] starają się udowadniać, że kobiety potrafią być takie jak mężczyźni, jeśli to konieczne, za cenę niewychodzeni a za mąż. »Cokolwiek potrafisz zrobić, ja potrafię lepiej«, to ich stała śpiewka.”12 Feministki nowego typu uważają podział na role płciowe w pracy za przestarzały i są przeciwne jego odtwarzaniu. Nie widzą też żadnego powodu do dawania kobietom jakichś szczególnych przywilejów lub stosowania taryfy ulgowej w większości rodzajów pracy.”13 Stereotypy płciowe

Przedstawione wyżej przekonania zwolenników rozdziału płciowych ról na dwie sfery stanowią składową szerszej formacji ideologicznej, do której przede wszystkim należą przekonania o trwałej odmienności obu płci. Feministki liberalne wnoszą wiele analiz dotyczących stereotypów płciowych, na których ta ideologia się opiera. Autorka bardzo poczytnego podręcznika do studiów kobiecych z 1975 roku, w swej neutralności bliska feminizmu liberalnego, przytacza garść zebranych cytatów prezentujących stereotypowe opinie o ko­ biecości. Oto niektóre: „kobieta kieruje się raczej emocjami niż logiką. Prawdę powiedziawszy, nie jest zbyt bystra.” „Mężczyzna jest aktywny i niezależny; kobieta jest bierna i zależna. On — robi, ona — jest.” „Kobiety są z natury matkami; ich największym pragnieniem i jedynym prawdziwym spełnieniem jest macierzyństwo. Prawdę powiedziawszy, to jedna z niewielu rzeczy, w których kobiety są dobre.” „Skoro kobieta jest z natury głupia, zależna i bierna, to oczywiście jest też z natury podporządkowana mężczyźnie.” „Kiedy kobieta wykracza poza jej naturalną rolę, nieszczęście gotowe.” To wszystko składa się — autorka używa tu rzadko w tym nurcie feminizmu używanego pojęcia — na „ideologię seksizmu”14. Stereotypy są tak głęboko zakorzenione, że ich obecności nie zauważa się. Na przykład kiedy para w kawiarni zamawia herbatę i kawę, herbata stawiana jest z reguły przed 10 C. Bird Born female. The high cost of keeping women down, (I wyd. 1968), New York 1970, wyd. zm., s. 151. 11 Ibidem, s. 152. 12 Ibidem, s. 153. 13 Ibidem. 14 B. S. Deckard The Women’s Movement. Political, socioeconomic, and psychological issues, (I wyd. 1975), New York 1979, s. 3—6.

FEMINIZM LIBERALNY

285

kobietą: jako istotą słabszą, zauważa autorkals. „Ideologia seksistowska jest dobrze zintegrowana i rozbudowana. Jej główną przesłankę stanowi teza, że kobieta jest czymś niższym w stosunku do mężczyzny. Ta ideologia jest wystarczająco giętka (niespójna), aby umożliwić zinterpretowanie zgodnie z jej główną przesłanką dowolnego zachowania kobiety. [...] Jej funkcją jest usprawiedliwianie i podtrzymywanie określonego status quo w tym wypadku panowania mężczyzn nad kobietami.”15 16 Istnieją uparte stereotypy tzw. kobiecości i męskości, uzna­ wanych za coś wrodzonego. W rzeczywistości owe cechy zdaniem feministek są nabywane w procesie wychowania czy szerzej, socjalizacji. Feministyczna psycholog z uniwersytetu w Michigan w jednej z wczesnych prac na temat psychologii płci zestawia kilka list typowych właściwości każdej z płci. Kiedy dzieci osiągają wiek szkolny, najczęstsze różnice są już utrwalone. Chłopców cechuje: „samodzielność, ambicja, aktywność i agresywność”, dziewczynki „zależność, lgnięcie do drugich, bierność i konformizm”17. Wedle cytowanego przez nią referatu Julian Silverman, cechy uznawane za męskie to „obiektyw­ ny, analityczny, aktywny, uparty w swoich przekonaniach, racjonalny, nieustę­ pliwy, narzucający się, skory do sprzeciwu, niezależny, samowystarczalny, panujący nad emocjami i pewny siebie”. Cechy kobiece to „subiektywna, kierująca się intuicją, bierna, gotowa do zmiany swoich przekonań, wrażliwa, ustępliwa, kierująca się pierwszym wrażeniem, receptywna, empatyczna, zależna, emocjonalna i konserwatywna”18. Choć te kompleksy cech są po­ chodzenia socjogennego i można doprowadzić do ich rozbicia, to zdaniem autorki rozwiązanie nie powinno polegać na narzuceniu jednakowo wszystkim jakiegoś nowego modelu, lecz na daniu swobody wyboru, tak iż w przyszłości każda kobieta będzie mogła sama rozstrzygać, czy chce pozostać przy rolach tradycyjnych, czy np. chce robić karierę zawodową19. Wkraczając w sferę typowo dotąd męskich prac, kobiety nie muszą i nie powinny przejmować „męskiego” stylu pracy i myślenia, stylu, który tak przedstawia niemiecka feministyczna teolog (ostrzegając kobiety, które zajmą w przyszłości kierow­ nicze stanowiska w Kościele, przed przystosowywaniem się do tego wzorca): „jednostronne dążenie do władzy, egoizm, mała gotowość do kompromisów, myślenie zorientowane na stronę przedmiotową, a nie ludzką, mało zrozumie­ nia dla partnera, przeciążanie się pracą, zachowanie nieosobowe itd.”20 Szkodliwość płciowego podziału ról

Pominąwszy szkody dotykające osobiście kobiety i mężczyzn wskutek defor­ macji ich rozwoju osobowego — opisane już przez Betty Friedan w Mistyce 15 Ibidem, s. 7. (Dodajmy, że rachunek kelner[ka] podaje mężczyźnie). 16 Ibidem, s. 11. 17 J. M. Bardwick Psychology of women. A study of bio-cultural conflicts, New York 1971, s. 113. 18 Ibidem, s. 100. 19 Ibidem, s. 217. 20 C. Wolf Frauen in der Kirche — Visionen, Grundlagen, Zahlen. Fakten, w: S. Kahl (red.) Die Zeit des Schweigens ist vorbei, Gutersloh 1979, s. 31.

286

TYPY FEMINIZMÓW

kobiecości — także społeczeństwo jako wspólnota ponosi wielkie straty z powo­ du niewykorzystywania kobiecego potencjału talentów (zob. także artykuł Alice Rossi w „Daedalusie”21). Najbardziej charakterystyczna pod tym względem jest książka Caroline Bird. Oto, jaką cenę według Caroline Bird (wymowny podtytuł jej książki: Wysoki koszt poddaństwa kobiet) płaci społe­ czeństwo za niedopuszczanie kobiet do pełnego udziału w życiu społecznym: „Niszczymy talenty. Cena za sukces w pracy zawodowej jest dla kobiet tak wysoka, że — pominąwszy przypadki wyjątkowego szczęścia — na sukces stać jedynie kobiety niezwykle utalentowane lub, powiedzmy szczerze, neurotycz­ ne. Dziewczęta wcześnie przeprowadzają kalkulację i wycofują się z takiego przedsięwzięcia. Marnotrawimy talenty. Kiedy pracodawcy twierdzą, że brakuje im zdol­ nych pracowników, to niech przyjmą do wiadomości, że bardzo często mogliby ich znaleźć w pomieszczeniach na zapleczu i na poddaszu, gdzie wykonują czynności spożytkowujące zaledwie drobną cząstkę ich uzdolnień. Ukrywamy talenty. Część naszych najinteligentniejszych obywateli tkwi spokojnie w prywatnych domach, a ich umiejętności zalepia etykietka »gospo­ dyni domowa«.”22 Także autorka wyczerpującego studium z 1970 roku na temat udziału i sytuacji kobiet w wolnych zawodach pisze: „Talenty kobiet wykorzystywane są poniżej ich możliwości i często wręcz tłumione przez nasze społeczeństwo, i to niezależnie od przynależności klasowej.”23 Pisząca o sytuacji zatrud­ nieniowej kobiet w służbie zdrowia w USA Carol Łopatę stwierdza, iż społeczeństwa nie stać na trzymanie tylu kobiet w domu, wystarczy spojrzeć na ZSRR, aby zobaczyć, co tam potrafią kobiety lekarze. Generalnie jest „faktem, że nie robimy właściwego użytku z kobiecej inteligencji” i traci na tym całe społeczeństwo24. Ale i same kobiety ograbia się z możliwości samorozwoju. Zostać lekarką „to wzbogacenie życia, to pełne wykorzystanie własnych talentów, to poczucie autoekspansji, którego już potem niełatwo się wyrzec, nawet jeśli weźmie się pod uwagę rozliczne przeszkody, na jakie się natrafia. Może właśnie na to wzbogacenie winny powoływać się w swej walce kobiety, które szukają czegoś więcej w życiu wybierając medycynę” kończy autorka poczytną swego czasu książkę2S. Idą zmiany

Świat jednak zmienia się. Już w 1964 roku Edna G. Rostow widziała zalążek nowego w zupełnie odmiennym stylu życia w małżeństwach młodej inteligencji bostońskiej, gdzie młode kobiety robiły kariery zawodowe, a mężczyźni aktywnie angażowali się w prace domowe26. Parę lat później pisze o tym samym 21 Str. 92—94. n C. Bird Born female, op. cit., s. XIV. 23 C. F. Epstein Woman’s Place. Options and limits in professional careers, Berkeley 1970, s. 2. 24 C. Lopate Women in medicine, Baltimore, Maryland 1968, s. X. 25 Ibidem, s. 189. 26 Zob. omówienie jej artykułu Conflict and accomodation w specjalnym numerze „Daedalusa”, str. 95—96.

FEMINIZM LIBERALNY

287

pełna entuzjazmu Bird. Witając Ruch Wyzwolenia Kobiet w 1968 roku oświadcza, iż wkraczamy nieuchronnie „w świat androginiczny”, w którym „czyjaś płeć nie będzie już najważniejszą sprawą”27. Oto studenckie małżeń­ stwa jwż żyją androginicznie: on gotuje, ona prasuje, piorą razem, głosząc swym życiem „uniezależnienie od ról płciowych”28. Feminizm wywierał wpływ. Z upływem lat wiele kobiet uwierzyło w swe siły, a mężczyźni zaczęli przyjmować ten fakt do wiadomości. Betty Friedan na początku lat osiemdziesiątych upatruje w tym nawet sygnał do przejścia do jakiegoś „drugiego etapu” z udziałem mężczyzn, może nawet pod ich kierunkiem? Dostrzega dokonujące się w mężczyznach zmiany, powolne, niehałaśliwe, jak ruch kobiet. „Jest to powolny proces, który łatwo przeoczyć, przesunięcie w orientacjach, mówienie »nie« dawnym wzorom, szukanie nowych wartości, borykanie się z podstawowymi problemami, które każdy mężczyzna musi rozwiązywać jakby sam. [...] Niektórzy mężczyźni po prostu już wiedzą, że nie chcą być tacy jak ich ojcowie lub ich starsi koledzy, którzy mają ataki serca koło pięćdziesiątki, ale jeszcze nie wiedzą, jak można żyć inaczej. U wielu mężczyzn zaczęło się to prawie bezwiednie, jako reakcja na ruch kobiet. Zmieniając swe życie, kobiety zmusiły mężczyzn lub stworzyły im taką możliwość, aby i oni zmienili swe własne.”29 Autorka zwraca uwagę, iż u mężczyzn zanika kult pracy zawodowej jako źródła pełnego zaspokojenia i poczucia życiowego sukcesu. Sądzi, że w nowej sytuacji „obie płcie potrzebują wzajemnego polegania na sobie, bezpieczeństwa, miłości i intymności”30. Nie były to słowa, które mogłyby zaakceptować feministki innych orientacji, zwłaszcza radykalnej. Tym bardziej iż równocześnie — co przyznaje także sama autorka — trwało właśnie zmasowane kontruderzenie mające odepchnąć feminizm na margines życia społecznego i odebrać kobietom już wywalczone zdobycze. „[...] ma miejsce naprawdę kontruderzenie wymierzone przeciw równości i swobodzie osobistej kobiet, tak w Ameryce, jak w islamie, jak i w Watykanie. Groźne reakcyjne siły odwołują się do tych lęków i tęsknot [których istnienia w kobietach nie przyjmował do wiadomości feminizm — K. Ś.J, zmierzając do zlikwidowania zdobyczy na polu równości, do cofnięcia kobiet na powrót do dawnego uzależnienia, do zamknięcia im ponownie ust i zduszenia w nich nowej energii, która zagraża potędze tych sił [...].”31 Krytyka feminizmu

Jak w tej sytuacji radzić sobie powinien ruch feministyczny? Recepta femini­ zmu radykalnego, by cofnąć się do wnętrza małych subkulturowych wspólnot kobiecych i stamtąd co najwyżej atakować, robiąc krótkie wypady na teren opanowanego przez patriarchat społeczeństwa, absolutnie nie odpowiadała feministkom liberalnym. Były za kontynuowaniem, mimo wszystko, spraw­ 17 28 29 30 31

C. Bird Born female, op. cit., s. XI. Ibidem, s. XII—XIII. B. Friedan The second stage, (I wyd. 1981), London 1982, s.131—132. Ibidem, s. 161. Ibidem, s. 45.

TYPY FEMINIZMÓW

288

dzonych metod walki legislacyjnej i w ogóle politycznej w ramach możliwości stwarzanych przez system. Były za otwartością i współdziałaniem ze wszyst­ kimi potencjalnymi sojusznikami, także z mężczyznami. Konfrontacja z in­ nymi stanowiskami w feminizmie stawała się zatem nieuchronna.

Kryzys w feminizmie W latach osiemdziesiątych mówi się już otwarcie o kryzysie w feminizmie. Oto, pomimo sukcesów, feminizm pozostaje niezmiennie dla większości czymś nieatrakcyjnym — uważa brytyjska filozof Janet Richards w 1980 roku i pyta: dlaczego? Skąd to odżegnywanie się: „Nie jestem feministką, ale uważam, że...”? Otóż jej zdaniem zniechęca sam sposób prezentowania spraw przez feminizm32 i „nieatrakcyjny obraz samego siebie”, jaki stwarza33. Utożsamia się go „z jego najbardziej narzucającymi się uwadze skrajnościami, razi przesadny radykalizm, zwłaszcza w negacji tego co męskie”34, ale najbardziej odstręcza atakowanie wielu rzeczy, które dziewięćdziesiąt procent ludzi uważa w życiu za najcenniejsze. „[...] większość ludzi postrzega ruch feministyczny jako pozostający w opozycji do tego, co tworzy sam rdzeń ich marzeń. Tradycyjne romantyczne tęsknoty nadal żyją w wyobraźni dziewięćdziesięciu procent społeczeństwa. [...] Większość kobiet nadal marzy o pięknym wyglą­ dzie, stroju, ślubie, szalejących za nimi kochankach, o domowym ognisku i dzieciach; większość mężczyzn nadal aspiruje do sukcesów u pięknych kobiet w układzie, w którym oni dominują, i tęskni do domu, w którym czekają zagrzane pantofle, a ich życzenia są rozkazem. I nic nie znaczy, że większość ludzi nie może liczyć na pełne zrealizowanie tych marzeń. Jeśli feministki sprawiają wrażenie (a sprawiają), że chcą zlikwidować prawie wszystkie te rzeczy — urodę, konwencje seksualne, rodziny itd. — to dla większości ludzi oznacza to po prostu, że chcą usunąć z życia wszystko, po co warto w ogóle żyć.”35 Problem polega na tym, że feminizm nie może z tego programu zrezygnować, gdyż utraciłby swą tożsamość. Autorka radzi, aby nie mówić, że wszystkie te rzeczy są złe same w sobie, lecz że więcej się na nich traci, niż zyskuje36. Głębokie odczucie kryzysu w feminizmie opisuje też wybitna feministka i akademiczka niemiecka. Współczesny feminizm — co dostrzega wyraźnie na obszarze studiów kobiecych (Frauenforschung) — zdradza objawy „sklerozy” wywołanej podziałami, szczególnie pogłębianymi przez separatystki. „Zamiast szukać możliwości wewnętrznego dialogu pomiędzy różnymi frakcjami, pod­ kreśla się przede wszystkim na modłę separatystyczną różnice: radykalne, socjalistyczne, lesbijskie, czarne kobiety, wczesne i późne, pierwsze i drugie feministki itd. Feministki innych orientacji istnieją jedynie po to, by poprzez krytyczne odniesienie do nich umacniać własną (abstrakcyjną) tożsamość: 32 33 34 35 36

J.R. Richards The sceptical feminist, (I wyd. 1980), London 1994, s. 329. Ibidem, s. 347. Ibidem, s. 355. Ibidem, s. 349—350. Ibidem, s. 352.

FEMINIZM LIBERALNY

289

równać się samej sobie. A przy tym te same kobiety odrzucają jako »męskie« pojmowanie tożsamości wykluczającej to, co różniące się i inne. Naiwnej obserwatorce — przecież wszystkie kobiety są w końcu kobietami, a różnice między nimi wcale nie są tak znaczne — przypomina to »narcyzm małej różnicy« (Freud): im mniejsze różnice, tym często gorętsza walka o utrzymanie najmniejszego chociażby dystansu.”37 I dorzuca plakatową alegorię: „nad sfragmentaryzowanymi, spartykularyzowanymi ruchami kobiet unosi się usa­ modzielniona esencjalistyczna idea kobiety, która pretendując do hegemonii utrzymuje, iż przemawia jednym głosem w imieniu wszystkich kobiet.”38 Pojawił się silny „aseksualizm”, dokładniej „aheteroseksualizm”. Ma pomóc w ucieczce od dialogu z mężczyznami, do którego zawsze prowadzi kontakt seksualny39. Cytowana właśnie Richards pisze nawet o „fossylizacji” aktual­ nych poglądów feminizmu40. Głównym źródłem kryzysu w feminizmie — według feministek liberalnych — jest szkodliwa ewolucja feminizmu radykalnego.

Krytyka feminizmu radykalnego Feminizm radykalny grzeszy — zdaniem Elshtain — po pierwsze, ontologizacją kobiecości i męskości. „[...] stanowisko radykalnego feminizmu w sprawie natury mężczyzny i natury kobiety odwołuje się często do poziomu ontologii, tzn. utrzymuje, że istnienie męskie i istnienie kobiece [...] są dane a priori. [...] W historii miało być tak, że mężczyzna, istota agresywna i zła, panowała, uciskała, wyzyskiwała i czyniła ofiarą kobietę, istotę zupełnie odmiennego rodzaju. Powracając do argumentów ontologicznych, radykalne feministki cofają zegar filozoficzny.”41 Drugim grzechem metodologicznym feminizmu radykalnego jest próba „monokauzalnego wyjaśniania” całej historii, wszyst­ kich społeczeństw, jak to ma miejsce w teorii patriarchatu. „W pewnym momencie różnice w złożoności pociągają za sobą różnice jakościowe”. Nie można, jak to czyni Kate Millet, tego samego pojęcia stosować do Pigmejów Mbuti i współczesnego społeczeństwa, bo to tak, jakby chcieć „wyprowadzić słonia z dżdżownicy”42. Po trzecie, autorka obawia się „antydemokratycznych impulsów w polityce radykalnego feminizmu”, widocznych np. u Shulamith Firestone43. Śmieszą ją i irytują pomysły zrównania mężczyzn z kobietami nawet w sferze rodzenia, kiedy np. pisarka Marge Piercy hormonami do­ prowadza mężczyzn do możliwości karmienia niemowląt piersią. Podobno partenogeneza jest możliwa, a tylko patriarchowie-uczeni ukrywają wiedzę o tym przed społeczeństwem? To może chirurgicznie powstawiać mężczyznom 37 I. Ostner Auf der Suche nach der einen Stimme. Frauenforschung im Prozeß der Selbstvergewisserung, w: I. Ostner (red.): Frauen. Soziologie der Geschlechterverhältnisse, München 1987, s. 2. 38 Ibidem, s. 3. 39 Ibidem, s. 5. 40 J. R. Richards The sceptical feminist, op. cit., s. 24. 41 J.B. Elshtain Public man, private woman, op. cit., s. 205. 42 Ibidem, s. 213—214. 43 Ibidem. 10 — Feminizm

290

TYPY FEMINIZMÓW

macice, niech też poznają „»barbarzyństwo« ciąży”, nawiązuje autorka do terminologii Firestone44. Już w 1976 roku Betty Friedan otwarcie i ostro krytykuje feminizm radykalny za „kobiecy szowinizm” i „kobiecy seksizm”, które pojawiły się w nim jako kopia tych postaw u mężczyzn45. Pięć lat później precyzuje krytyczne uwagi, zresztą nie oszczędzając i własnego obozu: „Popularny (lub niepopularny) wizerunek feministki przedstawiał ją jako robiącą karierę »superwoman« zdecydowaną na wszystko, aby zwyciężyć z mężczyznami w ich własnej grze, lub jako młodą »Ms Libber«, agitującą przeciw małżeństwu, macierzyństwu, rodzinie, intymnym związkom z mężczyzną i przeciw wszyst­ kim po kolei cechom, dzięki którym kobiety w przeszłości przypodobywały się mężczyznom i pociągały ich ku sobie.”46 Autorka uważa za wysoce szkodliwą „skrajną retorykę polityki seksualnej”47 tej drugiej grupy, która na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wdarła się niestety na scenę femini­ zmu, także w NO W, głosząc hasła w rodzaju: „Wszystkie kobiety zamężne są prostytutkami”48. Za dużo kobiecej energii poszło na „politykę seksualną”, „od osobistych wojen w sypialni z mężczyznami aż po masowe przemarsze przeciw gwałtowi lub pornografii, aby »odebrać im noc«”49. „Jakie to nieważne teraz — zauważa — jakie fałszywe, żeby kobiety traciły swoje siły robiąc marsze przeciw pornografii — lub w jakiejkolwiek innej kwestii związanej z seksem — kiedy ważą się losy ich ekonomicznego przetrwania.”50 W imieniu femini­ stek liberalnych, tworzących NOW, powiada: „Nigdy nie uważałyśmy, że rewolucja jest do wygrania w sypialni. [...] Gdyby pozycja kobiety w społeczeń­ stwie uległa zmianie, seks zatroszczyłby się już sam o siebie.” A „obsesyjne zajmowanie się gwałtem [...] to jakby pławienie się w statusie bycia ofiarą, w bezsilnej wściekłości, w jałowej polaryzacji” i tylko osłabia siły kobiet51. Współcześnie feministka pokolenia Betty Friedan, znana pisarka Annę Roiphe, gani feminizm radykalno-kulturowy za jego tematykę programo­ wą. Czyni to w pośredniej formie, odpowiadając na pytanie, co jej zdaniem feminizm powinien aktualnie czynić: „Co zatem ja bym robiła, gdybym mogła? Przeniosłabym centrum naszych zainteresowań z tematyki seksualnej na zagadnienia praktyczne. Ściągnęłabym mężczyzn do domu. Stworzyłabym porządne, nieduże i niebiurokratyczne ośrodki dziennej opieki nad dziećmi. Przeniosłabym akcent z dziecka mojego na dziecko nasze, zmusiłabym wspólno­ tę do opiekowania się dziećmi. Przestałabym w kółko gadać o złu mężczyzn i o kobiecej cnocie. Uczyniłabym obiektem mojej polityki zwyczajne kobiety 44 Ibidem, s. 212. 45 B. Friedan It changed my life. Writings on the Women’s Movement, New York 1976. 46 B. Friedan The second stage, op. cit., s. 49. 47 Ibidem, s. 57. 48 Ibidem, s. 53. 49 „Take back the day!” to słynne hasło corocznie ponawianych w całych Stanach Zjednoczo­ nych przemarszów protestacyjnych przeciw pornografii i prostytucji. Zob. relacje K. Roiphe na str. 218, przyp. 490 do str. 227. 50 Ibidem, s. 26. 51 Ibidem, s. 57.

FEMINIZM LIBERALNY

291

i mężczyzn, i ich dzieci. Zainteresowałabym się także tym, czego doświadczają mężczyźni, a nie tylko kobiety. Stworzyłabym prawa, które jednakowo traktują mężczyzn i kobiety w takich sprawach, jak zastępcze macierzyństwo, prawa do opieki nad dziećmi, rozwody.” Ciepło wyraża się o swej córce Kate. Widać nie ma jej za złe znacznie surowszej krytyki feminizmu radykalnego w książce The morning after52. Bardziej teoretycznej krytyce poddaje cytowana już brytyjska feministka filozof feminizm radykalny i kulturowy za to, że odrzuca tradycyjną logikę, etykę, naukę, koncepcję racjonalności, jako „męskie”, „patriarchalne” czy „fallocentryczne”53 i chce tworzyć własne, „zasadniczo kobiece w swej genezie” i „posiadające feministyczne uzasadnienie”54. Przyjęcie pluralizmu epistemologicznego wytrąca z ręki broń, potrzebną w krytyce patriarchalnych stereotypów, bo cóż znaczy wtedy, że te stereotypy są „fałszywe”?55 Skończmy — powiada — z tworzeniem „feministycznej filozofii, feministycznej nauki czy historii, czy feministycznych nauk społecznych”. I tak pozostaną do rozwiązania „feministyczne tematy w obrębie tych wszystkich dziedzin”56.

Aksjologia Autorki tej orientacji odwołują się do indywidualistycznej hierarchii wartości obecnej u podstaw liberalizmu jako do czegoś oczywistego. Nieco później pojawiają się jednak u nich refleksje aksjologiczne, sprowokowane zapewne przez polemistów. „W centrum ideologii i działań NOW — pisze w 1976 roku o początkach liberalnego feminizmu jego inicjatorka i główny ideolog — stały po prostu idea równości i wartość jednostki: godność, samorealizacja, samookreślenie, co właściwie nie stanowi elementów jakiejś ideologii, lecz należy do wartości uznawanych w rewolucji amerykańskiej (i zasadniczo we wszystkich rewoluc­ jach człowieka), odniesionych do kobiety”57. Rok wcześniej, przy promowaniu programu androginii, tak przedsta­ wione zostają jego przesłanki aksjologiczne: „Stanowisko androginii pro­ ponuje model współpracy i racjonalności. Opiera się na przekonaniu, że i kobiety, i mężczyźni mogą się zmienić, kiedy dostrzegą wewnętrzną sprzeczność w społeczeństwie, które głosi wartość ludzkiej wolności, a za­ razem zakreśla role, jakie mężczyźni i kobiety mają w nim pełnić. Androginiczny punkt widzenia przyjmuje, że sztywność oczekiwań łączonych z rolą 52 A. Roiphe A mother’s eye. Motherhood and feminism, (I wyd. 1996), London 1997, s. 249—250. Zob. podrozdział „Przeciw sobie: siostrobójcze walki”, gdzie liczne odwołania do K. Roiphe The morning after. 53 J.R. Richards The sceptical feminist, op. cit., s. 412—413. 54 Ibidem, s. 400. 55 Ibidem, s. 414. 56 Ibidem, s. 421—422. 57 B. Friedan It changed my life, op. cit. (cyt. z wydania niemieckiego — B. Friedan Das hat mein Leben verändert, op. cit., s. 44).

292

TYPY FEMINIZMÓW

w zależności od płci jest tak samo dehumanizująca dla mężczyzn, jak dla kobiet.”58 Różnicę podstaw aksjologicznych między feminizmem liberalnym a femi­ nizmem radykalnym wyraźnie dostrzega pisząca kilka lat później Richards, kiedy upublicznione zostały wyraziste deklaracje aksjologiczne tego drugiego. „Feminizm nie kieruje się troską o określoną grupę ludzi, którym chciałby wyświadczyć szczególną przy sługę, lecz chodzi mu o usunięcie określonego rodzaju niesprawiedliwości.”59 Tymczasem feministki radykalne, jak to widać w Mani­ feście Czerwonych Pończoch, oświadczają, że działają w interesie określonej grupy ludzi, a mianowicie kobiet, nie dlatego że są pokrzywdzone, lecz że są kobietami60. To zupełnie inna aksjologia. Zdaniem Richards, feminizm winien prowadzić swą walkę w interesie kobiet nie dlatego, że kobiety są jakoby lepsze, lecz że wszyscy ludzie są równi61.

Metody działania i organizacja Metody działania także nie stanowią szczególnie polemicznego tematu u femi­ nistek tej orientacji. Po prostu rychło przejęły obyczaje typowe dla świata polityki w USA, założyły partię NOW, tworzyły grupy środowiskowe w wielu organizacjach, zakładały stowarzyszenia itd. Już raczej gładkość wejścia kobiet w struktury polityki rodzi niebawem pytania i dyskusje. „W latach siedem­ dziesiątych — wspomina jedna z aktywistek NOW — dyskutowałyśmy o tym, jakiego rodzaju równości chcemy. Czy chcemy równego dostępu do tego samego systemu, czy chcemy władzy, aby go zmienić? Czy można zmienić system, stając się tylko jego częścią? Kiedy jesteś już w nim, może to on zmienia ciebie? Odkrywałyśmy, że łatwiej przychodzi przystosowanie się do systemu niż jego przekształcanie.”62 W polemikach z feminizmem radykalnym natomiast od początku kością niezgody było stanowisko wobec udziału mężczyzn w ruchu. Ten drugi odsuwał mężczyzn na margines, a z czasem zaczął ich w ogóle wykluczać, gdy tymczasem feminizm liberalny chętnie akceptował włączanie się mężczyzn do ruchu i korzystał ze współpracy z nimi. Na początku lat osiemdziesiątych B. Friedan, ogłosiwszy nadejście „drugiego etapu”, przewiduje nie tylko równy udział obu płci, ale nawet przesunięcie się głównego akcentu na aktywność mężczyzn. „Nie ma powrotu — pisze. — Ruch kobiet był konieczny. Ale wyzwolenie, które zaczęło się wraz z ruchem kobiet, jeszcze się nie zrealizowa­ ło. Równość, o którą walczyłyśmy, źle funkcjonuje w życiu, w realiach, jest uciążliwa przy takim ustawieniu perspektywy, w jakim kształtowała się nasza 58 G. G.Yates What women want, op. cit., s. 117. ” J. R. Richards The sceptical feminist, op. cit., s. 25. 60 Ibidem, s. 29—30. (Zob. w Części III odpowiedni fragment z tego Manifestu, str. 369. Tam też inne sformułowania w podobnym duchu). 61 Ibidem, s. 425. 62 Tak pisze Ellen Goodman w „Washington Post” z 7 VI1980. Cyt. za B. Friedan The second stage, op. cit., s.38—39.

FEMINIZM LIBERALNY

293

walka. [...] Wyrażenie sprzeciwu wobec mistyki kobiecości i zorganizowanie się przeciw dyskryminacji było tylko pierwszym etapem. Musimy jakoś prze­ zwyciężyć polaryzacje pierwszego etapu (trzeba skończyć z feministyczną retoryką), musimy przezwyciężyć nawet gniew towarzyszący naszemu protes­ towi, musimy przejść do drugiego etapu: do przeobrażenia naszych instytucji na podstawie rzeczywistej równości kobiet i mężczyzn tak, abyśmy potrafiły żyć afirmując i życie, i miłość i mogły wybrać posiadanie dzieci.”63 Dalej podaje istotne wyróżniki drugiego etapu: „Drugi etap nie może być rozpatrywany w kategoriach samych tylko kobiet, naszej odrębnej osobowości i równości z mężczyznami. Drugi etap obejmuje uporanie się w nowych warunkach z problemem rodziny — z łączeniem miłości i pracy. Drugi etap może nawet okazać się już nie ruchem kobiet. Mężczyznom może w nim przypaść rola rozstrzygająca. Drugi etap musi przekroczyć walkę o równy podział władzy w instytucjach. Drugi etap doprowadzi do restrukturyzacji instytucji i przeobrażenia natury samej władzy. Drugi etap może już teraz rozwija się stopniowo, z głębi tego, co uważamy za naszą walkę, a może i obok niej.” Może się okazać, że obok niej, jeśli potwierdzi się podejrzenie, iż „w ruchu kobiecym zalągł się jakiś nieuleczalny rodzaj raka skazujący ruch na nieuchronną śmierć”. Autorka ma na myśli „mistykę feminizmu”, separatystyczne zatrzaś­ nięcie się w sprawach kobiecego seksualizmu i odejście na margines głównej sceny politycznej64. W sposób nie aż tak kontrowersyjny, ale w podobnym duchu wypowiada się wybitny i znany także w Polsce polityk, wówczas dyrektor instytutu studiów kobiecych, typowa reprezentantka liberalnej orientacji w niemieckim femini­ zmie. Z mężczyznami należy współpracować — pisze Rita Siissmuth — a nie tworzyć świat odrębnej kultury, nauki, polityki itd., do czego także w RFN zachęcały tzw. feministki autonomiczne, odpowiednik amerykańskiego kul­ turowego feminizmu radykalnego. „Nasze społeczeństwo można zmienić wyłącznie we współdziałaniu z mężczyznami, a nie przeciw nim. Rozpołowionego społeczeństwa na tzw. męską, patriarchalną kulturę i na kobiecą, łagodną kulturę nie można traktować jako modelu na przyszłość. Chodzi raczej o rozszerzenie kultury, o wzmocnienie całościującego ujmowania, o nowe podejście do podmiotowości, emocjonalności i racjonalności. W nauce i polity­ ce mężczyźni i kobiety mogą uczyć się wzajemnie od siebie.”65 Dla Betty Friedan problem właściwego stosunku do mężczyzn ma zarówno wymiar polityczny, jak i — równie ważny z feministycznego punktu widzenia — wymiar prywatny, rodzinny. Sukcesy feminizmu mogły mężczyzn prze­ straszyć, a to utrudnia realizowanie się kobiet w sferze prywatnej. „Czy możemy wciąż żądać od mężczyzn — pyta — żeby byli silniejsi od nas, teraz, kiedy cieszymy się naszą siłą i przestałyśmy zgrywać się na słabe istoty? Czy boją się już naszej siły — czy może po prostu tego, że ich nie będziemy 63 Betty Friedan The second stage, op. cit., s.46—47. 64 Ibidem, s. 29—33. 65 R. Süssmuth Frauen — der Resignation keine Chance. Sammlung wissenschaftlicher und politischer Texte 1980—1985, Düsseldorf 1985, s. 269.

TYPY FEMINIZMÓW

294

potrzebowały? Jakież to jeszcze niespodzianki czekają na mężczyzn, i na nas, kiedy odstępujemy od manipulacyjnej władzy w rodzinie, którą się po­ sługiwałyśmy, by utrzymywać ich w stanie emocjonalnym dużego, uzależnio­ nego od nas dziecka — chroniąc ich przed ukorzeniającymi, ciepłymi, ludzkimi relacjami codziennego życia? Jak będzie wyglądać ich rzeczywista siła, kiedy zezwoli im się zdjąć maski i okazać swą wrażliwość, pragnienia i tęsknoty, czułe miejsca? I nawet jeśli nie potrzebujemy już mężczyzn do tego, by się nami opiekowali i by określali całość naszego istnienia, jak to było w przeszłości, po prostu dlatego, że nie jesteśmy już tak bardzo zależne, to czy nie możemy jed­ nak w bardziej swobodny sposób przyznać, że nadal potrzebujemy i chcemy mężczyzn, aby się kochać, aby mieć z nimi dzieci, aby wspólnie dzielić obowiązki rodzicielskie i codzienne prace domowe, i radości, i ciężary ekonomiczne, i ciekawe przeżycia, w nowego rodzaju rodzinach i domach? Ale czy kobiety potrafią kochać i być kochane, kiedy następuje ich prawdziwe zrównanie z mężczyznami? I czego mężczyźni naprawdę chcą?”66 U progu lat osiemdziesiątych twórczyni i przywódczyni nowoczesnego feminizmu nie ma już wątpliwości, że problemem stało się obecnie uratowanie życia rodzinnego w nowych, zmienionych przez sukcesy feminizmu warunkach. „Dopóki kobiety tkwić będą na pozycji odreagowywania przeszłości, będą nadal miotać się od jednego ekstremum połowicznego życia do drugiego — między mistyką kobiecości a jej feministyczną odwrotnością — niezdolne do pokonania strasznego rozdarcia, długo nękającego kobiety nie będące w stanie ogarnąć pełni życia, które się obecnie przed kobietami otwarło, jak jeszcze nigdy w przeszłości, w miłości i w pracy.”67 Nie ma już powrotu do bycia „niepracującą” gospodynią domową, jak kuszą prawicowi aktywiści, a panie Phyllis Schlaffly i Marabel Morgan zapewniają, że: „Wszystko, czego kobieta potrzebuje, to nie równe prawa, lecz mąż, który ją utrzyma”. Jest to nieprawda chociażby dlatego, że mężowie nie zarabiają już tyle, aby sami mogli dom utrzymać. Ale i model „superwoman” przerasta możliwości zwykłych kobiet. Co więc robić? „Nowe doświadczenia kobiet muszą prowadzić do dalszych otwartych kwestii: jak stworzyć nowe standardy i w domu, i w pracy, które by pozwoliły na bardziej ludzkie i pełne życie nie tylko kobietom, ale i mężczyz­ nom [...]. Tym, co teraz musi nastąpić, jest wzajemne uzgodnienie pozornych przeciwieństw, to dialektyczne przejście od pary teza—antyteza (mistyka kobiecości—feminizm) do syntezy: nowy zwrot w cyklu, który prowadzi nas na powrót do znanego miejsca, ale już z innej pozycji. Drugi etap, droga, na którą trzasnąwszy drzwiami wkroczyła Ibsenowska Nora, aby znaleźć dla siebie miejsce w świecie, prowadzi ją po zatoczeniu pełnego łuku na powrót do domu — ale już nie do Domu lalek.”68 Autorka nie pozostawia wątpliwości, gdzie na drugim etapie przeniósł się front feminizmu. „Tym nowym frontem, na którym spotkają się wszystkie tematy drugiego etapu, jest, jak sądzę, rodzi­ na.”69 Tyle że nie będzie to już dawna, „klasyczna rodzina, do 66 67 68 69

B. Friedan The second stage, op. cit., s. 128—129. Ibidem, s. 51. Ibidem, s. 86—88. Ibidem, s. 83.

FEMINIZM LIBERALNY

295

której Zachód wraca w nostalgicznych wspomnieniach”70. Wiele wskazuje na to, że w dekadzie lat osiemdziesiątych problem braku nowego modelu rodziny nękał nie tylko autorkę Mistyki kobiecości, ale i inne feministki. Odnotować też warto ślady walki o opanowywane stopniowo przez radykalne feministki women’s studies. Uczyniono z nich kuźnię separatystycz­ nej subkulturowej ideologii, o czym świadczył już wyżej cytat z pracy Richards. Betty Friedan proponuje — co samo w sobie jest wymowne — aby zmienić nazwę przedmiotu nauczanego w college’ach i na uniwersytetach ze studia kobiece na transformacja ról płciowych71. Również w Niemczech trwała zawzięta dyskusja wokół studiów kobiecych, którym część feministek usiłowała narzucić rolę centrali ideologicznej ruchu. Cytowana już Süssmuth, kierująca wówczas instytutem badawczym „Kobieta i społeczeństwo” w Hanowerze, stwierdza: „Studia kobiece, poczuwające się do służby na rzecz sprawy samookreślenia się kobiet muszą powstrzymać się od jakiegokolwiek narzucania własnego stano­ wiska {Bevormundung), mają raczej przyczyniać się do rozszerzania pól działania dla kobiet i do umocnienia ich zdolności do indywidualnego podejmowania decyzji. Studia kobiece stanowią istotny element w politycznym rozwiązywaniu spraw kobiet.”72

Cele i programy Feministki tej orientacji nie lubią raczej podniosłych słów i wielkich wizji, interesują się bardziej wykazem konkretnych spraw do załatwienia w najbliż­ szym i bliskim czasie. Np. autorka standardowego podręcznika studiów kobiecych z 1975 roku wymienia garść podstawowych wówczas celów ruchu feministycznego, nie troszcząc się o ich hierarchię ważności czy ogólności: „(1) zmiana sposobu przedstawiania kobiet w mediach, (2) równe szanse w zatrud­ nieniu i kształceniu, (3) opieka nad dziećmi, (4) dowartościowanie statusu osoby prowadzącej dom, (5) prawo kobiety do dysponowania własnym ciałem, (6) przemoc przeciw kobietom, i (7) ERA”73. Na samym końcu książki pojawia się jedynie mgliste określenie celu finalnego jako „społeczeństwo nieseksistowskie”74. Nader ogólnie kreśliła obraz docelowego społeczeństwa także cytowana już Caroline Bird. „W tym nowym wspaniałym świecie dzieci nie będą już skazywane na poświęcanie się z góry określonej specyficznej roli w życiu dorosłym tylko dlatego, że przypadkiem urodziły się kobietą (bornfemale). Płeć stanie się cechą niewiele tylko ważniejszą niż kolor czyichś włosów, oczu lub skóry.”75 70 71 72 73 74 75

Ibidem, s. 105. Ibidem, s. 286. R. Sussmuth Frauen — der Resignation keine Chance..., op. cit., s. 272. B. S. Deckard The Women’s Movement, op. cit., s. 400. Ibidem, s. 466. C. Bird Born female, op. cit., s. XIII—XIV.

296

TYPY FEMINIZMÓW

Nieco konkretniej, i bardziej uczenie, wypowiada się w tym samym prawie czasie Alice Rossi w kontekście odrzucanych innych wariantów przyszłego społeczeństwa równościowego. Ma to być społeczeństwo określone jako model hybrydalny, a nie pluralistyczny (w którym wszystkie mniejszoś­ ci, a także obie płcie pozostają przy swej odrębności, ale są „równe” w życiu społecznym) ani nie asymilacyjny (w którym równość osiągnięta zostaje poprzez zasymilowanie się wszystkich pozostałych grup do grupy dominującej, w USA mężczyzn, białych itd.). „Model hybrydalny” autorka charakteryzuje następująco: „Ten model przewiduje społeczeństwo, w którym zmiana doko­ nuje się zarówno w grupie dominującej, jak i w grupach mniejszościowych —to taki »tygiel« wymagający przemian nie tylko u czarnych, żydów, kobiet, ale i białych mężczyzn protestantów.”76 Będzie w tym potrzebna ideologia, gdyż aby wykroczyć poza dzisiejsze społeczeństwo, potrzeba wyobraźni. „Kiedy myśli się o społeczeństwie hybrydalnego typu równości, staje przed oczyma przyszłość, w której rodzina, życie w społeczności i zabawa na równi z polityką i pracą cenione są w odniesieniu do obu płci, do wszystkich ras, do wszystkich klas społecznych i narodów składających się na wielką ludzką rodzinę.”77 Tak czy inaczej pojmowaną równość płci, czyli brak dyskryminacji płciowej, widzą jako cel główny wszystkie feministki tej orientacji. Widzą też, iż jego realizacja może być nie w smak pewnej części kobiet. Badaczka problema­ tyki kobiecej starej szkoły, opowiadająca się za „radykalnym przeorganizowa­ niem ról płciowych” w imię równych praw kobiet do szczęścia i dobrobytu, zauważa sprzeczność interesów dwóch grup kobiet. Z jednej strony „kobiety, które w testach wykazują zainteresowania gospodyń domowych, zapatrują się na wszelką politykę społeczną promującą karierę zawodową kobiet jako na bezpośrednie lub pośrednie (poprzez mężów) zagrożenie dla nich samych”; z drugiej strony są „kobiety, które Alice Rossi określiła mianem »pionierek«, które w polityce społecznej przykrojonej do interesów gospodyń domowych wietrzą przeszkodę dla swych własnych dążeń.” Dopiero od niedawna obie grupy zbliżają się do siebie, szukając podstawy dla solidarnych działań78. Równość w pracy zawodowej z mężczyznami to pierwsza płasz­ czyzna podstawowych zainteresowań feministek liberalnych. Niemiecka spec­ jalistka określa to mianem feminizacji, ujętej jako cel działania. „Feminizacja — cóż to w ogóle jest? — pyta. — Na początku może tyle: więcej kobiet w świecie pracy zawodowej, a zwłaszcza w opanowanych przez mężczyzn zawodach. Zaś w powiązaniu z tym: przybliżenie pracy zawodowej do »kobiecego sposobu pracowania«, do pracy domowej”. Wie jednak, że to nie proste. Zawody sfeminizowane natychmiast tracą prestiż i pieniądze79. Inna niemiecka aktywistka ruchu kobiecego tak przedstawia niektóre punkty recepty wedle dotychczasowych doświadczeń niemieckich kobiet, którym 76 A. Rossi Sex Equality. The beginning of ideology, w: B. Roszak, T. Roszak (red.) Mascu­ line!Feminine. Readings in sexual mythology and the Liberation of Women, New York 1969, s. 180. 77 Ibidem, s. 186. 78 J. Bernard Women and the public interest. An essay on policy and protest, Chicago 1971, s. 2. 79 I. Ostner Humanisierung durch Feminisierung?, w: C. Mayer i in.: Mädchen und Frauen. Beruf und Biographie, München 1983—1984, s. 280.

FEMINIZM LIBERALNY

297

udaje się kariera zawodowa: „Albo rezygnacja z małżeństwa, albo dobrze przemyślane, nie blokujące kariery małżeństwo: starannie rozważyć, nie wychodzić za mąż za wcześnie, wybrać partnera odnoszącego się ze zro­ zumieniem do projektu pracy zawodowej żony. Mniej dzieci, później rodzone dzieci, planowane dzieci. Strategie radzenia sobie z pracą domową: jej racjonalizacja, uproszczenie, przekazanie do wykonania innym osobom.”80 Właśnie brak zgody na tak daleko idące koszty całej tej operacji rodził anty-feministyczne nastroje wśród części samych kobiet. Stąd Betty Friedan, jak wiadomo także stawiająca na czele zadań ruchu doprowadzenie do równego uczestnictwa kobiet w pracy zawodowej, po piętnastu latach od ukazania się Mistyki kobiecości dostrzega jednak główny nowy cel ruchu w znalezieniu rozwiązania napięcia, jakie musi niechybnie pojawić się między pracą zawodową kobiety a tradycyjnymi obciążeniami w życiu rodzinnym. Po dziesięciu latach od Drugiego etapu, w którym problem został zasygnalizowany (zob. cytaty podane nieco wyżej), wraca do tej sprawy inna feministka liberalna, która kończąc sążniste i gruntowne dzieło o sytuacji Amerykanek w XX wieku stwierdza, iż zawsze nękało ją tytułowe „podzielone życie”: „między pracą domową a pracą zarobkową”, a także „między samymi kobietami”81. Jeśli następny, XXI wiek ma być udany dla kobiet i dla mężczyzn, muszą obie płcie w o wiele znaczniejszym stopniu zmienić swój sposób życia. „Będą musieli znaleźć sposób na takie wewnętrzne przebudowa­ nie pracy, by mogła przystosować się do potrzeb rodziny. Będą musieli renegocjować warunki, na jakich toczy się życie domowe, by przystosować je do rozszerzonych aspiracji kobiet.” Państwo musi zadbać o odpowiednie socjalne zabezpieczenia. „Jedynie kiedy im się to uda, kobiety przestaną cierpieć od rozdarcia między wymaganiami rodziny, do której czują się niezmiennie przywiązane, a wymaganiami równości, która — zgodnie z fundamentalnymi wyobrażeniami naszego kraju — już dawno powinna przypaść im w udziale.”82 Podstawowy problem równości w pracy od początku ujmowało hasło równa płaca za równą pracę. Ale teraz już nie tylko o to chodzi. „Pierwotnie, poczynając od połowy lat sześćdziesiątych, walka o równą płacę koncentrowała się na wprowadzeniu kobiet do nietradycyjnych zawodów i na zachęceniu pracodawców do promowania kobiet uzdolnionych do pracy kierowniczej. Obecnie wiele kobiet uważa, że to za mało. Mniejszy nacisk kładą na wyprowadzenie kobiet z ich dotychczasowych typów pracy, a większą wagę przywiązują do doprowadzenia do przewartościowania tradycyjnie kobiecych rodzajów pracy zgodnie z ich »rzeczywistą wartością«. Celem nie jest już po prostu równa płaca za równą pracę, ale »równa płaca za pracę o porównywalnej wartości«” pisze Sandra Stencel we wstępie do przeglądowo-informacyjnej książki o sytuacji kobiet na początku dekady lat osiemdziesiątych83. Sfeminizo­ 80 E. Beck-Gernsheim Das halbierte Leben, op. cit. 81 R. Rosenberg Divided lives. American women in the twentieth century, (I wyd. 1992), London 1993, s. X. 83 Ibidem, s. 255. 83 The Women’s Movement. Agenda for the ‘80s., Washington 1981, s. V.

298

TYPY FEMINIZMÓW

wane zawody są gorzej płatne w porównaniu z zawodami opanowanymi przez mężczyzn, a wymagającymi podobnego wysiłku i odpowiedzialności. Przy­ kładem jest porównanie zarobków pielęgniarek z kierowcami. Krótko mówiąc, świat pracy ma stać się ślepy na płeć (sex blind) — pisze entuzjastka androginii Yates84. Aby tak się stało, przemiany muszą nastąpić w instytucjach przygotowują­ cych — merytorycznie i psychologicznie — do właściwego wyboru w życiu. Po rozległych analizach tego tematu już w Mistyce kobiecości niewiele można tu dodać. Te same programy dla dzieci obojga płci, te same zachęty, te same oczekiwania i to samo pole, z którego dokonuje się wyboru — to podstawowa recepta. Młoda jeszcze Mary Dały, bliska wówczas feminizmu liberalnego, zwraca uwagę na inny aspekt sprawy: szkoły (i wszelkie możliwe instytucje) powinny być koedukacyjne, gdyż jest to niezbędny warunek do zniesienia przesądów i stereotypów płciowych. Potrzebny jest szeroki „ruch na rzecz koedukacji”85. Uzasadnienie? „Izolacja w instytucjach skupiających osobniki wyłącznie jednej płci sprzyja nierealistycznym wyobrażeniom na temat płci odmiennej, a także własnej [...]. Pokusa u chłopców, aby w dziewczętach widzieć jedynie obiekty i przedmiot łowów, a u dziewcząt, aby same siebie tak postrzegać, nie znajduje wówczas żadnej przeciwwagi.”86 Szczególnie żywo powraca także krytyka stosunków panujących w Koś ciele, zwłaszcza katolickim, gdzie kobiety są wykluczone od sprawowania funkcji kapłańskich i pozbawione głosu w sprawach tej instytucji. Ta sama autorka, sama absolwentka teologii (później zrobi doktorat z teologii we Fryburgu), w 1967 roku głosząca „teologię nadziei”, domaga się dopuszczenia kobiet do wszelkich funkcji w Kościele katolickim87. To ostatnia szansa dla Kościoła, jeśli nie ma sprawdzić się „narastające w wielu ludziach podejrzenie, że chrześcijaństwo — zwłaszcza w postaci reprezentowanej przez Kościół katolicki — jest nieuniknienie wrogiem ludzkiego postępu”88. Konkretnie: „Powinno stać się prawdą oczywistą, że warunkiem wyjścia ludu Bożego z błędnego koła narzuconych ról i samospełniającego się proroctwa, warunkiem wzniesienia się na pożądany przez nas poziom dialogu i współdziałania mężczyzn i kobiet jest definitywne zlikwidowanie wszelkiego automatycznego — jedynie na podstawie czyjejś płci — wyłączania kogokolwiek od jakiegokol­ wiek urzędu czy funkcji w Kościele.” Kamieniem probierczym jest dopuszcze­ nie kobiet do funkcji kapłańskiej89. Równego z mężczyznami głosu w Kościele domagają się nie tylko kato­ liczki. Także niemieckie absolwentki protestanckiej teologii, niektóre już panie pastor (nie — pastorowe), piszą: ,,[...] wiele kobiet w Kościele nie wyraża już zgody na to, aby pozwalać się traktować jak mniejszość, choć stanowimy 84 85 86 87 88 89

G. G. Yates What women want, op. cit., s. 184. M. Daly The Church and the second sex, London 1968, s. 175. Ibidem, s. 173—174. Ibidem, s. 181. Ibidem, s. 177. Ibidem, s. 153.

FEMINIZM LIBERALNY

299

większość. Czas milczenia minął! [...] Dosyć czasu poświęciłyśmy już na wyszukiwanie »dowodów«, że »niewiasta nie musi milczeć« w Kościele, że wolność zwiastowana w ewangelii Jezusa Chrystusa nie jest zarezerwowana wyłącznie dla mężczyzn. [...] Nadchodzi czas, abyśmy praktycznie i konkretnie wniosły swój wkład jako kobiety do życia i działalności Kościoła, a przez to też teologii.” Choć przykleja im się przezwiska „kościelnych sufrażystek” i „reli­ gijnych emanc” (religiose Emanzeri), deklarują: „nie chcemy panowania mężczyzn w Kościele zastąpić panowaniem kobiet, chodzi nam jedynie o przyszłe solidarne współdziałanie nas jako sióstr [z braćmi], o przyjęcie na siebie wspólnej odpowiedzialności. Jesteśmy gotowe do rozmów.”90 Na samym końcu wspomnieć wypada o seksualizmie kobiet. W odróż­ nieniu od innych orientacji w feminizmie nie był to temat ani wiodący, ani eksponowany. Dopiero agresywny, politycznie podbudowany prozelityzm lesbijski części feministek radykalnych zmusił feministki liberalne do zajęcia się tym tematem i określenia swego stanowiska wobec krytyki „heteroseksizmu”. Otóż dla feministek orientacji liberalnej celem jest społeczeństwo, w którym kobieca seksualność korzysta z pełnej swobody wyrazu. Nadal tylko marzeniem feminizmu pozostaje — pisze feministka, profesor antropologii, organizatorka słynnej konferencji z 1982 roku w Barnard College na temat kobiecej seksualności — społeczeństwo, w którym kobiety mogłyby „doświad­ czać autonomicznych pragnień seksualnych i zachowywać się w sposób dostarczający im przyjemności seksualnej”; społeczeństwo, które „sprzyjałoby kobiecej rozkoszy i ją chroniło”91. Na tejże konferencji inna autorka wypowiada się za społeczeństwem seksualnego pluralizmu92.

99 Tak pisze w przedmowie do całego zbioru utrzymanych w tym tonie artykułów protestan­ ckich feministek jego redaktorka — zob. S. Kahl (red.) Die Zeit des Schweigens ist vorbei. Zur Lagę der Frau in der Kirche, Gutersloh 1979, s. 7, 10. 91 C. S. Vance Pleasure and danger. Exploring female sexuality, (I wyd. 1984), London 1992, s. XII. « G. Rubin Thinking sex. Notesfor a radical theory of the politics of sexuality, w: ibidem, s. 309.

Feminizm radykalny

Nazwy. Mianem feminizmu radykalnego chętnie określają własne poglądy te współczesne feministki, które uważają się za prawowite kontynuatorki radykal­ nego feminizmu Ruchu Wyzwolenia Kobiet końca lat sześćdziesiątych. Wówczas termin ten wprowadzono celem odcięcia się od stanowiska i działal­ ności zwolenniczek Betty Friedan, którym nadano nazwę feminizmu liberal­ nego. Współczesne feministki radykalne równie chętnie określają siebie po prostu jako feministki, co ma sugerować, że nie ma innego feminizmu poza ich własnym. Ta praktyka okazała się o tyle skuteczna, że także w popularnym odczuciu, umacnianym przez mass media, feminizm redukuje się właśnie do tej orientacji. Jest to oczywisty błąd. Nie jest natomiast, jak sądzę, uzurpacją zawłaszczenie przez omawiany kierunek przymiotnika „radykalny”. Współ­ czesny feminizm radykalny jest głównym nurtem kontynuacji wcześniejszego feminizmu radykalnego. Zachowuje z niego pewne kluczowe przeświadczenia teoretyczne i utrzymuje także ciągłość personalną. Przeciwniczki później przyjętych dookreśleń w doktrynie i w programie odeszły do feminizmu liberalnego, czasem socjalistycznego, lub w ogóle od feminizmu, nie utworzyły natomiast konkurencyjnego skrzydła. Zewnętrzni obserwatorzy są przeważnie nieświadomi różnicy, jaka dzieli późniejsze feministki radykalne od historycz­ nie pierwotnego wariantu. Za podstawowy w prezentacji przyjmuję późniejszy, współczesny feminizm radykalny, różnice w stosunku do wcześniejszego zaznaczam w odpowiednich miejscach. W rozdziale Dokumentacja pokazuję tam, gdzie to możliwe, ewolucję poglądów od Ruchu Wyzwolenia Kobiet do współczesnego feminizmu radykalnego. Inne określenia nie w pełni pokrywają się zakresowo z wyodrębnioną przeze mnie orientacją radykalną. Feminizm separatystyczny, feminizm różnicy, femi­ nizm esencjalistyczny i feminizm kulturowy to pojęcia szersze i węższe zarazem: nie obejmują całego wczesnego feminizmu radykalnego, przekraczają nato­ miast ramy późniejszego. Określenia feminizm wiktymiczny, feminizm cierpięt­ niczy, feminizm antyporno, feminizm antyseks odnoszą się do najbardziej typowej postaci późniejszego feminizmu radykalnego lub do pewnych bardziej ograniczonych faz w jego rozwoju i są za wąskie. Feminizm kulturowy omawiam

FEMINIZM RADYKALNY

3OI

jako osobną formację, gdyż nazwa ta dotyczy>zjawiska późniejszego, tylko w części powstałego na gruncie feminizm^ radykalnego, choć przeważnie pozostającego z nim w związku, głównie ideologicznym. Geneza, formy działania. Wczesny feminizm radykalny ukształtował się w połowie lat sześćdziesiątych w USA, początkowo w obrębie nowo lewico­ wego nurtu studenckiego, od którego odłączył się i zaczął usamodzielniać na przełomie 1967 i 1968 roku, z tym że proces autonomizacji trwał przez kilka następnych lat. Silny w USA, wyraźnie obecny w Wielkiej Brytanii, Holandii, Francji, RFN. Tworzy go sieć bardzo licznych, przeważnie nieformalnych grup rozsianych początkowo głównie po kampusach uniwersyteckich wschod­ niego i zachodniego wybrzeża oraz Chicago. Stopniowo fala objęła całe Stany Zjednoczone, a także Europę Zachodnią. W latach siedemdziesiątych ośrod­ kiem ruchu stały się liczne organizowane przezeń ośrodki samopomocy kobiecej. Sytuacja taka trwa do dziś. Okresowo feministki radykalne przej­ mowały prym w sformalizowanych organizacjach typu NOW. Tworzą silne grupy w kampusach uczelni amerykańskich i angielskich. Feministki tej orientacji wywarły wpływ na utworzenie niektórych agend ONZ, np. do zwalczania handlu żywym towarem. Silnie powiązane z uczelnianymi ośrod­ kami studiów kobiecych. Główne autorki. W pierwszej fazie: Shulamith Firestone, Kate Millett, Ann Koedt, Robin Morgan, Susan Brownmiller, Eva Figes, Germaine Greer, Gloria Steinem. W drugiej fazie: Mary Daly, Andrea Dworkin, Catherine MacKinnon, Susan Griffin, Kathleen Barry, Laura Lederer, Phyllis Chesler, Diana E.H. Russell, Dorchen Leidtholdt, Janice G. Raymond, Sheila Jeffreys. Obszary szczególnego zainteresowania. Relacje między płciami w życiu codziennym, zwyczaje, etykieta, gesty, język itp. Seksualność. Rodzina. Ciąża, aborcja i antykoncepcja. Sztuczne i zastępcze macierzyństwo. Zdrowie kobiety. Przemoc wobec kobiet: maltretowanie, gwałt, handel żywym towarem, molestowanie seksualne. Poprawność polityczna. Pornografia. Re­ klama. Obraz kobiety w sztuce i w mass mediach. Kobiecość i męskość jako formy kulturowe. Polityka jako sfera mężczyzn. Edukacja. Religia. Prawo. Kobieta w innych kulturach. Zagrożenia globalne i ruchy przeciw nim. Brak w zasadzie głębszych, rzeczowych analiz sfer polityki, prawa, ekonomii. Szczególna wrażliwość na wszelkie postacie bezpośredniej, jednostkowej przemocy wobec kobiet, które traktuje się jako egzemplifikację ogólnego uciemiężenia tej płci. Niechęć do karier kobiet w sferze publicznej i do kobiet sukcesu. Kluczowe terminy ideologiczne. Męski szowinizm, patriarchat, seksizm, ucisk i uciemiężenie kobiet {oppression), wyzysk kobiet {exploitation), zniewolenie kobiet, wewnętrzna kolonizacja, klasa płciowa, kasta płciowa, rewolucja płciowa {sexual revolution), teza: prywatność jest polityczna {the political is personal)', kobiecość; heteroseksizm, lesbizm {lesbianism).

TYPY FEMINIZMÓW

302

Poglądy (ideologia) Jak jest? Dlaczego tak jest? Dlaczego jest źle? (Obraz świata) W przypadku radykalnego feminizmu rozbicie zrekonstruowanego obrazu społeczeństwa na warstwę czysto opisową (jak jest?), wyjaśniająco-teoretyczną (dlaczego tak jest?) i oceniającą (dlaczego jest źle?) byłoby zabiegiem trudnym do przeprowadzenia i zniekształcającym, gdyż autorki tej orientacji—w odróż­ nieniu na przykład od feministek liberalnych — pisują w sposób bardzo zideologizowany, gdzie ocena i interpretacja teoretyczna występują wraz z opisem lub nawet go wyprzedzają, dyktując dobór opisywanych faktów i słownictwo służące do ich opisu. Można powiedzieć, że fakty są tu już zawsze ideologicznie przyodziane, nawet jeśli prezentowane są jako „nagie”. A oto jak przedstawia się typowy tutaj tok myślenia: Społeczeństwo to nie harmonijny organizm, jak chcą zazwyczaj obrońcy istniejących systemów. Dzieli się na części nie tylko odmienne, ale wręcz przeciwstawne sobie, o przeciwstawnych interesach. Najważniejsza w społe­ czeństwie jest władza. Stosunki władzy występują nie tylko w sferze publicznej, lecz sięgają do samych podstaw życia społecznego. Życie prywatne, osobiste, jest także polityczne. Ci, którzy mają władzę, używają jej, aby wyzyskiwać i uciskać pozostałych. Władza w społeczeństwie należy do mężczyzn. Jest to władza nad kobietami, a także władza starszych mężczyzn nad młodszymi mężczyznami, władza mężczyzn białej rasy nad pozostałymi rasami, władza mężczyzn świata zachodniego nad ludnością całej reszty świata, władza mężczyzn heteroseksualnych nad homoseksualistami. Życie społeczne polega przede wszystkim na zmuszaniu jednych do podporządkowania się drugim i do świadczenia rozmaitych usług na rzecz panujących. Demokracja to kamuflaż ukrywający to, co w innych ustrojach występuje jawnie: wszędzie ma miejsce wyzysk i ucisk ogromnej większości przez męską mniejszość. Pamiętać jednak należy, że najbliższa tej mniejszości (panujących mężczyzn) jest reszta męż­ czyzn, więc mężczyźni wspólnie i solidarnie uciskają drugą połowę ludzkości — kobiety. Role ludzi nie tylko różnią się i uzupełniają, ale przede wszystkim układają się w wielopiętrowo rozbudowaną strukturę dualną: wyzysku, ucisku i zniewolenia jednych przez drugich. Często uciskani w jednym układzie uczestniczą w uciskaniu reszty, np. biali mężczyźni niższych klas sami uciskają mężczyzn innych ras i białe kobiety, i szczególnie, niejako podwójnie, kobiety innych ras. Te ostatnie są uciskane przez mężczyzn ich własnej rasy, którzy jeśli tylko potrafią, próbują także uciskać białe kobiety. Te jednak są na ogół zazdrośnie strzeżone przez białych mężczyzn, którzy samym sobie pozo­ stawiają przywilej ich uciskania. Życie społeczne to nie współpraca wszystkich ze wszystkimi, lecz zmusza­ nie jednych do pracy na rzecz drugich i walka o utrzymanie niesymetrycznych układów. Solidarność i współdziałanie pojawiają się tylko jako narzędzie

FEMINIZM RADYKALNY

303

prowadzenia walki, zarówno wśród uciskających, jak i uciskanych, i służą nie jakiemuś hipotetycznemu ogólnemu dobru istniejącego społeczeństwa jako całości, lecz utrzymaniu grupowej dominacji lub wyzwoleniu się całych grup spod ucisku innych. W tym drugim wypadku zresztą tylko po to, żeby sami zdobyć pozycję uciskających. Możliwy jest inny cel wyzwolenia, dotąd tylko w teorii: zorganizowanie zupełnie nowego społeczeństwa, w którym nie będzie już uciskających i uciskanych i w którym rzeczywiście wszyscy ludzie solidarnie będą troszczyć się o wspólne dobro. Ale namawianie do zaprzestania walk i do solidarnej współpracy wszystkich dla dobra obecnie istniejących społeczeństw to namawianie do utrwalania istniejących w nich form ucisku i wyzysku, i zniewolenia. Sformalizowane i legalne struktury i działania są tak pomyślane, iż mogą wprawdzie prowadzić do jakichś korekt, czasem przyno­ szących uciskanym korzyści, ale tylko po to, żeby ogólny system ucisku jeszcze umocnić, utrwalić, żeby osłabić ducha bojowego krzywdzonych i ich rozbroić. Cały ten sposób widzenia świata — dodaję od siebie — gdyby pominąć podkreślanie ftindamentalnego charakteru sprzeczności akurat między płcia­ mi, mógłby równie dobrze oddawać sposób myślenia tradycyjnego rewolucyj­ nego marksizmu, maoizmu, koncepcji ucisku Trzeciego Świata przez Zachód, Południa przez Północ itd. Radykalny feminizm był świadomy tego powinowa­ ctwa, wyrósł przecież ze środowiska marksistowskiej Nowej Lewicy i czerpał z jej pojęciowego instrumentarium. Aktywistki ruchu Women’s Liberation stały się feministkami, kiedy odkryły, iż ich koledzy rewolucjoniści uciskają je jako kobiety, i doszły do wniosku, że ucisk kobiet przez mężczyzn jest bardziej fundamentalny niż wszelkie inne formy ucisku w świecie. A nawet więcej: że te inne formy są wobec niego pochodne. Za przedstawioną wizją przemawiają fakty — utrzymują feministki oma­ wianej orientacji, którym oddajmy na powrót głos. Oczywiście wybrane fakty i wybrane dane statystyczne, to prawda, ale przecież fakty pozostają faktami, a nawoływanie do rzekomego obiektywizmu jest z istoty obce feminizmowi radykalnemu, zaciera bowiem wymowę rzeczywistości i służy w gruncie rzeczy do obrony istniejącego systemu. Nie należy też stronić od przytaczania jednostkowych doświadczeń i osobistych doznań, ponieważ ujawnia się w nich to, co w sytuacji kobiet typowe. Badacz musi być zaangażowany po słusznej stronie, czyli uciskanej i wyzyskiwanej, i to najbardziej uciskanej ze wszystkich — wtedy jest naprawdę obiektywny, ponieważ nie jest wówczas zainteresowa­ ny ukrywaniem czegokolwiek. Głosząc to i powtarzając nie tylko w popular­ nych tekstach, ale później w licznych, często dość rozległych i rozwlekłych studiach z zakresu krytyki epistemologii i metodologii poznania naukowego, autorki nie zawsze są jakby świadome, iż idą wiernie śladem marskizmu, zwłaszcza w jego leninowskiej interpretacji pojęcia obiektywizmu poznania społecznego. Tradycja marksistowska jest im jednak z reguły bliska, więc wskazanie na tę koneksję nie jest dla nich deprecjonujące, wręcz przeciwnie. Kiedyś rewolucjonista musiał stanąć na stanowisku proletariatu, aby dostrzec podstawowe sprzeczności kapitalizmu. Przeważnie nie był przy tym robot­ nikiem — więc i rezultaty okazały się nie w pełni zadowalające. W feminizmie jest inaczej. To kobiety mają zająć stanowisko uciskanych kobiet, co jest

3°4

TYPY FEMINIZMÓW

znacznie łatwiejsze do przeprowadzenia. Któraż kobieta nie jest bowiem uciskana? Nie ma takich. Co najwyżej nie wszystkie w jednakowym stopniu i nie wszystkie o tym wiedzą. Mężczyzna natomiast nigdy do końca nie będzie mógł spojrzeć na świat oczami kobiet, czyli—obiektywnie. Dlatego mężczyźni nie mogą być feministami. Cóż ukazuje się naszym oczom, oczom kobiety wyzwolonej z fałszywej świadomości, narzucanej przez mężczyzn? Oczom kobiety, której świadomość uległa poszerzeniu w toku wzajemnego dzielenia się doświadczeniami i przemy­ śleniami w „grupie poszerzania świadomości”? Zanim odpowiem, winienem w tym miejscu usprawiedliwić się przed Czytelniczką i Czytelnikiem. Będąc mężczyzną, próbuję zrobić coś, co wedle prezentowanej koncepcji nie jest możliwe. Rzecz jednak w tym, że nie staram się zrekonstruować obrazu świata, jaki bym zobaczył, gdybym stał się kobietą wyzwoloną, lecz obraz świata, który same kobiety wyzwolone widzą i w swoich tekstach opisują. A to niechże mi będzie wolno próbować uczynić, nawet jeśli pozostanie zawsze możliwy zarzut, iż mężczyzna nie wszystko w tych tekstach rozumie lub rozumie właściwie. Jest w nich wiele niedomówień, niedopowiedzeń, wieloznaczności, może mętnych fragmentów, które — jak zapewniają autorki — dla rozumiejącej kobiety wcale takimi w istocie rzeczy nie są. Mężczyzna, nawet tak bardzo wyzwolony jak w mniemaniu autora on sam, stosuje do tych tekstów miarę swego rozumu, czyli Rozumu tout court (Rozum to wynalazek mężczyzn), która to miara, jak wiedzą dobrze kobiety, zadaje gwałt rzeczywistości, tak jak fallus zadaje gwałt kobiecie. Prawdziwe poznanie polega na wczuciu się w rzeczywistość, na symbiotycznym zlaniu się z nią — co, jak zapewnia Mary Dały, kobiety potrafią, ponieważ same bliskie są naturze, należą do niej, a co nie jest dane mężczyznom, którzy zadawszy naturze gwałt na zawsze stracili z nią serdeczny i intymny kontakt. Więc Czytelnik wybaczy, że dalszy przekaz poglądów feminizmu radykalnego będzie na pewno jakoś zdeformowany i przykrojony do tych miar i form, które przysługują, jak twierdził Kant, umysłowi samemu w sobie — rzecz jasna, męskiemu umysłowi — przez co niejedna wieloznacz­ ność, po prostu właściwa bytowi, ulegnie spłycającemu uproszczeniu. Całe to zastrzeżenie napisało mi się w nastroju osobistym, częstym w prezentowanych tekstach, co Czytelniczka i Czytelnik zechcą wybaczyć. Niejedna Czytelniczka odniesie się zresztą do tych cierpkich zastrzeżeń ze zrozumieniem, gdyż nawet jeśli jest feministką, ale nie tej ani nie kulturowej orientacji, zapewne jest przekonana o potrzebie dyskursywnej jasności przy pisaniu tekstów nauko­ wych — feministki liberalne nieraz mitygowały zbyt prointuicyjnie nastawione koleżanki radykalne. Powiedzmy wreszcie i to: część tekstów radykalnych, zwłaszcza późniejszego i współczesnego feminizmu, nie jest i programowo nie ma być naukowa ani dyskursywnie klarowna. Jest poetycka w stylu, czasem i w formie, jest tworzeniem prawdy poprzez wieloznaczne, czasem piękne obrazy, budzeniem nastroju, w którym pojawia się rozumienie w tym niekantowskim, raczej romantycznym znaczeniu. Kobiety rozumieją, kobiety wiedzą i basta. Niewykluczone, że coś takiego faktycznie ma miejsce i przed mężczyzną jest zamknięte. Tak jak może bywają zamknięte przed rozumem również pewne przeżycia mężczyzn. Zrelacjonujmy więc pogląd na świat feminizmu radykał-

FEMINIZM RADYKALNY

305

nego tylko o tyle, o ile rozumowo daje się uchwycić. Na ile daje się przedstawić dyskursywnie. Światem rządzą mężczyźni. Jak rządzą? Wyzyskując i uciskając innych, zniewalając ich (je), krzywdząc ich (przede wszystkim: je). Ale po co im to? Co im to daje? Dobre pytanie! Każdy wie, że wyzysk pozwala żyć czyimś kosztem, kosztem czyjegoś, a nie swojego, wysiłku, dorobku itp. I to jest dobre? Oczywiście, dla wyzyskiwaczy. Czy zatem kobiety też by wyzyskiwały, gdyby mogły? Powiedzieliśmy, że to dobre dla egoisty. A kobiety ze swej natury nie są egoistkami. Korzyść z wyzysku jest zresztą na dłuższą metę nie tak oczywista (mądry egoista powinien się zastanowić!), deprawuje i zniewala samego wyzyskiwacza, zmusza go do stałej troski o utrzymanie pozycji. I właśnie dlatego wyzyskowi towarzyszy ucisk. Wyzyskiwany może chcieć się buntować. Trzeba go zatem także zniewolić, a w każdym razie zakreślić granice jego wolności i móc zawsze decydować o zakręcę jego swobód. To robi się siłą fizyczną, zwłaszcza na początku, ale później wystarczy groźba użycia siły, byle realna, więc na wszelki wypadek potwierdzana faktami jej użycia. A jeszcze lepiej, kiedy zniewoli się wyzyskiwanego w jego własnym umyśle, tak iż przestaje myśleć, że jest wyzyskiwany. Trzeba w jego głowie zapanować ideologicznie, trzeba głowę wyzyskiwanych wypełnić „myślami klasy panują­ cej” (jak wiele jednak dał marksizm!). Kiedy wyzyskiwani (wyzyskiwane!) myślą, że robią po prostu to, co do nich należy, a panujący biorą tylko to, co im się należy—z natury, z woli Bożej, dla dobra narodu, społeczeństwa, ludzkości — to wszystko jest w dobrym porządku. W najlepszym zaś porządku jest wtedy, kiedy wyzyskiwani (wyzyskiwane!) kochają wyzyskiwaczy i robią wszystko z miłości do nich. Wtedy nie ma już w ogóle mowy o wyzysku, pokrzywdzeniu, upośledzeniu, nawet poświęceniu, ani też o uległości — jest mowa o przywiązaniu i chęci czynienia dobrze ukochanemu. Wtedy jest mowa o życiu rodzinnym w jego klasycznej, wychwalanej przez tradycjonalistów postaci. Ta sztuczka, ba, sztuka!, panującym mężczyznom się udaje. Przez wieki całe kobiety robią wszystko, co potrafią, z miłości do nich. I jeszcze się cieszą, że mają kogo kochać, czyli komu służyć. To nie służba jednak, lecz—oddanie. Od lat mężczyźni ekonomiści protestują przeciw uznaniu pracy domowej kobiet za wartościotwórcze usługi—przecież one czynią to z miłości, ani nie przymuszo­ ne, ani nie za wynagrodzeniem. I tego wynagrodzenia nie pragną. Oto druga strona, prawdziwsza strona miłości, odkryta przez feministki radykalne. Miłości rzecz jasna heteroseksualnej. I niestety, dopowiedzą niebawem, także czasem miłości homoseksualnej, gdyż do niektórych siostrzanych związków zakradły się męskie wzory. Kiedy kobiety kochają swoich wyzyskiwaczy, w ogóle nie domagają się ekwiwalentu za własne poświęcenie. Czynią to altruistycznie i cieszą się, gdy tylko ich usługi zostają łaskawie przyjęte. Kochają nawet niewdzięczników. Choć już zupełnie są usatysfakcjonowane, kiedy dowiadują się, że „są kochane”. To wystarcza im absolutnie. Nie wszystkie jednak kobiety kochają swoich wyzyskiwaczy. Większość służy im z wyrachowania, a jeszcze częściej ze strachu, gdyż znalazły się w potrzasku. Były w nim zresztą już od urodzenia, od urodzenia się kobietą.

3 06

TYPY FEMINIZMÓW

Aby żyć, kobieta ma tylko jedno wyjście: oddać się na służbę mężczyźnie. Wówczas mężczyzna ją utrzyma, dostarczy środków do życia. Innej drogi nie ma — naprawdę zarabiają na życie tylko mężczyźni. Doroślejące kobiety wchodzą zatem do klatki, wiedząc, co czynią i wiedząc, że nie mają wyboru. Ale klatka bywa często na początku pięknie umajona. Część kobiet ma zresztą poczucie dobrego interesu. Służą, są podporządkowane, ale za to w rewanżu otrzymują dokładnie to, na co liczyły: środki do życia i bezpieczeństwo. Przed czym? Przed jakim na litość boską zagrożeniem? Otóż to! Kobietom wiecznie grozi niebezpieczeństwo zaatakowania przez... innych mężczyzn. Kiedyś też przez dzikie zwierzęta, przez obce plemiona, ale dziś — i zawsze — przede wszystkim przez współplemieńców spoza stadła rodzinnego, a nawet i w nim. Ci inni gotowi je gwałcić, zniewalać, w każdym razie uciskać i wyzyskiwać. Jest zatem marchewka, jest także kij. Koszt tej ochrony bywa rozmaity. Od zgody na bycie luksusową zabawką seksualną i towarzyską u boku bogatego męża, poprzez codzienną harówkę większości kobiet, zwłaszcza kiedy dodatkowo „dorabiają do budżetu domowego” — pra­ cują, kiedy mąż w tym widzi interes, nie pracują, kiedy mąż w tym widzi interes, ich zdanie, np. chęć pracy dla przyjemności, dla osobistego spełnienia się itp., nie liczy się — aż po kobiety dodatkowo bite, a nawet gwałcone przez własnego „opiekuna”, bo jeśli już koniecznie być poniewieraną i bitą, to lepiej przez „swojego” mężczyznę niż przez obcych, zwłaszcza wielu. Mamy zaś los kobiety, która własnego opiekuna nie posiada. Jest wtedy igraszką w ręku wszystkich mężczyzn i aby żyć, musi byś wobec wszystkich uległą. Niektóre radzą sobie z tym nie najgorzej dzięki danej przez naturę urodzie i własnej przebiegłości, ale czyż nie jest to tylko inna postać upodlenia? Tak zatem mężczyźni sprywatyzowali sobie kobiety do własnego użytku indywidualnie, ale we współczesnych społeczeństwach traktują je także jako własność zbiorową. Kobiety bowiem opuszczają dziś domy, chodzą do pracy, a przynajmniej na zakupy, dzieci odprowadzają do szkoły itd. Nawet jeżdżą samochodami, a niektóre w ogóle robią kariery. Czy to zmienia postać rzeczy? W pracy, w szkole i w kontakcie z policjantem z drogówki — wszędzie przypomina im się, iż są... kobietami, służkami mężczyzn. Och, czasem uroczymi służkami — całuję twoją dłoń, madame — ale niech nie dadzą się zwieść grze pozorów! Traktuje się je znacznie mniej poważnie niż pozostałych ludzi, czasem żartobliwie, czasem dobrotliwie i paternalistycznie, a czasem także... po chamsku, zwłaszcza jeśli nie są powabne. Zawsze też sprawdza się, czy są już czyjąś własnością — to w dowodzie czy ankiecie personalnej jest napisane czarno na białym. Ma się też stempel nazwiska swojego męża (w końcu patriarchowie mają doświadczenia z piętnowaniem własnych sztuk w stadach), często bywa się zaobrączkowaną (wiele kobiet tego pragnie, gdyż to z daleka sygnalizuje, iż mają już swego opiekuna i są chronione przed zaczepkami). Pewne kłopoty sprawiają współcześnie kobiety, którym pozwolo­ no wspiąć się za wysoko w hierarchii służbowej albo którym udaje się mieć duże, własne pieniądze — ale zostawmy na boku to zjawisko, gdyż jest marginalne i zaciemnia klarowność obrazu. Większość kobiet, kiedy już pracuje, to pracuje na niższych stanowiskach i za wyraźnie mniejsze wyna­

FEMINIZM RADYKALNY

307

grodzenie niż mężczyźni. Tak, aby bez męża nie mogły dać sobie rady, aby nigdy nie uzyskały ekonomicznej samodzielności. Mężczyznom od wieków udaje się panować nad kobietami — i prywatnie, we własnym domu, i publicznie, jako klasa nad klasą. Kobiety są bowiem ich środkiem produkcji i usług, są ich własnością. Zmieniają się tylko formy posiadania i sposoby wyzyskiwania i ucisku. Narasta od pewnego czasu komponenta wyzysku publicznego przy zachowaniu wyzysku domowego. Paradoksalnie sprzyja temu wywalczone przez poprzednie feministki równo­ uprawnienie, a także — w zakresie wyzysku seksualnego — przeprowadzona z powodzeniem na początku lat sześćdziesiątych „rewolucja seksualna”, która uprzystępniła kobiety większej liczbie mężczyzn. To dowodzi, iż wszelka działalność reformistyczna pogarsza tylko sytuację. Wyzwolić kobiety może tylko totalna rewolucja płciowa (nie: seksualna), do korekt istniejącego systemu nie wolno przykładać ręki, trzeba je nawet zwalczać. Tzw. feministki liberalne przeważnie dzisiaj szkodzą, choć może czasem nieświadomie. Jak to wszystko mężczyznom się udaje? I to od wieków? Są silniejsi. I ma­ ją zgubną dla kobiet broń, niestety daną im przez naturę. Tą bronią mogą robić z kobietami to, czego kobiety w rewanżu zrobić im nie mogą — gwałcą. Owszem, gwałcą tylko od czasu do czasu, tylko niektórzy z nich i tylko nie­ które kobiety. W czasach pokoju. W czasie wojen gwałcą bowiem masowo, wszyscy — wszystkie, jak popadnie. W obu wypadkach chodzi jednak — poza powierzchniowym sensem tych zjawisk — o coś głębszego, i zawszo o to samo. Przypominają kobietom, na wszelki wypadek, co je wszystkie spotkać może, jeśli się nie podporządkują. Gwałt przynosi przyjemność gwałci­ cielowi, ale służy całej klasie mężczyzn — napełnia kobiety lękiem, przeraża je, trzyma w domowej i społecznej niewoli. Widzą, co potrafią mężczyźni, kiedy stają się nieposłuszne. Kiedy się nie chronią pod ich skrzydła, pod skrzydła domowego, prywatnego opiekuna. Jest się grzeczną, to dobrze, ale jeśli się bryka... Są co prawda jeszcze skrzydła prawa i porządku publicznego. Ale pamiętaj­ cie, kobiety: strzeżonej Pan Bóg strzeże, a także policja. Niby chroni wszystkich jednakowo, ale tak naprawdę, wszyscy wiemy, zupełnie inaczej prawo chroni „czyjeś” kobiety, a inaczej — bezpańskie. Lepiej nie oczekujcie za wiele od stróżów ładu publicznego. Wystarczy obejrzeć przebieg rozpraw sądowych, gdzie kobiety zmusza się do upokarzających zeznań, którym w dodatku daje się mniejszą wiarę niż zeznaniom oskarżanych mężczyzn. Jakże często prokurator okazuje się najlepszym obrońcą gwałciciela. A mało kto wie, jak wygląda wcześniej, za zamkniętymi drzwiami, dochodzenie na policji. Jednym z naj­ ważniejszych wstępnych ustaleń jest stwierdzenie, czy dana kobieta, którą jakoby zgwałcono lub pobito, jest czyjąś własnością, czy do nikogo nie należy; w tym drugim wypadku zakłada się, że zapewne jest sama sobie winna. Pewnie, dziś może się zdarzyć, że nawet zgwałcona prostytutka dojdzie swego. Ale na pewno lepiej być własnością jednego mężczyzny. Jest się wtedy lepiej chronioną także publicznie. No i lepszy taki ład publiczny niż zupełny jego brak. Czy mamy wam przypominać, kobiety, co robi się z wami w czasie rewolucji i wojen?

308

TYPY FEMINIZMÓW

Gwałt to sprawa nieczęsta, mord seksualny — jeszcze rzadsza. Notabene jednak częstsza niż się wydaje, gdyż policja i prawo nie wszystkie gwałty uznają, wiele gwałtów wolą kobiety z różnych względów przemilczeć (w opinii publicznej gwałt uwłacza czci zgwałconej!), a któż liczy gwałty na randce, gwałty w rodzinie, przez męża, przez wuja, przez brata? Ale w sumie, nawet jeśli jest to zjawisko na co dzień marginalne, pełni dobrze swoją rolę — przypomina kobiecie o jej miejscu. Poza tym z pomocą przychodzi wiele uzupełniających metod, które zapominalskim przywracają pamięć. Przede wszystkim fizyczne i psychiczne znęcanie się nad kobietami, ich maltretowanie, przemoc, której wiele kobiet doświadcza na co dzień w rodzinie, w pracy, w szkole, w kościele. Tak to wygląda od strony fizycznej — bycia w ogóle słabszą istotą, którą w ostateczności zniewala się fizycznie. Nie tylko do seksu, do wszystkiego. Ale do seksu przede wszystkim. Nic tak nie przywodzi na myśl groźby zgwałcenia, jak nieustanne przypominanie kobietom, że są narzędziem seksu, że cała ich istota, istota kobiecości, spełnia się w seksie. Kobieta to naczynie rozkoszy. Nie — między innymi, lecz — jako taka. Służą temu nie kończące się nigdy aluzje, w każdej najbłahszej konwersacji z mężczyznami. Aluzje, za którymi idą często gesty, próby kontaktów czy fizyczne nagabywania. Tak zwane molestowanie seksualne, pierwotnie opisywane jako przejaw „męskiego szowinizmu”, temu w istocie służy — przypominaniu kobiecie, że jest przede wszystkim seksem, obojętne, czym jest poza tym i co sama o tym myśli. Może być sprzątaczką, dyrektorką, koleżanką w pracy, urzędniczką lub petentką, pielęgniarką lub chorą, uczennicą lub nauczycielką, nawet policjantką, a tym bardziej przestępcą — zawsze przypomni się jej, tak na wszelki wypadek, że jest ucieleśnieniem seksu, i to przede wszystkim. A czasem uda się ją nawet skonsumować, tym lepiej. Ale nie o to głównie chodzi i opowiadanie pieprznych dowcipów, w których kobiety służą do uprawiania seksu i są przedstawiane jako złaknione wyłącznie życia płciowego, nie ma przecież faktycznie prowadzić do zbliżenia, ani nawet nie chodzi przy tym o budzenie podniecenia, choć i to miewa miejsce, zwłaszcza u opowiadającego i jego męskich słuchaczy. Jest w końcu przyjemnie zmuszać kobietę do słuchania o jej płciowej służebności, jeszcze przyjemniej —wymuszać u niej śmiech. Posłusz­ ne, same opowiadają podobne dowcipy, udobitniając swe poddanie jak pokonane zwierzę odsłaniające przeciwnikowi podbrzusze. Temu służy również pornografia. Owszem, indywidualnym konsumentom dostarcza zapewne satysfakcji seksualnej lub pobudza ich w tym kierunku. Dopóki nie krzywdzą w efekcie innych, można by powiedzieć, że to ich sprawa. Inna rzecz, że zapewne część konsumentów pornografii wciela następnie w czyn podpatrzone akty sadyzmu. Jeśli trafią na masochistkę, to niby także ich prywatna sprawa. Jeśli nie idą nikogo zgwałcić — a niektórzy jednak idą — to można by uznać w całości ten problem za zjawisko prywatno-obyczajowe. Ale nie w tym głównie rzecz (choć w tym także), w jakim stopniu pornografia zachęca do gwałtów i innych czynów krzywdzących kobiety, a także dzieci i nawet zwierzęta. Chodzi i o to, że do produkcji używa się przecież kobiet (dziewczyn, dzieci, zwierząt) najzupełniej realnych i naprawdę istniejących. Że

FEMINIZM RADYKALNY

309

wiedzą, co czynią? Przynajmniej — dorosłe kobiety? Otóż najpierw wyprano im mózgi. A poza tym nie można pominąć stosowania tu często najokrutniejszego przymusu, od psychicznego po fizyczny. Także uwiedzenia. To są fakty. Ale i to nie najważniejsze. Najważniejsze, i najgorsze dla kobiet, w przypadku pornografii jest to, że upowszechnia ona sposób patrzenia na kobiety jako — przede wszystkim lub wyłącznie — obiekty seksu. Bywają i podmiotami, ale głównie przedmiotami. Kobiety w pornografii albo same niczego innego nie pragną, tylko być seksualnie skonsumowane lub inaczej jakoś obsługiwać męskie potrzeby seksusalne, albo — najczęściej — są nawet wbrew ich woli, to jeszcze większa frajda!, używane jako narzędzie czyjegoś zaspokojenia. Często jakoby potem odkrywają same tę prawdę, że spełniają się całe w seksie. Pornografia zatem podsyca przeświadczenie (w mężczyznach — wprost, a w kobietach głównie pośrednio, gdyż one same rzadko konsumują porno­ grafię), że kobieta służy do seksu. (Jeszcze do rodzenia dzieci — to inna preferencja, łubiana raczej przez łagodniejsze kręgi społeczne, notabene z podobnym skutkiem — o czym niżej). Temu samemu służy prostytucja. Prostytutka staje się symbolem każdej w ogóle kobiety. Kobieta jest seksem i jako taki towar świetnie się sprzedaje. Prostytutka sprzedaje się wielu mężczyznom na ulicy, a wszystkie inne kobiety — własnym mężczyznom. Za opiekę. Za środki do życia. Za zgodę na własne istnienie. Za miłość, czasem nawet naprawdę. Presja mężczyzn od wieków zatrzasnęła kobiety w tej matni. I one same, zniewolone psychicznie, patrzą na siebie tylko, czy głównie, w kategoriach „bycia obiektem seksualnym”. Skłania je do tego dobrze pojmowany interes własny. Od dziewczęcych już lat rozumieją przesłanie: w życiu powiedzie ci się, jeśli uda ci się zdobyć odpowiedniego męża. A uda ci się, jeśli będziesz seksualnie pociągająca. Że inne zalety też się liczą? Owszem, głównie później, dla podtrzymania związku. Albowiem mężczyzna może w każdej chwili rzucić. Ale te dodatki nigdy nie są najważniejsze, liczy się przede wszystkim seks. Mężczyznę trzeba złowić, a do tego służy sex-appeal, potem jest już szansa, że się go jakoś utrzyma. Jeśli ponadto dziewczyna zdobędzie trochę wiedzy, to jej ujawnianie, byle oszczędne!, podnosi jej urok... właśnie seksualny, zwłaszcza u niektórych, szczególnie cennych, dobrze zarabiających mężczyzn. Tu tkwi źródło rozwijania się u kobiet odmiennych od mężczyzn zainteresowań: pielęgnacja urody i w ogóle ciała—ciało, ciało! — moda, a z innych rzeczy tylko to, czym można zainteresować młodego mężczyznę. Trochę później dochodzą wiadomości o sposobach dogadzania innym ważnym potrzebom mężczyzn, przede wszystkim — podniebieniu. I — znów sygnalizujemy, zanim się tym zajmiemy — potrzebie posiadania potomstwa. To broń kobieca na nieco dojrzalszych panów. Zewsząd płynie to samo przesłanie — od rodziców, od rodzeństwa, z kręgów koleżeńskich, od nauczycieli, od księży nawet (choć tu dominantą jest macierzyństwo!), a dziś przede wszystkim z telewizji i koloro­ wych magazynów — masz być piękna, atrakcyjna, pociągająca seksualnie! To podstawa twojej kariery. Ale to wobec tego twoja istota. I oko dziewczyny staje się szczególnie wrażliwe na podchwytywanie męskich spojrzeń. Jeśli mnie chcą — to dobrze, to wszystko jest w porządku, jestem seksowna. I tak trwa to potem

3io

TYPY FEMINIZMÓW

przez całe życie. Można już mieć męża, dzieci, pracować — nadal trwa wieczny monitoring: czy nadal mnie chcą? — jeśli tak, to dobrze: może szef awansuje, może policjant przymknie oko, może załatwi się w urzędzie rzecz nie do załatwienia, może klientów przyciągniemy bardziej do naszego biura czy sklepu, ach, nie jest źle, jakoś to będzie. I może mąż, nadal przecież atrakcyjny dla wielu kobiet, jednak nie rzuci. Smutek wkrada się w serce kobiety — choć czasem i ulga — kiedy spojrzenia mężczyzn nie zatrzymują się na niej. Ulga — jeśli jest się starszą i dobrze już w życiu zabezpieczoną panią. Ciało, troska o ciało! Początkowo feministki radykalne widziały w tym jedynie efekt spisku mężczyzn. Mężczyzna troszczy się o ciało akurat tyle, ile trzeba, żeby z sukcesem pełnić swe ważne społeczne role (nierzadko co prawda troszczy się za mało). Kobieta zajmuje się swoim ciałem z najwyższą uwagą i chyba upodobaniem — wiecznie nim zatroskana, a kiedy ciało spełnia z grubsza jej oczekiwania (kiedyż jednak spełnia!), radosna i optymistyczna. To męska definicja kobiety jako seksu narzuciła jej typowe u kobiet utożsamianie się z własnym ciałem, twierdziły początkowo. Później, już w dobie właściwego, współczesnego feminizmu radykalnego, pojawiło się inne stanowisko: troska o własne ciało, wyraźnie różniąca kobiety od mężczyzn, jest czymś typowo kobiecym, wrodzonym, danym przez naturę, i chwała jej za to. Jeśli jednak nawet tak jest, to w każdym razie udało się mężczyznom tę troskę — obojętne, czy w ogóle narzuconą, czy pierwotnie daną—zdeformować na własny użytek. Kobiety nie tyle troszczą się o zdrowie swoich ciał, ile o ich atrakcyjność dla mężczyzn! Nogi! Piersi! Talia! Sylwetka! Zobaczcie, jakie są dzisiaj skutki? Anoreksja i bulimia szerzą się epidemicznie, udrękom dietetycznym nie ma końca (a nie chodzi w nich o zdrowe, lecz o odpowiednio wyszczuplające (nie)jedzenie)! Więc nie o zdrowie głównie chodzi kobietom, nie o dobro własnego ciała, lecz o dobro użytkowników ich ciał, które gotowe są nawet zadręczyć, byle zapewnić satysfakcję oczom i rękom mężczyzny. Dla za­ spokojenia seksualnego smaku mężczyzn kobiety znoszą najgorsze nawet deformacje (krępowanie nóg Chinkom) i okaleczenia (klitoridektomia). Czyż tej udręki nie powiększa jeszcze moda? Jest oczywiście moda i na ciało, ale przede wszystkim jest moda na pokrycie tego ciała atrakcyjną odzieżą. Czy zdrową dla kobiety? Jeśli szpilki i w ogóle wysoki obcas są zdrowe... Wygodne na pewno nie są. A do tego wąskie spódniczki, w których z trudem można się poruszać. Kobietom ogranicza się swobodę, podczas gdy mężczyźni chodzą w wygodnych spodniach. Dziś wiele się już zmieniło — w dużym stopniu to zasługa pierwszego ruchu kobiet — ale daleko modzie damskiej do luzu i wygody męskiego stroju. A poza tym samo zjawisko mody — nieustannej pogoni za nowinkami, w których... jeszcze lepiej czy nadal dobrze się wygląda. I ta stała troska w ogóle o korzystny wygląd. Do tego dochodzą szaleństwa, na pewno niezdrowego, makijażu. Toż to wszystko służy przypominaniu: kobieto, jesteś ciałem, tylko ciałem, nie dla siebie, lecz dla mężczyzny, dla mężczyzn w ogóle. I to jest niewola, wewnętrzne zniewolenie kobiet warunkujące trwałość ich zniewolenia społecznego. Dlatego feministki w czasie wyborów miss piękności w 1968 roku z takim zapałem i odrazą wrzucały do wielkiego kosza szminki, szpilki, pasy elastyczne i biustonosze!

FEMINIZM RADYKALNY

311

W takim świecie żyjemy. Mężczyznom udało się już w zamierzchłych czasach — na temat początków koncepcje bywają różne — podporządkować sobie kobiety i w tym zniewoleniu utrzymują je przez wszystkie wieki. Zbudowali ustrój patriarchatu. Rządzą światem, a nimi... Nie, to nieprawda, dowcip jest właśnie dlatego dowcipem: nimi nie rządzą kobiety, oni rządzą wszystkim, także kobietami. Lub jeśli kto woli: oni wszędzie panują. Polecenia mogą wydawać czasem i kobiety, ale panuje ten, kogo cele są w ostateczności realizowane i kto potrafi to sobie zagwarantować. I tym kimś są od wieków mężczyźni. Gwałtem i przemocą lub przebiegłością (miłość) sprawują swoje panowanie, podobnie postępują z przyrodą, nad którą się wynoszą i którą traktują jak kobietę. Ich sposób na przyrodę to gwałt za pośrednictwem techniki, a w poznaniu — za pośrednictwem teoretycznej wiedzy naukowej. Na całe szczęście ich dziejowego przedsięwzięcia nigdzie i nigdy jeszcze nie udało się przeprowadzić do końca. Przyroda zachowuje autonomię i nawet coraz bardziej im zagraża, a kobiety... także nie do końca utraciły swą zdolność do oporu. W końcu stanowią część przyrody. Kobiety rodzą. Rodzenie — w odróżnieniu od „bycia-seksem” — bywa chętnie akceptowane jako podstawowy składnik definicyjny „bycia-kobietą” przez wiele feministek. Ale w ujęciu mężczyzn definicja brzmi: kobiety służą do rodzenia. Są narzędziem do produkowania dzieci. Także i tę rdzennie kobiecą potencję mężczyźni uczynili narzędziem panowania nad kobietami. Tę cudow­ ną właściwość, właściwość podmiotową kobiet, mężczyźni wykorzystują na wiele sposobów na własne potrzeby. Kiedy chcą dużo dzieci, zmuszają kobiety do ich rodzenia, kiedy dzieci im nie odpowiadają, zmuszają kobiety do aborcji. Zawsze — wykorzystują dzieci jako drugą (może pierwszą?) obok gwałtu groźbę do trzymania kobiet w zniewoleniu. Bo jeśli kobieta zajdzie w ciążę i urodzi dzieci, rozpoczyna się następny element szantażu. Jeśli mężczyzna ich pragnie, stają się jego własnością (i do niedawna nic kobiecie było do tego). Jeśli zaś ich nie pragnie (wtedy często wypiera się ojcostwa), dzieci stają się zmorą dla kobiety, gdyż wówczas okazuje się, że są to jej dzieci, wyłącznie jej. Wyszły z niej, więc są jej, jak wszelkie inne ekskrementy jej ciała. Nic dziwnego, że kobiety robią wszystko, aby mieć dzieci z pragnącymi ich ojcami — a i tak na całe życie pozostaje szantaż czy to odebrania jej tych dzieci, czy to porzucenia jej wraz z dziećmi. W wypadku nie chcianej ciąży są zdane nadal głównie na mężczyzn, którzy dziś rozstrzygają o tym w parlamentach i na konsyliach lekarskich. Na ich łaskawość. A oni łaski nie okazują. Ich werdykt: zaszłaś w ciążę w niewłaściwy sposób, teraz męcz się! I nie miejcie złudzeń, kobiety, że będzie inaczej. Dlatego — pozostańcie nam wierne i posłuszne. Bo was nie tylko zgwałcimy, ale jeszcze zrobimy wam dzieci i zostawimy je wam na karku. Wtedy dopiero będziecie nam posłuszne i całowały w rękę za kawałeczek chleba. Dziś rozwój środków antykoncepcyjnych i technik aborcyjnych sprzyja uwolnieniu się od tej groźby. Kto wie jednak, czy mężczyźni nie dlatego dopuścili do uwolnienia kobiet od zagrożenia niechcianą ciążą, że takie wolne kobiety są im współcześnie bardziej potrzebne niż dawniej. Potrzebują swobodniejszych i łatwiej dostępnych kobiet w pracy. Choć napór samych

312

TYPY FEMINIZMÓW

kobiet ma tu oczywiście duże znaczenie... tylko czy jest rozsądny? Część feministek ma wątpliwości... Nie wszyscy mężczyźni popierają rozwój kontroli urodzeń. Zwłaszcza mężczyźni w strojach liturgicznych potrzebują kobiet przygniecionych życiem i pokornych, potrzebują też wielu wiernych, zwłaszcza z biednych rodzin. Może dlatego definicja kobiety w kościołach sprowadza się przede wszystkim, jednoznacznie, do macierzyństwa, a nie do seksu. W ujęciu religijnym spełnieniem kobiety w życiu, jej misją, jest rodzenie i wychowanie dzieci na bogobojnych, porządnych ludzi. Albo macierzyństwo, albo grzeszny upadek — innego wyjścia nie ma. Stąd kościoły, a zwłaszcza Kościół katolicki z jednej strony atakują absolutnie aborcję, z drugiej wszakże — nie pozwalają na stosowanie środków antykoncepcyjnych. Inaczej mówiąc — bo przecież nie należy poważnie brać trzeciej proponowanej możliwości: wstrzemięźliwości seksualnej — uważają, że kobiety są po to, aby rodzić, rodzić, rodzić! Istnieje zatem patriarchat, ustrój dominacji mężczyzn nad kobietami, ustrój wyzysku i ucisku kobiet przez mężczyzn, ich zniewolenia wewnętrznego i zewnętrznego. I oczywiście dyskryminacji kobiet, jak to ujmują koleżanki z obozu liberalnego, ale pojęcie dyskryminacji zaciera jedynie ostrość obrazu, zamienia strukturalną, fundamentalną sprzeczność na ustopniowanie wg skali różnic: jedne mają trochę lepsze warunki (są mniej dyskryminowane), inne gorsze, jeszcze inne — fatalne. Jeśli na społeczeństwo spojrzeć powierzch­ niowo, jak to robi liberalizm, to rzeczywiście uzyskujemy obraz stopniowanego uwarstwienia, w dodatku nie zawsze kumulującego się. Dotyczy to wówczas w równym stopniu mężczyzn. Jedni mężczyźni rządzą, inni wykonują ich polecenia, sami rządząc na niższym szczeblu, jeszcze niżej są już tylko wykonawcy. Odpowiednio do tego kształtują się ich zarobki i dochody. I odpowiednio do tego wygląda też z grubsza sytuacja ich żon. Bowiem i kobietom różnie bywa, a rozmiary ich niedoli zależą przede wszystkim od usytuowania klasowego męża. Kobietom na górze jest może w ogóle nieźle, choć i u nich za cenę sprzedawania się. Bywa, że kobiety rządzą kobietami, a nawet mężczyznami. Na to nakładają się zwłaszcza zróżnicowania rasowe i etniczne. Wszystko to prawda. I w imię równości praw ludzkich i obywatels­ kich można, opierając się na obowiązującym ustawodawstwie, walczyć o niwe­ lowanie niektórych z tych różnic. Ale nie łudźmy się. Oko uzbrojone we właściwą teorię, uwrażliwione doświadczeniem kobiecym, odkrywa pod tym wszystkim podstawową sprzeczność strukturalną i zarazem źródło podstawo­ wego konfliktu, który się ujawnia w sprzyjających okolicznościach. Jest to sprzeczność między klasą mężczyzn i klasą kobiet. A nadeszła stosowna chwila do ujawnienia się konfliktu, gdyż mężczyźni, uwikłani w walki z samymi sobą, stworzyli ustrój równości praw ludzkich, demokracji, swobód obywatelskich i zapomnieli, że kobiety też są ludźmi i obywatelkami, a w każdym razie mogą nimi się poczuć. W dodatku — co bardzo istotne — skłóceni ze sobą mężczyźni zagubili dawną antykobiecą solidarność i niektórzy z nich zaczęli obracać przeciw rywalom siłę buntu kobiet. Potem zaś, wobec pewnych faktów już dokonanych, nie wszystko udało się i udaje cofnąć. Chwila dziejowa jeszcze trwa, kobiety nadal mają szanse.

FEMINIZM RADYKALNY

313

Szanse na co? Pierwsze feministki radykalne z Ruchu Wyzwolenia Kobiet sądziły, że istnieją szanse na dokonanie globalnej rewolucji płciowej i gruntow­ ną przemianę społeczeństwa. Wystarczy w tym celu dać nauczkę mężczyznom. Ustąpią, bo cóż im pozostanie? Kiedy kobiety odmówią pójścia z nimi do łóżka?! Późniejsze feministki radykalne, mając już za sobą doświadczenie bezowocności starań o zmienienie mężczyzn, nabrały przekonania o niezmien­ ności „natur” nie tylko mężczyzn, ale i kobiet i o braku nadziei na szybką zmianę świata. Postanowiły zatem stworzyć na uboczu, poza polem uwagi i zainteresowań mężczyzn, własny alternatywny świat wyzwolonych kobiet. Jako zalążek przyszłego świata, który być może kiedyś, chyba w odleglejszej przyszłości, ogarnie całą rzeczywistość (może tempo przyśpieszy zagrożenie ekologiczne!). Ta istotna różnica programowa między feminizmami radykalnymi obu faz — którą zajmiemy się niżej — ma u swych podstaw także różnicę teoretyczną w zakresie antropologii płci. Sporo autorek w grupie wczesnych feministek zajmowało stanowisko feminizmu liberalnego w sprawie natury odmienności płciowej i uważało, że różnice między płciami są skutkiem socjalizacji. Wprawdzie już tu występowała niechęć lub nawet wrogość do mężczyzn, ale jako postawa taktyczna i przejściowa. Dopóki mężczyźni się nie zmienią, nie można z nimi współpracować, a nawet trzeba ich zwalczać. W każdym razie trzeba się od nich izolować. Potrzebne jest to także początkującym femini­ stkom, aby okrzepły i nabrały pewności i wiary w siebie. Potem będzie można jak równy z równym zacząć rozmowę. I kobiety, i mężczyźni się zmienią. Kobiety nabiorą męskiej pewności sądów i siebie, mężczyźni złagodnieją i odrzucą na bok śmieszny, ale i denerwujący il machismo. Nie roztrząsano tego dokładnie, ale wyczuwało się za tym nadzieje androginiczne. Późniejsze feministki radykalne uznają mężczyzn za przypadek beznadziej­ ny. Owszem, patriarchat wykoślawia nie tylko kobiety, ale i mężczyzn, i „kobiecość”, i „męskość” mogą mieć różne postacie, ale w sumie są to dwie zupełnie różne, trwałe esencje. Męskość z istoty swej jest agresywna, in­ dywidualistyczna, dominująca, innowacyjna, rozszczepiająca, mechanistyczna, ilościowa, czysto racjonalistyczna, niezdolna do głębszych uczuć, technicz­ na, kulturowa, wroga naturze (skąd to znamy? to prawda, piewcy „mistyki kobiecości” widzieli to podobnie). I żadne transformacje niczego nie zmienią. Mężczyźni to wrogi obóz i basta. Co do kobiecości dzisiejszych kobiet, to jest ona zniekształcona pod wpływem mężczyzn. To co mężczyźni zachwalają u kobiet, to właśnie zdeformowane cechy kobiece. Ale jednak... kobiece. Kobiety faktycznie są opiekuńcze, ciepłe, rozumiejące (a nie w martwy sposób rozumne), współczujące, kooperatywne, jakoś tam zachowawcze (przede wszystkim w odniesieniu do życia!), intuicyjne itd. Ale to, że są uległe, bierne, wtórne, artystycznie i naukowo nietwórcze, nieszczere, tchórzliwe, plotkarskie itd. — to zawdzięczają mężczyznom, to są mechanizmy obronne, które ukształtowało w nich życie w patriarchacie. Kiedy wyzwalają się od zagrożeń ze strony mężczyzn i od uzależnienia od nich (np. izolując się w bezpiecznym gronie i podejmując udaną aktywność gospodarczą), wówczas ujawniają właściwe oblicze kobiecości: okazują się twórcze, także innowacyjne — tyle że

314

TYPY FEMINIZMÓW

z szacunkiem dla przyrody i życia — energiczne i synergiczne, odważne itd. Kobiety są w ogóle wspaniałe. Zawdzięczają to swej bliskiej więzi z Przyrodą. Tylko kobiety rodzą — i to jest cudowne. One rozumieją życie, świat, współ-czują. Kobieta to ciepło ciała i serca. Kobiety to ciało, ale ciało nieokaleczone, uduchowione, jak cała Natura. Tego typu antropologia zajmuje jednoznaczne miejsce u podstaw feminizmu radykalnego od czasu zwrotu w połowie lat siedemdziesiątych; wcześniej była w nim od początku obecna, ale przygłuszona przez dominujący androginizm. Androginizm odszedł w zupeł­ ności, wraz z jego wyznawczyniami, na łono feminizmu liberalnego. I do nielicznych, tęsknie ich wyglądających towarzyszek (ewentualnie towarzyszy) z szeregów feminizmu socjalistycznego. Może natomiast jeszcze bardziej, a w każdym razie w sposób programowy, androginizm odrzucany jest przez feminizm kulturowy. Ten ostatni bowiem nie dochodził stopniowo do uznania wielkiej fundamentalnej i trwałej różnicy —great divide—między płciami, lecz w ogóle wyrósł od początku na gruncie przekonania o jej istnieniu. W sumie wiele goryczy wyczuwa się w tej wizji świata... A może to tylko gorzkie szyderstwo z obrazu świata przedstawianego przez radykalny femi­ nizm? I z samego feminizmu radykalnego? Nie sądzę. Być może relacja jest nieco wyostrzona, miejscami przerysowana, niejedna feministka nie pod każdym stwierdzeniem zechciałaby się podpisać, ale z grubsza biorąc — femi­ nistki radykalne tak widzą społeczeństwo. I przyzna to nie tylko przeciwnik, i nie tylko sympatyk feminizmu, ale chyba większość feministek. Różnica między przeciwnikami feminizmu, sympatykami feminizmu i samymi femini­ stkami polega na wskazaniu winowajcy, który rodzi gorycz tego obrazu. Anty-feminista powie, iż winne temu są one same, feministki, te stare panny, te zwichrowane rozwódki, te skłócone z naturą lesbijki, wszystko dlatego, że nie chciały zaadaptować się do modelu normalnych, zwykłych, zdrowych kobiet. Gdyby to uczyniły, społeczeństwo wydałoby im się całkiem sympatyczne. Feministka powie, iż winni są mężczyźni, bo jest tak, jak właśnie zostało przedstawione. I nie gorycz to, lecz gorzka prawda. A sympatyk feminizmu powie raczej, iż winne jest społeczeństwo, które u ambitnych, nieprzeciętnych kobiet rodzi to szczególne natężenie goryczy, nieobcej wielu zwyczajnym kobietom. Wiele zależy od optyki. Przystosowanie na tym polega, że znika świadomość upośledzenia. Dlaczego jednak mają przystosowywać się kobiety do społeczeń­ stwa, a nie społeczeństwo do kobiet? Mężczyźni są oczywiście winni, ci mianowicie mężczyźni, którzy z całą świadomością własnego uprzywilejowania robią wszystko, aby ten system utrzymać. A zatem — nie wszyscy mężczyźni, ale wielu. Społeczeństwo jako całość, jako system też jest winne. Ale to abstrakcja. Konkretnie winni są wszyscy ci, mężczyźni i kobiety, którzy ład patriarchalny utrzymują w istnieniu. Czy jednak „winni” to właściwe słowo? A jeśli wychowani w tym systemie naprawdę uważają go za dobry, a pomysły feministek za szkodliwą bzdurę? I nie mają świadomości jakiegokolwiek systemowo stosowanego — a nie w jednostkowych wypadkach — wyzysku i ucisku? I jeśli uważają feministki za istoty biedne, które padły ofiarą własnego szczególnego losu? W dodatku niebezpieczne dla zdrowych dziewcząt i kobiet?

FEMINIZM RADYKALNY

315

Zdaniem feministek radykalnych to oni ulegają złudzeniom, a nie feministki, których protest rodzi się na gruncie opisanego przez nie systemu. Więc dlaczego tak jest? Otóż — powtórzymy — przyczyną tego wszystkiego jest władza mężczyzn nad kobietami, ich męski egoizm i upór w utrzymywaniu tego stanu rzeczy. Władza, to znaczy monopol na środki przymusu. Dodatkowo system patriar­ chatu podtrzymują liczne kobiety, które wołały się do systemu przystosować, niż podejmować próby buntu skazanego ich zdaniem z góry na niepowodzenie. Czy to jest złe? Jeśli kobiety nie narzekają, mężczyźni nie narzekają? Cóż, jeśli większość kobiet prawie od urodzenia zostaje wychowana w prze­ świadczeniu, że role i wymagania kobiet i mężczyzn są inne i że kobietom nie przystoi bunt i protest — to ten brak narzekań może nie jest tak bardzo przekonujący. Zresztą czyż tak rzadko słychać je narzekające na swój los? Tyle że mężczyźni spisują to na karb kobiecej zrzędliwości. I co ważniejsze, kobiety narzekają, ale do niedawna nie buntowały się. A mężczyźni? Na swój los narzekają rzadko, choć w ogóle niektórzy narzekać lubią: przede wszystkim na innych mężczyzn — rządzących, szefa, kolegów, na podatki (nakładane przez mężczyzn u władzy), na brak pracy, na pogodę. I na męczące ich żony i teściowe. Ale nie na swój los mężczyzny. Kobietami być by nie chcieli. Co najwyżej chcieliby czasem, aby kobiet nie było na świecie. Buntują się, protestują — ale przeciw innym mężczyznom. Ta asymetria mówi sama za siebie. Jest zatem źle — kobietom, a winni temu są — mężczyźni. Kobietom jest źle, gdyż są zniewolone. A wolność osobista jest wartością naczelną. Autorki radykalne uważają za oczywiste, że człowiek ma prawo być wolnym i basta. Winni są mężczyźni, gdyż to oni zniewalają kobiety. Pod tym względem feministki radykalne są konsekwentne. Dlatego też z reguły nie obarczają winą nawet najbardziej napastliwych wobec nich kobiet, obrończyń systemu. Takie kobiety nie wiedzą, co czynią. Same są ofiarami mężczyzn, których bronią. Jeśli feministki zwalczają jakieś kobiety, to już raczej inne feministki, gdyż te posiadły niezbędną świadomość, ale zdradziły wspólną sprawę i z myślą o własnym partykularnym interesie chcą uratować patriarchat za cenę korzyst­ nych tylko dla siebie reform, zapewnienia sobie korzystnych miejsc w patriar­ chacie. I to one pierwsze podejmują walkę z kobietami, właśnie z nimi, feministkami radykalnymi. Bo słusznie w feminizmie radykalnym upatrują zagrożenie dla reformistycznej polityki, demaskatora ich partykularyzmu.

Czy zmiana jest pożądana? A jakże! Kobietom dzieje się krzywda. Właściwie nie o to chodzi, że nie są traktowane równo. Jak niby mają być traktowane równo, skoro są inne niż mężczyźni? Chodzi o to, że nie są traktowane na miarę swej prawdziwej wartości. Dlatego hasło znoszenia dyskryminacji dobre jest dla liberałów. Krzywda kobiet polega na ich zniewalaniu i zmuszaniu do świadczenia usług na rzecz mężczyzn, na zmuszaniu ich do życia nieautentycznego. To, co w zamian

316

TYPY FEMINIZMÓW

otrzymują: owa rozsławiana ochrona, stanowi zaspokajanie potrzeby stworzo­ nej najpierw przez samych mężczyzn, a nie autentycznych potrzeb kobiety. Nawet rzekoma niezbędność mężczyzn w życiu seksualnym została przez nich wymyślona i wpojona płci przeciwnej —to im heteroseks jest potrzebny, to oni znajdują zaspokojenie jedynie pod warunkiem poczucia, iż zniewalają drugą istotę, penetrując często wbrew jej woli jej ciało. Zniewolenie kobiet pociąga za sobą ich zewnętrzne i wewnętrzne okaleczenie, niemożność rozwijania swej autentycznej kobiecości i życia na sposób kobiecy. To unieszczęśliwia kobiety. A z jakiej racji jedni mają budować swe szczęście kosztem unieszczęśliwiania drugich? To sprzeczne z humanizmem. Co więcej jednak — i to różni zasadniczo indywidualistyczną aksjologię feminizmu radykalnego od liberalnego! —nie chodzi tu o sytuację naruszania równości równych istot. Chodzi o to, że gorsze istoty odbierają prawa lepszym istotom. Gorsza część ludzkości zniewala dla swoich korzyści lepszą\ Notabene lepsi ludzie, kobiety, bynajmniej nie chcą przechylić szali w przeciwną stronę: one, jako lepsze, nigdy nie będą budować swego szczęścia czyimkolwiek kosztem, ani gorszych ludzi, ani nawet innych istot żywych i w ogóle przyrody. Kobiety naprawdę szanują prawo każdej istoty żywej, nie tylko człowieka, do bycia dla siebie samoistnym celem, przekraczają nawet Kantowski imperatyw. Druga różnica w stosunku do indywidualistycznej aksjologii humanistycz­ nej zwolenniczek liberalizmu ujawnia się także w gotowości feministek radykalnych do wprowadzania ograniczeń swobód indywidualnych, kiedy to może pomóc kobietom. Np. gotowe są wprowadzić ograniczenia wolności słowa i uniemożliwić publikowanie pornografii. Ta stronnicza aksjologia płciowa zostaje dodatkowo wsparta odwołaniem do aksjologii holistycznej. Otóż — tu argument odwołujący się do dobra ludzkości — mężczyźni prowadzą świat ku zagładzie. Winien temu nie jest kapitalizm, komunizm czy coś innego, lecz męska natura, która rodzi zawsze ten sam ustrój w różnych wariantach: patriarchat. Mężczyźni nie współżyją z przyrodą, lecz ją niszczą. I niszczą życie ludzkie. Wojny to ich ulubione zajęcie. Produkowanie broni to dla nich prawdziwa przyjemność, także dla naukowców. Obecnie czynią z rodzenia kolejne laboratorium naukowe. Jeśli istnieje ratunek, to jest nim przejęcie w świecie prymatu przez pierwiastek kobiecości. Byle go odtworzyć w czystej postaci, umocnić — najpierw w wyizolowanym świecie subkultury kobiecej. A potem ewentualnie upo­ wszechnić w całym świecie. Z uszczerbkiem dla męskości z kolei? A gdzie — równość? Wielu femi­ nistek radykalnych równość nie interesuje. Kobiecość ma prawo zwyciężyć męskość, ponieważ jest od niej lepsza. I zupełnie szczerze deklarują swój partykularyzm, zresztą w końcu zbawczy też dla całej ludzkości. Wszystko, co dobre dla kobiet, feministki popierają i będą popierać. Nie tylko do czasu faktycznego zrównania praw i szans kobiet i mężczyzn, ale także potem. Nie chcą sprawiedliwej równości, lecz usunięcia pierwiastka męskie­ go ze świata (niekoniecznie eo ipso mężczyzn), a w każdym razie podporząd­ kowania go pierwiastkowi kobiecemu. Sprawiedliwość jako równość wy­ myślili mężczyźni. Kobiety są lepsze i zasługują na prymat w społeczeństwie.

FEMINIZM RADYKALNY

317

Tu także rozeszły się drogi z częścią wczesnych feministek radykalnych, które działały jeszcze pod, znów zbieżnym z feminizmem liberalnym, hasłem równości wszystkich ludzi.

Czy zmiana jest możliwa? dopuszczalna? rozsądna? Czy taki projekt można zrealizować, nie wiadomo. Ale próbować trzeba. Czy uda się jakoś obejść i podejść mężczyzn, którzy we wszystkim mają teraz przewagę? Miejmy nadzieję, że tak. W kobietach ocalała kobiecość. Cała nadzieja w odtworzeniu czystej, autentycznej kobiecości w kulturze i w or­ ganizacji życia społecznego, a na razie na poligonie doświadczalnym kobiecych enklaw społecznych. Czy projektowana zmiana jest dopuszczalna? Przecież skrzywdzi męż­ czyzn. Ich skażę z kolei na zniewolenie, a może doprowadzi do ich ekster­ minacji? Jeśli nie dosłownej, to w każdym razie kulturowej i osobowościowej? Jeśli nawet coś im odbierze — może brzmieć odpowiedź — to jedynie nie usprawiedliwione przywileje. W dodatku stałoby się to także dla ich dobra. W przeciwnym razie sami siebie unicestwią, a nas, kobiety, przy okazji. O zniewoleniu nie ma mowy, bo kobiety nie zniewalają. Zniewalanie to specjalność męska. Czy jest to działanie rozsądne? A cóż pozostało do stracenia? Od zagłady ludzkości dzieli nas parę kroków. Nie wiadomo, czy zdążymy. Jaki tu jeszcze prowadzić inny rachunek? A możliwych w przyszłości ograniczeń mężczyzn nie warto nawet porównywać z ogromem dotychczasowego zniewolenia i krzywd kobiet. Więc nie chodzi o rewanż, to zresztą zaprzeczałoby kobiecości. Przez wieki całe mężczyźni myśleli tylko o sobie, więc i kobiety mogłyby teraz pomyśleć tylko o sobie — a jednak tego nie robią, myślą o ratowaniu całej ludzkości.

Co i jak robić? Z kim i przeciw komu? Celem — w teorii — jest po kobiecemu zorganizowana ludzkość. Co to znaczy bliżej, tego dziś jeszcze wiedzieć niepodobna. To tylko mężczyźni budują z góry precyzyjne plany, zamiast rozwijać przyszłość organicznie, krok po kroku, z każdorazowej teraźniejszości; i w efekcie w imię utopii zamieniają ludzkość w obozy koncentracyjne. Wiadomo, że ma to być świat bez wojen, bez agresji w stosunkach międzyludzkich, przyjazny przyrodzie i żyjący z nią w symbiozie, nie goniący już dalej za coraz wyższą produkcją i zyskiem, sprawiedliwie dzielący się bogactwem z biedniejszymi ludami. Będą w nim na pewno kobiety, a czy także mężczyźni, trudno dziś powiedzieć. Kobiety będą w nim nareszcie swobodnie przyjaźniły się i przędły, przędły, przędły... — jak to ujęła prorokini Ruchu, Mary Dały. Z k i m realizować program? Tylko z kobietami! Ale nie ze wszystkimi. Na pewno bez tych pożal się Boże feministek liberalnych, które zwalczają je,

3i8

TYPY FEMINIZMÓW

feministki radykalne, zarzucając im utopijny, sekciarski, lesbijski separatyzm, rzekomą chęć wprowadzenia totalitaryzmu, koszarowego ładu, nowego znie­ wolenia. To złośliwe szkalowanie. Owszem, pewnych rzeczy trzeba zabronić, ale właśnie dla dobra samych kobiet. Trzeba zabronić pornografii i jest to tak ważne, iż każdy sojusznik jest dobry, nawet Nowa Prawica. Zakażę się też prostytucji, choćby najbardziej dobrowolnej. I, przynajmniej na długi, przejś­ ciowy okres, zniewalającego kobiety heteroseksu oraz niewłaściwych warian­ tów lesbizmu. Może jeszcze paru innych rzeczy. Swobody obywatelskie nie mogą być wartością samą w sobie. Pewne rzeczy muszą być zakazane, inaczej wróci całe dawne paskudztwo. Przeciw komu realizować program? Przeciw mężczyznom. Bez wyjąt­ ków. Niektórzy przychodzą w owczej skórze. Ale natura ciągnie wilka do lasu. Męskość, jak i kobiecość, jest czymś trwale sprzęgniętym z seksem biologicz­ nym. Jak trwale? Genetycznie? Czy jakoś tam socjo- lub kulturogennie, ale nieuchronnie, trwale? Brak jasności. Ale to rozróżnienie nie ma znaczenia, wychodzi na to samo. Przeciwnikiem są wszyscy mężczyźni. Choć tych o dobrej woli można wykorzystywać, można przyjąć od nich pomoc; ale w żadnym wypadku nie dopuszczać do wnętrza ruchu. Jak zmusić mężczyzn do zrezygnowania z władzy? Albo — jak chciały początkowo feministki radykalne — chociażby do równego dopuszczenia kobiet do wszystkiego? Jaką działać metodą? Cóż, czasy się zmieniły, co kiedyś było niemożliwe, dziś już jest możliwe. Sami mężczyźni stworzyli do tego warunki. W demokracji nie można jawnie zniewalać. W ogóle nie można kogoś wbrew jego woli zmuszać do służenia innym. Zmuszanie jest tępione nawet przez samych mężczyzn, może wskutek rozdzierającej ich szeregi wewnętrznej zawiści. Cóż więc robić? Pierwsza recepta była zdumiewająco prosta: mężczyznom musimy po prostu odmówić. Odmówić współpracy, współdziałania. Już w seksie, tam wszystko się zaczyna. I w gospodarstwie domowym. Nie dawać jeść, nie prać, niczego nie podsuwać. A najlepiej wyprowadzić się, zabierając dzieci. Nie posiądą się ze zdumienia! Wszystko to tym bardziej jest możliwe, że mężczyźni nie są naprawdę kobietom potrzebni, można się bez nich obejść. Na życie można zarobić samodzielnie, przed przemocą będziemy się chroniły w grupach samoobrony i samopomocy (tam już uczymy kobiety karate), zresztą zmusimy policję do wykonywania obowiązków. I wytoczymy bezwzględną walkę męskiemu szowinizmowi na każdym kroku. Pierwsze doświadczenia są prze­ cież zachęcające. Ciężki głaz zdumiewająco łatwo ustępuje. Ta prosta recepta okazywała się skuteczna co najwyżej w wymiarze indywidualnym, ale system ucisku kobiet od tego nie ustępował. Trzeba było poszukać lepszych metod. Podpowiedziała je sama rzeczywistość: istnienie naprawdę dotkliwie poszkodowanych kobiet, które ze strony systemu nie znajdują pomocy. A zatem — należy organizować ośrodki samopomocy kobiecej. Oprócz zaś doraźnego, jakże potrzebnego skutku, można przy tej okazji nadal rozwijać metodę wypróbowaną uprzednio na sobie samych: poszerzać świadomość. Trzeba działać na świadomość wciąż nie przebudzo­ nych kobiet, wyzwalać je od fałszywej świadomości. Kobietom trzeba wciąż

FEMINIZM RADYKALNY

319

w kółko uświadamiać, że ofiarami są wszystkie kobiety, a nie tylko te, których akurat dotyka najgorsze nieszczęście. Wszystkie kobiety są narażone na ucisk i gwałt. Dziś ona, jutro ty! Kobiety cierpią, wszystkie, mniej lub bardziej, mężczyźni żywią się ich cierpieniem. Dola kobiet jest ponura. I niech cię nie zwodzą statystyki, choć już zawarte w nich dane mogą przerażać. Rzeczywis­ tość jest jeszcze gorsza. Tylko takim obrazem można podziałać na chwilowo zadowolone z życia kobiety. I utrzymać w ruchu te, których nieszczęście dotknęło. A na mężczyzn — szkoda zachodu. Ich się nie przekona. Zbywają publikacje i przemówienia, i marsze, i hasła twierdząc, że to gruba przesada. Dlatego mężczyzn trzeba jedynie zmuszać do respektowania prawa, gdzie to tylko możliwe. I gdzie to tylko możliwe — nie współpracować z nimi. Według kiedyś na wstępie przyjętej recepty: zostawiać ich samym sobie. Naprawdę zajmować się kobietami. Budzenie ich świadomości to tylko pierwszy etap. Trzeba je przyciągać do pracy w grupach, w ośrodkach pomocy, w wydawnictwach, zaś bardziej uczone — do badań w ramach studiów kobiecych. Uzdolnione artystycznie — niech krytykują męską i tworzą kobiecą kulturę. Trzeba odkłamać wiele nauk, zwłaszcza psychologię i historię, trzeba odtworzyć i pokazać wielki dorobek artystyczny naszych zapomnianych (celowo! krytycy to głównie mężczyźni) sióstr. I pójść dalej. Stworzyć naszą, kobiecą naukę i kobiecą sztukę. Rozpocząć wypada już od samego języka, który jest językiem mężczyzn. Wiele tu do zrobienia. To pole „feminizmu kulturo­ wego”, prawego ramienia feminizmu radykalnego. W ośrodkach feministycz­ nych, tylko dla kobiet, umacniać się od wewnątrz (byle nie wpaść w pułapkę sekciarskiego samozadowolenia) i promieniować z nich na zewnątrz, na pozostałe, niestety liczne kobiety. Niejedna z nich dopiero kiedy otrze się o gwałt, zostanie pobita, porzucona, wpadnie w matnię bulimii — zmądrzeje, przyjdzie po pomoc, dołączy się. Bo siostrzeństwo topotęga\ Wymaga mrówczej, uporczywej pracy, kilka marszów z hasłami tego nie załatwi. Ale i marsze są bardzo potrzebne. Gdzie to możliwe, warto jednak tworzyć sformalizowane organizacje i stowarzyszenia na rzecz kobiet w ko